69. Radykalna filozofia
69
Radykalna filozofia
Tak oto w pełni poznaliście moje grzechy. W pełni poznaliście również
moje objawienia, jeśli można tak je określić. Umieściłem tu każdą z moich wizji. Każde doświadczenie z przeszłości, które mnie
ukształtowało.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Po przybyciu Nale'a Szeth stał się kimś innym. Kiedy przygotowywali się
do wyruszenia, Kaladin próbował skłonić Szetha do rozmowy, ale mężczyzna
odpowiadał monosylabami i głosem pozbawionym wyrazu. Przez większość
ranka lecieli, ale wylądowali, by przejść pieszo resztę drogi do
klasztoru Tkaczy Światła - który oznaczał połowę ich wędrówki. Szeth
wciąż uważał, że podejście pieszo będzie się mniej rzucało w oczy.
Dlatego Kaladin wlókł się po ziemi z ciężkim plecakiem na ramionach. W miarę jak kierowali się na północ, okolice robiły się coraz bardziej
zapylone i brudniejsze, powietrze było mniej wilgotne, a nawet noce były
nieprzyjemnie ciepłe.
Rośliny tutaj bardziej przypominały... chwasty. Wąska ubita droga, którą
podążali, zmieniła się w znacznie szerszy trakt. Pylisty, mimo z deszczu
poprzedniego dnia. Kaladin nie umiał sobie wyobrazić, jak wyglądałby
pełen ludzi i wozów.
Z determinacją podszedł do Szetha - obaj podążali za Nale'em, który
kroczył przodem, wysoki i władczy. Jakimś cudem zbierał na nogach mniej
pyłu niż Kaladin i najwyraźniej nie potrzebował wody ani odpoczynku, bo
nie robił przerw i spodziewał się, że będą w marszu pić wodę z manierek.
Wyglądał jak jasnooki, za którym wlekli się dwaj żałośni żołnierze,
dźwigający wszystkie jego rzeczy.
On próbuje wzbudzić twoją złość, powiedział sobie Kaladin. Pewnie chce
cię zirytować tak bardzo, żebyś porzucił Szetha, zostawiając go na jego
pastwę.
Kaladin nie dał się zdenerwować.
- Daleko jeszcze? - spytał.
- Niedaleko - odparł Szeth.
- Często odwiedzałeś ten klasztor?
- Kilka razy. Tkanie Światła nie było moim ulubionym połączeniem
zdolności.
- Jak to było? Szkolić się z każdym z Ostrzy? To musiało być
interesujące.
Szeth wzruszył ramionami, cały czas patrzył przy tym na Nale'a. Na
burze. To było tak, jakby wszystkie ich postępy zmył deszcz arcyburzy.
Kaladina to dręczyło, bo teraz - kiedy zobaczył, jak bardzo Szeth
potrzebuje wsparcia, jak bardzo przypomina Tiena - jego pragnienie, by
mu pomóc, jeszcze wzrosło. Może aż za bardzo. Niemożność pomocy była
wręcz fizycznie bolesna.
- Szeth... - zaczął znowu. - Czy możemy porozmawiać o...
- My możemy porozmawiać - odezwał się z przodu Nale. - Proszę.
Słyszałem, że proponowałeś mojemu uczniowi radykalną filozofię,
Wiatrowy. Chciałbym ją usłyszeć.
Kaladin zazgrzytał zębami. Jak do tej pory Nale prawie się do niego nie
odzywał. Żałował, że nie potrafił lepiej zorganizować swoich myśli, bo
kiedy podszedł do Nale'a - mężczyzny, który dorównywał mu wzrostem, co
nie zdarzało się często - czuł się żałośnie nieprzygotowany.
- Proszę - powiedział Nale, wciąż krocząc z rękami założonymi za
plecami. - Opowiedz mi o swoich ideach, śmiertelniku.
Kaladin rozejrzał się, by sprawdzić, czy Syl wróciła już ze zwiadu, ale
nie było jej.
- Myślę, że to całe wasze "przestrzegaj prawa" jest absurdalne.
- Jesteś anarchistą? - spytał Nale idealnie spokojnym głosem. - Chcesz
obalić prawo i społeczeństwo i obrócić je w pył?
- Nie. Ale nie uważam też, że należy oddawać im cześć. Każdą zasadę
należy od czasu do czasu złamać.
- Ach tak? Jak o tym decydujemy? Oraz, co ważniejsze, kto o tym
decyduje?
- To zależy.
- Od czego? Czy każdy morderca nie może powiedzieć "W moim przypadku tę
zasadę należało złamać?". Każdy pragnął kiedyś złamać prawo, ale jeśli
jest właściwe, by jedna osoba go przestrzegała, to podobnie jest
właściwe, by wszyscy go przestrzegali. Sam wielki moralista Nohadon
zwrócił uwagę na potrzebę takich zasad w społeczeństwie. Chciałbyś mu
zaprzeczyć?
- Nie spieram się z nim. Nie chcę się nawet spierać z tobą. Po prostu
uważam, że Szeth powinien myśleć nieco bardziej samodzielnie.
- Ja sądzę, że on myśli samodzielnie. Po prostu wybrał odpowiedzi, które
tobie się nie podobają. Dlaczego ci wszyscy zwolennicy "samodzielnego
myślenia" przyjmują jedynie odpowiedzi, których sami pragną? Każdy,
który się z nimi zgadza, jest wolnomyślicielem. A każdy, który nie? Ależ
musiał zostać oślepiony przez opresyjne normy społeczne albo jest
marionetką, która tańczy, jak każą jej ci, którzy nad nim panują, ku ich
niegodziwej radości.
Beznamiętny sposób, w jaki mówił, monotonnie, poza od czasu do czasu
zaakcentowaniem pojedynczego słowa, wytrącał Kaladina z równowagi.
- Posłuchaj, czy moglibyśmy porozmawiać o Szecie?
- Rozmawiamy o Szecie. A ty unikasz odpowiedzi na pytania. Uważasz, że
ludzie powinni przestrzegać prawa?
- Zasadniczo tak. Ale prawo nie jest doskonałe, zostało stworzone przez
grupę ludzi takich jak my.
- Ale to wszystko, co mamy. Prawo to nasze najlepsze wytyczne, jak
zachowywać się moralnie w społeczeństwie.
- Aha, ale nie w taki sposób przedstawiasz to Szethowi, prawda? -
Kaladin obejrzał się na drugiego mężczyznę, który podążał za nimi.
Milczał, ale widać było, że słucha bardzo uważnie. - Nie jako "wytyczne,
jak zachowywać się moralnie", tylko jako ideał, któremu należy się
całkowicie oddać. To jedna z jego przysiąg!
- Przysięga dotyczy znalezienia kompasu moralnego. On wybrał osobę.
Uważam jego wybór za wątpliwy, ale ta decyzja została przyjęta i uszanowana.
- Nadal wydaje mi się, że tak naprawdę oddajecie cześć prawu.
- A czemu mielibyśmy tego nie robić? Nic nie zbliża śmiertelników tak
bardzo do boskości, jak tworzenie kodeksów, by stać się lepszymi.
- Ja... nie wierzę w to. Dla mnie prawo było gorsze, a nie tylko pełne
wad. Pozwoliło, by koszmarny człowiek porwał mojego brata i wysłał go na
wojnę, na śmierć. I choć to, w jaki sposób uczyniono ze mnie niewolnika,
najprawdopodobniej było niezgodne z alethyjskim prawem, to to, co Sadeas
zrobił z moimi przyjaciółmi, tworząc z nas drużyny mostowych i posyłając
nas na śmierć na Strzaskanych Równinach, było całkowicie zgodne z prawem
i absolutnie naganne. Prawo może być, i często bywa, bardzo
niedoskonałe.
Nale pokręcił głową.
- A co je zastępuje?
- Może ludzka przyzwoitość?
- Która znajduje zastosowanie nieregularnie. Prawo nie naprawi całego
zła, ale próbuje... i może cierpiałeś, ale bez prawa cierpiałbyś bardziej.
Bo ludziom nie można zaufać, że będą przyzwoici, Burzą Błogosławiony.
Powinieneś być tego świadomy bardziej niż inni. Jak się nauczyłem, nawet
mój własny punkt widzenia bywa niedoskonały. Prawo jednak tworzono przez
tysiąclecia, przekazywano z pokolenia na pokolenie, dopracowywano i udoskonalano.
- Poza tymi prawami, które powstały pod wpływem kaprysu jakiegoś
głupiego władcy. Czyli większości z nich.
- Dlaczego zakładasz, że jesteś mądrzejszy od tego, który stworzył
prawo? Z tego, co mówi mi spren, nie znasz odpowiedzi... nie proponujesz
lepszej drogi. Jedynie niszczysz tę, która została zaproponowana.
- Ale...
- Powtórzę, czego od niego oczekujesz? Poza tym, że ma "myśleć
samodzielnie"? Czy masz coś, co zastąpi jego ideał?
- Uważam, że w ogóle nie powinien go mieć!
- Czyli chcesz zastąpić coś wspaniałego niczym. Prawdziwy cel każdego
rewolucjonisty. Zburzyć, rozerwać, zniszczyć. Nie masz filozofii, którą
cenisz, dlatego pragniesz zepsuć tę, którą mają inni, bo zazdrościsz im,
że znają odpowiedzi. Cóż, ja mam odpowiedzi - stwierdził Nale. -
Odpowiedzią jest zaufanie prawu, bo wtedy przynajmniej masz kompas
moralny. Idee ludzi są słabe, podobnie jak ich serca. Dlatego wybieramy
coś większego.
- Ale prawo to idee ludzi!
- Nie. I tu się mylisz. Te prawa są lepsze od zwykłych idei ludzi.
- Ale właśnie się zgodziłeś, że są przemyśleniami ludzi!
- Wcale nie. Powiedz mi, czy wiesz, skąd wzięły się prawa tej krainy?
Ten mężczyzna... w jego argumentacji było tak wiele luk, a on po prostu je
ignorował. Nale powiedział, że jest niedoskonały, a później ogłosił, że
zna odpowiedzi. Mimo to Szeth słuchał - jeśli Nale nie dostrzegał
problemów, może Szethowi się to uda.
- Wiatrowy? - powtórzył Nale. - Skąd się wzięło prawo tej krainy? Wiesz?
- Może... to były spreny? - zgadywał Kaladin.
- Ha! Czyli rzeczywiście twoja argumentacja opiera się na niewiedzy.
Pozwól, że ci wyjaśnię.
Kaladin czuł, że to pułapka, podobnie jak na polu bitwy wyczuwał zwód.
Niestety nie był filozofem i nie umiał znaleźć sposobu, by uniknąć tego,
co zaplanował Nale. Dlatego zachował milczenie.
Nale szerokim gestem uniósł ręce na boki, obejmując nimi brązowo-zielone
trawy sięgające im do pół uda, wśród których wyrastały pędy ogromnych
kwiatów wysokości człowieka - o sztywnych, przypominających skorupę
pędach i żółtych płatkach otaczających brązowy środek podobny do oka.
- Ta ziemia była naszym pierwszym domem na tym świecie - mówił dalej
Nale. - Kolebką ludzkości, w której powstały nasze pierwsze prawa. Nie
stworzyły ich spreny ani ludzie, lecz sam Bóg i monarcha, którego
wybrał, Jezrien, Król Heroldów i Herold Królów. Mój wróg, a później mój
bliski przyjaciel. Boskie pochodzenie to podstawa prawa w Shinovarze,
Kaladinie Burzą Błogosławiony. To próbujesz podkopać.
- Ale... chwileczkę. W takim razie dlaczego Shinowie oddają cześć sprenom?
- Sprenom? Masz na myśli dosłowne fragmenty boskości?
- Tak, Syl to powtarza, ale... to znaczy... - Zmarszczył czoło. - To
naprawdę nie ma sensu. Jak wy, Heroldowie, w ogóle znaleźliście ten
świat?
- Podążaliśmy za świętymi tonami Rosharu. Sięgnęliśmy poprzez moc
Przenoszenia... Ishar był niegdyś mistrzem tej sztuki. Ja również miałem
pewien talent. - Na jego twarzy na chwilę pojawiła się tęsknota. -
Słyszałem je... pieśni nowego świata, świeżego i żywego. Zachęcający rytm...
- Dobrze. Ale czy spreny były w to zaangażowane? To miejsce czasem do
mnie przemawia. Sama Wiatr.
- Zignoruj to. Echa boga, który dawno zginął i odszedł.
- Ale...
- Zboczyliśmy z tematu. Powiedz mi, obaliłbyś cały system rządów w Shinovarze?
- Co? Oczywiście, że nie.
- Jak zareagowałbyś, gdyby inny zakon Świetlistych przyszedł i zasugerował, że wasze przysięgi, że będziecie chronić, są głupie?
- Posłuchaj. - Kaladin uniósł ręce z narastającą frustracją. - To mu nie
pomaga. To, co robisz, sprawia ból Szethowi. Nie argumentuję jak uczony,
Nale. Ale to nie pomaga. Jest zepsute. On potrzebuje pomocy,
współczucia, a ty go mu nie dajesz.
- On jest bardziej uszkodzony niż większość. - Nale zatrzymał się na
drodze i spojrzał Kaladinowi w oczy. - Ty przyłożyłeś do tego rękę.
Wiesz, kto go podniósł z ziemi tamtego dnia, kiedy zostawiłeś go, żeby
umarł w burzy, Kaladinie Burzą Błogosławiony? Gdzie było wtedy twoje
współczucie?
Kiedy tak stali i patrzyli sobie w oczy, przeleciał między nimi podmuch
wiatru.
- On próbował wtedy zabić Dalinara - stwierdził Kaladin.
- Teraz więc ukrywasz się za prawem i rozkazami, które dostałeś? - Nale
odwrócił się w stronę Szetha. - Jesteś gotów?
- Tak - odparł Szeth.
- Chwileczkę. Gotów na co? - spytał Kaladin.
- Klasztor Tkaczy Światła - wyjaśnił Nale. - Gdzie weźmie Ostrze do ręki
i pokona Niosącego Honor.
Kaladin zmarszczył czoło i rozejrzał się po okolicy, którą wypełniały
pylista ziemia i zbyt wysokie kwiaty. Musieli się cofnąć po tym, jak
poprzedniego wieczoru odwiedzili drugi pusty klasztor. Teraz wydawało mu
się, że znajdowali się gdzieś w środku zachodniej części Shinovaru. W pobliżu gór, które graniczyły z zachodnim oceanem. Z... jak Szeth go
nazwał? "Wielkim oceanem"? Nie, to brzmiało śmiesznie. Ale to było coś
podobnego.
Te zachodnie góry były niższe niż te na wschodzie Shinovaru, pozbawione
śniegu, i miały więcej spłaszczonych wierzchołków niż ostrych szczytów.
Upał sprawił, że Kaladin lepił się od potu, kiedy uniósł rękę do oczu i się rozejrzał.
- Nie widzę go - stwierdził.
- Jest przed nami, ukryty wśród krajobrazu - wyjaśnił Nale. - Sądziłeś,
że klasztor Tkaczy Światła da się łatwo zauważyć?
Kaladin zarumienił się i spojrzał na Szetha ze świadomością, że jego
argumenty zawiodły. Szeth skręcił z drogi i ruszył o wiele węższą
ścieżką w bok. Nie patrzył Kaladinowi w oczy.
To było nieuczciwe, że przekonanie kogoś zależało nie od siły
argumentów, lecz od siły argumentującego. Kaladina zawsze to złościło,
ale ponownie, brakowało mu elokwencji, by wyjaśnić, dlaczego. Zatem
tylko gotował się w środku, kiedy Szeth znów sięgnął po broń i - wbrew
temu, czego rzeczywiście pragnął - ponownie ruszył zabijać.
* * *
Jasnah opuściła naradę na temat strategii obrony Thaylenah przepełniona
dręczącym niepokojem, choć jego podstawowa przyczyna jej umykała.
Przynajmniej jej ubiór spełnił swoją rolę. Mundur miał pewne elementy
dostosowane do jej płci, dopasowaną górę i zapinany pod szyją płaszcz,
długi zarówno z przodu, jak i z tyłu, przez co układał się trochę jak
spódnica, ukrywając spodnie i ciężkie buty. Do tego rękawiczki i cały
strój nie utrudniał jej walki.
Stała się wzorem dla wielu kobiet Świetlistych i musiała być świadoma
tego - przez cały czas - że jest obserwowana. Oczywiście to zawsze była
prawda - ale teraz przynajmniej niektórzy traktowali ją jako pozytywny
przykład.
- Przygotowania - szepnął jej do ucha Kość Słoniowa. - One są dobre,
Jasnah. Obrona jest. - Jak to często robił, siedział na jej kolczyku,
specjalnie dla niego nosiła duże z morskich muszli.
Za nią inni generałowie i admirałowie opuścili salę narad, rozmawiając
między sobą. Po całym dniu planowania obrony Thaylen nastroje były
dobre. Skalni Strażnicy sądzili, że uda im się ukryć w zatoce kamienne
kolce, które mogły rozerwać kadłuby i zatopić statki. Dodatkowo
artifabrianki znalazły sposób na Istoty z Głębin - fabriale, które
identyfikowały zbliżających się Stopionych. Ostrzegłyby ich wcześniej,
gdyby wróg spróbował przypuścić atak z zaskoczenia przez kamień.
Brama Przysięgi została całkowicie zamknięta, a Tkacze Światła pełnili
straż w Cieniomorzu, ukryci za pomocą swoich mocy. Wiatrowi patrolowali
w powietrzu, a ogromne arbalety wycelowano w niebo, by zrzucały z niego
Istoty z Niebios. Tego ranka przybyła specjalna przesyłka - kilka
klejnotów cennego anty-Pustkowego Światła, które mogło na zawsze
zakończyć życie Stopionego.
Thaylenah było przygotowane najlepiej, jak to możliwe - kupieckie miasto
stało się jedną wielką fortecą. Ze względu na wysokie klify z jednej
strony - i brak przyczółku, który umożliwiałby dotarcie na wzniesienia
za nimi - zdobycie portu byłoby koszmarem.
O czym wrogowie wiedzieli.
A i tak przybywali.
Jasnah dotarła do otwartego okna, dzięki któremu mogła spojrzeć na
miasto z najwyższego poziomu. Niegdyś mogłaby uznać to miejsce za
odprężające, ze względu na ten niebieski, migoczący ocean i rześkie
południowe powietrze. Tego dnia czuła się zniechęcona. Bo w głębi duszy
wiedziała, że przegapili coś kluczowego.
- Jasnah? - szepnął Kość Słoniowa z jej prawego ucha. - Co jest?
- Sama chciałabym wiedzieć - szepnęła. - Kryje się tu tajemnica, której
generałowie i admirałowie nie dostrzegają.
Spren rozważył jej wyjaśnienie, co było jedną z przyczyn, dlaczego
tworzyli tak doskonałą parę. Jako atramentospren miał tendencję do
skupiania się na teraźniejszości - sytuacji takiej, jaką była. Była to
skłonność, nie coś absolutnego, ale odkrył, że ocena aktualnej sytuacji
dawała największą szansę na rozwiązanie problemu.
Jasnah z kolei miała tendencję do skupiania się na wszystkim poza
teraźniejszością. Zrozumienie przeszłości i jej wpływu na przyszłość
było jej powołaniem jako Veristitalianki - jedynej grupy uczonych, które
przyjęły ją jako młodą kobietę, podczas gdy wszystkie inne uważały jej
herezję za powodującą zbyt wielkie konflikty. Przeszłość i przyszłość
były poślubione, ale czasami, kiedy za bardzo skupiła się na nich,
oddalała się od teraz.
- Jasnah, niepokoisz się, że to, co postrzegamy, nie jest prawdą -
powiedział Kość Słoniowa. - Że inna rzeczywistość jest. - Tak. Nie
jestem specjalistką od taktyki, ale zgadzam się z tym, co mówią
generałowie, Świetliści i admirałowie. Miasto jest nie do zdobycia.
Więc...
- Więc martwisz się, że się mylimy... - Spren zastanawiał się przez
chwilę. - Może tym, kogo potrzebują, nie jest kolejny generał, Jasnah.
Może tym razem potrzebują uczonej.
Od razu zrobiło jej się głupio. Jeśli miała udowodnić swoją wartość tej
grupie, to nie dzięki swojej przenikliwości taktycznej. Na wojskowej
strategii znała się lepiej od przeciętnego człowieka, ale zgromadzeni na
sali zaliczali się do najlepszych na świecie. Musiałaby spędzić lata na
nauce, nim mogłaby im dorównać.
Ale jeśli miała rację, to był problem logiczny, nie wojskowy. Jak Odium
miałby zniszczyć niezniszczalne miasto?
Potrzebowała papieru i spokojnego miejsca, by pomyśleć.
Natychmiast.
70. Współzawodnictwo iluzji
70
Współzawodnictwo iluzji
Oba zawierają tyle szczegółów, ile udało mi się przypomnieć. Moje życie.
Moje rządy. Mój smutek. Moja chwała.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Szeth nie czuł szczególnej bliskości z Tkaczami Światła. Choć szkolił
się w ich sztukach, bo takie były wymagania, nie mógł znieść, że robili
sobie żarty z prawdy, zasadniczo oddawali cześć kłamstwom.
Idąc ostatnim odcinkiem ścieżki do klasztoru, zaczął się jednak
zastanawiać. Wyobrażał sobie Tkaczy Światła jako dziwne istoty, które
obracały prawdę w cokolwiek, czym chciały, żeby była. Ale może
przeobrażanie prawdy w to, czym chciało się, żeby była, nie stanowiło
jedynie cechy kłamców, lecz wszystkich istot ludzkich.
Ta węższa ścieżka odchodząca od głównej drogi prowadziła w dół łagodnego
zbocza. Szedł nią razem z Ninem - albo Nale'em, jak sam o sobie mówił -
a Kaladin i Sylphrena podążali za nimi. Szeth czuł się samotny. Jego
spren przestał się do niego odzywać, z wyjątkiem wydawania poleceń. Krew
Nocy całymi dniami rozmawiał z Ostrzami Honoru. Kaladin i Nale się
kłócili. Czy obchodził ich Szeth, czy jedynie udowodnienie, że ten drugi
się myli? Czy odważy się myśleć w taki sposób o świętej istocie w rodzaju Nina-syna-Boga?
Szeth obejrzał się przez ramię na dwóch mężczyzn. Mundur niebieski i czarny. Mężczyzna, który zostawił go na śmierć, i mężczyzna, który go
ocalił. Mężczyzna, który twierdził, że Szeth go obchodzi, i ten, którego
obchodziło jedynie prawo. Był trochę zły na nich obu, że ciągnęli go w przeciwne strony.
Może to również po prostu było życie. Bycie przeciąganym między dwiema
częściowymi prawdami. Sivi tak bardzo starała się skłonić go, żeby to
zaakceptował, a on zawsze się opierał. Bo jeśli w życiu chodziło o częściowe prawdy na równi z całkowitymi, to wszystkie inne aspekty jego
istnienia stawały się skrajnie chaotyczne.
Bardzo tęsknił za słodkimi, czystymi prawdami ścieżki Nina. Nawet jeżeli
wymagały od niego, by zabijał.
Szeth? Głos Krwi Nocy. Dobrze się czujesz?
- Mieczu-nimi? - szepnął Szeth, przesuwając wiązkę mieczy na plecach.
Niósł połowę, a Kaladin drugą, przytroczoną do plecaka. Były ciężkie,
lżejsze, niż powinny, ale ich waga nie była nieistotna. - Nie musisz się
martwić.
Ja tylko... coś od ciebie poczułem.
- Poczułeś? Jak możesz poczuć to, co ja?
Nie wiem. Czuję się bliski tobie. Ty cierpisz.
- Zawsze cierpię.
To nie powinno... sobie pójść? Ludzkie cierpienia łagodnieją, prawda?
- Bardzo bym chciał, żeby tak było, mieczu-nimi. Ale wydaje mi się, że
nie zasługuję na taki spokój.
Powiedziałeś, że już nie będziesz zabijał.
- Tego również bym chciał.
Szeth skręcił w prawo i zaczął schodzić po stopniach ukrytych wśród
pagórkowatego brązowego krajobrazu. Schody, wybudowane z kłód i pali
wbitych w ziemię, zużyte przez czas i stopy, prowadziły do wąskiego
wąwozu w miejscu, gdzie stykały się dwa wzgórza, a między nimi płynął
strumień.
Szeth? - spytał miecz. Jesteś złym człowiekiem?
- Dlaczego pytasz? - szepnął. - Wcześniej powiedziałeś, że jesteś
pewien, że nie jestem.
No tak, słuchałem. Co więcej, próbowałem sobie przypomnieć, co czasem
jest trudne. Mówisz o brzemionach, które dźwigasz. Ludziach, których
zabiłeś. Niewinnych, tak mówisz. A... zabijanie niewinnych jest złe.
Prawda?
- Tak.
Ale kiedy uratowałeś Dalinara i Świetlistych, to było dobre, prawda?
- Mam taką nadzieję.
Zostałem stworzony i dano mi prosty cel. Niszczyć zło. Pomyślałem, że
znajdę ludzi, którzy są źli, i zniszczę ich. Tego chce Nale, prawda?
Podzielić ludzi na grupy. Źli. Nie źli.
- To za proste, nawet dla jego filozofii - szepnął Szeth, kiedy dotarł
na dół schodów. - On wskazuje, że wszyscy są czasem dobrzy, a czasem
źli. Nie da się nas podzielić na te dwie grupy, zatem potrzebujemy
wskazówek.
Czy odróżnienie dobra od zła nie powinno być łatwe?
- Wszyscy udajemy, że tak jest. Ale gdyby tak było, nie byłoby między
nami takiej niezgody. - Szeth wszedł do wąwozu, strumyk ciurkał po jego
prawej stronie. - Niemal wszyscy zgadzamy się w podstawowych kwestiach.
Zabicie niewinnego jest złe. Ale jeśli dzięki temu ocali się trzech
niewinnych? A jeśli jest się narzędziem, postępującym zgodnie z tym, co
uważało się za nadrzędne prawo? A jeśli podjęło się dobre działanie,
które się nie powiodło, i zginęli niewinni?
Wydaje się, że to rzadkie przypadki.
- Gdyby tylko tak było, mieczu-nimi. Gdyby tylko.
Wąwóz otworzył się, ukazując klasztor. Był częściowo wykuty w skałach, a jego kamienną fasadę poplamiła kapiąca z góry woda. Szeth widział
rozpadliny na Strzaskanych Równinach i to miejsce było zupełnie inne.
Przede wszystkim otwarte w stronę nieba. I choć płynący środkiem
strumień dodawał nieco żyzności - pozwalając wyrosnąć niedużym drzewom -
wąwozu, w przeciwieństwie do rozpadlin, nie wypełniały tak liczne i zdeterminowane rośliny.
To był cichy, refleksyjny zakątek wietrznej krainy. Szeth przyglądał się
i martwił. Nie tylko z powodu swoich wcześniejszych niepokojów, ale ze
względu na Głos. Wiedział, że w końcu będzie musiał stawić mu czoło.
Sądził, że zmniejszenie jego wpływu na ojczyznę, poprzez zabijanie
Niosących Honor, było dobrym sposobem. Ale kiedy te bitwy się skończą,
co wtedy?
Mógł walczyć z jednym z Niestworzonych? Dalinarowi się to nie udało.
Musiał pokonać go siłą woli, stawiając opór pokusie Dreszczu - ale
również, jak opisał w swojej książce, przyznając się do tego, co ich
łączyło. Czy Szetha czekało coś podobnego?
Nie wiedział. Dlatego zamierzał zrobić to, co mógł - a to oznaczało
oczyszczenie tej ziemi. Ruszył w stronę klasztoru, który otaczało -
zamiast miasta czy nawet garnizonu - tylko kilka domów dla pomocników i służby. Sprawdził je i okazało się, że wszystkie były puste.
Wychodząc z jednego z nich, minął Kaladina i Nina.
- Szeth - powiedział Kaladin, próbując złapać go za ramię. - Musi
istnieć inny sposób.
Szeth zatrzymał się i pozwolił, by Kaladin go chwycił - a wtedy
mężczyzna poczuł się głupio, bo od razu go puścił.
- Nie pytam, czy jest inny sposób - stwierdził Szeth. - Robię to, co
jest wymagane.
Zdjął torbę z mieczami i podał ją Kaladinowi, a później przywołał swoje
Ostrze i wkroczył do klasztoru.
Kaladin podszedł do wejścia, by go obserwować, ale Nin złapał go za
ramię.
- On musi wypełnić pielgrzymkę bez twojej pomocy, Wiatrowy - powiedział
Herold. - Nie wtrącaj się.
Wnętrze klasztoru było ciemniejsze niż inne. Oświetlenie zapewniał
jedynie świetlik w dachu wielkiej sali, wysokiej na trzy kondygnacje.
Kolumna słonecznego blasku padała na grupę trzydziestu kobiet stojących
w szeregach - a każda z nich miała tę samą twarz.
Szeth zatrzymał się z Ostrzem Odprysku w ręku. Czekał.
- Mech-syn-Kowala?! - zawołał. - Ja... nie będę z tobą walczył, jeśli nie
muszę.
- W takim razie nie powinieneś tu wchodzić. - Głos Mchu odbijał się
echem z głębi sali. - Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, Szeth.
Tęsknię za starymi czasami.
Szeth z wahaniem zrobił krok do przodu. Te rzędy ludzi nosiły takie same
kolorowe suknie. Wyglądały jak...
Jak Herold, pomyślał. Shush-córka-Boga, Tkaczka Światła.
Tak. Poznał ją w rzeczywistości, a to był jej przybliżony obraz. To nie
było trzydzieści kobiet, lecz trzydzieści iluzji patronki klasztoru.
Trzymając się skraju sali, gdzie było ciemniej, Szeth skradał się,
podchodząc bliżej. Każda z iluzji wyglądała identycznie. Wszystkie stały
nieruchomo i patrzyły na niego.
- Pokaż się, Mech - powiedział Szeth.
- Zrobiłem to. - Głos mężczyzny dochodził z szeregów iluzorycznych
kobiet.
Szeth obserwował twarze tych stojących najbliżej i one nie mówiły. Ale...
uzdolniony Tkacz Światła potrafił zniekształcać i zaginać powietrze, by
stworzyć dźwięk.
- Ukrywam się przed tobą, w tym świetle, jako jedna z wersji Shush.
- Nie możemy po prostu się pojedynkować?
- Pojedynkować? - powtórzył Mech ze śmiechem. - Myślisz, że miałbym
jakiekolwiek szanse, Szeth?
Szeth wciąż szedł wokół kręgu światła.
- Wiesz, że nie kładziemy dużego nacisku na walkę - mówił dalej Mech.
To była prawda. Czasami Tkacza Światła wybierano przez współzawodnictwo
iluzji - choć jeśli któryś był tak uparty jak poprzednik Mchu, walka na
miecze stawała się koniecznością. Niosącego Honor Kowala Więzi również
wybierano nietypowo, w głosowaniu.
- Czyli zamiast pojedynku jest gra?! - zawołał Szeth. - Jedna z twoich
śmiesznych zgadywanek?
- Moja rola kończy się, kiedy wybierzesz jedną z moich postaci, by ją
zabić - powiedział Mech. - Niemal wszystkie ze stojących przed tobą
iluzji są niedoskonałe. Jedna jest mną, ukrytym pod twarzą, która za to
jest doskonała. Dwadzieścia dziewięć ze stojących tutaj jest
nieszkodliwych, jedna ze stojących tutaj jest śmiertelnie niebezpieczna.
Nie możesz dotykać iluzji, a one nie odpowiedzą na twoje pytania. Aby
zwyciężyć w tej próbie, musisz wybrać wersję mnie, przebić jej oko
Ostrzem i zabić mnie. Następnie musisz uciec z mojego klasztoru z moim
Ostrzem. Jeśli zaatakujesz niewłaściwą iluzję, przegrasz. Jeśli
dotkniesz ich w jakikolwiek sposób, przegrasz. Jeśli zawiedziesz, twoja
pielgrzymka się skończy i zostaniesz uznany za niegodnego wysokiej
pozycji, do której dążysz. Jeśli uda ci się zdobyć moje Ostrze, będziesz
godny. To twoja prawdziwa próba, Szeth-synu-Neturo. Odzywam się do
ciebie po raz ostatni. Wybieraj ostrożnie.
Szeth westchnął i na razie odesłał Ostrze Odprysku. Ufał swoim
umiejętnościom walki Ostrzem przeciwko każdemu poza Heroldem, ale
umysłowi? On... mu nie ufał. Nie z tymi głosami w kątach.
I tak musiał dać z siebie wszystko. Bo tego od niego wymagano, a on
robił to, czego od niego wymagano.
* * *
Venli szła przodem przez rozpadliny Strzaskanych Równin i prowadziła
dwadzieścioro ze swoich rodaków - i kilka przepastnych bestii idących
dalej za nimi - w stronę ukrytej pieśni, którą dopiero zaczynała
słyszeć.
Weszli do rozpadlin od wschodu, sposobem, jakiego nie wykorzystywała
nigdy wcześniej. W przeszłości, w dzieciństwie, zawsze dostawała się do
rozpadlin, wskakując do nich z góry lub schodząc po ścianie - zazwyczaj
podążała wtedy za Eshonai z jakąś dziecinną misją. Wspominała te dni z uśmiechem. Zanim zaczęła zazdrościć siostrze, zanim znalazła się w potrzasku, zmuszona zapamiętywać pieśni, podczas gdy jej siostra
marnowała czas.
Dostroiła się do Pokoju. Nie tak powinna o tym myśleć, prawda?
Venli zatrzymała się na rozgałęzieniu, by spojrzeć na rodaków, którzy
podążali za nią. W grupie było kilkoro z jej towarzyszy z Urithiru,
którzy odeszli razem z nią - Dul, Mazish i Shumin. Była również większa
grupa pierwotnych słuchaczy, a na końcu Leshwi i jej Istoty z Niebios.
Rozpadliną płynął spokojny strumień, który przez większość czasu dawało
się ominąć, idąc wzdłuż ściany. W miarę zbliżania się do burzy nurt
najpewniej przyśpieszy, ale Venli miała nadzieję, ze nie zostaną
zmuszeni do wyjścia z rozpadlin. Wieczna Burza nie zrzucała tyle
deszczu, co zwykle arcyburze.
Obróciła się i przeszła przez stado życiosprenów, mijając kamień w kształcie gałęzi drzewa. Samotny patyk został odłamany przez wiatr i skończył tutaj - gdzie w swoim czasie pokryła go warstwa kremu. Takie
kształty zwykle były puste w środku - gdyby na niego nadepnęła,
zmiażdżyłaby go, bo pierwotne drewno zbutwiało, pozostawiając tylko tę
skorupę.
Myśli w podobny sposób obracały się czasem w kamień. We wspomnieniach
była "zmuszona", by siedzieć i się uczyć - ale w jakim stopniu była to
prawda? Ćwiczyła, bo uwielbiała pieśni, uwielbiała się uczyć i uwielbiała spędzać czas z matką. Jej niechęć wynikała z faktu, że nie
czuła się doceniania, nie z samej pracy.
A siostra? Jej siostra robiła to, czego oczekiwał ich lud, nawet jeśli
sama Venli tego nie dostrzegała. Pielęgnowanie tego nasienia niechęci
było jak wzięcie patyka i pokrycie go kremem - jeśli nie będzie
ostrożna, prawda zgnije w środku. I zostaną jej puste kłamstwa.
W zamian przywołała inne wspomnienia - pięknych wieczorów, kiedy
śpiewała Eshonai to, czego się nauczyła, obie patrzyły na Strzaskane
Równiny i śmiały się razem. W duchu dostroiła się do Pokoju, a później
Podziwu. Znajdowała się we wspaniałym miejscu. Powinna nacieszyć się tą
rozpadliną i jej pełnym życia środowiskiem.
Gęste, wilgotne powietrze kojarzyło się jej z zapachem herbaty, pełnym
pary i woni ziół. Zbocza rozpadliny pokrywały pnącza, a łupkokora miała
setki jaskrawych odcieni. Po prawej widziała żółtą, w kształcie
wachlarza, wyrastającą ze ściany i przypominającą książkę, której kartki
ktoś przerzucał.
U jej stóp kremliki śmigały wśród lasów, które im samym musiały wydawać
się ogromne, ale dla Venli każdy był jak niewielka diorama. Taka jak
dzieła Kunony, w których każdy kamyczek i malutka roślinka miały swoje
starannie wybrane miejsce.
Kunonę... zabiły narodziny Wiecznej Burzy. Venli spojrzała na ciemne
niebo, widoczne przez szczelinę na szczycie rozpadliny, wysoko na górze.
Czerwone rozbłyski odbijały się od chmur. Kierując się w głąb, wchodzili
do jej królestwa.
Nadal słyszała ten rytm dochodzący z pewnej odległości. Ten, za którym
podążała. Im bardziej się zbliżali, tym wyraźniej Venli słyszała ton -
nieco fałszywy, z chaotycznym rytmem. Po jej prawej na bulwiastym liściu
siedział fioletowy kremlik. Wydawało się, że ją obserwuje, więc zanuciła
w jego stronę szczęśliwy rytm.
Wkrótce Thude podszedł do niej, trzymając w ręku klejnot jako źródło
światła. Jego stopa zmiażdżyła z cichym trzaskiem zbutwiały konar - prąd
poniósł kawałki w stronę reszty grupy.
- Venli - odezwał się z Niepokojem. - Jesteś pewna, że idziemy we
właściwą stronę? Tam jest Wieczna Burza.
- Najpewniej zatrzymała się w miejscu. On robił to już wcześniej,
przenosił burzę tam, gdzie chciał, by się znajdowała, by przerazić ludzi
i ich zdominować. - Venli się zawahała. - Tu trwa bitwa, Thude. Ludzie i pieśniarze walczą o Narak. Mówiłam ci, co wysłał mi Rlain? O umowie,
którą ludzki król zawarł z Odium, i dziwnych warunkach, które pozwolą im
zachować to, co zdobędą przez te dziesięć dni?
- Tak wiele przelanej krwi o jałowy obszar pełen połamanych skał -
szepnął Thude z żałobą w głosie. - Ludzie spędzili wiele lat, mordując
tam słuchaczy, a teraz inni znów się o niego zabijają.
Zanuciła ze Stratą i... uświadomiła sobie, jakie to smutne, że on stał się
tak poważny. To była częściowo jej wina.
Głównie jej wina.
- Przepraszam, Thude - szepnęła. - Za wszystko.
- Ciągle myślę, że może ona jakimś sposobem przeżyła, Venli. Że pewnego
dnia Eshonai znów wejdzie do naszego obozu. Kiedy ty wróciłaś... myślałem...
myślałem, że to ona. Przez chwilę. Czy to głupota z mojej strony?
- Nadzieja nie jest głupia... - Skrzywiła się. - Tyle że, Thude... widziałam
trupa Eshonai. Przepraszam. Powinnam była o tym wspomnieć. Ale wiesz, że
Nuta była najpierw jej sprenem.
Spojrzał na nią i zanucił z Wdzięcznością. Chciał, żeby wyjaśniła.
- Po tym, jak moja siostra zginęła, zostałam wysłana z Demidem po jej
Odpryski. Thude, Odium ona nie obchodziła. Była dla niego do
wykorzystania i wyrzucenia. Myślę, że wtedy zaczęłam się zmieniać.
Tamtego dnia, kiedy ją znaleźliśmy, a ja uświadomiłam sobie, że innych
obchodziła tylko jej zbroja...
Nuta zanuciła w jej wnętrzu. Uspokajająco. I dodała coś interesującego.
- Thude, Nuta mówi, że Eshonai nie była jego, kiedy umarła. Wyrwała się
- powiedziała Venli.
- Była w burzoformie. Czy to w ogóle możliwe?
- Mnie się udało, ale jedynie z pomocą Nuty. Nuta mówi... Eshonai też to
zrobiła. Wyrzuciła go z umysłu i była sobą, kiedy umarła. Możemy z nim
walczyć.
Za szeregiem słuchaczy widziała jeden z większych cieni poruszających
się w rozpadlinach. Nalegały, by im towarzyszyć. Pięć przepastnych
bestii, wśród nich ta, którą wszyscy nazywali Chmurą Burzową, ich
przywódca. Lub też to on jako pierwszy postanowił z nimi nie walczyć - a kiedy największy i najbardziej niebezpieczny z nich wszystkich uznał, że
małe stworzonka na Strzaskanych Równinach go pokonały, pozostali poszli
za jego przykładem.
- Może uda nam się coś zrobić z walką, która trwa przed nami, Thude -
powiedziała Venli. - Może powinniśmy do niej dołączyć, jak zasugerowałam
wcześniej.
- Nie.
Uniosła klejnot, by oświetlić jego twarz.
- Venli, nie będziemy walczyć. Postanowiłem znów ci zaufać, ale nie
jesteś naszą przywódczynią. Jest nas zaledwie tysiąc dorosłych.
Przepastnych bestii znacznie mniej. Nie więcej niż sto osobników? Mam
wrażenie, że ich liczba szybko maleje. Jeśli zbyt wiele z nich zginie,
będą miały problemy z rozmnażaniem. Nie zaangażujemy się w tę walkę.
- Nasza liczebność to moja wina. Gdybym nie...
- Venli, sam nie wierzę, że to mówię, ale... daj spokój. Wszyscy żałujemy
tego, co się wydarzyło. Ale... zły bóg był zdecydowany nas zniszczyć.
Próbuję nie czuć do ciebie nienawiści. Obojgu nam pomoże, jeśli będziemy
żyć dalej.
Westchnęła, ale on miał rację - zarówno jeśli chodziło o nią, jak i o powstrzymanie się od walki. Wątpiła, by w ogóle jej towarzyszyli, gdyby
spreny się nie odezwały, a przepastne bestie nie potwierdziły istnienia
tego dziwnego tonu.
- Żadnej walki - powiedziała do Thude'a. - Cieszę się że przyszedłeś z Piątką. Jakąkolwiek decyzję podejmiemy, będzie oczywiście należała do
was.
Zanucił z Determinacją. Zostawili Jaxlim, bo ona i Venli - jako
powierniczki pieśni - nie mogły jednocześnie ryzykować. Ale przyszła
cała Piątka, choć wcześniej mianowali innych na swoje miejsce, gdyby nie
wrócili. Venli nie mogła nie wspominać, że zrobili to samo, kiedy po raz
pierwszy udali się w odwiedziny do ludzi. W czasie tej brzemiennej w skutki wyprawy zabili Gavilara i wzniecili cały ten chaos.
Dostroiła się do Pokoju i znów ruszyła w drogę z nadzieją, że nie
biegnie w stronę podobnego kataklizmu. Dotarcie do centrum miało wciąż
zająć sporo czasu, bo musieli w tajemnicy maszerować przez te wijące się
rozpadliny - ale wyjście na płaskowyże na górze byłoby samobójstwem ze
względu na patrole Istot z Niebios i Wiatrowych.
Bezpieczni byli tylko na dole, wśród ciemności i wijących się roślin.
Skradając się niczym kremliki poruszające się wśród poszycia.
71. Założenia
71
Założenia
Moim celem nie jest stworzenie nowej religii ani doprowadzenie do
podziałów wśród vorinizmu. Jestem jednak przekonany, że w najmroczniejszych chwilach mojego życia coś mi towarzyszyło, i nie była
to istota, którą zwiemy Wszechmocnym. On nie żyje. A nawet gdyby żył,
uważałbym jego działania za coraz bardziej podejrzane.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Szeth zakończył okrążanie kręgu jasności w klasztorze Tkaczy Światła.
Promienie słońca padały z góry na te trzydzieści iluzorycznych sylwetek.
Jak mógł wybrać właściwą? Przyglądając się uważnie, dostrzegał drobne
różnice między postaciami - przedziałek w innym miejscu, oczy w innych
odcieniach, szarfy na sukniach związane w inny sposób.
Przyglądał się każdej i czuł, że pot spływa mu po twarzy. Nie umiał
ocenić, która jest "doskonała", a które nie. Na burze... jak mógłby
pokonać Tkacza Światła w jego własnych sztuczkach? Doszedł do jednego
wniosku. Powinien zadać przypadkowy cios i zaufać przeznaczeniu.
Przywołał Ostrze i wiedział, że mu się nie uda.
- Hmmm... - szepnął mu do ucha kobiecy głos.
Spojrzał w bok, ale niczego nie zobaczył.
- Tak - szepnęła Syl. - Podstępni Tkacze Światła z ich podstępnymi
sztuczkami. Cóż, jeśli twój spren nie zamierza pomóc, ja to zrobię.
- Ty... nie powinnaś tu przebywać - odszepnął Szeth.
- Nale powiedział, że Kaladin nie może ci pomóc, ale ani słowem nie
wspomniał o mnie. Jestem bogiem, prawda? Jego fragmentem?
- Oczywiście.
- Czy nie modlisz się do bogów, prosząc ich o pomoc?
- Tak.
- No to...
Myślał przez krótką chwilę.
- Pomożesz mi? Proszę.
- Z przyjemnością - odszepnęła. - Mów cicho i nie wypowiadaj mojego
imienia, a oni niech założą, że rozmawiasz ze swoim sprenem.
- Ale ty przestrzegaj zasad. Nie dotykaj ich.
- Dobrze, dobrze. Przejdźmy wzdłuż tego rzędu. Hmmm... One się od siebie
różnią. Odrobinę.
- Musimy znaleźć tę, która jest doskonała. Ale skąd wiemy, która jest
"doskonałym" przedstawieniem Herolda? Połowa ma zielone oczy, a połowa
fioletowe.
- Dokładnie pół na pół?
Zastanowił się i policzył.
- Szesnaście fioletowych. Czternaście zielonych.
- To się wydaje celowe. Czy możemy coś z tego wywnioskować? Szybko,
policz, ile ma włosy z przedziałkiem po prawej, a ile po lewej.
Zrobił to. Znów szesnaście i czternaście. Tak samo z wiązaniami szarfy -
szesnaście ekstrawaganckich, czternaście prostych.
- Więc czy myślimy, że "właściwa" Ash ma bardziej pospolitą cechę czy
mniej pospolitą? - odezwała się Syl.
- Doskonałość jest rzadka, więc mniej pospolitą?
Nie podobało mu się zgadywanie, kiedy chodziło o coś tak ważnego... ale
przecież jeszcze przed chwilą był gotów zadać przypadkowy cios. Pomoc
Syl złagodziła jego napięcie i odkrył, że jest za to ogromnie wdzięczny.
Omówili to razem i poprzez proces eliminacji znaleźli jedną wersję
Shush, która miała wszystkie z rzadszych cech. Zielone oczy, przedziałek
po lewej, proste wiązanie, pierścień na palcu... i tak dalej przez różne
atrybuty.
Zatrzymali się przed nią, trzecią od lewej w tylnym rzędzie. Szeth
przygotował miecz.
- Czy to... nie wydaje ci się za łatwe? - szepnęła mu do ucha Syl.
- Owszem.
- Znasz osobę, która to przygotowała?
- Tak.
- Jaka ona jest?
- Aż za bystra. I przekonana o swoim sprycie. Jak większość Tkaczy
Światła, których poznałem.
Syl zastanawiała się przez chwilę.
- Tak, nie ma szans, żebyśmy rozwiązali tę łamigłówkę tak łatwo.
Oddałabym lewe ucho... nigdy go nie lubiłam... że mieliśmy wybrać tę iluzję.
Nie dlatego, że jest właściwa, ale dlatego, że to najbardziej oczywisty
wybór.
- To co robimy? - szepnął Szeth.
- Musimy zejść poziom niżej. Musimy odrzucić oczywiste możliwości.
- To skąd będziemy wiedzieć? - Szeth podszedł do końca rzędu i spojrzał
wzdłuż szeregu niemal identycznych wersji półbogini. - Mech jest
bystrzejszy ode mnie. Na pewno rozważył każdą możliwość.
- Myślę...
- Na twarzach mają nieduże znamiona. - Szeth ruszył wzdłuż szeregu. -
Może znajdziemy taką, która nie ma tej skazy? Tyle że to też wydaje mi
się zbyt oczywiste.
- Aha. I do tego nieprecyzyjne. Czemu znamię miałoby uczynić kogoś mniej
doskonałym? To kolejny sposób, byśmy założyli, że złamaliśmy szyfr, i przegrali. Tak sądzę.
Jej niepewność odzwierciedlała jego własną. Niezależnie od tego, jakie
rozwiązanie rozważał... wydawało się liche, powierzchowne. Znalezienie tej
jednej Shush, która nie stała idealnie równo z pozostałymi? Tej jednej,
która trzymała głowę prosto, gdy inne lekko ją przechylały? Każde mogło
być rozwiązaniem, ale w jaki sposób były przez to mniej doskonałe?
Znając Mcha...
- On chciałby zwyciężyć niezależnie od tego, jaką decyzję podejmę -
stwierdził Szeth. - To ten rodzaj łamigłówki, prawda? Taki, w którym on
nie może przegrać, niezależnie od tego, co wybiorę ja.
- Aaaach... Niemal na pewno masz rację, Szeth. Co dokładnie powiedział na
początku?
- Powiedział, że niemal wszystkie iluzje są w jakiś sposób niedoskonałe.
Ale jedna jest nim, ukrytym pod twarzą, która za to jest doskonała. -
Zawahał się. - Powiedział też, że znajduje się w kręgu światła, więc nie
ukrywa się nigdzie indziej w pomieszczeniu.
- Tak. Nie skłamałby, bo to byłoby oszukiwanie. To żadna zagadka, jeśli
nie masz szans na znalezienie odpowiedzi. Hmm... zaraz. Wznieś się nad
nie, Szeth. Zobaczmy, czy tworzą interesujący wzór.
Przywiązał się w powietrzu, pod świetlikiem. Rzucając cień na te
poniżej. On i Syl przyglądali się ustawieniu pięciu rzędów po sześć.
- Niczego nie widzę - stwierdził Szeth.
- Ćwiczyłeś z tym Tkaczem Światła, prawda? Czy wasze szkolenie daje ci
jakieś wskazówki?
- To było dawno temu. I nigdy nie byłem w tym dobry. - Jednak do Mchu
doskonale pasowałoby nawiązanie do jakiegoś mało znaczącego elementu
szkolenia, po tylu latach. Po zastanowieniu powiedział: - Uczono mnie,
że jednym z motywów Tkania Światła jest podstęp. Nie chodzi o doskonałość, bo żadna iluzja nie może być doskonała. Obaj zgadzaliśmy
się w tej kwestii. Czyli wszystkie te iluzje są niedoskonałe, ze swej
natury.
- Ale stwierdził, że jest jedną z tych postaci.
- Cóż, powiedział, że ukrywa się pod jedną z wersji Shush. "Jedna jest
mną, ukrytym pod twarzą, która za to jest doskonała...".
Spojrzał z wysoka i dostrzegł to. Podobnie jak w innych klasztorach, na
podłodze znajdowała się stara mozaika przedstawiająca Herolda. Tutaj
była to twarz Shush. W kamieniu. Który jest doskonały.
- Na burze - powiedziała Syl. - Podłoga!
Szeth nie potrzebował dalszych dowodów. Przywołał Ostrze, opadł na
ziemię i przebił płytki podłogi, dokładnie w miejscu oka.
- Szeth! - szepnęła mu do ucha Syl. - To było impulsywne!
- Zobaczyłaś to w tej samej chwili, co ja.
Patrzył, jak Tkanie Światła na postaciach rozpada się, ukazując grupę
wyczerpanych, zaspanych i nieco oszołomionych akolitów.
Akolici? - pomyślał Szeth. Wykorzystał ludzi pod twarzami Shush?
Dlaczego? To wydawało się wyjątkowo brutalne. Gdyby Szeth przebił jedną
z nich, zabiłby człowieka.
- Mogliśmy to przedyskutować czy coś. - Syl wciąż pozostawała
niewidzialna, kiedy szeptała mu do ucha.
- I dać mu czas, by się zorientował, że się domyśliliśmy?
Szeth spojrzał z góry na podłogę - którą rozciął, ukazując zagłębienie w kamieniu pod mozaiką. Wewnątrz leżało ubranie Mcha - kiedy został
przebity, podobnie jak pozostali wyparował w chmurze ciemności,
pozostawiając Ostrze. Szeth rozciął kamień na tyle, by je wydobyć -
Ostrze z falującymi wzorami wzdłuż tylca i okrągłym otworem w głowicy.
- Nadal sądzę, że to było nieco lekkomyślne - stwierdziła Syl.
Szeth uniósł miecz.
- Czasami trzeba po prostu podjąć decyzję.
Kiedy Kaladin i Nin podeszli, uświadomił sobie, że te słowa były
absolutnie prawdziwe.
* * *
Jasnah znalazła spokój do namysłu w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. W świątyni.
Kiedy wuj Dalinar odwiedził to miasto, wykorzystał swoje moce, by
przywrócić starożytną świątynię do dawnego stanu. Jasnah wciąż nie
rozumiała, jak mu się to udało - moce Kowali Więzi zachowywały się tak
dziwacznie. Oczywiście każdy zakon Świetlistych wykorzystywał Moce w swój charakterystyczny sposób, ale Kowale Więzi działali na zupełnie
innym poziomie.
Odnowiona świątynia Talenelata była teraz uznawana za miejsce świętsze
od innych w Thaylen i przeznaczona wyłącznie dla Świetlistych. Ponieważ
jej komnaty w mieście - na jej własną prośbę - znajdowały się w pobliżu
kwater innych generałów... cóż, jeśli potrzebowała ciszy, to było
doskonałe miejsce. Nikt nie będzie jej przeszkadzał w tej pełnej powagi
okrągłej sali, ozdobionej freskami i kamiennymi glifami strzegącymi i wysławiającymi Wszechmocnego.
Jasnah rozłożyła się na tyłach, między dwiema kolumnami i w pobliżu
płaskorzeźby przedstawiającej Talna, Niosącego Cierpienia. Całkiem
dobrze oddali jego rysy. Znajdowały się tam stół chirurgiczny i krzesła,
bo kiedy w mieście pojawił się Tancerz Krawędzi albo Widzący Prawdę,
pomieszczenie wykorzystywano do uzdrawiania.
Położyła notatniki i dokumenty na stole, ale nie usiadła. Miała
wrażenie, że przechodzi ją prąd elektryczny - taki, który można było
wytworzyć w tym starym eksperymencie ze szmatami nasączonymi solanką i różnymi metalami. Uwięziona błyskawica. W czasie spotkania uczonych,
które odwiedziła w młodości, widziała, jak pewna badaczka wykorzystuje
ten proces, by wzbudzić drgania mięśni martwego kremlika.
Jasnah krążyła wokół stołu, a jej umysł wrzał. Odium wiedział, że tego
miasta nie da się zdobyć bez ogromnych strat. W rzeczy samej, nawet
gdyby poniósł ogromne straty, i tak najpewniej by tu przegrał. Thaylen
właściwie nie było warto atakować. Jednak przybywał tu w wielkiej
liczbie i dawał sobie tylko parę dni na zdobycie miasta.
Czego nie dostrzegała?
Czego wszyscy nie dostrzegali?
Kość Słoniowa urósł i trzymając dłoń na rękojeści miecza pojedynkowego,
obserwował ją z wyraźnym rozbawieniem. Stał oparty o ścianę przy
drzwiach - sylwetka z czarnego jak atrament marmuru, opalizująca jak
olej na wodzie, kiedy promienie światła padły na nią w odpowiedni
sposób.
Dawał jej przestrzeń i ciszę, by mogła się zastanowić. Niestety, gdy
znalazła się tutaj... odpowiedzi nadal jej umykały. Zanotowała logiczne
pytania do zastanowienia, zgodnie z jej formalnym wyszkoleniem, i przyciągnęła stado logikosprenów jak malutkie chmury burzowe.
Każdy pomysł prowadził do odpowiedzi, które wydawały się niewłaściwe.
Teoria rdzenia emocjonalnego kazała jej rozważyć, co kieruje
uczestnikami. Jakie uczucia mogą sprawiać, że zachowują się w taki
sposób? Czy istniał nieuchwytny, emocjonalny powód, dla którego Odium
pragnął zdobyć to miasto? Może wciąż bolało go, że nie udało mu się
zdobyć go przed rokiem, więc przybywał, by się zemścić.
Jednak to był nowy Odium - i choć moc mogła chcieć zemsty, któż
wiedział, czego pragnęło nowe Naczynie? Poruszała się po niepewnym
gruncie, zakładając, że zrozumie jego motywację. Poza tym nigdy nie
lubiła zakładać, że jej wrogowie popełniają błąd. Tak, dostrzeżenie i wykorzystanie potknięć było ważne, ale niedocenianie wrogów to paskudne
przyzwyczajenie prowadzące do jeszcze paskudniejszych niespodzianek.
Jeśli się zakładało, że wrogowie podejmowali właściwe decyzje - i szukało się sposobu, by na nie odpowiedzieć - często dochodziło się do
ważnych wniosków.
Po założeniu, że wróg jest kompetentny, co było jej kolejnym krokiem?
Może teoria formalizmu - rozpisać przesłanki i spróbować wywnioskować na
ich podstawie kolejne logiczne posunięcie. To jednak wydawało jej się
zbyt podobne do tego, co robili z generałami - oni umieli przygotować
się na każdą ewentualność lepiej od niej. Ona musiała odkryć to, czego
oni nie dostrzegali.
To doprowadziło ją do teorii ekonomicznej, która uczyła, że należy
podążać za bodźcami. Czy atak tutaj mógł przynieść niematerialne
korzyści? Na burze. Czy Odium po prostu odciągał ich siły? Skłaniał ich,
by przesunęli ograniczone zasoby z miejsc, w których mogli przegrać, i skupili je na bitwie, którą i tak najprawdopodobniej wygrają?
Wydawało się, że to użyteczna hipoteza. Usiadła i rozważyła ją, robiąc
notatki, a wokół jej głowy krążyły logikospreny. Fen była jedną z ich
dwóch najsilniejszych sojuszników. Była również głośna i arogancka i zażądała pomocy dla miasta, które już przeszło tak wiele. Koalicja była
bardziej skłonna poświęcić środki na obronę Thaylen, by nie trzeba go
było odbudowywać po raz drugi. Tak... to wszystko mogło ich skłonić, by
przeznaczyli zbyt wiele środków na obronę tego miasta.
Czy ten atak mógł być tak naprawdę sposobem, by się upewnić, że dwa
pozostałe punkty - Azimir i Strzaskane Równiny - nie dostaną wsparcia? I tu dostrzegła problem ze swoim założeniem. Jeśli celem było jedynie
odciągnięcie sił od innych bitew, to po co odciągać w ten sam sposób
własne siły?
Może to były oddziały, których nie można by wykorzystać w innych
miejscach? Nie... te siły mogłyby popłynąć przez Cieniomorze do Azimiru,
prawda? Może brakowało mandr do pociągnięcia statków na taką odległość w tym ograniczonym czasie? A co ze Strzaskanymi Równinami? Czy wrogowie
mogliby dostarczyć te oddziały na pole bitwy na czas, wykorzystując
pomoc Wiecznej Burzy?
Zrobiła odpowiednie obliczenia i poczuła, że jest na tropie. Ale po
godzinie rozmyślania, patrzenia na liczby i zapisywania przemyśleń...
doszła do ściany.
- Kości Słoniowa, odwróć moją uwagę - poprosiła.
Był do tego przyzwyczajony.
- Świątynia - powiedział ze swojego miejsca przy wejściu. - Przychodzisz
do świątyni, żeby pomyśleć?
- Jest cicha. I piękna.
- Po tych wszystkich latach wciąż nie rozumiem osoby, którą jesteś,
Jasnah. Czy to miejsce nie powinno wzbudzać twojej złości? Zaprzeczasz
boskości leżącej u podstaw tej religii. Zaprzeczasz wierze ludzi, którzy
ją wybudowali.
- To drobne zastrzeżenie, ale nie zaprzeczam, że ludzie, którzy to
wybudowali, wierzyli. Nie zaprzeczam też, że wiara ma moc, by
inspirować.
- Ale ty przeciwstawiasz się ich bogu.
- Większe zastrzeżenie. Nie przeciwstawiam się ich bogu, bo ich bóg, jak
go sobie wyobrażają, wszechmocny i wszechwiedzący, nie istnieje. Nie
mogę się temu przeciwstawiać, nie bardziej niż wyobrażonemu
przyjacielowi z dzieciństwa... nie można spierać się i walczyć z czymś, co
nie istnieje, ani się temu przeciwstawiać. Przeciwstawiam się
założeniom, które robią ludzie. Bo jeśli zaczyna się od błędnych
założeń...
A niech to Potępienie. Błędne założenia.
Zapomniała o podstawowej zasadzie każdej logicznej analizy - rozważ
swoje założenia. Jakie były jej? Uniosła palec, by powstrzymać Kość
Słoniową, który - ponownie - był do tego przyzwyczajony.
Założenie pierwsze: Odium naprawdę chciał zdobyć to miasto. Wydawało się
to rozsądne, na podstawie tego, co wiedzieli.
Założenie drugie: miasto było dobrze bronione. Wydawało się solidne...
przynajmniej ufała admirałom i generałom.
Co jeszcze? Co przegapiła?
Uderzyło w nią jak błyskawica.
"Założenie trzecie" zapisała. "W tę stronę naprawdę kierują się burzowe
wojska".
Zalał ją zimny pot, kiedy dostrzegła ich błąd. Statki kierujące się w tę
stronę nie oznaczały żołnierzy. Nawet jeśli zwiadowcy wspominali o pieśniarzach stłoczonych na pokładach, co sugerowało, że pod pokładem
jest ich o wiele więcej... To nie znaczyło, że w ich stronę kierowali się
żołnierze. Fen była wstrząśnięta, że wrogowi udało się zgromadzić armię
do zaatakowania jej miasta. A jeśli wcale się nie udało? Jeśli miał
okręty - marynarkę Vedenaru i ukradzione statki z samego Thaylen - i kogoś, kogo mógł przebrać w odpowiednie kostiumy... ale nie miał
żołnierzy? Co zrobiłby w tej sytuacji?
Posłałby flotę w tę stronę. Powoli. By jego wrogowie się okopali,
przekierowali środki... i czekali na armię, która tak naprawdę wcale się
nie zbliżała.
Wstała, oczy miała szeroko otwarte.
- Masz to - powiedział Kość Słoniowa. - Odpowiedź jest?
- Hipoteza jest. Nasi zwiadowcy Wiatrowi muszą zrobić coś potencjalnie
niebezpiecznego, ale potencjalnie i niezmiernie ważnego. - Podniosła
wzrok. - Muszą się bardzo, ale to bardzo zbliżyć do tych okrętów.
72. Statystycznie niebezpieczna
72
Statystycznie niebezpieczna
Jestem świadomy, że w pewnym sensie to absurdalne. Ja, który głoszę, że
bóg jest martwy, jednocześnie odrzucam ideę, że żaden Bóg nie istnieje.
A jednak sama moja istota - dusza, umysł, ciało - sprzeciwia się idei,
że nic się nie przejmuje. Coś takiego musi istnieć.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Kiedy Szeth zabrał trochę klejnotów z zapasów klasztoru, Sylphrena znów
pojawiła się obok Kaladina - wielkości człowieka, bo wydawało jej się to
właściwe. Przyjrzała się zgromadzonym akolitom, których wcześniej
przykrywały iluzje. Ludzie. Mech wykorzystał prawdziwych ludzi w swojej
próbie. Jakże niepotrzebnie okrutne to było. Iluzje nie potrzebowały
osoby, by się jej trzymać - Shallan ciągle tworzyła takie, które
istniały samodzielnie.
Szeth wrócił z napełnionymi klejnotami, a wtedy Syl popłynęła z nim i Kaladinem do wejścia do klasztoru. Nale posłał jej spojrzenie.
Spiorunował ją wzrokiem? Nie marszczył czoła. Czy można piorunować
wzrokiem bez marszczenia czoła? Może powinna spytać jakiegoś
złościosprena.
Uśmiechnęła się do Nale'a. Słodko, bo odrobina słodyczy czyniła
zasadniczo każdą sytuację lepszą. Szczególnie takie, w których
sprawiała, że ktoś się irytował.
Szeth zatrzymał się na kamiennym ganku pod klasztorem i przyglądał się
swojemu nowemu Ostrzu Honoru. Za jego plecami biedni akolici zaczęli
wychodzić niepewnym krokiem i ściskać się nawzajem, uwolnieni z ciemności. Kaladin kucnął obok Szetha, rozwiązał ich coraz bardziej
niezgrabny węzełek z mieczami i wsunął ten nowy do środka - a Krew Nocy
poprosił go cicho, by na czas podróży stał się tępy.
- Jestem pod wrażeniem - powiedział Kaladin do Szetha. - Jak rozwiązałeś
tę zagadkę?
- Miałem błogosławieństwa sprenów - odparł Szeth.
Nale - który stał z rękami założonymi za plecami jak wielka kamienna
rzeźba - jeszcze bardziej intensywnie piorunował ją wzrokiem. Jakie to
dziwne uczucie - ożywienia pod pełnym złości spojrzeniem. Psucie dnia
tego mężczyzny było czymś naprawdę wspaniałym.
Ale... dlaczego jej umysł ciągle wracał do tego dziwactwa, wykorzystania
służących pod iluzjami? Głupi mózg. Czasami nie umiał dać sobie spokoju
z pomysłem, a czasami był tak pełen głupich pomysłów, że nie umiał
wybrać jednego.
Szeth zwyciężył.
Ale...
"Aby zwyciężyć w tej próbie, musisz wybrać wersję mnie, przebić jej oko
Ostrzem i zabić mnie. Następnie musisz uciec z mojego klasztoru z moim
Ostrzem" - powiedział Tkacz Światła.
Następnie musisz uciec z moim Ostrzem...
- Cóż, cieszę się, że to nie ja tam byłem - stwierdził Kaladin. - Pewnie
bym oszalał.
- Nie. - Syl zmusiła się, by wrócić do chwili obecnej, i kucnęła obok
niego i Ostrzy. - Twój spren by ci pomógł. Bo tak powinna działać więź.
Oboje dajemy i oboje dostajemy. Symbioza, jak te obrazki, które pokazała
mi Shallan, z kremlikami.
- Co mają z tym wspólnego kremliki? - Kaladin zmarszczył czoło.
- Wszystko.
Szeth zawiązał węzełek z owiniętych materiałem mieczy, po czym wstał,
gdy ludzie zaczęli wychodzić z klasztoru. Osuwali się na kolana i płakali. Jak w innych miejscach, które odwiedzili. Tutaj wydawało się
to... bardziej intymne, w tym małym wąwozie przypominającym rozpadlinę, ze
strumieniem ciurkającym za plecami Nale'a.
Ci ludzie otoczyli Szetha na kamiennym ganku przed klasztorem. Miejsce
to wyglądało zupełnie jak zwyczajny Roshar, z kamienistym gruntem,
prawie pozbawione błota i gleby. Święte miejsce, choć nie potrafiła
pojąć, dlaczego spreny kamieni darzono tutaj tak wielką czcią. Spreny
kamieni były niemal równie głupie, jak spreny patyków, a to dużo
znaczyło.
Choć sam kamień ma starożytne wspomnienia, pomyślała. Krainy, która
niegdyś nie znała ani ludzi, ani pieśniarzy...
Kaladin wstał i uśmiechnął się do Szetha. Wiedziała, że lubił tę część,
bo przypominała Szethowi, że walczy o coś. Bo ideały były głupie, o ile
nie wiązały się z ludźmi. To takie dziwne, że cały zakon Świetlistych
tego nie rozumiał.
Syl chciała wznieść się w powietrze i poszukać życiosprenów, bo
pomyślała, że może uda jej się znaleźć jakiegoś tutaj, w tym niemal
właściwym miejscu ze strumieniem i drzewami.
Ale jej mózg. Jej głupi mózg.
Jej mózg wciąż myślał o Mchu. Uważał się za tak bystrego, a teraz był
martwy. I już.
Jej mózg się uczepił. Jak zębami.
Trzymał. Mocno. Ściskał.
"Dwadzieścia dziewięć ze stojących tutaj jest nieszkodliwych, jedna ze
stojących tutaj jest śmiertelnie niebezpieczna". Dwadzieścia dziewięć
nie było zagrożeniem, ale jedna z tych stojących była śmiertelnie
niebezpieczna. Tkacz Światła nie stał, leżał.
Spojrzała na Szetha, z jego zbyt błyszczącą, zbyt bezwłosą głową.
Dwadzieścia dziewięć ze stojących osób nie było groźnych... ale czy jedna
z nich wciąż była śmiertelnie niebezpieczna? Ktoś, kto wymyślił tego
rodzaju łamigłówkę, wydawał się również kimś, kto bardzo starannie
dobierał słowa. Czy był również typem, który ukryłby dwie zagadki w jednej?
"To twoja prawdziwa próba...".
Syl poderwała się gwałtownie i złapała Kaladina za ramię. Naprawdę
złapała go za ramię. Z całej siły.
Spojrzał na nią wstrząśnięty.
- Kaladinie - syknęła Syl. - Jedno z tych akolitów spróbuje zabić
Szetha.
Zamrugał, przyjął jej słowa.
I zaufał jej.
Bez chwili wahania Kaladin przywołał włócznię. Syl przybyła, jej
substancja wpłynęła w broń, jej świadomość stała się jego świadomością.
W tych chwilach nakładała się na niego, patrzyła jego oczami. Nie było
to dokładne. Miała świadomość, która nie była do końca jego.
Nigdy nie byli bliżej niż w tych chwilach, kiedy Kaladin - i chwała mu
za to - po prostu jej ufał. Chwycił włócznię obiema rękami i zobaczył.
Błysk w powietrzu, gdy jedna z osób wychwalających Szetha - dostojna
kobieta - przywołała Ostrze i uniosła ręce, by wbić je w plecy Szetha...
I została trafiona przez Kaladina prosto w ucho.
Jej oczy spłonęły i osunęła się na ziemię. Wokół nich ludzie zaczęli
krzyczeć i się rozbiegli.
Szeth odwrócił się. Za późno.
- Oszustwo - powiedział Nale. - Wiatrowy ci pomógł.
Szeth wpatrywał się w martwą kobietę, która rozpłynęła się w dymie.
Ukląkł z szacunkiem i podniósł jej Ostrze - długie i zakrzywione, ze
skomplikowanymi zdobieniem przy rękojeści.
- Niosąca Honor Widząca Prawdę? Nie znam jej. Co z Vambrą-córką-Nieba?
Była taka młoda...
Szeth zamrugał, po czym popatrzył na Kaladina, a on popatrzył na Syl,
która przyjęła rozmiary człowieka, kiedy Kaladin odesłał włócznię.
- Poprzednim razem zaatakowało cię dwoje Niosących Honor - wyjaśniła. -
I dlatego pomyślałam sobie: "Hm. Dlaczego tym razem mieliby wysłać tylko
jednego?". A później pomyślałam: "Głowa Szetha wygląda śmiesznie bez
włosów". Ale później pomyślałam: "Hej. Tkacz Światła powiedział, że
dwadzieścia dziewięć iluzji nie jest niebezpiecznych". I... no... wszystko
wskoczyło na swoje miejsce. - Wzruszyła ramionami.
Kaladin odwrócił się do Nale'a.
- Wiedziałeś o tym?
- Kiedy Szeth-syn-Neturo zakończy pielgrzymkę, stanie przed nim trudne
wyzwanie. - Nale nawet nie drgnął. - Musimy wiedzieć, że sobie poradzi.
- Jakie wyzwanie? - spytał ostro Kaladin.
- Nieważne. Twoja pomoc była oszustwem. Zasady zostały pogwałcone.
- Jakie zasady? - spytał cicho Szeth.
Syl odwróciła się powoli, podobnie jak Kaladin, w stronę Szetha, który
klęczał z nowym Ostrzem Honoru. Słudzy świątyni uciekli i zapanowała
dziwna cisza. Szeth podniósł wzrok i spojrzał Nale'owi w oczy.
- Jakie zasady pogwałciłem, Nin-synu-Boga? - powtórzył pytanie Szeth.
- Zasady pielgrzymki.
- Kiedy Pozen wciągnął mnie do Cieniomorza... spytałem go o zasady -
szepnął Szeth. - Powiedział, że to wyzwanie nie ma ustalonych zasad.
Gdyby miało, nie mógłbym zostać zaatakowany przez dwoje Niosących Honor
jednocześnie. Zgadza się?
Nale nie odpowiedział.
- Nie mógłbym również zostać zaatakowany poza obrębem klasztoru. - Szeth
wstał i skinął w stronę Kaladina. - Ten mężczyzna został wyznaczony, by
mi pomagać. Ponieważ wypełniał swoje zadanie i ponieważ ta pielgrzymka
nie ma żadnych zasad... nie rozumiem, jakim sposobem mogły zostać
pogwałcone. Panie.
Syl zagwizdała cicho w reakcji na całkowity brak emocji w głosie Szetha.
Ci dwaj stali naprzeciwko, czarny mundur i biały. Aż Nale się odezwał:
- Masz rację, a ja się myliłem. Pielgrzymka trwa. Noś swoje nagrody z dumą. Chodź. Odwiedzimy klasztor Widzących Prawdę, co jest czystą
formalnością, a później ruszymy dalej do ostatnich trzech. Będą dla
ciebie najtrudniejsze, każdy z nich jest wyjątkową próbą.
- I tyle? - Syl czuła narastającą wściekłość. Nie była wiatrosprenem,
ale kiedy chciała, potrafiła się poczuć jak burza. - I tyle?
- Czego więcej oczekujesz, kiedy ktoś się pomyli? - spytał spokojnie
Nale, odwrócił się i ruszył w stronę schodów.
Syl ruszyła za nim, ale zatrzymała się, kiedy Kaladin spojrzał jej w oczy i pokręcił głową. Pozwoliła więc burzowemu mężczyźnie odejść. Szeth
starannie zawinął najnowszy miecz - szósty z tych, które zdobyli - w torbie Kaladina. Ale...
- Zaczekaj - powiedziała. - Jeszcze trzy klasztory, nie licząc Widzących
Prawdę, bo ten miecz już mamy. Czy to się zgadza? Mamy sześć mieczy, a nie powinno ich być w sumie dziesięć?
- Ostrze Honoru Wiatrowych zostało zepsute - zawołał idący przodem Nale.
Odwrócił się i wzniósł w powietrze, zamiast wspinać się po schodach. -
Nasz król, Jezrien, został zabity przez zdrajcę Wiatrowego, Vyre'a.
Wtedy Odium przyjął jego Ostrze Honoru i zepsuł je. - Wszedł na szczyt
wzgórza i zniknął im z oczu.
Syl spojrzała na dwóch chłopaków.
- Czy któryś z was o tym wiedział?
- Część - przyznał Kaladin. - Nie o zepsuciu.
- Nie pytałem i nie obchodzi mnie to. - Szeth minął ich po drodze do
schodów. Później jednak zatrzymał się i wrócił. - Doceniam waszą pomoc.
Obojga z was.
Podbiegł, żeby dogonić Nale'a. Syl zaplotła ręce. Czuła swoje ramiona.
Podobnie jak mogła potrzeć palcami stóp jeden o drugi, kiedy je miała.
Dla siebie zawsze była materialna.
Spojrzała na Kaladina, który kręcił głową.
- Wiem. Ja też to czuję - powiedział.
Przechyliła głowę.
- Ocierające się o siebie palce stóp?
- Moje... że co? Nie, Syl, frustrację. Nale doprowadza mnie do szału. On
tak naprawdę nie przestrzega prawa... z byle powodu zmienia punkt
widzenia, motywację i nawet moralność. Zachowuje się, jakby był z żelaza, ale kiedy wytknie mu się brak logiki, to albo zmienia temat
rozmowy, albo sobie idzie.
- Kaladinie, wydaje mi się, że on jest równie chory jak Taln albo Ash... a może nawet bardziej.
- Zostały nam zaledwie cztery dni do pojedynku. - Zawahał się. - Ja... nie
znajdę Ishara na czas, by pomóc Dalinarowi, prawda? Nie wrócę na czas,
by zobaczyć współzawodnictwo. Trefniś... Trefniś miał rację, prawda?
- Obawiam się, że tak. Ale twoja obecność tutaj ma cel. Trefniś tak
mówił.
Kaladin podniósł wzrok.
- Wiatr powiedziała, że mam coś ważnego do zrobienia... może ważniejszego
niż pojedynek. Przynajmniej jej zdaniem. Ale co to może być?
- Może przywrócenie zdrowia Isharowi?
- Dalinar powiedział, że przysięga złożona we właściwej chwili może
przemienić Ishara. - Kaladin odetchnął głęboko i skupił wzrok na Szecie
wspinającym się po schodach. - Ale ja coraz bardziej przejmuję się
Szethem. Za bardzo. Syl, to mnie znów opanowuje. Z początku mnie
irytował, a teraz cierpię, że nie potrafię mu pomóc. Podobnie jak z mostem czwartym... Zaczynam się czuć odizolowany, jakbym miał zostać
jedynym, który przeżyje, a wszyscy inni zgasną...
Wzięła go za rękę i z wysiłkiem i skupieniem sprawiła, że jej palce
zostawiły wgłębienia w jego mundurze. Zobaczył to i uśmiechnął się.
- Wyruszyliśmy w podróż - powiedziała. - Między tym, kim byliśmy, a tym,
kim chcemy być. Oboje.
- Ale nie jestem pewien, co mam robić.
- Co takiego powtarzasz Szethowi na temat tego, co on ma robić? Że
wypełnianie rozkazów czy bezmyślne przestrzeganie prawa nie jest tak
ważne jak odnalezienie własnej drogi?
- Dobrze, masz rację. Jak zwykle.
- Nie mów tak.
- Bo?
- Bo chcę mieć rację jedynie, kiedy mam rację, nie dlatego, że jest to
oczekiwane. To część mojej podróży.
- Żyć dla siebie, nie tylko dla innych, a jednocześnie wciąż chcieć mi
pomagać.
- Podobnie jak ty potrzebujesz chronić... Tyle że to nie może cię
definiować.
- Muszę pomagać, ale nie mieć obsesji na tym punkcie. - Skupił się na
Syl. - Naprawdę jesteś błyskotliwa. Nie tylko w tej chwili, ale w sposobie, w jaki pomagasz Szethowi. Jesteś niewiarygodna, Syl.
Jest. Na to właśnie czekała. Uniosła się kilka cali nad ziemię.
Ale nie rób tego tylko dla niego, powiedziała sobie. Rób to, bo tego
chcesz.
- Odnajdziemy równowagę. Jakoś. - Kaladin odetchnął głęboko, westchnął i wzniósł się w powietrze za pozostałymi dwoma.
* * *
Shallan krążyła po swoich komnatach - w obozie Sebariala na Strzaskanych
Równinach. Jak w poprzednich przypadkach, kiedy stworzyli te malutkie
enklawy w Krainie Ducha, kolory się rozpływały, a całość nie wydawała
się do końca rzeczywista. Rlain i Renarin siedzieli przy stole w jej
salonie, a przez okno w sypialni wpadało naturalne światło. Wiele razy
wyślizgiwała się przez to okno, kiedy zaczynała infiltrować
Duchokrwistych.
W przeciwieństwie do pozostałej dwójki Shallan - z pomocą Glysa -
stworzyła poczekalnię, która nie była jej sypialnią z dzieciństwa. To
było zdecydowanie dobre dla nich wszystkich. Choć zasadniczo radziła
sobie lepiej, to gdyby spróbowali odwiedzić tamto wspomnienie, trafiliby
do komnaty z białym dywanem, który stał się czerwony, i co najmniej
jednym trupem.
- To dziwne - stwierdził Renarin. - Nie jestem zmęczony ani głodny. Glys
nie umie mi powiedzieć, ile to zajęło, ale musimy przebywać w Krainie
Ducha od co najmniej dziesięciu godzin.
- Tumi tak samo - zgodził się Rlain. - Myślę, że czas jest dla nich zbyt
mglistym pojęciem. On myśli w kategoriach tego, co było, i tego, co
będzie, ale nie ma dla nich ram czasowych.
Renarin postukał palcem w stół.
- Uczone ciotki Navani mówią, że materia, energia i Burzowe Światło to
jedno i to samo, tyle że w innych stanach. Wydaje się, że to miejsce
jest stworzone całkowicie z Burzowego Światła czy Napełnienia, czy
czegokolwiek. Kiedy weszliśmy, czy my również staliśmy się Burzowym
Światłem? Jeśli tak, to co się stanie z naszymi ciałami, kiedy
wyjdziemy?
- Jak sądzę... - powiedział Rlain. - Jak sądzę, odtworzymy się?
Renarin spojrzał na nią.
- Zakładając, że to prawda, czy moglibyśmy zabrać ze sobą rzeczy?
Odtworzyć je z ich duchowego aspektu? Co moglibyśmy stworzyć, gdybyśmy
zapanowali nad tym miejscem?
To było istotne pytanie, ale Shallan nie potrafiła się na nim skupić.
Nadal krążyła.
- Wciąż martwisz się, jak zabić Duchokrwistych? - domyślił się Rlain.
- Jestem głupia. Zabicie ich tutaj jest zasadniczo niemożliwe. Mogą się
uzdrowić, a Burzowe Światło jest wszędzie dookoła. Myślałam, że
anty-Światło musi być niebezpieczne... ale nie zrobiło mu krzywdy, tak
samo jak nie zrobiło jej mnie.
- Glys mówi... - Renarin przechylił głowę. Spren był niewidzialny, ukrywał
się w jego wnętrzu, jak to czasem robił. Wzór uważał ten zwyczaj za
fascynujący. - Glys mówi, że ludzkie dusze są stworzone z Napełnienia,
ale jego skupienie jest zazwyczaj za małe, by zareagować na
anty-Światło.
- Co takiego? - Shallan podbiegła do niego. - Wiesz coś? Co powiedział?
- Mówi, że może zrobić krzywdę ich sprenom - przyznał Renarin,
odwracając od niej wzrok. - Czyli... mogłabyś zabić ich spreny albo
poważnie je zranić. Ale może być trudno je wyizolować, jeśli ukrywają
się wewnątrz ciała.
- Myślałem, że Glys i Tumi są jego - powiedział Rlain z powolnym
spokojnym rytmem. - Pustkowe Światło.
- Są mieszanką. Glys mówi... coś o Rytmie Wojny... - Renarin pokręcił głową.
- Czy Tumi jest równie bezwzględny? Jeśli chodzi o zabijanie przez nas
jego braci i sióstr?
Shallan wzruszyła ramionami.
- My ciągle zabijamy innych ludzi.
- Nie! - Renarin nagle się zarumienił. - To znaczy ja nie... Mimo wszystko
uważam to za fascynujące. Światło. Anty-Światło. Napełnienie. Energia.
- Czy dlatego twój ojciec zawsze chciał, żebyś został żarliwcem? -
spytał Rlain w Rytmie Ciekawości. - Przez to zadawanie pytań i takie
interesujące myśli?
- Aha. Nie wiem, czy odmówiłem tylko dlatego, że chciałem opierać się
oczekiwaniom, czy też zostanie żarliwcem wydawało mi się rezygnacją z nadziei, które miał wobec mnie ojciec, kiedy byłem młodszy.
- Nie musisz dorastać do oczekiwań kogokolwiek, Renarinie. - Shallan
zatrzymała się obok niego, a dziwnie nasycone światło wlewało się do
środka przez okno nad nią.
- Wiem. Zawsze mówimy takie rzeczy, Shallan. Ci z nas, którzy są na
zewnątrz. To zasadniczo prawda. Nie muszę się dostosować, zostać
wojownikiem i arcyksięciem, czego każdy spodziewa się po synach mojego
ojca. Martwię się jednak, byśmy w swej żarliwości nie zapomnieli, że sam
fakt, że coś jest bardziej standardowe czy konwencjonalne, nie oznacza
jeszcze, że to coś złego. Moje wartości są kształtowane przez tych,
którzy mnie otaczają i których szanuję. To oznacza, że nie mogę
oddzielić tego, czego chce ode mnie mój ojciec, od tego, czego ja sam
chcę dla siebie... jego ideały stały się w dużej części moimi ideałami.
Próba całkowitego oddzielenia się od tych wpływów byłaby jednocześnie
odrzuceniem tego, kim jestem. I... znów to robię. Zatracam się w swoich
myślach. - Spojrzał na Rlaina z prośbą o wsparcie.
- Uważam ten aspekt twojej osobowości za fascynujący. Nigdy się tak
naprawdę nie zastanawiałem, skąd się biorą moje ideały. - Rlain położył
dłoń na stole, blisko ręki Renarina.
Nie rozpraszaj się ich flirtowaniem, powiedziała sobie Shallan. Musiała
ocalić świat. Zostawiła ich na chwilę i podeszła do Wzoru, który stał w drzwiach sypialni.
- Ci dwoje są stanowczo zbyt rozproszeni - mruknęła, mijając go.
- Mmm...
- Nawet nie zaczynaj.
- Czego? Nie mam nic do powiedzenia o młodych Świetlistych, których
uwagę od ważnych wydarzeń odwracają zaloty. Zupełnie nic.
Zatrzymała się przy oknie.
- Coraz lepiej radzisz sobie z sarkazmem.
- Dziękuję! Hm. Przynajmniej Renarin wybrał sobie tylko jedną osobę,
która go rozprasza...
Shallan przewróciła oczami. W odpowiedzi Wzór zawirował swoim wzorem w szalonej sekwencji, nowe linie i łuki pojawiały się w urzekających
kombinacjach. Na burze. Teraz lepiej niż ona radził sobie z przewracaniem oczami? Lepiej, żeby Adolin się o tym nie dowiedział, bo
nie pozwoli jej zapomnieć.
Na burze, Adolin.
Te komnaty przypominały jej o nim - o ćwiczeniu walki mieczem pod jego
opieką. O jego pasji do tej sztuki i coraz większej namiętności wobec
niej.
- Istnieje jakiś sposób, by się dowiedzieć, czy on jest tam bezpieczny,
Wzorze? Martwię się o niego, tam w Azimirze.
- Nie wiem - odparł cicho Wzór. - Przepraszam.
To głupie, że już za nim tęskniła. Spędziła tu... Ile? Pół dnia. On pewnie
jeszcze nawet nie miał okazji walczyć. Mimo to czułaby się o wiele
lepiej, gdyby tutaj był i mogła go przytulić.
Odwróciła się w stronę Wzoru.
- Niepokoi mnie, jak Mraize nas oszukał, przyjmując postać Honoru. To
mogło doprowadzić nas do śmierci. Poza tym martwi mnie, co knuje Iyatil.
- Mmm... myślisz, że ma okrąg albo...
- Może pozwala, by Mraize odwrócił naszą uwagę. Jeśli tak, on dobrze
sobie z tym radzi... i ciągle wyprowadza mnie w pole.
Wyjęła sztylet z anty-Burzowym Światłem. Gdyby udało jej się dostać ich
spreny... Ta myśl była koszmarna. A jednak byli wrogimi wojownikami.
Wróciła do drugiej komnaty.
- Czy któryś z was widział sprena Mraize'a, kiedy się z nim stykamy?
Rlain przechylił głowę.
- Tumi mówi... odbiera wrażenia sprena obserwującego z zewnątrz. Ale tutaj
trudno znaleźć kogoś, kto nie chce zostać znaleziony. Szczególnie
sprena.
- Jest nieśmiały, jak nasze.
Shallan spojrzała z góry na sztylet - który nie rozpadał się na kolory
jak duża część tej wizji. Zamiast tego tworzył wokół siebie niewielki
wir, zniekształcający powietrze jak przebicie w rzeczywistości. Coś
przyszło jej na myśl.
- Może nie muszę zrobić im krzywdy, może mogę wykorzystać to przeciwko
Mraize'owi. Nie odważyłam się uzdrowić, kiedy miałam w sobie
anty-Światło. Mraize też tego nie zrobił, wcześniej. Muszę po prostu
zranić go tak poważnie, by nie mógł zaczekać, aż anty-Światło z niego
wyparuje.
- Glys mówi, że to się może udać. - Renarin pokiwał głową. - Jeśli
wciągnie Burzowe Światło, by się uzdrowić, a ono zetknie się z anty-Światłem... to będzie zabójcze.
Pokiwała stanowczo głową.
- Niestety, Mraize umie walczyć lepiej ode mnie.
- W tej ostatniej walce nieźle sobie poradziłaś, Shallan - powiedział
Rlain z pochwalnym rytmem.
- Owszem, ale ta walka równie dobrze mogła pójść zupełnie inaczej... i miałam szczęście, że w ogóle mogłam z nim walczyć. Gdyby udało mu się
dźgnąć mnie ukradkiem w plecy, mogłoby być po wszystkim. Chciałabym choć
raz go zaskoczyć.
- Jak moglibyśmy tego dokonać? - spytał Renarin.
- A gdybyśmy tak zamiast bezpośrednio wejść do wizji, wysłali do środka
jakiegoś rodzaju awatar... i obserwowali z zewnątrz? - zaproponował Rlain.
- Tak! - zgodziła się Shallan. - Ostatnim razem po odejściu mogłam tak
jakby zobaczyć, co się działo w wizji, a Tkanie Światła jest "ciche".
Nie przyciągnie uwagi bogów, którzy polują na wasze spreny. Moglibyśmy
obserwować Duchokrwistych i uderzyć, kiedy to my będziemy mieli
przewagę.
Tamci dwaj popatrzyli po sobie i pewnie rozmawiali ze sprenami. Shallan
obejrzała się na Wzór, do którego dołączyła Testament - wcześniej druga
Zagadkowa leżała na miękko wyściełanym łóżku. Shallan pamiętała, jak
luksusowa wydawała się ta kwatera, kiedy zjawiła się w niej po raz
pierwszy.
Nie uważała już, że takie łóżko się na nią marnuje. Rozluźnienie było
czymś, na co zasłużyła, i powinna nacieszyć się nim w tych rzadkich
sytuacjach, kiedy nie pakowała się w niebezpieczeństwo. Miała prawo do
odrobiny luksusu w życiu. Podobnie jak miała prawo być szczęśliwa z Adolinem i doceniać jego miłość.
Naprawdę czuła się lepiej. Ale... na biurku przy drzwiach leżała garść kul
bez klejnotów. Końcówki, wykorzystywane do gier hazardowych bez
prawdziwych zakładów - albo, w tym przypadku, do nauki sztuczek. Tyn je
jej dała. Bardziej odruchowo niż świadomie, Shallan podeszła i ukryła
kilka kul w dłoni, zastępując je tymi z kieszeni. Później znów to
zrobiła, szybki ruch, gdy wpadła na biurko, jednocześnie unosząc drugą
rękę dla odwrócenia uwagi.
Wzór podszedł do niej i położył dłoń o długich palcach na jej ramieniu.
- Bezkształtna mówi o każdym, kogo zabiłam, ludziach, którzy mnie
przyjęli i mi ufali - szepnęła Shallan. - To... koszmarne, kiedy widzę to
w kontekście, Wzorze. Matka, ojciec, Testament, Tyn... Teraz Mraize. Jak
wielu ludzi, którzy się do mnie zbliżą, w końcu zabiję? Dlaczego tak
często mi się to przydarza?
- Nie wiem, Shallan - szepnął. - Ale od kiedy lepiej poznałem ludzi,
mogę powiedzieć ci jedno: koszmarnie radzicie sobie ze statystyką.
- I to ma być pocieszające?
- Tak! Wasze rozumienie liczb zawiera tak poważne błędy. Właściwie jest
to całkiem inspirujące, tak.
- Ja... potrzebuję trochę pomocy, Wzorze. Żeby zrozumieć, co masz na
myśli, na Potępienie.
- Tak kiepsko sobie radzisz z matematyką!
- Nie mów tego, Wzorze. Przynajmniej moje imię jest paralelne. To
koncepcja matematyczna.
- Twoje imię?
- Tak.
- Paralelne?
- Shallan. Dwa "l". Para el.
Jego wzór znieruchomiał. A następnie, co zadziwiające, spren głośno
zarechotał.
- To było rzeczywiście śmieszne!
- Poprawka rzeczowa - powiedział Renarin z kanapy. - Wcale nie było.
Naprawdę nie było.
- Ha, ha! On jest głupi. Posłuchaj, wy wszyscy jesteście głupi, jeśli
chodzi o liczby. Dobrze sobie radzicie jak na tych, których mózgi są z mięsa, ale wasze myśli są błędne. - Wyciągnął ją znów z komnaty. - Ze
wszystkich ludzi, których znasz, Shallan, jak wielu zabiłaś? Kilkoro.
- Ważnych.
- Adolina? Dalinara, Navani? Braci, których ochroniłaś... a nawet jeśli
mówimy wyłącznie o mentorach, Sebarial i Palona mimo swoich najlepszych
wysiłków wciąż żyją. I Jasnah. Hmmmm? Nie jesteś statystycznie
niebezpieczna dla tych, którzy cię otaczają. Jedynie dla tych, którzy
próbują cię zabić.
- Testament - szepnęła.
- Starasz się naprawić ten błąd - stwierdził Wzór. - Shallan, moim
zadaniem jest ci pomagać i cię chronić. Czasem kiepsko sobie z tym
radzę! Ale dziś pozwól mi przysięgnąć: w tobie znalazłem kogoś
szczerego. To mnie do ciebie przyciągnęło, twoja szczerość i twoje
kłamstwa, łączące się, by stworzyć ważniejszą prawdę. Nie skrzywdzisz
tych, którzy cię otaczają. Nie zamierzenie i nie bardziej niż
jakikolwiek inny człowiek. Statystyki, jakie podpowiada ci Bezkształtna,
to zły rodzaj kłamstw... Kłamstwa patrzące na prawdę i wypaczające ją w coś gorszego. Ufam ci. Testament ci ufa, mimo tego, co się wydarzyło.
Kochamy cię. Statystycznie, i to prawdziwa statystyka, doskonale sobie
poradziłaś! Mam najgłębsze, wsparte matematyką przekonanie, że nadal
będziesz doskonale sobie radzić! Dlatego proszę, nie słuchaj
Bezkształtnej. Nie dawaj jej życia.
Położyła dłoń na jego dłoni, którą wciąż trzymał na jej ramieniu.
- Od kiedy tak dobrze sobie radzisz z rozmawianiem z ludźmi?
- Słucham ciebie - powiedział cicho Wzór.
Uśmiechnęła się.
- A później robię odwrotnie - dodał.
Wytrzymał tylko chwilę, po czym zachichotał i szepnął, że to był żart.
Shallan uśmiechnęła się, odwróciła i weszła do salonu, gdzie siedzieli
mężczyźni.
- I jak? - spytała.
- Glys mówi, że plan Rlaina może się udać - powiedział jej Renarin. - W następnej wizji nie wejdziemy do środka, tylko wyślemy jedno z twoich
Tkań Światła, a sami będziemy obserwować.
73. Luksus prostoty
73
Luksus prostoty
16 LAT WCZEŚNIEJ
Szeth zrobił wypad, jego miecz ćwiczebny zazgrzytał na tylcu ostrza
przeciwnika. Prześlizgnął się bliżej, odepchnął mężczyznę i uderzył
bronią w bok jego szyi. Watowana skórznia chroniła przed obrażeniami,
ale obaj mężczyźni się zatrzymali, a ostrze Szetha zostało na swoim
miejscu.
- Trzeci punkt - dobiegł cichy głos z ciemnego kąta komnaty. - Pojedynek
wygrywa Szeth-syn-Neturo.
Cisza.
Jego przeciwnik uniósł rękę i zdjął maskę do ćwiczeń - sztywną
Dusznikowaną siatkę osłaniającą twarz, z bokami z dziwnego odbijającego
światło białego materiału, który był lekki, ale jednocześnie na tyle
mocny, że wytrzymywał cios mieczem. Gonda-syn-Darlasa otarł pot z twarzy, skinął Szethowi, odwrócił się i podszedł do stojaka, by odłożyć
swoje wyposażenie.
Wciąż cisza. Choć przyglądało im się dwadzieścioro akolitów i troje
szamanów, nikt się nie odzywał. Gonda był mistrzem szermierki w klasztorze i spodziewano się, że w przyszłości zostanie Niosącym Honor.
W ciągu pięciu pojedynków tego dnia ani razu nie trafił Szetha.
Szeth powoli zdjął maskę, wystawiając spoconą twarz na chłodne
powietrze. Gonda nie wydawał się zły na Szetha - mieszkańcy tego
klasztoru rzeczywiście różnili się od małostkowych żołnierzy w obozie,
który Szeth opuścił. Mniej otwartej niechęci. Mniej brutalności. Ale
więcej dziwnej zakulisowej polityki.
Miecz ćwiczebny Gondy spadł ze stojaka, kiedy mężczyzna go odłożył.
Zostawił go tak i wyszedł z sali ćwiczeń, a w ciszy jego kroki brzmiały
głośno.
Jak krople deszczu stukające o dach.
Szeth starannie odłożył własne wyposażenie, czując na sobie spojrzenia
innych akolitów. Dwa lata spędzone w tym miejscu były dla niego dobre -
w obozie rzadko ktoś był dla niego wyzwaniem. Kiedy tu przybył, minęły
tygodnie, zanim udało mu się choć raz trafić któregoś z towarzyszy.
Silny prąd stworzony dla silniejszych ryb. Szeth szybko zdjął
przeszywanicę i oddał ją starszemu akolicie, którego zadaniem było
czyszczenie sprzętu tego dnia. W klasztorze Pozena, im więcej razy ktoś
został trafiony, tym więcej obowiązków musiał wypełniać. Minął ponad rok
od czasu, kiedy Szeth dostał jedno z tych zadań. I dłużej jeszcze, od
kiedy po raz ostatni zasypiał z płaczem, tęskniąc za matką.
Wszystko znów było w porządku. Tu nie musiał myśleć - wystarczało, że
ćwiczył. Podobało mu się, jak proste było znów życie. Nawet zakulisowa
polityka nie miała znaczenia, jak długo ktoś dobrze posługiwał się
mieczem.
A on właśnie udowodnił, że jest bardzo dobry.
Zza jednej z kolumn wyłonił się sam Pozen. Podobnie jak pozostali
zebrani, Szeth się ukłonił. Nie uświadamiał sobie, że Niosący Honor
patrzy.
- I tak oto, Szeth, zdobyłeś dla siebie tytuł mistrza szermierki -
powiedział starszy mężczyzna.
Szeth nie odpowiedział. To była prawda.
- Jestem pod wrażeniem wszystkiego, co cię dotyczy, poza twoimi
problemami z Przenoszeniem. To niepokojące niedociągnięcie, Szeth.
Również prawda. Ćwiczył z Ostrzem, bo, aby obronić Prawdę - aby
przygotować się na powrót Pustkowców, co było obowiązkiem ich ludu -
każdy klasztor potrzebował więcej niż jednego wyszkolonego Mocowiązcy,
na wypadek gdyby Niosący Honor zginął w walce.
- Przygotowałem dla ciebie polowanie - stwierdził Pozen. - Pierwszą
wskazówkę znajdziesz na szczycie iglicy siódmej. Ruszaj.
Szeth martwił się, że po zdobyciu tytułu będzie musiał wrócić do celi.
To by oznaczało myślenie, rozważanie swojego osiągnięcia. Kolejne
zadanie, które dostał tak szybko, było ulgą.
Natychmiast wyruszył.
* * *
"Iglica siódma" była łamigłówką. Całe szczęście słyszał o gospodzie pod
klasztorem, w Mokdown - miasteczku, które wypełniało wyspę między
rzekami. Gospoda ta nazywała się Iglica Pierwsza. Założył, że siódmą
będzie siódmy budynek przy ulicy.
Niestety niczego na nim nie znalazł. Stał na dachu z rękami założonymi
na piersi, a zdezorientowany właściciel przytrzymywał drabinę poniżej.
Jeszcze raz rozejrzał się po dachu w poszukiwaniu czegoś krystalicznego
- Pozen lubił Dusznikować rzeczy w kryształ.
Nic.
W końcu Szeth zszedł po drabinie. Była drewniana, rzecz jasna, podobnie
jak deski chodnika. Widywał też cegły z wypalonej gliny, które
naśladowały kamień, ale nie były święte. Mieszkańcy tego regionu w bardzo pomysłowy sposób łączyli kawałki drewna, nie używając przy tym
gwoździ. W porównaniu z tym domy budowane metodą szachulcową albo kryte
darnią półziemianki z jego własnych okolic wydawały się zdecydowanie
prymitywne.
Co sprawiało, że obecność metalowych zawiasów w drzwiach sprawiała
jeszcze dziwniejsze wrażenie.
Szeth podziękował właścicielowi, korpulentnemu mężczyźnie, który odzywał
się do niego z szacunkiem. Nosił plamę, ale w tych okolicach naszywali
łaty na ubrania. W tym przypadku czerwone na kolanach. Jak to możliwe,
że nie znali właściwych zwyczajów? Pozen kazał mu przestać o tym mówić,
ale gdyby to Szeth się mylił, chciałby, żeby ktoś mu o tym powiedział.
Kiedy mężczyzna został odprawiony, otworzył drzwi do domu - mimo
stalowych zawiasów. Gdyby drzwi się zepsuły, musiałby poprosić akolitę
albo żołnierza w stanie spoczynku - w tym miasteczku żyło ich wielu - by
je naprawił. W rzeczy samej, wielu cieśli, kowali i innych
rzemieślników, mężczyzn i kobiet, wcześniej było żołnierzami albo
akolitami, ale odeszli po roku czy dwóch. Zupełnie jakby... jakby wybrali
tamto życie tylko po to, by odejść, by móc później znaleźć zatrudnienie
w takich zawodach.
Dusznikowany metal wykorzystywano wyłącznie w przedmiotach, które trzeba
było wziąć do ręki. Zawiasy pochodziły z kopalni i wszyscy je
wykorzystywali. Może więc tych ludzi nie obchodziło, że niewłaściwie
noszą plamy. Po dwóch latach w tym miejscu Szeth nadal miał mętlik w głowie, kiedy rozważał te kwestie - choć w rzeczywistości musiał skupić
się na zagadce.
- Gospodarzu! - zawołał Szeth.
Mężczyzna wyjrzał zza drzwi.
- O czym myślisz, kiedy mówię "iglica siódma"?
- Iglica z Siódmej? Cóż...
- Nie - zaczął Szeth, ale przerwał.
Iglica z Siódmej? Siódma była ulicą. Może źle usłyszał? Nie byłby to
pierwszy raz, bo Pozen mówił z lekkim północnym akcentem.
Oczywiście. Siódma.
- Akolito? - spytał właściciel.
- Nieważne. - Szeth obrócił się na pięcie. - Dziękuję za pomoc.
Ruszył dalej, pod stopami miał deski chodnika. Naprawdę było
zadziwiające, to drewno z drzewa makam. Lekkie, wytrzymałe. Tworzyło
interesujące miasto - do którego Szeth próbował nie czuć nienawiści. W rzeczy samej, jego ojciec znacznie je ulepszył po tym, jak w ubiegłym
roku został wybrany na burmistrza - wcześniej był miejskim ministrem
finansów, na które to stanowisko go mianowano. Pod kierownictwem Neturo
stare deski wymieniono na nowe i naprawiono mosty. Wprowadzono reformy
społeczne, które miały uspokoić drwali. Lepsze godziny pracy, częstsze
zmiany i przepustki.
Neturo robił wrażenie, jakby nie przejmował się tym, ile kosztowało ich
dotarcie tutaj, zatem Szeth też próbował. Zamiast tego cieszył się
pobielonymi budynkami, tym, że ludzie z szacunkiem pozdrawiali akolitów
skinieniem głowy, kolorowymi plamami na ubraniach. Nie śmierdziało aż
tak paskudnie. Nie jak w miastach w jego ojczystych okolicach, gdzie
ulice pokrywało końskie łajno, a ścieki wylewano do rzeki.
Mokdown było, jeśli nie świeże, to przynajmniej znośne. Poza tym był
jednym z najlepszych akolitów i każdego dnia czekało go
satysfakcjonujące szkolenie. Z pewnością ból wywoływany przez
nieobecność matki - i to, że przez całe tygodnie, a czasem miesiące nie
widywał Elid, która lubiła podróżować - osłabnie jeszcze bardziej. W końcu miał spalić swoje stare życie. Żar wkrótce dogaśnie.
Najwyższym budynkiem na Siódmej była świątynia Herolda Ishu. Niegdyś
była poświęcona Batlah - ale w jakimś momencie w przeszłości to się
zmieniło. Mieszkańcy Shinovaru oddawali cześć Heroldom niemal na równi
ze słońcem, księżycami i górami, które były największymi ze sprenów. Ale
Ishu był szczególnie wyjątkowy, bo to on sprowadził ich na tę ziemię,
słuchając pieśni nowego świata.
Na szczycie budynku Szeth znalazł fragment gontu, który zmieniono w kryształ. Zagadka rozwiązana. Kawałek papieru pod nim zawierał kolejną
wskazówkę. "Wschodni Wiatr". Szeth zszedł na dół po ścianie budynku.
- Przepraszam - powiedział do Szamanki Kamienia wyglądającej przez okno
obok rzeźby, którą Szeth wykorzystywał jako uchwyty dla rąk.
- Nic się nie stało, akolito - odparła. - Chciałabym tylko, by ostrzegał
nas, kiedy wysyła ludzi na te polowania. Odprawialiśmy nabożeństwo...
Szeth złożył jej ukłon i ruszył ulicą.
- Akolito? - odezwała się szamanka.
Kiedy spojrzał na nią, skinęła w bok. Podążył za gestem i zobaczył
kogoś, kto stał oparty o ścianę w pobliżu wejścia do budynku. Wysoka
kobieta w kolorowych szatach szamanki, starsza od Szetha o dziesięć lat,
z tymi krótko obciętymi włosami, które wciąż go raziły. Sivi odwiedzała
miasto tak często, że ktoś mógłby błędnie uznać ją za miejscową Niosącą
Honor. Czy akolici Kształtujących byli aż tak zdyscyplinowani, że nie
reagowali, kiedy ich przywódczyni ich opuszczała? Słyszał, że jest wręcz
przeciwnie. Podobno akolici Kształtujących pili, wybierali się na
przejażdżki i prawie nie ćwiczyli.
Uznał taki brak powagi za mało prawdopodobny w przypadku Sivi. W końcu
ją lubił.
- Szeth. - Podeszła do niego.
- Niosąca Honor. - Ukłonił się. - Przepraszam, że nie mogę z tobą dłużej
porozmawiać. Mam pilne zadanie, które dał mi...
Sivi wyciągnęła garść kawałków papieru, zupełnie takich jak ten, który
Szeth już miał.
- Pozen zawsze wykorzystuje te same miejsca. Przysięgam, moja
poprzedniczka wspominała o kryształowym goncie w czasach, kiedy sama
była akolitką.
Szeth zagapił się na garść wskazówek.
- Ja... ja nie mogę ich wziąć. Sam muszę znaleźć drogę...
- Jak mniemam, dostałeś polecenie, by wrócić z tymi papierami. Nikt nie
powiedział, że nie wolno ci ich przyjąć od kogoś innego.
To prawda. Dlatego Szeth przyjął kawałki papieru.
- Chodź, porozmawiaj ze mną, Szeth. - Skierowała się w stronę pobliskiej
gospody. - Chciałabym usłyszeć o twoim szkoleniu.
Westchnął, ale nie mógł odmówić Niosącej Honor. Poza tym Sivi często
dzieliła się... punktem widzenia. Próbował nie zakładać, że był powodem
jej częstych odwiedzin, ale nie mógł zapomnieć o rzeczach, które
podsłuchał. O planach, które miał wobec niego Pozen.
Usiedli w cichym zakamarku gospody - była dopiero trzecia po południu -
i on wziął dla siebie herbatę, a ona popijała napój z gotowanych ziaren
jęczmienia - tak w każdym razie wolał myśleć Szeth. Nie musieli za nic
płacić, bo to było miasto przy klasztorze.
- Słyszałam, że dziś zostałeś mistrzem szermierki - zaczęła.
- Wieści tak szybko się rozchodzą? - Z szacunku zaczekał z pierwszym
łykiem herbaty, aż napije się kobieta.
- Gonda jest dobry. Nikt nie spodziewał się, że pojawi się ktoś lepszy.
- Spojrzała na niego z ukosa.
Spuścił wzrok na herbatę.
- Wiesz, prawda?
- Ja... usłyszałem coś, czego nie powinienem usłyszeć.
- Pozen nie ukrywa, jakie ma wobec ciebie plany, Szeth. Od lat kształci
cię do tej roli... Robił to już, zanim zostałeś akolitą.
- Dostrzegam potrzebę, by najlepsi żołnierze dzierżyli Ostrza Honoru. -
Szeth zmusił się do wypowiedzenia tych słów. - To Prawda. By przygotować
się na przybycie wroga.
- W takim razie dlaczego sprawiasz wrażenie zawstydzonego?
Spuścił wzrok i nie odpowiedział.
Sivi westchnęła i postukała jednym palcem w blat stołu.
- Szeth. Wiesz, dlaczego Pozen wysyła cię na te śmieszne polowania?
- Nie pytam, a on nie wyjaśnia.
- Dlatego, że chce poddać próbie twoje posłuszeństwo. Pozen chce mieć
akolitów, którzy chętnie są posłuszni, a niechętnie zadają pytania.
- Wydaje się, że to godna podziwu cecha u akolity.
- A u współpracownika?
I oto było. Wypowiedziała to na głos.
- Tak szybko robisz to, co ci się każe, Szeth - powiedziała Sivi. -
Dlaczego?
- Nie jest tak, jak myślisz. - Zarumienił się.
- A jak myślę?
- Że jestem głupi. Ja jestem posłuszny z wręcz przeciwnego powodu. Jeśli
nie działam szybko... zaczynam się zastanawiać. Zaczynam zadawać pytania.
Mam... niepokorny umysł, honorze-nimi.
Nachyliła się ku niemu.
- Powiedz mi, jakie pytania zadajesz, Szeth.
Czy odważył się to powiedzieć? Czy to była próba, by sprawdzić, czy
będzie jej posłuszny, czy też zaprzeczy sam sobie? Grali w tak wiele
gierek. Może dlatego w głębi duszy nienawidził tego miasta, bo tutaj - w końcu - dowiedział się, że nawet Niosący Honor różnią się między sobą w postrzeganiu różnych kwestii.
- Pozen nie jest najlepszym szermierzem. - Szeth obserwował ciemne barwy
kłębiące się w jego herbacie, wypływające z torebki. - Już nie, ma
prawie sześćdziesiąt lat. Nikt jednak nie rzucił mu wyzwania.
- Jest mądry. Bycie najlepszym żołnierzem nie zawsze oznacza najszybsze
posługiwanie się bronią. Doświadczenie jest cenne, nawet kiedy ciało
zaczyna zwalniać.
- Wciąż mógłby dzielić się swoją mądrością, podczas gdy ktoś inny
posługiwałby się Ostrzem.
- Gdyby pojawiło się prawdziwe zagrożenie, pozwoliłby jednemu ze swoich
akolitów nieść Honor w bitwie. Jak myślisz, dlaczego szkolimy was
wszystkich w posługiwaniu się tą bronią?
- To rozsądne. Ale jeśli starzejący się Niosący Honor nie jest aż tak
wielkim problemem, to dlaczego wszystkim, włączając w to ciebie i Pozena, tak bardzo zależy na tym, bym rozpoczął pielgrzymkę?
Uśmiechnęła się, po czym w końcu odchyliła głowę i wypiła długi łyk.
Kiedy odstawiła kubek, spojrzała mu w oczy.
- Wiatrowy jest problemem.
- Niosący Honor... - Szeth spróbował przypomnieć sobie imię. -
Tuko-syn-Tuko?
- Zgadza się. Uważasz na lekcjach.
- Oczywiście, że tak. - Szeth zmarszczył czoło. - Po co miałyby być
lekcje, gdyby nikt nie uważał?
- Och, Szeth.
Upił łyk herbaty, ciesząc się jej gorzkim smakiem.
- Zamierzasz spytać, na czym polega problem z Tuko?
- Czy mam prawo spytać?
- Cóż, zostawiłam te drzwi szeroko otwarte...
- Czy to problem dla Prawdy? I dla obrony naszych ziem?
- Tak.
- W takim razie to mi wystarczy. - Spojrzał jej w oczy. - Od jakiegoś
czasu nie słyszałem Głosu.
- Był zajęty.
- A jeśli zostanę Niosącym Honor, to czy dowiem się, kim on jest? I co
się tak naprawdę dzieje?
- Jeśli chcesz wiedzieć.
Chciał? Szeth usiadł wygodniej na twardej ławie i wyjrzał przez okno na
przechodzących ludzi. Pozen powiedział, że wedle większości standardów
Mokdown nie było duże. Szethowi trudno było sobie wyobrazić, że przy
większym tłoku na ulicach powozy i wozy nie miażdżyły ludzi i nie
wywoływały chaosu.
Nikt z tych na zewnątrz nie wiedział o Głosie. Nikogo z nich nie
obchodziło, że nie wie. Mógł być jak oni.
Ale...
- Po tym, jak zniszczyłem najeźdźców, Pozen był gotowy całkowicie mnie
porzucić... wszyscy byliście. Ale kiedy dowiedzieliście się, że słyszę
Głos, przyjęliście mnie.
- Kontekst się zmienił. Na początku byłeś renegatem, który działał wbrew
interesom Rolnika. Później stałeś się sługą siły wyższej.
- Czyny są właściwe lub niewłaściwe, tak powinno być. Tego mnie
nauczono.
- Kiedy byłeś dzieckiem, uczono cię tego, co mogło zrozumieć dziecko.
Dlaczego niuanse cię przerażają, Szeth?
- Ponieważ nie mogę ich przewidzieć - szepnął.
- Minęło dziesięć lat, od kiedy chłopiec znalazł kamień w ziemi, i nie
potrafił zrozumieć, dlaczego ktokolwiek postrzega sytuację inaczej od
niego. Nie sądzisz, że od tego czasu trochę dojrzałeś?
Podniósł wzrok znad herbaty. Chwileczkę. Ona...
- Twój ojciec i ja rozmawiamy. - Wypowiedziała te słowa z tęskną miną i bladym uśmiechem na wargach.
- Nie odwiedzasz miasta z mojego powodu - powiedział przerażony. - Nie
tylko z mojego powodu.
Wzruszyła ramionami.
- Mój ojciec jest heretykiem! Ty jesteś świętą niewiastą!
Prychnęła z rozbawieniem i prawie wypluła przy tym piwo.
- On bynajmniej nie jest heretykiem, a ja jestem jedynie w połowie
święta, Szeth. Wiara twojego ojca jest silna, ale nie w kwestiach, które
nie mają znaczenia. Powinieneś kiedyś go spytać.
Tego rodzaju rozmowy nigdy nie szły tak, jak Szeth by tego chciał.
- Zrobisz to? - spytała. - Udasz się na pielgrzymkę, przygotowując się
do rzucenia wyzwania Wiatrowemu, by zdobyć jego Ostrze?
Pielgrzymka. Musiałby odwiedzić każdy klasztor i uczyć się, jak
korzystać z każdej z Mocy, a następnie pokonać Wiatrowego w pojedynku
bez mocy. To nie musiało skończyć się śmiercią - wszystko zależało od
tego, czy Tuko z własnej woli odda Ostrze. Ale... z tego, co słyszał
Szeth, Wiatrowy nie wydawał się człowiekiem, który zrezygnowałby z Ostrza. Był młody jak na Niosącego Honor. I podobno bardzo wprawny.
Po zdobyciu Ostrza - gdyby mu się to udało - Szeth znów musiałby udać
się z pielgrzymką do klasztorów i zaprezentować się Niosącym Honor,
udowadniając im, że jest godny. Bo inaczej mogliby całą grupą wyrzec się
go i potępić to, co zrobił - i zwrócić Ostrze poprzedniemu Niosącemu
Honor, jeśli przeżył, albo znaleźć kogoś, kto go zastąpi.
To mogło trwać wiele lat. Dziesięciolecie. Dłużej.
- Szeth? - spytała. - Zrobisz to, o co prosimy?
- Jak mogę zaufać, że wysłuchanie cię jest właściwe! - Szeth uniósł
bezradnie ręce. - Jeśli niuanse ni z tego, ni z owego zmieniają, co jest
właściwe, a co niewłaściwe! - Znów opadł na siedzenie, dysząc. Następnie
jęknął cicho. - To brzmiało dziecinnie, prawda?
Kiedy to powiedział, Sivi wyraźnie się rozluźniła i pociągnęła długi łyk
trunku.
- Czy tobie sprawia satysfakcję, kiedy jestem sfrustrowany?
Uniosła palec, nie przerywając picia. Wypiła całość. Na burze.
Otarła usta.
- Sprawia mi satysfakcję świadomość, że miałam rację. Jest w tobie coś
skłonnego do autorefleksji. Dlaczego to jest dla ciebie takie trudne,
Szeth?
- Ja po prostu chcę, żeby było łatwo. Jak kiedy byłem młodszy.
- To lenistwo.
Wycelowała w niego palec i pochyliła się nad stołem. Często to robiła.
Co za pasja. Czy on kiedykolwiek czuł pasję?
Tak, pomyślał. Kiedy chodziło o szukanie odpowiedzi.
- Posłuchaj - powiedziała Sivi. - Życie nie było łatwe, kiedy byłeś
młodszy, Szeth. Jedynie pozwalano ci udawać, że tak jest. Byli zawsze
inni ludzie, którzy podejmowali tego rodzaju decyzje.
- Ale...
- To, że życie dało ci luksus prostoty, nie oznacza, że świat był
magicznie mniej skomplikowany. Powiedz mi. Nie jesteś zadowolony, że
udało ci się wyzwolić z tych dziecinnych poglądów i zobaczyć świat
takim, jaki jest?
- Ja... - Zadowolony? Z tego wszystkiego?
To było... nieprzyjemnie bliskie temu, co myślał wcześniej, że chciałby
zostać poinformowany, gdyby nosił plamy w niewłaściwy sposób. Hm.
Rozważył to, kiedy Sivi zamówiła kolejny trunek u szynkarki, która
kręciła się w pobliżu.
Jeśli mylił się na temat religii, to czy chciałby o tym wiedzieć? Tak.
Tak, chciałby. I czy nie cieszyłby się, że został poprawiony? W chwili
głębokiej refleksji uświadomił sobie swoje błędy. To nie była ich wina,
że używali niuansów, lecz jego, że nie chciał ich dostrzec.
- Zrobię to - powiedział. - Wyruszę na pielgrzymkę. Gdybyś przyjęła mnie
jako pierwsza, bym ćwiczył z twoim Ostrzem, spodobałoby mi się to.
Pozwól, że wypełnię tu swoje ostatnie zobowiązania, bym został
wyniesiony do elity wojowników.
Oczywiście wybrał tę ścieżkę, zamiast zostać prowadzącym nabożeństwa
szamanem, co było drugą możliwością dla akolity.
- Doskonale.
- Co byś zrobiła, gdybym nie był gotowy przyjąć twojej rady?
- Nie byłby to pierwszy raz. - Westchnęła, a gdy spojrzał na nią
pytająco, mówiła dalej. - Troje z innych obecnych Niosących Honor
szkoliło się u Pozena... on ma szósty zmysł do wyszukiwania uzdolnionych
wojowników. Ale udowodnił również, że wprawnie znajduje ludzi, którzy
będą skakać na każdy jego rozkaz. Wydaje mi się wręcz, że on pragnie
mieć służących, nie zaś współpracowników. - Skinęła mu głową, wstała i wzięła piwo z tacy. - Muszę jeszcze kogoś odwiedzić. Do zobaczenia w moim klasztorze za kilka miesięcy.
Szeth próbował nie myśleć o tym, z kim się spotykała. Zanim Sivi wyszła,
cofnęła się i pochyliła nad nim.
- Pozen cię wykorzystuje. Pamiętaj o tym.
- A ty? Czy ty mnie wykorzystujesz?
Puściła do niego oko.
- Nie robię tego dlatego, że ty tego chcesz. Albo on. Robię to dla
odpowiedzi. Dowiem się, czym jest Głos - stwierdził.
- Wszyscy na to liczymy, Szeth. - Z tymi słowami odeszła... zabierając
kubek.
Szeth przed wyjściem zapłacił za naczynie. Darmowe napoje to jedno, ale
nie powinni wykorzystywać gospody, zabierając z niej kubki.
74. Co uczynił z nas wszystkich
74
Co uczynił z nas wszystkich
Jasnah twierdzi, że istnieniu wszechmocnego i wszechmiłosiernego Boga
zaprzeczają dowody w postaci krzywd, jakie wyrządzanie są niewinnym, na
przykład dziecko, które choruje i umiera.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Sigzil ściskał swojego giermka Detiego pośrodku pola bitwy i krzyczał. O pomoc, o Burzowe Światło, o uzdrowiciela. Jego słowa niknęły w chaosie
czerwonych błyskawic i krzyczących żołnierzy, gdy siły wroga wlewały się
przez otwór wybity przez martwego skałogrzmota. Ich obrona znów została
przerwana. Wokół niego z ziemi wznosiły się błyskawice, gdy burzoformy
wykorzystywały swoją moc jakby w odbiciu tej na górze.
Deti miał krew na wargach i drżał, otoczony przez bólospreny - jak
malutkie pozbawione ciał ręce, szarpiące palcami ziemię, gdy się
poruszały. Deti dyszał ciężko i brakowało mu Burzowego Światła, które
wyczerpało się w ich starciu z Istotami z Niebios.
- Weź moje! - powiedział Sigzil. - Weź moje Światło, Deti!
Ale klejnoty Sigzila były opróżnione.
Deti uniósł dłoń do twarzy, na której mieszały się krew i deszcz, i sapnął.
- Nadchodzi! - wykrzyknął. - Noc Smutków! Stoję na skraju świtu i patrzę, jak nadchodzi, pochłaniając wszelkie światło, wszelkie życie,
wszelką nadzieję! NADCHODZI!
Światło Detiego zgasło. Sigzil znów krzyknął i pochwycił lancę martwej
Istoty z Niebios, która leżała na ziemi w miejscu, gdzie Sigzil zrzucił
jej ciało. Uniósł broń, która wyssała Burzowe Światło Detiego, i ryknął
w noc, szukając wrogów do zabicia.
Znalazł ich wielu.
- Sigzilu - szepnęła Vienta. - Dowodzisz. Nie możesz sobie pozwolić na
wściekłość. Musisz wycofać się i znaleźć Burzowe Światło.
Pośpieszył w stronę grupy żołnierzy otoczonych przez Królewskich w zgrozoformie, z masywną, kolczastą skorupą i świecącymi czerwonymi
oczami. Sigzil przebił się przez ich szeregi, zabijając bronią, która
mogła wyssać ich Pustkowe Światło - wypuszczała je w noc, bo klejnot na
rękojeści lancy popękał w czasie upadku. Robił to wszystko, jednocześnie
dzierżąc Vientę jako krótki sztylet w drugiej ręce.
Przebił się i znalazł wśród żołnierzy dwójkę Tancerzy Krawędzi. Zaledwie
kilka stóp od umierającego mężczyzny, któremu mogliby pomóc, gdyby tylko
wiedzieli. To sprawiło, że u jego stóp zagotowało się jeszcze więcej
złościosprenów.
Musisz przegrupować nasze siły, powiedziała Vienta. Nie sprowadzisz
Detiego z powrotem. Czas się wycofać.
Sigzil wciąż zabijał, wrogowie zawsze go nie doceniali, bo był niższy od
większości Alethyjczyków, którzy go otaczali. I, na burze, logiczna
część jego umysłu nie chciała się uciszyć. Zgadzała się z Vientą. Kiedy
stworzył wyłom dla tych żołnierzy, poprowadził ich i Tancerzy Krawędzi w stronę stabilizującego się szeregu ludzi na tyłach Naraku Czwartego.
Odesłał Ostrze i rzucił ukradzioną lancę zbrojmistrzowi, po czym wziął
klejnoty od młodego gońca, którego zadaniem było dostarczanie ich
Świetlistym na polu.
Była ich tylko garść, bo musieli je racjonować. Kiedy ci burzowi Kowale
Więzi wrócą? Sigzil rozejrzał się po ciemnym płaskowyżu, pełnym sylwetek
o czerwonych oczach, i wiedział, że przegrali. Dołączył do niego Winn,
stary generał o siwej czuprynie.
- Rozkazy, panie?! - krzyknął generał ponad dudnieniem gromu.
- Czas się wycofać. - Sigzil odetchnął głęboko, a po jego twarzy
spływały strugi deszczu. Taki był jego plan, ale, na burze, miał
nadzieję utrzymać się przez jeszcze jeden dzień. - Wydaj rozkaz.
Kiedy Winn to zrobił, Sigzil posłał Vientę, by poinformowała o sytuacji
jego giermków, latających parami nad nimi. Spojrzał ponad płaskowyżem w stronę wypukłości, którą był Deti, leżący martwy na kamieniu, i poczuł
zdradziecką bezradność.
Na burze, pomyślał. To właśnie czuł Kal, prawda? I to w końcu go
złamało?
To, co znosił ich kapitan, mogło być dla niego nauką. Nie było winą
Sigzila, lecz wrogów, że jego giermek zginął. Bardzo się starał stłumić
myśli o tym, co mógł zrobić inaczej, czy to w czasie szkolenia, czy w dzisiejszej walce, by lepiej ochronić Detiego. Skupił się za to na
pomaganiu żywym. Pomogło, do pewnego stopnia.
Kiedy przybył jego spren, zużył trochę cennego Burzowego Światła, by
wznieść się w powietrze i ochronić tyły żołnierzy. Widział, że dodaje im
otuchy widok jego sylwetki ze srebrzystą włócznią. Stawiali silniejszy
opór i robili się odważniejsi, gdy grupy żołnierzy docierały do tego
bastionu obrony. Kolejni Tancerze Krawędzi prześlizgiwali się po
płaskowyżu, wracając z miejsc, gdzie oskrzydlali wrogów. Znajdowali
rannych, uzdrawiali ich i nieśli w bezpieczne miejsce. Sigzil wezwał do
odwrotu, podczas gdy Ściana Burzy i jego Odpryskowi utrzymywali
przyczółek mostu.
Ich odwrót sprawił, że znaleźli się na Naraku Drugim, płaskowyżu z Bramą
Przysięgi, który był połączony ze wszystkimi bocznymi płaskowyżami.
Narak Pierwszy był na wschodzie, a Trzeci na południowym zachodzie. Jego
oddziałom udało się zejść ze zniszczonego płaskowyżu, a Skalni Strażnicy
zniszczyli most.
- Wróg wygląda, jakby świętował - szepnęła mu Vienta do ucha. - Nie
widzę wskazówek, by zamierzali dziś prowadzić dalsze natarcie. Dobra
robota.
Sigzil skinął krótko głową, ale nie czuł tego. Tak, jego plan na razie
działał - ale jeśli będą musieli wciąż racjonować Burzowe Światło...
Blizna i Leyten wylądowali i zagadnęli go. Sigzil powiedział im cicho o Detim. Blizna już wiedział, bo jego oddział przeleciał kilka razy nad
zdobytym przez wroga płaskowyżem w poszukiwaniu ocalałych. Widzieli
ciało. W pobliżu generałowie naradzali się, jak ściągnąć uwagę wroga na
Narak Trzeci, inny płaskowyż, na którego utratę mogli sobie pozwolić. To
było trudne, choć Sigzil miał pewne pomysły.
Na razie martwiło go coś innego.
- Leytenie, Blizno. Deti wypowiedział w chwili śmierci Śmiertelne Słowa.
Moelach tu jest.
Leyten chrząknął.
- Rozejrzę się i zobaczę, czy ktoś jeszcze słyszał dziś coś od
umierających. Ale nie przejmuję się zbytnio. Moelach nigdy nie bierze
udziału w walce.
- Mogą być inni Niestworzeni - ostrzegł Sigzil. - Przekażcie to
żołnierzom.
- Da się zrobić - odparł Blizna. - Nie obwiniasz się o to, prawda?
- Bardzo się staram, ale wiecie, jak to jest.
Leyten pokiwał głową.
- Wolałbym, żeby tak nie było, ale wiem.
- Skupię się na następnej fazie naszej strategii i te akademickie
rozważania odwrócą moją uwagę. Nie mogę sobie teraz pozwolić na
rozczulanie się nad sobą, generałowie i żołnierze muszą wiedzieć, że
jestem dumny z tego, jak walczyli i że tak doskonale zrealizowali mój
plan.
- Na burze - powiedział Leyten. - Sig, ty naprawdę brzmisz jak
przywódca.
Naprawdę? Tak.
- To wina Kaladina. - Udało mu się uśmiechnąć blado, mimo że dzień był
ponury. - I tego, co uczynił z nas wszystkich.
- Wina Kaladina - zgodził się Blizna. - Burzowy człowiek i jego
inspirujące zachowanie.
- Ktoś z was widział w czasie walki Moasha?
- Nie - odparł Leyten. - Ale rozglądamy się. W chwili, gdy się pojawi,
na pewno damy ci znać. I zapłaci za wszystko.
* * *
Chaos cofał się wokół Shallan, ale nie pojawiła się w wizji - nie do
końca. Zamiast tego skomplikowane prądy Krainy Ducha stworzyły przed nią
coś w rodzaju muru. Zamglone szkło rozrastało się z tą samą pełzającą
niepewnością co szron na szybie, tworząc szeroką, w przybliżeniu okrągłą
kolumnę.
Następne pojawiły się deski ułożone na różnych poziomach wokół szklanej
kolumny - a Shallan mogła się po nich wspiąć, jakby stała na swego
rodzaju dziwnym rusztowaniu na zewnątrz rzeczywistości. Wzór i Testament
pojawili się razem z nią, a później wyżej - bo rusztowanie miało
poziomy, które nie łączyły się ze sobą - Rlain, Renarin i ich spreny.
Po trzech próbach zaczęła się przyzwyczajać do procesu. Wszystko zostało
stworzone przez Renarina i Glys, wykorzystując instynktowną wiedzę
Renarina, jak to powinno wyglądać - odtworzył rusztowanie, które w młodości widział w sąsiedztwie klasztoru.
Shallan krążyła wokół kolumny, szukając dobrego miejsca, żeby zajrzeć do
środka. Renarin sądził, że zamglone szkło było wizualnym
odzwierciedleniem niepewności tego miejsca - ale niektóre fragmenty były
nieco mniej nieprzezroczyste. Dostrzegła jedno i uklękła na desce, by
przyjrzeć się bitwie po drugiej stronie. Dalinar i Navani już od
jakiegoś czasu wędrowali przez Spustoszenia, a za pomocą tej kolumny
Glys i Tumi pozwalali grupie Shallan je obejrzeć.
Oglądali kolejne Spustoszenia - czasami dzieliły je setki lat - gdy
Kowale Więzi przechodzili z cieniodni w stronę przyszłości. W ostatniej
Shallan widziała ludzi ze sprenami i mocami - wczesnych Świetlistych
Rycerzy, łącznie z Pancerzami Odprysku z promienistymi glifami. Dalinar
skoczył prosto do czasów Nohadona i stworzenia Świetlistych.
Na razie nie dostrzegli śladu Mraize'a ani Iyatil - ani wewnątrz wizji,
ani poza nimi. Ale z pewnością tam byli, podążając za Dalinarem, bo
wierzyli, że jego misja poszukiwania Honoru doprowadzi ich również do
Mishram. Polem bitwy tego dnia był Shinovar, który zmienił się przez
tysiąclecia dzielące ich od pierwszej wizji. Miejsca, gdzie kiedyś była
tylko mokra ziemia, pokrywał teraz dywan rozleniwionej trawy. Wokół
rosły kępy drzew, jak grupki gości rozmawiających ze sobą na przyjęciu.
Dziwne, jak często w tych wizjach do walk dochodziło w Shinovarze -
izolującym się królestwie, które w tamtych czasach najwyraźniej nie było
aż tak niedostępne. Spojrzała przez bardziej przezroczysty fragment
szkła. Te świetliste postacie opadające z nieba... to byli Wiatrowi.
Dalinar i Navani kierowali się prosto w stronę Odstępstwa - dnia, kiedy
przysięgi złamano, i źródła tajemnic, których poszukiwali wszyscy.
- Widziałaś tych Wiatrowych? - spytał Renarin. Deski pod jego stopami
trzeszczały, kiedy się zbliżał. - I tym razem żołnierze mają porządną
broń z brązu. Sądzę, że w końcu robią postępy w technice, zamiast tracić
je w czasie każdego Spustoszenia.
- Jesteśmy za daleko od miejsca, w którym wszystko się dzieje. - Shallan
zmrużyła oczy. - Możesz nas przybliżyć?
- Porozmawiam z Glysem.
Nagle ich okno patrzyło w sam środek bitwy z pieśniarzami - co było
jednym wielkim chaosem. Tak, Świetliści tam byli, ale nie w charakterystycznych mundurach, do których była przyzwyczajona. Jednak
ludzcy żołnierze choć raz stali w szyku. Wielki mur z tarcz z włóczniami.
- To wygląda niemal współcześnie - powiedział stojący gdzieś w pobliżu
Rlain. - Wasi ludzie wykorzystują tutaj tę samą taktykę, co przeciwko
moim rodakom na Strzaskanych Równinach.
- Nie do końca - sprzeciwił się Renarin. - To mur z tarcz, owszem, ale
nie współczesny elastyczny szyk. Żadnych pikinierów, żadnej kawalerii
ani ciężkiej piechoty, jedynie dobrze wyćwiczona lekka piechota. To
nadal wiele tysięcy lat temu, ale coś wielkiego się zmieniło.
- Obróbka metali - zauważył Rlain.
- Bardziej to, że udaje im się zachować ciągłość - sprzeciwiła się
Shallan. - Ludzie mogą w końcu robić postępy, gdy społeczeństwo nie
zostaje unicestwione za każdym razem, kiedy wracają Stopieni.
- Zgadza się - powiedział Renarin. - Bo choć nawet Odstępstwo kryje się
w cieniu, dużo się dowiedzieliśmy z wcześniejszych wizji ojca i mamy
pewne fragmenty tekstów. W tym okresie Świetliści stali się trwałym
elementem łączącym ludzi między Powrotami, grupą wojowników szkolących
się w czasie dziesięcioleci pokoju i gotowych do walki, kiedy
nieuchronnie dochodziło do bitwy.
- Strażnicy na brzegu - szepnęła Shallan.
- Przeciwko moim rodakom - stwierdził Rlain.
- Przeciwko najgorszym instynktom wszystkich. - Shallan cofnęła się od
okna. - Rlainie, sam mi opowiadałeś o tym, jak słuchacze odmówili
dalszej walki... i odeszli. Stopieni uciskali nie tylko nas. Robili to
samo z twoimi rodakami.
Rlain pokręcił głową.
- To zbyt uproszczone wyjaśnienie, Shallan. Jedna strona eskaluje, więc
druga musi jej dorównać... albo posunąć się dalej. Stopieni nie
powstaliby, gdyby ludzie nie zaczęli przerastać ziemi, którą otrzymali.
Heroldowie nie istnieliby, gdyby nie stworzono Stopionych, by zapobiec
ich wtargnięciu. Z kolei wtedy Stopieni umocnili się i za każdym
powrotem byli coraz bardziej zdeterminowani, uczyli się, jak walczyć i pokonać Heroldów. Ludzie zostali zrujnowani, co doprowadziło do
stworzenia Świetlistych. Wojna po prostu kręciła się, i kręciła, i kręciła. Mogę potępiać rozlew krwi, ale nie mam pretensji do
starożytnych pieśniarzy. Ludzie złamali obietnice i dokonali inwazji. Co
im zostało, jak nie walka?
Shallan znów wyjrzała przez okno i zobaczyła grupę Stopionych - Istot
Spotęgowanych - które wbiły się w falangę ludzi, wyrzucając ich w powietrze. Nadeszli Skalni Strażnicy i rzucili się, by ich powstrzymać,
ich błyszczące zbroje wydawały się nie na miejscu na polu bitwy.
Zasadniczo byli współczesnymi Odpryskowymi pośród zwykłych żołnierzy w dopasowanych napierśnikach z brązu - podobne widziała kiedyś w muzeum w Kharbrancie.
- Ja... - zaczęła. - Rlainie, pieśniarze służyli Odium.
- Ponieważ inni bogowie odmówili im pomocy. - Zanucił w łagodnym rytmie.
- Ta starożytna wojna zakończyła się masowym zniewoleniem moich rodaków,
poza niewielką garstką. Czy to jedyna akceptowalna odpowiedź? Jeden lud
lub inny muszą zostać podporządkowane albo nawet zniszczone?
- Rlainie, mój ojciec stara się zakończyć tę wojnę pokojem - powiedział
Renarin. - Jest gotów zaryzykować naszą ojczyznę. Istnieją inne
odpowiedzi. Muszą istnieć.
- Jeśli Odium pozwoli, by którakolwiek z tych odpowiedzi została
wprowadzona w życie. A co pokój twojego ojca da moim rodakom? Zostali
porzuceni na pastwę wrogiego boga. Chciałbym... chciałbym, żeby dało się
coś zrobić, nie tylko dla ludzi, ale i dla pieśniarzy.
Zamilkli i patrzyli na śmierć na starożytnym polu bitwy. Shallan
próbowała znaleźć w tym sens, sprawdzić, czy uda jej się dostrzec
Dalinara i Navani. Ale byli za blisko.
- Czy możesz nas przenieść na szczyt tamtego wzgórza? - spytała.
- To nie jest mapa, którą tworzysz z ojcem, Shallan - powiedział
Renarin. - Nie mogę po prostu nas przenosić. Glys mówi, że mamy
szczęście, że cokolwiek widzimy.
- Spróbuj, proszę.
Shallan nie mogła pozwolić sobie na rozproszenie historycznymi
implikacjami tego wszystkiego - była tu, by powstrzymać Mraize'a i Iyatil.
Renarin i Glys porozmawiali, a wtedy ich okno przeskoczyło na szczyt
wzgórza. Nie tego, o które prosiła, ale nadawało się. Jak zapewnił ich
Glys, okno nie było widoczne dla tych wewnątrz wizji. Wciąż było to
dziwne - żołnierze przebiegali przez nich, niczego nie zauważając.
- Tam.
Shallan znalazła Dalinara i Navani, którzy obserwowali wszystko ze
szczytu innego wzgórza. Uśmiechnęła się, bo ich widok przypomniał jej
Adolina - miała nadzieję, że jemu jest łatwiej niż jej. Dalinar i Navani
najpewniej będą obserwować tę wizję tylko przez krótki czas, w miarę
możliwości dowiedzą się, który to rok, a później wykorzystają kotwicę,
by przeskoczyć do kolejnego Spustoszenia.
Miała nadzieję, że nie pominą najważniejszych momentów, co wymagałoby
cofnięcia się. Ale odnosiła wrażenie, że sam los - albo moc tworząca
Krainę Ducha - rozpoznawały, które wydarzenia są znaczące. Może dlatego,
że ludzie i pieśniarze nadawali im znaczenie. Tego rodzaju rzeczy
odbijały się echem i pozwalały też odrobinę przewidzieć przyszłość.
Trefniś, jak sam wyjaśniał, przybył na Roshar właśnie dlatego, że
wyczuwał nieuchronnie nadchodzące ważne wydarzenia. Raz nawet
uczestniczył w święcie w pobliżu jej rodzinnej posiadłości.
Dwoje Heroldów wspięło się na pobliskie wzgórze i Shallan odwróciła
wzrok.
Shallan... - powiedziała Woal w jej wnętrzu.
Zmusiła się, by znów spojrzeć. Na kobietę o rudych włosach, idącą obok
króla Jezriena.
Implikacje tego są onieśmielające, pomyślała Świetlista.
I tak musimy przyznać, że je dostrzegamy, stwierdziła Woal.
Na razie Shallan się odwróciła.
- Co to? - Wskazała na pociemniały obszar, gdzie na trawę padał cień,
choć nie było żadnej widocznej chmury.
Podszedł do niej Renarin.
- Glys mówi, że jedno z Niestworzonych tu jest. To... Shallan, to
Ba-Ado-Mishram. Nie prawdziwa, rzecz jasna... historyczna rekonstrukcja w wizji.
W czasie wcześniejszych bitew udawało im się dostrzec innych
Niestworzonych i Shallan czuła irytację, że nie widziała ich stworzenia.
To wydarzenie było tajemnicą nawet dla sprenów. Czym byli Niestworzeni?
Tak czy inaczej, nigdy wcześniej nie zauważyli Mishram w jednej z wizji.
- Wchodzę - zdecydowała Shallan. - Powiedz Glysowi, żeby mnie wysłał.
- Powiedzieliśmy, że zostaniemy na zewnątrz. - Renarin zeskoczył na jej
poziom, aż rusztowanie zadrżało. - Będziemy wysyłać tylko iluzje.
- Powiedzieliśmy, że będziemy wysyłać iluzje do czasu, aż zobaczymy coś
ważnego - sprzeciwiła się. - Jestem świadoma, że powstrzymanie Mraize'a i Iyatil jest najważniejsze, ale może kontakt z Mishram, nawet
historyczną, coś nam powie.
- Wciąż chcesz znaleźć więzienie, prawda? - spytał Renarin. - Czy uda
nam się najpierw powstrzymać Duchokrwistych, czy nie?
I... czy on nucił w rytmie?
Rlain podszedł do krawędzi wyższego rusztowania.
- Myślę, że ona powinna wejść, Renarinie. Plan działa... rozejrzeliśmy się
po okolicy i poszukaliśmy Duchokrwistych. Do tego w tym układzie możemy
obaj mieć na nią oko.
- Dobrze - zgodził się Renarin. - Pomachaj, jeśli coś będzie nie tak, a wtedy cię wyciągniemy.
Shallan pokiwała głową i mgnienie oka później znalazła się wewnątrz
wizji.
75. Rodzina
75
Rodzina
16 LAT WCZEŚNIEJ
W dniu, w którym miał wyruszyć na pielgrzymkę, by zostać Niosącym Honor,
Szeth spędził ranek w ogrodzie kamieni klasztoru. Tego dnia miał odejść,
by szkolić się z Sivi - a później z każdym z Niosących Honor po kolei,
by zdobyć ich umiejętności. Cóż, z wyjątkiem mocy Skalnych Strażników -
nie mieli Ostrza Talmuta-syna-Boga - i Kowala Więzi. To Ostrze należało
do przywódcy zwykłych ludzi i było przekazywane zgodnie z inną tradycją.
Tego dnia Szeth modlił się, pochylony przed wspaniałym kamieniem -
szerokim na dwie stopy i przeciętym żyłą kryształu. Z jednej strony miał
otwór jak usta, a kryształy tworzyły jego zęby. Spren tego kamienia z pewnością robił wrażenie ostentacyjnego.
- Sprenie - szepnął. - Pokieruj mną w swej mądrości.
Każda ważna chwila jego życia wiązała się z kamieniem, czyż nie? Czy ten
odpowiadał na jego spojrzenie? Z wahaniem wyciągnął rękę i położył na
nim dłoń, poczuł ziarnistą strukturę jego powierzchni i wystające
malutkie kawałki przezroczystego kryształu. Co za dziwne wrażenie, jakby
skóra jakiejś bestii.
Przez chwilę czuł... wspomnienia. Jakby... ten kamień przybył z innego
miejsca i pamiętał, jak był niesiony... przez grupę przerażonych ludzi...
Czy to ty? - zastanawiał się. Czy jesteś sprenem, za którym podążam?
Ach, Szeth, odpowiedział Głos, i wrażenie było inne, a wspomnienia
zniknęły. Nie myśl, że cię ignorowałem. Po prostu byłeś w dobrych
rękach. Dokończ pielgrzymkę. Wtedy się spotkamy.
- Dziękuję - szepnął Szeth.
Twoje życie ma cel, Szeth. Wszystko, co się wydarzyło, ja
zorganizowałem. Masz znaczenie, bo twoje znaczenie jest częścią mojego
znaczenia.
Te słowa.
Te słowa były tym, czego potrzebował - przypomnieniem, że jego życie nie
było przypadkiem.
Ostrzegam cię, powiedział Głos, że ten następny etap będzie
najtrudniejszy. Trafisz między takich, którzy nie darzą mnie takim
szacunkiem jak Pozen. Nie zgub się.
Przynajmniej nie będzie sam.
Będziesz ze mną, prawda? - spytał Głos.
Żadnej odpowiedzi.
- Ojciec planuje podążyć za tobą, Szeth.
Otrząsnął się z medytacji i stał się świadomy cichego strumienia,
składającego się z wielu szybek świetlika, przez który przenikało
słoneczne światło, i pierzastych liści osłaniających różnorodne
kamienie. Nikt nie odważyłby się przeszkodzić mu w ostatniej medytacji...
poza Elid.
W drzwiach stała szczupła kobieta, podobnie jak Szeth obdarzona żylastą
siłą ich matki. Czasami widywał Elid na brzegu rzeki, gdy ćwiczyła i uczyła się posługiwać mieczem z szamanami. W tym mieście wszyscy, którzy
dotykali kamienia, mieli prawo - jeśli zechcieli - uczyć się
posługiwania bronią razem z szamanami. Uznał to za dziwne - a może
dziwnie zachęcające - że w tym miejscu nie lekceważono walczących jako
"tych, którzy odejmują". Jedynie "tych, którzy dotykają kamienia". To
było niewłaściwe, ale czasami niewłaściwe... wydawało się lepsze.
I w rzeczy samej, Elid nosiła u pasa krótki miecz - symbolizujący jej
oddanie Prawdzie.
Odwrócił się od kontemplacji kamienia.
- Nie wolno ci wchodzić do klasztoru, Elid.
- Zastanawiałam się nad wstąpieniem. Rozmawiałam z kilkoma szamanami.
Powiedzieli mi, że powinnam się rozejrzeć.
- Twoje próby ominięcia konwenansów są jak zawsze niezręczne. Udawanie,
że chcesz wstąpić tylko po to, by ze mną porozmawiać, jest niestosowne.
- Ale zadziałało.
- W czasie medytacji powinienem być sam.
- Co oznacza, że możemy porozmawiać w cztery oczy.
Westchnął i rozważył zawołanie szamana, by ją wyrzucił.
- Czy ty w ogóle mnie słyszałeś? - spytała. - Ojciec planuje udać się z tobą. Znowu. Kiedy wyruszysz na pielgrzymkę.
Szeth poczuł nagłą, głęboką ulgę. Nie myślał... ale oczywiście. Neturo
zamierzał zrobić to, co zawsze. Choć niektórzy młodzi mężczyźni
udawaliby zażenowanych pomysłem, że ich ojciec mógłby z nimi podróżować,
Szeth nie potrzebował takich kłamstw.
- Nie spodziewałem się, że to zrobi, ale nie jestem zaskoczony. Tak
zachowywał się w przeszłości.
- Musisz mu powiedzieć, żeby został - stwierdziła Elid.
- Dlaczego?
Weszła w głąb ogrodu i nawet się nie zatrzymała, by pomodlić się do
mijanych kamieni.
- Szeth! On tu coś zbudował! Jest burmistrzem.
- Dziwne stanowisko. Dlaczego pozwalać, by ludzie wybierali przywódcę,
zamiast zaufać sprenom? W domu niczego takiego nie mieliśmy.
- Bo byliśmy zacofanymi pasterzami!
Przez chwilę myślał, że zatrzymała się, by oddać cześć kamieniowi, ale
nie, to niemożliwe... Elid przeskoczyła nad fragmentem ogrodu, ze ścieżki
na ścieżkę, by stanąć obok Szetha. Ta kobieta...
- Nie możesz pozwolić, by z tobą odszedł, Szeth. - Górowała nad nim,
kiedy klęczał na miękkiej, porośniętej mchem ziemi, wciąż trzymając dłoń
na kamieniu. - Postąp właściwie... pozwól mu zostać.
- Ja mu na nic nie pozwalam ani do niczego go nie zmuszam, Elid.
- Nic nie mówisz, ale bardzo dużo sugerujesz.
- A ty ciągle tak wiele zakładasz. - Pomodliwszy się cicho, zdjął dłoń z kamienia i wstał... próbując osłonić kamień przed atakiem złości Elid. -
Może ojciec chce wyruszyć na pielgrzymkę. Może chce zamieszkać w klasztorze Kształtujących. Może ma... swoje powody.
Elid zagapiła się na niego.
- Ty wiesz.
- O ojcu i Sivi? Tak. Domyśliłem się.
Znów się zagapiła, stała z otwartymi ustami.
- O co chodzi? - spytał.
- Po prostu myślałam, że gdybyś wiedział, każdego dnia prawiłbyś mu
kazania na temat jego grzeszności, Szeth. Co, besztasz go w czasie
obiadu, kiedy mnie nie ma w okolicy?
Zarumienił się i zaczął wychodzić z ogrodu kamieni. Mogli przynajmniej
odbyć tę rozmowę w mniej uświęconym miejscu.
- Naprawdę cię to nie obchodzi? - Przyśpieszyła, by dotrzymać mu kroku.
- Nie sądzisz, że to, co oni robią, jest niewłaściwe?
- To matka zostawiła jego.
- Może wrócić!
Przystanął, zmuszając Elid, by zatrzymała się gwałtownie. Spojrzał jej
prosto w oczy, bo byli niemal tego samego wzrostu.
- Ty - wbiła mu palec w pierś - będziesz musiał spędzić całe miesiące w każdym klasztorze. Jeśli ojciec uda się z tobą, wkrótce będzie oznaczało
to koniec dla niego i Sivi.
- Czyli popierasz ich związek?
- Popieram wszystko, co nie rozszarpuje naszej rodziny jeszcze bardziej.
Spojrzał jej w oczy.
- Mogłaś wrócić. Mogłaś zostać z nią.
- I zostawić ojca? - Wyglądało na to, że pewność siebie Elid wyparowała
i kobieta objęła się ramionami. - Tęsknię za nią. A ty?
- Tak - szepnął.
- Kiedyś było mi ciebie żal. Kiedyś chciałam cię chronić, jak ojciec.
Ale... wtedy ona nas zostawiła... - Pokręciła głową. - To złamało ojca.
Wiesz, jak wiele nocy spędziłam, trzymając go za rękę, kiedy płakał? Nie
było cię tam, Szeth. Ja byłam.
- Wiem.
Ale istniał powód. Głos. Ścieżka Szetha miała cel. Musiał w to wierzyć.
- Cóż, ja tym razem z tobą nie odejdę - warknęła Elid. - Nie zamierzam
spędzić reszty życia, udając, że jesteś zagubionym dzieckiem. Jeśli są w tobie jakieś resztki przyzwoitości, powiesz ojcu, żeby został, żeby
przestał niszczyć również swoje życie.
Szeth ominął ją. Szybko kłaniał się każdemu mijanemu kamieniowi, a w jego emocjach panował chaos.
- Wiesz, dlaczego?! - zawołała za nim Elid. - Dlaczego on zawsze jest
gotów iść za tobą? Dlaczego ja nie obchodzę go tak bardzo jak ty?
Dlaczego jesteś jego ulubieńcem?
Szeth znów pochylił głowę, tym razem nie z szacunku. Dotarł do drzwi.
- Nienawidzę cię! - zawołała za nim Elid. - Nienawidzę cię, Szeth!
- Przepraszam, że nie znam lepszego sposobu - szepnął.
I zostawił siostrę. Opuszczając klasztor, wziął tylko ubranie na zmianę
i miecz.
* * *
Zanim Szeth dotarł do mostu, rozpadało się. Szedł samotnie, zgodnie z tradycją... ale nie z prawem. Nie było więc ściśle wbrew zasadom, by
Neturo się tam z nim spotkał. Z torbą przerzuconą przez ramię i posiwiałą brodą. Krępy, bez plamy, ale uśmiechnięty.
Jak on mógł się uśmiechać? Szeth czuł, że przed laty stracił tę
zdolność.
- Wydawało ci się, że uda ci się wymknąć beze mnie? - spytał Neturo.
Szeth odetchnął głęboko i wypowiedział słowa, które musiał sto razy
powtórzyć w myślach w czasie tego marszu.
- Proszę, zostań tu, ojcze.
Neturo rozważył te słowa, a deszcz spływał po jego parasolu. Szeth nie
wziął parasola. Deszcz nie był intensywny, musiał jedynie zatroszczyć
się o miecz, kiedy tego wieczoru znajdzie schronienie.
- Czy tego chcesz, Szeth? Czy uważasz, że tego powinieneś chcieć?
- Masz tu życie.
- Mam życie wszędzie, gdzie jest moja rodzina.
- Twoja rodzina jest również tutaj! Z Elid. Albo w domu, z matką. Która
odeszła z mojego powodu...
Ojciec upuścił parasol i przytulił go. Szeth powstrzymywał łzy, choć w deszczu i tak byłyby niewidoczne. Nie chciał obrazić sprenów, zachowując
się, jakby pielgrzymka była przygnębiająca.
- Szeth, to, do czego doszło między twoją matką a mną, nie było twoją
winą - szepnął ojciec przy akompaniamencie szumu deszczu. - Mieliśmy
problemy na długo, zanim znalazłeś ten kamień.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- Ale to też mogła być moja wina. Musiało być trudno żyć z chłopcem,
który nie wiedział, co jest właściwe.
Ojciec objął go mocniej.
- Synu. Nigdy nie chodziło o ciebie. Zabrałem twoją matkę z domu
rodzinnego i skłoniłem ją, by kwestionowała rzeczy, w które inni nie
odważyli się wątpić. Z tego powodu musieliśmy mieszkać poza miastem, bo
nikt nie chciał nam nic wynająć. Mam listy od jej sióstr. Ona jest
szczęśliwa, Szeth. Szczęśliwsza beze mnie.
To brzmiało jak szaleństwo, ale zostało wypowiedziane. Szeth nie wątpił,
że to prawda, skoro powiedział to jego ojciec.
- Powinieneś zostać z Elid - szepnął Szeth.
- Elid mnie nienawidzi, Szeth.
- Co? Nie! Ona cię kocha.
- Nie tak mówi - powiedział cicho Neturo. - Nie wiem, jak sobie z nią
poradzić. Nigdy nie wiedziałem. Próbuję z nią rozmawiać, a ona odchodzi.
Przynoszę jej prezenty, a ona oskarża mnie, że próbuję ją przekupić. -
Odetchnął głęboko. - Myślę, że... oddalenie dobrze nam zrobi. Później
wrócę i zobaczę, czy się uspokoiła. - Odsunął się i nadal uśmiechał,
mimo wody spływającej po twarzy. - Nie chcę, żebyś myślał, że musisz
zatroszczyć się o starego ojca. Ale pójdę z tobą, Szeth, żebyś nie
musiał iść sam. Tylko tak umiem pomóc.
- Dziękuję - szepnął Szeth. - Dziękuję.
76. Ustępstwa
76
Ustępstwa
Argument Jasnah jest prawdopodobnie najistotniejszym, jaki można wysunąć
przeciwko temu, czego nauczam, i dlatego należy się do niego odnieść.
Nie jestem pewien, czy mam filozofię, słowa albo doświadczenie, by
zrobić to z należnym szacunkiem.
Fragment epilogu Dawcy Przysięgi, autorstwa Dalinara Kholina
Shallan pojawiła się w umierającym ciele.
Sapnęła z nagłego bólu i przycisnęła dłoń do boku, czując wypływającą
krew. Leżała na shinovarskiej trawie, a słońce prażyło nad jej głową. Na
burze. Była w ciele śmiertelnie rannego pieśniarza. To sprawiło, że
wpadła w panikę, aż poczuła coś w umyśle...
Mmm... Shallan?
- Wzorze? Jesteś w moim umyśle. Jak wtedy, kiedy jesteś mieczem.
Nasza więź się wzmacnia. Wypowiedziałaś właściwe prawdy. Pomyśleliśmy,
że to może zadziałać. Wyglądałaś na przestraszoną.
- Jestem w umierającym ciele!
Glys mówi, że przeprasza - nie zawsze udaje mu się wybrać ciało. Chciał,
żebyś trafiła w pieśniarza, byś mogła zrozumieć Mishram, ale... no...
- Nic się nie stało - szepnęła Shallan. - Może powinniśmy spróbować raz
jeszcze? Wyciągnijcie mnie. Albo po prostu się uzdrowię...
Mmm... Pieśniarz korzystający z Burzowego Światła przyciągnie uwagę
każdego, kto będzie patrzył w tę stronę. Glys chce, żebyś tego uniknęła.
Mówi, że tak naprawdę nie umrzesz, bo tak naprawdę nie jesteś ranna,
ale... I tak powiem mu, żeby cię wyciągnął.
- Dziękuję. - Shallan z bólu zacisnęła powieki i wciąż trzymała dłoń na
ranie. Pęknięta skorupa robiła dziwne wrażenie pod jej palcami.
Zaczekaj. Shallan, patrz.
Zmarszczyła czoło i podniosła głowę, choć to sprawiło, że wszystko
zafalowało. Leżała w dużej grupie trupów i śmiertelnie rannych, a bitwa
przesunęła się dalej. Niektóre ciała krwawiły na czerwono, inne na
pomarańczowo, a okolicę wypełniała plątanina sprenów - strachospreny,
złościospreny, dezorientacjospreny, bólospreny. Kiedy patrzyła na nie
oczami pieśniarza, bardziej przypominały swoje formy z Cieniomorza niż
to, co widzieli ludzie. W odległości około dziesięciu stóp pieśniarka
płakała i przyciskała dłonie do ran wzdłuż boku, co jakiś czas nucąc.
Może pieśń, żeby się pocieszyć, kiedy umierała.
Ba-Ado-Mishram zbliżała się. Niestworzona przyjęła kształt wielkiej masy
czarnego dymu, z wyrastającymi z niej rękami, które pozwalały jej się
poruszać. Potężne ramiona, całkiem czarne, wyciągające się i chwytające
grunt, dzięki czemu przesuwała się do przodu.
Na razie zostaw mnie tutaj, pomyślała Shallan do Wzoru i zacisnęła zęby.
Kiedy Mishram dotarła do drugiej umierającej pieśniarki, jej dziwaczne,
zbyt długie kończyny rozpłynęły się w dymie, ale główna masa czerni
została. I przeobraziła się w pieśniarkę w formie żeńskiej, która jakby
wyłoniła się z mgły. Miała falujące szaty i długie czarne włosy.
Pochyliła się nad umierającą żołnierką i wypuściła dodatkowe ręce, by
objąć jej głowę i ciało.
Wymieniły kilka słów, zbyt cicho, by Shallan je usłyszała. Zmusiła się,
by zaczekać, ale nie mogła powstrzymać jęku bólu.
Mishram odwróciła się. Serce Shallan zadrżało. To była twarz, którą
widziała na swoich rysunkach - na niebie, w dymie, w sękach i warstwach
drewna. W przeciwieństwie do Sja-anat, która zwykle pokazywała się jako
człowiek - albo może rodzaj sprena, o gładkiej skórze i zbyt ostrych
rysach - Mishram była bez wątpienia pieśniarką. Jej twarz zdobiły smugi
czerwonego dymu, tworzące nieziemską skorupę i wzory.
Skupiła się na Shallan i znów stała się chmurą dymu z wyciągniętymi
ramionami. Podciągnęła się tym samym nienaturalnym krokiem i znów stała
się pieśniarką.
Na burze.
Powinniśmy cię wyciągnąć? - spytał Wzór.
Shallan czekała, wstrzymując oddech, gdy Mishram górowała nad nią, a z bezkształtnego dymu po jej bokach wyrosły ręce, by objąć Shallan.
Niestworzona pochyliła się, a kiedy wypuściła powietrze, Shallan spowiła
ciemność. Na burze, to było... to było...
- Żyj - szepnęła Mishram, a w jej głosie jakimś sposobem nakładały się
różne rytmy. - Uzdrów się.
Ból w jej boku zniknął, a ciało się uzdrowiło. Widziała, jak druga
pieśniarka podnosi się niezgrabnie, nucąc z zadziwieniem na widok
uzdrowionego ciała. Nie były Królewskimi z mocami, a już na pewno nie
Stopionymi. Były zwykłymi żołnierkami.
- Dlaczego? - spytała Shallan, kiedy Mishram łagodnie opuściła ją na
ziemię.
- On nas nie kocha. - Mishram spojrzała w stronę nieba, jakby była
zaniepokojona. - Dlatego musimy kochać samych siebie.
Znów obróciła się w dym i wyciągając długie ramiona, odeszła w poszukiwaniu innych rannych pieśniarzy.
Shallan podniosła się z trudem.
Ona uzdrawia pieśniarzy, pomyślała do Wzoru. Czy ktoś z was tego się
spodziewał?
Ja próbuję nie spodziewać się rzeczy, które nie są matematycznie pewne,
odparł Wzór. Niektórzy twierdzą, że życie jest jednym wielkim urojeniem,
ale nawet liczby urojone da się łatwo obliczyć. Wy wszyscy wykraczacie
poza to.
Na burze.
Bardziej niż urojeni?
O wiele bardziej. Tak czy inaczej, pozostali są tym zafascynowani. Rlain
mówi, że Mishram była jednym z głównych bogów, których odrzucili, kiedy
odeszli - więc nie spodziewał się po niej dobroci. Chcą, żebyś
sprawdziła, czy uda ci się zdobyć więcej informacji.
Shallan ruszyła przez pole do miejsca, gdzie Mishram uzdrowiła innego
prawie martwego pieśniarza, formę męską. Uniósł dłoń do głowy w miejscu,
gdzie jego skorupa była wcześniej popękana.
- Inni Niestworzeni mają intrygi - powiedziała Shallan. - Jaka jest
twoja?
- Zasługujecie na coś o wiele lepszego od niego - odpowiedziała, znów ze
zbyt wieloma rytmami. - Żyjcie. Czujcie. Czujcie o wiele więcej, niż on
pozwala. Bądźcie.
Odwróciła się, a jej długie ramiona szybko pociągnęły ją w stronę
kolejnego leżącego.
Shallan spojrzała na pozostałą dwójkę, która została uzdrowiona.
Dołączyli do niej i obserwowali Mishram.
- Nigdy nie wiem, co o nich myśleć - powiedziała forma żeńska.
- Widziałem, jak Yelig-nar pochłonął tuzin naszych rodaków w jednej
bitwie - szepnął forma męska z ponurym rytmem. - W tym mojego brata. A teraz ta tutaj... uzdrawia nas? One są sprenami. Lepiej nie próbować ich
zrozumieć.
- Ale ona ma rację - odezwała się Shallan. - Odium się nami nie
przejmuje.
- Przejmuje się zwycięstwem - stwierdziła pieśniarka. - Jeśli chcemy żyć
w pokoju, musimy zabić ludzi. Albo zostaniemy zniszczeni.
- Moglibyśmy współistnieć - powiedziała Shallan.
Oboje zanucili w tym samym rytmie, który brzmiał szyderczo lub
sceptycznie. Na burze, naprawdę było je łatwiej wyłapać, gdy była w ciele pieśniarza, czyż nie?
- Współistnienie - powiedział pieśniarz. - Fantastyczne marzenie.
Pewnie, kto by tego nie wolał?
- Ludzie zabili moje siostry - sprzeciwiła się forma żeńska. - Nie
dojdzie do tego. Nie pozwolę na to.
Shallan przeszła przez pole, a pozostała dwójka nie próbowała jej
zatrzymywać ani nie zadawała pytań. Pieśniarze nie mieli tego samego
rodzaju dyscypliny ani oczekiwań, co ludzkie społeczeństwa. Nie znaczyło
to, że brakowało im przekonania czy męstwa - ale nie mieli tych samych
hierarchii dowodzenia i stopni.
Podeszła do Mishram, a trawa ignorowała ją, kiedy ją deptała. Co dziwne,
uświadomiła sobie, że gdyby miała żyć w jednej z tych dwóch armii,
najpewniej wolałaby tę pieśniarzy. Wyczuwała w ich życiach wolność i indywidualizm - coś, czego nie zauważyła nigdy wcześniej, nim zaczęła
obserwować ich w tych wizjach.
Przez ten cały czas wyobrażała ich sobie jako niszczycieli próbujących
zniewolić gatunek ludzki. Ale to ludzie byli tymi, którzy niewolili. Z drugiej strony, na ile umiała to ocenić, ludzie mieli wspanialsze
miasta, bardziej różnorodne zawody i - co dziwne - więcej artystów.
Dlaczego tak? Skoro pieśniarze byli tak wolni, czy nie powinno być wśród
nich więcej artystów? Może, by sztuka mogła naprawdę rozkwitnąć,
potrzebne były pewne rodzaje infrastruktury? Częściowo nie mogła
pogodzić się z tym pomysłem, choć brzmiał tak realistycznie, i...
I pozwoliła, by Świetlista przejęła kontrolę. Mishram znalazła tym razem
człowieka, wciąż żyjącego, z krwią na wargach. Drżał i zaciskał powieki,
by nie widzieć potworności, która się nad nim wznosiła. Coś mamrotał,
ale Shallan - w ciele pieśniarki - nie rozumiała. Słowa wydawały jej się
martwe bez rytmu.
- Uzdrowisz go? - spytała.
- Nie mogę. I nie zrobiłabym tego. - Niestworzona zawahała się. - Ale
powinnyśmy dla niego zaśpiewać. To uczyni jego odejście spokojniejszym.
Mishram pochyliła się i zaczęła śpiewać cicho w Rytmie Pokoju. Lęk
Shallan złagodniał. Umierający przestał drżeć i zaczął oddychać bardziej
regularnie. Nawet... wydawało się, że sam nuci pod nosem, aż odszedł.
Shallan odkryła, że ma łzy w oczach, a Mishram się jej przygląda - co
dziwne, spren nie obróciła się, lecz raczej przesuwała, aż była zwrócona
w inną stronę.
- Opłakujesz go, pieśniarko? - spytała Mishram.
- Opłakuję nas wszystkich - szepnęła Shallan. - I ból, który sprawiamy
sobie nawzajem. Czy nie da się tego powstrzymać, Mishram?
- On nigdy na to nie pozwoli, bo wojny mu służą, przygotowują jego armie
do przyszłości, której jeszcze nie rozumiem. Musimy zdominować ludzi. To
po pierwsze. Oni nie przestaną walczyć, aż znajdziemy się całkowicie pod
ich kontrolą, więc my musimy doprowadzić do tego pierwsi. - Zawahała
się. - Wtedy być może... - Spojrzała w niebo. - Jeśli on na to pozwoli...
Chciałabym, żeby to zrobił.
Na burze. Shallan w niewielkim stopniu poznała Sja-anat - i przez krótką
chwilę musiała zaufać sprenowi. Jednak we wszystkich swoich kontaktach z Niestworzonymi nie widziała, by któryś zachowywał się tak ludzko, jak
teraz Mishram, nucąca dla umierającego wroga. Shallan przypomniała
sobie, że Mishram w końcu podejmie wojnę przeciwko ludzkości pod
nieobecność Odium. Ona i Mishram stały po przeciwnej stronie na tym polu
bitwy, ale...
Pieśń Mishram się zmieniła.
Shallan cofnęła się wstrząśnięta, kiedy postać z dymu zaczęła wibrować i pulsować, a jej twarz się zniekształciła.
- Widzę cię - zasyczała. - Widzę cię, Tkaczko Światła.
Shallan poczuła nagłą panikę. Ta wściekła, wykrzywiona w grymasie twarz.
To nie była Ba-Ado-Mishram ze wspomnienia. To była ta obecna.
- Rozerwę cię na kawałki. - Mishram podeszła do niej. - Wyrwę twoje
kości ze stawów i będę słuchała, jak trzaskają. Połamię ci palce u rąk
tylko po to, by słyszeć, jak krzyczysz. Będę się radować tym, co z ciebie wypłynie, kiedy zostaniesz rozcięta: bólem, krzykiem i uwolnionymi wnętrznościami. Ja...
Wyciągamy cię, powiedział Wzór.
Shallan to ucieszyło, ale w tej samej chwili uświadomiła sobie, że nigdy
wcześniej nie miała okazji nawiązać kontaktu z Mishram. To był postęp,
nawet jeśli ją przerażał - spróbowała więc Tkania Światła, kiedy została
wyrwana. Zaplanowała to i pomyślała, że może...
Zadrżała i odkryła, że znów jest na rusztowaniu. Podniosła się,
ignorując pytania Wzoru i Rlaina - a za to spojrzała na wizję. Udało jej
się stworzyć Tkanie Światła samej siebie, jako Shallan, a ono pojawiło
się obok żołnierki, której ciało wcześniej zajmowała. Pieśniarka
odeszła, kierując się w stronę pozostałych dwojga uzdrowionych, by
kontynuować wizję tak, jak dyktowały wydarzenia historyczne.
Fałszywa Shallan została na miejscu, a ona sama nią kierowała - z zewnątrz.
- Dlaczego? - szepnęła, sprawiając, że Tkanie Światła zrobiło to samo.
Kiedy zamknęła oczy, niemal znów wróciła do środka. Nie słyszała stąd
odpowiedzi Mishram, ale Glys prześlizgnął się do niej i wyszeptał słowa
Niestworzonej.
- Dlaczego co? Dlaczego was nienawidzę?
- Nie - odparła Shallan. - Przybyliśmy do waszego świata, a później
walczyliśmy o niego z wami. Przez tysiące lat cię więziliśmy. Wiem,
dlaczego nas nienawidzisz.
- W takim razie co? - powiedziała Mishram, a Glys naśladował jej
jadowitą złość.
- Dlaczego Odium się ciebie boi? Czy rzeczywiście mogłabyś go zastąpić?
Cisza. I nagle Glys sapnął.
Shallan zadrżała, kiedy otworzyła oczy i odkryła, że otacza ją skłębiona
dymo-farba Krainy Ducha, poruszająca się za jej plecami, płynąca jak
tysiące rzek, które złączyły swoje nurty. Ich prądy tworzyły poruszające
się jednocześnie twarze.
- Skąd wiesz? - spytała Mishram. - Skąd wiesz?!
- Byłam w tej sytuacji - szepnęła Shallan. - Ja też zabiłam tych, którzy
mnie stworzyli.
Esencja Mishram popłynęła do przodu, barwna mgła zmieniła się w ciemność, zmieniła się w ręce, które wyciągnęły się do Shallan.
Czymkolwiek było więzienie Mishram, tu było słabsze. Shallan była pewna,
że te ręce stały się rzeczywiste i...
Między nie wkroczył Rlain.
Wysoki jak wieża, z pancerzem pieśniarza i mundurem Alethyjczyka. Jego
spren dołączył do niego, pozbawiony twarzy, kryjący się w cieniu. Po
krótkiej chwili podszedł również Renarin.
Mishram zamarła, prądy farbo-dymu kłębiły się wokół niej, inne jej
twarze zniknęły i pozostała tylko jedna. Wpatrująca się w nich.
Wpatrująca się w...
Shallan na potrzeby rysunków ćwiczyła śledzenie spojrzeń. Była
absolutnie przekonana, że Mishram wpatruje się w to, jak Renarin wziął
Rlaina za rękę, by go wesprzeć.
- Jesteśmy dziećmi Sja-anat - powiedział Glys za plecami Renarina. -
Pamiętasz swoją siostrę?
- Pomóż nam cię odnaleźć - zażądał Rlain. - Nie możemy cię uwolnić, ale
będzie lepiej dla wszystkich, jeśli to my cię znajdziemy, a nie nasi
wrogowie.
Shallan zaparło dech w piersiach. Tak, mimo sprzeciwów Renarina, chciała
znaleźć więzienie. Jeśli Mishram mogła rzeczywiście zagrozić Odium... cóż,
warto było mieć taką broń. A fakt, że Rlain się z nią zgadzał, dodawał
jej pewności siebie.
Mishram wycofała się w głąb skłębionego farbo-dymu i zniknęła.
Shallan jęknęła i się podniosła. I wtedy zauważyła, że stojący w pobliżu
Wzór mruczy. Wskazał z powrotem na wizję - która nadal się rozgrywała.
Testament podeszła do Wzoru i oboje patrzyli na stworzone przez Shallan
Tkanie Światła przez bardziej przezroczysty fragment szkła.
Iluzje Shallan już nie zamierały, kiedy nimi kierowała. Ta wewnątrz na
przykład splotła dłonie, patrzyła z namysłem i od czasu do czasu
przestępowała z nogi na nogę, jak to mogła zrobić żyjąca osoba. Wzór
wskazał cień na pobliskim wzgórzu, z którego ktoś wyglądał i wpatrywał
się z tyłu w iluzję Shallan. Ludzki żołnierz, ściskający
zniekształcający powietrze sztylet.
Mraize. Shallan ponownie zaparło dech w piersiach. Obserwował jej
iluzję, wyraźnie gotów podbiec i zaatakować... ale się zawahał. Była
absolutnie pewna, że się zawahał. Nie wiedziała, na jak długo, bo wizja
wkrótce się skończyła, a szklana kolumna się rozpadła.
I wtedy nagle ziemia pod jej stopami poczerniała. Shallan wzięła
Renarina za rękę, żeby ich trójka nie została rozdzielona.
- Co to za ciemność? - syknęła.
- To on - powiedział Glys. - Ponieważ Mishram nas zobaczyła, Odium
zorientował się, że coś jest nie w porządku. On nas szuka.
- Ukryjemy się - powiedział Tumi. - Uważaj na siebie, Shallan. Wkrótce
cię odnajdziemy.
- Ale...
- Odnajdziemy cię - powtórzył Tumi.
Została wrzucona w kłębiący się chaos.
Sama.
* * *
Adolin siedział z lewą dłonią uniesioną do brody i wpatrywał się w skomplikowaną planszę do wież. Przeszli na mniejsze karty, żeby na stole
zmieściło się ich więcej - każda miała nie więcej niż cal.
Na podłodze leżały dwa miecze do ćwiczeń, a Yanagawn wciąż był spocony
po ich pojedynku. Tego dnia nie było Pancerza Odprysku - jedynie
staromodna walka mieczem. Za każdym razem, kiedy przychodził Adolin,
strażnicy zmieniali się na tych, którymi dowodził Gezamal, syn Kushkama.
Duża liczba zwykłych strażników miałaby poważny problem z tym, że Adolin
zawstydził ich cesarza w czasie ćwiczeń. I dlatego Kushkam wymieniał ich
przed sesjami.
Ćwiczenia się skończyły, więc teraz, kiedy po zapadnięciu zmroku
pojawiła się upragniona chłodna bryza - która wpadała przez otwór na
końcu namiotu - nadszedł czas na o wiele ważniejszą lekcję tego
wieczoru. Taktyki.
- Hm... - Yanagawn przyjrzał się planszy, wypuszczając skupieniosprena,
wyglądającego, jakby kropla wody wywołała kręgi w powietrzu za jego
plecami. - Jestem zgubiony.
- Naprawdę? - spytał Adolin.
- Udowodniłeś mi, wielokrotnie, że większe siły zwyciężają. A przewaga
nie jest linearna.
- Wyjaśnij.
Yanagawn spojrzał na niego z ukosa i wskazał planszę.
- Obecnie mam sto tysięcy żołnierzy. Ty masz sto dwadzieścia tysięcy.
- Ale ty zacząłeś z większą liczbą.
- Zawsze pozwalasz, żebym na początku miał przewagę.
- Czyli większe siły nie zawsze zwyciężają?
- Powinienem powiedzieć, że jeśli wszystkie inne czynniki są równe, w tym umiejętności przywódców, większe siły zwyciężają. Czy to się zgadza?
- A przewaga nie jest linearna. To istotne.
Cesarz pokiwał głową. W swojej szacie do ćwiczeń wyglądał jak zwyczajny
młody mężczyzna. Jego czarne włosy miały sześć cali długości, a kiedy
nie były uwięzione pod ekstrawaganckimi nakryciami głowy, stroszyły się
na boki w ten charakterystyczny dla Makabaków sposób.
- Dwie równej wielkości armie, które uderzą na siebie, poniosą ogromne
straty - powiedział cicho Yanagawn. - Ale jeśli jedna jest większa
choćby o dziesięć czy dwadzieścia procent, dzieje się coś dziwnego.
Straty drugiej strony się zwielokrotniają. Dwie setki przeciwko setce
nie oznaczają stu zabitych po obu stronach... oznaczają stu zabitych po
mniej licznej stronie, a może dwudziestu zabitych po liczniejszej
stronie. Im bardziej przytłaczające są twoje siły, tym bardziej
chroniony jest każdy żołnierz.
- Zakładając, że obie armie walczą do czasu, aż jedna zostanie
całkowicie unicestwiona, co jest niezmiernie rzadkie. Armie zazwyczaj
wycofują się, jeśli stracą od dziesięciu do piętnastu procent żołnierzy.
To nie tchórzostwo, lecz ludzka natura. - Nachylił się. - Dobry generał
rozumie, jaka jest stawka. Niezwykle mało jest rzeczy, o które warto
walczyć, aż wszyscy zginą.
- Czyli powinienem wycofać się na tej planszy. Masz przytłaczającą
przewagę, więc przegram.
- Naprawdę?
Yanagawna nie irytowało naciskanie przez Adolina, co dobrze o nim
świadczyło. Znów przyjrzał się układowi sił, nie śpiesząc się przy tym.
Gezamal, w swoim mundurze Cesarskiej Gwardii z dodatkowymi wzorami,
podszedł bliżej, by spojrzeć na planszę. Mężczyzna był mistrzem gry w wieże i z pewnością od razu musiał zauważyć, o jaką naukę chodziło
Adolinowi. Yanagawn potrzebował jednak pewnej podpowiedzi.
- Popatrz na swoje jednostki, które mają przewagę.
- Ci tutaj. - Yanagawn wskazał szereg na przedzie. - Oni wciąż mają
przewagę. Która, jak mi się wydaje, w tym przypadku oznacza wysokość.
- A co daje przewaga wysokości?
- Zwielokrotnia siłę. Ci włócznicy, szczególnie walczący w obronie, mogą
zatrzymać większe siły. Ale, Adolinie, to tylko niewielka część mojej
armii. Sądzisz, że powinienem ich tu zatrzymać, żeby pozostali mogli się
wycofać?
Adolin czekał w milczeniu.
- Nie - powiedział cicho Yanagawn i wykonał swój ruch.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki