Wiatr i Prawda. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 5. Część 2 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

67.00 zł
56.95 zł (52,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

69. Radykalna filozofia

69

Rady­kalna filo­zo­fia

Tak oto w pełni pozna­li­ście moje grze­chy. W pełni pozna­li­ście rów­nież moje obja­wie­nia, jeśli można tak je okre­ślić. Umie­ści­łem tu każdą z moich wizji. Każde doświad­cze­nie z prze­szło­ści, które mnie ukształ­to­wało.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Po przy­by­ciu Nale'a Szeth stał się kimś innym. Kiedy przy­go­to­wy­wali się do wyru­sze­nia, Kala­din pró­bo­wał skło­nić Sze­tha do roz­mowy, ale męż­czy­zna odpo­wia­dał mono­sy­la­bami i gło­sem pozba­wio­nym wyrazu. Przez więk­szość ranka lecieli, ale wylą­do­wali, by przejść pie­szo resztę drogi do klasz­toru Tka­czy Świa­tła - który ozna­czał połowę ich wędrówki. Szeth wciąż uwa­żał, że podej­ście pie­szo będzie się mniej rzu­cało w oczy.

Dla­tego Kala­din wlókł się po ziemi z cięż­kim ple­ca­kiem na ramio­nach. W miarę jak kie­ro­wali się na pół­noc, oko­lice robiły się coraz bar­dziej zapy­lone i brud­niej­sze, powie­trze było mniej wil­gotne, a nawet noce były nie­przy­jem­nie cie­płe.

Rośliny tutaj bar­dziej przy­po­mi­nały... chwa­sty. Wąska ubita droga, którą podą­żali, zmie­niła się w znacz­nie szer­szy trakt. Pyli­sty, mimo z desz­czu poprzed­niego dnia. Kala­din nie umiał sobie wyobra­zić, jak wyglą­dałby pełen ludzi i wozów.

Z deter­mi­na­cją pod­szedł do Sze­tha - obaj podą­żali za Nale'em, który kro­czył przo­dem, wysoki i wład­czy. Jakimś cudem zbie­rał na nogach mniej pyłu niż Kala­din i naj­wy­raź­niej nie potrze­bo­wał wody ani odpo­czynku, bo nie robił przerw i spo­dzie­wał się, że będą w mar­szu pić wodę z manie­rek. Wyglą­dał jak jasno­oki, za któ­rym wle­kli się dwaj żało­śni żoł­nie­rze, dźwi­ga­jący wszyst­kie jego rze­czy.

On pró­buje wzbu­dzić twoją złość, powie­dział sobie Kala­din. Pew­nie chce cię ziry­to­wać tak bar­dzo, żebyś porzu­cił Sze­tha, zosta­wia­jąc go na jego pastwę.

Kala­din nie dał się zde­ner­wo­wać.

- Daleko jesz­cze? - spy­tał.

- Nie­da­leko - odparł Szeth.

- Czę­sto odwie­dza­łeś ten klasz­tor?

- Kilka razy. Tka­nie Świa­tła nie było moim ulu­bio­nym połą­cze­niem zdol­no­ści.

- Jak to było? Szko­lić się z każ­dym z Ostrzy? To musiało być inte­re­su­jące.

Szeth wzru­szył ramio­nami, cały czas patrzył przy tym na Nale'a. Na burze. To było tak, jakby wszyst­kie ich postępy zmył deszcz arcy­bu­rzy. Kala­dina to drę­czyło, bo teraz - kiedy zoba­czył, jak bar­dzo Szeth potrze­buje wspar­cia, jak bar­dzo przy­po­mina Tiena - jego pra­gnie­nie, by mu pomóc, jesz­cze wzro­sło. Może aż za bar­dzo. Nie­moż­ność pomocy była wręcz fizycz­nie bole­sna.

- Szeth... - zaczął znowu. - Czy możemy poroz­ma­wiać o...

- My możemy poroz­ma­wiać - ode­zwał się z przodu Nale. - Pro­szę. Sły­sza­łem, że pro­po­no­wa­łeś mojemu uczniowi rady­kalną filo­zo­fię, Wia­trowy. Chciał­bym ją usły­szeć.

Kala­din zazgrzy­tał zębami. Jak do tej pory Nale pra­wie się do niego nie odzy­wał. Żało­wał, że nie potra­fił lepiej zor­ga­ni­zo­wać swo­ich myśli, bo kiedy pod­szedł do Nale'a - męż­czy­zny, który dorów­ny­wał mu wzro­stem, co nie zda­rzało się czę­sto - czuł się żało­śnie nie­przy­go­to­wany.

- Pro­szę - powie­dział Nale, wciąż kro­cząc z rękami zało­żo­nymi za ple­cami. - Opo­wiedz mi o swo­ich ide­ach, śmier­tel­niku.

Kala­din rozej­rzał się, by spraw­dzić, czy Syl wró­ciła już ze zwiadu, ale nie było jej.

- Myślę, że to całe wasze "prze­strze­gaj prawa" jest absur­dalne.

- Jesteś anar­chi­stą? - spy­tał Nale ide­al­nie spo­koj­nym gło­sem. - Chcesz oba­lić prawo i spo­łe­czeń­stwo i obró­cić je w pył?

- Nie. Ale nie uwa­żam też, że należy odda­wać im cześć. Każdą zasadę należy od czasu do czasu zła­mać.

- Ach tak? Jak o tym decy­du­jemy? Oraz, co waż­niej­sze, kto o tym decy­duje?

- To zależy.

- Od czego? Czy każdy mor­derca nie może powie­dzieć "W moim przy­padku tę zasadę nale­żało zła­mać?". Każdy pra­gnął kie­dyś zła­mać prawo, ale jeśli jest wła­ściwe, by jedna osoba go prze­strze­gała, to podob­nie jest wła­ściwe, by wszy­scy go prze­strze­gali. Sam wielki mora­li­sta Noha­don zwró­cił uwagę na potrzebę takich zasad w spo­łe­czeń­stwie. Chciał­byś mu zaprze­czyć?

- Nie spie­ram się z nim. Nie chcę się nawet spie­rać z tobą. Po pro­stu uwa­żam, że Szeth powi­nien myśleć nieco bar­dziej samo­dziel­nie.

- Ja sądzę, że on myśli samo­dziel­nie. Po pro­stu wybrał odpo­wie­dzi, które tobie się nie podo­bają. Dla­czego ci wszy­scy zwo­len­nicy "samo­dziel­nego myśle­nia" przyj­mują jedy­nie odpo­wie­dzi, któ­rych sami pra­gną? Każdy, który się z nimi zga­dza, jest wol­no­my­śli­cie­lem. A każdy, który nie? Ależ musiał zostać ośle­piony przez opre­syjne normy spo­łeczne albo jest mario­netką, która tań­czy, jak każą jej ci, któ­rzy nad nim panują, ku ich nie­go­dzi­wej rado­ści.

Bez­na­miętny spo­sób, w jaki mówił, mono­ton­nie, poza od czasu do czasu zaak­cen­to­wa­niem poje­dyn­czego słowa, wytrą­cał Kala­dina z rów­no­wagi.

- Posłu­chaj, czy mogli­by­śmy poroz­ma­wiać o Sze­cie?

- Roz­ma­wiamy o Sze­cie. A ty uni­kasz odpo­wie­dzi na pyta­nia. Uwa­żasz, że ludzie powinni prze­strze­gać prawa?

- Zasad­ni­czo tak. Ale prawo nie jest dosko­nałe, zostało stwo­rzone przez grupę ludzi takich jak my.

- Ale to wszystko, co mamy. Prawo to nasze naj­lep­sze wytyczne, jak zacho­wy­wać się moral­nie w spo­łe­czeń­stwie.

- Aha, ale nie w taki spo­sób przed­sta­wiasz to Sze­thowi, prawda? - Kala­din obej­rzał się na dru­giego męż­czy­znę, który podą­żał za nimi. Mil­czał, ale widać było, że słu­cha bar­dzo uważ­nie. - Nie jako "wytyczne, jak zacho­wy­wać się moral­nie", tylko jako ideał, któ­remu należy się cał­ko­wi­cie oddać. To jedna z jego przy­siąg!

- Przy­sięga doty­czy zna­le­zie­nia kom­pasu moral­nego. On wybrał osobę. Uwa­żam jego wybór za wąt­pliwy, ale ta decy­zja została przy­jęta i usza­no­wana.

- Na­dal wydaje mi się, że tak naprawdę odda­je­cie cześć prawu.

- A czemu mie­li­by­śmy tego nie robić? Nic nie zbliża śmier­tel­ni­ków tak bar­dzo do bosko­ści, jak two­rze­nie kodek­sów, by stać się lep­szymi.

- Ja... nie wie­rzę w to. Dla mnie prawo było gor­sze, a nie tylko pełne wad. Pozwo­liło, by kosz­marny czło­wiek porwał mojego brata i wysłał go na wojnę, na śmierć. I choć to, w jaki spo­sób uczy­niono ze mnie nie­wol­nika, naj­praw­do­po­dob­niej było nie­zgodne z ale­thyj­skim pra­wem, to to, co Sadeas zro­bił z moimi przy­ja­ciółmi, two­rząc z nas dru­żyny mosto­wych i posy­ła­jąc nas na śmierć na Strza­ska­nych Rów­ni­nach, było cał­ko­wi­cie zgodne z pra­wem i abso­lut­nie naganne. Prawo może być, i czę­sto bywa, bar­dzo nie­do­sko­nałe.

Nale pokrę­cił głową.

- A co je zastę­puje?

- Może ludzka przy­zwo­itość?

- Która znaj­duje zasto­so­wa­nie nie­re­gu­lar­nie. Prawo nie naprawi całego zła, ale pró­buje... i może cier­pia­łeś, ale bez prawa cier­piał­byś bar­dziej. Bo ludziom nie można zaufać, że będą przy­zwo­ici, Burzą Bło­go­sła­wiony. Powi­nie­neś być tego świa­domy bar­dziej niż inni. Jak się nauczy­łem, nawet mój wła­sny punkt widze­nia bywa nie­do­sko­nały. Prawo jed­nak two­rzono przez tysiąc­le­cia, prze­ka­zy­wano z poko­le­nia na poko­le­nie, dopra­co­wy­wano i udo­sko­na­lano.

- Poza tymi pra­wami, które powstały pod wpły­wem kaprysu jakie­goś głu­piego władcy. Czyli więk­szo­ści z nich.

- Dla­czego zakła­dasz, że jesteś mądrzej­szy od tego, który stwo­rzył prawo? Z tego, co mówi mi spren, nie znasz odpo­wie­dzi... nie pro­po­nu­jesz lep­szej drogi. Jedy­nie nisz­czysz tę, która została zapro­po­no­wana.

- Ale...

- Powtó­rzę, czego od niego ocze­ku­jesz? Poza tym, że ma "myśleć samo­dziel­nie"? Czy masz coś, co zastąpi jego ideał?

- Uwa­żam, że w ogóle nie powi­nien go mieć!

- Czyli chcesz zastą­pić coś wspa­nia­łego niczym. Praw­dziwy cel każ­dego rewo­lu­cjo­ni­sty. Zbu­rzyć, roze­rwać, znisz­czyć. Nie masz filo­zo­fii, którą cenisz, dla­tego pra­gniesz zepsuć tę, którą mają inni, bo zazdro­ścisz im, że znają odpo­wie­dzi. Cóż, ja mam odpo­wie­dzi - stwier­dził Nale. - Odpo­wie­dzią jest zaufa­nie prawu, bo wtedy przy­naj­mniej masz kom­pas moralny. Idee ludzi są słabe, podob­nie jak ich serca. Dla­tego wybie­ramy coś więk­szego.

- Ale prawo to idee ludzi!

- Nie. I tu się mylisz. Te prawa są lep­sze od zwy­kłych idei ludzi.

- Ale wła­śnie się zgo­dzi­łeś, że są prze­my­śle­niami ludzi!

- Wcale nie. Powiedz mi, czy wiesz, skąd wzięły się prawa tej kra­iny?

Ten męż­czy­zna... w jego argu­men­ta­cji było tak wiele luk, a on po pro­stu je igno­ro­wał. Nale powie­dział, że jest nie­do­sko­nały, a póź­niej ogło­sił, że zna odpo­wie­dzi. Mimo to Szeth słu­chał - jeśli Nale nie dostrze­gał pro­ble­mów, może Sze­thowi się to uda.

- Wia­trowy? - powtó­rzył Nale. - Skąd się wzięło prawo tej kra­iny? Wiesz?

- Może... to były spreny? - zga­dy­wał Kala­din.

- Ha! Czyli rze­czy­wi­ście twoja argu­men­ta­cja opiera się na nie­wie­dzy. Pozwól, że ci wyja­śnię.

Kala­din czuł, że to pułapka, podob­nie jak na polu bitwy wyczu­wał zwód. Nie­stety nie był filo­zo­fem i nie umiał zna­leźć spo­sobu, by unik­nąć tego, co zapla­no­wał Nale. Dla­tego zacho­wał mil­cze­nie.

Nale sze­ro­kim gestem uniósł ręce na boki, obej­mu­jąc nimi brą­zowo-zie­lone trawy się­ga­jące im do pół uda, wśród któ­rych wyra­stały pędy ogrom­nych kwia­tów wyso­ko­ści czło­wieka - o sztyw­nych, przy­po­mi­na­ją­cych sko­rupę pędach i żół­tych płat­kach ota­cza­ją­cych brą­zowy śro­dek podobny do oka.

- Ta zie­mia była naszym pierw­szym domem na tym świe­cie - mówił dalej Nale. - Kolebką ludz­ko­ści, w któ­rej powstały nasze pierw­sze prawa. Nie stwo­rzyły ich spreny ani ludzie, lecz sam Bóg i monar­cha, któ­rego wybrał, Jezrien, Król Herol­dów i Herold Kró­lów. Mój wróg, a póź­niej mój bli­ski przy­ja­ciel. Boskie pocho­dze­nie to pod­stawa prawa w Shi­no­va­rze, Kala­di­nie Burzą Bło­go­sła­wiony. To pró­bu­jesz pod­ko­pać.

- Ale... chwi­leczkę. W takim razie dla­czego Shi­no­wie oddają cześć spre­nom?

- Spre­nom? Masz na myśli dosłowne frag­menty bosko­ści?

- Tak, Syl to powta­rza, ale... to zna­czy... - Zmarsz­czył czoło. - To naprawdę nie ma sensu. Jak wy, Herol­do­wie, w ogóle zna­leź­li­ście ten świat?

- Podą­ża­li­śmy za świę­tymi tonami Rosharu. Się­gnę­li­śmy poprzez moc Prze­no­sze­nia... Ishar był nie­gdyś mistrzem tej sztuki. Ja rów­nież mia­łem pewien talent. - Na jego twa­rzy na chwilę poja­wiła się tęsk­nota. - Sły­sza­łem je... pie­śni nowego świata, świe­żego i żywego. Zachę­ca­jący rytm...

- Dobrze. Ale czy spreny były w to zaan­ga­żo­wane? To miej­sce cza­sem do mnie prze­ma­wia. Sama Wiatr.

- Zigno­ruj to. Echa boga, który dawno zgi­nął i odszedł.

- Ale...

- Zbo­czy­li­śmy z tematu. Powiedz mi, oba­lił­byś cały sys­tem rzą­dów w Shi­no­va­rze?

- Co? Oczy­wi­ście, że nie.

- Jak zare­ago­wał­byś, gdyby inny zakon Świe­tli­stych przy­szedł i zasu­ge­ro­wał, że wasze przy­sięgi, że będzie­cie chro­nić, są głu­pie?

- Posłu­chaj. - Kala­din uniósł ręce z nara­sta­jącą fru­stra­cją. - To mu nie pomaga. To, co robisz, spra­wia ból Sze­thowi. Nie argu­men­tuję jak uczony, Nale. Ale to nie pomaga. Jest zepsute. On potrze­buje pomocy, współ­czu­cia, a ty go mu nie dajesz.

- On jest bar­dziej uszko­dzony niż więk­szość. - Nale zatrzy­mał się na dro­dze i spoj­rzał Kala­di­nowi w oczy. - Ty przy­ło­ży­łeś do tego rękę. Wiesz, kto go pod­niósł z ziemi tam­tego dnia, kiedy zosta­wi­łeś go, żeby umarł w burzy, Kala­di­nie Burzą Bło­go­sła­wiony? Gdzie było wtedy twoje współ­czu­cie?

Kiedy tak stali i patrzyli sobie w oczy, prze­le­ciał mię­dzy nimi podmuch wia­tru.

- On pró­bo­wał wtedy zabić Dali­nara - stwier­dził Kala­din.

- Teraz więc ukry­wasz się za pra­wem i roz­ka­zami, które dosta­łeś? - Nale odwró­cił się w stronę Sze­tha. - Jesteś gotów?

- Tak - odparł Szeth.

- Chwi­leczkę. Gotów na co? - spy­tał Kala­din.

- Klasz­tor Tka­czy Świa­tła - wyja­śnił Nale. - Gdzie weź­mie Ostrze do ręki i pokona Nio­są­cego Honor.

Kala­din zmarsz­czył czoło i rozej­rzał się po oko­licy, którą wypeł­niały pyli­sta zie­mia i zbyt wyso­kie kwiaty. Musieli się cof­nąć po tym, jak poprzed­niego wie­czoru odwie­dzili drugi pusty klasz­tor. Teraz wyda­wało mu się, że znaj­do­wali się gdzieś w środku zachod­niej czę­ści Shi­no­varu. W pobliżu gór, które gra­ni­czyły z zachod­nim oce­anem. Z... jak Szeth go nazwał? "Wiel­kim oce­anem"? Nie, to brzmiało śmiesz­nie. Ale to było coś podob­nego.

Te zachod­nie góry były niż­sze niż te na wscho­dzie Shi­no­varu, pozba­wione śniegu, i miały wię­cej spłasz­czo­nych wierz­choł­ków niż ostrych szczy­tów. Upał spra­wił, że Kala­din lepił się od potu, kiedy uniósł rękę do oczu i się rozej­rzał.

- Nie widzę go - stwier­dził.

- Jest przed nami, ukryty wśród kra­jo­brazu - wyja­śnił Nale. - Sądzi­łeś, że klasz­tor Tka­czy Świa­tła da się łatwo zauwa­żyć?

Kala­din zaru­mie­nił się i spoj­rzał na Sze­tha ze świa­do­mo­ścią, że jego argu­menty zawio­dły. Szeth skrę­cił z drogi i ruszył o wiele węż­szą ścieżką w bok. Nie patrzył Kala­dinowi w oczy.

To było nie­uczciwe, że prze­ko­na­nie kogoś zale­żało nie od siły argu­men­tów, lecz od siły argu­men­tu­ją­cego. Kala­dina zawsze to zło­ściło, ale ponow­nie, bra­ko­wało mu elo­kwen­cji, by wyja­śnić, dla­czego. Zatem tylko goto­wał się w środku, kiedy Szeth znów się­gnął po broń i - wbrew temu, czego rze­czy­wi­ście pra­gnął - ponow­nie ruszył zabi­jać.

* * *

Jasnah opu­ściła naradę na temat stra­te­gii obrony Thay­le­nah prze­peł­niona drę­czą­cym nie­po­ko­jem, choć jego pod­sta­wowa przy­czyna jej umy­kała. Przy­naj­mniej jej ubiór speł­nił swoją rolę. Mun­dur miał pewne ele­menty dosto­so­wane do jej płci, dopa­so­waną górę i zapi­nany pod szyją płaszcz, długi zarówno z przodu, jak i z tyłu, przez co ukła­dał się tro­chę jak spód­nica, ukry­wa­jąc spodnie i cięż­kie buty. Do tego ręka­wiczki i cały strój nie utrud­niał jej walki.

Stała się wzo­rem dla wielu kobiet Świe­tli­stych i musiała być świa­doma tego - przez cały czas - że jest obser­wo­wana. Oczy­wi­ście to zawsze była prawda - ale teraz przy­naj­mniej nie­któ­rzy trak­to­wali ją jako pozy­tywny przy­kład.

- Przy­go­to­wa­nia - szep­nął jej do ucha Kość Sło­niowa. - One są dobre, Jasnah. Obrona jest. - Jak to czę­sto robił, sie­dział na jej kol­czyku, spe­cjal­nie dla niego nosiła duże z mor­skich muszli.

Za nią inni gene­ra­ło­wie i admi­ra­ło­wie opu­ścili salę narad, roz­ma­wia­jąc mię­dzy sobą. Po całym dniu pla­no­wa­nia obrony Thay­len nastroje były dobre. Skalni Straż­nicy sądzili, że uda im się ukryć w zatoce kamienne kolce, które mogły roze­rwać kadłuby i zato­pić statki. Dodat­kowo arti­fa­brianki zna­la­zły spo­sób na Istoty z Głę­bin - fabriale, które iden­ty­fi­ko­wały zbli­ża­ją­cych się Sto­pio­nych. Ostrze­głyby ich wcze­śniej, gdyby wróg spró­bo­wał przy­pu­ścić atak z zasko­cze­nia przez kamień.

Brama Przy­sięgi została cał­ko­wi­cie zamknięta, a Tka­cze Świa­tła peł­nili straż w Cie­nio­mo­rzu, ukryci za pomocą swo­ich mocy. Wia­trowi patro­lo­wali w powie­trzu, a ogromne arba­lety wyce­lo­wano w niebo, by zrzu­cały z niego Istoty z Nie­bios. Tego ranka przy­była spe­cjalna prze­syłka - kilka klej­no­tów cen­nego anty-Pust­ko­wego Świa­tła, które mogło na zawsze zakoń­czyć życie Sto­pio­nego.

Thay­le­nah było przy­go­to­wane naj­le­piej, jak to moż­liwe - kupiec­kie mia­sto stało się jedną wielką for­tecą. Ze względu na wyso­kie klify z jed­nej strony - i brak przy­czółku, który umoż­li­wiałby dotar­cie na wznie­sie­nia za nimi - zdo­by­cie portu byłoby kosz­ma­rem.

O czym wro­go­wie wie­dzieli.

A i tak przy­by­wali.

Jasnah dotarła do otwar­tego okna, dzięki któ­remu mogła spoj­rzeć na mia­sto z naj­wyż­szego poziomu. Nie­gdyś mogłaby uznać to miej­sce za odprę­ża­jące, ze względu na ten nie­bie­ski, migo­czący ocean i rześ­kie połu­dniowe powie­trze. Tego dnia czuła się znie­chę­cona. Bo w głębi duszy wie­działa, że prze­ga­pili coś klu­czo­wego.

- Jasnah? - szep­nął Kość Sło­niowa z jej pra­wego ucha. - Co jest?

- Sama chcia­ła­bym wie­dzieć - szep­nęła. - Kryje się tu tajem­nica, któ­rej gene­ra­ło­wie i admi­ra­ło­wie nie dostrze­gają.

Spren roz­wa­żył jej wyja­śnie­nie, co było jedną z przy­czyn, dla­czego two­rzyli tak dosko­nałą parę. Jako atra­men­to­spren miał ten­den­cję do sku­pia­nia się na teraź­niej­szo­ści - sytu­acji takiej, jaką była. Była to skłon­ność, nie coś abso­lut­nego, ale odkrył, że ocena aktu­al­nej sytu­acji dawała naj­więk­szą szansę na roz­wią­za­nie pro­blemu.

Jasnah z kolei miała ten­den­cję do sku­pia­nia się na wszyst­kim poza teraź­niej­szo­ścią. Zro­zu­mie­nie prze­szło­ści i jej wpływu na przy­szłość było jej powo­ła­niem jako Veri­sti­ta­lianki - jedy­nej grupy uczo­nych, które przy­jęły ją jako młodą kobietę, pod­czas gdy wszyst­kie inne uwa­żały jej here­zję za powo­du­jącą zbyt wiel­kie kon­flikty. Prze­szłość i przy­szłość były poślu­bione, ale cza­sami, kiedy za bar­dzo sku­piła się na nich, odda­lała się od teraz.

- Jasnah, nie­po­ko­isz się, że to, co postrze­gamy, nie jest prawdą - powie­dział Kość Sło­niowa. - Że inna rze­czy­wi­stość jest. - Tak. Nie jestem spe­cja­listką od tak­tyki, ale zga­dzam się z tym, co mówią gene­ra­ło­wie, Świe­tli­ści i admi­ra­ło­wie. Mia­sto jest nie do zdo­by­cia. Więc...

- Więc mar­twisz się, że się mylimy... - Spren zasta­na­wiał się przez chwilę. - Może tym, kogo potrze­bują, nie jest kolejny gene­rał, Jasnah. Może tym razem potrze­bują uczo­nej.

Od razu zro­biło jej się głu­pio. Jeśli miała udo­wod­nić swoją war­tość tej gru­pie, to nie dzięki swo­jej prze­ni­kli­wo­ści tak­tycz­nej. Na woj­sko­wej stra­te­gii znała się lepiej od prze­cięt­nego czło­wieka, ale zgro­ma­dzeni na sali zali­czali się do naj­lep­szych na świe­cie. Musia­łaby spę­dzić lata na nauce, nim mogłaby im dorów­nać.

Ale jeśli miała rację, to był pro­blem logiczny, nie woj­skowy. Jak Odium miałby znisz­czyć nie­znisz­czalne mia­sto?

Potrze­bo­wała papieru i spo­koj­nego miej­sca, by pomy­śleć.

Natych­miast.

70. Współzawodnictwo iluzji

70

Współ­za­wod­nic­two ilu­zji

Oba zawie­rają tyle szcze­gó­łów, ile udało mi się przy­po­mnieć. Moje życie. Moje rządy. Mój smu­tek. Moja chwała.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Szeth nie czuł szcze­gól­nej bli­sko­ści z Tka­czami Świa­tła. Choć szko­lił się w ich sztu­kach, bo takie były wyma­ga­nia, nie mógł znieść, że robili sobie żarty z prawdy, zasad­ni­czo odda­wali cześć kłam­stwom.

Idąc ostat­nim odcin­kiem ścieżki do klasz­toru, zaczął się jed­nak zasta­na­wiać. Wyobra­żał sobie Tka­czy Świa­tła jako dziwne istoty, które obra­cały prawdę w cokol­wiek, czym chciały, żeby była. Ale może prze­obra­ża­nie prawdy w to, czym chciało się, żeby była, nie sta­no­wiło jedy­nie cechy kłam­ców, lecz wszyst­kich istot ludz­kich.

Ta węż­sza ścieżka odcho­dząca od głów­nej drogi pro­wa­dziła w dół łagod­nego zbo­cza. Szedł nią razem z Ninem - albo Nale'em, jak sam o sobie mówił - a Kala­din i Syl­ph­rena podą­żali za nimi. Szeth czuł się samotny. Jego spren prze­stał się do niego odzy­wać, z wyjąt­kiem wyda­wa­nia pole­ceń. Krew Nocy całymi dniami roz­ma­wiał z Ostrzami Honoru. Kala­din i Nale się kłó­cili. Czy obcho­dził ich Szeth, czy jedy­nie udo­wod­nie­nie, że ten drugi się myli? Czy odważy się myśleć w taki spo­sób o świę­tej isto­cie w rodzaju Nina-syna-Boga?

Szeth obej­rzał się przez ramię na dwóch męż­czyzn. Mun­dur nie­bie­ski i czarny. Męż­czy­zna, który zosta­wił go na śmierć, i męż­czyzna, który go oca­lił. Męż­czy­zna, który twier­dził, że Szeth go obcho­dzi, i ten, któ­rego obcho­dziło jedy­nie prawo. Był tro­chę zły na nich obu, że cią­gnęli go w prze­ciwne strony.

Może to rów­nież po pro­stu było życie. Bycie prze­cią­ga­nym mię­dzy dwiema czę­ścio­wymi praw­dami. Sivi tak bar­dzo sta­rała się skło­nić go, żeby to zaak­cep­to­wał, a on zawsze się opie­rał. Bo jeśli w życiu cho­dziło o czę­ściowe prawdy na równi z cał­ko­wi­tymi, to wszyst­kie inne aspekty jego ist­nie­nia sta­wały się skraj­nie cha­otyczne.

Bar­dzo tęsk­nił za słod­kimi, czy­stymi praw­dami ścieżki Nina. Nawet jeżeli wyma­gały od niego, by zabi­jał.

Szeth? Głos Krwi Nocy. Dobrze się czu­jesz?

- Mie­czu-nimi? - szep­nął Szeth, prze­su­wa­jąc wiązkę mie­czy na ple­cach. Niósł połowę, a Kala­din drugą, przy­tro­czoną do ple­caka. Były cięż­kie, lżej­sze, niż powinny, ale ich waga nie była nie­istotna. - Nie musisz się mar­twić.

Ja tylko... coś od cie­bie poczu­łem.

- Poczu­łeś? Jak możesz poczuć to, co ja?

Nie wiem. Czuję się bli­ski tobie. Ty cier­pisz.

- Zawsze cier­pię.

To nie powinno... sobie pójść? Ludz­kie cier­pie­nia łagod­nieją, prawda?

- Bar­dzo bym chciał, żeby tak było, mie­czu-nimi. Ale wydaje mi się, że nie zasłu­guję na taki spo­kój.

Powie­dzia­łeś, że już nie będziesz zabi­jał.

- Tego rów­nież bym chciał.

Szeth skrę­cił w prawo i zaczął scho­dzić po stop­niach ukry­tych wśród pagór­ko­wa­tego brą­zo­wego kra­jo­brazu. Schody, wybu­do­wane z kłód i pali wbi­tych w zie­mię, zużyte przez czas i stopy, pro­wa­dziły do wąskiego wąwozu w miej­scu, gdzie sty­kały się dwa wzgó­rza, a mię­dzy nimi pły­nął stru­mień.

Szeth? - spy­tał miecz. Jesteś złym czło­wie­kiem?

- Dla­czego pytasz? - szep­nął. - Wcze­śniej powie­dzia­łeś, że jesteś pewien, że nie jestem.

No tak, słu­cha­łem. Co wię­cej, pró­bo­wa­łem sobie przy­po­mnieć, co cza­sem jest trudne. Mówisz o brze­mio­nach, które dźwi­gasz. Ludziach, któ­rych zabi­łeś. Nie­win­nych, tak mówisz. A... zabi­ja­nie nie­win­nych jest złe. Prawda?

- Tak.

Ale kiedy ura­to­wa­łeś Dali­nara i Świe­tli­stych, to było dobre, prawda?

- Mam taką nadzieję.

Zosta­łem stwo­rzony i dano mi pro­sty cel. Nisz­czyć zło. Pomy­śla­łem, że znajdę ludzi, któ­rzy są źli, i znisz­czę ich. Tego chce Nale, prawda? Podzie­lić ludzi na grupy. Źli. Nie źli.

- To za pro­ste, nawet dla jego filo­zo­fii - szep­nął Szeth, kiedy dotarł na dół scho­dów. - On wska­zuje, że wszy­scy są cza­sem dobrzy, a cza­sem źli. Nie da się nas podzie­lić na te dwie grupy, zatem potrze­bu­jemy wska­zó­wek.

Czy odróż­nie­nie dobra od zła nie powinno być łatwe?

- Wszy­scy uda­jemy, że tak jest. Ale gdyby tak było, nie byłoby mię­dzy nami takiej nie­zgody. - Szeth wszedł do wąwozu, stru­myk ciur­kał po jego pra­wej stro­nie. - Nie­mal wszy­scy zga­dzamy się w pod­sta­wo­wych kwe­stiach. Zabi­cie nie­win­nego jest złe. Ale jeśli dzięki temu ocali się trzech nie­win­nych? A jeśli jest się narzę­dziem, postę­pu­ją­cym zgod­nie z tym, co uwa­żało się za nad­rzędne prawo? A jeśli pod­jęło się dobre dzia­ła­nie, które się nie powio­dło, i zgi­nęli nie­winni?

Wydaje się, że to rzad­kie przy­padki.

- Gdyby tylko tak było, mie­czu-nimi. Gdyby tylko.

Wąwóz otwo­rzył się, uka­zu­jąc klasz­tor. Był czę­ściowo wykuty w ska­łach, a jego kamienną fasadę popla­miła kapiąca z góry woda. Szeth widział roz­pa­dliny na Strza­ska­nych Rów­ni­nach i to miej­sce było zupeł­nie inne. Przede wszyst­kim otwarte w stronę nieba. I choć pły­nący środ­kiem stru­mień doda­wał nieco żyzno­ści - pozwa­la­jąc wyro­snąć nie­du­żym drze­wom - wąwozu, w prze­ci­wień­stwie do roz­pa­dlin, nie wypeł­niały tak liczne i zde­ter­mi­no­wane rośliny.

To był cichy, reflek­syjny zaką­tek wietrz­nej kra­iny. Szeth przy­glą­dał się i mar­twił. Nie tylko z powodu swo­ich wcze­śniej­szych nie­po­ko­jów, ale ze względu na Głos. Wie­dział, że w końcu będzie musiał sta­wić mu czoło. Sądził, że zmniej­sze­nie jego wpływu na ojczy­znę, poprzez zabi­ja­nie Nio­są­cych Honor, było dobrym spo­so­bem. Ale kiedy te bitwy się skoń­czą, co wtedy?

Mógł wal­czyć z jed­nym z Nie­stwo­rzo­nych? Dali­na­rowi się to nie udało. Musiał poko­nać go siłą woli, sta­wia­jąc opór poku­sie Dresz­czu - ale rów­nież, jak opi­sał w swo­jej książce, przy­zna­jąc się do tego, co ich łączyło. Czy Sze­tha cze­kało coś podob­nego?

Nie wie­dział. Dla­tego zamie­rzał zro­bić to, co mógł - a to ozna­czało oczysz­cze­nie tej ziemi. Ruszył w stronę klasz­toru, który ota­czało - zamiast mia­sta czy nawet gar­ni­zonu - tylko kilka domów dla pomoc­ni­ków i służby. Spraw­dził je i oka­zało się, że wszyst­kie były puste.

Wycho­dząc z jed­nego z nich, minął Kala­dina i Nina.

- Szeth - powie­dział Kala­din, pró­bu­jąc zła­pać go za ramię. - Musi ist­nieć inny spo­sób.

Szeth zatrzy­mał się i pozwo­lił, by Kala­din go chwy­cił - a wtedy męż­czy­zna poczuł się głu­pio, bo od razu go puścił.

- Nie pytam, czy jest inny spo­sób - stwier­dził Szeth. - Robię to, co jest wyma­gane.

Zdjął torbę z mie­czami i podał ją Kala­di­nowi, a póź­niej przy­wo­łał swoje Ostrze i wkro­czył do klasz­toru.

Kala­din pod­szedł do wej­ścia, by go obser­wo­wać, ale Nin zła­pał go za ramię.

- On musi wypeł­nić piel­grzymkę bez two­jej pomocy, Wia­trowy - powie­dział Herold. - Nie wtrą­caj się.

Wnę­trze klasz­toru było ciem­niej­sze niż inne. Oświe­tle­nie zapew­niał jedy­nie świe­tlik w dachu wiel­kiej sali, wyso­kiej na trzy kon­dy­gna­cje. Kolumna sło­necz­nego bla­sku padała na grupę trzy­dzie­stu kobiet sto­ją­cych w sze­re­gach - a każda z nich miała tę samą twarz.

Szeth zatrzy­mał się z Ostrzem Odpry­sku w ręku. Cze­kał.

- Mech-syn-Kowala?! - zawo­łał. - Ja... nie będę z tobą wal­czył, jeśli nie muszę.

- W takim razie nie powi­nie­neś tu wcho­dzić. - Głos Mchu odbi­jał się echem z głębi sali. - Myśla­łem, że już ni­gdy cię nie zoba­czę, Szeth. Tęsk­nię za sta­rymi cza­sami.

Szeth z waha­niem zro­bił krok do przodu. Te rzędy ludzi nosiły takie same kolo­rowe suk­nie. Wyglą­dały jak...

Jak Herold, pomy­ślał. Shush-córka-Boga, Tkaczka Świa­tła.

Tak. Poznał ją w rze­czy­wi­sto­ści, a to był jej przy­bli­żony obraz. To nie było trzy­dzie­ści kobiet, lecz trzy­dzie­ści ilu­zji patronki klasz­toru.

Trzy­ma­jąc się skraju sali, gdzie było ciem­niej, Szeth skra­dał się, pod­cho­dząc bli­żej. Każda z ilu­zji wyglą­dała iden­tycz­nie. Wszyst­kie stały nie­ru­chomo i patrzyły na niego.

- Pokaż się, Mech - powie­dział Szeth.

- Zro­bi­łem to. - Głos męż­czy­zny docho­dził z sze­re­gów ilu­zo­rycz­nych kobiet.

Szeth obser­wo­wał twa­rze tych sto­ją­cych naj­bli­żej i one nie mówiły. Ale... uzdol­niony Tkacz Świa­tła potra­fił znie­kształ­cać i zagi­nać powie­trze, by stwo­rzyć dźwięk.

- Ukry­wam się przed tobą, w tym świe­tle, jako jedna z wer­sji Shush.

- Nie możemy po pro­stu się poje­dyn­ko­wać?

- Poje­dyn­ko­wać? - powtó­rzył Mech ze śmie­chem. - Myślisz, że miał­bym jakie­kol­wiek szanse, Szeth?

Szeth wciąż szedł wokół kręgu świa­tła.

- Wiesz, że nie kła­dziemy dużego naci­sku na walkę - mówił dalej Mech.

To była prawda. Cza­sami Tka­cza Świa­tła wybie­rano przez współ­za­wod­nic­two ilu­zji - choć jeśli któ­ryś był tak uparty jak poprzed­nik Mchu, walka na mie­cze sta­wała się koniecz­no­ścią. Nio­są­cego Honor Kowala Więzi rów­nież wybie­rano nie­ty­powo, w gło­so­wa­niu.

- Czyli zamiast poje­dynku jest gra?! - zawo­łał Szeth. - Jedna z two­ich śmiesz­nych zga­dy­wa­nek?

- Moja rola koń­czy się, kiedy wybie­rzesz jedną z moich postaci, by ją zabić - powie­dział Mech. - Nie­mal wszyst­kie ze sto­ją­cych przed tobą ilu­zji są nie­do­sko­nałe. Jedna jest mną, ukry­tym pod twa­rzą, która za to jest dosko­nała. Dwa­dzie­ścia dzie­więć ze sto­ją­cych tutaj jest nie­szko­dli­wych, jedna ze sto­ją­cych tutaj jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczna. Nie możesz doty­kać ilu­zji, a one nie odpo­wie­dzą na twoje pyta­nia. Aby zwy­cię­żyć w tej pró­bie, musisz wybrać wer­sję mnie, prze­bić jej oko Ostrzem i zabić mnie. Następ­nie musisz uciec z mojego klasz­toru z moim Ostrzem. Jeśli zaata­ku­jesz nie­wła­ściwą ilu­zję, prze­grasz. Jeśli dotkniesz ich w jaki­kol­wiek spo­sób, prze­grasz. Jeśli zawie­dziesz, twoja piel­grzymka się skoń­czy i zosta­niesz uznany za nie­god­nego wyso­kiej pozy­cji, do któ­rej dążysz. Jeśli uda ci się zdo­być moje Ostrze, będziesz godny. To twoja praw­dziwa próba, Szeth-synu-Neturo. Odzy­wam się do cie­bie po raz ostatni. Wybie­raj ostroż­nie.

Szeth wes­tchnął i na razie ode­słał Ostrze Odpry­sku. Ufał swoim umie­jęt­no­ściom walki Ostrzem prze­ciwko każ­demu poza Herol­dem, ale umy­słowi? On... mu nie ufał. Nie z tymi gło­sami w kątach.

I tak musiał dać z sie­bie wszystko. Bo tego od niego wyma­gano, a on robił to, czego od niego wyma­gano.

* * *

Venli szła przo­dem przez roz­pa­dliny Strza­ska­nych Rów­nin i pro­wa­dziła dwa­dzie­ścioro ze swo­ich roda­ków - i kilka prze­past­nych bestii idą­cych dalej za nimi - w stronę ukry­tej pie­śni, którą dopiero zaczy­nała sły­szeć.

Weszli do roz­pa­dlin od wschodu, spo­so­bem, jakiego nie wyko­rzy­sty­wała ni­gdy wcze­śniej. W prze­szło­ści, w dzie­ciń­stwie, zawsze dosta­wała się do roz­pa­dlin, wska­ku­jąc do nich z góry lub scho­dząc po ścia­nie - zazwy­czaj podą­żała wtedy za Esho­nai z jakąś dzie­cinną misją. Wspo­mi­nała te dni z uśmie­chem. Zanim zaczęła zazdro­ścić sio­strze, zanim zna­la­zła się w potrza­sku, zmu­szona zapa­mię­ty­wać pie­śni, pod­czas gdy jej sio­stra mar­no­wała czas.

Dostro­iła się do Pokoju. Nie tak powinna o tym myśleć, prawda?

Venli zatrzy­mała się na roz­ga­łę­zie­niu, by spoj­rzeć na roda­ków, któ­rzy podą­żali za nią. W gru­pie było kil­koro z jej towa­rzy­szy z Uri­thiru, któ­rzy ode­szli razem z nią - Dul, Mazish i Shu­min. Była rów­nież więk­sza grupa pier­wot­nych słu­cha­czy, a na końcu Leshwi i jej Istoty z Nie­bios. Roz­pa­dliną pły­nął spo­kojny stru­mień, który przez więk­szość czasu dawało się omi­nąć, idąc wzdłuż ściany. W miarę zbli­ża­nia się do burzy nurt naj­pew­niej przy­śpie­szy, ale Venli miała nadzieję, ze nie zostaną zmu­szeni do wyj­ścia z roz­pa­dlin. Wieczna Burza nie zrzu­cała tyle desz­czu, co zwy­kle arcy­bu­rze.

Obró­ciła się i prze­szła przez stado życio­spre­nów, mija­jąc kamień w kształ­cie gałęzi drzewa. Samotny patyk został odła­many przez wiatr i skoń­czył tutaj - gdzie w swoim cza­sie pokryła go war­stwa kremu. Takie kształty zwy­kle były puste w środku - gdyby na niego nadep­nęła, zmiaż­dży­łaby go, bo pier­wotne drewno zbu­twiało, pozo­sta­wia­jąc tylko tę sko­rupę.

Myśli w podobny spo­sób obra­cały się cza­sem w kamień. We wspo­mnie­niach była "zmu­szona", by sie­dzieć i się uczyć - ale w jakim stop­niu była to prawda? Ćwi­czyła, bo uwiel­biała pie­śni, uwiel­biała się uczyć i uwiel­biała spę­dzać czas z matką. Jej nie­chęć wyni­kała z faktu, że nie czuła się doce­nia­nia, nie z samej pracy.

A sio­stra? Jej sio­stra robiła to, czego ocze­ki­wał ich lud, nawet jeśli sama Venli tego nie dostrze­gała. Pie­lę­gno­wa­nie tego nasie­nia nie­chęci było jak wzię­cie patyka i pokry­cie go kre­mem - jeśli nie będzie ostrożna, prawda zgnije w środku. I zostaną jej puste kłam­stwa.

W zamian przy­wo­łała inne wspo­mnie­nia - pięk­nych wie­czo­rów, kiedy śpie­wała Esho­nai to, czego się nauczyła, obie patrzyły na Strza­skane Rów­niny i śmiały się razem. W duchu dostro­iła się do Pokoju, a póź­niej Podziwu. Znaj­do­wała się we wspa­nia­łym miej­scu. Powinna nacie­szyć się tą roz­pa­dliną i jej peł­nym życia śro­do­wi­skiem.

Gęste, wil­gotne powie­trze koja­rzyło się jej z zapa­chem her­baty, peł­nym pary i woni ziół. Zbo­cza roz­pa­dliny pokry­wały pną­cza, a łup­ko­kora miała setki jaskra­wych odcieni. Po pra­wej widziała żółtą, w kształ­cie wachla­rza, wyra­sta­jącą ze ściany i przy­po­mi­na­jącą książkę, któ­rej kartki ktoś prze­rzu­cał.

U jej stóp krem­liki śmi­gały wśród lasów, które im samym musiały wyda­wać się ogromne, ale dla Venli każdy był jak nie­wielka dio­rama. Taka jak dzieła Kunony, w któ­rych każdy kamy­czek i malutka roślinka miały swoje sta­ran­nie wybrane miej­sce.

Kunonę... zabiły naro­dziny Wiecz­nej Burzy. Venli spoj­rzała na ciemne niebo, widoczne przez szcze­linę na szczy­cie roz­pa­dliny, wysoko na górze. Czer­wone roz­bły­ski odbi­jały się od chmur. Kie­ru­jąc się w głąb, wcho­dzili do jej kró­le­stwa.

Na­dal sły­szała ten rytm docho­dzący z pew­nej odle­gło­ści. Ten, za któ­rym podą­żała. Im bar­dziej się zbli­żali, tym wyraź­niej Venli sły­szała ton - nieco fał­szywy, z cha­otycz­nym ryt­mem. Po jej pra­wej na bul­wia­stym liściu sie­dział fio­le­towy krem­lik. Wyda­wało się, że ją obser­wuje, więc zanu­ciła w jego stronę szczę­śliwy rytm.

Wkrótce Thude pod­szedł do niej, trzy­ma­jąc w ręku klej­not jako źró­dło świa­tła. Jego stopa zmiaż­dżyła z cichym trza­skiem zbu­twiały konar - prąd poniósł kawałki w stronę reszty grupy.

- Venli - ode­zwał się z Nie­po­ko­jem. - Jesteś pewna, że idziemy we wła­ściwą stronę? Tam jest Wieczna Burza.

- Naj­pew­niej zatrzy­mała się w miej­scu. On robił to już wcze­śniej, prze­no­sił burzę tam, gdzie chciał, by się znaj­do­wała, by prze­ra­zić ludzi i ich zdo­mi­no­wać. - Venli się zawa­hała. - Tu trwa bitwa, Thude. Ludzie i pie­śnia­rze wal­czą o Narak. Mówi­łam ci, co wysłał mi Rlain? O umo­wie, którą ludzki król zawarł z Odium, i dziw­nych warun­kach, które pozwolą im zacho­wać to, co zdo­będą przez te dzie­sięć dni?

- Tak wiele prze­la­nej krwi o jałowy obszar pełen poła­ma­nych skał - szep­nął Thude z żałobą w gło­sie. - Ludzie spę­dzili wiele lat, mor­du­jąc tam słu­cha­czy, a teraz inni znów się o niego zabi­jają.

Zanu­ciła ze Stratą i... uświa­do­miła sobie, jakie to smutne, że on stał się tak poważny. To była czę­ściowo jej wina.

Głów­nie jej wina.

- Prze­pra­szam, Thude - szep­nęła. - Za wszystko.

- Cią­gle myślę, że może ona jakimś spo­so­bem prze­żyła, Venli. Że pew­nego dnia Esho­nai znów wej­dzie do naszego obozu. Kiedy ty wró­ci­łaś... myśla­łem... myśla­łem, że to ona. Przez chwilę. Czy to głu­pota z mojej strony?

- Nadzieja nie jest głu­pia... - Skrzy­wiła się. - Tyle że, Thude... widzia­łam trupa Esho­nai. Prze­pra­szam. Powin­nam była o tym wspo­mnieć. Ale wiesz, że Nuta była naj­pierw jej spre­nem.

Spoj­rzał na nią i zanu­cił z Wdzięcz­no­ścią. Chciał, żeby wyja­śniła.

- Po tym, jak moja sio­stra zgi­nęła, zosta­łam wysłana z Demi­dem po jej Odpry­ski. Thude, Odium ona nie obcho­dziła. Była dla niego do wyko­rzy­sta­nia i wyrzu­ce­nia. Myślę, że wtedy zaczę­łam się zmie­niać. Tam­tego dnia, kiedy ją zna­leź­li­śmy, a ja uświa­do­mi­łam sobie, że innych obcho­dziła tylko jej zbroja...

Nuta zanu­ciła w jej wnę­trzu. Uspo­ka­ja­jąco. I dodała coś inte­re­su­ją­cego.

- Thude, Nuta mówi, że Esho­nai nie była jego, kiedy umarła. Wyrwała się - powie­działa Venli.

- Była w burzo­for­mie. Czy to w ogóle moż­liwe?

- Mnie się udało, ale jedy­nie z pomocą Nuty. Nuta mówi... Esho­nai też to zro­biła. Wyrzu­ciła go z umy­słu i była sobą, kiedy umarła. Możemy z nim wal­czyć.

Za sze­re­giem słu­cha­czy widziała jeden z więk­szych cieni poru­sza­ją­cych się w roz­pa­dli­nach. Nale­gały, by im towa­rzy­szyć. Pięć prze­past­nych bestii, wśród nich ta, którą wszy­scy nazy­wali Chmurą Burzową, ich przy­wódca. Lub też to on jako pierw­szy posta­no­wił z nimi nie wal­czyć - a kiedy naj­więk­szy i naj­bar­dziej nie­bez­pieczny z nich wszyst­kich uznał, że małe stwo­rzonka na Strza­ska­nych Rów­ni­nach go poko­nały, pozo­stali poszli za jego przy­kła­dem.

- Może uda nam się coś zro­bić z walką, która trwa przed nami, Thude - powie­działa Venli. - Może powin­ni­śmy do niej dołą­czyć, jak zasu­ge­ro­wa­łam wcze­śniej.

- Nie.

Unio­sła klej­not, by oświe­tlić jego twarz.

- Venli, nie będziemy wal­czyć. Posta­no­wi­łem znów ci zaufać, ale nie jesteś naszą przy­wód­czy­nią. Jest nas zale­d­wie tysiąc doro­słych. Prze­past­nych bestii znacz­nie mniej. Nie wię­cej niż sto osob­ni­ków? Mam wra­że­nie, że ich liczba szybko maleje. Jeśli zbyt wiele z nich zgi­nie, będą miały pro­blemy z roz­mna­ża­niem. Nie zaan­ga­żu­jemy się w tę walkę.

- Nasza liczeb­ność to moja wina. Gdy­bym nie...

- Venli, sam nie wie­rzę, że to mówię, ale... daj spo­kój. Wszy­scy żału­jemy tego, co się wyda­rzyło. Ale... zły bóg był zde­cy­do­wany nas znisz­czyć. Pró­buję nie czuć do cie­bie nie­na­wi­ści. Obojgu nam pomoże, jeśli będziemy żyć dalej.

Wes­tchnęła, ale on miał rację - zarówno jeśli cho­dziło o nią, jak i o powstrzy­ma­nie się od walki. Wąt­piła, by w ogóle jej towa­rzy­szyli, gdyby spreny się nie ode­zwały, a prze­pastne bestie nie potwier­dziły ist­nie­nia tego dziw­nego tonu.

- Żad­nej walki - powie­działa do Thude'a. - Cie­szę się że przy­sze­dłeś z Piątką. Jaką­kol­wiek decy­zję podej­miemy, będzie oczy­wi­ście nale­żała do was.

Zanu­cił z Deter­mi­na­cją. Zosta­wili Jaxlim, bo ona i Venli - jako powier­niczki pie­śni - nie mogły jed­no­cze­śnie ryzy­ko­wać. Ale przy­szła cała Piątka, choć wcze­śniej mia­no­wali innych na swoje miej­sce, gdyby nie wró­cili. Venli nie mogła nie wspo­mi­nać, że zro­bili to samo, kiedy po raz pierw­szy udali się w odwie­dziny do ludzi. W cza­sie tej brze­mien­nej w skutki wyprawy zabili Gavi­lara i wznie­cili cały ten chaos.

Dostro­iła się do Pokoju i znów ruszyła w drogę z nadzieją, że nie bie­gnie w stronę podob­nego kata­kli­zmu. Dotar­cie do cen­trum miało wciąż zająć sporo czasu, bo musieli w tajem­nicy masze­ro­wać przez te wijące się roz­pa­dliny - ale wyj­ście na pła­sko­wyże na górze byłoby samo­bój­stwem ze względu na patrole Istot z Nie­bios i Wia­tro­wych.

Bez­pieczni byli tylko na dole, wśród ciem­no­ści i wiją­cych się roślin. Skra­da­jąc się niczym krem­liki poru­sza­jące się wśród poszy­cia.

71. Założenia

71

Zało­że­nia

Moim celem nie jest stwo­rze­nie nowej reli­gii ani dopro­wa­dze­nie do podzia­łów wśród vori­ni­zmu. Jestem jed­nak prze­ko­nany, że w naj­mrocz­niej­szych chwi­lach mojego życia coś mi towa­rzy­szyło, i nie była to istota, którą zwiemy Wszech­moc­nym. On nie żyje. A nawet gdyby żył, uwa­żał­bym jego dzia­ła­nia za coraz bar­dziej podej­rzane.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Szeth zakoń­czył okrą­ża­nie kręgu jasno­ści w klasz­to­rze Tka­czy Świa­tła. Pro­mie­nie słońca padały z góry na te trzy­dzie­ści ilu­zo­rycz­nych syl­we­tek. Jak mógł wybrać wła­ściwą? Przy­glą­da­jąc się uważ­nie, dostrze­gał drobne róż­nice mię­dzy posta­ciami - prze­dzia­łek w innym miej­scu, oczy w innych odcie­niach, szarfy na suk­niach zwią­zane w inny spo­sób.

Przy­glą­dał się każ­dej i czuł, że pot spływa mu po twa­rzy. Nie umiał oce­nić, która jest "dosko­nała", a które nie. Na burze... jak mógłby poko­nać Tka­cza Świa­tła w jego wła­snych sztucz­kach? Doszedł do jed­nego wnio­sku. Powi­nien zadać przy­pad­kowy cios i zaufać prze­zna­cze­niu. Przy­wo­łał Ostrze i wie­dział, że mu się nie uda.

- Hmmm... - szep­nął mu do ucha kobiecy głos.

Spoj­rzał w bok, ale niczego nie zoba­czył.

- Tak - szep­nęła Syl. - Pod­stępni Tka­cze Świa­tła z ich pod­stęp­nymi sztucz­kami. Cóż, jeśli twój spren nie zamie­rza pomóc, ja to zro­bię.

- Ty... nie powin­naś tu prze­by­wać - odszep­nął Szeth.

- Nale powie­dział, że Kala­din nie może ci pomóc, ale ani sło­wem nie wspo­mniał o mnie. Jestem bogiem, prawda? Jego frag­men­tem?

- Oczy­wi­ście.

- Czy nie modlisz się do bogów, pro­sząc ich o pomoc?

- Tak.

- No to...

Myślał przez krótką chwilę.

- Pomo­żesz mi? Pro­szę.

- Z przy­jem­no­ścią - odszep­nęła. - Mów cicho i nie wypo­wia­daj mojego imie­nia, a oni niech założą, że roz­ma­wiasz ze swoim spre­nem.

- Ale ty prze­strze­gaj zasad. Nie doty­kaj ich.

- Dobrze, dobrze. Przejdźmy wzdłuż tego rzędu. Hmmm... One się od sie­bie róż­nią. Odro­binę.

- Musimy zna­leźć tę, która jest dosko­nała. Ale skąd wiemy, która jest "dosko­na­łym" przed­sta­wie­niem Herolda? Połowa ma zie­lone oczy, a połowa fio­le­towe.

- Dokład­nie pół na pół?

Zasta­no­wił się i poli­czył.

- Szes­na­ście fio­le­to­wych. Czter­na­ście zie­lo­nych.

- To się wydaje celowe. Czy możemy coś z tego wywnio­sko­wać? Szybko, policz, ile ma włosy z prze­dział­kiem po pra­wej, a ile po lewej.

Zro­bił to. Znów szes­na­ście i czter­na­ście. Tak samo z wią­za­niami szarfy - szes­na­ście eks­tra­wa­ganc­kich, czter­na­ście pro­stych.

- Więc czy myślimy, że "wła­ściwa" Ash ma bar­dziej pospo­litą cechę czy mniej pospo­litą? - ode­zwała się Syl.

- Dosko­na­łość jest rzadka, więc mniej pospo­litą?

Nie podo­bało mu się zga­dy­wa­nie, kiedy cho­dziło o coś tak waż­nego... ale prze­cież jesz­cze przed chwilą był gotów zadać przy­pad­kowy cios. Pomoc Syl zła­go­dziła jego napię­cie i odkrył, że jest za to ogrom­nie wdzięczny. Omó­wili to razem i poprzez pro­ces eli­mi­na­cji zna­leźli jedną wer­sję Shush, która miała wszyst­kie z rzad­szych cech. Zie­lone oczy, prze­dzia­łek po lewej, pro­ste wią­za­nie, pier­ścień na palcu... i tak dalej przez różne atry­buty.

Zatrzy­mali się przed nią, trze­cią od lewej w tyl­nym rzę­dzie. Szeth przy­go­to­wał miecz.

- Czy to... nie wydaje ci się za łatwe? - szep­nęła mu do ucha Syl.

- Ow­szem.

- Znasz osobę, która to przy­go­to­wała?

- Tak.

- Jaka ona jest?

- Aż za bystra. I prze­ko­nana o swoim spry­cie. Jak więk­szość Tka­czy Świa­tła, któ­rych pozna­łem.

Syl zasta­na­wiała się przez chwilę.

- Tak, nie ma szans, żeby­śmy roz­wią­zali tę łami­główkę tak łatwo. Odda­ła­bym lewe ucho... ni­gdy go nie lubi­łam... że mie­li­śmy wybrać tę ilu­zję. Nie dla­tego, że jest wła­ściwa, ale dla­tego, że to naj­bar­dziej oczy­wi­sty wybór.

- To co robimy? - szep­nął Szeth.

- Musimy zejść poziom niżej. Musimy odrzu­cić oczy­wi­ste moż­li­wo­ści.

- To skąd będziemy wie­dzieć? - Szeth pod­szedł do końca rzędu i spoj­rzał wzdłuż sze­regu nie­mal iden­tycz­nych wer­sji pół­bo­gini. - Mech jest bystrzej­szy ode mnie. Na pewno roz­wa­żył każdą moż­li­wość.

- Myślę...

- Na twa­rzach mają nie­duże zna­miona. - Szeth ruszył wzdłuż sze­regu. - Może znaj­dziemy taką, która nie ma tej skazy? Tyle że to też wydaje mi się zbyt oczy­wi­ste.

- Aha. I do tego nie­pre­cy­zyjne. Czemu zna­mię mia­łoby uczy­nić kogoś mniej dosko­na­łym? To kolejny spo­sób, byśmy zało­żyli, że zła­ma­li­śmy szyfr, i prze­grali. Tak sądzę.

Jej nie­pew­ność odzwier­cie­dlała jego wła­sną. Nie­za­leż­nie od tego, jakie roz­wią­za­nie roz­wa­żał... wyda­wało się liche, powierz­chowne. Zna­le­zie­nie tej jed­nej Shush, która nie stała ide­al­nie równo z pozo­sta­łymi? Tej jed­nej, która trzy­mała głowę pro­sto, gdy inne lekko ją prze­chy­lały? Każde mogło być roz­wią­za­niem, ale w jaki spo­sób były przez to mniej dosko­nałe?

Zna­jąc Mcha...

- On chciałby zwy­cię­żyć nie­za­leż­nie od tego, jaką decy­zję podejmę - stwier­dził Szeth. - To ten rodzaj łami­główki, prawda? Taki, w któ­rym on nie może prze­grać, nie­za­leż­nie od tego, co wybiorę ja.

- Aaaach... Nie­mal na pewno masz rację, Szeth. Co dokład­nie powie­dział na początku?

- Powie­dział, że nie­mal wszyst­kie ilu­zje są w jakiś spo­sób nie­do­sko­nałe. Ale jedna jest nim, ukry­tym pod twa­rzą, która za to jest dosko­nała. - Zawa­hał się. - Powie­dział też, że znaj­duje się w kręgu świa­tła, więc nie ukrywa się ni­gdzie indziej w pomiesz­cze­niu.

- Tak. Nie skła­małby, bo to byłoby oszu­ki­wa­nie. To żadna zagadka, jeśli nie masz szans na zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi. Hmm... zaraz. Wznieś się nad nie, Szeth. Zobaczmy, czy two­rzą inte­re­su­jący wzór.

Przy­wią­zał się w powie­trzu, pod świe­tli­kiem. Rzu­ca­jąc cień na te poni­żej. On i Syl przy­glą­dali się usta­wie­niu pię­ciu rzę­dów po sześć.

- Niczego nie widzę - stwier­dził Szeth.

- Ćwi­czy­łeś z tym Tka­czem Świa­tła, prawda? Czy wasze szko­le­nie daje ci jakieś wska­zówki?

- To było dawno temu. I ni­gdy nie byłem w tym dobry. - Jed­nak do Mchu dosko­nale paso­wa­łoby nawią­za­nie do jakie­goś mało zna­czą­cego ele­mentu szko­le­nia, po tylu latach. Po zasta­no­wie­niu powie­dział: - Uczono mnie, że jed­nym z moty­wów Tka­nia Świa­tła jest pod­stęp. Nie cho­dzi o dosko­na­łość, bo żadna ilu­zja nie może być dosko­nała. Obaj zga­dza­li­śmy się w tej kwe­stii. Czyli wszyst­kie te ilu­zje są nie­do­sko­nałe, ze swej natury.

- Ale stwier­dził, że jest jedną z tych postaci.

- Cóż, powie­dział, że ukrywa się pod jedną z wer­sji Shush. "Jedna jest mną, ukry­tym pod twa­rzą, która za to jest dosko­nała...".

Spoj­rzał z wysoka i dostrzegł to. Podob­nie jak w innych klasz­to­rach, na pod­ło­dze znaj­do­wała się stara mozaika przed­sta­wia­jąca Herolda. Tutaj była to twarz Shush. W kamie­niu. Który jest dosko­nały.

- Na burze - powie­działa Syl. - Pod­łoga!

Szeth nie potrze­bo­wał dal­szych dowo­dów. Przy­wo­łał Ostrze, opadł na zie­mię i prze­bił płytki pod­łogi, dokład­nie w miej­scu oka.

- Szeth! - szep­nęła mu do ucha Syl. - To było impul­sywne!

- Zoba­czy­łaś to w tej samej chwili, co ja.

Patrzył, jak Tka­nie Świa­tła na posta­ciach roz­pada się, uka­zu­jąc grupę wyczer­pa­nych, zaspa­nych i nieco oszo­ło­mio­nych ako­li­tów.

Ako­lici? - pomy­ślał Szeth. Wyko­rzy­stał ludzi pod twa­rzami Shush? Dla­czego? To wyda­wało się wyjąt­kowo bru­talne. Gdyby Szeth prze­bił jedną z nich, zabiłby czło­wieka.

- Mogli­śmy to prze­dys­ku­to­wać czy coś. - Syl wciąż pozo­sta­wała nie­wi­dzialna, kiedy szep­tała mu do ucha.

- I dać mu czas, by się zorien­to­wał, że się domy­śli­li­śmy?

Szeth spoj­rzał z góry na pod­łogę - którą roz­ciął, uka­zu­jąc zagłę­bie­nie w kamie­niu pod mozaiką. Wewnątrz leżało ubra­nie Mcha - kiedy został prze­bity, podob­nie jak pozo­stali wypa­ro­wał w chmu­rze ciem­no­ści, pozo­sta­wia­jąc Ostrze. Szeth roz­ciął kamień na tyle, by je wydo­być - Ostrze z falu­ją­cymi wzo­rami wzdłuż tylca i okrą­głym otwo­rem w gło­wicy.

- Na­dal sądzę, że to było nieco lek­ko­myślne - stwier­dziła Syl.

Szeth uniósł miecz.

- Cza­sami trzeba po pro­stu pod­jąć decy­zję.

Kiedy Kala­din i Nin pode­szli, uświa­do­mił sobie, że te słowa były abso­lut­nie praw­dziwe.

* * *

Jasnah zna­la­zła spo­kój do namy­słu w zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nym miej­scu. W świą­tyni.

Kiedy wuj Dali­nar odwie­dził to mia­sto, wyko­rzy­stał swoje moce, by przy­wró­cić sta­ro­żytną świą­ty­nię do daw­nego stanu. Jasnah wciąż nie rozu­miała, jak mu się to udało - moce Kowali Więzi zacho­wy­wały się tak dzi­wacz­nie. Oczy­wi­ście każdy zakon Świe­tli­stych wyko­rzy­sty­wał Moce w swój cha­rak­te­ry­styczny spo­sób, ale Kowale Więzi dzia­łali na zupeł­nie innym pozio­mie.

Odno­wiona świą­ty­nia Tale­ne­lata była teraz uzna­wana za miej­sce święt­sze od innych w Thay­len i prze­zna­czona wyłącz­nie dla Świe­tli­stych. Ponie­waż jej kom­naty w mie­ście - na jej wła­sną prośbę - znaj­do­wały się w pobliżu kwa­ter innych gene­ra­łów... cóż, jeśli potrze­bo­wała ciszy, to było dosko­nałe miej­sce. Nikt nie będzie jej prze­szka­dzał w tej peł­nej powagi okrą­głej sali, ozdo­bio­nej fre­skami i kamien­nymi gli­fami strze­gą­cymi i wysła­wia­ją­cymi Wszech­moc­nego.

Jasnah roz­ło­żyła się na tyłach, mię­dzy dwiema kolum­nami i w pobliżu pła­sko­rzeźby przed­sta­wia­ją­cej Talna, Nio­są­cego Cier­pie­nia. Cał­kiem dobrze oddali jego rysy. Znaj­do­wały się tam stół chi­rur­giczny i krze­sła, bo kiedy w mie­ście poja­wił się Tan­cerz Kra­wę­dzi albo Widzący Prawdę, pomiesz­cze­nie wyko­rzy­sty­wano do uzdra­wia­nia.

Poło­żyła notat­niki i doku­menty na stole, ale nie usia­dła. Miała wra­że­nie, że prze­cho­dzi ją prąd elek­tryczny - taki, który można było wytwo­rzyć w tym sta­rym eks­pe­ry­men­cie ze szma­tami nasą­czo­nymi solanką i róż­nymi meta­lami. Uwię­ziona bły­ska­wica. W cza­sie spo­tka­nia uczo­nych, które odwie­dziła w mło­do­ści, widziała, jak pewna badaczka wyko­rzy­stuje ten pro­ces, by wzbu­dzić drga­nia mię­śni mar­twego krem­lika.

Jasnah krą­żyła wokół stołu, a jej umysł wrzał. Odium wie­dział, że tego mia­sta nie da się zdo­być bez ogrom­nych strat. W rze­czy samej, nawet gdyby poniósł ogromne straty, i tak naj­pew­niej by tu prze­grał. Thay­len wła­ści­wie nie było warto ata­ko­wać. Jed­nak przy­by­wał tu w wiel­kiej licz­bie i dawał sobie tylko parę dni na zdo­by­cie mia­sta.

Czego nie dostrze­gała?

Czego wszy­scy nie dostrze­gali?

Kość Sło­niowa urósł i trzy­ma­jąc dłoń na ręko­je­ści mie­cza poje­dyn­ko­wego, obser­wo­wał ją z wyraź­nym roz­ba­wie­niem. Stał oparty o ścianę przy drzwiach - syl­wetka z czar­nego jak atra­ment mar­muru, opa­li­zu­jąca jak olej na wodzie, kiedy pro­mie­nie świa­tła padły na nią w odpo­wiedni spo­sób.

Dawał jej prze­strzeń i ciszę, by mogła się zasta­no­wić. Nie­stety, gdy zna­la­zła się tutaj... odpo­wie­dzi na­dal jej umy­kały. Zano­to­wała logiczne pyta­nia do zasta­no­wie­nia, zgod­nie z jej for­mal­nym wyszko­le­niem, i przy­cią­gnęła stado logi­ko­spre­nów jak malut­kie chmury burzowe.

Każdy pomysł pro­wa­dził do odpo­wie­dzi, które wyda­wały się nie­wła­ściwe. Teo­ria rdze­nia emo­cjo­nal­nego kazała jej roz­wa­żyć, co kie­ruje uczest­ni­kami. Jakie uczu­cia mogą spra­wiać, że zacho­wują się w taki spo­sób? Czy ist­niał nie­uchwytny, emo­cjo­nalny powód, dla któ­rego Odium pra­gnął zdo­być to mia­sto? Może wciąż bolało go, że nie udało mu się zdo­być go przed rokiem, więc przy­by­wał, by się zemścić.

Jed­nak to był nowy Odium - i choć moc mogła chcieć zemsty, któż wie­dział, czego pra­gnęło nowe Naczy­nie? Poru­szała się po nie­pew­nym grun­cie, zakła­da­jąc, że zro­zu­mie jego moty­wa­cję. Poza tym ni­gdy nie lubiła zakła­dać, że jej wro­go­wie popeł­niają błąd. Tak, dostrze­że­nie i wyko­rzy­sta­nie potknięć było ważne, ale nie­do­ce­nia­nie wro­gów to paskudne przy­zwy­cza­je­nie pro­wa­dzące do jesz­cze paskud­niej­szych nie­spo­dzia­nek. Jeśli się zakła­dało, że wro­go­wie podej­mo­wali wła­ściwe decy­zje - i szu­kało się spo­sobu, by na nie odpo­wie­dzieć - czę­sto docho­dziło się do waż­nych wnio­sków.

Po zało­że­niu, że wróg jest kom­pe­tentny, co było jej kolej­nym kro­kiem? Może teo­ria for­ma­li­zmu - roz­pi­sać prze­słanki i spró­bo­wać wywnio­sko­wać na ich pod­sta­wie kolejne logiczne posu­nię­cie. To jed­nak wyda­wało jej się zbyt podobne do tego, co robili z gene­ra­łami - oni umieli przy­go­to­wać się na każdą ewen­tu­al­ność lepiej od niej. Ona musiała odkryć to, czego oni nie dostrze­gali.

To dopro­wa­dziło ją do teo­rii eko­no­micz­nej, która uczyła, że należy podą­żać za bodź­cami. Czy atak tutaj mógł przy­nieść nie­ma­te­rialne korzy­ści? Na burze. Czy Odium po pro­stu odcią­gał ich siły? Skła­niał ich, by prze­su­nęli ogra­ni­czone zasoby z miejsc, w któ­rych mogli prze­grać, i sku­pili je na bitwie, którą i tak naj­praw­do­po­dob­niej wygrają?

Wyda­wało się, że to uży­teczna hipo­teza. Usia­dła i roz­wa­żyła ją, robiąc notatki, a wokół jej głowy krą­żyły logi­ko­spreny. Fen była jedną z ich dwóch naj­sil­niej­szych sojusz­ni­ków. Była rów­nież gło­śna i aro­gancka i zażą­dała pomocy dla mia­sta, które już prze­szło tak wiele. Koali­cja była bar­dziej skłonna poświę­cić środki na obronę Thay­len, by nie trzeba go było odbu­do­wy­wać po raz drugi. Tak... to wszystko mogło ich skło­nić, by prze­zna­czyli zbyt wiele środ­ków na obronę tego mia­sta.

Czy ten atak mógł być tak naprawdę spo­so­bem, by się upew­nić, że dwa pozo­stałe punkty - Azi­mir i Strza­skane Rów­niny - nie dostaną wspar­cia? I tu dostrze­gła pro­blem ze swoim zało­że­niem. Jeśli celem było jedy­nie odcią­gnię­cie sił od innych bitew, to po co odcią­gać w ten sam spo­sób wła­sne siły?

Może to były oddziały, któ­rych nie można by wyko­rzy­stać w innych miej­scach? Nie... te siły mogłyby popły­nąć przez Cie­nio­mo­rze do Azi­miru, prawda? Może bra­ko­wało mandr do pocią­gnię­cia stat­ków na taką odle­głość w tym ogra­ni­czo­nym cza­sie? A co ze Strza­ska­nymi Rów­ni­nami? Czy wro­go­wie mogliby dostar­czyć te oddziały na pole bitwy na czas, wyko­rzy­stu­jąc pomoc Wiecz­nej Burzy?

Zro­biła odpo­wied­nie obli­cze­nia i poczuła, że jest na tro­pie. Ale po godzi­nie roz­my­śla­nia, patrze­nia na liczby i zapi­sy­wa­nia prze­my­śleń... doszła do ściany.

- Kości Sło­niowa, odwróć moją uwagę - popro­siła.

Był do tego przy­zwy­cza­jony.

- Świą­ty­nia - powie­dział ze swo­jego miej­sca przy wej­ściu. - Przy­cho­dzisz do świą­tyni, żeby pomy­śleć?

- Jest cicha. I piękna.

- Po tych wszyst­kich latach wciąż nie rozu­miem osoby, którą jesteś, Jasnah. Czy to miej­sce nie powinno wzbu­dzać two­jej zło­ści? Zaprze­czasz bosko­ści leżą­cej u pod­staw tej reli­gii. Zaprze­czasz wie­rze ludzi, któ­rzy ją wybu­do­wali.

- To drobne zastrze­że­nie, ale nie zaprze­czam, że ludzie, któ­rzy to wybu­do­wali, wie­rzyli. Nie zaprze­czam też, że wiara ma moc, by inspi­ro­wać.

- Ale ty prze­ciw­sta­wiasz się ich bogu.

- Więk­sze zastrze­że­nie. Nie prze­ciw­sta­wiam się ich bogu, bo ich bóg, jak go sobie wyobra­żają, wszech­mocny i wszech­wie­dzący, nie ist­nieje. Nie mogę się temu prze­ciw­sta­wiać, nie bar­dziej niż wyobra­żo­nemu przy­ja­cie­lowi z dzie­ciń­stwa... nie można spie­rać się i wal­czyć z czymś, co nie ist­nieje, ani się temu prze­ciw­sta­wiać. Prze­ciw­sta­wiam się zało­że­niom, które robią ludzie. Bo jeśli zaczyna się od błęd­nych zało­żeń...

A niech to Potę­pie­nie. Błędne zało­że­nia.

Zapo­mniała o pod­sta­wo­wej zasa­dzie każ­dej logicz­nej ana­lizy - roz­waż swoje zało­że­nia. Jakie były jej? Unio­sła palec, by powstrzy­mać Kość Sło­niową, który - ponow­nie - był do tego przy­zwy­cza­jony.

Zało­że­nie pierw­sze: Odium naprawdę chciał zdo­być to mia­sto. Wyda­wało się to roz­sądne, na pod­sta­wie tego, co wie­dzieli.

Zało­że­nie dru­gie: mia­sto było dobrze bro­nione. Wyda­wało się solidne... przy­naj­mniej ufała admi­ra­łom i gene­ra­łom.

Co jesz­cze? Co prze­ga­piła?

Ude­rzyło w nią jak bły­ska­wica.

"Zało­że­nie trze­cie" zapi­sała. "W tę stronę naprawdę kie­rują się burzowe woj­ska".

Zalał ją zimny pot, kiedy dostrze­gła ich błąd. Statki kie­ru­jące się w tę stronę nie ozna­czały żoł­nie­rzy. Nawet jeśli zwia­dowcy wspo­mi­nali o pie­śnia­rzach stło­czo­nych na pokła­dach, co suge­ro­wało, że pod pokła­dem jest ich o wiele wię­cej... To nie zna­czyło, że w ich stronę kie­ro­wali się żoł­nie­rze. Fen była wstrzą­śnięta, że wro­gowi udało się zgro­ma­dzić armię do zaata­ko­wa­nia jej mia­sta. A jeśli wcale się nie udało? Jeśli miał okręty - mary­narkę Vede­naru i ukra­dzione statki z samego Thay­len - i kogoś, kogo mógł prze­brać w odpo­wied­nie kostiumy... ale nie miał żoł­nie­rzy? Co zro­biłby w tej sytu­acji?

Posłałby flotę w tę stronę. Powoli. By jego wro­go­wie się oko­pali, prze­kie­ro­wali środki... i cze­kali na armię, która tak naprawdę wcale się nie zbli­żała.

Wstała, oczy miała sze­roko otwarte.

- Masz to - powie­dział Kość Sło­niowa. - Odpo­wiedź jest?

- Hipo­teza jest. Nasi zwia­dowcy Wia­trowi muszą zro­bić coś poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nego, ale poten­cjal­nie i nie­zmier­nie waż­nego. - Pod­nio­sła wzrok. - Muszą się bar­dzo, ale to bar­dzo zbli­żyć do tych okrę­tów.

72. Statystycznie niebezpieczna

72

Sta­ty­stycz­nie nie­bez­pieczna

Jestem świa­domy, że w pew­nym sen­sie to absur­dalne. Ja, który gło­szę, że bóg jest mar­twy, jed­no­cze­śnie odrzu­cam ideę, że żaden Bóg nie ist­nieje. A jed­nak sama moja istota - dusza, umysł, ciało - sprze­ci­wia się idei, że nic się nie przej­muje. Coś takiego musi ist­nieć.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Kiedy Szeth zabrał tro­chę klej­no­tów z zapa­sów klasz­toru, Syl­ph­rena znów poja­wiła się obok Kala­dina - wiel­ko­ści czło­wieka, bo wyda­wało jej się to wła­ściwe. Przyj­rzała się zgro­ma­dzo­nym ako­li­tom, któ­rych wcze­śniej przy­kry­wały ilu­zje. Ludzie. Mech wyko­rzy­stał praw­dzi­wych ludzi w swo­jej pró­bie. Jakże nie­po­trzeb­nie okrutne to było. Ilu­zje nie potrze­bo­wały osoby, by się jej trzy­mać - Shal­lan cią­gle two­rzyła takie, które ist­niały samo­dziel­nie.

Szeth wró­cił z napeł­nio­nymi klej­no­tami, a wtedy Syl popły­nęła z nim i Kala­di­nem do wej­ścia do klasz­toru. Nale posłał jej spoj­rze­nie. Spio­ru­no­wał ją wzro­kiem? Nie marsz­czył czoła. Czy można pio­ru­no­wać wzro­kiem bez marsz­cze­nia czoła? Może powinna spy­tać jakie­goś zło­ścio­sprena.

Uśmiech­nęła się do Nale'a. Słodko, bo odro­bina sło­dy­czy czy­niła zasad­ni­czo każdą sytu­ację lep­szą. Szcze­gól­nie takie, w któ­rych spra­wiała, że ktoś się iry­to­wał.

Szeth zatrzy­mał się na kamien­nym ganku pod klasz­to­rem i przy­glą­dał się swo­jemu nowemu Ostrzu Honoru. Za jego ple­cami biedni ako­lici zaczęli wycho­dzić nie­pew­nym kro­kiem i ści­skać się nawza­jem, uwol­nieni z ciem­no­ści. Kala­din kuc­nął obok Sze­tha, roz­wią­zał ich coraz bar­dziej nie­zgrabny węze­łek z mie­czami i wsu­nął ten nowy do środka - a Krew Nocy popro­sił go cicho, by na czas podróży stał się tępy.

- Jestem pod wra­że­niem - powie­dział Kala­din do Sze­tha. - Jak roz­wią­za­łeś tę zagadkę?

- Mia­łem bło­go­sła­wień­stwa spre­nów - odparł Szeth.

Nale - który stał z rękami zało­żo­nymi za ple­cami jak wielka kamienna rzeźba - jesz­cze bar­dziej inten­syw­nie pio­ru­no­wał ją wzro­kiem. Jakie to dziwne uczu­cie - oży­wie­nia pod peł­nym zło­ści spoj­rze­niem. Psu­cie dnia tego męż­czy­zny było czymś naprawdę wspa­nia­łym.

Ale... dla­czego jej umysł cią­gle wra­cał do tego dzi­wac­twa, wyko­rzy­sta­nia słu­żą­cych pod ilu­zjami? Głupi mózg. Cza­sami nie umiał dać sobie spo­koju z pomy­słem, a cza­sami był tak pełen głu­pich pomy­słów, że nie umiał wybrać jed­nego.

Szeth zwy­cię­żył.

Ale...

"Aby zwy­cię­żyć w tej pró­bie, musisz wybrać wer­sję mnie, prze­bić jej oko Ostrzem i zabić mnie. Następ­nie musisz uciec z mojego klasz­toru z moim Ostrzem" - powie­dział Tkacz Świa­tła.

Następ­nie musisz uciec z moim Ostrzem...

- Cóż, cie­szę się, że to nie ja tam byłem - stwier­dził Kala­din. - Pew­nie bym osza­lał.

- Nie. - Syl zmu­siła się, by wró­cić do chwili obec­nej, i kuc­nęła obok niego i Ostrzy. - Twój spren by ci pomógł. Bo tak powinna dzia­łać więź. Oboje dajemy i oboje dosta­jemy. Sym­bioza, jak te obrazki, które poka­zała mi Shal­lan, z krem­li­kami.

- Co mają z tym wspól­nego krem­liki? - Kala­din zmarsz­czył czoło.

- Wszystko.

Szeth zawią­zał węze­łek z owi­nię­tych mate­ria­łem mie­czy, po czym wstał, gdy ludzie zaczęli wycho­dzić z klasz­toru. Osu­wali się na kolana i pła­kali. Jak w innych miej­scach, które odwie­dzili. Tutaj wyda­wało się to... bar­dziej intymne, w tym małym wąwo­zie przy­po­mi­na­ją­cym roz­pa­dlinę, ze stru­mie­niem ciur­ka­ją­cym za ple­cami Nale'a.

Ci ludzie oto­czyli Sze­tha na kamien­nym ganku przed klasz­to­rem. Miej­sce to wyglą­dało zupeł­nie jak zwy­czajny Roshar, z kamie­ni­stym grun­tem, pra­wie pozba­wione błota i gleby. Święte miej­sce, choć nie potra­fiła pojąć, dla­czego spreny kamieni darzono tutaj tak wielką czcią. Spreny kamieni były nie­mal rów­nie głu­pie, jak spreny paty­ków, a to dużo zna­czyło.

Choć sam kamień ma sta­ro­żytne wspo­mnie­nia, pomy­ślała. Kra­iny, która nie­gdyś nie znała ani ludzi, ani pie­śnia­rzy...

Kala­din wstał i uśmiech­nął się do Sze­tha. Wie­działa, że lubił tę część, bo przy­po­mi­nała Sze­thowi, że wal­czy o coś. Bo ide­ały były głu­pie, o ile nie wią­zały się z ludźmi. To takie dziwne, że cały zakon Świe­tli­stych tego nie rozu­miał.

Syl chciała wznieść się w powie­trze i poszu­kać życio­spre­nów, bo pomy­ślała, że może uda jej się zna­leźć jakie­goś tutaj, w tym nie­mal wła­ści­wym miej­scu ze stru­mie­niem i drze­wami.

Ale jej mózg. Jej głupi mózg.

Jej mózg wciąż myślał o Mchu. Uwa­żał się za tak bystrego, a teraz był mar­twy. I już.

Jej mózg się ucze­pił. Jak zębami.

Trzy­mał. Mocno. Ści­skał.

"Dwa­dzie­ścia dzie­więć ze sto­ją­cych tutaj jest nie­szko­dli­wych, jedna ze sto­ją­cych tutaj jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczna". Dwa­dzie­ścia dzie­więć nie było zagro­że­niem, ale jedna z tych sto­ją­cych była śmier­tel­nie nie­bez­pieczna. Tkacz Świa­tła nie stał, leżał.

Spoj­rzała na Sze­tha, z jego zbyt błysz­czącą, zbyt bez­włosą głową. Dwa­dzie­ścia dzie­więć ze sto­ją­cych osób nie było groź­nych... ale czy jedna z nich wciąż była śmier­tel­nie nie­bez­pieczna? Ktoś, kto wymy­ślił tego rodzaju łami­główkę, wyda­wał się rów­nież kimś, kto bar­dzo sta­ran­nie dobie­rał słowa. Czy był rów­nież typem, który ukryłby dwie zagadki w jed­nej?

"To twoja praw­dziwa próba...".

Syl pode­rwała się gwał­tow­nie i zła­pała Kala­dina za ramię. Naprawdę zła­pała go za ramię. Z całej siły.

Spoj­rzał na nią wstrzą­śnięty.

- Kala­di­nie - syk­nęła Syl. - Jedno z tych ako­li­tów spró­buje zabić Sze­tha.

Zamru­gał, przy­jął jej słowa.

I zaufał jej.

Bez chwili waha­nia Kala­din przy­wo­łał włócz­nię. Syl przy­była, jej sub­stan­cja wpły­nęła w broń, jej świa­do­mość stała się jego świa­do­mo­ścią. W tych chwi­lach nakła­dała się na niego, patrzyła jego oczami. Nie było to dokładne. Miała świa­do­mość, która nie była do końca jego.

Ni­gdy nie byli bli­żej niż w tych chwi­lach, kiedy Kala­din - i chwała mu za to - po pro­stu jej ufał. Chwy­cił włócz­nię obiema rękami i zoba­czył. Błysk w powie­trzu, gdy jedna z osób wychwa­la­ją­cych Sze­tha - dostojna kobieta - przy­wo­łała Ostrze i unio­sła ręce, by wbić je w plecy Sze­tha...

I została tra­fiona przez Kala­dina pro­sto w ucho.

Jej oczy spło­nęły i osu­nęła się na zie­mię. Wokół nich ludzie zaczęli krzy­czeć i się roz­bie­gli.

Szeth odwró­cił się. Za późno.

- Oszu­stwo - powie­dział Nale. - Wia­trowy ci pomógł.

Szeth wpa­try­wał się w mar­twą kobietę, która roz­pły­nęła się w dymie. Ukląkł z sza­cun­kiem i pod­niósł jej Ostrze - dłu­gie i zakrzy­wione, ze skom­pli­ko­wa­nymi zdo­bie­niem przy ręko­je­ści.

- Nio­sąca Honor Widząca Prawdę? Nie znam jej. Co z Vam­brą-córką-Nieba? Była taka młoda...

Szeth zamru­gał, po czym popa­trzył na Kala­dina, a on popa­trzył na Syl, która przy­jęła roz­miary czło­wieka, kiedy Kala­din ode­słał włócz­nię.

- Poprzed­nim razem zaata­ko­wało cię dwoje Nio­są­cych Honor - wyja­śniła. - I dla­tego pomy­śla­łam sobie: "Hm. Dla­czego tym razem mie­liby wysłać tylko jed­nego?". A póź­niej pomy­śla­łam: "Głowa Sze­tha wygląda śmiesz­nie bez wło­sów". Ale póź­niej pomy­śla­łam: "Hej. Tkacz Świa­tła powie­dział, że dwa­dzie­ścia dzie­więć ilu­zji nie jest nie­bez­piecz­nych". I... no... wszystko wsko­czyło na swoje miej­sce. - Wzru­szyła ramio­nami.

Kala­din odwró­cił się do Nale'a.

- Wie­dzia­łeś o tym?

- Kiedy Szeth-syn-Neturo zakoń­czy piel­grzymkę, sta­nie przed nim trudne wyzwa­nie. - Nale nawet nie drgnął. - Musimy wie­dzieć, że sobie pora­dzi.

- Jakie wyzwa­nie? - spy­tał ostro Kala­din.

- Nie­ważne. Twoja pomoc była oszu­stwem. Zasady zostały pogwał­cone.

- Jakie zasady? - spy­tał cicho Szeth.

Syl odwró­ciła się powoli, podob­nie jak Kala­din, w stronę Sze­tha, który klę­czał z nowym Ostrzem Honoru. Słu­dzy świą­tyni ucie­kli i zapa­no­wała dziwna cisza. Szeth pod­niósł wzrok i spoj­rzał Nale'owi w oczy.

- Jakie zasady pogwał­ci­łem, Nin-synu-Boga? - powtó­rzył pyta­nie Szeth.

- Zasady piel­grzymki.

- Kiedy Pozen wcią­gnął mnie do Cie­nio­mo­rza... spy­ta­łem go o zasady - szep­nął Szeth. - Powie­dział, że to wyzwa­nie nie ma usta­lo­nych zasad. Gdyby miało, nie mógł­bym zostać zaata­ko­wany przez dwoje Nio­są­cych Honor jed­no­cze­śnie. Zga­dza się?

Nale nie odpo­wie­dział.

- Nie mógł­bym rów­nież zostać zaata­ko­wany poza obrę­bem klasz­toru. - Szeth wstał i ski­nął w stronę Kala­dina. - Ten męż­czy­zna został wyzna­czony, by mi poma­gać. Ponie­waż wypeł­niał swoje zada­nie i ponie­waż ta piel­grzymka nie ma żad­nych zasad... nie rozu­miem, jakim spo­so­bem mogły zostać pogwał­cone. Panie.

Syl zagwiz­dała cicho w reak­cji na cał­ko­wity brak emo­cji w gło­sie Sze­tha. Ci dwaj stali naprze­ciwko, czarny mun­dur i biały. Aż Nale się ode­zwał:

- Masz rację, a ja się myli­łem. Piel­grzymka trwa. Noś swoje nagrody z dumą. Chodź. Odwie­dzimy klasz­tor Widzą­cych Prawdę, co jest czy­stą for­mal­no­ścią, a póź­niej ruszymy dalej do ostat­nich trzech. Będą dla cie­bie naj­trud­niej­sze, każdy z nich jest wyjąt­kową próbą.

- I tyle? - Syl czuła nara­sta­jącą wście­kłość. Nie była wia­tro­spre­nem, ale kiedy chciała, potra­fiła się poczuć jak burza. - I tyle?

- Czego wię­cej ocze­ku­jesz, kiedy ktoś się pomyli? - spy­tał spo­koj­nie Nale, odwró­cił się i ruszył w stronę scho­dów.

Syl ruszyła za nim, ale zatrzy­mała się, kiedy Kala­din spoj­rzał jej w oczy i pokrę­cił głową. Pozwo­liła więc burzo­wemu męż­czyź­nie odejść. Szeth sta­ran­nie zawi­nął naj­now­szy miecz - szó­sty z tych, które zdo­byli - w tor­bie Kala­dina. Ale...

- Zacze­kaj - powie­działa. - Jesz­cze trzy klasz­tory, nie licząc Widzą­cych Prawdę, bo ten miecz już mamy. Czy to się zga­dza? Mamy sześć mie­czy, a nie powinno ich być w sumie dzie­sięć?

- Ostrze Honoru Wia­tro­wych zostało zepsute - zawo­łał idący przo­dem Nale. Odwró­cił się i wzniósł w powie­trze, zamiast wspi­nać się po scho­dach. - Nasz król, Jezrien, został zabity przez zdrajcę Wia­tro­wego, Vyre'a. Wtedy Odium przy­jął jego Ostrze Honoru i zepsuł je. - Wszedł na szczyt wzgó­rza i znik­nął im z oczu.

Syl spoj­rzała na dwóch chło­pa­ków.

- Czy któ­ryś z was o tym wie­dział?

- Część - przy­znał Kala­din. - Nie o zepsu­ciu.

- Nie pyta­łem i nie obcho­dzi mnie to. - Szeth minął ich po dro­dze do scho­dów. Póź­niej jed­nak zatrzy­mał się i wró­cił. - Doce­niam waszą pomoc. Obojga z was.

Pod­biegł, żeby dogo­nić Nale'a. Syl zaplo­tła ręce. Czuła swoje ramiona. Podob­nie jak mogła potrzeć pal­cami stóp jeden o drugi, kiedy je miała. Dla sie­bie zawsze była mate­rialna.

Spoj­rzała na Kala­dina, który krę­cił głową.

- Wiem. Ja też to czuję - powie­dział.

Prze­chy­liła głowę.

- Ocie­ra­jące się o sie­bie palce stóp?

- Moje... że co? Nie, Syl, fru­stra­cję. Nale dopro­wa­dza mnie do szału. On tak naprawdę nie prze­strzega prawa... z byle powodu zmie­nia punkt widze­nia, moty­wa­cję i nawet moral­ność. Zacho­wuje się, jakby był z żelaza, ale kiedy wytknie mu się brak logiki, to albo zmie­nia temat roz­mowy, albo sobie idzie.

- Kala­di­nie, wydaje mi się, że on jest rów­nie chory jak Taln albo Ash... a może nawet bar­dziej.

- Zostały nam zale­d­wie cztery dni do poje­dynku. - Zawa­hał się. - Ja... nie znajdę Ishara na czas, by pomóc Dali­na­rowi, prawda? Nie wrócę na czas, by zoba­czyć współ­za­wod­nic­two. Tref­niś... Tref­niś miał rację, prawda?

- Oba­wiam się, że tak. Ale twoja obec­ność tutaj ma cel. Tref­niś tak mówił.

Kala­din pod­niósł wzrok.

- Wiatr powie­działa, że mam coś waż­nego do zro­bie­nia... może waż­niej­szego niż poje­dy­nek. Przy­naj­mniej jej zda­niem. Ale co to może być?

- Może przy­wró­ce­nie zdro­wia Isha­rowi?

- Dali­nar powie­dział, że przy­sięga zło­żona we wła­ści­wej chwili może prze­mie­nić Ishara. - Kala­din ode­tchnął głę­boko i sku­pił wzrok na Sze­cie wspi­na­ją­cym się po scho­dach. - Ale ja coraz bar­dziej przej­muję się Sze­them. Za bar­dzo. Syl, to mnie znów opa­no­wuje. Z początku mnie iry­to­wał, a teraz cier­pię, że nie potra­fię mu pomóc. Podob­nie jak z mostem czwar­tym... Zaczy­nam się czuć odizo­lo­wany, jak­bym miał zostać jedy­nym, który prze­żyje, a wszy­scy inni zga­sną...

Wzięła go za rękę i z wysił­kiem i sku­pie­niem spra­wiła, że jej palce zosta­wiły wgłę­bie­nia w jego mun­du­rze. Zoba­czył to i uśmiech­nął się.

- Wyru­szy­li­śmy w podróż - powie­działa. - Mię­dzy tym, kim byli­śmy, a tym, kim chcemy być. Oboje.

- Ale nie jestem pewien, co mam robić.

- Co takiego powta­rzasz Sze­thowi na temat tego, co on ma robić? Że wypeł­nia­nie roz­ka­zów czy bez­myślne prze­strze­ga­nie prawa nie jest tak ważne jak odna­le­zie­nie wła­snej drogi?

- Dobrze, masz rację. Jak zwy­kle.

- Nie mów tak.

- Bo?

- Bo chcę mieć rację jedy­nie, kiedy mam rację, nie dla­tego, że jest to ocze­ki­wane. To część mojej podróży.

- Żyć dla sie­bie, nie tylko dla innych, a jed­no­cze­śnie wciąż chcieć mi poma­gać.

- Podob­nie jak ty potrze­bu­jesz chro­nić... Tyle że to nie może cię defi­nio­wać.

- Muszę poma­gać, ale nie mieć obse­sji na tym punk­cie. - Sku­pił się na Syl. - Naprawdę jesteś bły­sko­tliwa. Nie tylko w tej chwili, ale w spo­so­bie, w jaki poma­gasz Sze­thowi. Jesteś nie­wia­ry­godna, Syl.

Jest. Na to wła­śnie cze­kała. Unio­sła się kilka cali nad zie­mię.

Ale nie rób tego tylko dla niego, powie­działa sobie. Rób to, bo tego chcesz.

- Odnaj­dziemy rów­no­wagę. Jakoś. - Kala­din ode­tchnął głę­boko, wes­tchnął i wzniósł się w powie­trze za pozo­sta­łymi dwoma.

* * *

Shal­lan krą­żyła po swo­ich kom­na­tach - w obo­zie Seba­riala na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. Jak w poprzed­nich przy­pad­kach, kiedy stwo­rzyli te malut­kie enklawy w Kra­inie Ducha, kolory się roz­pły­wały, a całość nie wyda­wała się do końca rze­czy­wi­sta. Rlain i Rena­rin sie­dzieli przy stole w jej salo­nie, a przez okno w sypialni wpa­dało natu­ralne świa­tło. Wiele razy wyśli­zgi­wała się przez to okno, kiedy zaczy­nała infil­tro­wać Ducho­kr­wi­stych.

W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łej dwójki Shal­lan - z pomocą Glysa - stwo­rzyła pocze­kal­nię, która nie była jej sypial­nią z dzie­ciń­stwa. To było zde­cy­do­wa­nie dobre dla nich wszyst­kich. Choć zasad­ni­czo radziła sobie lepiej, to gdyby spró­bo­wali odwie­dzić tamto wspo­mnie­nie, tra­fi­liby do kom­naty z bia­łym dywa­nem, który stał się czer­wony, i co naj­mniej jed­nym tru­pem.

- To dziwne - stwier­dził Rena­rin. - Nie jestem zmę­czony ani głodny. Glys nie umie mi powie­dzieć, ile to zajęło, ale musimy prze­by­wać w Kra­inie Ducha od co naj­mniej dzie­się­ciu godzin.

- Tumi tak samo - zgo­dził się Rlain. - Myślę, że czas jest dla nich zbyt mgli­stym poję­ciem. On myśli w kate­go­riach tego, co było, i tego, co będzie, ale nie ma dla nich ram cza­so­wych.

Rena­rin postu­kał pal­cem w stół.

- Uczone ciotki Navani mówią, że mate­ria, ener­gia i Burzowe Świa­tło to jedno i to samo, tyle że w innych sta­nach. Wydaje się, że to miej­sce jest stwo­rzone cał­ko­wi­cie z Burzo­wego Świa­tła czy Napeł­nie­nia, czy cze­go­kol­wiek. Kiedy weszli­śmy, czy my rów­nież sta­li­śmy się Burzo­wym Świa­tłem? Jeśli tak, to co się sta­nie z naszymi cia­łami, kiedy wyj­dziemy?

- Jak sądzę... - powie­dział Rlain. - Jak sądzę, odtwo­rzymy się?

Rena­rin spoj­rzał na nią.

- Zakła­da­jąc, że to prawda, czy mogli­by­śmy zabrać ze sobą rze­czy? Odtwo­rzyć je z ich ducho­wego aspektu? Co mogli­by­śmy stwo­rzyć, gdy­by­śmy zapa­no­wali nad tym miej­scem?

To było istotne pyta­nie, ale Shal­lan nie potra­fiła się na nim sku­pić. Na­dal krą­żyła.

- Wciąż mar­twisz się, jak zabić Ducho­kr­wi­stych? - domy­ślił się Rlain.

- Jestem głu­pia. Zabi­cie ich tutaj jest zasad­ni­czo nie­moż­liwe. Mogą się uzdro­wić, a Burzowe Świa­tło jest wszę­dzie dookoła. Myśla­łam, że anty-Świa­tło musi być nie­bez­pieczne... ale nie zro­biło mu krzywdy, tak samo jak nie zro­biło jej mnie.

- Glys mówi... - Rena­rin prze­chy­lił głowę. Spren był nie­wi­dzialny, ukry­wał się w jego wnę­trzu, jak to cza­sem robił. Wzór uwa­żał ten zwy­czaj za fascy­nu­jący. - Glys mówi, że ludz­kie dusze są stwo­rzone z Napeł­nie­nia, ale jego sku­pie­nie jest zazwy­czaj za małe, by zare­ago­wać na anty-Świa­tło.

- Co takiego? - Shal­lan pod­bie­gła do niego. - Wiesz coś? Co powie­dział?

- Mówi, że może zro­bić krzywdę ich spre­nom - przy­znał Rena­rin, odwra­ca­jąc od niej wzrok. - Czyli... mogła­byś zabić ich spreny albo poważ­nie je zra­nić. Ale może być trudno je wyizo­lo­wać, jeśli ukry­wają się wewnątrz ciała.

- Myśla­łem, że Glys i Tumi są jego - powie­dział Rlain z powol­nym spo­koj­nym ryt­mem. - Pust­kowe Świa­tło.

- Są mie­szanką. Glys mówi... coś o Ryt­mie Wojny... - Rena­rin pokrę­cił głową. - Czy Tumi jest rów­nie bez­względny? Jeśli cho­dzi o zabi­ja­nie przez nas jego braci i sióstr?

Shal­lan wzru­szyła ramio­nami.

- My cią­gle zabi­jamy innych ludzi.

- Nie! - Rena­rin nagle się zaru­mie­nił. - To zna­czy ja nie... Mimo wszystko uwa­żam to za fascy­nu­jące. Świa­tło. Anty-Świa­tło. Napeł­nie­nie. Ener­gia.

- Czy dla­tego twój ojciec zawsze chciał, żebyś został żar­liw­cem? - spy­tał Rlain w Ryt­mie Cie­ka­wo­ści. - Przez to zada­wa­nie pytań i takie inte­re­su­jące myśli?

- Aha. Nie wiem, czy odmó­wi­łem tylko dla­tego, że chcia­łem opie­rać się ocze­ki­wa­niom, czy też zosta­nie żar­liw­cem wyda­wało mi się rezy­gna­cją z nadziei, które miał wobec mnie ojciec, kiedy byłem młod­szy.

- Nie musisz dora­stać do ocze­ki­wań kogo­kol­wiek, Rena­ri­nie. - Shal­lan zatrzy­mała się obok niego, a dziw­nie nasy­cone świa­tło wle­wało się do środka przez okno nad nią.

- Wiem. Zawsze mówimy takie rze­czy, Shal­lan. Ci z nas, któ­rzy są na zewnątrz. To zasad­ni­czo prawda. Nie muszę się dosto­so­wać, zostać wojow­ni­kiem i arcy­księ­ciem, czego każdy spo­dziewa się po synach mojego ojca. Mar­twię się jed­nak, byśmy w swej żar­li­wo­ści nie zapo­mnieli, że sam fakt, że coś jest bar­dziej stan­dar­dowe czy kon­wen­cjo­nalne, nie ozna­cza jesz­cze, że to coś złego. Moje war­to­ści są kształ­to­wane przez tych, któ­rzy mnie ota­czają i któ­rych sza­nuję. To ozna­cza, że nie mogę oddzie­lić tego, czego chce ode mnie mój ojciec, od tego, czego ja sam chcę dla sie­bie... jego ide­ały stały się w dużej czę­ści moimi ide­ałami. Próba cał­ko­wi­tego oddzie­le­nia się od tych wpły­wów byłaby jed­no­cze­śnie odrzu­ce­niem tego, kim jestem. I... znów to robię. Zatra­cam się w swo­ich myślach. - Spoj­rzał na Rla­ina z prośbą o wspar­cie.

- Uwa­żam ten aspekt two­jej oso­bo­wo­ści za fascy­nu­jący. Ni­gdy się tak naprawdę nie zasta­na­wia­łem, skąd się biorą moje ide­ały. - Rlain poło­żył dłoń na stole, bli­sko ręki Rena­rina.

Nie roz­pra­szaj się ich flir­to­wa­niem, powie­działa sobie Shal­lan. Musiała oca­lić świat. Zosta­wiła ich na chwilę i pode­szła do Wzoru, który stał w drzwiach sypialni.

- Ci dwoje są sta­now­czo zbyt roz­pro­szeni - mruk­nęła, mija­jąc go.

- Mmm...

- Nawet nie zaczy­naj.

- Czego? Nie mam nic do powie­dze­nia o mło­dych Świe­tli­stych, któ­rych uwagę od waż­nych wyda­rzeń odwra­cają zaloty. Zupeł­nie nic.

Zatrzy­mała się przy oknie.

- Coraz lepiej radzisz sobie z sar­ka­zmem.

- Dzię­kuję! Hm. Przy­naj­mniej Rena­rin wybrał sobie tylko jedną osobę, która go roz­pra­sza...

Shal­lan prze­wró­ciła oczami. W odpo­wie­dzi Wzór zawi­ro­wał swoim wzo­rem w sza­lo­nej sekwen­cji, nowe linie i łuki poja­wiały się w urze­ka­ją­cych kom­bi­na­cjach. Na burze. Teraz lepiej niż ona radził sobie z prze­wra­ca­niem oczami? Lepiej, żeby Ado­lin się o tym nie dowie­dział, bo nie pozwoli jej zapo­mnieć.

Na burze, Ado­lin.

Te kom­naty przy­po­mi­nały jej o nim - o ćwi­cze­niu walki mie­czem pod jego opieką. O jego pasji do tej sztuki i coraz więk­szej namięt­no­ści wobec niej.

- Ist­nieje jakiś spo­sób, by się dowie­dzieć, czy on jest tam bez­pieczny, Wzo­rze? Mar­twię się o niego, tam w Azi­mi­rze.

- Nie wiem - odparł cicho Wzór. - Prze­pra­szam.

To głu­pie, że już za nim tęsk­niła. Spę­dziła tu... Ile? Pół dnia. On pew­nie jesz­cze nawet nie miał oka­zji wal­czyć. Mimo to czu­łaby się o wiele lepiej, gdyby tutaj był i mogła go przy­tu­lić.

Odwró­ciła się w stronę Wzoru.

- Nie­po­koi mnie, jak Mra­ize nas oszu­kał, przyj­mu­jąc postać Honoru. To mogło dopro­wa­dzić nas do śmierci. Poza tym mar­twi mnie, co knuje Iyatil.

- Mmm... myślisz, że ma okrąg albo...

- Może pozwala, by Mra­ize odwró­cił naszą uwagę. Jeśli tak, on dobrze sobie z tym radzi... i cią­gle wypro­wa­dza mnie w pole.

Wyjęła szty­let z anty-Burzo­wym Świa­tłem. Gdyby udało jej się dostać ich spreny... Ta myśl była kosz­marna. A jed­nak byli wro­gimi wojow­ni­kami.

Wró­ciła do dru­giej kom­naty.

- Czy któ­ryś z was widział sprena Mra­ize'a, kiedy się z nim sty­kamy?

Rlain prze­chy­lił głowę.

- Tumi mówi... odbiera wra­że­nia sprena obser­wu­ją­cego z zewnątrz. Ale tutaj trudno zna­leźć kogoś, kto nie chce zostać zna­le­ziony. Szcze­gól­nie sprena.

- Jest nie­śmiały, jak nasze.

Shal­lan spoj­rzała z góry na szty­let - który nie roz­pa­dał się na kolory jak duża część tej wizji. Zamiast tego two­rzył wokół sie­bie nie­wielki wir, znie­kształ­ca­jący powie­trze jak prze­bi­cie w rze­czy­wi­sto­ści. Coś przy­szło jej na myśl.

- Może nie muszę zro­bić im krzywdy, może mogę wyko­rzy­stać to prze­ciwko Mra­ize'owi. Nie odwa­ży­łam się uzdro­wić, kiedy mia­łam w sobie anty-Świa­tło. Mra­ize też tego nie zro­bił, wcze­śniej. Muszę po pro­stu zra­nić go tak poważ­nie, by nie mógł zacze­kać, aż anty-Świa­tło z niego wypa­ruje.

- Glys mówi, że to się może udać. - Rena­rin poki­wał głową. - Jeśli wcią­gnie Burzowe Świa­tło, by się uzdro­wić, a ono zetknie się z anty-Świa­tłem... to będzie zabój­cze.

Poki­wała sta­now­czo głową.

- Nie­stety, Mra­ize umie wal­czyć lepiej ode mnie.

- W tej ostat­niej walce nie­źle sobie pora­dzi­łaś, Shal­lan - powie­dział Rlain z pochwal­nym ryt­mem.

- Ow­szem, ale ta walka rów­nie dobrze mogła pójść zupeł­nie ina­czej... i mia­łam szczę­ście, że w ogóle mogłam z nim wal­czyć. Gdyby udało mu się dźgnąć mnie ukrad­kiem w plecy, mogłoby być po wszyst­kim. Chcia­ła­bym choć raz go zasko­czyć.

- Jak mogli­by­śmy tego doko­nać? - spy­tał Rena­rin.

- A gdy­by­śmy tak zamiast bez­po­śred­nio wejść do wizji, wysłali do środka jakie­goś rodzaju awa­tar... i obser­wo­wali z zewnątrz? - zapro­po­no­wał Rlain.

- Tak! - zgo­dziła się Shal­lan. - Ostat­nim razem po odej­ściu mogłam tak jakby zoba­czyć, co się działo w wizji, a Tka­nie Świa­tła jest "ciche". Nie przy­cią­gnie uwagi bogów, któ­rzy polują na wasze spreny. Mogli­by­śmy obser­wo­wać Ducho­kr­wi­stych i ude­rzyć, kiedy to my będziemy mieli prze­wagę.

Tamci dwaj popa­trzyli po sobie i pew­nie roz­ma­wiali ze spre­nami. Shal­lan obej­rzała się na Wzór, do któ­rego dołą­czyła Testa­ment - wcze­śniej druga Zagad­kowa leżała na miękko wyście­ła­nym łóżku. Shal­lan pamię­tała, jak luk­su­sowa wyda­wała się ta kwa­tera, kiedy zja­wiła się w niej po raz pierw­szy.

Nie uwa­żała już, że takie łóżko się na nią mar­nuje. Roz­luź­nie­nie było czymś, na co zasłu­żyła, i powinna nacie­szyć się nim w tych rzad­kich sytu­acjach, kiedy nie pako­wała się w nie­bez­pie­czeń­stwo. Miała prawo do odro­biny luk­susu w życiu. Podob­nie jak miała prawo być szczę­śliwa z Ado­li­nem i doce­niać jego miłość.

Naprawdę czuła się lepiej. Ale... na biurku przy drzwiach leżała garść kul bez klej­no­tów. Koń­cówki, wyko­rzy­sty­wane do gier hazar­do­wych bez praw­dzi­wych zakła­dów - albo, w tym przy­padku, do nauki sztu­czek. Tyn je jej dała. Bar­dziej odru­chowo niż świa­do­mie, Shal­lan pode­szła i ukryła kilka kul w dłoni, zastę­pu­jąc je tymi z kie­szeni. Póź­niej znów to zro­biła, szybki ruch, gdy wpa­dła na biurko, jed­no­cze­śnie uno­sząc drugą rękę dla odwró­ce­nia uwagi.

Wzór pod­szedł do niej i poło­żył dłoń o dłu­gich pal­cach na jej ramie­niu.

- Bez­kształtna mówi o każ­dym, kogo zabi­łam, ludziach, któ­rzy mnie przy­jęli i mi ufali - szep­nęła Shal­lan. - To... kosz­marne, kiedy widzę to w kon­tek­ście, Wzo­rze. Matka, ojciec, Testa­ment, Tyn... Teraz Mra­ize. Jak wielu ludzi, któ­rzy się do mnie zbliżą, w końcu zabiję? Dla­czego tak czę­sto mi się to przy­da­rza?

- Nie wiem, Shal­lan - szep­nął. - Ale od kiedy lepiej pozna­łem ludzi, mogę powie­dzieć ci jedno: kosz­mar­nie radzi­cie sobie ze sta­ty­styką.

- I to ma być pocie­sza­jące?

- Tak! Wasze rozu­mie­nie liczb zawiera tak poważne błędy. Wła­ści­wie jest to cał­kiem inspi­ru­jące, tak.

- Ja... potrze­buję tro­chę pomocy, Wzo­rze. Żeby zro­zu­mieć, co masz na myśli, na Potę­pie­nie.

- Tak kiep­sko sobie radzisz z mate­ma­tyką!

- Nie mów tego, Wzo­rze. Przy­naj­mniej moje imię jest para­lelne. To kon­cep­cja mate­ma­tyczna.

- Twoje imię?

- Tak.

- Para­lelne?

- Shal­lan. Dwa "l". Para el.

Jego wzór znie­ru­cho­miał. A następ­nie, co zadzi­wia­jące, spren gło­śno zare­cho­tał.

- To było rze­czy­wi­ście śmieszne!

- Poprawka rze­czowa - powie­dział Rena­rin z kanapy. - Wcale nie było. Naprawdę nie było.

- Ha, ha! On jest głupi. Posłu­chaj, wy wszy­scy jeste­ście głupi, jeśli cho­dzi o liczby. Dobrze sobie radzi­cie jak na tych, któ­rych mózgi są z mięsa, ale wasze myśli są błędne. - Wycią­gnął ją znów z kom­naty. - Ze wszyst­kich ludzi, któ­rych znasz, Shal­lan, jak wielu zabi­łaś? Kil­koro.

- Waż­nych.

- Ado­lina? Dali­nara, Navani? Braci, któ­rych ochro­ni­łaś... a nawet jeśli mówimy wyłącz­nie o men­to­rach, Seba­rial i Palona mimo swo­ich naj­lep­szych wysił­ków wciąż żyją. I Jasnah. Hmmmm? Nie jesteś sta­ty­stycz­nie nie­bez­pieczna dla tych, któ­rzy cię ota­czają. Jedy­nie dla tych, któ­rzy pró­bują cię zabić.

- Testa­ment - szep­nęła.

- Sta­rasz się napra­wić ten błąd - stwier­dził Wzór. - Shal­lan, moim zada­niem jest ci poma­gać i cię chro­nić. Cza­sem kiep­sko sobie z tym radzę! Ale dziś pozwól mi przy­się­gnąć: w tobie zna­la­złem kogoś szcze­rego. To mnie do cie­bie przy­cią­gnęło, twoja szcze­rość i twoje kłam­stwa, łączące się, by stwo­rzyć waż­niej­szą prawdę. Nie skrzyw­dzisz tych, któ­rzy cię ota­czają. Nie zamie­rze­nie i nie bar­dziej niż jaki­kol­wiek inny czło­wiek. Sta­ty­styki, jakie pod­po­wiada ci Bez­kształtna, to zły rodzaj kłamstw... Kłam­stwa patrzące na prawdę i wypa­cza­jące ją w coś gor­szego. Ufam ci. Testa­ment ci ufa, mimo tego, co się wyda­rzyło. Kochamy cię. Sta­ty­stycz­nie, i to praw­dziwa sta­ty­styka, dosko­nale sobie pora­dzi­łaś! Mam naj­głęb­sze, wsparte mate­ma­tyką prze­ko­na­nie, że na­dal będziesz dosko­nale sobie radzić! Dla­tego pro­szę, nie słu­chaj Bez­kształt­nej. Nie dawaj jej życia.

Poło­żyła dłoń na jego dłoni, którą wciąż trzy­mał na jej ramie­niu.

- Od kiedy tak dobrze sobie radzisz z roz­ma­wia­niem z ludźmi?

- Słu­cham cie­bie - powie­dział cicho Wzór.

Uśmiech­nęła się.

- A póź­niej robię odwrot­nie - dodał.

Wytrzy­mał tylko chwilę, po czym zachi­cho­tał i szep­nął, że to był żart. Shal­lan uśmiech­nęła się, odwró­ciła i weszła do salonu, gdzie sie­dzieli męż­czyźni.

- I jak? - spy­tała.

- Glys mówi, że plan Rla­ina może się udać - powie­dział jej Rena­rin. - W następ­nej wizji nie wej­dziemy do środka, tylko wyślemy jedno z two­ich Tkań Świa­tła, a sami będziemy obser­wo­wać.

73. Luksus prostoty

73

Luk­sus pro­stoty

16 LAT WCZE­ŚNIEJ

Szeth zro­bił wypad, jego miecz ćwi­czebny zazgrzy­tał na tylcu ostrza prze­ciw­nika. Prze­śli­zgnął się bli­żej, ode­pchnął męż­czy­znę i ude­rzył bro­nią w bok jego szyi. Wato­wana skórz­nia chro­niła przed obra­że­niami, ale obaj męż­czyźni się zatrzy­mali, a ostrze Sze­tha zostało na swoim miej­scu.

- Trzeci punkt - dobiegł cichy głos z ciem­nego kąta kom­naty. - Poje­dy­nek wygrywa Szeth-syn-Neturo.

Cisza.

Jego prze­ciw­nik uniósł rękę i zdjął maskę do ćwi­czeń - sztywną Dusz­ni­ko­waną siatkę osła­nia­jącą twarz, z bokami z dziw­nego odbi­ja­ją­cego świa­tło bia­łego mate­riału, który był lekki, ale jed­no­cze­śnie na tyle mocny, że wytrzy­my­wał cios mie­czem. Gonda-syn-Dar­lasa otarł pot z twa­rzy, ski­nął Sze­thowi, odwró­cił się i pod­szedł do sto­jaka, by odło­żyć swoje wypo­sa­że­nie.

Wciąż cisza. Choć przy­glą­dało im się dwa­dzie­ścioro ako­li­tów i troje sza­ma­nów, nikt się nie odzy­wał. Gonda był mistrzem szer­mierki w klasz­to­rze i spo­dzie­wano się, że w przy­szło­ści zosta­nie Nio­są­cym Honor.

W ciągu pię­ciu poje­dyn­ków tego dnia ani razu nie tra­fił Sze­tha.

Szeth powoli zdjął maskę, wysta­wia­jąc spo­coną twarz na chłodne powie­trze. Gonda nie wyda­wał się zły na Sze­tha - miesz­kańcy tego klasz­toru rze­czy­wi­ście róż­nili się od małost­ko­wych żoł­nie­rzy w obo­zie, który Szeth opu­ścił. Mniej otwar­tej nie­chęci. Mniej bru­tal­no­ści. Ale wię­cej dziw­nej zaku­li­so­wej poli­tyki.

Miecz ćwi­czebny Gondy spadł ze sto­jaka, kiedy męż­czy­zna go odło­żył. Zosta­wił go tak i wyszedł z sali ćwi­czeń, a w ciszy jego kroki brzmiały gło­śno.

Jak kro­ple desz­czu stu­ka­jące o dach.

Szeth sta­ran­nie odło­żył wła­sne wypo­sa­że­nie, czu­jąc na sobie spoj­rze­nia innych ako­li­tów. Dwa lata spę­dzone w tym miej­scu były dla niego dobre - w obo­zie rzadko ktoś był dla niego wyzwa­niem. Kiedy tu przy­był, minęły tygo­dnie, zanim udało mu się choć raz tra­fić któ­re­goś z towa­rzy­szy.

Silny prąd stwo­rzony dla sil­niej­szych ryb. Szeth szybko zdjął prze­szy­wa­nicę i oddał ją star­szemu ako­li­cie, któ­rego zada­niem było czysz­cze­nie sprzętu tego dnia. W klasz­to­rze Pozena, im wię­cej razy ktoś został tra­fiony, tym wię­cej obo­wiąz­ków musiał wypeł­niać. Minął ponad rok od czasu, kiedy Szeth dostał jedno z tych zadań. I dłu­żej jesz­cze, od kiedy po raz ostatni zasy­piał z pła­czem, tęsk­niąc za matką.

Wszystko znów było w porządku. Tu nie musiał myśleć - wystar­czało, że ćwi­czył. Podo­bało mu się, jak pro­ste było znów życie. Nawet zaku­li­sowa poli­tyka nie miała zna­cze­nia, jak długo ktoś dobrze posłu­gi­wał się mie­czem.

A on wła­śnie udo­wod­nił, że jest bar­dzo dobry.

Zza jed­nej z kolumn wyło­nił się sam Pozen. Podob­nie jak pozo­stali zebrani, Szeth się ukło­nił. Nie uświa­da­miał sobie, że Nio­sący Honor patrzy.

- I tak oto, Szeth, zdo­by­łeś dla sie­bie tytuł mistrza szer­mierki - powie­dział star­szy męż­czy­zna.

Szeth nie odpo­wie­dział. To była prawda.

- Jestem pod wra­że­niem wszyst­kiego, co cię doty­czy, poza two­imi pro­ble­mami z Prze­no­sze­niem. To nie­po­ko­jące nie­do­cią­gnię­cie, Szeth.

Rów­nież prawda. Ćwi­czył z Ostrzem, bo, aby obro­nić Prawdę - aby przy­go­to­wać się na powrót Pust­kow­ców, co było obo­wiąz­kiem ich ludu - każdy klasz­tor potrze­bo­wał wię­cej niż jed­nego wyszko­lo­nego Moco­wiązcy, na wypa­dek gdyby Nio­sący Honor zgi­nął w walce.

- Przy­go­to­wa­łem dla cie­bie polo­wa­nie - stwier­dził Pozen. - Pierw­szą wska­zówkę znaj­dziesz na szczy­cie iglicy siód­mej. Ruszaj.

Szeth mar­twił się, że po zdo­by­ciu tytułu będzie musiał wró­cić do celi. To by ozna­czało myśle­nie, roz­wa­ża­nie swo­jego osią­gnię­cia. Kolejne zada­nie, które dostał tak szybko, było ulgą.

Natych­miast wyru­szył.

* * *

"Iglica siódma" była łami­główką. Całe szczę­ście sły­szał o gospo­dzie pod klasz­to­rem, w Mok­down - mia­steczku, które wypeł­niało wyspę mię­dzy rze­kami. Gospoda ta nazy­wała się Iglica Pierw­sza. Zało­żył, że siódmą będzie siódmy budy­nek przy ulicy.

Nie­stety niczego na nim nie zna­lazł. Stał na dachu z rękami zało­żo­nymi na piersi, a zdez­o­rien­to­wany wła­ści­ciel przy­trzy­my­wał dra­binę poni­żej. Jesz­cze raz rozej­rzał się po dachu w poszu­ki­wa­niu cze­goś kry­sta­licz­nego - Pozen lubił Dusz­ni­ko­wać rze­czy w krysz­tał.

Nic.

W końcu Szeth zszedł po dra­bi­nie. Była drew­niana, rzecz jasna, podob­nie jak deski chod­nika. Widy­wał też cegły z wypa­lo­nej gliny, które naśla­do­wały kamień, ale nie były święte. Miesz­kańcy tego regionu w bar­dzo pomy­słowy spo­sób łączyli kawałki drewna, nie uży­wa­jąc przy tym gwoź­dzi. W porów­na­niu z tym domy budo­wane metodą sza­chul­cową albo kryte dar­nią pół­zie­mianki z jego wła­snych oko­lic wyda­wały się zde­cy­do­wa­nie pry­mi­tywne.

Co spra­wiało, że obec­ność meta­lo­wych zawia­sów w drzwiach spra­wiała jesz­cze dziw­niej­sze wra­że­nie.

Szeth podzię­ko­wał wła­ści­cie­lowi, kor­pu­lent­nemu męż­czyź­nie, który odzy­wał się do niego z sza­cun­kiem. Nosił plamę, ale w tych oko­li­cach naszy­wali łaty na ubra­nia. W tym przy­padku czer­wone na kola­nach. Jak to moż­liwe, że nie znali wła­ści­wych zwy­cza­jów? Pozen kazał mu prze­stać o tym mówić, ale gdyby to Szeth się mylił, chciałby, żeby ktoś mu o tym powie­dział.

Kiedy męż­czy­zna został odpra­wiony, otwo­rzył drzwi do domu - mimo sta­lo­wych zawia­sów. Gdyby drzwi się zepsuły, musiałby popro­sić ako­litę albo żoł­nie­rza w sta­nie spo­czynku - w tym mia­steczku żyło ich wielu - by je napra­wił. W rze­czy samej, wielu cie­śli, kowali i innych rze­mieśl­ni­ków, męż­czyzn i kobiet, wcze­śniej było żoł­nie­rzami albo ako­li­tami, ale ode­szli po roku czy dwóch. Zupeł­nie jakby... jakby wybrali tamto życie tylko po to, by odejść, by móc póź­niej zna­leźć zatrud­nie­nie w takich zawo­dach.

Dusz­ni­ko­wany metal wyko­rzy­sty­wano wyłącz­nie w przed­mio­tach, które trzeba było wziąć do ręki. Zawiasy pocho­dziły z kopalni i wszy­scy je wyko­rzy­sty­wali. Może więc tych ludzi nie obcho­dziło, że nie­wła­ści­wie noszą plamy. Po dwóch latach w tym miej­scu Szeth na­dal miał mętlik w gło­wie, kiedy roz­wa­żał te kwe­stie - choć w rze­czy­wi­sto­ści musiał sku­pić się na zagadce.

- Gospo­da­rzu! - zawo­łał Szeth.

Męż­czy­zna wyj­rzał zza drzwi.

- O czym myślisz, kiedy mówię "iglica siódma"?

- Iglica z Siód­mej? Cóż...

- Nie - zaczął Szeth, ale prze­rwał.

Iglica z Siód­mej? Siódma była ulicą. Może źle usły­szał? Nie byłby to pierw­szy raz, bo Pozen mówił z lek­kim pół­noc­nym akcen­tem.

Oczy­wi­ście. Siódma.

- Ako­lito? - spy­tał wła­ści­ciel.

- Nie­ważne. - Szeth obró­cił się na pię­cie. - Dzię­kuję za pomoc.

Ruszył dalej, pod sto­pami miał deski chod­nika. Naprawdę było zadzi­wia­jące, to drewno z drzewa makam. Lek­kie, wytrzy­małe. Two­rzyło inte­re­su­jące mia­sto - do któ­rego Szeth pró­bo­wał nie czuć nie­na­wi­ści. W rze­czy samej, jego ojciec znacz­nie je ulep­szył po tym, jak w ubie­głym roku został wybrany na bur­mi­strza - wcze­śniej był miej­skim mini­strem finan­sów, na które to sta­no­wi­sko go mia­no­wano. Pod kie­row­nic­twem Neturo stare deski wymie­niono na nowe i napra­wiono mosty. Wpro­wa­dzono reformy spo­łeczne, które miały uspo­koić drwali. Lep­sze godziny pracy, częst­sze zmiany i prze­pustki.

Neturo robił wra­że­nie, jakby nie przej­mo­wał się tym, ile kosz­to­wało ich dotar­cie tutaj, zatem Szeth też pró­bo­wał. Zamiast tego cie­szył się pobie­lo­nymi budyn­kami, tym, że ludzie z sza­cun­kiem pozdra­wiali ako­li­tów ski­nie­niem głowy, kolo­ro­wymi pla­mami na ubra­niach. Nie śmier­działo aż tak paskud­nie. Nie jak w mia­stach w jego ojczy­stych oko­li­cach, gdzie ulice pokry­wało koń­skie łajno, a ścieki wyle­wano do rzeki.

Mok­down było, jeśli nie świeże, to przy­naj­mniej zno­śne. Poza tym był jed­nym z naj­lep­szych ako­li­tów i każ­dego dnia cze­kało go satys­fak­cjo­nu­jące szko­le­nie. Z pew­no­ścią ból wywo­ły­wany przez nie­obec­ność matki - i to, że przez całe tygo­dnie, a cza­sem mie­siące nie widy­wał Elid, która lubiła podró­żo­wać - osłab­nie jesz­cze bar­dziej. W końcu miał spa­lić swoje stare życie. Żar wkrótce doga­śnie.

Naj­wyż­szym budyn­kiem na Siód­mej była świą­ty­nia Herolda Ishu. Nie­gdyś była poświę­cona Batlah - ale w jakimś momen­cie w prze­szło­ści to się zmie­niło. Miesz­kańcy Shi­no­varu odda­wali cześć Herol­dom nie­mal na równi ze słoń­cem, księ­ży­cami i górami, które były naj­więk­szymi ze spre­nów. Ale Ishu był szcze­gól­nie wyjąt­kowy, bo to on spro­wa­dził ich na tę zie­mię, słu­cha­jąc pie­śni nowego świata.

Na szczy­cie budynku Szeth zna­lazł frag­ment gontu, który zmie­niono w krysz­tał. Zagadka roz­wią­zana. Kawa­łek papieru pod nim zawie­rał kolejną wska­zówkę. "Wschodni Wiatr". Szeth zszedł na dół po ścia­nie budynku.

- Prze­pra­szam - powie­dział do Sza­manki Kamie­nia wyglą­da­ją­cej przez okno obok rzeźby, którą Szeth wyko­rzy­sty­wał jako uchwyty dla rąk.

- Nic się nie stało, ako­lito - odparła. - Chcia­ła­bym tylko, by ostrze­gał nas, kiedy wysyła ludzi na te polo­wa­nia. Odpra­wia­li­śmy nabo­żeń­stwo...

Szeth zło­żył jej ukłon i ruszył ulicą.

- Ako­lito? - ode­zwała się sza­manka.

Kiedy spoj­rzał na nią, ski­nęła w bok. Podą­żył za gestem i zoba­czył kogoś, kto stał oparty o ścianę w pobliżu wej­ścia do budynku. Wysoka kobieta w kolo­ro­wych sza­tach sza­manki, star­sza od Sze­tha o dzie­sięć lat, z tymi krótko obcię­tymi wło­sami, które wciąż go raziły. Sivi odwie­dzała mia­sto tak czę­sto, że ktoś mógłby błęd­nie uznać ją za miej­scową Nio­sącą Honor. Czy ako­lici Kształ­tu­ją­cych byli aż tak zdy­scy­pli­no­wani, że nie reago­wali, kiedy ich przy­wód­czyni ich opusz­czała? Sły­szał, że jest wręcz prze­ciw­nie. Podobno ako­lici Kształ­tu­ją­cych pili, wybie­rali się na prze­jażdżki i pra­wie nie ćwi­czyli.

Uznał taki brak powagi za mało praw­do­po­dobny w przy­padku Sivi. W końcu ją lubił.

- Szeth. - Pode­szła do niego.

- Nio­sąca Honor. - Ukło­nił się. - Prze­pra­szam, że nie mogę z tobą dłu­żej poroz­ma­wiać. Mam pilne zada­nie, które dał mi...

Sivi wycią­gnęła garść kawał­ków papieru, zupeł­nie takich jak ten, który Szeth już miał.

- Pozen zawsze wyko­rzy­stuje te same miej­sca. Przy­się­gam, moja poprzed­niczka wspo­mi­nała o krysz­ta­ło­wym gon­cie w cza­sach, kiedy sama była ako­litką.

Szeth zaga­pił się na garść wska­zó­wek.

- Ja... ja nie mogę ich wziąć. Sam muszę zna­leźć drogę...

- Jak mnie­mam, dosta­łeś pole­ce­nie, by wró­cić z tymi papie­rami. Nikt nie powie­dział, że nie wolno ci ich przy­jąć od kogoś innego.

To prawda. Dla­tego Szeth przy­jął kawałki papieru.

- Chodź, poroz­ma­wiaj ze mną, Szeth. - Skie­ro­wała się w stronę pobli­skiej gospody. - Chcia­ła­bym usły­szeć o twoim szko­le­niu.

Wes­tchnął, ale nie mógł odmó­wić Nio­są­cej Honor. Poza tym Sivi czę­sto dzie­liła się... punk­tem widze­nia. Pró­bo­wał nie zakła­dać, że był powo­dem jej czę­stych odwie­dzin, ale nie mógł zapo­mnieć o rze­czach, które pod­słu­chał. O pla­nach, które miał wobec niego Pozen.

Usie­dli w cichym zaka­marku gospody - była dopiero trze­cia po połu­dniu - i on wziął dla sie­bie her­batę, a ona popi­jała napój z goto­wa­nych zia­ren jęcz­mie­nia - tak w każ­dym razie wolał myśleć Szeth. Nie musieli za nic pła­cić, bo to było mia­sto przy klasz­to­rze.

- Sły­sza­łam, że dziś zosta­łeś mistrzem szer­mierki - zaczęła.

- Wie­ści tak szybko się roz­cho­dzą? - Z sza­cunku zacze­kał z pierw­szym łykiem her­baty, aż napije się kobieta.

- Gonda jest dobry. Nikt nie spo­dzie­wał się, że pojawi się ktoś lep­szy. - Spoj­rzała na niego z ukosa.

Spu­ścił wzrok na her­batę.

- Wiesz, prawda?

- Ja... usły­sza­łem coś, czego nie powi­nie­nem usły­szeć.

- Pozen nie ukrywa, jakie ma wobec cie­bie plany, Szeth. Od lat kształci cię do tej roli... Robił to już, zanim zosta­łeś ako­litą.

- Dostrze­gam potrzebę, by naj­lepsi żoł­nie­rze dzier­żyli Ostrza Honoru. - Szeth zmu­sił się do wypo­wie­dze­nia tych słów. - To Prawda. By przy­go­to­wać się na przy­by­cie wroga.

- W takim razie dla­czego spra­wiasz wra­że­nie zawsty­dzo­nego?

Spu­ścił wzrok i nie odpo­wie­dział.

Sivi wes­tchnęła i postu­kała jed­nym pal­cem w blat stołu.

- Szeth. Wiesz, dla­czego Pozen wysyła cię na te śmieszne polo­wa­nia?

- Nie pytam, a on nie wyja­śnia.

- Dla­tego, że chce pod­dać pró­bie twoje posłu­szeń­stwo. Pozen chce mieć ako­li­tów, któ­rzy chęt­nie są posłuszni, a niechęt­nie zadają pyta­nia.

- Wydaje się, że to godna podziwu cecha u ako­lity.

- A u współ­pra­cow­nika?

I oto było. Wypo­wie­działa to na głos.

- Tak szybko robisz to, co ci się każe, Szeth - powie­działa Sivi. - Dla­czego?

- Nie jest tak, jak myślisz. - Zaru­mie­nił się.

- A jak myślę?

- Że jestem głupi. Ja jestem posłuszny z wręcz prze­ciw­nego powodu. Jeśli nie dzia­łam szybko... zaczy­nam się zasta­na­wiać. Zaczy­nam zada­wać pyta­nia. Mam... nie­po­korny umysł, hono­rze-nimi.

Nachy­liła się ku niemu.

- Powiedz mi, jakie pyta­nia zada­jesz, Szeth.

Czy odwa­żył się to powie­dzieć? Czy to była próba, by spraw­dzić, czy będzie jej posłuszny, czy też zaprze­czy sam sobie? Grali w tak wiele gie­rek. Może dla­tego w głębi duszy nie­na­wi­dził tego mia­sta, bo tutaj - w końcu - dowie­dział się, że nawet Nio­sący Honor róż­nią się mię­dzy sobą w postrze­ga­niu róż­nych kwe­stii.

- Pozen nie jest naj­lep­szym szer­mie­rzem. - Szeth obser­wo­wał ciemne barwy kłę­biące się w jego her­ba­cie, wypły­wa­jące z torebki. - Już nie, ma pra­wie sześć­dzie­siąt lat. Nikt jed­nak nie rzu­cił mu wyzwa­nia.

- Jest mądry. Bycie naj­lep­szym żoł­nie­rzem nie zawsze ozna­cza naj­szyb­sze posłu­gi­wa­nie się bro­nią. Doświad­cze­nie jest cenne, nawet kiedy ciało zaczyna zwal­niać.

- Wciąż mógłby dzie­lić się swoją mądro­ścią, pod­czas gdy ktoś inny posłu­gi­wałby się Ostrzem.

- Gdyby poja­wiło się praw­dziwe zagro­że­nie, pozwo­liłby jed­nemu ze swo­ich ako­li­tów nieść Honor w bitwie. Jak myślisz, dla­czego szko­limy was wszyst­kich w posłu­gi­wa­niu się tą bro­nią?

- To roz­sądne. Ale jeśli sta­rze­jący się Nio­sący Honor nie jest aż tak wiel­kim pro­ble­mem, to dla­czego wszyst­kim, włą­cza­jąc w to cie­bie i Pozena, tak bar­dzo zależy na tym, bym roz­po­czął piel­grzymkę?

Uśmiech­nęła się, po czym w końcu odchy­liła głowę i wypiła długi łyk. Kiedy odsta­wiła kubek, spoj­rzała mu w oczy.

- Wia­trowy jest pro­ble­mem.

- Nio­sący Honor... - Szeth spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie imię. - Tuko-syn-Tuko?

- Zga­dza się. Uwa­żasz na lek­cjach.

- Oczy­wi­ście, że tak. - Szeth zmarsz­czył czoło. - Po co mia­łyby być lek­cje, gdyby nikt nie uwa­żał?

- Och, Szeth.

Upił łyk her­baty, cie­sząc się jej gorz­kim sma­kiem.

- Zamie­rzasz spy­tać, na czym polega pro­blem z Tuko?

- Czy mam prawo spy­tać?

- Cóż, zosta­wi­łam te drzwi sze­roko otwarte...

- Czy to pro­blem dla Prawdy? I dla obrony naszych ziem?

- Tak.

- W takim razie to mi wystar­czy. - Spoj­rzał jej w oczy. - Od jakie­goś czasu nie sły­sza­łem Głosu.

- Był zajęty.

- A jeśli zostanę Nio­są­cym Honor, to czy dowiem się, kim on jest? I co się tak naprawdę dzieje?

- Jeśli chcesz wie­dzieć.

Chciał? Szeth usiadł wygod­niej na twar­dej ławie i wyj­rzał przez okno na prze­cho­dzą­cych ludzi. Pozen powie­dział, że wedle więk­szo­ści stan­dar­dów Mok­down nie było duże. Sze­thowi trudno było sobie wyobra­zić, że przy więk­szym tłoku na uli­cach powozy i wozy nie miaż­dżyły ludzi i nie wywo­ły­wały cha­osu.

Nikt z tych na zewnątrz nie wie­dział o Gło­sie. Nikogo z nich nie obcho­dziło, że nie wie. Mógł być jak oni.

Ale...

- Po tym, jak znisz­czy­łem najeźdź­ców, Pozen był gotowy cał­ko­wi­cie mnie porzu­cić... wszy­scy byli­ście. Ale kiedy dowie­dzie­li­ście się, że sły­szę Głos, przy­ję­li­ście mnie.

- Kon­tekst się zmie­nił. Na początku byłeś rene­ga­tem, który dzia­łał wbrew inte­re­som Rol­nika. Póź­niej sta­łeś się sługą siły wyż­szej.

- Czyny są wła­ściwe lub niewła­ściwe, tak powinno być. Tego mnie nauczono.

- Kiedy byłeś dziec­kiem, uczono cię tego, co mogło zro­zu­mieć dziecko. Dla­czego niu­anse cię prze­ra­żają, Szeth?

- Ponie­waż nie mogę ich prze­wi­dzieć - szep­nął.

- Minęło dzie­sięć lat, od kiedy chło­piec zna­lazł kamień w ziemi, i nie potra­fił zro­zu­mieć, dla­czego kto­kol­wiek postrzega sytu­ację ina­czej od niego. Nie sądzisz, że od tego czasu tro­chę doj­rza­łeś?

Pod­niósł wzrok znad her­baty. Chwi­leczkę. Ona...

- Twój ojciec i ja roz­ma­wiamy. - Wypo­wie­działa te słowa z tęskną miną i bla­dym uśmie­chem na war­gach.

- Nie odwie­dzasz mia­sta z mojego powodu - powie­dział prze­ra­żony. - Nie tylko z mojego powodu.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Mój ojciec jest here­ty­kiem! Ty jesteś świętą nie­wia­stą!

Prych­nęła z roz­ba­wie­niem i pra­wie wypluła przy tym piwo.

- On by­naj­mniej nie jest here­ty­kiem, a ja jestem jedy­nie w poło­wie święta, Szeth. Wiara two­jego ojca jest silna, ale nie w kwe­stiach, które nie mają zna­cze­nia. Powi­nie­neś kie­dyś go spy­tać.

Tego rodzaju roz­mowy ni­gdy nie szły tak, jak Szeth by tego chciał.

- Zro­bisz to? - spy­tała. - Udasz się na piel­grzymkę, przy­go­to­wu­jąc się do rzu­ce­nia wyzwa­nia Wia­tro­wemu, by zdo­być jego Ostrze?

Piel­grzymka. Musiałby odwie­dzić każdy klasz­tor i uczyć się, jak korzy­stać z każ­dej z Mocy, a następ­nie poko­nać Wia­tro­wego w poje­dynku bez mocy. To nie musiało skoń­czyć się śmier­cią - wszystko zale­żało od tego, czy Tuko z wła­snej woli odda Ostrze. Ale... z tego, co sły­szał Szeth, Wia­trowy nie wyda­wał się czło­wie­kiem, który zre­zy­gno­wałby z Ostrza. Był młody jak na Nio­są­cego Honor. I podobno bar­dzo wprawny.

Po zdo­by­ciu Ostrza - gdyby mu się to udało - Szeth znów musiałby udać się z piel­grzymką do klasz­to­rów i zapre­zen­to­wać się Nio­są­cym Honor, udo­wad­nia­jąc im, że jest godny. Bo ina­czej mogliby całą grupą wyrzec się go i potę­pić to, co zro­bił - i zwró­cić Ostrze poprzed­niemu Nio­są­cemu Honor, jeśli prze­żył, albo zna­leźć kogoś, kto go zastąpi.

To mogło trwać wiele lat. Dzie­się­cio­le­cie. Dłu­żej.

- Szeth? - spy­tała. - Zro­bisz to, o co pro­simy?

- Jak mogę zaufać, że wysłu­cha­nie cię jest wła­ściwe! - Szeth uniósł bez­rad­nie ręce. - Jeśli niu­anse ni z tego, ni z owego zmie­niają, co jest wła­ściwe, a co niewła­ściwe! - Znów opadł na sie­dze­nie, dysząc. Następ­nie jęk­nął cicho. - To brzmiało dzie­cin­nie, prawda?

Kiedy to powie­dział, Sivi wyraź­nie się roz­luź­niła i pocią­gnęła długi łyk trunku.

- Czy tobie spra­wia satys­fak­cję, kiedy jestem sfru­stro­wany?

Unio­sła palec, nie prze­ry­wa­jąc picia. Wypiła całość. Na burze.

Otarła usta.

- Spra­wia mi satys­fak­cję świa­do­mość, że mia­łam rację. Jest w tobie coś skłon­nego do auto­re­flek­sji. Dla­czego to jest dla cie­bie takie trudne, Szeth?

- Ja po pro­stu chcę, żeby było łatwo. Jak kiedy byłem młod­szy.

- To leni­stwo.

Wyce­lo­wała w niego palec i pochy­liła się nad sto­łem. Czę­sto to robiła. Co za pasja. Czy on kie­dy­kol­wiek czuł pasję?

Tak, pomy­ślał. Kiedy cho­dziło o szu­ka­nie odpo­wie­dzi.

- Posłu­chaj - powie­działa Sivi. - Życie nie było łatwe, kiedy byłeś młod­szy, Szeth. Jedy­nie pozwa­lano ci uda­wać, że tak jest. Byli zawsze inni ludzie, któ­rzy podej­mo­wali tego rodzaju decy­zje.

- Ale...

- To, że życie dało ci luk­sus pro­stoty, nie ozna­cza, że świat był magicz­nie mniej skom­pli­ko­wany. Powiedz mi. Nie jesteś zado­wo­lony, że udało ci się wyzwo­lić z tych dzie­cin­nych poglą­dów i zoba­czyć świat takim, jaki jest?

- Ja... - Zado­wo­lony? Z tego wszyst­kiego?

To było... nie­przy­jem­nie bli­skie temu, co myślał wcze­śniej, że chciałby zostać poin­for­mo­wany, gdyby nosił plamy w nie­wła­ściwy spo­sób. Hm. Roz­wa­żył to, kiedy Sivi zamó­wiła kolejny tru­nek u szyn­karki, która krę­ciła się w pobliżu.

Jeśli mylił się na temat reli­gii, to czy chciałby o tym wie­dzieć? Tak. Tak, chciałby. I czy nie cie­szyłby się, że został popra­wiony? W chwili głę­bo­kiej reflek­sji uświa­do­mił sobie swoje błędy. To nie była ich wina, że uży­wali niu­an­sów, lecz jego, że nie chciał ich dostrzec.

- Zro­bię to - powie­dział. - Wyru­szę na piel­grzymkę. Gdy­byś przy­jęła mnie jako pierw­sza, bym ćwi­czył z twoim Ostrzem, spodo­ba­łoby mi się to. Pozwól, że wypeł­nię tu swoje ostat­nie zobo­wią­za­nia, bym został wynie­siony do elity wojow­ni­ków.

Oczy­wi­ście wybrał tę ścieżkę, zamiast zostać pro­wa­dzą­cym nabo­żeń­stwa sza­ma­nem, co było drugą moż­li­wo­ścią dla ako­lity.

- Dosko­nale.

- Co byś zro­biła, gdy­bym nie był gotowy przy­jąć two­jej rady?

- Nie byłby to pierw­szy raz. - Wes­tchnęła, a gdy spoj­rzał na nią pyta­jąco, mówiła dalej. - Troje z innych obec­nych Nio­są­cych Honor szko­liło się u Pozena... on ma szó­sty zmysł do wyszu­ki­wa­nia uzdol­nio­nych wojow­ni­ków. Ale udo­wod­nił rów­nież, że wpraw­nie znaj­duje ludzi, któ­rzy będą ska­kać na każdy jego roz­kaz. Wydaje mi się wręcz, że on pra­gnie mieć słu­żą­cych, nie zaś współ­pra­cow­ni­ków. - Ski­nęła mu głową, wstała i wzięła piwo z tacy. - Muszę jesz­cze kogoś odwie­dzić. Do zoba­cze­nia w moim klasz­to­rze za kilka mie­sięcy.

Szeth pró­bo­wał nie myśleć o tym, z kim się spo­ty­kała. Zanim Sivi wyszła, cof­nęła się i pochy­liła nad nim.

- Pozen cię wyko­rzy­stuje. Pamię­taj o tym.

- A ty? Czy ty mnie wyko­rzy­stu­jesz?

Puściła do niego oko.

- Nie robię tego dla­tego, że ty tego chcesz. Albo on. Robię to dla odpo­wie­dzi. Dowiem się, czym jest Głos - stwier­dził.

- Wszy­scy na to liczymy, Szeth. - Z tymi sło­wami ode­szła... zabie­ra­jąc kubek.

Szeth przed wyj­ściem zapła­cił za naczy­nie. Dar­mowe napoje to jedno, ale nie powinni wyko­rzy­sty­wać gospody, zabie­ra­jąc z niej kubki.

74. Co uczynił z nas wszystkich

74

Co uczy­nił z nas wszyst­kich

Jasnah twier­dzi, że ist­nie­niu wszech­moc­nego i wszech­mi­ło­sier­nego Boga zaprze­czają dowody w postaci krzywd, jakie wyrzą­dza­nie są nie­win­nym, na przy­kład dziecko, które cho­ruje i umiera.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Sig­zil ści­skał swo­jego giermka Detiego pośrodku pola bitwy i krzy­czał. O pomoc, o Burzowe Świa­tło, o uzdro­wi­ciela. Jego słowa nik­nęły w cha­osie czer­wo­nych bły­ska­wic i krzy­czą­cych żoł­nie­rzy, gdy siły wroga wle­wały się przez otwór wybity przez mar­twego ska­ło­grz­mota. Ich obrona znów została prze­rwana. Wokół niego z ziemi wzno­siły się bły­ska­wice, gdy burzo­formy wyko­rzy­sty­wały swoją moc jakby w odbi­ciu tej na górze.

Deti miał krew na war­gach i drżał, oto­czony przez bólo­spreny - jak malut­kie pozba­wione ciał ręce, szar­piące pal­cami zie­mię, gdy się poru­szały. Deti dyszał ciężko i bra­ko­wało mu Burzo­wego Świa­tła, które wyczer­pało się w ich star­ciu z Isto­tami z Nie­bios.

- Weź moje! - powie­dział Sig­zil. - Weź moje Świa­tło, Deti!

Ale klej­noty Sig­zila były opróż­nione.

Deti uniósł dłoń do twa­rzy, na któ­rej mie­szały się krew i deszcz, i sap­nął.

- Nad­cho­dzi! - wykrzyk­nął. - Noc Smut­ków! Stoję na skraju świtu i patrzę, jak nad­cho­dzi, pochła­nia­jąc wszel­kie świa­tło, wszel­kie życie, wszelką nadzieję! NAD­CHO­DZI!

Świa­tło Detiego zga­sło. Sig­zil znów krzyk­nął i pochwy­cił lancę mar­twej Istoty z Nie­bios, która leżała na ziemi w miej­scu, gdzie Sig­zil zrzu­cił jej ciało. Uniósł broń, która wyssała Burzowe Świa­tło Detiego, i ryk­nął w noc, szu­ka­jąc wro­gów do zabi­cia.

Zna­lazł ich wielu.

- Sig­zilu - szep­nęła Vienta. - Dowo­dzisz. Nie możesz sobie pozwo­lić na wście­kłość. Musisz wyco­fać się i zna­leźć Burzowe Świa­tło.

Pośpie­szył w stronę grupy żoł­nie­rzy oto­czo­nych przez Kró­lew­skich w zgro­zo­for­mie, z masywną, kol­cza­stą sko­rupą i świe­cą­cymi czer­wo­nymi oczami. Sig­zil prze­bił się przez ich sze­regi, zabi­ja­jąc bro­nią, która mogła wyssać ich Pust­kowe Świa­tło - wypusz­czała je w noc, bo klej­not na ręko­je­ści lancy popę­kał w cza­sie upadku. Robił to wszystko, jed­no­cze­śnie dzier­żąc Vientę jako krótki szty­let w dru­giej ręce.

Prze­bił się i zna­lazł wśród żoł­nie­rzy dwójkę Tan­ce­rzy Kra­wę­dzi. Zale­d­wie kilka stóp od umie­ra­ją­cego męż­czy­zny, któ­remu mogliby pomóc, gdyby tylko wie­dzieli. To spra­wiło, że u jego stóp zago­to­wało się jesz­cze wię­cej zło­ścio­spre­nów.

Musisz prze­gru­po­wać nasze siły, powie­działa Vienta. Nie spro­wa­dzisz Detiego z powro­tem. Czas się wyco­fać.

Sig­zil wciąż zabi­jał, wro­go­wie zawsze go nie doce­niali, bo był niż­szy od więk­szo­ści Ale­thyj­czy­ków, któ­rzy go ota­czali. I, na burze, logiczna część jego umy­słu nie chciała się uci­szyć. Zga­dzała się z Vientą. Kiedy stwo­rzył wyłom dla tych żoł­nie­rzy, popro­wa­dził ich i Tan­ce­rzy Kra­wę­dzi w stronę sta­bi­li­zu­ją­cego się sze­regu ludzi na tyłach Naraku Czwar­tego. Ode­słał Ostrze i rzu­cił ukra­dzioną lancę zbroj­mi­strzowi, po czym wziął klej­noty od mło­dego gońca, któ­rego zada­niem było dostar­cza­nie ich Świe­tli­stym na polu.

Była ich tylko garść, bo musieli je racjo­no­wać. Kiedy ci burzowi Kowale Więzi wrócą? Sig­zil rozej­rzał się po ciem­nym pła­sko­wyżu, peł­nym syl­we­tek o czer­wo­nych oczach, i wie­dział, że prze­grali. Dołą­czył do niego Winn, stary gene­rał o siwej czu­pry­nie.

- Roz­kazy, panie?! - krzyk­nął gene­rał ponad dud­nie­niem gromu.

- Czas się wyco­fać. - Sig­zil ode­tchnął głę­boko, a po jego twa­rzy spły­wały strugi desz­czu. Taki był jego plan, ale, na burze, miał nadzieję utrzy­mać się przez jesz­cze jeden dzień. - Wydaj roz­kaz.

Kiedy Winn to zro­bił, Sig­zil posłał Vientę, by poin­for­mo­wała o sytu­acji jego gierm­ków, lata­ją­cych parami nad nimi. Spoj­rzał ponad pła­sko­wy­żem w stronę wypu­kło­ści, którą był Deti, leżący mar­twy na kamie­niu, i poczuł zdra­dziecką bez­rad­ność.

Na burze, pomy­ślał. To wła­śnie czuł Kal, prawda? I to w końcu go zła­mało?

To, co zno­sił ich kapi­tan, mogło być dla niego nauką. Nie było winą Sig­zila, lecz wro­gów, że jego gier­mek zgi­nął. Bar­dzo się sta­rał stłu­mić myśli o tym, co mógł zro­bić ina­czej, czy to w cza­sie szko­le­nia, czy w dzi­siej­szej walce, by lepiej ochro­nić Detiego. Sku­pił się za to na poma­ga­niu żywym. Pomo­gło, do pew­nego stop­nia.

Kiedy przy­był jego spren, zużył tro­chę cen­nego Burzo­wego Świa­tła, by wznieść się w powie­trze i ochro­nić tyły żoł­nie­rzy. Widział, że dodaje im otu­chy widok jego syl­wetki ze sre­brzy­stą włócz­nią. Sta­wiali sil­niej­szy opór i robili się odważ­niejsi, gdy grupy żoł­nie­rzy docie­rały do tego bastionu obrony. Kolejni Tan­ce­rze Kra­wę­dzi prze­śli­zgi­wali się po pła­sko­wyżu, wra­ca­jąc z miejsc, gdzie oskrzy­dlali wro­gów. Znaj­do­wali ran­nych, uzdra­wiali ich i nie­śli w bez­pieczne miej­sce. Sig­zil wezwał do odwrotu, pod­czas gdy Ściana Burzy i jego Odpry­skowi utrzy­my­wali przy­czó­łek mostu.

Ich odwrót spra­wił, że zna­leźli się na Naraku Dru­gim, pła­sko­wyżu z Bramą Przy­sięgi, który był połą­czony ze wszyst­kimi bocz­nymi pła­sko­wy­żami. Narak Pierw­szy był na wscho­dzie, a Trzeci na połu­dnio­wym zacho­dzie. Jego oddzia­łom udało się zejść ze znisz­czo­nego pła­sko­wyżu, a Skalni Straż­nicy znisz­czyli most.

- Wróg wygląda, jakby świę­to­wał - szep­nęła mu Vienta do ucha. - Nie widzę wska­zó­wek, by zamie­rzali dziś pro­wa­dzić dal­sze natar­cie. Dobra robota.

Sig­zil ski­nął krótko głową, ale nie czuł tego. Tak, jego plan na razie dzia­łał - ale jeśli będą musieli wciąż racjo­no­wać Burzowe Świa­tło...

Bli­zna i Ley­ten wylą­do­wali i zagad­nęli go. Sig­zil powie­dział im cicho o Detim. Bli­zna już wie­dział, bo jego oddział prze­le­ciał kilka razy nad zdo­by­tym przez wroga pła­sko­wy­żem w poszu­ki­wa­niu oca­la­łych. Widzieli ciało. W pobliżu gene­ra­ło­wie nara­dzali się, jak ścią­gnąć uwagę wroga na Narak Trzeci, inny pła­sko­wyż, na któ­rego utratę mogli sobie pozwo­lić. To było trudne, choć Sig­zil miał pewne pomy­sły.

Na razie mar­twiło go coś innego.

- Ley­te­nie, Bli­zno. Deti wypo­wie­dział w chwili śmierci Śmier­telne Słowa. Moelach tu jest.

Ley­ten chrząk­nął.

- Rozej­rzę się i zoba­czę, czy ktoś jesz­cze sły­szał dziś coś od umie­ra­ją­cych. Ale nie przej­muję się zbyt­nio. Moelach ni­gdy nie bie­rze udziału w walce.

- Mogą być inni Nie­stwo­rzeni - ostrzegł Sig­zil. - Prze­każ­cie to żoł­nie­rzom.

- Da się zro­bić - odparł Bli­zna. - Nie obwi­niasz się o to, prawda?

- Bar­dzo się sta­ram, ale wie­cie, jak to jest.

Ley­ten poki­wał głową.

- Wolał­bym, żeby tak nie było, ale wiem.

- Sku­pię się na następ­nej fazie naszej stra­te­gii i te aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nia odwrócą moją uwagę. Nie mogę sobie teraz pozwo­lić na roz­czu­la­nie się nad sobą, gene­ra­ło­wie i żoł­nie­rze muszą wie­dzieć, że jestem dumny z tego, jak wal­czyli i że tak dosko­nale zre­ali­zo­wali mój plan.

- Na burze - powie­dział Ley­ten. - Sig, ty naprawdę brzmisz jak przy­wódca.

Naprawdę? Tak.

- To wina Kala­dina. - Udało mu się uśmiech­nąć blado, mimo że dzień był ponury. - I tego, co uczy­nił z nas wszyst­kich.

- Wina Kala­dina - zgo­dził się Bli­zna. - Burzowy czło­wiek i jego inspi­ru­jące zacho­wa­nie.

- Ktoś z was widział w cza­sie walki Moasha?

- Nie - odparł Ley­ten. - Ale roz­glą­damy się. W chwili, gdy się pojawi, na pewno damy ci znać. I zapłaci za wszystko.

* * *

Chaos cofał się wokół Shal­lan, ale nie poja­wiła się w wizji - nie do końca. Zamiast tego skom­pli­ko­wane prądy Kra­iny Ducha stwo­rzyły przed nią coś w rodzaju muru. Zamglone szkło roz­ra­stało się z tą samą peł­za­jącą nie­pew­no­ścią co szron na szy­bie, two­rząc sze­roką, w przy­bli­że­niu okrą­głą kolumnę.

Następne poja­wiły się deski uło­żone na róż­nych pozio­mach wokół szkla­nej kolumny - a Shal­lan mogła się po nich wspiąć, jakby stała na swego rodzaju dziw­nym rusz­to­wa­niu na zewnątrz rze­czy­wi­sto­ści. Wzór i Testa­ment poja­wili się razem z nią, a póź­niej wyżej - bo rusz­to­wa­nie miało poziomy, które nie łączyły się ze sobą - Rlain, Rena­rin i ich spreny.

Po trzech pró­bach zaczęła się przy­zwy­cza­jać do pro­cesu. Wszystko zostało stwo­rzone przez Rena­rina i Glys, wyko­rzy­stu­jąc instynk­towną wie­dzę Rena­rina, jak to powinno wyglą­dać - odtwo­rzył rusz­to­wa­nie, które w mło­do­ści widział w sąsiedz­twie klasz­toru.

Shal­lan krą­żyła wokół kolumny, szu­ka­jąc dobrego miej­sca, żeby zaj­rzeć do środka. Rena­rin sądził, że zamglone szkło było wizu­al­nym odzwier­cie­dle­niem nie­pew­no­ści tego miej­sca - ale nie­które frag­menty były nieco mniej nie­prze­zro­czy­ste. Dostrze­gła jedno i uklę­kła na desce, by przyj­rzeć się bitwie po dru­giej stro­nie. Dali­nar i Navani już od jakie­goś czasu wędro­wali przez Spu­sto­sze­nia, a za pomocą tej kolumny Glys i Tumi pozwa­lali gru­pie Shal­lan je obej­rzeć.

Oglą­dali kolejne Spu­sto­sze­nia - cza­sami dzie­liły je setki lat - gdy Kowale Więzi prze­cho­dzili z cie­niodni w stronę przy­szło­ści. W ostat­niej Shal­lan widziała ludzi ze spre­nami i mocami - wcze­snych Świe­tli­stych Ryce­rzy, łącz­nie z Pan­ce­rzami Odpry­sku z pro­mie­ni­stymi gli­fami. Dali­nar sko­czył pro­sto do cza­sów Noha­dona i stwo­rze­nia Świe­tli­stych.

Na razie nie dostrze­gli śladu Mra­ize'a ani Iyatil - ani wewnątrz wizji, ani poza nimi. Ale z pew­no­ścią tam byli, podą­ża­jąc za Dali­na­rem, bo wie­rzyli, że jego misja poszu­ki­wa­nia Honoru dopro­wa­dzi ich rów­nież do Mish­ram. Polem bitwy tego dnia był Shi­no­var, który zmie­nił się przez tysiąc­le­cia dzie­lące ich od pierw­szej wizji. Miej­sca, gdzie kie­dyś była tylko mokra zie­mia, pokry­wał teraz dywan roz­le­ni­wio­nej trawy. Wokół rosły kępy drzew, jak grupki gości roz­ma­wia­ją­cych ze sobą na przy­ję­ciu.

Dziwne, jak czę­sto w tych wizjach do walk docho­dziło w Shi­no­va­rze - izo­lu­ją­cym się kró­le­stwie, które w tam­tych cza­sach naj­wy­raź­niej nie było aż tak nie­do­stępne. Spoj­rzała przez bar­dziej prze­zro­czy­sty frag­ment szkła. Te świe­tli­ste posta­cie opa­da­jące z nieba... to byli Wia­trowi. Dali­nar i Navani kie­ro­wali się pro­sto w stronę Odstęp­stwa - dnia, kiedy przy­sięgi zła­mano, i źró­dła tajem­nic, któ­rych poszu­ki­wali wszy­scy.

- Widzia­łaś tych Wia­tro­wych? - spy­tał Rena­rin. Deski pod jego sto­pami trzesz­czały, kiedy się zbli­żał. - I tym razem żoł­nie­rze mają porządną broń z brązu. Sądzę, że w końcu robią postępy w tech­nice, zamiast tra­cić je w cza­sie każ­dego Spu­sto­sze­nia.

- Jeste­śmy za daleko od miej­sca, w któ­rym wszystko się dzieje. - Shal­lan zmru­żyła oczy. - Możesz nas przy­bli­żyć?

- Poroz­ma­wiam z Gly­sem.

Nagle ich okno patrzyło w sam śro­dek bitwy z pie­śnia­rzami - co było jed­nym wiel­kim cha­osem. Tak, Świe­tli­ści tam byli, ale nie w cha­rak­te­ry­stycz­nych mun­du­rach, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona. Jed­nak ludzcy żoł­nie­rze choć raz stali w szyku. Wielki mur z tarcz z włócz­niami.

- To wygląda nie­mal współ­cze­śnie - powie­dział sto­jący gdzieś w pobliżu Rlain. - Wasi ludzie wyko­rzy­stują tutaj tę samą tak­tykę, co prze­ciwko moim roda­kom na Strza­ska­nych Rów­ni­nach.

- Nie do końca - sprze­ci­wił się Rena­rin. - To mur z tarcz, ow­szem, ale nie współ­cze­sny ela­styczny szyk. Żad­nych piki­nie­rów, żad­nej kawa­le­rii ani cięż­kiej pie­choty, jedy­nie dobrze wyćwi­czona lekka pie­chota. To na­dal wiele tysięcy lat temu, ale coś wiel­kiego się zmie­niło.

- Obróbka metali - zauwa­żył Rlain.

- Bar­dziej to, że udaje im się zacho­wać cią­głość - sprze­ci­wiła się Shal­lan. - Ludzie mogą w końcu robić postępy, gdy spo­łe­czeń­stwo nie zostaje uni­ce­stwione za każ­dym razem, kiedy wra­cają Sto­pieni.

- Zga­dza się - powie­dział Rena­rin. - Bo choć nawet Odstęp­stwo kryje się w cie­niu, dużo się dowie­dzie­li­śmy z wcze­śniej­szych wizji ojca i mamy pewne frag­menty tek­stów. W tym okre­sie Świe­tli­ści stali się trwa­łym ele­men­tem łączą­cym ludzi mię­dzy Powro­tami, grupą wojow­ni­ków szko­lą­cych się w cza­sie dzie­się­cio­leci pokoju i goto­wych do walki, kiedy nie­uchron­nie docho­dziło do bitwy.

- Straż­nicy na brzegu - szep­nęła Shal­lan.

- Prze­ciwko moim roda­kom - stwier­dził Rlain.

- Prze­ciwko naj­gor­szym instynk­tom wszyst­kich. - Shal­lan cof­nęła się od okna. - Rla­inie, sam mi opo­wia­da­łeś o tym, jak słu­cha­cze odmó­wili dal­szej walki... i ode­szli. Sto­pieni uci­skali nie tylko nas. Robili to samo z two­imi roda­kami.

Rlain pokrę­cił głową.

- To zbyt uprosz­czone wyja­śnie­nie, Shal­lan. Jedna strona eska­luje, więc druga musi jej dorów­nać... albo posu­nąć się dalej. Sto­pieni nie powsta­liby, gdyby ludzie nie zaczęli prze­ra­stać ziemi, którą otrzy­mali. Herol­do­wie nie ist­nie­liby, gdyby nie stwo­rzono Sto­pio­nych, by zapo­biec ich wtar­gnię­ciu. Z kolei wtedy Sto­pieni umoc­nili się i za każ­dym powro­tem byli coraz bar­dziej zde­ter­mi­no­wani, uczyli się, jak wal­czyć i poko­nać Herol­dów. Ludzie zostali zruj­no­wani, co dopro­wa­dziło do stwo­rze­nia Świe­tli­stych. Wojna po pro­stu krę­ciła się, i krę­ciła, i krę­ciła. Mogę potę­piać roz­lew krwi, ale nie mam pre­ten­sji do sta­ro­żyt­nych pie­śnia­rzy. Ludzie zła­mali obiet­nice i doko­nali inwa­zji. Co im zostało, jak nie walka?

Shal­lan znów wyj­rzała przez okno i zoba­czyła grupę Sto­pio­nych - Istot Spo­tę­go­wa­nych - które wbiły się w falangę ludzi, wyrzu­ca­jąc ich w powie­trze. Nade­szli Skalni Straż­nicy i rzu­cili się, by ich powstrzy­mać, ich błysz­czące zbroje wyda­wały się nie na miej­scu na polu bitwy. Zasad­ni­czo byli współ­cze­snymi Odpry­sko­wymi pośród zwy­kłych żoł­nie­rzy w dopa­so­wa­nych napier­śni­kach z brązu - podobne widziała kie­dyś w muzeum w Khar­bran­cie.

- Ja... - zaczęła. - Rla­inie, pie­śnia­rze słu­żyli Odium.

- Ponie­waż inni bogo­wie odmó­wili im pomocy. - Zanu­cił w łagod­nym ryt­mie. - Ta sta­ro­żytna wojna zakoń­czyła się maso­wym znie­wo­le­niem moich roda­ków, poza nie­wielką garstką. Czy to jedyna akcep­to­walna odpo­wiedź? Jeden lud lub inny muszą zostać pod­po­rząd­ko­wane albo nawet znisz­czone?

- Rla­inie, mój ojciec stara się zakoń­czyć tę wojnę poko­jem - powie­dział Rena­rin. - Jest gotów zary­zy­ko­wać naszą ojczy­znę. Ist­nieją inne odpo­wie­dzi. Muszą ist­nieć.

- Jeśli Odium pozwoli, by któ­ra­kol­wiek z tych odpo­wie­dzi została wpro­wa­dzona w życie. A co pokój two­jego ojca da moim roda­kom? Zostali porzu­ceni na pastwę wro­giego boga. Chciał­bym... chciał­bym, żeby dało się coś zro­bić, nie tylko dla ludzi, ale i dla pie­śnia­rzy.

Zamil­kli i patrzyli na śmierć na sta­ro­żyt­nym polu bitwy. Shal­lan pró­bo­wała zna­leźć w tym sens, spraw­dzić, czy uda jej się dostrzec Dali­nara i Navani. Ale byli za bli­sko.

- Czy możesz nas prze­nieść na szczyt tam­tego wzgó­rza? - spy­tała.

- To nie jest mapa, którą two­rzysz z ojcem, Shal­lan - powie­dział Rena­rin. - Nie mogę po pro­stu nas prze­no­sić. Glys mówi, że mamy szczę­ście, że cokol­wiek widzimy.

- Spró­buj, pro­szę.

Shal­lan nie mogła pozwo­lić sobie na roz­pro­sze­nie histo­rycz­nymi impli­ka­cjami tego wszyst­kiego - była tu, by powstrzy­mać Mra­ize'a i Iyatil.

Rena­rin i Glys poroz­ma­wiali, a wtedy ich okno prze­sko­czyło na szczyt wzgó­rza. Nie tego, o które pro­siła, ale nada­wało się. Jak zapew­nił ich Glys, okno nie było widoczne dla tych wewnątrz wizji. Wciąż było to dziwne - żoł­nie­rze prze­bie­gali przez nich, niczego nie zauwa­ża­jąc.

- Tam.

Shal­lan zna­la­zła Dali­nara i Navani, któ­rzy obser­wo­wali wszystko ze szczytu innego wzgó­rza. Uśmiech­nęła się, bo ich widok przy­po­mniał jej Ado­lina - miała nadzieję, że jemu jest łatwiej niż jej. Dali­nar i Navani naj­pew­niej będą obser­wo­wać tę wizję tylko przez krótki czas, w miarę moż­li­wo­ści dowie­dzą się, który to rok, a póź­niej wyko­rzy­stają kotwicę, by prze­sko­czyć do kolej­nego Spu­sto­sze­nia.

Miała nadzieję, że nie pominą naj­waż­niej­szych momen­tów, co wyma­ga­łoby cof­nię­cia się. Ale odno­siła wra­że­nie, że sam los - albo moc two­rząca Kra­inę Ducha - roz­po­zna­wały, które wyda­rze­nia są zna­czące. Może dla­tego, że ludzie i pie­śnia­rze nada­wali im zna­cze­nie. Tego rodzaju rze­czy odbi­jały się echem i pozwa­lały też odro­binę prze­wi­dzieć przy­szłość. Tref­niś, jak sam wyja­śniał, przy­był na Roshar wła­śnie dla­tego, że wyczu­wał nie­uchron­nie nad­cho­dzące ważne wyda­rze­nia. Raz nawet uczest­ni­czył w świę­cie w pobliżu jej rodzin­nej posia­dło­ści.

Dwoje Herol­dów wspięło się na pobli­skie wzgó­rze i Shal­lan odwró­ciła wzrok.

Shal­lan... - powie­działa Woal w jej wnę­trzu.

Zmu­siła się, by znów spoj­rzeć. Na kobietę o rudych wło­sach, idącą obok króla Jezriena.

Impli­ka­cje tego są onie­śmie­la­jące, pomy­ślała Świe­tli­sta.

I tak musimy przy­znać, że je dostrze­gamy, stwier­dziła Woal.

Na razie Shal­lan się odwró­ciła.

- Co to? - Wska­zała na pociem­niały obszar, gdzie na trawę padał cień, choć nie było żad­nej widocz­nej chmury.

Pod­szedł do niej Rena­rin.

- Glys mówi, że jedno z Nie­stwo­rzo­nych tu jest. To... Shal­lan, to Ba-Ado-Mish­ram. Nie praw­dziwa, rzecz jasna... histo­ryczna rekon­struk­cja w wizji.

W cza­sie wcze­śniej­szych bitew uda­wało im się dostrzec innych Nie­stwo­rzo­nych i Shal­lan czuła iry­ta­cję, że nie widziała ich stwo­rze­nia. To wyda­rze­nie było tajem­nicą nawet dla spre­nów. Czym byli Nie­stwo­rzeni? Tak czy ina­czej, ni­gdy wcze­śniej nie zauwa­żyli Mish­ram w jed­nej z wizji.

- Wcho­dzę - zde­cy­do­wała Shal­lan. - Powiedz Gly­sowi, żeby mnie wysłał.

- Powie­dzie­li­śmy, że zosta­niemy na zewnątrz. - Rena­rin zesko­czył na jej poziom, aż rusz­to­wa­nie zadrżało. - Będziemy wysy­łać tylko ilu­zje.

- Powie­dzie­li­śmy, że będziemy wysy­łać ilu­zje do czasu, aż zoba­czymy coś waż­nego - sprze­ci­wiła się. - Jestem świa­doma, że powstrzy­ma­nie Mra­ize'a i Iyatil jest naj­waż­niej­sze, ale może kon­takt z Mish­ram, nawet histo­ryczną, coś nam powie.

- Wciąż chcesz zna­leźć wię­zie­nie, prawda? - spy­tał Rena­rin. - Czy uda nam się naj­pierw powstrzy­mać Ducho­kr­wi­stych, czy nie?

I... czy on nucił w ryt­mie?

Rlain pod­szedł do kra­wę­dzi wyż­szego rusz­to­wa­nia.

- Myślę, że ona powinna wejść, Rena­ri­nie. Plan działa... rozej­rze­li­śmy się po oko­licy i poszu­ka­li­śmy Ducho­kr­wi­stych. Do tego w tym ukła­dzie możemy obaj mieć na nią oko.

- Dobrze - zgo­dził się Rena­rin. - Poma­chaj, jeśli coś będzie nie tak, a wtedy cię wycią­gniemy.

Shal­lan poki­wała głową i mgnie­nie oka póź­niej zna­la­zła się wewnątrz wizji.

75. Rodzina

75

Rodzina

16 LAT WCZE­ŚNIEJ

W dniu, w któ­rym miał wyru­szyć na piel­grzymkę, by zostać Nio­są­cym Honor, Szeth spę­dził ranek w ogro­dzie kamieni klasz­toru. Tego dnia miał odejść, by szko­lić się z Sivi - a póź­niej z każ­dym z Nio­są­cych Honor po kolei, by zdo­być ich umie­jęt­no­ści. Cóż, z wyjąt­kiem mocy Skal­nych Straż­ni­ków - nie mieli Ostrza Tal­muta-syna-Boga - i Kowala Więzi. To Ostrze nale­żało do przy­wódcy zwy­kłych ludzi i było prze­ka­zy­wane zgod­nie z inną tra­dy­cją.

Tego dnia Szeth modlił się, pochy­lony przed wspa­nia­łym kamie­niem - sze­ro­kim na dwie stopy i prze­cię­tym żyłą krysz­tału. Z jed­nej strony miał otwór jak usta, a krysz­tały two­rzyły jego zęby. Spren tego kamie­nia z pew­no­ścią robił wra­że­nie osten­ta­cyj­nego.

- Spre­nie - szep­nął. - Pokie­ruj mną w swej mądro­ści.

Każda ważna chwila jego życia wią­zała się z kamie­niem, czyż nie? Czy ten odpo­wia­dał na jego spoj­rze­nie? Z waha­niem wycią­gnął rękę i poło­żył na nim dłoń, poczuł ziar­ni­stą struk­turę jego powierzchni i wysta­jące malut­kie kawałki prze­zro­czy­stego krysz­tału. Co za dziwne wra­że­nie, jakby skóra jakiejś bestii.

Przez chwilę czuł... wspo­mnie­nia. Jakby... ten kamień przy­był z innego miej­sca i pamię­tał, jak był nie­siony... przez grupę prze­ra­żo­nych ludzi...

Czy to ty? - zasta­na­wiał się. Czy jesteś spre­nem, za któ­rym podą­żam?

Ach, Szeth, odpo­wie­dział Głos, i wra­że­nie było inne, a wspo­mnie­nia znik­nęły. Nie myśl, że cię igno­ro­wa­łem. Po pro­stu byłeś w dobrych rękach. Dokończ piel­grzymkę. Wtedy się spo­tkamy.

- Dzię­kuję - szep­nął Szeth.

Twoje życie ma cel, Szeth. Wszystko, co się wyda­rzyło, ja zor­ga­ni­zo­wa­łem. Masz zna­cze­nie, bo twoje zna­cze­nie jest czę­ścią mojego zna­cze­nia.

Te słowa.

Te słowa były tym, czego potrze­bo­wał - przy­po­mnie­niem, że jego życie nie było przy­pad­kiem.

Ostrze­gam cię, powie­dział Głos, że ten następny etap będzie naj­trud­niej­szy. Tra­fisz mię­dzy takich, któ­rzy nie darzą mnie takim sza­cun­kiem jak Pozen. Nie zgub się.

Przy­naj­mniej nie będzie sam.

Będziesz ze mną, prawda? - spy­tał Głos.

Żad­nej odpo­wie­dzi.

- Ojciec pla­nuje podą­żyć za tobą, Szeth.

Otrzą­snął się z medy­ta­cji i stał się świa­domy cichego stru­mie­nia, skła­da­ją­cego się z wielu szy­bek świe­tlika, przez który prze­ni­kało sło­neczne świa­tło, i pie­rza­stych liści osła­nia­ją­cych róż­no­rodne kamie­nie. Nikt nie odwa­żyłby się prze­szko­dzić mu w ostat­niej medy­ta­cji... poza Elid.

W drzwiach stała szczu­pła kobieta, podob­nie jak Szeth obda­rzona żyla­stą siłą ich matki. Cza­sami widy­wał Elid na brzegu rzeki, gdy ćwi­czyła i uczyła się posłu­gi­wać mie­czem z sza­ma­nami. W tym mie­ście wszy­scy, któ­rzy doty­kali kamie­nia, mieli prawo - jeśli zechcieli - uczyć się posłu­gi­wa­nia bro­nią razem z sza­ma­nami. Uznał to za dziwne - a może dziw­nie zachę­ca­jące - że w tym miej­scu nie lek­ce­wa­żono wal­czą­cych jako "tych, któ­rzy odej­mują". Jedy­nie "tych, któ­rzy doty­kają kamie­nia". To było nie­wła­ściwe, ale cza­sami nie­wła­ściwe... wyda­wało się lep­sze.

I w rze­czy samej, Elid nosiła u pasa krótki miecz - sym­bo­li­zu­jący jej odda­nie Praw­dzie.

Odwró­cił się od kon­tem­pla­cji kamie­nia.

- Nie wolno ci wcho­dzić do klasz­toru, Elid.

- Zasta­na­wia­łam się nad wstą­pie­niem. Roz­ma­wia­łam z kil­koma sza­ma­nami. Powie­dzieli mi, że powin­nam się rozej­rzeć.

- Twoje próby omi­nię­cia kon­we­nan­sów są jak zawsze nie­zręczne. Uda­wa­nie, że chcesz wstą­pić tylko po to, by ze mną poroz­ma­wiać, jest nie­sto­sowne.

- Ale zadzia­łało.

- W cza­sie medy­ta­cji powi­nie­nem być sam.

- Co ozna­cza, że możemy poroz­ma­wiać w cztery oczy.

Wes­tchnął i roz­wa­żył zawo­ła­nie sza­mana, by ją wyrzu­cił.

- Czy ty w ogóle mnie sły­sza­łeś? - spy­tała. - Ojciec pla­nuje udać się z tobą. Znowu. Kiedy wyru­szysz na piel­grzymkę.

Szeth poczuł nagłą, głę­boką ulgę. Nie myślał... ale oczy­wi­ście. Neturo zamie­rzał zro­bić to, co zawsze. Choć nie­któ­rzy mło­dzi męż­czyźni uda­wa­liby zaże­no­wa­nych pomy­słem, że ich ojciec mógłby z nimi podró­żo­wać, Szeth nie potrze­bo­wał takich kłamstw.

- Nie spo­dzie­wa­łem się, że to zrobi, ale nie jestem zasko­czony. Tak zacho­wy­wał się w prze­szło­ści.

- Musisz mu powie­dzieć, żeby został - stwier­dziła Elid.

- Dla­czego?

Weszła w głąb ogrodu i nawet się nie zatrzy­mała, by pomo­dlić się do mija­nych kamieni.

- Szeth! On tu coś zbu­do­wał! Jest bur­mi­strzem.

- Dziwne sta­no­wi­sko. Dla­czego pozwa­lać, by ludzie wybie­rali przy­wódcę, zamiast zaufać spre­nom? W domu niczego takiego nie mie­li­śmy.

- Bo byli­śmy zaco­fa­nymi paste­rzami!

Przez chwilę myślał, że zatrzy­mała się, by oddać cześć kamie­niowi, ale nie, to nie­moż­liwe... Elid prze­sko­czyła nad frag­men­tem ogrodu, ze ścieżki na ścieżkę, by sta­nąć obok Sze­tha. Ta kobieta...

- Nie możesz pozwo­lić, by z tobą odszedł, Szeth. - Góro­wała nad nim, kiedy klę­czał na mięk­kiej, poro­śnię­tej mchem ziemi, wciąż trzy­ma­jąc dłoń na kamie­niu. - Postąp wła­ści­wie... pozwól mu zostać.

- Ja mu na nic nie pozwa­lam ani do niczego go nie zmu­szam, Elid.

- Nic nie mówisz, ale bar­dzo dużo suge­ru­jesz.

- A ty cią­gle tak wiele zakła­dasz. - Pomo­dliw­szy się cicho, zdjął dłoń z kamie­nia i wstał... pró­bu­jąc osło­nić kamień przed ata­kiem zło­ści Elid. - Może ojciec chce wyru­szyć na piel­grzymkę. Może chce zamiesz­kać w klasz­to­rze Kształ­tu­ją­cych. Może ma... swoje powody.

Elid zaga­piła się na niego.

- Ty wiesz.

- O ojcu i Sivi? Tak. Domy­śli­łem się.

Znów się zaga­piła, stała z otwar­tymi ustami.

- O co cho­dzi? - spy­tał.

- Po pro­stu myśla­łam, że gdy­byś wie­dział, każ­dego dnia pra­wił­byś mu kaza­nia na temat jego grzesz­no­ści, Szeth. Co, besz­tasz go w cza­sie obiadu, kiedy mnie nie ma w oko­licy?

Zaru­mie­nił się i zaczął wycho­dzić z ogrodu kamieni. Mogli przy­naj­mniej odbyć tę roz­mowę w mniej uświę­co­nym miej­scu.

- Naprawdę cię to nie obcho­dzi? - Przy­śpie­szyła, by dotrzy­mać mu kroku. - Nie sądzisz, że to, co oni robią, jest nie­wła­ściwe?

- To matka zosta­wiła jego.

- Może wró­cić!

Przy­sta­nął, zmu­sza­jąc Elid, by zatrzy­mała się gwał­tow­nie. Spoj­rzał jej pro­sto w oczy, bo byli nie­mal tego samego wzro­stu.

- Ty - wbiła mu palec w pierś - będziesz musiał spę­dzić całe mie­siące w każ­dym klasz­to­rze. Jeśli ojciec uda się z tobą, wkrótce będzie ozna­czało to koniec dla niego i Sivi.

- Czyli popie­rasz ich zwią­zek?

- Popie­ram wszystko, co nie roz­szar­puje naszej rodziny jesz­cze bar­dziej.

Spoj­rzał jej w oczy.

- Mogłaś wró­cić. Mogłaś zostać z nią.

- I zosta­wić ojca? - Wyglą­dało na to, że pew­ność sie­bie Elid wypa­ro­wała i kobieta objęła się ramio­nami. - Tęsk­nię za nią. A ty?

- Tak - szep­nął.

- Kie­dyś było mi cie­bie żal. Kie­dyś chcia­łam cię chro­nić, jak ojciec. Ale... wtedy ona nas zosta­wiła... - Pokrę­ciła głową. - To zła­mało ojca. Wiesz, jak wiele nocy spę­dzi­łam, trzy­ma­jąc go za rękę, kiedy pła­kał? Nie było cię tam, Szeth. Ja byłam.

- Wiem.

Ale ist­niał powód. Głos. Ścieżka Sze­tha miała cel. Musiał w to wie­rzyć.

- Cóż, ja tym razem z tobą nie odejdę - wark­nęła Elid. - Nie zamie­rzam spę­dzić reszty życia, uda­jąc, że jesteś zagu­bio­nym dziec­kiem. Jeśli są w tobie jakieś resztki przy­zwo­ito­ści, powiesz ojcu, żeby został, żeby prze­stał nisz­czyć rów­nież swoje życie.

Szeth omi­nął ją. Szybko kła­niał się każ­demu mija­nemu kamie­niowi, a w jego emo­cjach pano­wał chaos.

- Wiesz, dla­czego?! - zawo­łała za nim Elid. - Dla­czego on zawsze jest gotów iść za tobą? Dla­czego ja nie obcho­dzę go tak bar­dzo jak ty? Dla­czego jesteś jego ulu­bień­cem?

Szeth znów pochy­lił głowę, tym razem nie z sza­cunku. Dotarł do drzwi.

- Nie­na­wi­dzę cię! - zawo­łała za nim Elid. - Nie­na­wi­dzę cię, Szeth!

- Prze­pra­szam, że nie znam lep­szego spo­sobu - szep­nął.

I zosta­wił sio­strę. Opusz­cza­jąc klasz­tor, wziął tylko ubra­nie na zmianę i miecz.

* * *

Zanim Szeth dotarł do mostu, roz­pa­dało się. Szedł samot­nie, zgod­nie z tra­dy­cją... ale nie z pra­wem. Nie było więc ści­śle wbrew zasa­dom, by Neturo się tam z nim spo­tkał. Z torbą prze­rzu­coną przez ramię i posi­wiałą brodą. Krępy, bez plamy, ale uśmiech­nięty.

Jak on mógł się uśmie­chać? Szeth czuł, że przed laty stra­cił tę zdol­ność.

- Wyda­wało ci się, że uda ci się wymknąć beze mnie? - spy­tał Neturo.

Szeth ode­tchnął głę­boko i wypo­wie­dział słowa, które musiał sto razy powtó­rzyć w myślach w cza­sie tego mar­szu.

- Pro­szę, zostań tu, ojcze.

Neturo roz­wa­żył te słowa, a deszcz spły­wał po jego para­solu. Szeth nie wziął para­sola. Deszcz nie był inten­sywny, musiał jedy­nie zatrosz­czyć się o miecz, kiedy tego wie­czoru znaj­dzie schro­nie­nie.

- Czy tego chcesz, Szeth? Czy uwa­żasz, że tego powi­nie­neś chcieć?

- Masz tu życie.

- Mam życie wszę­dzie, gdzie jest moja rodzina.

- Twoja rodzina jest rów­nież tutaj! Z Elid. Albo w domu, z matką. Która ode­szła z mojego powodu...

Ojciec upu­ścił para­sol i przy­tu­lił go. Szeth powstrzy­my­wał łzy, choć w desz­czu i tak byłyby nie­wi­doczne. Nie chciał obra­zić spre­nów, zacho­wu­jąc się, jakby piel­grzymka była przy­gnę­bia­jąca.

- Szeth, to, do czego doszło mię­dzy twoją matką a mną, nie było twoją winą - szep­nął ojciec przy akom­pa­nia­men­cie szumu desz­czu. - Mie­li­śmy pro­blemy na długo, zanim zna­la­złeś ten kamień.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

- Ale to też mogła być moja wina. Musiało być trudno żyć z chłop­cem, który nie wie­dział, co jest wła­ściwe.

Ojciec objął go moc­niej.

- Synu. Ni­gdy nie cho­dziło o cie­bie. Zabra­łem twoją matkę z domu rodzin­nego i skło­ni­łem ją, by kwe­stio­no­wała rze­czy, w które inni nie odwa­żyli się wąt­pić. Z tego powodu musie­li­śmy miesz­kać poza mia­stem, bo nikt nie chciał nam nic wyna­jąć. Mam listy od jej sióstr. Ona jest szczę­śliwa, Szeth. Szczę­śliw­sza beze mnie.

To brzmiało jak sza­leń­stwo, ale zostało wypo­wie­dziane. Szeth nie wąt­pił, że to prawda, skoro powie­dział to jego ojciec.

- Powi­nie­neś zostać z Elid - szep­nął Szeth.

- Elid mnie nie­na­wi­dzi, Szeth.

- Co? Nie! Ona cię kocha.

- Nie tak mówi - powie­dział cicho Neturo. - Nie wiem, jak sobie z nią pora­dzić. Ni­gdy nie wie­dzia­łem. Pró­buję z nią roz­ma­wiać, a ona odcho­dzi. Przy­no­szę jej pre­zenty, a ona oskarża mnie, że pró­buję ją prze­ku­pić. - Ode­tchnął głę­boko. - Myślę, że... odda­le­nie dobrze nam zrobi. Póź­niej wrócę i zoba­czę, czy się uspo­ko­iła. - Odsu­nął się i na­dal uśmie­chał, mimo wody spły­wa­ją­cej po twa­rzy. - Nie chcę, żebyś myślał, że musisz zatrosz­czyć się o sta­rego ojca. Ale pójdę z tobą, Szeth, żebyś nie musiał iść sam. Tylko tak umiem pomóc.

- Dzię­kuję - szep­nął Szeth. - Dzię­kuję.

76. Ustępstwa

76

Ustęp­stwa

Argu­ment Jasnah jest praw­do­po­dob­nie naj­istot­niej­szym, jaki można wysu­nąć prze­ciwko temu, czego nauczam, i dla­tego należy się do niego odnieść. Nie jestem pewien, czy mam filo­zo­fię, słowa albo doświad­cze­nie, by zro­bić to z należ­nym sza­cun­kiem.

Frag­ment epi­logu Dawcy Przy­sięgi, autor­stwa Dali­nara Kho­lina

Shal­lan poja­wiła się w umie­ra­ją­cym ciele.

Sap­nęła z nagłego bólu i przy­ci­snęła dłoń do boku, czu­jąc wypły­wa­jącą krew. Leżała na shi­no­var­skiej tra­wie, a słońce pra­żyło nad jej głową. Na burze. Była w ciele śmier­tel­nie ran­nego pie­śnia­rza. To spra­wiło, że wpa­dła w panikę, aż poczuła coś w umy­śle...

Mmm... Shal­lan?

- Wzo­rze? Jesteś w moim umy­śle. Jak wtedy, kiedy jesteś mie­czem.

Nasza więź się wzmac­nia. Wypo­wie­dzia­łaś wła­ściwe prawdy. Pomy­śle­li­śmy, że to może zadzia­łać. Wyglą­da­łaś na prze­stra­szoną.

- Jestem w umie­ra­ją­cym ciele!

Glys mówi, że prze­pra­sza - nie zawsze udaje mu się wybrać ciało. Chciał, żebyś tra­fiła w pie­śnia­rza, byś mogła zro­zu­mieć Mish­ram, ale... no...

- Nic się nie stało - szep­nęła Shal­lan. - Może powin­ni­śmy spró­bo­wać raz jesz­cze? Wycią­gnij­cie mnie. Albo po pro­stu się uzdro­wię...

Mmm... Pie­śniarz korzy­sta­jący z Burzo­wego Świa­tła przy­cią­gnie uwagę każ­dego, kto będzie patrzył w tę stronę. Glys chce, żebyś tego unik­nęła. Mówi, że tak naprawdę nie umrzesz, bo tak naprawdę nie jesteś ranna, ale... I tak powiem mu, żeby cię wycią­gnął.

- Dzię­kuję. - Shal­lan z bólu zaci­snęła powieki i wciąż trzy­mała dłoń na ranie. Pęk­nięta sko­rupa robiła dziwne wra­że­nie pod jej pal­cami.

Zacze­kaj. Shal­lan, patrz.

Zmarsz­czyła czoło i pod­nio­sła głowę, choć to spra­wiło, że wszystko zafa­lo­wało. Leżała w dużej gru­pie tru­pów i śmier­tel­nie ran­nych, a bitwa prze­su­nęła się dalej. Nie­które ciała krwa­wiły na czer­wono, inne na poma­rań­czowo, a oko­licę wypeł­niała plą­ta­nina spre­nów - stra­cho­spreny, zło­ścio­spreny, dez­orien­ta­cjo­spreny, bólo­spreny. Kiedy patrzyła na nie oczami pie­śnia­rza, bar­dziej przy­po­mi­nały swoje formy z Cie­nio­mo­rza niż to, co widzieli ludzie. W odle­gło­ści około dzie­się­ciu stóp pie­śniarka pła­kała i przy­ci­skała dło­nie do ran wzdłuż boku, co jakiś czas nucąc. Może pieśń, żeby się pocie­szyć, kiedy umie­rała.

Ba-Ado-Mish­ram zbli­żała się. Nie­stwo­rzona przy­jęła kształt wiel­kiej masy czar­nego dymu, z wyra­sta­ją­cymi z niej rękami, które pozwa­lały jej się poru­szać. Potężne ramiona, cał­kiem czarne, wycią­ga­jące się i chwy­ta­jące grunt, dzięki czemu prze­su­wała się do przodu.

Na razie zostaw mnie tutaj, pomy­ślała Shal­lan do Wzoru i zaci­snęła zęby.

Kiedy Mish­ram dotarła do dru­giej umie­ra­ją­cej pie­śniarki, jej dzi­waczne, zbyt dłu­gie koń­czyny roz­pły­nęły się w dymie, ale główna masa czerni została. I prze­obra­ziła się w pie­śniarkę w for­mie żeń­skiej, która jakby wyło­niła się z mgły. Miała falu­jące szaty i dłu­gie czarne włosy. Pochy­liła się nad umie­ra­jącą żoł­nierką i wypu­ściła dodat­kowe ręce, by objąć jej głowę i ciało.

Wymie­niły kilka słów, zbyt cicho, by Shal­lan je usły­szała. Zmu­siła się, by zacze­kać, ale nie mogła powstrzy­mać jęku bólu.

Mish­ram odwró­ciła się. Serce Shal­lan zadrżało. To była twarz, którą widziała na swo­ich rysun­kach - na nie­bie, w dymie, w sękach i war­stwach drewna. W prze­ci­wień­stwie do Sja-anat, która zwy­kle poka­zy­wała się jako czło­wiek - albo może rodzaj sprena, o gład­kiej skó­rze i zbyt ostrych rysach - Mish­ram była bez wąt­pie­nia pie­śniarką. Jej twarz zdo­biły smugi czer­wo­nego dymu, two­rzące nie­ziem­ską sko­rupę i wzory.

Sku­piła się na Shal­lan i znów stała się chmurą dymu z wycią­gnię­tymi ramio­nami. Pod­cią­gnęła się tym samym nie­na­tu­ral­nym kro­kiem i znów stała się pie­śniarką.

Na burze.

Powin­ni­śmy cię wycią­gnąć? - spy­tał Wzór.

Shal­lan cze­kała, wstrzy­mu­jąc oddech, gdy Mish­ram góro­wała nad nią, a z bez­kształt­nego dymu po jej bokach wyro­sły ręce, by objąć Shal­lan. Nie­stwo­rzona pochy­liła się, a kiedy wypu­ściła powie­trze, Shal­lan spo­wiła ciem­ność. Na burze, to było... to było...

- Żyj - szep­nęła Mish­ram, a w jej gło­sie jakimś spo­so­bem nakła­dały się różne rytmy. - Uzdrów się.

Ból w jej boku znik­nął, a ciało się uzdro­wiło. Widziała, jak druga pie­śniarka pod­nosi się nie­zgrab­nie, nucąc z zadzi­wie­niem na widok uzdro­wio­nego ciała. Nie były Kró­lew­skimi z mocami, a już na pewno nie Sto­pio­nymi. Były zwy­kłymi żoł­nier­kami.

- Dla­czego? - spy­tała Shal­lan, kiedy Mish­ram łagod­nie opu­ściła ją na zie­mię.

- On nas nie kocha. - Mish­ram spoj­rzała w stronę nieba, jakby była zanie­po­ko­jona. - Dla­tego musimy kochać samych sie­bie.

Znów obró­ciła się w dym i wycią­ga­jąc dłu­gie ramiona, ode­szła w poszu­ki­wa­niu innych ran­nych pie­śnia­rzy.

Shal­lan pod­nio­sła się z tru­dem.

Ona uzdra­wia pie­śnia­rzy, pomy­ślała do Wzoru. Czy ktoś z was tego się spo­dzie­wał?

Ja pró­buję nie spo­dzie­wać się rze­czy, które nie są mate­ma­tycz­nie pewne, odparł Wzór. Nie­któ­rzy twier­dzą, że życie jest jed­nym wiel­kim uro­je­niem, ale nawet liczby uro­jone da się łatwo obli­czyć. Wy wszy­scy wykra­cza­cie poza to.

Na burze.

Bar­dziej niż uro­jeni?

O wiele bar­dziej. Tak czy ina­czej, pozo­stali są tym zafa­scy­no­wani. Rlain mówi, że Mish­ram była jed­nym z głów­nych bogów, któ­rych odrzu­cili, kiedy ode­szli - więc nie spo­dzie­wał się po niej dobroci. Chcą, żebyś spraw­dziła, czy uda ci się zdo­być wię­cej infor­ma­cji.

Shal­lan ruszyła przez pole do miej­sca, gdzie Mish­ram uzdro­wiła innego pra­wie mar­twego pie­śnia­rza, formę męską. Uniósł dłoń do głowy w miej­scu, gdzie jego sko­rupa była wcze­śniej popę­kana.

- Inni Nie­stwo­rzeni mają intrygi - powie­działa Shal­lan. - Jaka jest twoja?

- Zasłu­gu­je­cie na coś o wiele lep­szego od niego - odpo­wie­działa, znów ze zbyt wie­loma ryt­mami. - Żyj­cie. Czuj­cie. Czuj­cie o wiele wię­cej, niż on pozwala. Bądź­cie.

Odwró­ciła się, a jej dłu­gie ramiona szybko pocią­gnęły ją w stronę kolej­nego leżą­cego.

Shal­lan spoj­rzała na pozo­stałą dwójkę, która została uzdro­wiona. Dołą­czyli do niej i obser­wo­wali Mish­ram.

- Ni­gdy nie wiem, co o nich myśleć - powie­działa forma żeń­ska.

- Widzia­łem, jak Yelig-nar pochło­nął tuzin naszych roda­ków w jed­nej bitwie - szep­nął forma męska z ponu­rym ryt­mem. - W tym mojego brata. A teraz ta tutaj... uzdra­wia nas? One są spre­nami. Lepiej nie pró­bo­wać ich zro­zu­mieć.

- Ale ona ma rację - ode­zwała się Shal­lan. - Odium się nami nie przej­muje.

- Przej­muje się zwy­cię­stwem - stwier­dziła pie­śniarka. - Jeśli chcemy żyć w pokoju, musimy zabić ludzi. Albo zosta­niemy znisz­czeni.

- Mogli­by­śmy współ­ist­nieć - powie­działa Shal­lan.

Oboje zanu­cili w tym samym ryt­mie, który brzmiał szy­der­czo lub scep­tycz­nie. Na burze, naprawdę było je łatwiej wyła­pać, gdy była w ciele pie­śnia­rza, czyż nie?

- Współ­ist­nie­nie - powie­dział pie­śniarz. - Fan­ta­styczne marze­nie. Pew­nie, kto by tego nie wolał?

- Ludzie zabili moje sio­stry - sprze­ci­wiła się forma żeń­ska. - Nie doj­dzie do tego. Nie pozwolę na to.

Shal­lan prze­szła przez pole, a pozo­stała dwójka nie pró­bo­wała jej zatrzy­my­wać ani nie zada­wała pytań. Pie­śnia­rze nie mieli tego samego rodzaju dys­cy­pliny ani ocze­ki­wań, co ludz­kie spo­łe­czeń­stwa. Nie zna­czyło to, że bra­ko­wało im prze­ko­na­nia czy męstwa - ale nie mieli tych samych hie­rar­chii dowo­dze­nia i stopni.

Pode­szła do Mish­ram, a trawa igno­ro­wała ją, kiedy ją dep­tała. Co dziwne, uświa­do­miła sobie, że gdyby miała żyć w jed­nej z tych dwóch armii, naj­pew­niej wola­łaby tę pie­śnia­rzy. Wyczu­wała w ich życiach wol­ność i indy­wi­du­alizm - coś, czego nie zauwa­żyła ni­gdy wcze­śniej, nim zaczęła obser­wo­wać ich w tych wizjach.

Przez ten cały czas wyobra­żała ich sobie jako nisz­czy­cieli pró­bu­ją­cych znie­wo­lić gatu­nek ludzki. Ale to ludzie byli tymi, któ­rzy nie­wo­lili. Z dru­giej strony, na ile umiała to oce­nić, ludzie mieli wspa­nial­sze mia­sta, bar­dziej róż­no­rodne zawody i - co dziwne - wię­cej arty­stów. Dla­czego tak? Skoro pie­śnia­rze byli tak wolni, czy nie powinno być wśród nich wię­cej arty­stów? Może, by sztuka mogła naprawdę roz­kwit­nąć, potrzebne były pewne rodzaje infra­struk­tury? Czę­ściowo nie mogła pogo­dzić się z tym pomy­słem, choć brzmiał tak reali­stycz­nie, i...

I pozwo­liła, by Świe­tli­sta prze­jęła kon­trolę. Mish­ram zna­la­zła tym razem czło­wieka, wciąż żyją­cego, z krwią na war­gach. Drżał i zaci­skał powieki, by nie widzieć potwor­no­ści, która się nad nim wzno­siła. Coś mam­ro­tał, ale Shal­lan - w ciele pie­śniarki - nie rozu­miała. Słowa wyda­wały jej się mar­twe bez rytmu.

- Uzdro­wisz go? - spy­tała.

- Nie mogę. I nie zro­bi­ła­bym tego. - Nie­stwo­rzona zawa­hała się. - Ale powin­ny­śmy dla niego zaśpie­wać. To uczyni jego odej­ście spo­koj­niej­szym.

Mish­ram pochy­liła się i zaczęła śpie­wać cicho w Ryt­mie Pokoju. Lęk Shal­lan zła­god­niał. Umie­ra­jący prze­stał drżeć i zaczął oddy­chać bar­dziej regu­lar­nie. Nawet... wyda­wało się, że sam nuci pod nosem, aż odszedł.

Shal­lan odkryła, że ma łzy w oczach, a Mish­ram się jej przy­gląda - co dziwne, spren nie obró­ciła się, lecz raczej prze­su­wała, aż była zwró­cona w inną stronę.

- Opła­ku­jesz go, pie­śniarko? - spy­tała Mish­ram.

- Opła­kuję nas wszyst­kich - szep­nęła Shal­lan. - I ból, który spra­wiamy sobie nawza­jem. Czy nie da się tego powstrzy­mać, Mish­ram?

- On ni­gdy na to nie pozwoli, bo wojny mu służą, przy­go­to­wują jego armie do przy­szło­ści, któ­rej jesz­cze nie rozu­miem. Musimy zdo­mi­no­wać ludzi. To po pierw­sze. Oni nie prze­staną wal­czyć, aż znaj­dziemy się cał­ko­wi­cie pod ich kon­trolą, więc my musimy dopro­wa­dzić do tego pierwsi. - Zawa­hała się. - Wtedy być może... - Spoj­rzała w niebo. - Jeśli on na to pozwoli... Chcia­ła­bym, żeby to zro­bił.

Na burze. Shal­lan w nie­wiel­kim stop­niu poznała Sja-anat - i przez krótką chwilę musiała zaufać spre­nowi. Jed­nak we wszyst­kich swo­ich kon­tak­tach z Nie­stwo­rzo­nymi nie widziała, by któ­ryś zacho­wy­wał się tak ludzko, jak teraz Mish­ram, nucąca dla umie­ra­ją­cego wroga. Shal­lan przy­po­mniała sobie, że Mish­ram w końcu podej­mie wojnę prze­ciwko ludz­ko­ści pod nie­obec­ność Odium. Ona i Mish­ram stały po prze­ciw­nej stro­nie na tym polu bitwy, ale...

Pieśń Mish­ram się zmie­niła.

Shal­lan cof­nęła się wstrzą­śnięta, kiedy postać z dymu zaczęła wibro­wać i pul­so­wać, a jej twarz się znie­kształ­ciła.

- Widzę cię - zasy­czała. - Widzę cię, Tkaczko Świa­tła.

Shal­lan poczuła nagłą panikę. Ta wście­kła, wykrzy­wiona w gry­ma­sie twarz. To nie była Ba-Ado-Mish­ram ze wspo­mnie­nia. To była ta obecna.

- Roze­rwę cię na kawałki. - Mish­ram pode­szła do niej. - Wyrwę twoje kości ze sta­wów i będę słu­chała, jak trza­skają. Poła­mię ci palce u rąk tylko po to, by sły­szeć, jak krzy­czysz. Będę się rado­wać tym, co z cie­bie wypły­nie, kiedy zosta­niesz roz­cięta: bólem, krzy­kiem i uwol­nio­nymi wnętrz­no­ściami. Ja...

Wycią­gamy cię, powie­dział Wzór.

Shal­lan to ucie­szyło, ale w tej samej chwili uświa­do­miła sobie, że ni­gdy wcze­śniej nie miała oka­zji nawią­zać kon­taktu z Mish­ram. To był postęp, nawet jeśli ją prze­ra­żał - spró­bo­wała więc Tka­nia Świa­tła, kiedy została wyrwana. Zapla­no­wała to i pomy­ślała, że może...

Zadrżała i odkryła, że znów jest na rusz­to­wa­niu. Pod­nio­sła się, igno­ru­jąc pyta­nia Wzoru i Rla­ina - a za to spoj­rzała na wizję. Udało jej się stwo­rzyć Tka­nie Świa­tła samej sie­bie, jako Shal­lan, a ono poja­wiło się obok żoł­nierki, któ­rej ciało wcze­śniej zaj­mo­wała. Pie­śniarka ode­szła, kie­ru­jąc się w stronę pozo­sta­łych dwojga uzdro­wio­nych, by kon­ty­nu­ować wizję tak, jak dyk­to­wały wyda­rze­nia histo­ryczne.

Fał­szywa Shal­lan została na miej­scu, a ona sama nią kie­ro­wała - z zewnątrz.

- Dla­czego? - szep­nęła, spra­wia­jąc, że Tka­nie Świa­tła zro­biło to samo.

Kiedy zamknęła oczy, nie­mal znów wró­ciła do środka. Nie sły­szała stąd odpo­wie­dzi Mish­ram, ale Glys prze­śli­zgnął się do niej i wyszep­tał słowa Nie­stwo­rzo­nej.

- Dla­czego co? Dla­czego was nie­na­wi­dzę?

- Nie - odparła Shal­lan. - Przy­by­li­śmy do waszego świata, a póź­niej wal­czy­li­śmy o niego z wami. Przez tysiące lat cię wię­zi­li­śmy. Wiem, dla­czego nas nie­na­wi­dzisz.

- W takim razie co? - powie­działa Mish­ram, a Glys naśla­do­wał jej jado­witą złość.

- Dla­czego Odium się cie­bie boi? Czy rze­czy­wi­ście mogła­byś go zastą­pić?

Cisza. I nagle Glys sap­nął.

Shal­lan zadrżała, kiedy otwo­rzyła oczy i odkryła, że ota­cza ją skłę­biona dymo-farba Kra­iny Ducha, poru­sza­jąca się za jej ple­cami, pły­nąca jak tysiące rzek, które złą­czyły swoje nurty. Ich prądy two­rzyły poru­sza­jące się jed­no­cze­śnie twa­rze.

- Skąd wiesz? - spy­tała Mish­ram. - Skąd wiesz?!

- Byłam w tej sytu­acji - szep­nęła Shal­lan. - Ja też zabi­łam tych, któ­rzy mnie stwo­rzyli.

Esen­cja Mish­ram popły­nęła do przodu, barwna mgła zmie­niła się w ciem­ność, zmie­niła się w ręce, które wycią­gnęły się do Shal­lan. Czym­kol­wiek było wię­zie­nie Mish­ram, tu było słab­sze. Shal­lan była pewna, że te ręce stały się rze­czy­wi­ste i...

Mię­dzy nie wkro­czył Rlain.

Wysoki jak wieża, z pan­ce­rzem pie­śnia­rza i mun­du­rem Ale­thyj­czyka. Jego spren dołą­czył do niego, pozba­wiony twa­rzy, kry­jący się w cie­niu. Po krót­kiej chwili pod­szedł rów­nież Rena­rin.

Mish­ram zamarła, prądy farbo-dymu kłę­biły się wokół niej, inne jej twa­rze znik­nęły i pozo­stała tylko jedna. Wpa­tru­jąca się w nich. Wpa­tru­jąca się w...

Shal­lan na potrzeby rysun­ków ćwi­czyła śle­dze­nie spoj­rzeń. Była abso­lut­nie prze­ko­nana, że Mish­ram wpa­truje się w to, jak Rena­rin wziął Rla­ina za rękę, by go wes­przeć.

- Jeste­śmy dziećmi Sja-anat - powie­dział Glys za ple­cami Rena­rina. - Pamię­tasz swoją sio­strę?

- Pomóż nam cię odna­leźć - zażą­dał Rlain. - Nie możemy cię uwol­nić, ale będzie lepiej dla wszyst­kich, jeśli to my cię znaj­dziemy, a nie nasi wro­go­wie.

Shal­lan zaparło dech w pier­siach. Tak, mimo sprze­ci­wów Rena­rina, chciała zna­leźć wię­zie­nie. Jeśli Mish­ram mogła rze­czy­wi­ście zagro­zić Odium... cóż, warto było mieć taką broń. A fakt, że Rlain się z nią zga­dzał, doda­wał jej pew­no­ści sie­bie.

Mish­ram wyco­fała się w głąb skłę­bio­nego farbo-dymu i znik­nęła.

Shal­lan jęk­nęła i się pod­nio­sła. I wtedy zauwa­żyła, że sto­jący w pobliżu Wzór mru­czy. Wska­zał z powro­tem na wizję - która na­dal się roz­gry­wała. Testa­ment pode­szła do Wzoru i oboje patrzyli na stwo­rzone przez Shal­lan Tka­nie Świa­tła przez bar­dziej prze­zro­czy­sty frag­ment szkła.

Ilu­zje Shal­lan już nie zamie­rały, kiedy nimi kie­ro­wała. Ta wewnątrz na przy­kład splo­tła dło­nie, patrzyła z namy­słem i od czasu do czasu prze­stę­po­wała z nogi na nogę, jak to mogła zro­bić żyjąca osoba. Wzór wska­zał cień na pobli­skim wzgó­rzu, z któ­rego ktoś wyglą­dał i wpa­try­wał się z tyłu w ilu­zję Shal­lan. Ludzki żoł­nierz, ści­ska­jący znie­kształ­ca­jący powie­trze szty­let.

Mra­ize. Shal­lan ponow­nie zaparło dech w pier­siach. Obser­wo­wał jej ilu­zję, wyraź­nie gotów pod­biec i zaata­ko­wać... ale się zawa­hał. Była abso­lut­nie pewna, że się zawa­hał. Nie wie­działa, na jak długo, bo wizja wkrótce się skoń­czyła, a szklana kolumna się roz­pa­dła.

I wtedy nagle zie­mia pod jej sto­pami poczer­niała. Shal­lan wzięła Rena­rina za rękę, żeby ich trójka nie została roz­dzie­lona.

- Co to za ciem­ność? - syk­nęła.

- To on - powie­dział Glys. - Ponie­waż Mish­ram nas zoba­czyła, Odium zorien­to­wał się, że coś jest nie w porządku. On nas szuka.

- Ukry­jemy się - powie­dział Tumi. - Uwa­żaj na sie­bie, Shal­lan. Wkrótce cię odnaj­dziemy.

- Ale...

- Odnaj­dziemy cię - powtó­rzył Tumi.

Została wrzu­cona w kłę­biący się chaos.

Sama.

* * *

Ado­lin sie­dział z lewą dło­nią unie­sioną do brody i wpa­try­wał się w skom­pli­ko­waną plan­szę do wież. Prze­szli na mniej­sze karty, żeby na stole zmie­ściło się ich wię­cej - każda miała nie wię­cej niż cal.

Na pod­ło­dze leżały dwa mie­cze do ćwi­czeń, a Yana­gawn wciąż był spo­cony po ich poje­dynku. Tego dnia nie było Pan­ce­rza Odpry­sku - jedy­nie sta­ro­modna walka mie­czem. Za każ­dym razem, kiedy przy­cho­dził Ado­lin, straż­nicy zmie­niali się na tych, któ­rymi dowo­dził Geza­mal, syn Kush­kama. Duża liczba zwy­kłych straż­ni­ków mia­łaby poważny pro­blem z tym, że Ado­lin zawsty­dził ich cesa­rza w cza­sie ćwi­czeń. I dla­tego Kush­kam wymie­niał ich przed sesjami.

Ćwi­cze­nia się skoń­czyły, więc teraz, kiedy po zapad­nię­ciu zmroku poja­wiła się upra­gniona chłodna bryza - która wpa­dała przez otwór na końcu namiotu - nad­szedł czas na o wiele waż­niej­szą lek­cję tego wie­czoru. Tak­tyki.

- Hm... - Yana­gawn przyj­rzał się plan­szy, wypusz­cza­jąc sku­pie­nio­sprena, wyglą­da­ją­cego, jakby kro­pla wody wywo­łała kręgi w powie­trzu za jego ple­cami. - Jestem zgu­biony.

- Naprawdę? - spy­tał Ado­lin.

- Udo­wod­ni­łeś mi, wie­lo­krot­nie, że więk­sze siły zwy­cię­żają. A prze­waga nie jest line­arna.

- Wyja­śnij.

Yana­gawn spoj­rzał na niego z ukosa i wska­zał plan­szę.

- Obec­nie mam sto tysięcy żoł­nie­rzy. Ty masz sto dwa­dzie­ścia tysięcy.

- Ale ty zaczą­łeś z więk­szą liczbą.

- Zawsze pozwa­lasz, żebym na początku miał prze­wagę.

- Czyli więk­sze siły nie zawsze zwy­cię­żają?

- Powi­nie­nem powie­dzieć, że jeśli wszyst­kie inne czyn­niki są równe, w tym umie­jęt­no­ści przy­wód­ców, więk­sze siły zwy­cię­żają. Czy to się zga­dza?

- A prze­waga nie jest line­arna. To istotne.

Cesarz poki­wał głową. W swo­jej sza­cie do ćwi­czeń wyglą­dał jak zwy­czajny młody męż­czy­zna. Jego czarne włosy miały sześć cali dłu­go­ści, a kiedy nie były uwię­zione pod eks­tra­wa­ganc­kimi nakry­ciami głowy, stro­szyły się na boki w ten cha­rak­te­ry­styczny dla Maka­ba­ków spo­sób.

- Dwie rów­nej wiel­ko­ści armie, które ude­rzą na sie­bie, poniosą ogromne straty - powie­dział cicho Yana­gawn. - Ale jeśli jedna jest więk­sza choćby o dzie­sięć czy dwa­dzie­ścia pro­cent, dzieje się coś dziw­nego. Straty dru­giej strony się zwie­lo­krot­niają. Dwie setki prze­ciwko setce nie ozna­czają stu zabi­tych po obu stro­nach... ozna­czają stu zabi­tych po mniej licz­nej stro­nie, a może dwu­dzie­stu zabi­tych po licz­niej­szej stro­nie. Im bar­dziej przy­tła­cza­jące są twoje siły, tym bar­dziej chro­niony jest każdy żoł­nierz.

- Zakła­da­jąc, że obie armie wal­czą do czasu, aż jedna zosta­nie cał­ko­wi­cie uni­ce­stwiona, co jest nie­zmier­nie rzad­kie. Armie zazwy­czaj wyco­fują się, jeśli stracą od dzie­się­ciu do pięt­na­stu pro­cent żoł­nie­rzy. To nie tchó­rzo­stwo, lecz ludzka natura. - Nachy­lił się. - Dobry gene­rał rozu­mie, jaka jest stawka. Nie­zwy­kle mało jest rze­czy, o które warto wal­czyć, aż wszy­scy zginą.

- Czyli powi­nie­nem wyco­fać się na tej plan­szy. Masz przy­tła­cza­jącą prze­wagę, więc prze­gram.

- Naprawdę?

Yana­gawna nie iry­to­wało naci­ska­nie przez Ado­lina, co dobrze o nim świad­czyło. Znów przyj­rzał się ukła­dowi sił, nie śpie­sząc się przy tym.

Geza­mal, w swoim mun­du­rze Cesar­skiej Gwar­dii z dodat­ko­wymi wzo­rami, pod­szedł bli­żej, by spoj­rzeć na plan­szę. Męż­czy­zna był mistrzem gry w wieże i z pew­no­ścią od razu musiał zauwa­żyć, o jaką naukę cho­dziło Ado­li­nowi. Yana­gawn potrze­bo­wał jed­nak pew­nej pod­po­wie­dzi.

- Popatrz na swoje jed­nostki, które mają prze­wagę.

- Ci tutaj. - Yana­gawn wska­zał sze­reg na prze­dzie. - Oni wciąż mają prze­wagę. Która, jak mi się wydaje, w tym przy­padku ozna­cza wyso­kość.

- A co daje prze­waga wyso­ko­ści?

- Zwie­lo­krot­nia siłę. Ci włócz­nicy, szcze­gól­nie wal­czący w obro­nie, mogą zatrzy­mać więk­sze siły. Ale, Ado­li­nie, to tylko nie­wielka część mojej armii. Sądzisz, że powi­nie­nem ich tu zatrzy­mać, żeby pozo­stali mogli się wyco­fać?

Ado­lin cze­kał w mil­cze­niu.

- Nie - powie­dział cicho Yana­gawn i wyko­nał swój ruch.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki