4. Słuchając
Czytałam, że w dawnych czasach Wiatr często odzywała się, zarówno do
ludzi, jak i do pieśniarzy. Wydaje się więc, że Wiatr przestała mówić
nie z powodu Odium, ale ludzi, którzy zaczęli się jej bać...
Albo w zamian zaczęli oddawać cześć Burzy.
Rycerze Wiatru i Prawdy, s. 4
Kaladin wznosił się w górę centralnej kolumny Urithiru, a Syl mu
towarzyszyła.
W atrium wciąż widział ślady bitwy, jaka rozegrała się przed dwoma
dniami. Smugi krwi, które jeszcze nie zostały wyszorowane. Połamane
balustrady balkonów. Przypomniał sobie, kiedy poprzednim razem wznosił
się tym korytarzem... tuż po tym, jak zginął Teft. Narastała w nim
mroczna, zatruta wściekłość - uczucie bliźniacze do normalnej ekscytacji
wywoływanej przez Burzowe Światło.
Mężczyzna, którym stał się po tym, jak zabił Ścigającego... ten mężczyzna
przerażał Kaladina. Nawet teraz, gdy czuł na ciele spokojne promienie
słońca. Wspominanie tego mężczyzny było jak wspominanie koszmaru i sprawiło, że na mijanych balkonach pojawiały się bólospreny - jak
malutkie odcięte ręce - i skakały w jego stronę.
Odepchnął od siebie te uczucia, kiedy wylądował na podłodze w pobliżu
szczytu Urithiru. Gdy znalazł się w centralnej komnacie, do której
trafiali ludzie wychodzący z wind, dostrzegł blask wylewający się z pobliskiego pomieszczenia.
- Navani - szepnęła Syl, otwierając szeroko oczy. Stała się
jasnoniebieska, skurczyła do rozmiarów sprena i odfrunęła w tamtą
stronę.
Navani - i jej więź z Rodzeństwem - działała niemal upajająco na spreny
w mieście. Syl miała wkrótce wrócić.
Kaladin zmusił się, by iść, a nie sunąć w stronę sali spotkań Dalinara.
Kiedy opuści Urithiru, będzie musiał wrócić do używania Burzowego
Światła jedynie w razie konieczności. Lepiej, żeby zaczął się do tego
przyzwyczajać. Kiedy szedł, czuł wiatr za plecami, jakimś sposobem
obecny wewnątrz budowli i niosący spreny jego zbroi w postaci
świetlistych wstęg. Nie słyszał głosu wiatru, ale popychał go do przodu,
a ostrzeżenia odbijały się echem w jego głowie.
Sala spotkań Dalinara miała niewielki przedsionek. W Urithiru pojawiało
się coraz więcej mebli, w tym kanapa w tej komnacie. Niestety, w całości
zajmował ją Trefniś, leżący na plecach i zajmujący przestrzeń, w której
zmieściłyby się trzy osoby. Położył stopy na poręczy i czytał książkę,
od czasu do czasu śmiejąc się pod nosem, a obok niego unosiła się duża
świetlista kula. Jakiś dziwny rodzaj sprena?
- Ach, Wema - wymamrotał Trefniś, przewracając kartkę. - W końcu
zauważyłaś, jak dobrą partią jest Vadam? Zobaczmy, jak to wszystko
zawalisz.
- Trefnisiu? - odezwał się Kaladin. - Nie wiedziałem, że wróciłeś do
wieży. - Co pewnie było głupim spostrzeżeniem. Jasnah tu była, więc nic
dziwnego, że mężczyzna jej towarzyszył.
Trefniś, jak to Trefniś, doczytał stronę, zanim w ogóle zwrócił uwagę na
Kaladina. W końcu chudy mężczyzna zatrzasnął książkę, podniósł się i w inny sposób rozsiadł na kanapie - z rękami ułożonymi wzdłuż oparcia i jedną nogą założoną na drugą. Wyglądał prawie jak król na tronie. Bardzo
rozluźniony król na dość wygodnym tronie.
- Ach... - Oczy Trefnisia wypełniło rozbawienie. - Czyż to nie mój
ulubiony złodziej fletów?
- Dałeś mi ten flet, Trefnisiu. - Kaladin z westchnieniem oparł się o futrynę.
- A wtedy ty go zgubiłeś.
- Znów go znalazłem.
- Ale i tak go zgubiłeś.
- To nie to samo, co kradzież.
- Snuję opowieści. - Trefniś machnął palcami. - Mam prawo zmieniać
znaczenie słów.
- To głupie.
- To literatura.
- To dezorientujące.
- Im bardziej dezorientujące, tym lepsza literatura.
- To najbardziej pretensjonalna rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem.
- Aha! - Trefniś wyciągnął palec w jego stronę. - Zaczynasz łapać.
Kaladin zawahał się. Czasami w czasie rozmów z Trefnisiem żałował, że
nie ma kogoś, kto robiłby za niego notatki.
- No tak... Chcesz odzyskać flet?
- Do diabła, nie. Dałem ci go, mały mostowy. Oddanie go byłoby niemal
równie wielką obelgą jak jego zgubienie!
- To co mam z nim zrobić?
- Hmmm... - Trefniś sięgnął do torby, którą miał u stóp, i wyciągnął inny
flet, ten pokryty błyszczącym czerwonym lakierem. Obrócił go w dłoni. -
Gdyby tylko było coś, co można zrobić z tymi interesującymi kawałkami
drewna... Mają otwory, które wyglądają, jakby służyły jakiemuś
tajemniczemu celowi, wykraczającemu poza pojmowanie zwykłych
śmiertelników.
Kaladin przewrócił oczami.
- Gdyby tylko istniał sposób, by nauczyć się, jak robić coś sensownego z tym przedmiotem - mówił dalej Trefniś. - Wygląda na narzędzie. Nie,
instrument! Mitycznego projektu. Niestety. Mój biedny skończony umysł
nie jest zdolny pojąć...
- Jeśli nie przerwę, jak długo będziesz tak gadał?
- Jeszcze długo po tym, jak przestało to być śmieszne.
- To było śmieszne?
- Słowa? Oczywiście, że nie. Twoja twarz, kiedy je wypowiadałem? Cóż,
powiadają, że jestem artystą. Niestety, podstawowe obiekty mojej sztuki
nigdy nie doświadczają moich dzieł, kiedy prezentują je na swoich
twarzach. - Trefniś obrócił flet w dłoni i wyciągnął ją w stronę
Kaladina. - Spróbuj. Ma taki sam układ palców jak ten, który zgubiłeś i odzyskałeś, choć nie te same... zdolności.
- Trefnisiu, nie umiem zagrać na tym flecie, tak samo jak nie umiałem
zagrać na tym, który mi dałeś. Nie wiem jak.
- Tak... - Trefniś znów obrócił flet i wyciągnął rękę jeszcze bardziej w stronę Kaladina. - Wystarczy, że poprosisz...
- W sumie i tak muszę zaczekać na Dalinara. - Kaladin spojrzał z tęsknotą na zamknięte drzwi. Spotkania Dalinara często się przedłużały,
mimo że Navani dała mu wiele zegarów.
Kaladin czuł głęboką potrzebę, by udać się do Shinovaru, ale jeśli
chciał przelecieć całą drogę, nie zużywając wielkiego worka klejnotów -
które przydałyby się w czasie nadchodzącej bitwy - musiał lecieć z arcyburzą, która miała nadejść za kilka godzin. Miał więc czas. I... cóż,
Kaladin czuł, że ma dług wobec Trefnisia. Choć mężczyzna - czy
czymkolwiek był - czasem doprowadzał go do szału, kiedy Kaladin utknął w najgorszej ciemności burzy, Trefniś udał się w głąb koszmaru, by go
uwolnić.
Ten mężczyzna był przyjacielem. Kaladin go doceniał, łącznie z dziwactwami. Dlatego zrobił to, czego Trefniś wyraźnie od niego
ocze-kiwał.
- Nauczysz mnie? - Kaladin wziął flet. - Nie mam dużo czasu, ale...
Trefniś już się poruszył, wyciągnął plik papierów z torby leżącej u stóp. Machnięciem ręki odprawił dziwnego okrągłego sprena, a wiatrospreny Kaladina podążyły za nim, wyfrunęły z komnaty. Kaladin
przyjrzał się kartkom. Były na nich dziwne symbole, co wzbudziło jego
niepokój, ale Trefniś upierał się, że to nie było pismo. Jedynie znaki
na papierze symbolizujące dźwięki. Minęło kilka minut, nim do Kaladina
dotarł żart.
Mimo to przez następną godzinę - Dalinar naprawdę się nie śpieszył -
Kaladin wypełniał polecenia Trefnisia. Poznał podstawowe układy palców,
nauczył się czytać nuty i - co było najtrudniejsze - jak trzymać flet i odpowiednio w niego dmuchać.
Pod koniec tej godziny Kaladinowi udało się wydusić z instrumentu
niepewną interpretację pierwszej linijki melodii, choć jego nuty
brzmiały chropawo i słabo w porównaniu z tym, jak grał Trefniś. Było to
niezwykle proste osiągnięcie i nie przyciągnął ani jednego muzykosprena,
jednak czuł się, jakby wspiął się na szczyt góry. Uśmiechał się głupio,
kiedy do środka zajrzała Syl, wielkości człowieka i ubrana w havah z fioletowymi lamówkami.
Oceniając po tym, jakie dźwięki wydaję, pewnie przyszła sprawdzić, kto
nadepnął na szczura, pomyślał Kaladin.
- Dobra robota - stwierdził Trefniś. - W czasie następnej walki zacznij
od tego. Wróg z pewnością rzuci broń... pewnie po to, by zasłonić uszy.
- Jeśli ktoś spyta mnie o moje umiejętności, nie omieszkam powiedzieć,
kto jest moim nauczycielem.
Trefniś uśmiechnął się szeroko.
- Znam tę pieśń. - Syl założyła ręce na piersi.
- Trefniś zagrał ją nam na Strzaskanych Równinach - wyjaśnił Kaladin. -
Kiedy go poznaliśmy. Opowieść o Wędrownym żaglu.
- Ale ja znam ją lepiej...
- Dawno temu ten rytm poprowadził ludzi przez pustkę z jednej planety na
drugą - powiedział cicho Trefniś. - Podążali za nim, by dotrzeć do
waszego świata.
- Jeden z rytmów Rosharu. - Syl pokiwała głową. - Zmieniony w pieśń, z tonami bogów.
- Bogów starszych niż wasi - odezwał się Trefniś z kanapy.
- Kiedy pierwszy raz zagrałeś ją dla nas... - Kaladin przypomniał sobie
tamtą samotną noc na płaskowyżach, kiedy wciąż był mostowym -
...przysiągłbym, że dźwięk... wracał. Grałeś, później mówiłeś, a pieśń wciąż
odbijała się echem... Jak to zrobiłeś?
- Ja tego nie zrobiłem.
- Ale...
- Spytaj samego siebie, kto słuchał tamtej nocy.
- Ja. Syl. Najpewniej ty.
- I?
- I... jacyś strażnicy gdzieś dalej?
Trefniś pokręcił głową.
- Na burze, jak to możliwe, że pochodzisz z tej ziemi, a jednak jesteś
taki tępy...
- Wiatr - domyślił się Kaladin. - Wiatr słuchał.
Trefniś się uśmiechnął.
- Może jeszcze coś z ciebie będzie.
- Czy wiatr jest bogiem? - spytał Kaladin.
- Kiedy ten świat został stworzony, na długo przed przybyciem Honoru,
Pielęgacji czy Odium, Adonalsium coś na nim zostawiło. Czasami zwie się
to Starą Magią. Czasami to określenie stosuje się wobec Strażniczki
Nocy, która - dzięki wysiłkom Pielęgnacji - pochodzi od jednego z tych
starożytnych sprenów. Słuchaj Wiatru, kiedy mówi, Kaladinie. Jest
słabszy niż kiedyś, ale widział wiele.
- On... powiedział mi, że nadchodzi burza. I poprosił o pomoc.
- W takim razie posłuchaj. A Wiatr... ona w zamian posłucha ciebie. -
Mrugnął. - I nic więcej na ten temat nie powiem. Nie zdradzam tajemnic
innych.
Cudownie. Cóż, spełnił prośbę Trefnisia, więc oddał flet. Kiedy Dalinar
wreszcie skończy?
- Miło spędziłem czas, Trefnisiu, ale muszę spytać. Muzyka? Jakie ona ma
znaczenie dla kogoś takiego jak ja?
- Ach, to odwieczne pytanie. - Trefniś usiadł wygodniej. - Po co
potrzebna jest sztuka? Dlaczego ma tak wielkie znaczenie i siłę
oddziaływania? Nie powiem ci, bo krótka odpowiedź jest mało atrakcyjna,
a długa zajęłaby wiele miesięcy. Zamiast tego powiem to: każde
społeczeństwo w każdym regionie każdej planety, którą odwiedziłem, a było ich wiele, tworzyło sztukę.
Kaladin pokiwał z namysłem głową. Trefniś nie odpowiedział na jego
pytanie, ale był do tego przyzwyczajony. Wszelkie sprzeciwy zostałyby
wyśmiane.
- Może pytanie brzmi nie "Po co potrzebna jest sztuka?" - zastanawiał
się Trefniś. - Może nawet to proste pytanie nie trafia w sedno sprawy.
To jak pytanie o przydatność posiadania rąk albo włosów, czy chodzenia
prosto. Sztuka jest częścią nas, Kaladinie. Po to jest potrzebna, to
jest powód. Istnieje, bo na jakimś podstawowym poziomie jej
potrzebujemy. Sztuka istnieje, by ją tworzyć.
Kiedy Kaladin nie odpowiedział, Trefniś popatrzył na niego.
- Mogę to przyjąć - stwierdził Kaladin. - Jako wyjaśnienie.
- To tautologia.
- Im bardziej dezorientujące, tym lepiej, tak?
Trefniś wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale po chwili spoważniał. Spojrzał
na drzwi.
- Trefnisiu - powiedział Kaladin. - Wiatr poprosiła o pomoc... a Dalinar
martwi się nadchodzącą bitwą. Mam poczucie, że ten następny etap będzie
trudny.
- Tak - powiedział cicho Trefniś. - Ja też to czuję.
Bezpośrednia odpowiedź. One zawsze były niepokojące.
- Masz jakieś... słowa mądrości? Może opowieść?
- Posłuchaj. Wszystko co zrobiłeś... Kal, wszystko, czym byłeś...
przygotowało cię do tego, co nadchodzi. Będzie ciężko. Całe szczęście
życie było ciężkie, więc będziesz działał pod znajomą presją.
Kaladin spojrzał w bok. Trefniś wpatrywał się w przestrzeń, w zamyśleniu
obracając w palcach czerwony flet. Coś w jego głosie... jego twarzy...
- Mówisz tak, jakby jeden z nas miał tego nie przeżyć - powiedział cicho
Kaladin.
- Chciałbym mieć w sobie tyle optymizmu, by sądzić, że jeden z nas
przeżyje.
- Trefnisiu, jestem pewien, że sam kiedyś powiedziałeś o sobie, że
jesteś nieśmiertelny.
- Nieśmiertelność nie jest już taka jak kiedyś, dzieciaku. - Spojrzał na
Kaladina. - Posłuchaj, jeśli Wiatr chce twojej pomocy... myślę, że
poradzisz sobie z tym, co nadchodzi. Najprawdopodobniej. Choć będzie
trudno.
- Na burze. - Syl podeszła bliżej. - Ja... nie jestem pewna, czy podoba mi
się, kiedy on mówi poważnie, Kaladinie.
- Dalinar wyśle cię do Shinovaru, bo ma nadzieję, że Ishar pomoże w pojedynku czempionów - stwierdził Trefniś. - Ishar nie pomoże, nie w taki sposób, ale i tak musisz się tam udać.
- Dlaczego? Po co mam to robić, skoro nie uda mi się zrealizować celu, w jakim zostałem wysłany?
- Bo to jest podróż, Kaladinie - powiedział cicho Trefniś. - Jej ostatni
etap. Posłuchaj mnie. Chcę, żebyś ćwiczył grę na tamtym flecie, aż uda
ci się sprawić, by dźwięk wrócił do ciebie. Bo to będzie znaczyło, że
Roshar słucha.
Co to w ogóle znaczyło?
- Wydaje mi się, że czytasz za dużo opowieści, Trefnisiu. Zagadki wcale
nie pomagają.
Trefniś zerwał się z kanapy i przeszedł komnatę na nogach, które
niespodziewanie wydawały się patykowate.
- Problem polega na tym, że tak naprawdę nie wiem, z czym wiąże się
następny etap. Mam wskazówki i przemyślenia, ale głównie obawy. Mogę cię
tylko skierować na ścieżkę, która być może będzie właściwa. I dodawać ci
nadziei.
- Jasnah nie wierzy w nadzieję - szepnęła Syl, podchodząc do Kaladina. -
Słyszałam raz, jak na nią narzeka.
- Jasnah byłaby doskonałym Trefnisiem. - Mężczyzna wymierzył palec w Syl. - Jest jednocześnie bystra i głupia w idealnych proporcjach.
Uśmiechnął się z sympatią i Kaladin pomyślał, że pogłoski na ich temat
muszą być prawdą.
- Czuję się zagubiony - przyznał Kaladin. - Co ty mówisz, Trefnisiu?
- Że coś jest nie tak. - Trefniś krążył po komnacie, unosząc wysoko
ręce. - Coś jest straszliwie nie tak, i to już od kilku dni, a ja nie
jestem w stanie dojść do tego, co właściwie. Czekam, aż prawda spadnie
na nas z wielkim hukiem. Nie wiem, co robić ani do kogo się modlić, bo
jedyny prawdziwy Bóg, którego znałem, jest tym, którego odrzuciliśmy i zabiliśmy. Dlatego wysyłam ciebie, Kaladinie. Z nadzieją, że skoro Wiatr
odezwała się do ciebie, to jakaś część tej starożytnej boskiej istoty
obserwuje. Bo kiedy wszystko wydaje się niewłaściwe, nadzieja jest
jedynym, co mi pozostało.
- Pasje - szepnęła Syl.
- Czy to nie jest jakaś stara thayleńska religia? - spytał Kaladin. -
Coś związanego z uczuciami?
- Wywodząca się, w czasach starożytnych, z nauk Odium - powiedział
Trefniś. - Choć wytykanie tego wyznawcom Pasji jest nieuprzejme. Ludzie
nie lubią słyszeć, że ich religia została zmitologizowana, jakby mity
nie mogły być prawdziwe. Tak czy inaczej, Starożytna Córko, miałem o tobie lepsze mniemanie i nie spodziewałem się, że wspomnisz o Pasjach.
- Dlaczego? - spytała. - Wszystkie ludzkie religie są trochę śmieszne,
prawda?
- Tak, ale Pasje nauczają, że jeśli ktoś jest wystarczająco żarliwy,
jeśli dosyć się przejmuje, to jego emocje wpłyną na jego sukces. Że
jeśli ktoś naprawdę mocno czegoś pragnie, cosmere mu to da.
Kaladin pokiwał głową.
- Coś w tym może być.
- Dzieciaku - Trefniś pochylił się nad Kaladinem, który wciąż siedział
na kanapie - Pasje to stek bzdur.
- Co takiego? Dobrze mieć nadzieję! Pasje brzmią nieźle.
- Niewłaściwi ludzie czerpią stanowczo zbyt wielkie korzyści z rzeczy,
które brzmią nieźle. Posłuchaj gościa, któremu kłamstwo przychodzi aż za
łatwo: nie ma niczego łatwiejszego od sprzedania komuś historyjki, którą
chce usłyszeć. Jeśli zastanowisz się choć przez chwilę, Pasje są
obelżywe. Kiedyś karmiłem bulionem drżącą dziewczynkę w królestwie,
które już nie istnieje. Znalazłem ją na drodze prowadzącej z pola bitwy
po tym, jak jej rodzice, prości chłopi, zostali zamordowani. Jej starszy
brat leżał martwy pół mili wcześniej, umarł z głodu. Myślisz, że
dziecko, które umarło z głodu, nie chciało jeść? Myślisz, że jej rodzice
nie pragnęli wystarczająco mocno uciec przed okrucieństwami wojny?
Myślisz, że gdyby mieli więcej Pasji, cosmere by ich ocaliło? Jakie to
wygodne, wierzyć, że ludzie są biedni, bo nie przejmują się
wystarczająco, że nie są bogaci. Bo nie modlą się wystarczająco
żarliwie. Jakie to wygodne, uczynić ich cierpienie ich własną winą, nie
zaś wynikiem tego, że życie jest niesprawiedliwe, a urodzenie liczy się
bardziej niż zdolności. Albo burzowa Pasja.
Wypowiadając to ostatnie słowo, uniósł palec, a wokół jego stóp, jak na
sygnał, zmaterializowały się złościospreny, jak kałuże gotującej się
krwi. Kaladin nie był pewien, czy kiedykolwiek widział Trefnisia tak
rozzłoszczonego, a zwłaszcza przez coś, co nie miało najmniejszego
związku z ich rozmową. Choć z Trefnisiem nigdy nic nie wiadomo.
Nielogiczne wnioski, które ostatecznie okazywały się istotne, były jak
te sztylety, które chował w butach, do wykorzystania, kiedy jego
przeciwnik się rozproszył.
- Potrzebujemy nadziei. - Trefniś pochylił się bardziej. - Kierujemy się
prosto w stronę czegoś, co może być najtrudniejszą chwilą naszego życia.
Pamiętaj więc, że nadzieja jest cudowna. Zachowaj ją, ceń ją. Nadzieja
to cnota, ale ważna jest definicja tego słowa. Chcesz wiedzieć, czym
naprawdę jest cnota? To nie takie trudne.
- Jeśli cała ta rozmowa ma być dla mnie nauką, to podaję w wątpliwość
stwierdzenie, że nie jest to trudne - zauważył Kaladin.
Trefniś roześmiał się, cofnął i uniósł ręce. Złościospreny zniknęły, za
to otoczyły go chwałospreny - malutkie kule złocistego blasku.
- Cnota to coś, co jest cenne, nawet jeśli nic ci nie daje. Cnota trwa
bez nagrody i rekompensaty. Myślenie pozytywne jest wspaniałe. Ważne.
Użyteczne. Ale musi takim pozostać, nawet jeśli nic ci nie daje. Wiara,
prawda, honor... jeśli istnieją tylko po to, by coś ci dać, nie
zrozumiałeś burzowego sedna sprawy.
Spojrzał na Syl.
- I tu właśnie Jasnah myli się w kwestii nadziei, choć jest przecież tak
bystra. Jeśli nadzieja nic dla ciebie nie znaczy, kiedy przegrywasz, to
w ogóle nie była cnotą. Długo trwało, zanim się tego nauczyłem, aż w końcu pomogły mi pisma mężczyzny, który utracił wszelką wiarę, a później
zaczął od nowa.
- Wydaje się, że to ktoś mądry - powiedziała Syl.
- Och, Sazed jest jednym z najlepszych. Mam nadzieję, że kiedyś go
poznam.
- Kiedy tak się stanie, może udzieli ci się część jego mądrości -
odezwał się Kaladin.
Trefniś podrzucił flet, zakręcił nim i wymierzył go prosto w Kaladina.
- Gratulacje. Poćwiczyłeś grę na instrumencie, wysłuchałeś zarozumiałej
przemowy oraz wygłaszałeś docinki w niezręcznych momentach. Ogłaszam cię
absolwentem szkoły praktycznej niepraktyczności Trefnisia.
Syl usiadła na kanapie, choć nie zostawiła śladu na poduszkach.
Wyglądała na zbitą z tropu.
- Zaczekaj - powiedział Kaladin. - Czy to oznacza, że jestem... twoim
uczniem?
Trefniś wydał z siebie głęboki, gardłowy śmiech, na tyle długi, że aż
niezręczny.
- Kal... - wychrypiał, z trudem łapiąc oddech - ...jesteś wciąż stanowczo
zbyt użyteczną istotą ludzką, by zostać moim uczniem. Jeszcze
rzeczywiście zacząłbyś pomagać ludziom! Nie, mam już jednego małego
mostowego wśród swoich uczniów, a on jest wystarczająco niekompetentny,
by zachować to stanowisko.
- Powinieneś wiedzieć, że Sig dobrze sobie radzi z kierowaniem
Wiatrowymi.
- Zepsułeś go. Nie, nie jesteś moim uczniem, ale to nie znaczy, że nie
możesz nauczyć się paru rzeczy. To swego rodzaju... wzajemne szkolenie w bezużyteczności. - Mówiąc to, Trefniś dźgał fletem powietrze.
- Jesteś tak burzowo dramatyczny.
- Po prostu próbuję stosownie cię pożegnać. Zbliżamy się do końca,
Kaladinie, a ty jesteś potrzebny. Chcę, żebyś energicznym krokiem
pomaszerował ku swemu boskiemu przeznaczeniu.
- Ale ja nie wiem, co robię. Nadchodzi wojna, ale ja nie jestem w to
zaangażowany. Mam jedynie pomóc szaleńcowi w odzyskaniu zdrowych
zmysłów.
- I tylko tyle, co? Wystarczy, że zostaniesz pierwszym terapeutą tego
świata.
Kaladin spojrzał na Syl, a ona pokręciła głową.
- Nie mamy pojęcia, co to, Trefnisiu.
- Bo jeszcze go nie wynaleźliście. - Nachylił się. - Najwyższa pora, by
ktoś wymyślił sposób, jak przeciwdziałać temu, co robię ja. A teraz
ćwicz grę na flecie. Skłoń Roshar, by posłuchał. Pomóż Isharowi. Ale
wiedz, że nie wrócisz, by pomóc Dalinarowi, niezależnie od tego, co on
sądzi.
- Ćwiczyć grę na flecie - powtórzyła Syl. - Sprawić, by Roshar nas
wysłuchał. Pomóc Isharowi. Nie wracać.
- Zgadza się. A teraz ruszajcie. Świat potrzebuje was obojga... bardziej
niż wy, czy on, czy ktokolwiek poza waszym skromnym Trefisiem to sobie
uświadamia. Czekająca cię walka będzie legendarna. Niestety nie przyda
ci się w niej siła mięśni. Będziesz musiał posłużyć się włócznią w inny
sposób. Powodzenia.
Kaladin wstał z westchnieniem. I wtedy wydarzyło się coś naprawdę
zadziwiającego. Trefniś wyciągnął rękę i nie cofnął się, kiedy Kaladin
niepewnie ją przyjął. Uścisk Trefnisia był stanowczy.
- Wiesz, dlaczego zwróciłem na ciebie uwagę, Kaladinie? - spytał
Trefniś. - Zrobiłeś jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie może zrobić
człowiek: dałeś sobie drugą szansę.
- Wziąłem tę drugą szansę... może trzecią - przyznał Kaladin. - Ale co
teraz? Kim jestem bez włóczni?
- Czyż dowiedzenie się tego nie będzie ekscytujące? Zastanawiałeś się
kiedyś, kim byłbyś, gdybyś nie musiał nikogo ratować ani nikogo zabijać?
Od tak dawna żyłeś dla innych, Kaladinie. Co się stanie, kiedy
spróbujesz żyć dla siebie? - Trefniś uniósł palec. - Wiem, że nie umiesz
jeszcze na to odpowiedzieć. Ruszaj i dowiedz się. - Z tymi słowami
Trefniś ukłonił mu się. - Dziękuję.
- Za co?
- Za inspirację. - Trefniś wyprostował się i spojrzał na Kaladina, a później na Syl. Uśmiechnął się ciepło, ale jednocześnie z żalem.
Kaladina przeszedł dreszcz.
- Ja... nigdy cię już nie zobaczę, prawda, Trefnisiu?
- Nikt nie zna przyszłości, Kal. Nawet ja. Dlatego zamiast się pożegnać,
nazwijmy to... przedłużonym okresem koniecznego rozstania, wymaganym, bym
mógł wymyślić najdoskonalszą, wyrafinowaną obelgę. Jeśli nigdy nie uda
mi się wygłosić jej osobiście... bądź tak miły i wyobraź sobie, jak
wspaniała była. Dobrze?
- Dobrze.
Trefniś mrugnął do niego, podszedł do drzwi i zapukał.
Dalinar otworzył je po chwili.
- Wreszcie z nim skończyłeś, Trefnisiu? Czekam od burzowej godziny.
- Jest cały twój - powiedział Trefniś, odchodząc. - Pamiętaj, co ci
powiedziałem.
- Będę pamiętał - odpowiedzieli jednocześnie Kaladin i Dalinar.
Popatrzyli po sobie.
- Trefnisiu! - zawołał Kaladin tuż przed tym, jak mężczyzna zniknął. -
Co z moją opowieścią?
- Tym razem sam opowiesz swoją opowieść, Kaladinie! A jeśli będziesz
miał szczęście, Wiatr się do niej dołączy. - I zniknął, a jego
pogwizdywanie powoli cichło.
- Myśleliście kiedyś, że skończycie, tańcząc, jak on zagra? - zapytał
Dalinara Kaladin.
- Podejrzewam, że nieświadomie tańczyliśmy tak od lat. - Dalinar cofnął
się i gestem zaprosił Kaladina do środka. - Wejdźcie. Mam wam kilka
rzeczy do powiedzenia, zanim wyruszycie.
5. Co wciąż może się wydarzyć
Jako historyczka uważam takie niuanse za istotne. Jako filozofka uważam
je za kuszące.
Rycerze Wiatru i Prawdy s. 4
Shallan ucieszyło, że miała wreszcie kilka godzin, by spokojnie
pomyśleć. Usiadła - w jaskrawoniebieskiej havah, nie zaś stroju
podróżnym - w najwyższym rzędzie otwartego forum Nieprzemijającej
Prawości, i rysowała. Od jak dawna nie pozwalała sobie po prostu
rysować? Trochę szkicowała w czasie podróży, ale wydawało się, że od
tego czasu minęła wieczność.
Rozluźniła się i popłynęła wraz z rysunkiem - przedstawieniem zawrotów
głowy, które czuła, kiedy patrzyła w górę jednego z wewnętrznych murów
Nieprzemijającej Prawości. Surrealistyczny obraz, jakby wywodzący się z jednego ze starszych nurtów artystycznych, w których perspektywa była
celowo obca i odpychająca. Lubiła myśleć, że dawni surrealiści nawiązali
kontakt ze sprenami i Cieniomorzem i nagięli swoje umysły do nowych
sposobów postrzegania.
Choć krajobrazy nigdy nie wychodziły jej tak dobrze jak portrety, była
dumna z tego, że szkic wzbudzał wrażenie spadania - nie było jednak
widać dokąd, bo nienaturalna perspektywa ściągała wzrok ku górze.
Jednak podobnie jak w przypadku innych rysunków, które wykonała tego
dnia, w jej twórczość wkradały się dziwne twarze.
W tym przypadku w zamyśleniu zniekształciła cienie na jednej ze ścian,
nadając im wygląd twarzy. Kobiecej, pieśniarki o kanciastej skorupie,
cienie i łuki tworzyły na jej obliczu wzór kojarzący się z warstwami.
Shallan przejrzała szkicownik. Na każdym z rysunków tego dnia gdzieś
kryła się ta twarz pieśniarki, a ona tego nie pamiętała.
Zrobiła coś podobnego w Urithiru, kiedy obecność Niestworzonej
zniekształcała jej szkice. Próbowała nie pozwolić, by tym razem tak
bardzo ją to zaniepokoiło. Wtedy to była wiadomość. Czy teraz oznaczało
to coś podobnego?
Spojrzała w stronę Adolina, który krążył pośrodku forum - miejscu, gdzie
przed zaledwie kilkoma dniami był sądzony. Dziś towarzyszył mu Godeke,
chudy Tancerz Krawędzi. Dołączyli do nich agenci Shallan - Ishnah,
Vathah i Beryl, jak również ich Zagadkowi. Razem czekali na Wiatrowych i owoce ostatnich wysiłków w Nieprzemijającej Prawości. W tym czasie
zaczęła kolejny szkic.
W końcu przybyło dwanaścioro.
Dwunastka honorsprenów, z grupy liczącej setki. Tyle ich pojawiło się w odpowiedzi na wezwanie Adolina do walki. On i Godeke witali każdego z uśmiechem, choć wiedziała, że spodziewał się więcej. Przyszedł jeszcze
jeden - Notum. Dawny kapitan żeglugi jak zawsze prezentował wyjątkowy
zarost, choć szedł niepewnym krokiem. Wciąż nie wiedzieli, dlaczego
został zaatakowany przez tamtych Tukarów, z rąk których uratował go
Adolin.
Notum nie dołączył do Godeke'a i Adolina, ale wszedł po schodach do
Shallan.
- Świetlista Kholin - odezwał się.
Dziwnie się czuła, słysząc te słowa, nawet rok po ślubie. Nie było wcale
z góry przesądzone, że przyjmie nazwisko Adolina - wśród alethyjskich
jasnookich było równie prawdopodobne, że każda ze stron zachowa swoje
nazwisko, jak i że przyjmie nowe. W jej przypadku było konieczne, by
stała się częścią linii dziedziczenia Kholinów. Wątpiła, by zasiadła na
tronie, którego objęcia odmówił Adolin, ale Dalinar chciał mieć wśród
potencjalnych następców ludzi, którym ufał. Gdyby doszło co do czego,
przyjęcie do rodu Kholinów dawałoby jej większe prawa.
Wyjaśniając jej tę kwestię, Dalinar i Navani wypowiadali się z pragmatycznego punktu widzenia - ale Shallan zapamiętała ten dzień
inaczej. Dla niej był to dzień, kiedy po raz pierwszy w życiu miała parę
rodziców, którzy chcieli mieć ją jako dziecko.
Notum usiadł obok niej.
- Wasza misja okazała się sukcesem. Dwanaścioro nowych Świetlistych.
- Oczekiwaliśmy, że będzie ich więcej - stwierdziła Świetlista,
wyłaniając się. - Po wsparciu, które Adolin dostał w czasie procesu,
spodziewałam się doskonałych wyników.
- Sporo honorsprenów go popiera, ale to nie znaczy, że chcą zostać
związane. Można być wzburzonym zachowaniem przywódców honorsprenów i uważać, że ludzie zasługują na wsparcie, ale jednocześnie nie chcieć
podjąć tego kroku.
Poniżej dwanaścioro honorsprenów zaczęło blaknąć.
- Nigdy wcześniej tego nie widziałem - dodał Notum. - Myślałem, że
znikną w mgnieniu oka. Tymczasem blakną, aż nic po nich nie zostaje.
- Nie nic - sprzeciwiła się Świetlista. - Pojawią się po drugiej
stronie.
- Słyszałem, że to traumatyczne przeżycie. - Notum mówił w sztywny,
oficjalny sposób, nawet kiedy same słowa były swobodne. Zupełnie jakby
ogłaszał coś z pokładu rufowego swojego statku. - Spreny po drugiej
stronie zapominają, kim są.
- Na krótko. Te pewnie zostaną razem, co pomaga, i natychmiast trafią do
Urithiru, przyciągnięte przez giermków, którzy się tam szkolą.
- Ale czy wciąż ich potrzebujecie? - spytał Notum. - Przecież wojna
wkrótce ma się skończyć.
- Wiatrowi to nasz podstawowy sposób na przebywanie dużych odległości... i podejrzewam, że będą pomocni również w czasach pokoju. Poza tym... nawet
jeśli Dalinar zwycięży w pojedynku, martwię się tym, co nadchodzi. Im
więcej Świetlistych, tym stabilniejsza nasza pozycja.
- W takim razie powinienem się pośpieszyć. - Notum wstał. - Dołączyć do
nich, żebym nie został sam.
Świetlista to aprobowała. Ale Shallan... coś zauważyła.
- Wydajesz się niechętny - powiedziała Shallan.
Popatrzył na nią, emanując tym samym łagodnym błękitnym blaskiem, co
wszystkie honorspreny. Jego mundur, włosy, wszystko powstało z tego
samego światła - stałego, nieprzezroczystego, a jednocześnie nie do
końca realnego w sposób, w jaki pojmowała rzeczywistość.
- Nic już tu dla mnie nie ma - stwierdził Notum. - Moi rodacy mnie
odrzucili, a ja widziałem ich małostkowość. Chciałbym się na coś
przydać. Choć... przyznam, że nie chcę związać się z człowiekiem. Ten
pomysł wzbudza moją odrazę. Czy to małostkowe z mojej strony?
- W najmniejszym stopniu - odparła Shallan. - Mam dwie więzi, Notumie, i rozumiem cenę lepiej niż ktokolwiek. Wahanie nie oznacza małostkowości
ani tchórzostwa. Podobnie jak nie jest małostkowe ani tchórzliwe
odrzucenie jakiegokolwiek związku.
- Z całym szacunkiem, ale inne rodzaje związków nie prowadzą do
żołnierzy o wyjątkowych mocach.
To rzeczywiście komplikowało sprawę. Ale kiedy Shallan dowiedziała się,
co zrobiła Testament - która siedziała z Wzorem kilka rzędów niżej - nie
mogła nie podawać w wątpliwość ich misji. Potrzebowali Wiatrowych,
owszem, ale czuła się coraz bardziej niepewnie, żądając więzi od sprena.
Nie była intymna w tradycyjnym ludzkim rozumienia tego słowa, ale
jednocześnie wydawała się bardzo osobista.
- Przydałby się nam każdy Wiatrowy, owszem, ale moim zdaniem nie
powinieneś zmuszać się do związania się z człowiekiem, jeśli czujesz się
z tym niekomfortowo. Możesz być dobrą osobą i jednocześnie odmówić,
Notumie. Tego się dowiedziałam.
- Może w takim razie zostanę tu jeszcze przez jakiś czas. Jeśli się
postaram, może uda mi się przekonać innych, by was wsparli.
Pokazał palcem i zwrócił uwagę Shallan na mijającą ich grupę
honorsprenów, ubranych w stroje podróżne i niosących wyposażenie. Jakby
wybierały się na dłuższą wyprawę. Pomachali Shallan i Adolinowi, ale nie
dołączyli do tych, którzy powoli bledli.
- Sprzeciwiający się? - spytała Shallan, kiedy Adolin również pomachał
do sprenów. - Ci, o których wspominałeś wcześniej?
- Tak. Nie zgadzają się z tym, jak was potraktowano, ale nie chcą też
wyruszyć na wojnę. Opuszczają Nieprzemijającą Prawość, by znaleźć własną
drogę.
Pokiwała głową.
- Cóż, Świetlisty Godeke zostaje i spróbuje poprawić nasze relacje z honorsprenami, ja również rozważam pozostawienie jednego z moich
agentów. Jeśli zostaniesz, to pomoże, przyda im się pewny sojusznik w tym miejscu.
- Jestem waszym sojusznikiem, ale, jak cię ostrzegałem, przywódcy
honorsprenów mnie nie lubią, nawet jeśli zostali zmuszeni cofnąć moje
wygnanie. - Spochmurniał. - Mamy całą marynarkę, która niegdyś żeglowała
po oceanie paciorków. Szkoda, że te statki tkwią porzucone w dokach.
Wróg panuje na morzach Cieniomorza. Może gdybym mógł znów wypłynąć za
zgodą władz honorsprenów...
Na burze, gdyby Shallan się nie odezwała, Notum mógłby zostać
Świetlistym sprenem - co znaczyło, że właśnie sprzeciwiła się swoim
rozkazom. Może nie wspomni o tym w raporcie dla Dalinara.
Nie przybyły inne spreny. Nie pojawiła się Lusintia, która od przybycia
Shallan do Nieprzemijającej Prawości była jej przewodniczką. Shallan
miała nadzieję, że mimo ich wcześniejszych sprzeczek spren zmieni
zdanie.
- Notumie, dziękuję. Za to, jak wsparłeś nas w czasie procesu.
- Jestem sam i bardzo słaby, Świetlista Kholin. - Splótł ręce za
plecami. - Jak bandera na maszcie, którą zbyt długo szarpał wiatr. Nie
wiem już, w co wierzę ani czemu ufam, ale to, co z wami zrobili, nie
było właściwe. Nie mogłem odgrywać fałszywej roli, której ode mnie
zażądali. Proszę was o wybaczenie za to, że w ogóle się nad tym
zastanawiałem.
- To naturalne, że chciałeś odzyskać swoje dawne życie, Notumie.
Odwrócił się i wpatrzył w nią błękitnymi oczami.
- Leżałem na ziemi, pobity i zmaltretowany, i patrzyłem, jak twój mąż
staje w mojej obronie mimo skrajnie niekorzystnego stosunku sił. Ocalił
mnie, nie spodziewając się nagrody. W tamtej chwili zrozumiałem, że
Honor żyje. - Krótko skinął głową Shallan i zszedł po schodach, by
porozmawiać z Adolinem.
Shallan wróciła do rysunku - i wkrótce odkryła, że naszkicowała na nim
kolejną twarz. W cieniu Adolina. Na burze.
Nie bądź zaniepokojona, powiedziała sobie. Byłaś wytrącona z równowagi,
kiedy pierwszy raz narysowałaś Wzór, jeszcze w Kharbrancie. I popatrz
tylko, co z tego wyszło.
Nie pozwoli sobie bać się własnej sztuki. Zacisnęła zęby i zmusiła się,
by przerzucić kartkę i znów zacząć rysować, aż ktoś usiadł obok niej.
Kelek pochylił się i splótł dłonie. Wydawał się drobny i delikatny.
- Nie pójdę z wami - powiedział cicho. - Ja... nie mogę.
- Tu nie jesteś bezpieczny. - Shallan nie przerywała rysowania, jej
palce poruszały się jakby z własnej woli. - Jeśli ja do ciebie dotarłam,
innym skrytobójcom Mraize'a też może się to udać.
- Ja... się ukryję. Lepiej. Ale nie mogę opuścić seona, a ona nie może
teraz podróżować. To nie byłoby dla niej dobre.
Shallan nie sprzeciwiała się. Z Kelekiem to nigdy nie kończyło się
dobrze. Zatraciła się w jego portrecie. Herold w jej kolekcji. Mogłaby
powiedzieć, że to najrzadszy z klejnotów, ale czy Heroldowie
rzeczywiście byli rzadsi niż inni? Można by argumentować, że ze względu
na ich nieśmiertelność było wręcz odwrotnie.
- Jesteśmy niedoskonali, Shallan - powiedział w końcu Kelek. - Nie
jesteśmy bohaterami, czego od nas oczekujesz. Już nie.
- Znam to uczucie.
- Wątpię. - Objął się ramionami. - Wątpię, by ktokolwiek je znał. -
Spojrzał na Adolina rozmawiającego z Notumem i Godeke'em. - Naprawdę
chcesz spróbować odnaleźć Mishram?
- Jeśli ja się tym nie zajmę, zrobią to moi wrogowie.
- I co wtedy? Uwolnisz ją? Ja... nie umiem zdecydować. Ciągle nie umiem
zdecydować. W przeszłości apelowałem o jej uwolnienie, ale teraz się
martwię. Może dołączyć do Odium i wzmocnić go. Ona... nienawidzi ludzi. -
Uniósł dłoń do głowy. - Ishar mówi, że wszystkich Niestworzonych należy
uwięzić, jednak to, co zrobiliśmy pieśniarzom, więżąc ją...
- Będę się tym przejmować kiedy znajdę jej klejnot. Szczerze mówiąc,
najpewniej zabiorę ją z powrotem do Kowala Więzi i pozwolę, żeby wszyscy
zdecydowali razem.
Nie zareagował, więc rysowała dalej. Znajomy odgłos węgla albo
kolorowego ołówka na papierze, wydestylowana istota tworzenia, jak
najmocniejszy trunek. Przyciągnęła kilka stworzeniosprenów, niewielkie
wirujące światełka. Te tutaj zachowywały się jednak dziwnie - w Cieniomorzu nigdy nie widziała, by zmieniały kształt jak w Krainie
Materii, ale te zaczęły przybierać wygląd jej ołówka lub gumki.
Rysowała dalej. Linie naśladujące życie. Unieruchamiające je. Ale
jednocześnie je zmieniające, bo nigdy nie da się stworzyć idealnej
kopii. Nie o to chodziło. Każdy szkic był również obrazem samej artystki
- jej perspektywy, akcentowania, instynktu wybierającego chwilę, która
inaczej zostałaby stracona...
Kiedy dotarła do końca... to było wzniosłe.
Ta chwila, kiedy upajała się tym, co stworzyła - to uczucie podziwu
zmieszane z niedowierzaniem, że ten piękny przedmiot pochodził od niej.
Połączone z najdrobniejszym niepokojem, że skoro nie rozumiała, jak to
zrobiła, może nie zasługiwała, by być częścią stworzenia. Uwielbiała to
uczucie, nawet niepewność.
- Świetlista... - Kelek wpatrywał się w kamienną posadzkę amfiteatru,
wciąż ze splecionymi dłońmi. - Czego się boisz?
A co to w ogóle za pytanie?
- Nie wiem - skłamała.
- Ja się boję możliwości. Widzę każdą decyzję, jaką podejmuję, i straszliwe skutki, które mogą z niej wyniknąć. Jeśli tu zostanę, widzę,
jak beze mnie ponosicie porażkę. Jeśli odejdę, widzę, jak moja obecność,
ze względu na moją niedoskonałość, doprowadza do waszej porażki. Nie
mogę tak dalej. Ja... ja nie...
Położyła dłoń na jego dłoni i podała mu rysunek. Przyjął go ze
zmarszczonym czołem, a później otworzył szerzej oczy, kiedy zobaczył, że
przedstawiła go wyprostowanego, w dostojnych szatach. Opuszczał
fantastyczne miasto o kolorowych murach, w którym rosły wymyślone przez
nią dziwne drzewa o długich pierzastych liściach. Niósł laskę z niezwykłym kształtem na szczycie i kroczył w stronę światła na
horyzoncie - choć na rysunku oglądał się, a na jego twarzy malowała się
determinacja. Zdecydowanie.
- Często to robisz? - spytał.
- Rysuję ludzi? - Zarumieniła się. - Tak właściwie to cały czas. A przynajmniej kiedy czuję się sobą.
- Nie tylko rysujesz, dziecko. Często sięgasz do Fortuny? Dostrzegasz
możliwe wcielenia osoby i wybierasz jedno z nich... Dotykasz, w niewielkim
stopniu, tego, co mogło się wydarzyć. Co wciąż może się wydarzyć... -
Spojrzał na nią i musiał dostrzec całkowite zagubienie w jej oczach, bo
westchnął. - Czy to umiejętność, którą często posługują się Tkacze
Światła w waszych czasach?
- Nic o tym nie wiem. Ale nie do końca rozumiem, co mówisz.
Spojrzał w stronę Wzoru i Testament.
- Dwa spreny. Oczywiście... związałaś się z dwoma. Kiedy więzi Nahel
nachodzą na siebie, dzieją się dziwne rzeczy. Niegdyś, jak mi się
wydaje, były zasady, które tego zakazywały. Od jak dawna masz ich oboje?
- Od jakiegoś czasu, choć aż do niedawna nie wiedziałam o tym... nie
pamiętałam o tym.
- A jak często zaglądasz do Krainy Ducha, a później objawiasz to w swojej sztuce? - Uniósł kartkę.
- Ja...
Wróciła myślami do rysunków, które stworzyła, jak ten znaleziony w kieszeni martwego mężczyzny. Jak szkice Niestworzonej kryjącej się w Urithiru... albo twarze pojawiające się w jej dziełach, nawet jeśli nie
zamierzała ich narysować. Zaczęła czuć się głupio, że tak szybko
sprzeciwiła się komuś, kto wyraźnie wiedział o tych sprawach więcej od
niej.
- Zdarza mi się od czasu do czasu. W Urithiru była Niestworzona,
pokazywała się w moich rysunkach. A teraz te twarze... - Przekręciła jeden
w stronę Herolda.
Pokiwał głową.
- Bo myślałaś o tym, żeby udać się do Krainy Ducha i odnaleźć
Ba-Ado-Mishram.
- To ona?
- Jedna z jej interpretacji, owszem. Gdybyś była kimś innym, uznałbym,
że zobaczyłaś jakieś starożytne dzieło sztuki i jesteś pod jego wpływem.
Ale ty... - Wzruszył ramionami. - Fortuna może tworzyć rzeczy nie do
pomyślenia, fantodyczne.
- Chwileczkę. Fantodyczne?
- To znaczy... wytrącające z równowagi? Przepraszam. Nie śledzę zmian w języku i nie jestem ekspertem od Fortuny. Najlepiej porozmawiaj o tym z Midiusem, waszym Trefnisiem. To bez wątpienia fantodyczny mężczyzna.
Wziął jej kartkę, złożył ostrożnie i schował do kieszeni. Wzdrygnęła się
- nie nałożyła lakieru dla ochrony przed rozmazywaniem się - ale jej
uwagę odwróciło zamieszanie za murami Nieprzemijającej Prawości. Grupa
emanujących blaskiem postaci opadała w stronę ziemi, a towarzyszyły im
różne spreny, które mogły szybować razem z nimi - przyciągnięte
wykorzystywanym przez nich Burzowym Światłem. Przybyli Wiatrowi.
Po chwili obok wylądowali Drehy, jego spren i kilku z jego giermków. W rękach mieli zwyczajne włócznie, bo Ostrza Odprysku nie mogły wejść do
Cieniomorza. A przynajmniej nie w kształcie Ostrza Odprysku.
- Słyszałem, że jasnooka dama zamówiła palankin do Urithiru - powiedział
Drehy.
- Ten palankin wygląda dość dziwnie - powiedziała Shallan, podnosząc
się.
- To nieuprzejme, jasności. - Drehy wskazał ponad ramieniem na jednego
ze swoich giermków. - Ten tam Shiosak może jako dziecko parę razy wypadł
matce z rąk, ale nie wygląda dziwnie. Jest wyjątkowy.
Shiosak - który w rzeczywistości był całkiem przystojnym i przyjacielskim Vedeńczykiem - przewrócił oczami.
Pięcioro Wiatrowych. Za mało, by zabrać wszystkich. Żołnierze Adolina i najpewniej niektórzy z jej agentów będą musieli wrócić łodzią. Raczej
nie będzie im to przeszkadzało. Większym problemem był Adolin - który
musiałby zostawić swojego konia i miecze. Shallan wyprostowała się,
kiedy jej mąż, uśmiechnięty od ucha do ucha, wbiegł po schodach.
Oczywiście znał Drehy'ego. Adolin znał wszystkich. Patrzyła, jak liczy
Wiatrowych, dokonuje obliczeń w głowie, i dochodzi do tego samego
wniosku.
Niemal.
- Ilu z was będzie potrzebnych, żeby zabrać mojego konia? - spytał.
6. Szlachectwo
Tak czy inaczej, wydarzenia związane z oczyszczeniem Shinovaru są
szczególnie istotne i staram się jak najlepiej zapisać to, czego udało
mi się dowiedzieć na temat słów samej Wiatr w tej kwestii. Choć teraz,
kiedy Wiatr i Heroldowie zniknęli, mam tylko dwa źródła, które mogą
wypowiadać się o tych wydarzeniach.
To moi świadkowie.
Rycerze Wiatru i Prawdy, s. 5
Dalinar wyglądał przez okno na zaśnieżone szczyty łańcucha Ur. Kaladin
wiedział, że jakieś królestwo najpewniej rościło sobie prawa do tych
ziem, ale nie umiał sobie tego wyobrazić. Posiadanie pól to jedno, ale
gór?
Jeśli jednak ktoś mógł mieć do nich prawo, to ten wielki jak góra
mężczyzna przy oknie. Dalinar nie opierał się o kamienną ramę, by się
rozluźnić, jak mógłby zrobić to ktoś inny. Stał całkowicie wyprostowany,
z rękami splecionymi z tyłu. Miał na sobie niebieski mundur Kholinów ze
swoimi glifami na plecach - wieża i korona.
Szeth siedział na podłodze prawie w kącie. Znów ubrany na biało, z ogoloną głową. Z zamkniętymi oczami i długim Ostrzem Odprysku w srebrzystej pochwie na kolanach. Broń zawsze robiła na Kaladinie
wrażenie groźnej, z tymi zakrzywionymi jelcami i czarną rękojeścią.
Wydawało się, że Szeth medytuje, oddychał powoli i rytmicznie. Na burze,
nawet rozluźniony, mężczyzna robił niepokojące wrażenie.
Zachowując zarówno wielkość człowieka, jak i kolory na havah, Syl
podeszła bliżej i wpatrzyła się Szethowi w twarz, żeby sprawdzić, czy
podgląda.
- Jak się czujesz? - spytał Dalinar. - Kiedy myślisz o swoim
nadchodzącym zadaniu?
- Dobrze, panie. Cokolwiek wydarzy się za dziesięć dni, świat się
zmieni. Trefniś mówi, że muszę sobie znaleźć w nim nowe miejsce, więc
spróbuję. Prosiliście mnie, bym był chirurgiem, nie żołnierzem. Jestem
gotów.
Chirurg umysłu - który nie ciął skalpelem, lecz spokojnymi słowami i zrozumieniem. Na burze, to się wydawało o wiele trudniejsze.
- Doskonale. Słyszałem o ludziach, którym pomogłeś z szokiem bitewnym.
To niezwykłe.
- Trzeba zabrać człowieka z mroku i pokazać mu, że wciąż jest światło.
To nie naprawi wszystkiego, ale dużo zmienia.
- Światło. - Dalinar spojrzał na połacie śniegu, które odbijały
promienie słońca jak płynne diamenty. - Ishar wspominał coś o świetle,
kiedy powiedział mi, że chce odtworzyć Pakt Przysięgi. Wypowiedzenie
Słów, chwila złożenia przysięgi, nawet przez kogoś w pobliżu, przynosi
jasność... i powinno choćby na chwilę przywrócić mu zdrowe zmysły. -
Spojrzał na Szetha.
- Panie? - spytał Kaladin.
- Wysyłam z tobą Szetha.
- To on jest towarzyszem, którego mi obiecaliście?
- Wracam do ojczyzny, by naprawić to, co jest zepsute - powiedział cicho
Szeth. - Oczyścić ją ze zła. Aby osiągnąć Czwarty Ideał, Niebiański musi
podjąć się misji w sprawiedliwej sprawie. Wypełniwszy to, będę gotów do
ostatniego kroku, w którym człowiek sam staje się prawem. Chciałem udać
się sam, ale Dalinar nalegał, bym zabrał ciebie.
Kaladin wysłuchał tego wszystkiego, po czym podszedł do Dalinara,
odwracając się plecami do Szetha - co wydawało mu się bardzo
niewłaściwe.
- Panie - syknął. - Ten mężczyzna jest niezrównoważony. Nie należy
wysyłać go na wyprawę. Potrzebuje czasu, uwagi i pomocy...
Kaladin urwał, kiedy dostrzegł wyraz twarzy Dalinara.
- Na burze. Myślicie, że uda mi się zrobić coś, by pomóc Szethowi, kiedy
będzie próbował "oczyścić swoją ojczyznę ze zła"?
- Tak - stwierdził stanowczo Dalinar. - Czujesz się na siłach,
żołnierzu?
Kaladin obejrzał się przez ramię na Szetha.
- Panie, z całym szacunkiem, udało mi się pomóc jednej grupie mężczyzn
cierpiących z powodu ciężaru umysłowego, który rozumiem dzięki
osobistemu doświadczeniu. Nie możecie się spodziewać, że powtórzę tego
rodzaju sukces z przypadkiem skrajnym w rodzaju Szetha. Potrzebowałbym
miesięcy, żeby opracować leczenie!
- Powinniśmy... porozmawiać w cztery oczy. Poza tym czuję, że potrzebny mi
dystans. A ty, żołnierzu?
- Zawsze, panie.
Syl dołączyła do nich i spojrzała na Dalinara z przechyloną głową.
- Doskonale. - Dalinar odwrócił się i podszedł do drzwi. Wziął ze stołu
przy ścianie niewielkie drewniane pudełko i wsunął je pod pachę. -
Szeth, możesz zostać tu przez jakiś czas sam?
- Nigdy nie jestem sam - odparł mężczyzna, jak zawsze z delikatnym
akcentem. - Nawet bez sprena i miecza miałbym głosy.
Spojrzał na Kaladina, a na jego twarzy malowało się tyle samo emocji, co
u trupa. Na burze. Dalinar chciał, by pomógł temu człowiekowi?
Skrytobójcy, który zabił jego brata?
Kaladin wyszedł za Dalinarem, spodziewając się, że porozmawiają w sąsiednim pomieszczeniu, ale mężczyzna poprowadził ich po schodach na
dach Urithiru. Kaladin nie był tam od czasu...
Cóż, od czasu, kiedy się z niego rzucił.
- Ten widok pomaga mi myśleć. - Dalinar odwrócił się i popatrzył na
góry. - Jak daleko można sięgnąć wzrokiem, kiedy nie przeszkadzają
ściany. - Zamyślił się i wydawało się, że potrzebuje chwili, więc
Kaladin przeszedł w stronę krańca wieży.
- Na burze - powiedział do Syl, kiedy dotarł do balustrady. - Teraz,
kiedy znów tu jestem, czuję się tak nierealnie. I jest tak ciepło.
- To jasność Navani. - Syl wychyliła się i spojrzała w dół. - I jej więź
z wieżą. To miasto niegdyś rozkwitało, pełne życia. I znów tak będzie.
- Przypomina mi dom. Jest tu bardziej wilgotno niż na Równinach.
- Dom... - Syl spojrzała w niebo, gdzie bawiły się spreny zbroi Kaladina.
Jej kucyk rozluźnił się i niebiesko-białe włosy unosiły się swobodnie na
prawdziwym wietrze. Uśmiechnęła się do niego. - Nigdy nie czułam się
tak, jakbym miała dom, aż znalazłam to.
- Urithiru?
- Przez skojarzenie, owszem.
- Brałaś lekcje zagadkowości od Trefnisia?
- Bynajmniej. - Oparła się o kamienną balustradę. - Twoja rodzina jest
tu teraz, Kaladinie. Czy to znaczy, że teraz jest to twój dom?
- Pewnie musi nim być. Mój drugi dom jest w rękach wroga.
- Nie tylko wroga - poprawiła go Syl. - Pieśniarzy.
Słuszna uwaga, choć trudno mu to było zapamiętać. To był również ich
dom. Alethyjscy parshmeni też byli zniewoleni, ale odzyskali ojczyznę. W innych okolicznościach popierałby ich walkę - doskonale wiedział, jakie
to uczucie zostać pozbawionym godności, być bitym, aż utraci się
osobowość i sprawczość, stać się przedmiotem.
Spojrzał znów w stronę Dalinara, którego umowa z Odium miała być
sposobem na rozwiązanie tej zawikłanej sytuacji. Kaladin podszedł,
czując wiatr na twarzy, co zawsze dodawało mu energii.
- Ciągle mam nadzieję, że gdzieś kryją się odpowiedzi - powiedział cicho
Dalinar.
- Panie?
- Przeze mnie znaleźliśmy się na kursie kolizyjnym z przeznaczeniem -
wyjaśnił. - Jeśli przegram, może się okazać, że uwikłałem nas wszystkich
w wojnę znacznie większą, niż uważaliśmy to za możliwe.
- Dlatego musicie zwyciężyć.
- Owszem. Ale nie umiem sobie wyobrazić, na czym będzie polegał
pojedynek. Mam poczucie, że nie będzie to walka na miecze. Ale co? Co
przegapiłem? Czy skazałem nas na zagładę, Kaladinie? - Odetchnął głęboko
i ręką, pod którą wciąż trzymał drewniane pudełko, wskazał na zaśnieżone
białe pole. - Możesz nas zabrać na tamten szczyt? Ten wielki, który
wygląda jak fragment korony.
- Panie, ciepło z wieży nie sięgnie tak daleko.
- I o to właśnie chodzi, Kaladinie. - Dalinar wyciągnął rękę w jego
stronę. - Jeśli możesz.
Kaladin odetchnął i zaczerpnął siły - Światła - z wieży. Przywiązał ich
do góry, a Syl skurczyła się i pofrunęła za nimi, kiedy Kaladin niósł
Dalinara w stronę wskazanego szczytu. Spreny jego zbroi krążyły wokół
niego. Przejście w strefę chłodnego powietrza było stopniowe - krąg
ciepła wokół Urithiru przypominał bardziej halo niż bańkę. Nagie skały
ustępowały strumyczkom wody z roztopów, te ustępowały lodowatej brei, aż
w końcu znaleźli się w krainie ubitego śniegu.
Kiedy się zbliżyli, Wieżowe Światło, które zabrał ze sobą, opuściło go i musiał się ratować Burzowym Światłem z sakiewki. Jak się wydawało,
ludzkie ciało nie było zdolne utrzymać Wieżowego Światła, jeśli nie
znajdowało się w pobliżu Urithiru. Kiedy Kaladin wchłonął nowe Światło i ustabilizował ich lot, zwiększył ciśnienie. Osłony wieży zapewniały nie
tylko ciepło. Skała mógł całymi dniami rozwodzić się na temat zdrowszego
powietrza na Szczytach, ale Kaladin widział na własne oczy, że ludziom
trudno się oddychało na takiej wysokości. Całe szczęście zdolności
Kaladina obejmowały też słabo zdefiniowaną umiejętność kształtowania
ciśnienia i powietrza.
Utrzymywał wokół nich niewielką niewidzialną bańkę gęstszego powietrza.
Robił to instynktownie, ale chciał być bardziej świadom. Syl powróciła
do wzrostu człowieka, kiedy Kaladin opuścił siebie i Dalinara na śniegu
przy akompaniamencie głośnego skrzypienia. Jakie to dziwne. Dlaczego
skrzypiał? To była bardzo zimna woda, prawda? Nie powinna pękać z trzaskiem?
Wokół ich twarzy unosiły się chmury pary - oczywiście z wyjątkiem Syl.
Choć naśladowała oddychanie, jej pierś delikatnie unosiła się i opadała.
Zawsze to robiła?
U stóp Kaladina zaczęły wyrastać zimnospreny jak małe krystaliczne
kolce. Dalinar podniósł garść śniegu i pozwolił, by przesypał mu się
między palcami.
- Navani mówi, że część głębszego śniegu najpewniej jest starożytna.
Chodzimy po warstwach lodu jak po warstwach skał, bo tu nigdy nie jest
na tyle ciepło, by się stopił. Pozostaje zamrożony. Przez wieki.
- Panie? Dlaczego wylecieliśmy na zimno?
- Chciałem spojrzeć na wieżę z zewnątrz. - Odwrócił się i wpatrzył w Urithiru. - Nie mogę jej się dobrze przyjrzeć z Bram Przysięgi. Jest
zbyt potężna.
Kaladin podszedł do Dalinara i przyjrzał się wieży, a wokół nich unosiła
się para ich oddechów.
- Roshar widział zbyt wiele wersji tej wojny, Kaladinie - odezwał się
cicho Dalinar. - Walczyliśmy z pieśniarzami, od kiedy nasze pierwsze
pokolenia osiedliły się na tej planecie, tak dawno, że nasze źródła
historyczne nie sięgają tak daleko. Przez liczne katastrofy i niemal
całkowitą utratę cywilizacji. Chcę doprowadzić do zakończenia tego
cyklu.
- Wszyscy tego chcemy, panie - powiedziała Syl.
- Wiem. Nie mogę się jednak przestać zastanawiać. Czy jeden człowiek
powinien mieć tak wielką moc i władzę jak ja? - Dalinar pokręcił głową.
- Jasnah umieściła w mojej głowie pomysły, jak kremliki zimujące w sercu
rośliny, wyjadające ją od wewnątrz, aż zrobi się cieplej. Świat nie
zdecydował o tym pojedynku. Ja to zrobiłem. Czy istniał lepszy sposób?
- Nie wiem, panie. Naprawdę nie wiem.
- Cóż, nie tylko ty wyruszasz na misję bez rekonesansu, żołnierzu. Nie
lekceważę twoich uwag na temat Szetha. Rozumiem je. To ciężki przypadek,
a ty dopiero zacząłeś się uczyć, jak pomagać tym z ranami na umyśle. -
Dalinar odwrócił się i rozejrzał po połaci śniegu. Z tego miejsca szczyt
góry wcale nie wydawał się spiczasty, był łagodnym pagórkiem pokrytym
śniegiem. - A jednak wszystkie te stulecia. Wszystkie te śmierci, jak
warstwy pod naszymi stopami. Musimy się zmienić, Kaladinie. Robić rzeczy
inaczej. Sądzę, że powinniśmy zacząć od nieodrzucania ludzi, kiedy
martwimy się, że są ułomni.
- On zamordował dziesiątki ludzi.
- Na rozkaz kogoś, kto zasadniczo był jego właścicielem, kiedy nie był w pełni władz umysłowych. On próbuje odnaleźć lepszą ścieżkę. Kaladinie,
kiedy poprosiłem cię, żebyś ustąpił ze stanowiska, jak się czułeś?
- Bezwartościowy - odparł Kaladin, przypominając sobie słowa Trefnisia.
"Kim byłbyś, gdybyś nie musiał nikogo ratować ani nikogo zabijać?".
- Kiedyś ocaliłeś mnie przed Szethem - przypomniał Dalinar. - Teraz
proszę cię o inny rodzaj ratunku. Ocal jego i Herolda Ishara. Wiem, to
trudne, ale i tak chcę, byś spróbował. Bo to już koniec, a ja nie mam
innych możliwości.
Kaladin spojrzał na Syl, a ona pokiwała głową. Niech go burza, Dalinar
miał rację. Znowu.
- Spróbuję im pomóc - powiedział Kaladin. - Zrobię, co mogę. Ale, panie...
powinniście wiedzieć. Trefniś powiedział mi, że nie zdążę wrócić na
czas, by wam pomóc.
- Tak powiedział? Szeth umie pisać, więc zabierzecie łączotrzcinę i w ten sposób złożysz raport, gdyby rzeczywiście nie udało wam się wrócić
na czas.
- To pewnie ma sens. Ale... cóż, Trefniś powiedział mi, że Ishar wam nie
pomoże, panie. Nie w taki sposób, jak chcecie.
Dalinar chrząknął.
- I co jeszcze?
- Głównie to... i że powinienem słuchać Wiatru i Rosharu. - Kaladin
odetchnął głęboko. - Myślę, że Wiatr się do mnie odezwał, panie. Jego...
wersja, która jest sprenem? Nie do końca to pojmuję. Ale kazał mi was
posłuchać.
- A ja jestem mu za to wdzięczny. Heroldowie są ważni, są częścią tego
wszystkiego. Nie umiem jeszcze wyjaśnić, dlaczego, ale mam takie
przeczucie od wielu tygodni. Może dłużej. - Dalinar stanowczym gestem
położył na ramieniu Kaladina wilgotną od śniegu dłoń. Kiedy przesunął
stopę, znów rozległo się skrzypienie. - Ishar... on nie jest jak Ash czy
Taln. Jest aktywny i zamierza wtrącić się w to, co robimy. Jest
niebezpieczny. Wyjątkowo niebezpieczny. - Dalinar spojrzał mu w oczy. -
Przebywa w Shinovarze, co oznacza, że ma Ostrza Honoru.
Syl zagwizdała cicho.
- Każda z tych broni jest równie niebezpieczna jak ta, którą wykorzystał
Szeth, by wzbudzić grozę w całym Rosharze - mówił dalej Dalinar. - Ishar
myśli, że to on jest czempionem, nie ja. Albo też myśli, że jest
Wszechmocnym... pewnie to jakaś szalona mieszanka obu tych przekonań. W Tukarze udało mu się zgromadzić armię. Teraz jest w Shinovarze, o którym
nic nie wiemy, a w którym przez całą tę wojnę panowała podejrzana cisza.
Martwię się.
- Szeth i tak się tam uda, ale nie mogę liczyć na niego w kwestiach,
które wymagają delikatności albo decyzyjności. Za to mogę liczyć w nich
na ciebie. Ktoś musi strzec moich tyłów, żołnierzu. Nie chcę w ostatniej
chwili odkryć, że zostałem wyprowadzony w pole przez szaleńca. Może
jeśli będziemy mieli szczęście, uda ci się dotrzeć do Ishara i sprowadzić mi pomoc, niezależnie od obaw Trefnisia. A nawet jeśli nie,
potrzebuję kogoś w tej krainie. Zbyt długo ją ignorowaliśmy.
Na burze. To było jego prawdziwe zadanie - pomóc półbogowi przezwyciężyć
swoją megalomanię. Zgodnie z raportem Sigzila Ishar porywał spreny z Cieniomorza i sprowadzał je - materialnie - do tej kraiy, co
doprowadzało do ich nieodwracalnej śmierci. Tworzył dla nich wypaczone,
na wpół cielesne formy, które nie były zdolne do przeżycia.
Każde z Heroldów cierpiało na jakiś rodzaj ciężkiej traumy. Co gorsza,
Kaladin obawiał się, że ich problemy częściowo miały naturę mistyczną.
Kimże był Kaladin, by zrozumieć patologię bogów?
Nie wypowiedział nic z tego na głos, bo znał odpowiedź.
Kimże był Kaladin, by to zrobić?
Jedyną osobą pod ręką. Niech Ojciec Burz ma litość nad nimi wszystkimi.
- Zrobimy to, panie - powiedziała Syl. - To znaczy, Kaladin zajmie się
uzdrawianiem umysłów. Ale ja zrobię, co mogę.
Dalinar popatrzył na nią dziwnie. Nie był przyzwyczajony do
honorsprenów, widocznych dla każdego poza ich Świetlistymi, a zwłaszcza
takich, które przybierały wielkość człowieka i zachowywały się jak
żołnierze. Kaladin uznał to jednak za stosowne. W pewnym sensie Syl dała
impuls temu wszystkiemu, kiedy postanowiła się z nim związać. Dlaczego
więc miałaby nie wyrazić swojego zdania na temat ich udziału w następnej
misji?
- Dobrze. - Dalinar zwrócił się do ich obojga. - Jeszcze... jedno,
Kaladinie. Wciąż masz ten płaszcz, który dałem ci, kiedy trafiłeś do
mojej armii?
- Owszem. Jest dla mnie powodem do dumy, panie, choć nie wkładam go
często. Nie pasuje do munduru i... cóż, ma na plecach glify waszego rodu.
Symbolizujące członka rodziny królewskiej.
- Rozumiem. Ród Burzą Błogosławiony to nowy ród jasnookich, który z pewnością dorobi się swoich własnych świetnych tradycji. Zwykle noszenie
glifów innego rodu uważa się za niestosowne.
- Ale? - spytał Kaladin.
Starszy mężczyzna wyjął spod pachy drewniane pudełeczko i otworzył je, a później wydobył z niego kartkę papieru i ją rozłożył. Była pokryta
pismem, po którym Dalinar przesunął wzrokiem. Kaladin odruchowo chciał
odwrócić wzrok, bo czytający mężczyzna... cóż, wzbudzał zażenowanie, nawet
teraz. Ale czasy się zmieniały, sam Kaladin zaprosił kobiety do wojska.
Dlatego nie odwrócił wzroku.
- Obaj moi synowie nie zgodzili się, bym wskazał ich jako spadkobierców
dowolnej korony, do której mógłbym rościć sobie prawa - powiedział cicho
Dalinar.
- Wiem, panie. Dlatego Jasnah została królową.
- Królową Alethkaru. Na wygnaniu. Mam teraz drugą koronę, wspólnie z Navani, w Urithiru. Jednak jesteśmy starzy, a nasze dzieci są niechętne
lub mają już inne zobowiązania. Jasnah zamierza poświęcić się odbudowie
Alethkaru i pragnie się na tym skupić. Gavinor musi pozostać jej
następcą, dziedzicem korony Alethkaru. Wstąpi na jego tron, jeśli ona
umrze.
- W tym wieku? - spytał Kaladin.
- Dziecko może, a czasem musi, dziedziczyć, by ochronić koronę. To
załatwia kwestię Alethkaru, który jest osobny od Urithiru i od
Świetlistych Rycerzy. Tak oto to królestwo nie ma spadkobiercy, który
przejąłby władzę, gdyby coś stało się ze mną i Navani.
Dalinar odwrócił się, trzymając w dłoni kartkę papieru, i spojrzał na
Kaladina. Syl westchnęła. Wokół Kaladina pojawiły się bladożółte
wstrząsospreny, a on sam poczuł ściskanie w żołądku.
- Panie. - Zesztywniał. - Proszę, nie. Jestem ułomny.
- Życie nas łamie. Ale później wypełniamy pęknięcia czymś mocniejszym.
- Renarin. Jest Świetlistym.
- Widzi przebłyski przyszłości, a to, co zobaczył, kazało mu odmówić tej
odpowiedzialności. Ma w tym moje poparcie. Żołnierzu, Renarin związał
się z zepsutym sprenem, a my jeszcze nie wiemy, jakie to może mieć
skutki. Adolin otwarcie odmawia. Ja... mam nadzieję, że uda mi się
rozwiązać nasze problemy, bo obawiam się, że to ja jestem powodem, dla
którego odmówił tronu Alethkaru. Ale nawet gdyby tak się stało, na czele
Urithiru powinien stać Świetlisty. - Dalinar wyciągnął kartkę w stronę
Kaladina. - Nie zmuszę cię do tego, Kaladinie. Ale poproszę, bo muszę.
Zostaniesz naszym spadkobiercą?
Czuł się, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej deszczówki. Nie umiał
odpowiedzieć. Bycie oficerem było trudne, bycie jasnookim gorsze, ale
bycie członkiem królewskiego rodu?
- Synu - powiedział cicho Dalinar. - Nadal widzę twoją nienawiść. Mam
nadzieję, że nie do żadnej określonej osoby, ale z powodu tego, co ci
zrobiono. W ostatnich latach musiałem pogodzić się z faktem, że
rozróżnienie na jasnookich i ciemnookich to wyłącznie umowa społeczna.
Szlachectwo nie wynika z pochodzenia, lecz z serca. Ale to działa w obie
strony. Nie podoba ci się, co sobą reprezentujemy, ale jeśli nadal
będziesz tak czuł... to pochłonie cię od wewnątrz.
- Wiem - wydusił Kaladin. - Ale to?
- Nic poza obowiązkiem, by służyć. - Dalinar podał mu dokument. - Navani
i ja jesteśmy Kowalami Więzi. Jeśli zginę w pojedynku, ona zasiądzie na
tronie. Ale również będzie celem, więc całkiem możliwe, że żadne z nas
nie przeżyje. Jeśli dojdzie do najgorszego, przedstaw ten list w Urithiru. Potwierdziła go cała grupa żarliwców. Rozmawiałem z Jasnah,
arcyksiążętami i innymi monarchami i wszyscy zgadzają się, że ten
obowiązek najlepiej wypełni Świetlisty. Niestety, większość z nich nie
została sprawdzona. Oczywiście to twoja decyzja. Jeśli nie zasiądziesz
na tronie, zgodnie z ustaleniami następny jest Dami.
Dami. Skalny Strażnik z Riry, z którym Kaladin nie spędził dużo czasu.
Był jednak lubiany i podobno poprzedniego dnia, po kampanii w Emulu,
wypowiedział czwartą przysięgę, jako trzeci po Jasnah i Kaladinie.
- Jeśli on tego nie zrobi, korona przypadnie arcyksiążętom Alethkaru -
dodał Dalinar. - Najpierw Aladarowi, a później, niech Bóg Poza ma nad
nami litość, Sebarialowi.
- Żartujecie.
- Dobrze sobie radzi z pieniędzmi.
- I dlatego dobra połowa trafia do jego kieszeni.
- Jest lepszym człowiekiem, niż sam sądzi. Navani uważa, że stan jego
ksiąg rachunkowych ukrywa jego prawdziwe kompetencje. Tak czy inaczej,
mam nadzieję, że wszyscy przeżyjemy i wśród następców znajdą się inni
Świetliści z odpowiednimi zdolnościami przywódczymi. Albo może stworzymy
coś, o czym zawsze marzyła Jasah, bardziej... przedstawicielski system
rządzenia. Powinieneś przeczytać którąś z jej rozpraw na ten temat.
- Ja... - Kaladin spojrzał błagalnie na Syl.
Odpowiedziała mu uśmiechem.
- Nie pomagasz - stwierdził.
- Ja już w pewnym sensie jestem z królewskiego rodu. To nie takie złe.
Zaufaj mi.
- To nie to samo. - Kaladin spojrzał na kartkę. - Zrobię, co mogę, dla
Ishara i Szetha, i wyślę wam informacje na temat Shinovaru. Ale ten
list... to za dużo.
- Przyjmę twoją decyzję. Proszę jedynie, byś zamiast od razu ją
podejmować, zastanowił się. Z szacunku dla mnie?
Burzowy człowiek. Ale miał rację - coś takiego wymagało czasu. Kaladin
zmusił się, by złożyć kartkę i wsunąć ją do kieszeni. Logicznie rzecz
biorąc, miedzy ciemnookimi i jasnookimi nie było żadnych różnic - a on i tak był teraz jasnookim. Władcą niewielkiego kawałka Alethkaru, którego
i tak nigdy pewnie nie odwiedzi. Mimo wszystko czuł, że to byłaby
zdrada.
- Zastanowię się - powiedział.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa i podziękowania
Witajcie w Wietrze i prawdzie, księdze piątej Archiwum Burzowego
Światła. To środek cyklu i koniec pierwszego głównego łuku
narracyjnego. Oznacza to, że męczyłem się z tą książką bardziej niż z większością pozostałych i przez ostatnie cztery lata poświęcałem jej
dużą część myśli, pasji i wysiłków. Jak do tej pory to najdłuższa
powieść, jaką napisałem - i jedna z tych, którym poświęciłem najwięcej
czasu. (Pewnie najwięcej, jeśli zignorujemy projekty, które odłożyłem na
bok i wróciłem do nich po latach). Mam nadzieję, że efekt odzwierciedla
wysiłek!
Poniżej znajdziecie wszystkich ludzi, którzy pracowali nad tą książką za
kulisami w różnych aspektach. Tak wiele osób mi pomaga, że coraz
bardziej przypomina to napisy końcowe. Wciąż piszę każde słowo i jestem
jedynym autorem książek, ale niech mnie... Dragonsteel jako firma stało
się czymś niezwykłym. Choć przy większości moich książek trzymamy się
zwyczajnego harmonogramu wydawniczego, powieści ze świata Burzowego
Światła to raczej "wszyscy na pokład" - niektórzy biorą nadgodziny, żeby
zmieścić się w terminach, a inni poświęcają większość dnia pracy, by
książka została zredagowana, rozreklamowana i rozprowadzona. Jeśli więc
będziecie mieli kiedyś okazję ich spotkać, uściśnijcie im ręce i podziękujcie.
A później usiądźcie i bawcie się dobrze. Nadchodzi arcyburza.
Graficy, którzy pracowali nad tą książką to: Michael Whelan, Donato
Giancola, Miranda Meeks, Dan dos Santos, Audrey Hotte, Kelley King,
Petar Penev, Howard Lyon, Greg Call, Isaac Stewart, Ben McSweeney, Anna
Earley, Hayley Lazo.
W wydawnictwie Tor Books: Devi Pillai, Stephanie Stein, Tessa
Villanueva, Sanaa Ali-Virani, Rafal Gibek, Peter Lutjen, Alexis Saarela,
Lucille Rettino, Emily Mlynek.
W wydawnictwie Gollancz: Gillian Redfearn, Brendan Durkin, Emad Akhtar,
Cait Davies, Javerya Iqbal.
Redakcja i korekta: Terry McGarry, Christina MacDonald, Hayley Jozwiak.
Narratorzy audiobooka: Michael Kramer and Kate Reading. W Macmillan
Audio: Steve Wagner.
W agencji JABberwocky Literary Agency: Joshua Bilmes, Susan Velasquez,
Christina Zobel, Valentina Sainato, Brady McReynolds. W agencji Zeno
Literary Agency: John Berlyne.
W Dragonsteel: dyrektor operacyjny Emily Sanderson. Dział bieżącej
działalności i kadr: wiceprezes Matt "Dlaczego zapisujesz moje imię w taki sposób, Brandonie?" Hatch, dyrektor do spraw działalności bieżącej
Jane Horne, Kathleen Dorsey Sanderson, Jerrod Walker, Braydonn Moore,
Makena Saluone, Christian Fairbanks, Becky Wilson, Ethan Skarstedt,
dyrektor finansowy Emma Tan-Stoker, Matt Hampton.
Dział kreatywny: wiceprezes Isaac Ste?art, Shawn Boyles, Ben McSweeney,
Jennifer Neal, Rachael Lynn Buchanan, Anna Earley, Hayley Lazo,
Priscilla Spencer.
Dział redakcyjny: wiceprezes Zapraszający Peter Ahlstrom, dyrektor do
spraw redakcyjnych Kristy S. Gilbert, dyrektor do spraw ciągłości Karen
Ahlstrom, Jennie Stevens, Betsey Ahlstrom, Emily Shaw-Higham.
Dział gadżetów, wydarzeń i odlotowych swetrów: wiceprezes Kara Stewart,
dyrektor do spraw gadżetów Christi Jacobsen, dyrektor do spraw wydarzeń
i wsparcia Kellyn Neumann, Lex Willhite, Richard Rubert, Dallin Holden,
Ally Reep, Mem Grange, Brett Moore, Katy Ives, Joy Allen, Daniel Phipps,
Michael Bateman, Alex Lyon, Jacob Chrisman, Camilla Waite, Quinton
Martin, Hollie Rubert, Gwen Hickman, Isabel Chrisman, Amanda
Butterfield, Logan Reep, Pablo Mooney.
Dział reklamy i marketingu: wiceprezes Adam Horne, vel
Ten-Któremu-Dedykowano-Tę-Książkę (hurra!), dyrektor marketingu Jeremy
Palmer, Octavia Escamilla-Spiker, Taylor Hatch, Tayan Hatch, Donald
George Mustard III.
Dział narracyjny: wiceprezes Dan Wells - jedyny członek działu
narracyjnego, poza jego urojonym przyjacielem, Bobem Bandżystą.
Moja grupa pisarska Tu Są Smoki: Kaylynn ZoBell, Kathleen Dorsey
Sanderson, Eric James Stone, Darci Stone, Alan Layton, Jak Tam Ben?
(Olsen), Ethan Skarstedt, Karen Ahlstrom, Peter Ahlstrom, Emily
Sanderson.
Ekspertka w dziedzinie dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości: Britt
Martin. Eksperci w dziedzinie wojskowości: Carl Fisk, John Fahey.
Ekspert w dziedzinie amputacji i protetyki: Matthew Fox.
Arkaniści: Eric Lake, Evgeni "Argent" Kirilov, Joshua "Jofwu" Harkey,
David Behrens, Ian McNatt, Ben Marrow.
Czytelnicy beta: Aaron Ford, Alexis Horizon, Alice Arneson, Alyx Hoge,
Amit Shteinheart, Aubree Pham, Austin Hussey, Bao Pham, Becca Reppert,
Ben Marrow, Billy Todd, Bob Kluttz, Brandon Cole, Brian T. Hill, Britton
Roney, Chana Oshira Block, Chris Kluwe, Chris McGrath, Christina
Goodman, Christopher "chaplainchris" Cottingham, Craig Hanks, Darci
Cole, David Behrens, Deana Covel Whitney, Donita Orders, Drew McCaffrey,
Eliyahu Berelowitz Levin, Eric Lake, Erika Kuta Marler, Evgeni "Argent"
Kirilov, Gary Singer, Giulia Costantini, Glen Vogelaar, Ian McNatt,
Jayden King, Jennifer Pugh, Jessica Ashcraft, Jessie Lake, Jo?o Menezes
Morais, Joe Skeedlebop Deardeuff, Joelle Ruth Phillips, Jory "Jor
Bramkarz" Phillips, Joshua Harkey, Kadie "Ene" Nytch, Kalyani Poluri,
Kathleen Barlow, Dr. Kathleen Holland, Kendra Wilson, Krystl Allred,
Kyle "Dorksider" Wilson, Laura Heinis, Lauren McCaffrey, Lauren "Mama
Biza" Strach, Liliana Klein, Linnea Lindstrom, Lyndsey Luther, Max
Salzman, Marnie Peterson, Matt Wiens, Megan Kanne, Mi'chelle Walker,
Paige Phillips, Paige Vest, Poonam Desai, Rachel Rada, Rahkeem Ball,
Rahul Pantula, Richard Fife, Rob West, Rosemary Williams, Ross Newberry,
Ryan Scott, Sam Baskin, Sarah Herr, Sarah Kane, Scott "Spydr" Webb, Sean
VanBlack, Shannon Nelson, Shivam Bhatt, Siena "Lotos" Buchanan, Suzanne
Musin, Taylor Cole, Ted Herman, Tim Challener, TJ McGrath, Trae Cooper,
Zenef Mark Lindberg.
Czytelnicy gamma: Wielu z czytelników beta plus Ari Kufer, Brian
Magnant, Collin Abeln, Dale Wiens, Ellie Frato-Sweeney, Lingting
"Botanica" Xu, Nisarg "Strifelover" Shah, Philip Vorwaller, Ram Shoham,
Spencer White, Valencia Kumley, William Juan.
Prolog. Żyć
SIEDEM I PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ
Gavilar Kholin znalazł się na progu nieśmiertelności.
Musiał jedynie odnaleźć właściwe Słowa.
Krążył wokół dziewięciu Ostrzy Honoru, wbitych sztychami w skalistą
ziemię. Powietrze śmierdziało spalonym ciałem - Gavilar przebywał w pobliżu wystarczająco wielu stosów pogrzebowych, by bez problemu
rozpoznać woń, nawet jeśli te ciała nie zostały spalone po walce, lecz w jej trakcie.
- Zwą je Aharietiam. - Krążył wokół Ostrzy, przesuwając dłonią po każdym
z nich. Kiedy zostanie Heroldem, czy jego własne Ostrze zacznie je
przypominać, napełnią je moc i wiedza? - Koniec świata. Czy to było
kłamstwo?
Wielu, którzy tak je nazywali, wierzyło w to, co mówili, odparł Ojciec
Burz.
- A właściciele tych tutaj? - Wskazał na Ostrza. - W co wierzyli
Heroldowie?
Gdyby byli całkowicie szczerzy, nie szukałbym nowego czempiona.
Gavilar pokiwał głową.
- Przysięgam służyć Honorowi i Rosharowi jako jego Herold. Lepiej niż ci
tutaj.
Te słowa nie zostały przyjęte. Nie wpadniesz na nie przypadkiem,
Gavilarze.
I tak zamierzał spróbować. Aby zostać najpotężniejszym człowiekiem na
świecie, Gavilar często dokonywał rzeczy, które inni uważali za
niemożliwe. Znów obszedł krąg Ostrzy. Był samotny w cieniu wielkich
monolitów. Po dziesiątkach odwiedzin w tej wizji mógł podać nazwę
każdego z Ostrzy i imię powiązanego z nim Herolda. Ojciec Burz jednak
niechętnie dzielił się informacjami.
Nieważne. I tak osiągnie swój cel. Wyrwał długie, zakrzywione Ostrze
Jezriena ze skały i zamachnął się, przecinając ze świstem powietrze.
- Nohadon spotkał i poznał Heroldów.
Tak, przyznał Ojciec Burz.
- One są tam, czyż nie? Właściwe Słowa kryją się gdzieś w Drodze
Królów?
Tak.
Gavilar znał całą księgę na pamięć - przed laty nauczył się czytać, by
móc szukać tajemnic, nie zdradzając ich otaczającym go kobietom.
Odrzucił Ostrze Herolda na bok, aż zadźwięczało o skałę, a wtedy Ojciec
Burz syknął.
Gavilar zbeształ się w duchu. To była tylko wizja i te fałszywe Ostrza
nie miały dla niego wartości, ale chciał, by Ojciec Burz uważał go za
pobożnego i godnego, przynajmniej na razie. Sięgnął po ostrze Chany.
Lubił je, bo szczelina pośrodku dzieliła je na dwie części. W zwyczajnym
mieczu tak długa szpara byłaby niepraktyczna. Tutaj pokazywała, że
Ostrze jest czymś niewiarygodnym.
- Chanaranach była żołnierzem, a to jest Ostrze żołnierza. Masywne i proste, ale z tą małą niemożliwością usuniętą ze środka. - Trzymał
Ostrze przed sobą, przyglądając się jego klindze. - Wydaje mi się, że
znam ich tak dobrze. Są moimi współpracownikami, a jednak nie
rozpoznałbym ich wśród tłumu.
Twoimi współpracownikami? Nie tak szybko, Gavilarze. Znajdź Słowa.
Te burzowe Słowa. Najważniejsze, jakie kiedykolwiek miał wypowiedzieć
Gavilar. Dzięki nim zostałby czempionem Ojca Burz - i, jak się domyślał,
kimś więcej. Gavilar podejrzewał, że zostałby przyjęty do Paktu
Przysięgi i wzniósł się ponad śmiertelność. Nie spytał, którego Herolda
miałby zastąpić, wydawało się to prostackie, a on nie chciał robić
wrażenia prostaka przed obliczem Ojca Burz. Przypuszczał jednak, że
miałby zastąpić Talenelata, jedynego, który nie zostawił swojego Ostrza.
Gavilar wbił miecz z powrotem w skałę.
- Wracajmy.
Wizja natychmiast się skończyła i ponownie znalazł się w gabinecie na
piętrze pałacu. Regały z książkami, biurko do czytania, gobeliny i dywany tłumiące głosy. W przygotowaniu do nadchodzącej uczty był ubrany
starannie, w królewskie szaty - bardziej archaiczne niż modne. Podobnie
jak brodą, ubiorem wyróżniał się wśród alethyjskich jasnookich. Chciał,
by uważali go za kogoś starożytnego, ponad ich mało znaczącymi gierkami.
Komnata teoretycznie należała do Navani, ale to był jego pałac. Inni
rzadko szukali go w tym miejscu, a on potrzebował wytchnienia od małych
ludzików z małymi problemikami. Ponieważ miał jeszcze czas przed
spotkaniami, wybrał niewielką książkę zawierającą opis ostatnich badań
terenów wokół Strzaskanych Równin. Był coraz bardziej przekonany, że
kryła się tam starożytna, otwarta Brama Przysięgi. Dzięki niej Gavilar
mógłby odnaleźć mityczne Urithiru, a w nim starożytne zapiski.
Znajdzie właściwe Słowa. Był blisko. Tak kusząco blisko tego, czego w tajemnicy pragnęli wszyscy ludzie, ale tylko dziesięciorgu udało się
osiągnąć. Wieczne życie i dziedzictwo, które przetrwało tysiąclecia - bo
żyli i mogli je kształtować.
Nie jest tak wspaniała jak sądzisz, powiedział spren.
Co zmusiło Gavilara do zastanowienia. Ojciec Burz nie czytał mu w myślach, prawda? Nie. Nie, sprawdził to. Spren nie znał jego najbardziej
skrytych myśli i planów. Bo gdyby znał jego serce, nie zwróciłby się do
niego.
- Co nie jest? - Gavilar odłożył książkę na miejsce.
Nieśmiertelność. Zużywa mężczyzn i kobiety, eroduje dusze i umysły.
Heroldowie są szaleni - dręczeni nienaturalnymi dolegliwościami
charakterystycznymi dla ich starożytnej natury.
- Ile to trwało? Zanim pojawiły się objawy?
Trudno powiedzieć. Tysiąc lat, może dwa.
- W takim razie mam tyle czasu na znalezienie rozwiązania. O wiele
rozsądniejszy okres niż zaledwie stulecie, jakim obdarzony jest
śmiertelnik... i to o ile ma szczęście. A ty jak sądzisz?
Nie obiecałem ci tej łaski. Domyślasz się, że to właśnie ci proponuję,
ale ja szukam jedynie czempiona. Mimo to powiedz mi, zapłaciłbyś cenę za
zostanie Heroldem? Nim zdołałbyś powrócić, wszyscy, których znałeś,
obróciliby się w proch.
Oto i kłamstwo.
- Król ma obowiązek wobec swoich poddanych. Gdybym został Heroldem,
mógłbym zapewnić Alethkarowi bezpieczeństwo jak żaden monarcha przede
mną. Zniosę osobiste cierpienie, by to osiągnąć. Jeśli mam zginąć -
dodał, cytując Drogę Królów - zrobię to ze świadomością, że przeżyłem
swoje życie właściwie. Nie cel się liczy, ale sposób, w jaki się do
niego dociera.
Te słowa nie zostały przyjęte. Zgadywanie naprawdę nie da ci Słów,
Gavilarze.
Słowa musiały znajdować się gdzieś w tym tomie. Ukryte pośród
moralizatorstwa jak białogrzbiet w ciernistym krzewie. Gavilar Kholin
nie był przyzwyczajony do porażki. Ludzie dostają to, czego oczekują. A on oczekiwał nie tylko zwycięstwa, ale i boskości.
Do drzwi cicho zapukał strażnik. Czyżby nadeszła pora? Gavilar wezwał
Tearima do środka, a mężczyzna to zrobił. Tej nocy strażnik nosił
Pancerz samego Gavilara.
- Panie - powiedział Tearim. - Wasz brat tu jest.
- Co takiego? Nie Restares? Jak Dalinar mnie odnalazł?
- Jak podejrzewam, zauważył, że stoimy na straży, Wasza Wysokość.
A niech to.
- Wpuść go.
Strażnik wyszedł, a po chwili do środka wpadł Dalinar, poruszając się z równym wdziękiem, co chull na trzech nogach. Zatrzasnął drzwi i ryknął:
- Gavilarze! Chcę porozmawiać z Parshendimi.
Gavilar odetchnął głęboko.
- Bracie, sytuacja jest bardzo delikatna i nie chcemy ich obrazić.
- Nie obrażę ich - mruknął Dalinar.
Miał na sobie takamę, staromodną szatę wojownika, która odsłaniała jego
masywną pierś porośniętą siwiejącymi włosami. Przecisnął się obok
Gavilara i osunął na siedzenie przy biurku.
Biedne krzesło.
- Co oni cię w ogóle obchodzą, Dalinarze? - Gavilar uniósł prawą rękę do
czoła.
- A ciebie? - spytał ostro Dalinar. - Ten traktat, nagłe zainteresowanie
ich ziemiami. Co planujesz? Powiedz mi.
Kochany, bezpośredni Dalinar. Równie delikatny jak dzban białego
Rogożerców. I równie bystry.
- Powiedz mi otwarcie - mówił dalej brat. - Zamierzasz ich podbić?
- Dlaczego miałbym podpisać traktat, gdybym miał takie zamiary?
- Nie wiem. Po prostu... nie chcę, żeby coś im się stało. Lubię ich.
- To parshmeni.
- Lubię parshmenów.
- Nigdy nie zwracałeś uwagi na parshmenów, chyba że któryś ociągał się z przyniesieniem ci trunku.
- Ci mają coś w sobie. Czuję... powinowactwo.
- To głupota. - Gavilar podszedł do biurka i pochylił się nad bratem. -
Dalinarze, co się z tobą dzieje? Gdzie jest Czarny Cierń?
- Może jest zmęczony. Albo oślepiony. Sadzą i popiołem zabitych, które
ciągle wieją mu w twarz...
Znowu jęczał na temat Szczeliny? Co za bałagan. Restares miał wkrótce
przybyć, a później... był jeszcze Thaidakar. Tak wiele noży, które musiał
starannie utrzymywać na czubku ostrza, by się nie zsunęły i nie zraniły
go. Nie mógł się teraz zajmować Dalinarem cierpiącym z powodu kryzysu
sumienia.
- Bracie, co by zrobiła Evi, gdyby zobaczyła cię w takim stanie?
To była starannie naostrzona włócznia, wbita z wprawą w brzuch Dalinara.
Mężczyzna zacisnął palce na blacie i wzdrygnął się, usłyszawszy jej
imię.
- Chciałaby, żebyś był wojownikiem - rzekł łagodnie Gavilar. - I chronił
Alethkar.
- Ja... - szepnął Dalinar. - Ona...
Gavilar wyciągnął rękę i pomógł bratu wstać, a później odprowadził go do
drzwi.
- Wyprostuj się.
Dalinar położył dłoń na klamce i pokiwał głową.
- Och - dodał Gavilar. - Bracie? Kieruj się dziś Kodeksem. Wiatr niesie
coś dziwnego.
Kodeks zakazywał spożywania trunków przed nadchodzącą bitwą. Taka drobna
wskazówka, by przypomnieć bratu, że czekała ich uczta, a na niej dużo
wina. Choć Dalinar był przekonany, że nikt nie wiedział, że to on zabił
Evi, Gavilar poznał prawdę, co pozwalało mu na taką dyskretną
manipulację.
Dalinar po chwili zniknął za drzwiami, a jego powolny, łatwo ulegający
wpływom mózg najpewniej skupiał się na dwóch rzeczach. Po pierwsze, na
tym, co zrobił Evi. Po drugie, jak znaleźć coś wystarczająco mocnego,
żeby zapomnieć o tym pierwszym.
Kiedy Dalinar zniknął w korytarzu, Gavilar gestem przywołał Tearima.
Strażnik należał do Synów Honoru, a grupa ta była kolejnym nożem, który
Gavilar utrzymywał w równowadze, bo nie mogli się dowiedzieć, że
przerósł ich plany.
- Idź za moim bratem - polecił Gavilar. - Dopilnuj dyskretnie, by miał
coś do picia, może zaprowadź go do tajnych zapasów mojej żony.
- Kazaliście mi to zrobić przed kilkoma miesiącami, panie - odszepnął
Tearim. - Obawiam się, że niewiele tam zostało. Lubi się dzielić ze
swoimi żołnierzami.
- To znajdź mu coś innego. Sam wpuszczę Restaresa i pozostałych. Idź.
Żołnierz ukłonił się i podążył za Dalinarem przy akompaniamencie
dudnienia Pancerza Odprysku. Gavilar stanowczo zatrzasnął drzwi. Nie
zdziwiło go, kiedy w głowie usłyszał głos Ojca Burz.
On ma w sobie potencjał, którego nie dostrzegasz.
- Dalinar? Oczywiście, że tak. Jeśli popchnąć go we właściwym kierunku,
spali całe kraje. - Gavilar musiał jedynie przez resztę czasu zapewniać
mu stały dopływ trunku, by nie spalił tego kraju.
Mógłby być kimś więcej, niż sądzisz.
- Dalinar jest wielkim, bezmyślnym, tępym narzędziem, którym walisz w problemy, aż się rozpadną.
Gavilar zadrżał, przypominając sobie widok brata zbliżającego się na
polu bitwy. Był zalany krwią i wydawało się, że w głębi hełmu jego oczy
płoną czerwonym blaskiem, głodne życia, którym żył Gavilar...
Ten duch go nawiedzał. Całe szczęście ból i nałóg Dalinara sprawiały, że
łatwo dawało się nad nim zapanować.
Wkrótce przerwało mu kolejne pukanie do drzwi. Otworzył je, ale na
zewnątrz niczego nie dostrzegł. Wtedy jednak Ojciec Burz syknął
ostrzegawczo w jego umyśle, a Gavilar poczuł nagły chłód.
Kiedy się odwrócił, stał tam stary Thaidakar. Sam Pan Blizn, postać w obszernym płaszczu z kapturem, poszarpanym u dołu. Na burze.
- Coś mi obiecano. - Kaptur Thaidakara osłaniał jego twarz. - Dałem ci
informacje, Gavilarze, o wyjątkowo cennym charakterze. Jako zapłaty
zażądałem jednego człowieka. Kiedy dostarczysz mi Restaresa?
- Wkrótce - odparł Gavilar. - Najpierw zdobędę jego zaufanie.
- Wydaje mi się, że mniej interesuje cię nasza umowa, a bardziej twoje
własne motywy. Wydaje mi się, że skierowałem cię w stronę czegoś
cennego, co postanowiłeś zachować. Wydaje mi się, że grasz w gierki.
- A mnie się wydaje... - Gavilar podszedł bliżej do zakapturzonej postaci
- ...że nie możesz sobie pozwolić na stawianie żądań. Potrzebujesz mnie.
Może więc po prostu... będziemy grać dalej.
Thaidakar przez chwilę stał nieruchomo. Później z westchnieniem uniósł
okryte rękawiczkami dłonie i zsunął kaptur. Gavilar zamarł, bo mimo
kilkukrotnych spotkań nigdy wcześniej nie widział twarzy mężczyzny.
Ciało Thaidakara tworzyło delikatne białoniebieskie światło. Był
młodszy, niż wyobrażał sobie Gavilar - w średnim wieku, niepomarszczony
starzec, choć takie robił wrażenie. Jedno z jego oczu przebijał duży
kolec, również niebieski, którego czubek wystawał z tyłu czaszki. Był
jakimś rodzajem sprena?
- Gavilarze, uważaj - ostrzegł Thaidakar. - Nie jesteś jeszcze
nieśmiertelny, ale zacząłeś bawić się mocami, które rozszarpują
śmiertelników na pojedyncze osie.
- Wiesz, czym są? - W głosie Gavilara brzmiało pragnienie. -
Najważniejsze Słowa, jakie kiedykolwiek wypowiem?
- Nie. Ale posłuchaj, nic z tego nie jest tym, czym ci się wydaje.
Dostarcz Restaresa moim agentom, a ja pomogę ci odzyskać starożytne
moce.
- Przerosłem to.
- Nie możesz "przerosnąć" przypływu - sprzeciwił się Thaidakar. - Albo
płyniesz razem z nim, albo toniesz. Nasze plany są już w trakcie
realizacji. Choć, jeśli mam być szczery, wątpię, byśmy zrobili aż tak
dużo. Ten przypływ i tak nadchodził.
Gavilar chrząknął.
- Cóż, ja zamierzam...
Przerwał, kiedy Thaidakar się przeobraził. Jego twarz zmieniła się w prostą unoszącą się kulę z jakąś magiczną runą w środku. Płaszcz, ciało
i rękawiczki rozpłynęły się w smużkach dymu, który wyparował.
Gavilar się zagapił. To... to wyglądało jak coś, co czytał o mocach Tkaczy
Światła. Świetlistych Rycerzy. Czy Thaidakar...?
- Wiem, że spotykasz się dziś z Restaresem - powiedziała kula, wibrując,
bo nie miała ust. - Przygotuj go i dostarcz moim agentom, by go
przesłuchali. To moje ultimatum, Gavilarze. Nie chcesz być moim wrogiem.
Kula światła skurczyła się i stała niemal przezroczysta, po czym
podpłynęła do drzwi, opadła i zniknęła w szparze nad podłogą.
- Co to było? - spytał Gavilar Ojca Burz. Spotkanie wytrąciło go z równowagi.
Coś niebezpiecznego, odparł spren w jego głowie.
- Świetlisty?
Nie. Podobny, ale nie.
Gavilar odkrył, że się trzęsie. Co było głupie. Był burzowym królem, a wkrótce miał zostać półbogiem. Miał przeznaczenie i nie pozwoli, by
wytrąciły go z równowagi tanie sztuczki i niejasne groźby. Mimo to
położył dłonie na biurku i odetchnął głęboko. Palcami przesunął
rozrzucone notatki i diagramy powiązane z najnowszą mechaniczną obsesją
żony. Nie po raz pierwszy zastanowił się, czy Navani uda się rozwiązać
ten problem. Brakowało mu dawnego spiskowania. Kiedy po raz ostatni
wszyscy śmiali się razem? On, Ialai, Navani i Torol?
Niestety, takich tajemnic nie zdradza się nikomu. Ialai albo Sadeas
wyrwaliby mu nagrodę - a on nie mógłby mieć o to pretensji. Navani
jednak... czy ona spróbowałaby wziąć nieśmiertelność dla siebie? Czy w ogóle dostrzegłaby jej wartość? Była tak sprytna, tak przebiegła w niektórych aspektach. Kiedy jednak mówił o swym pragnieniu większego
dziedzictwa, ona gubiła się w szczegółach. Odmawiała myślenia o górze,
bo zamartwiała się położeniem pogórza.
Żałował, że się od siebie oddalili. Ten chłód, który narastał - cóż,
narósł - w ich związku. Myśl o niej przeszyła jego serce bólem.
Powinien...
"Nim zdołałbyś wrócić, wszyscy, których znałeś, obróciliby się w proch...".
Może tak było najlepiej.
Miał plany, jak skrócić swoją nieobecność na tym świecie, ale do
udoskonalenia mogły wymagać kilku prób. Czyli... im mniej więzi tym
lepiej. Czyste cięcie. Jak Ostrzem Odprysku.
Skupił się na planowaniu i kiedy przybył Restares, był dobrze
przygotowany. Łysiejący mężczyzna nie zapukał. Zajrzał do środka,
nerwowo sprawdził wszystkie kąty, po czym wślizgnął się przez drzwi.
Towarzyszył mu cień - wysoki, władczy Makabak ze znamieniem na policzku.
Gavilar polecił służącym, by traktowali ich jak ambasadorów, ale nie
miał jeszcze okazji porozmawiać z drugim mężczyzną, którego nie znał.
Nowo przybyły poruszał się z niejaką... stanowczością. Sztywnością. Nie
był człowiekiem, który ustępował drogi. Ani wiatrowi, ani burzy, a już z pewnością nie innym ludziom.
- Gavilarze Kholinie. - Mężczyzna nie podał dłoni ani nie złożył ukłonu.
Spojrzeli sobie w oczy. Imponujące. Gavilar spodziewał się... cóż, kogoś
bardziej przypominającego Restaresa.
- Napijcie się. - Gavilar wskazał w stronę kredensu.
- Nie - stwierdził mężczyzna. Ani nie podziękował, ani nie
skomplementował gospodarza. Interesujące. Intrygujące.
Restares pośpiesznie podszedł bliżej, jak dziecko, któremu zaproponowano
słodycze. Nawet teraz - nawet po przyłączeniu się do tego najnowszego
wcielenia Synów Honoru - Gavilar uważał Restaresa za... dziwnego. Niski,
łysiejący mężczyzna powąchał każde z win. Nigdy nie zaufał na tyle, by
napić się w obecności Gavilara, ale i tak zawsze sprawdzał trunki. Jakby
chciał znaleźć truciznę - i jednocześnie potwierdzenie dla swojej
paranoi.
- Przepraszam. - Restares załamał ręce, stojąc nad trunkami. -
Przepraszam. Nie... nie jestem dziś spragniony, Gavilarze. Przykro mi.
Gavilar miał wielką ochotę wyrzucić go i przejąć kontrolę nad Synami
Honoru. Tyle że niektórzy z pozostałych, na przykład Amaram, szanowali
go. Poza tym... dlaczego Restares tak bardzo interesował Thaidakara? Z pewnością nie mógł być nikim ważnym. Może to jego wysoki przyjaciel miał
prawdziwą władzę. Czyżby coś tak kluczowego utrzymywano przez dwa lata w tajemnicy przed nim?
- Cieszę się, że chciałeś się spotkać - powiedział Restares. - Tak, no.
Ponieważ, no. Więc... Oświadczenie. Mam oświadczenie.
Gavilar zmarszczył czoło.
- O co chodzi?
- Słyszałem, że próbujesz, no, doprowadzić do powrotu Pustkowców -
powiedział Restares.
- Założyłeś Synów Honoru, Restaresie, by odzyskać starożytne przysięgi i odnowić Świetlistych Rycerzy - zauważył Gavilar. - Cóż, oni zniknęli
razem z Pustkowcami. Dlatego jeśli sprowadzimy z powrotem Pustkowców,
moce też powinny powrócić.
Co ważniejsze, pomyślał, Heroldowie powrócą z krainy zmarłych, by znów
nam przewodzić.
Co pozwoli mi uzurpować pozycję jednego z nich.
- Nie, nie, nie. - W głosie Restaresa brzmiała nietypowa stanowczość. -
Chciałem, by powrócił honor ludzi! Chciałem, byśmy dowiedzieli się, co
czyniło tych Świetlistych tak wspaniałymi. Zanim wszystko się posypało.
- Przeczesał dłonią rzadkie włosy. - Zanim... sprawiłem, że... się popsuli.
Restares nie patrzył Gavilarowi w oczy.
- Powinniśmy... skończyć z próbą odzyskania mocy - dodał słabnącym głosem
i spojrzał na przyjaciela, jakby szukał wsparcia. - Nie możemy... pozwolić
sobie na kolejny Powrót...
- Restaresie. - Gavilar podszedł do niskiego mężczyzny. - Co z tobą nie
tak? Mówisz o zdradzeniu wszystkiego, w co wierzymy? - A przynajmniej
udajemy, że wierzymy, dodał w myślach i ustawił się w taki sposób, by
górować nad Restaresem. - Słyszałeś o mężczyźnie imieniem Thaidakar?
Restares uniósł głowę i otworzył szerzej oczy.
- On chce cię odnaleźć. Do tej pory cię chroniłem. Czego on od ciebie
chce, Restaresie?
- Tajemnic - szepnął mężczyzna. - Ten mężczyzna... nie może znieść... że
ktoś ma tajemnice.
- Jakie tajemnice? - powiedział stanowczo Gavilar, a Restares aż się
skulił. - Zbyt długo znosiłem twoje kłamstwa. Co się dzieje? Czego chce
Thaidakar?
- Wiem, gdzie ją ukryto - szepnął Restares. - Gdzie jest jej dusza.
Ba-Ado-Mishram. Dająca Formy. Ta, która mogła dorównać Jemu. Ta... którą
zdradziliśmy.
Ba-Ado-Mishram? Co Thaidakara obchodziła Niestworzona? Ten kawałek
układanki miał taki dziwny kształt. Gavilar otworzył usta, ale na jego
ramieniu zacisnęły się palce niczym imadło. Odwrócił się i zobaczył, że
stoi za nim makabacki przyjaciel Restaresa.
- Coś ty narobił? - spytał mężczyzna lodowatym głosem. - Gavilarze
Kholinie. Jakie działania podjąłeś, by osiągnąć ten swój cel, na który
przez pomyłkę nakierował cię mój przyjaciel?
- Nie masz pojęcia. - Patrzył mężczyźnie w oczy, aż ten w końcu go
puścił.
Gavilar wyjął z kieszeni woreczek i od niechcenia wysypał na blat garść
kul i klejnotów.
- Jestem już blisko. Restaresie, nie możesz teraz stracić odwagi!
Nieznajomy patrzył, jego wargi się rozchyliły. Sięgnął w stronę jednej z kul, emanującej ciemnym, niemal odwróconym fioletowym blaskiem.
Niemożliwe światło, kolor, który nie powinien istnieć. W chwili gdy
palce mężczyzny się zbliżyły, cofnął je gwałtownie i popatrzył szeroko
otwartymi oczami na Gavilara.
- Jesteś głupcem - stwierdził. - Straszliwym głupcem, pędzącym z kijkiem
w stronę arcyburzy, by z nią walczyć. Coś ty narobił? Skąd wziąłeś
Pustkowe Światło?
Gavilar się uśmiechnął. Żaden z nich nie wiedział o uczonym, którego
trzymał w odwodzie. Mistrzu wszelkich nauk. Mężczyźnie niebędącym ani
Duchokrwistym, ani Synem Honoru.
Mężczyźnie z innego świata.
- Wszystko już się dzieje. - Gavilar posłał spojrzenie Restaresowi. - A projekt był sukcesem.
Restares się ożywił.
- Naprawdę? Czy to Światło... - Odwrócił się do przyjaciela. - To się może
udać, Nale! Moglibyśmy sprowadzić ich z powrotem, a później zniszczyć.
To się może udać.
Nale. Och, na burze. Gavilar wiedział - choć próbował zignorować - że
Restares udawał Herolda, żeby zrobić wrażenie na pozostałych.
Człowieczek nie wiedział, że Gavilar zaznajomił się z Ojcem Burz, który
powiedział mu prawdę - że wszyscy Heroldowie umarli dawno temu i trafili
na Braize.
Czyli ten obcy udawał, że jest Nalanem, Heroldem Sprawiedliwości? Cóż...
miał odpowiedni wygląd. Często przedstawiano go jako władczego Makabaka.
I to znamię... uderzająco przypominało niektóre ze starszych obrazów.
Ale nie. To absurd. Gdyby w to uwierzył, musiałby również uwierzyć, że
ktoś taki jak Restares był Heroldem.
Nieznajomy próbował spiorunować Gavilara wzrokiem. Stał nieruchomo, z chłodną miną. Nie człowiek, lecz monolit.
- To zbyt niebezpieczne.
Gavilar nie uciekł wzrokiem. Świat nagnie się do jego pragnień.
Wcześniej zawsze to robił.
- Ale ty jesteś... - powiedział w końcu mężczyzna, cofając się - ...królem.
Twoja wola... jest prawem... tej krainy.
- Owszem. Zgadza się. Restaresie, mam więcej dobrych wieści. Możemy
zabrać Pustkowe Światło z burzy do Krainy Materii. Możemy nawet
przenosić je między tym światem a Potępieniem, jak chciałeś.
- To sposób. - Restares popatrzył na Nale'a. - Sposób... może ucieczki...
Nale machnął ręką w stronę kul.
- To, że można je przenosić z Braize i z powrotem, nic nie znaczy.
Odległość jest tak niewielka, że nieistotna.
- Jeszcze przed kilku laty było to niemożliwe - zauważył Gavilar. - To
dowód. Związek nie został zerwany, a skrzynia umożliwia podróż. Nie tak
daleko, jak byście chcieli, ale musimy gdzieś zacząć tę podróż.
Nie był pewien, dlaczego Restares tak bardzo chciał przenosić Światło po
Cieniomorzu. Thaidakar również szukał tych informacji. Sposobu na
przenoszenie Burzowego Światła i tego nowego Pustkowego Światła na duże
odległości. Zastanawiając się nad tym, Gavilar coś dostrzegł. Drzwi były
uchylone i zaglądało przez nie oko.
Na Potępienie. To była Navani. Ile usłyszała?
- Mężu - powiedziała, od razu wchodząc do komnaty. - Czekają na ciebie
goście. Najwyraźniej przestałeś zauważać upływ czasu.
Stłumił złość z powodu jej szpiegowania i odwrócił się do Restaresa i jego przyjaciela.
- Panowie, będę musiał was przeprosić.
Restares znów przeczesał dłonią rzadkie włosy.
- Chcę wiedzieć więcej o tym projekcie, Gavilarze. Muszę cię również
poinformować, że jest tu jeszcze jedna z nas. Wcześniej dostrzegłem jej
dzieło.
Jeszcze jedna? Ktoś z Synów Honoru.
Nie, miał na myśli innego Herolda. Restares coraz bardziej pogrążał się
w urojeniach.
- Wkrótce spotkam się z Meridasem i pozostałymi. - Gavilar spróbował
uspokoić Restaresa. - Powinni mieć więcej informacji. Później o tym
porozmawiamy.
- Nie - warknął Makabak. - Wątpię w to.
- Jest tu coś więcej, Nale! - stwierdził Restares, choć wyszedł, kiedy
Gavilar wyprowadził ich obu. - To ważne! Chcę się wydostać. To jedyny
sposób...
Gavilar zamknął drzwi i odwrócił się w stronę żony. Na Potępienie, nie
powinna mu przeszkadzać. Ona...
Na burze. Jej suknia była piękna, a twarz jeszcze bardziej, nawet w gniewie. Patrzyła na niego błyszczącymi oczami i wydawało się, że otacza
ją ognista aura.
Po raz kolejny rozważył.
I po raz kolejny odrzucił pomysł.
Jeśli miał zostać bogiem, to lepiej zerwać więzi. Słońce mogło kochać
gwiazdy. Ale nigdy jako równe sobie.
***
Jakiś czas później, kiedy już zajął się Navani, Gavilar w końcu znów się
wyślizgął. Tym razem do swoich komnat, gdzie mógł zastanowić się nad
tym, czego się dowiedział.
- Powiedz mi. - Przeszedł po miękkim dywanie i wpatrzył się w leżącą na
blacie mapę Rosharu. - Dlaczego Thaidakara tak interesuje
Ba-Ado-Mishram?
Obok Gavilara pojawiła się niewyraźna, falująca sylwetka Ojca Burz. Jak
powietrze unoszące się nad rozgrzanymi skałami.
Stworzyła waszych parshmenów przypadkiem. Dawno temu, tuż przed
Odstępstwem, Mishram próbowała powstać i zastąpić Odium, dając
Pustkowcom ich moce.
- Interesujące. A później?
A później... upadła. Była zbyt małą istotą, by podtrzymać cały naród.
Wszystko się zawaliło, a kilku dzielnych Świetlistych uwięziło Mishram w klejnocie, by uniemożliwić jej zniszczenie całego Rosharu. Efekt uboczny
stworzył parshmenów.
Prości parshmeni. Byli Pustkowcami. Cudowna tajemnica, którą wydobył z Ojca Burz przed kilkoma tygodniami. Gavilar podszedł do regału, gdzie
stał jeden z nowych fabriali grzewczych, dostarczony przez uczoną Rushur
Kris. Wyjął go z płóciennej osłony i zważył w dłoniach.
Odkrył, jak przenosić Pustkowców przez Cieniomorze do tego świata z użyciem klejnotów i aluminiowych skrzynek. Kto by pomyślał, że ulubione
pole badań Navani okaże się tak użyteczne. A jeśli ta przebiegła
Axindweth mu się wymknie, następny etap będzie musiał przeprowadzić bez
niej. Miał swojego uczonego, choć tak naprawdę Gavilara zbijało z tropu
Światło, które tworzył... Światło, które mogło w jakiś sposób zabijać
Pustkowców? Jak Vasher stworzył...
Wydawało mu się, że usłyszał cichy trzask dobiegający od strony Ojca
Burz. Błyskawica? Urocze.
- Nigdy nie sprzeciwiałeś się temu, co robię - zauważył Gavilar. -
Sądziłbym, że powrót Pustkowców jest całkowicie sprzeczny z twoją
naturą.
Przeciwnicy są czasami konieczni. Jeśli zostaniesz czempionem, będziesz
musiał przeciwko komuś walczyć.
- Daj mi to. Teraz. Uczyń mnie Heroldem. Potrzebuję tego.
Ojciec Burz zwrócił w jego stronę migotliwą głowę.
To były prawie one.
- Te, naprawdę? Żądanie?
Tak blisko. A jednak tak daleko.
Gavilar uśmiechnął się, uniósł fabrial i pomyślał o uwięzionych wewnątrz
ogniosprenach. Ojciec Burz wydawał się coraz bardziej podejrzliwy,
wrogi. Gdyby wszystko poszło nie tak... czy udałoby mu się uwięzić samego
Ojca Burz w jednym z nich?
Wkrótce przybył Amaram z niewielką grupką ludzi - dwóch mężczyzn, dwie
kobiety. Jeden był porucznikiem Amarama. Pozostała trójka musiała być
nowymi, ważnymi rekrutami Synów Honoru, zaproszonymi na ucztę, którzy
później mieli okazję spotkać się sam na sam z królem. Było to irytujące,
ale przydatne. Gavilar rozpoznał dwie kobiety z notatek, ale starszego
mężczyzny w szatach nie kojarzył. Kto to był? Strażnik burz? Amaram
lubił mieć ich w pobliżu, uczyli go swojego systemu pisma, co pozwalało
mu w pewnym stopniu udawać pobożnego vorina. To było dla niego ważne.
Gavilar przywitał się po kolei z każdym gościem, a kiedy dotarł do
starszego mężczyzny, nagle coś zaskoczyło. To był Taravangian, król
Kharbranthu. Znany z niewielkich wpływów i zdolności. Gavilar spojrzał
na Amarama. Z pewnością nie zamierzali mu zaufać - powinni znaleźć tego,
kto w tajemnicy rządził Kharbranthem. Najpewniej była to jedna z dwóch
kobiet, przynajmniej tak wskazywały raporty szpiegów Gavilara.
Amaram skinął głową, więc Gavilar wygłosił przemowę na temat
starożytnych przysiąg i Świetlistych - dawnej chwały i wspaniałej
przyszłości. To była dobra mowa, ale zaczynała go drażnić. Niegdyś jego
słowa wzbudzały entuzjazm żołnierzy - a teraz spędzał całe życie na
naradach. Kiedy skończył, pozwolił wszystkim pójść po trunek.
- Meridasie - szepnął Gavilar, odciągając Amarama na bok. - Te spotkania
robią się nurzące. Mój eksperyment okazał się sukcesem. Mam broń.
Amaram wzdrygnął się i odezwał cicho:
- Masz na myśli...
- Tak, kiedy sprowadzimy znów Pustkowców, będziemy mieli nowy sposób
walki z nimi.
- Albo nowy sposób, by nad nimi panować - szepnął Amaram.
To coś nowego. Gavilar zastanowił się nad przyjacielem i ambicją, którą
sugerowały te słowa. Bardzo dobrze, Amaramie, pomyślał.
- Musimy doprowadzić do powrotu Spustoszeń - stwierdził Gavilar. -
Niezależnie od ceny. To jedyny sposób.
- Zgoda. Teraz bardziej niż wcześniej. - Amaram zawahał się. - Moje
wcześniejsze wysiłki z twoją córką nie poszły dobrze. Wydawało mi się,
że doszliśmy do porozumienia.
- Po prostu potrzebujesz więcej czasu, przyjacielu. By ją do siebie
przekonać.
Amaram pragnął władzy tak, jak Gavilar pragnął nieśmiertelności. A Gavilar być może go ją nagrodzi. Elhokar z pewnością nie zasługiwał, by
zostać królem. Był całkowitym przeciwieństwem dziedzictwa, które pragnął
zostawić po sobie Gavilar.
Posłał Amarama, by porozmawiał z pozostałymi. Kiedy się napiją, Gavilar
zamierzał wygłosić kolejną krótką mowę. Następnie mógł przejść do...
Zmarszczył czoło, kiedy zauważył, że jeden z rekrutów nie rozmawiał z pozostałymi. Starszy mężczyzna, Taravangian, wpatrywał się w mapę
Rosharu. Pozostali zaśmiali się z czegoś, co powiedział Amaram.
Taravangian nie spojrzał nawet w stronę źródła dźwięku.
Gavilar podszedł bliżej, ale nim zdążył się odezwać, Taravangian
szepnął:
- Zastanawiasz się czasem nad życiem, które im dajemy? Ludziom, którymi
władamy?
Gavilar nie był przyzwyczajony do tego, by inni - a zwłaszcza nieznajomi
- zwracali się do niego w tak poufały sposób. Ale ten Taravangian uważał
się za króla i może równego Gavilarowi. To było śmieszne, bo władał
jednym niewielkim miastem.
- Mniej się martwię ich życiem teraz, a bardziej tym, co nadejdzie.
Taravangian pokiwał z namysłem głową.
- To była porywająca mowa. Naprawdę w nią wierzysz?
- Myślisz, że wygłosiłbym ją, gdybym w nią nie wierzył?
- Oczywiście, że tak, król mówi to, co trzeba powiedzieć. Czyż nie
byłoby wspaniale, gdyby zawsze mówił rzeczy, w które wierzy? - Spojrzał
z uśmiechem na Gavilara. - Naprawdę wierzysz, że Świetliści mogą
powrócić?
- Tak.
- I nie jesteś głupcem - mruknął z namysłem Taravangian. - Musisz więc
mieć dobre powody.
Gavilar zrewidował swoją wcześniejszą opinię. Mały król wciąż był
królem. Może spośród wszystkich dostojników obecnych w mieście tego
wieczoru, on jeden mógł... w minimalnym stopniu... zrozumieć ciężar
spoczywający na barkach człowieka ściśniętego między koroną a tronem.
- Nadchodzi niebezpieczeństwo - powiedział cicho Gavilar, wstrząśnięty
własną szczerością. - Dla tego kraju. Dla tego świata. Starożytne
niebezpieczeństwo.
Taravangian zmrużył oczy.
- Musimy się obawiać nie tylko Spustoszenia - mówił dalej Gavilar. - Oni
nadchodzą. Wieczna Burza. Noc Smutków.
Taravangian, co zaskakujące, pobladł.
Uwierzył. Gavilar zwykle czuł się głupio, kiedy próbował wyjaśnić
prawdziwe zagrożenia, które pokazał mu Ojciec Burz - walkę czempionów o los Rosharu. Martwił się, że ludzie uznają go za szaleńca. Jednak ten
mężczyzna... wierzył mu?
- Gdzie usłyszałeś te słowa? - spytał Taravangian.
- Nie wiem, czy uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedział.
- A uwierzysz mnie? Przed dziesięcioma laty moją matkę zabiły guzy. Była
krucha, leżała na swoim łożu, otoczona wonią zbyt licznych perfum, które
miały stłumić smród śmierci. W ostatnich chwilach swojego życia
popatrzyła na mnie... - Spojrzał Gavilarowi w oczy. - I szepnęła: "Stoję
przed nim, ponad światem, a on mówi prawdę. Nadchodzi Spustoszenie...
Wieczna Burza. Noc Smutków". I odeszła.
- Ja... słyszałem o tym - przyznał Gavilar. - Prorocze słowa umierających...
- A gdzie ty słyszałeś te słowa? - W głosie Taravangiana brzmiało wręcz
błaganie. - Proszę.
- Mam wizje - odparł szczerze Gavilar. - Dane mi od Wszechmocnego.
Abyśmy mogli się przygotować. - Spojrzał w stronę mapy. - Jeśli
Heroldowie pozwolą, zostanę osobą, którą muszę być, by powstrzymać to,
co nadchodzi...
Niech Ojciec Burz zobaczy szczerość Gavilara. Na burze... nagle to poczuł.
Stojąc tu z tym małym królem, poczuł to. Nigdy wcześniej - przez cały
czas - Gavilar nawet nie podejrzewał, że mógłby nie sprostać zadaniu.
Może, pomyślał, powinienem zachęcić Dalinara, by wrócił do ćwiczeń.
Przypomnieć mu, że jest żołnierzem. Gavilar odniósł wrażenie, że wkrótce
znów może potrzebować Czarnego Ciernia.
Ktoś zbliża się do twoich drzwi, ostrzegł Ojciec Burz. Jedna ze
słuchaczy, Eshonai. W niej jest coś...
Jedna z Parshendich? Gavilar otrząsnął się. Odesłał Taravangiana,
Amarama i pozostałych, zadowolony, że może pozbyć się dziwnego starego
mężczyzny i jego przenikliwych oczu. On podobno niczym się nie
wyróżniał. Czemu więc wytrącał Gavilara z równowagi?
Eshonai weszła, kiedy Amaram przekazał jego zaproszenie. Rozmowa z parshmenką poszła gładko. Zmanipulował ją - a wobec tego i jej rodaków -
by przygotować ich do roli, którą mieli odegrać.
***
Gavilar poczuł znużenie ucztą i kiedy podpisano traktat, udał się na
spoczynek w swoich komnatach. Osunął się na głęboki, miękki fotel obok
balkonu i westchnął przeciągle. Na początku kariery wodza nie pozwalał
sobie na miękkość. Błędnie zakładał, że jeśli polubi coś miękkiego, sam
stanie się miękki.
Częsty błąd mężczyzn, którzy chcieli robić wrażenie silnych.
Rozluźnienie się nie było słabością. Ci, którzy tak bardzo się tego
bali, dawali drobiazgom władzę nad sobą.
Powietrze przed nim zafalowało.
- Dzień bogaty w wydarzenia - zauważył Gavilar.
Tak.
- Jeden z wielu - mówił dalej. - Wkrótce zorganizuję kolejną wyprawę na
Strzaskane Równiny. Możemy wykorzystać nowy traktat, by zażądać
przewodników, którzy poprowadzą nas w stronę środka. W stronę Urithiru.
Ojciec Burz nie odpowiedział. Gavilar nie był pewien, czy spren
rzeczywiście nabrał ludzkich nawyków. Dziś jednak... ta odwrócona postawa,
którą sugerowało zniekształcenie powietrza... to milczenie...
- Żałujesz, że mnie wybrałeś?
Żałuję sposobu, w jaki cię traktowałem. Nie powinienem być tak
ustępliwy. To cię rozleniwiło.
- To jest rozleniwienie? - Gavilar zmusił się do mówienia rozbawionym
tonem, by ukryć irytację.
Nie szanujesz pozycji, jaką pragniesz osiągnąć. Czuję... że nie jesteś
czempionem, którego potrzebuję. Może... przez ten cały czas się myliłem.
- Powiedziałeś, że dostałeś zadanie znalezienia czempiona. Od Honoru.
To prawda. Nie mówię w ludzki sposób. Ale mimo wszystko, jeśli
zostaniesz Heroldem, między Powrotami będziesz torturowany. Dlaczego cię
to nie martwi?
Gavilar wzruszył ramionami.
- Po prostu się poddam.
Co takiego?
- Poddam się. - Gavilar podniósł się ciężko z fotela. - Czemu dawać się
dręczyć i być może oszaleć? Za każdym razem się poddam i od razu
powrócę.
Heroldowie zostają w Potępieniu, by powstrzymać Pustkowców.
Uniemożliwić im zapanowanie nad światem. Oni...
- Heroldowie są dziesięcioma głupcami - wyjaśnił Gavilar i nalał sobie
wina z karafki stojącej w pobliżu balkonu. - Skoro nie mogę umrzeć,
zostanę największym królem, jakiego znał świat. Czemu miałbym trzymać w ukryciu swoją wiedzę i zdolności przywódcze?
Żeby powstrzymać wojnę.
- A czemu miałbym powstrzymać wojnę? - spytał ze szczerym rozbawieniem.
- Wojna jest drogą do chwały, do wyszkolenia naszych żołnierzy, by
odbili Sale Spokoju. Moje oddziały powinny mieć doświadczenie, nie
sądzisz? - Odwrócił się do falowania i napił pomarańczowego wina. - Nie
boję się tych Pustkowców. Niech zostaną i walczą. Jeśli się odradzają,
to nigdy nie zabraknie nam wrogów do zabicia.
Ojciec Burz nie odpowiedział. A Gavilar znów próbował wyczytać coś z postawy istoty. Czy Ojciec Burz był z niego dumny? Gavilar uznał to za
eleganckie rozwiązanie i dziwiło go, dlaczego Heroldowie nigdy o nim nie
pomyśleli. Może byli tchórzami.
Ach, Gavilarze. Widzę, gdzie popełniłem błąd. Całe twoje religijne
wychowanie... stworzone z kłamstw o Aharietiam i ułomności samego Honoru...
popchnęło cię w stronę takiego wniosku.
A niech to Potępienie. Ojciec Burz nie był zadowolony. Gavilar nagle
poczuł, że to straszliwie niesprawiedliwe. Oto pił tę koszmarną
namiastkę wina, by przestrzegać absurdalnego Kodeksu - składał każdą
możliwą ofiarę, by okazać pobożność - a jednak to nie wystarczało?
- W jaki sposób mogę służyć? - spytał.
Nie rozumiesz. To nie są Słowa, Gavilarze.
- W takim razie jakie są te burzowe słowa?! - Gwałtownym ruchem opuścił
kubek na stół, aż ten się roztrzaskał, a wino zachlapało ścianę. -
Chcesz, żebym ocalił tę planetę? To mi pomóż! Powiedz mi, co mówię nie
tak!
Nie chodzi o to, co mówisz.
- Ale...
Nagle Ojciec Burz zafalował. Jego migoczącą sylwetkę wypełniło światło i zalało komnatę Gavilara ostrym blaskiem. Dywan nabrał niebieskiego
odcienia, a czyste światło odbijało się od szklanych drzwi balkonu.
I wtedy Ojciec Burz krzyknął. Głosem jak dudnienie grzmotu, pełnym
udręki.
- Co takiego? - Gavilar się cofnął. - Co się stało?
Herold... Herold umarł... Nie. Nie jestem gotów... Pakt Przysięgi... Nie! Nie
mogą zobaczyć. Nie mogą się dowiedzieć...
- Umarł? Umarł. Mówiłeś, że oni już są martwi! Mówiłeś, że są w Potępieniu!
Ojciec Burz zafalował i z migotliwego blasku wyłoniła się twarz. Para
oczu, jak luki w burzy, wokół których wirowały chmury prowadzące w głąb.
- Kłamałeś. Kłamałeś?
Och, Gavilarze. Tak wiele nie wiesz. Tak wiele zakładasz. A te dwie
rzeczy nigdy się nie zetkną. Jak drogi prowadzące do dwóch przeciwnych
miast.
Wydawało się, że te oczy przyciągają Gavilara, przytłaczają go,
pochłaniają. On... widział burze, niekończące się burze, a świat był tak
kruchy. Malutka błękitna plamka na nieskończonym czarnym płótnie.
Ojciec Burz mógł kłamać?
- Restares - szepnął Gavilar. - Czy on... rzeczywiście jest Heroldem?
Tak.
Gavilarowi zrobiło się zimno, jakby stał w samym środku arcyburzy, a lód
przenikał przez jego skórę. Szukał jego serca. Te oczy...
- Kim jesteś? - szepnął chrapliwie.
Największym głupcem z nich wszystkich. ŻEGNAJ, GAVILARZE. MIGNĘŁO MI
PRZED OCZAMI TO, CO NADCHODZI. NIE ZAPOBIEGNĘ TEMU.
- Co? - spytał ostro Gavilar. - Co nadchodzi?
TWOJE DZIEDZICTWO.
Drzwi otwarły się gwałtownie. Sadeas, czerwony na twarzy z wysiłku.
- Skrytobójca. - Gestem wezwał do środka Tearima, wciąż w Pancerzu. -
Kieruje się w tę stronę, zabija strażników. Musisz włożyć zbroję.
Tearimie, zdejmuj ją. Musimy ochronić króla.
Gavilar spojrzał na niego w oszołomieniu.
I nagle dotarło do niego jedno słowo.
Skrytobójca.
Zostałem zdradzony, pomyślał, i odkrył, że wcale go to nie dziwi. Jedno
z nich musiało w końcu po niego przyjść.
Ale które?
- Gavilarze! - krzyknął Sadeas. - Musisz włożyć zbroję. Skrytobójca się
zbliża.
- Tearim może z nim walczyć, Torolu. Czymże jest jeden skrytobójca?
- Ten zabił już dziesiątki. Sądzę, że na wszelki wypadek powinieneś
włożyć Pancerz. Mógłbyś wziąć mój, ale moi zbrojmistrze dopiero tu idą.
- Zabrałeś zbroję na ucztę?
- Oczywiście, że tak. Nie ufam tym Parshendim. Powinieneś mnie
naśladować. Zbyt wielkie zaufanie kiedyś cię zabije.
Z pewnej odległości dobiegły krzyki. Tearim, jak zawsze lojalny, zaczął
zdejmować Pancerz, by Gavilar mógł go włożyć.
- Za wolno - stwierdził Sadeas. - Musimy kupić trochę czasu. Daj mi
swoją szatę.
Gavilar zawahał się i spojrzał przyjacielowi w oczy.
- Zrobiłbyś to?
- Włożyłem zbyt wiele wysiłku, by posadzić cię na tym tronie, Gavilarze
- powiedział ponuro Sadeas. - Nie pozwolę, żeby to się zmarnowało.
- Dziękuję.
Sadeas wzruszył ramionami i włożył szatę, podczas gdy Tearim pomagał
Gavilarowi z Pancerzem. Kimkolwiek był ten skrytobójca, z pewnością nie
dorówna Odpryskowemu.
Gavilar spojrzał w stronę, gdzie wcześniej znajdował się Ojciec Burz -
ale migotanie zniknęło.
Spreny nie potrafiły kłamać. Nie potrafiły. Dowiedział się tego... od Ojca
Burz.
Krwi ojców moich, pomyślał Gavilar, gdy Pancerz zatrzasnął się wokół
jego nóg. W czym jeszcze mnie okłamał?
***
Gavilar spadał.
A spadając, wiedział, że już po wszystkim. To jego koniec.
Dziedzictwo utracone. Skrytobójca, który poruszał się z nieziemską
gracją, chodził po ścianach i suficie, władając Światłem wypływającym z burz.
Gavilar uderzył o ziemię - otoczony resztkami balkonu - i jego pole
widzenia wypełniła biel. Nie czuł bólu. To był bardzo zły znak.
Thaidakar, pomyślał, kiedy stanęła przed nim postać ukryta w mroku nocy.
Tylko Thaidakar mógł wysłać skrytobójcę zdolnego do czegoś takiego.
Gavilar zakaszlał, kiedy postać pochyliła się nad nim.
- Spodziewałem... się... ciebie.
Skrytobójca ukląkł obok niego, choć Gavilar widział tylko cienie.
Później... skrytobójca - zrobił coś, czego Gavilar nie dostrzegł - znów
zapłonął blaskiem jak kula.
- Możesz powiedzieć... Thaidakarowi... że jest za późno...
- Nie wiem, kto to - powiedział zabójca tak niewyraźnie, że jego słowa
były ledwie zrozumiałe. Mężczyzna wyciągnął rękę w bok, przyzywając
Ostrze Odprysku.
To już koniec. Za skrytobójcą pojawiła się poświata, aureola migotliwego
blasku. Ojciec Burz.
Nie spowodowałem tego, powiedział Ojciec Burz w jego głowie. Nie
wiem, czy przyniesie ci to spokój w ostatnich chwilach życia.
Ale...
- To kto...? - wykrztusił Gavilar. - Restares? Sadeas? Nigdy nie
sądziłem...
- Moimi panami są Parshendi - powiedział skrytobójca.
Gavilar zamrugał i znów skupił wzrok na mężczyźnie, kiedy w jego dłoni
pojawiło się ostrze. Na burze... to było Ostrze Honoru Jezriena, czyż nie?
Co się działo?
- Parshendi? To nie ma sensu.
To moja porażka na równi z twoją. Jeśli znów spróbuję, zrobię to
inaczej. Myślałem... twoja rodzina...
Jego rodzina. W tej chwili Gavilar dostrzegł, jak jego dziedzictwo się
rozpada. Umierał.
Na burze. Umierał. Czy cokolwiek miało jeszcze znaczenie? Nie mógł. Nie
mógł...
Miał być wieczny...
Zaprosiłem wroga z powrotem, uświadomił sobie. Nadchodzi koniec. A moja
rodzina, moje królestwo zostaną zniszczone i nie będą mieli jak walczyć.
Chyba że...
Drżącą ręką wyciągnął z kieszeni kulę. Broń. Potrzebowali jej. Jego syn...
Nie, jego syn nie poradziłby sobie z taką mocą... Potrzebowali wojownika.
Prawdziwego wojownika. Tego, którego Gavilar starał się ze wszystkich
sił poskromić, ze strachu, do którego nie chciał się przyznać, nawet w ostatnich chwilach życia.
Dalinar. Niech burze mają nad nimi litość, wszystko sprowadzało się do
Dalinara.
Wyciągnął kulę w stronę Ojca Burz. Wszystko się rozmywało. Myślenie...
było... trudne.
- Musisz to zabrać - szepnął Gavilar do Ojca Burz. - Oni nie mogą tego
dostać. Powiedz... powiedz mojemu bratu... musi odnaleźć najważniejsze
słowa, jakie może wypowiedzieć człowiek...
Nie, powiedział Ojciec Burz, choć jakaś dłoń wzięła kulę. Nie on.
Przykro mi, Gavilarze. Raz popełniłem ten błąd. Nigdy więcej nie zaufam
twojej rodzinie.
Gavilar jęknął z bólu, nie ciała, lecz duszy. Zawiódł. Sprowadził
zagładę na nich wszystkich. To właśnie, uświadomił sobie z przerażeniem,
będzie jego dziedzictwem.
W końcu Gavilar Kholin, dziedzic Heroldów, umarł. Jak prędzej czy
później każdy człowiek.
Samotnie.
1. Nieznany teren
Powinnam wiedzieć, że jestem obserwowana. Znaki były obecne przez całe
moje życie.
Rycerze Wiatru i Prawdy, s. 1
Kaladin czuł się dobrze.
Nie wspaniale. Nie po tygodniach, podczas których ukrywał się w zajętym
mieście. Nie po tym, jak doprowadził się do fizycznego i emocjonalnego
wyczerpania. Nie po tym, co stało się z Teftem.
Stał przy oknie pierwszego ranka miesiąca. Słońce wpadało wokół niego do
komnaty, a podmuchy wiatru poruszały jego włosami. Nie powinien czuć się
dobrze. Tak, pomógł ochronić Urithiru - ale to zwycięstwo miało boleśnie
wysoką cenę. Poza tym Dalinar zawarł układ z wrogiem - za zaledwie
dziesięć dni czempion Honoru i czempion Odium zadecydują o losie całego
Rosharu.
Skala tego była przerażająca, a mimo to Kaladin ustąpił ze stanowiska
przywódcy Wiatrowych. Wypowiedział właściwe Słowa, ale uświadomił sobie,
że same Słowa nie wystarczą. Choć Burzowe Światło natychmiast uleczyło
jego ciało, dusza potrzebowała czasu. Gdyby więc doszło do bitwy, jego
przyjaciele musieliby walczyć bez niego. A kiedy czempioni spotkają się
za dziesięć dni - dziewięć, bo pierwszy już trwał - na szczycie
Urithiru, Kaladin nie będzie w tym uczestniczył.
To powinno zmienić go w przepełniony niepokojem kłębek nerwów. Tymczasem
odchylił głowę i czując ciepło słońca na skórze, przyznał, że choć nie
czuł się wspaniale, pewnego dnia to nastąpi.
Na razie mu to wystarczyło.
Odwrócił się i podszedł do szafy, po czym zaczął przeglądać sterty
codziennych ubrań, upranych i dostarczonych tego ranka. Miasto zostało
uwolnione zaledwie przed dwoma dniami, a wkrótce miał się zadecydować
los świata, ale praczki z Urithiru nie próżnowały. Żadne z ubrań mu się
nie spodobało i po chwili spojrzał na inną możliwość - mundur przysłany
przez kwatermistrza, by zastąpił ten, który Kaladin zniszczył w czasie
walki. Leyten miał cały wieszak w rozmiarze Kaladina.
Poprzedniego wieczoru, po pogrzebie Tefta, Kaladin na próbę przymocował
mundur do ściany za pomocą Wiązania. Urithiru się przebudziło, miało
własnego Kowala Więzi, przez co wszystko... wyglądało inaczej. Jego
Wiązania zwykle wytrzymywały najwyżej dziesięć minut - to jednak wciąż
trwało, po upływie dobrych dziesięciu godzin.
Syl zajrzała do jego komnaty - wsunęła głowę obok wiszącej zasłony -
zupełnie nie zwracając przy tym uwagi na jego prywatność. Dziś była
wielkości człowieka i miała na sobie havah zamiast zwyczajowej
dziewczęcej sukienki. Niedawno nauczyła się nadawać kolor swoim
ubraniom, w tym przypadku były to ciemniejsze odcienie niebieskiego z dodatkiem jaskrawofioletowych haftów wokół rękawów.
Kiedy Kaladin zapiął ostatni guzik na wysokim kołnierzu kurtki
mundurowej, Syl podbiegła i stanęła za nim. Następnie uniosła się mniej
więcej stopę nad ziemią, by spojrzeć mu ponad ramieniem i przyjrzeć się
jego odbiciu w lustrze.
- Nie możesz dowolnie zmieniać rozmiaru? - spytał, poprawiając mankiety.
- W rozsądnych granicach.
- Czyjego rozsądku?
- Nie mam pojęcia. Raz próbowałam stać się wielka jak góra. Wymagało to
dużo chrząkania i myślenia jak skały. Naprawdę wielkie skały.
Największym, co mi się udało, była bardzo mała góra... na tyle mała, że
zmieściłaby się w tej komnacie, a jej szczyt ocierałby się o sufit.
- To znaczy, że mogłabyś być dość wysoka, by górować nade mną. Dlaczego
zwykle jesteś niższa?
- Wydaje mi się to właściwe.
- W ten sposób wyjaśniasz niemal wszystko.
- Tak! - Szturchnęła go. Ledwie to poczuł. Nawet tej wielkości, w Krainie Materii była niemal niematerialna. - Mundur? Myślałam, że już
nie będziesz ich nosił.
Zawahał się, po czym obciągnął kurtkę, by wygładzić zagniecenia na
bokach.
- Wydaje mi się to właściwe - przyznał, patrząc w oczy jej odbiciu.
Uśmiechnęła się. A on, niech go burza, nie mógł się powstrzymać i odpowiedział tym samym.
- Ktoś ma dobry dzień. - Znów go szturchnęła.
- Zadziwiająco. Biorąc pod uwagę wszystko.
- Przynajmniej wojna prawie się skończyła. Jeszcze jedna walka. Dziewięć
dni.
Prawda. Jeśli Dalinar zwycięży, Odium zgodził się wycofać z Alethkaru i Herdazu - choć miał zachować inne ziemie, nad którymi panował, jak Iri i Jah Keved. Jeśli Odium zwycięży, musieli oddać wrogowi Alethkar i Herdaz. Ale była też wyższa cena. Gdyby Dalinar przegrał, musiałby
dołączyć do Odium, stać się Stopionym i pomóc w podboju cosmere. Kaladin
chciał wierzyć, że Świetliści nie podążą za nim, ale nie był pewien. Tak
wielu ludzi tęskniło za wojną, nawet bez wpływów Niestworzonego. Na
burze, on też to czuł.
- Syl. - Spochmurniał. - Jestem pewien, że zginie jeszcze więcej ludzi.
Może takich, którzy są dla mnie ważni, a mnie nie będzie tutaj, by im
pomóc. Dalinar będzie musiał wybrać kogoś innego jako swojego czempiona
i...
- Kaladinie Burzą Błogosławiony. - Wzniosła się wyżej w powietrze i założyła ręce na piersi. Choć miała na sobie modną havah, jej
rozpuszczone niebiesko-białe włosy swobodnie unosiły się i falowały na
wietrze. Na... nieistniejącym wietrze. - Ani mi się waż wpędzić się w żałosny nastrój.
- Albo co?
- Albo będę robiła głupie miny - zagrzmiała. - Jak tylko ja potrafię.
- One nie są głupie. - Zadrżał.
- Są przezabawne.
- Ostatnim razem sprawiłaś, że z czoła wyrosła ci macka.
- Naczelny komizm.
- A później mnie nią spoliczkowałaś.
- Uderzająca puenta. To przecież oczywiste. Na świecie jest tylu ludzi,
a ja wybrałam takiego, który nie rozumie wyrafinowanego dowcipu.
Spojrzał jej w oczy, a jej uśmiech wciąż był burzowo zaraźliwy.
- Rzeczywiście czuję ciepło na myśl, że w końcu zrozumiałem kilka
rzeczy. Zrzuciłem ciężar z barków i wyszedłem z cienia. Wiem, że
ciemność powróci, ale myślę... myślę, że będę pamiętał lepiej niż
wcześniej.
- Pamiętał o czym?
Przywiązał się do góry i unosił, aż popatrzył jej prosto w oczy.
- Że takie dni też istnieją.
Pokiwała głową.
- Żałuję, że nie mogę pokazać tego Teftowi. Czuję jego stratę jak ranę
we własnym ciele, Syl.
- Wiem - powiedziała łagodnie.
Gdyby była ludzką przyjaciółką, mogłaby zaproponować przytulenie.
Wydawało się jednak, że Syl nie rozumiała fizyczności tak jak ludzie,
choć tam, gdzie się urodziła - w Cieniomorzu, Krainie Umysłu - miała
materialne ciało. Wyczuwał, że nie spędzała dużo czasu po tamtej
stronie. Ta kraina jej pasowała.
Kaladin opadł na ziemię i podszedł znów do okna, by poczuć promienie
słońca. Na zewnątrz widział pokryte śniegiem szczyty gór. Wiatr niósł
świeżą woń czystego, rześkiego powietrza, jak również stadko
wiatrosprenów. W tym te, które tworzyły jego pancerz i go okrążały.
Trzymały się blisko, na wypadek gdyby były potrzebne.
Na burze, w tak krótkim czasie przeżył tak wiele. Czuł echo gniewu,
który pochłonął go niemal całkowicie po śmierci Tefta. I jeszcze gorsze
uczucie pustki, kiedy spadał...
Mroczne dni.
Ale dni takie jak ten też istniały.
A on zamierzał o tym pamiętać.
Spreny jego zbroi wypadły ze śmiechem przez okno, ale wiatr pozostał,
bawiąc się jego włosami. Później się uspokoił, nadal wiał w jego stronę,
ale nie był już rozbawiony, bardziej... pełen namysłu. Przez całe życie
wiatr mu towarzyszył. Znał go tak, jak znał miasteczko, w którym się
urodził, albo swoją rodzinę. Był znajomy.
Kaladinie...
Podskoczył i spojrzał na Syl, która krążyła po komnacie, na poły
tańcząc, na poły spacerując, z zamkniętymi oczami - jakby poruszała się
w rytm niesłyszalnej melodii.
- Syl... - odezwał się. - Wypowiedziałaś moje imię?
- Hę? - Otworzyła oczy.
Kaladinie...
Na burze. Znowu.
Potrzebuję twojej pomocy. Tak mi przykro... że proszę cię o więcej...
Kaladin odwrócił się do Syl.
- Powiedz mi, że to słyszysz.
- Czuję... - Przechyliła głowę. - Coś czuję. Na wietrze.
- To do mnie mówi. - Uniósł dłoń do głowy.
Nadchodzi burza, Kaladinie, szeptał wiatr. Najgorsza burza... Przykro
mi...
Zniknęło.
- Co słyszałeś? - spytała Syl.
- Ostrzeżenie. - Zmarszczył czoło. - Syl, czy wiatr... jest żywy?
- Wszystko jest żywe.
Wyjrzał na zewnątrz, czekając na powrót głosu. Nie zrobił tego. Był
jedynie rześki wiatr - choć teraz nie wydawał się spokojny.
Teraz sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał.
***
Shallan została na szczycie Nieprzemijającej Prawości, wielkiej fortecy
honorsprenów, rozmyślając o wszystkich ludziach, którymi była. Sposobie,
w jaki się zmieniała, zależnie od perspektywy.
Zaiste, w życiu chodziło głównie o perspektywę.
Jak ta dziwna konstrukcja - pusty, prostokątny blok wysoki na setki stóp
i dominujący nad krajobrazem Cieniomorza. Ludzie - spreny - żyli na
wewnętrznej stronie murów i chodzili po nich, ignorując konwencję
ciążenia. Patrzenie z góry wzdłuż jednej z wewnętrznych ścian mogło
doprowadzić do mdłości, o ile nie zmieniło się perspektywy. O ile nie
przekonało się samego siebie, że chodzenie w górę i w dół po tej ścianie
to coś normalnego. To, czy ktoś był silny, czy słaby, zwykle nie było
przedmiotem debaty, ale jeśli samo ciążenie mogło być dyskusyjne...
Odwróciła się od serca Nieprzemijającej Prawości i ruszyła wzdłuż
szczytu ściany. Spoglądała na zewnątrz na Cieniomorze - falujący ocean
paciorków z jednej strony, poszarpane obsydianowe wyżyny - porośnięte
krystalicznymi drzewami - z drugiej. Na ścianie obok niej jeszcze
bardziej onieśmielający widok - dwa spreny z głowami z geometrycznych
linii, każdy w szacie ze zbyt sztywnego, błyszczącego czarnego
materiału.
Dwa spreny.
Związała się z dwoma. Z jednym w dzieciństwie. Z drugim w dorosłości.
Skrzywdziła pierwszego i stłumiła to wspomnienie.
Shallan uklękła przed Testament, jej pierwszym sprenem. Zagadkowa
siedziała odwrócona plecami do kamiennej balustrady. Linie i wzór, które
tworzyły jej głowę, były powykrzywiane jak połamane gałązki. W środku
były podrapane i szorstkie, jakby ktoś zaatakował je nożem. Co bardziej
charakterystyczne, jej wzór niemal znieruchomiał.
Głowa stojącego obok Wzoru pulsowała w ożywionym rytmie - nieustannie
się poruszała, tworząc nowe geometryczne symbole. Porównywanie tej
dwójki łamało serce Shallan. Ona zrobiła to Testament, kiedy odrzuciła
więź po tym, jak wykorzystała Ostrze Odprysku, by zabić matkę.
Testament wyciągnęła dłoń o długich palcach, a Shallan przyjęła ją z bólem. Uścisk był delikatny, ale Shallan odniosła wrażenie, że Testament
nie miała więcej siły. Reagowała na bycie martwooką inaczej niż Maya,
która stała w pobliżu z Adolinem i Kelekiem. Maya, choć martwooka,
zawsze wydawała się silna fizycznie. Najwyraźniej spreny załamywały się
w różny sposób. Zupełnie jak ludzie.
Testament ścisnęła dłoń Shallan, a niemrawe poruszenia jej linii niczego
nie zdradzały.
- Dlaczego? - spytała Shallan. - Dlaczego nie czujesz do mnie
nienawiści?
Wzór położył dłoń na ramieniu Shallan.
- Oboje wiedzieliśmy, że ponowne związanie się z ludźmi oznacza
niebezpieczeństwo, ofiarę.
- Skrzywdziłam ją.
- A jednak tu jesteś. Stoisz wyprostowana. Umiesz panować nad Mocami.
Możesz ochronić ten świat.
- Powinna mnie nienawidzić - szepnęła Shallan. - Ale w sposobie, w jaki
trzyma mnie za rękę, nie ma złości. Ani osądu w tym, że trzyma się
blisko nas.
- Bo ofiara była coś warta, Shallan - powiedział Wzór z nietypową dla
siebie rezerwą. - Udało się. W końcu doszłaś do siebie, poradziłaś sobie
lepiej. Wciąż tu jestem. I, jak warto zauważyć, nie jestem nawet
odrobinę martwy! W ogóle nie myślę, że mnie zabijesz, Shallan! Cieszy
mnie to.
- Czy mogę ją uzdrowić? Może gdybym... gdybym znów się z nią związała?
- Myślę, po rozmowie z Kelekiem... - zaczął Wzór. - Myślę, że wciąż jesteś
z nią związana.
- Ale... - Shallan obejrzała się na niego przez ramię. - Zerwałam więź. A to doprowadziło do tego.
- Niektóre zerwania są niechlujne. Cięcie ostrym nożem jest czyste,
cięcie tępym jest poszarpane. Twoje zerwanie, do którego doprowadziłaś
jako dziecko bez pełnej Intencji, jest poszarpane. W pewnym sensie tak
jest jeszcze gorzej, ale to znaczy, że pozostał między wami pewien
Związek.
- Czyli...
- Czyli nie. Nie sądzę, by powtórne wypowiedzenie Słów ją uzdrowiło. -
Wzór jego głowy poruszał się nieco wolniej, jakby rozważał coś
głębokiego. - Te liczby są... zbijające z tropu, Shallan. Dziwnie
irracjonalne, w sekwencji, której nie pojmuję. To znaczy... to znaczy, że
poruszamy się po nieznanym terenie. Lepsza metafora dla ciebie. Tak.
Nieznany teren. W dalekiej przeszłości martwoocy nie istnieli.
Tego się dowiedzieli, częściowo, od honorsprenów i Mai. Martwoocy -
wszyscy poza Testament - byli związani ze starożytnymi Świetlistymi
przed Odstępstwem. Razem odrzucili przysięgi, ludzie i spreny. Myśleli,
że doprowadzi to do bolesnego, ale możliwego do przeżycia rozstania.
Tymczasem coś poszło bardzo nie tak.
Efektem byli martwoocy. Wyjaśnienie mogło wiązać się z Kelekiem, tą
właśnie osobą, w celu zabicia której Shallan została wysłana do
Nieprzemijającej Prawości. Ścisnęła dłoń Testament.
- Pomogę ci - szepnęła. - Za wszelką cenę.
Testament nie odpowiedziała, ale Shallan pochyliła się i objęła
Zagadkową. Szaty Wzoru zawsze robiły wrażenie twardych, ale te należące
do Testament uginały się jak tkanina.
- Dziękuję. Za to, że przyszłaś do mnie, kiedy byłam dzieckiem.
Dziękuję, że mnie ochroniłaś. Nadal nie pamiętam wszystkiego, ale
dziękuję.
Zagadkowa powoli, ale celowo otoczyła Shallan ramionami i uścisnęła ją.
- Odpocznij. - Shallan otarła oczy i wstała. - Ja coś wymyślę.
2. Zrobić kolejny krok
Wiatr poznałam z początku jako dziecko, w czasach zanim poznałam
marzenia. Po cóż dzieciom marzenia lub aspiracje? One żyją i kochają
życie, które jest.
Rycerze Wiatru i Prawdy, s. 3
Syl w końcu wyszła z komnaty Kaladina do mieszkania jego rodziny. On sam
stał w promieniach słońca i na wietrze, bo czemu nie? Światło było tu
nieustannie odnawiane, a trzymanie nowego Światła wieży nie popychało go
do działania jak Burzowe Światło. Wręcz przeciwnie, trzymanie go...
uspokajało.
Mimo to, kiedy ze środka dobiegł hałas, Kaladin podskoczył, a wokół
niego pojawiły się wstrząsospreny, jak pękające żółte trójkąty. Jednakże
kiedy dotarł do drzwi, okazało się, że to tylko jego młodszy braciszek,
Oroden, klaskał. Kaladin uspokoił bijące szybko serce. Od niedawna
przesadnie reagował na głośne dźwięki - również takie, które po
zastanowieniu nie oznaczały żadnego zagrożenia.
Wiatr nie powiedział nic więcej, więc Kaladin wyszedł powoli do
największej komnaty, gdzie Oroden bawił się klockami. Syl dołączyła do
niego. Choć mogła uczynić się niewidzialną, rzadko robiła to w obecności
jego rodziny. W rzeczy samej, poprzedniego wieczoru ustalili nową zasadę
- kiedy jej ubranie miało kolorowe akcenty, jak fiolet na rękawach,
znaczyło to, że jest widzialna dla innych. Kiedy było w całości
jasnoniebieskie, tylko on ją widział.
- Gagadin! - Chłopczyk pokazał na niego. - Ty potrzebuje locki!
W tym przypadku "ty" oznaczało samego Orodena - który zauważył, że
wszyscy zwracali się do niego "ty". Kaladin uśmiechnął się i za pomocą
Światła sprawił, że klocki zaczęły unosić się w powietrzu. Syl skurczyła
się i przeskakiwała w powietrzu z klocka na klocek, a Oroden próbował w nie trafić.
Co ja robię? - pomyślał Kaladin. Zbliża się walka o losy świata, mój
najlepszy przyjaciel nie żyje, a ja bawię się klockami z młodszym
bratem?
W odpowiedzi w jego wnętrzu odezwał się znajomy głos.
Przyjmij to, Kal. Korzystaj z tego. Nie umarłem po to, żebyś ty mógł
rozczulać się nad sobą jak mokry Rogożerca bez brzytwy.
W przeciwieństwie do wiatru to nie było nic mistycznego. Po prostu... cóż,
Kaladin znał Tefta wystarczająco długo, by móc przewidzieć, co
powiedziałby mężczyzna. Nawet po śmierci dobry sierżant znał swoje
zadanie - popychać oficerów we właściwym kierunku.
- Fyl! - Oroden wskazał Syl. - Fyl, pokreć fie!
Chłopiec zaczął się kręcić, a ona dołączyła, wirując wokół niego. W powietrzu pojawiły się śmiechospreny, jak srebrzyste rybki. To była
kolejna zmiana w wieży - spreny były wszędzie i pokazywały się o wiele
częściej.
Kaladin usiadł na podłodze wokół unoszących się klocków i poczuł się
zmuszony, by rozważyć swoją rolę. Nie zostanie czempionem Dalinara i nie
był już przywódcą mostu czwartego. Na ważnych spotkaniach zastąpił go
Sigzil.
Kim więc był?
Jesteś... - rzekł cicho ten sam głos. Jesteś tym, czego potrzebuję...
Natychmiast stał się czujny. Nie, nie wyobraził sobie tego.
Do środka weszła jego matka. Włosy upięła pod chustką, jak to zawsze
robiła w Palenisku. Usiadła obok niego, sprzedała mu kuksańca i podała
miskę z gotowanym lawisowym ziarnem z pikantnym mięsem kraba. Kaladin
posłusznie zaczął jeść. Jeśli istniała grupa bardziej wymagająca niż
sierżanci, to były nią matki. Kiedy był młodszy, taka uwaga wzbudzała
jego zażenowanie. Po latach, w czasie których obywał się bez niej,
odkrył, że odrobina matkowania mu nie przeszkadza.
- Jak się czujesz? - spytała Hesina.
- Dobrze - odparł, przełykając lawis.
Wpatrzyła się w niego.
- Naprawdę. Nie wspaniale. Dobrze. Martwię się tym, co nadchodzi.
Obok nich przeleciał klocek, ciągnąc za sobą Wieżowe Światło. Hesina
ostrożnie postukała w niego palcem, a wtedy pofrunął przez komnatę,
wirując jednocześnie.
- Czy one nie powinny... spaść?
- W końcu, może? - Wzruszył ramionami. - Navani zrobiła coś dziwnego z tym miejscem. Jest ciepło, ciśnienie się wyrównało i całe miejsce jest...
napełnione. Jak kula.
Z otworów w ścianach na rozkaz wypływała woda, a jej temperaturę można
było zmieniać gestem. Nagle te wszystkie dziwne zagłębienia i puste
sadzawki w wieży nabrały sensu - nie miały urządzeń kierujących, bo
uruchamiało się je, mówiąc albo dotykając kamienia.
Syl wirowała z Orodenem, aż chłopcu zakręciło się w głowie, i zostawiła
mu kilka klocków dla odwrócenia uwagi. Znów urosła i padła na plecy obok
Kaladina i Hesiny, a jej twarz pokrywało coś, co naśladowało pot.
Kaladin dostrzegł nowy szczegół - jej havah nie miała długiego rękawa
okrywającego bezpieczną dłoń, za to spren nosiła rękawiczkę - albo
nadała swojej bezpiecznej dłoni biały odcień i fakturę. Nie było to
niczym dziwnym, ostatnimi czasy Navani zawsze nosiła rękawiczkę, żeby
móc korzystać z obu rąk. Zaskoczyło go jednak, że Syl ją miała.
Wcześniej nie zwracała na to uwagi.
- Jak to możliwe, że mali ludzie nie tracą sił? - spytała Syl. - Skąd
się bierze ich energia?
- To jedna z wielkich tajemnic cosmere - odparła Hesina. - Jeśli
myślisz, że teraz jest trudno, szkoda, że nie widziałaś Kala.
- Oooch. - Syl przekręciła się na brzuch i spojrzała na Hesinę szeroko
otwartymi oczyma, a długie niebiesko-białe włosy opadały wokół jej
twarzy.
Żadna ludzka kobieta nie zachowywałaby się tak... swobodnie w havah.
Obcisłe suknie nie były do końca oficjalne, ale też ich krój nie
zachęcał do przewalania się po ziemi na bosaka. Ale Syl była Syl.
- Zawstydzające historyjki z dzieciństwa? - spytała spren. - Dalej! Mów,
póki ma pełne usta, a nie będzie mógł ci przerwać!
- Nie przestawał się ruszać. - Hesina pochyliła się. - Aż w końcu
wieczorem padał i zasypiał, dając nam kilka krótkich godzin odpoczynku.
Każdego wieczoru musiałam śpiewać jego ulubioną piosenkę, a Lirin musiał
go gonić... a on umiał wyczuć, jeśli Lirin się nie przykładał, i mówił mu,
co o tym sądzi. To było naprawdę urocze, patrzeć, jak Lirina beszta
trzylatek.
- Mogłam się domyślić, że Kaladin jako dziecko był tyranem.
- Dzieci często takie są. Przyjmują tylko jedną odpowiedź na każde
pytanie, bo niuanse są trudne i dezorientujące.
- Pewnie. - Kaladin zebrał resztę lawisu z miski. - Dzieci. To
światopogląd, którego ofiarą, rzecz jasna, padają wyłącznie dzieci,
nigdy reszta z nas.
Matka objęła go jedną ręką wokół ramion. Tego rodzaju uścisk jakby
niechętnie świadczył o tym, że Kaladin nie jest już małym chłopcem.
- Nie chciałbyś czasami, żeby świat był prostszym miejscem? - spytała go
Hesina. - Żeby łatwe odpowiedzi z dzieciństwa były w rzeczywistości
właściwymi odpowiedziami?
- Już nie. Bo myślę, że łatwe odpowiedzi by mnie skazały. Właściwie
skazałyby wszystkich.
Te słowa sprawiły, że matka się rozpromieniła, choć nie była to trudna
odpowiedź. Później w jej oczach pojawił się psotny błysk. O, na burze.
Co zamierzała powiedzieć teraz?
- Masz przyjaciółkę sprena. Czy zadałeś jej kiedykolwiek niezmiernie
ważne pytanie, które zawsze zadawałeś, kiedy byłeś mały?
Westchnął i przygotował się.
- A jakie niby, matko?
- Łajnospreny. - Sprzedała mu kuksańca. - Fascynował cię ten pomysł.
- To był Tien! - sprzeciwił się Kaladin. - Nie ja.
Hesina popatrzyła na niego znacząco. Matki. Miały zbyt dobrą pamięć.
Wokół niego pojawiły się wstydospreny, jak czerwone i białe płatki.
Tylko kilka, ale wciąż.
- W porządku. Może i byłem... zaintrygowany. - Spojrzał na Syl, która
wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami. - Miałaś okazję... poznać
jakieś?
- Łajnospreny - powtórzyła monotonnym głosem. - Zadajesz takie pytanie
jedynej żyjącej Córce Burz, zasadniczo księżniczce w ludzkim rozumieniu.
Ile kupy mogę znać?
- Proszę, możemy porozmawiać o czymś innym? - spytał Kaladin.
Niestety okazało się, że Oroden ich słuchał. Poklepał Kaladina po
kolanie.
- Już dobrze, Gagadin - powiedział uspokajająco. - Kupka idzie do
nocniczka. Weź coś dobrego!
To sprawiło, że Syl roześmiała się na całe gardło i znów przewróciła na
plecy. Kaladin posłał Hesinie spojrzenie kapitana - to, które sprawiało,
że wszyscy żołnierze bledli. Matki jednak ignorowały łańcuch dowodzenia.
Kaladina ocaliło więc jedynie pojawienie się ojca, który stanął w drzwiach z wielkim plikiem dokumentów pod pachą. Hesina podeszła, by mu
pomóc.
- Rozkład namiotów medycznych Dalinara i ich obecne procedury - wyjaśnił
Lirin.
- "Dalinara", co? - powtórzyła. - Kilka spotkań i mówisz po imieniu o najpotężniejszym człowieku na świecie?
- Postawa chłopaka jest zaraźliwa.
- Jestem pewna, że nie ma to zupełnie nic wspólnego z jego wychowaniem.
Założymy za to, że cztery lata w wojsku jakimś cudem skłoniły go, by
zachowywać się tak swobodnie w obecności jasnookich.
- No tak...
Lirin i Hesina popatrzyli na syna.
Oczy Kaladina były ostatnio jasnoniebieskie, nigdy nie wracały do
naturalnego ciemnego brązu. Nie pomagał fakt, że choć siedział, unosił
się cal nad ziemią. Powietrze było wygodniejsze od kamienia.
Rodzice rozłożyli kartki na blacie z boku komnaty.
- To jest chaos - stwierdził Lirin. - Cały jego system opieki medycznej
trzeba odbudować od podstaw... zaczynając od nauki poprawnego odkażania.
Najwyraźniej wielu z jego najlepszych medyków polowych zginęło.
- Wielu z jego najlepszych we wszystkim zginęło. - Hesina przesuwała
wzrokiem po kartkach.
Nawet nie macie pojęcia, pomyślał Kaladin. Spojrzał na Syl, która
przesunęła się, żeby być bliżej niego. Wciąż była wielkości człowieka.
Oroden znów biegał za klockami, a Kaladin...
Cóż, mimo napięcia rozkoszował się tym. Rodziną. Spokojem. Syl. Od tak
dawna biegał od katastrofy do katastrofy, że zupełnie zapomniał, jaka to
radość. Nawet jedzenie potrawki z mostem czwartym - cenne chwile
odpoczynku - było jak haust powietrza, kiedy tonął. Ale oto był. W spoczynku. Patrzył, jak braciszek się bawi, siedział obok Syl, słuchał
rozmowy rodziców. Na burze, to był szalony wyścig. Udało mu się
przetrwać.
I to nie była jego wina, że tak się stało.
Syl oparła głowę - choć niematerialną - o jego ramię i patrzyła na
unoszące się klocki. To było dziwne zachowanie z jej strony, tak samo
zresztą, jak przybranie wielkości człowieka.
- Skąd ludzki rozmiar? - spytał ją.
- Kiedy byliśmy w Cieniomorzu, wszyscy traktowali mnie inaczej. Czułam
się... bardziej jak osoba. Mniej jak siła natury. Odkryłam, że brak mi
tego.
- Czy ja traktuję cię inaczej, kiedy jesteś mała?
- Odrobinę.
- Chcesz, żebym się zmienił?
- Chcę, żeby rzeczy się zmieniły, a jednocześnie pozostały takie same. -
Spojrzała na niego i pewnie dostrzegła, że zupełnie zbiło go to z tropu.
Uśmiechnęła się szeroko. - Wystarczy, jeśli powiem, że chciałabym
utrudnić niektórym ignorowanie mnie.
- Czy bycie takiej wielkości jest dla ciebie trudniejsze?
- Owszem. Ale uznałam, że chcę podjąć ten wysiłek. - Pokręciła głową, a wtedy jej włosy się zakołysały. - Nie podawaj w wątpliwość woli potężnej
księżniczki sprenów, Kaladinie Burzą Błogosławiony. Moje kaprysy są
równie niepojęte jak wielkoduszne.
- Przed chwilą powiedziałaś, że chciałabyś być traktowana jak osoba! Nie
jak siła natury.
- Nie. Chcę decydować, kiedy będę traktowana jak osoba. To nie wyklucza
tego, że jednocześnie chcę, by oddawano mi stosowną cześć. - Uśmiechnęła
się przebiegle. - Zastanawiam się nad różnymi rzeczami, do których
zmuszę Lunamora. Jeśli kiedyś jeszcze go spotkamy.
Kaladin chciał ją pocieszyć, ale tak naprawdę nie miał pojęcia, czy
jeszcze zobaczą Skałę. To był inny rodzaj bólu, wyraźnie różny od straty
Tefta, różny od straty Moasha - a raczej mężczyzny, za którego go kiedyś
uważali.
To sprawiło, że powrócił myślami do sytuacji, jak również dziwnych
ostrzeżeń szeptanych przez wiatr. Odezwał się.
- Ojcze, jak wygląda w tej chwili sytuacja bitewna? Zostało dziesięć
dni. Można by sądzić, że wszyscy po prostu odpoczną i przeczekają je?
- Niestety, nie - odparł Lirin. - Ostrzeżono mnie, że mam się spodziewać
licznych ofiar w ciągu następnych kilku dni, bo Dalinar przewiduje, że
walki będą trwały do samego końca... właściwie obawia się, że wróg może
napierać jeszcze bardziej, by zdobyć Niczyje Wzgórza i Krainy Lodu.
Najwyraźniej zgodnie z umową, cokolwiek będzie w rękach każdej ze stron,
kiedy nadejdzie termin... to zachowają.
Na burze. Kaladin to sobie wyobrażał - zacięte walki o nieważne,
niezamieszkane ziemie - ale takie, które obie ze stron i tak chciały
zachować. Serce mu krwawiło na myśl o żołnierzach, którzy zginą w ciągu
dziewięciu dni, zanim to wszystko się skończy.
- Czy to ta burza? - szepnął.
Syl spojrzała na niego, marszcząc czoło. Ale on nie mówił do niej.
Nie... - odparł głos. Gorzej...
Gorzej. Zadrżał.
Proszę... - powiedział wiatr. Pomóż...
- Nie wiem, czy potrafię pomóc - szepnął Kaladin i zwiesił głowę. - Ja...
nie wiem, czy coś jeszcze we mnie zostało do oddania.
Rozumiem. Jeśli możesz, przyjdź do mnie.
- Dokąd?
Posłuchaj Kowala Więzi...
Zmarszczył czoło. Poprzedniego dnia Dalinar wspomniał, że ma dla
Kaladina zadanie w Shinovarze, związane z Heroldem Ishim i "dziwnym
towarzystwem". Kaladin już zdecydował, że wyruszy. Możliwe więc, że mógł
pomóc.
Przyjdź do mnie, powtórzył wiatr. Proszę...
Tej nocy zapowiedziano arcyburzę, a Kaladin zamierzał wykorzystać ją - i Burzowe Światło, które dawała - by udać się do Shinovaru. Dalinar
obiecał mu jednak więcej szczegółów przed wyruszeniem. Dlatego Kaladin
odetchnął głęboko, wstał i się przeciągnął.
Cudownie było spędzić czas z rodziną. Przypomnieć sobie ten spokój. Ale
choć był znużony, czekała na niego praca.
- Przykro mi - powiedział do rodziców. - Muszę odejść. Dalinar chce,
żebym spróbował odnaleźć Ishiego, który najwyraźniej oszalał. Co nie
jest niczym zaskakującym, jeśli wziąć pod uwagę, jak się mają Taln i Ash.
Matka popatrzyła na niego dziwnie, a on dopiero po chwili zorientował
się, że to ze względu na poufały sposób, w jaki mówił o Heroldach -
postaciach, którym na całym świecie oddawano cześć i o których
opowiadano legendy. Nie znał zbyt dobrze żadnego z nich, ale używanie
ich imion w taki sposób wydawało mu się naturalne. Przestał szanować
ludzi, których nie znał, w dniu, kiedy Amaram go napiętnował.
Bóg czy król. Jeśli chcieli jego szacunku, mogli na niego zapracować.
- Synu.
Lirin odwrócił się od stert papierów. Wypowiedział to słowo w taki
sposób, że Kaladin w duchu nastawił się na wykład.
Nie był więc przygotowany, kiedy Lirin podszedł i objął go. Niezgrabnie,
bo okazywanie uczuć w taki sposób nie było dla niego naturalne. Gest ten
jednak przekazywał emocje, z których wypowiedzeniem na głos miał
problemy. Że się mylił. Że Kaladin być może potrzebował odnaleźć własną
drogę.
Dlatego Kaladin również go objął i pozwolił, by zawirowały wokół nich
radościospreny - jak niebieskie liście.
- Żałuję, że nie mam dla ciebie ojcowskich rad, ale rozumiesz życie
lepiej ode mnie - stwierdził Lirin. - Pewnie więc ruszaj i bądź sobą.
Chroń. Ja... kocham cię.
- Uważaj na siebie - dodała matka i znów objęła go z boku. - Wróć do
nas.
Skinął jej głową i spojrzał na Syl. Przebrała się z havah w mundur mostu
czwartego, z białymi i granatowymi lamówkami, a włosy zebrała w kucyk,
jaki zwykle nosiła Lyn. Robiło to dziwne wrażenie - sprawiało, że
wyglądała na starszą. Nigdy tak naprawdę nie była dziecinna, mimo
czasami psotnej natury - a jej wybraną postacią była zawsze kobieta,
młoda, lecz dorosła. Czasami dziewczęca, ale nigdy dziewczynka. W mundurze, z upiętymi włosami - i tą rękawiczką na bezpiecznej dłoni -
wydawała się dojrzalsza.
Nadszedł czas, by odejść. Kaladin po raz ostatni przytulił braciszka i wyszedł na spotkanie przeznaczenia, a czuł się przy tym, jakby po raz
pierwszy od lat panował nad sytuacją. Zdecydował, że zrobi kolejny krok,
a nie został popchnięty naprzód przez impet lub kryzys.
I choć, kiedy się obudził, czuł się dobrze, ta wiedza - to poczucie
sprawczości - to było wspaniałe uczucie.
3. Cena bohaterstwa
Wiatr powiedziała mi, zanim zniknęła, że to zmiana naczynia Odium
pozwoliła jej odzyskać głos. Zastanawiam się. Może to nowa burza, która
skłania ludzi do rozważenia, czy wiatr rzeczywiście jest ich wrogiem.
Rycerze Wiatru i Prawdy, s. 3
Shallan i Wzór zostawili Testament, by odpoczęła, a sami przeszli po
murze Nieprzemijającej Prawości na spotkanie z Adolinem, Mayą i Heroldem
Kelekiem - którzy rozmawiali z rodzajem sprena zwanym "seonem". Miała
postać unoszącej się w powietrzu kuli światła, wielkości głowy, z dziwnym symbolem pośrodku. Poza nimi mur był tego dnia pusty.
- Nie pamiętasz? - spytał cicho Wzór, kiedy szli. - Wydarzeń związanych
z Testament? Myślałem, że pamiętasz. Myślałem, że skoro Woal odeszła...
- Woal nie odeszła. Jest częścią mnie, jak była wcześniej.
- Ja... nie rozumiem.
- Trudno to wyjaśnić. A... ja nie jestem pewna, czy udało mi się to do
końca zrozumieć. Uzdrawianie to nie jednorazowe wydarzenie, Wzorze, lecz
proces. Wchłonęłam Woal, więc już nie przejmuje nade mną panowania, ale
nie zniknęła. Woal to ja, ale Woal nie zawsze jest Shallan.
- Ale... ty jesteś Shallan...
- Wyobraź to sobie w taki sposób, że Woal przeszła na tył wozu, którym
jedziemy w stronę przyszłości. Wciąż tam jest, pomaga mi, i obie wiemy,
co dzieje się na świecie wokół.
To nie wszystko, rzecz jasna. Shallan przeniosła na Woal pewne aspekty
swojej osobowości, z którymi nie czuła się komfortowo. Teraz musiała
stawić im czoło. Martwiła się, że Adolinowi będzie z tym ciężko, ale...
cóż, Adolin Kholin był burzowo cudowny. Po rozmowie poprzedniej nocy
wydawało się, że rozumiał. Oboje wiedzieli, że czeka ich wysiłek, ale
Shallan zrobiła ogromny krok w stronę wyleczenia - a jednocześnie
przyjęła do wiadomości coś bardzo ważnego.
Nie zasługiwała na nienawiść, lecz na zrozumienie. Trudno było w to
uwierzyć, ale Woal nalegała, by spróbowały.
- Ale... - odezwał się Wzór. - Świetlista wciąż jest... osobna?
- Bardziej osobna.
- Mmmmm. Czyli... wciąż z przodu wozu.
- Tak. To się może zmienić. Może będzie się musiało się zmienić.
Rozgryzam to na bieżąco, Wzorze, ale czuję się lepiej. Co ważniejsze,
nie potrzebuję już Woal, by stała między mną a wspomnieniami.
- Czyli pamiętasz.
- Tak i nie. One są w bezładzie. Byłam dzieckiem, to były traumatyczne
wydarzenia, a ze wspomnieniami mojej matki wiąże się tak dużo bólu.
Potrzebuję czasu, by to przetrawić.
- Mmmm. Ludzie są... miękcy. Nie tylko ciała. Umysły też. Wspomnienia też.
Idee też. Mmmm... - Wydawał się zadowolony.
Jako dziecko związała się ze sprenem, czego jej matka... nie aprobowała.
Przybył mężczyzna, albo żeby zrobić Shallan krzywdę, albo żeby
rozdzielić ją i Testament. Jej ojciec z nim walczył, a w czasie ich
szarpaniny matka Shallan zaatakowała ją nożem. Shallan przywołała
Testament jako Ostrze Odprysku, być może po raz pierwszy, i w samoobronie zabiła matkę.
Trauma sprawiła, że Shallan odrzuciła świeże przysięgi i ukryła te
wspomnienia. Ale jeśli jej więź z Testament nigdy nie została w pełni
zerwana... co to znaczyło? A wspomnienia z czasów między śmiercią jej
matki a pojawieniem się Wzoru... Które z nich łączyły się z Testament?
Wiedziałam, że mam Ostrze Odprysku... na długo, zanim związałam się z Wzorem, pomyślała. Przekonała samą siebie, że broń należała do jej ojca
i przechowywano ją w jego skarbcu. Poszła tam przed opuszczeniem domu i wzięła ją, żeby ją odesłać - ignorując fakt, że przywołała ją
natychmiast, kiedy włożyła rękę do środka - i udawała, że to zwyczajne
Ostrze, udawała, że potrzebuje dziesięciu uderzeń serca, by je
przywołać. Jednak w głębi duszy nawet wtedy wiedziała, że to Testament,
przyjaciółka, której zrobiła wielką krzywdę. To jedno Shallan pamiętała
bardzo wyraźnie. Testament była jej przyjaciółką. Wypukły wzór na
ścianie, który bawił dziewczynkę, później nawiązał z nią kontakt, a później ją ochronił.
Testament nigdy nie była tak gadatliwa jak Wzór. Shallan pamiętała
jedynie rzadkie, ciche słowa, zachęcające ją, by przeciwstawiła się
ciemności w jej rodzinie. Bardzo kochała swojego tajemniczego sprena -
choć wspomnienia były pogmatwane, emocje przebijały się przez ból. Siła
bywała kwestią percepcji. A tego dnia Shallan odkryła, że może wybrać
siłę.
Podeszli do Adolina, Mai i Keleka. Shallan wciąż nie mogła uwierzyć, że
ten mężczyzna był jednym z Heroldów Wszechmocnego. Niski, łysiejący
osobnik ciągle zacierał ręce, jakby mył je niewidzialną wodą i mydłem.
Adolin i Maya właściwie nad nim górowali, kiedy rozmawiali z kulą
światła.
Maya wyraźnie się przysłuchiwała. Nie była jeszcze do końca uzdrowiona -
wciąż miała wydrapane oczy i bladobrązowy odcień zamiast żywej zieleni
innych z jej rodzaju - ale polepszało jej się. Już nie snuła się ani nie
patrzyła tępo w czasie rozmów. Zaczynała się również coraz częściej
odzywać.
- Martwię się tym, co nadchodzi - mówiła kula światła. Miała teraz
przybliżony kształt twarzy Trefnisia, stworzony z łagodnego
niebieskobiałego blasku, i mówiła jego głosem. Spren pozwalał się z nim
skontaktować, co odkryli przed kilkoma dniami. - Walki z pewnością się
jeszcze nasilą, a wszystko zależy i tak od pojedynku czempionów.
Wojownik Odium przeciwko temu, kogo wybierze stary Dalinar.
- Ojciec wybierze siebie. Kiedy Czarny Cierń chce mieć pewność, że coś
zostanie zrobione właściwie, robi to sam. - Adolin przerwał i spojrzał
na Mayę. - Niech go burza. Najpewniej rzeczywiście jest naszą największą
szansą.
- Trefnisiu? - odezwała się Shallan. - To się naprawdę dzieje?
- W rzeczy samej. Pojedynek ustalono, zawarto umowę. Shallan, zgodnie z ustaleniami odbędzie się za dziewięć dni.
- Tak szybko? - spytała Shallan. Na burze. - Gdzie?
- Urithiru. - Adolin założył ręce na piersi. - Już posłali po nas
Wiatrowych. Powinni przybyć dzisiaj.
Shallan rozważyła te informacje, próbując nie dopuścić do siebie
wstrząsu. Dotarcie do Nieprzemijającej Prawości trwało wiele tygodni -
ale Wiatrowi mogli zanieść ich do Urithiru w ciągu jednego dnia,
zależnie od tego, ile Burzowego Światła zabrali ze sobą.
Uświadomiła sobie, że nie może się doczekać powrotu. Miała dość
honorsprenów i ich elitaryzmu. Tęskniła za błękitnym niebem i roślinami,
które się nie marszczyły, kiedy się ich dotykało. Choć Cieniomorze miało
słońce, było odległe i zimne. W takim miejscu nie mogła się rozwijać.
Poza tym, jak powiedziała Testament, miała coś do zrobienia.
- Trefnisiu. - Shallan podeszła bliżej. Świetlista wersja jego twarzy
skupiła się na niej. - Moi bracia są bezpieczni? Jesteś pewien?
- Jestem bardzo pewien, błyskotliwa - odparł cicho. - Jesteś przekonana,
że Duchokrwiści zwrócą się przeciwko tobie?
- Tak. - Po półtora roku flirtowania z Duchokrwistymi w końcu zebrała
odwagę i powiedziała nie. W ten sposób zasadniczo wypowiedziała im
wojnę. Dla otuchy złapała Adolina za rękę. On i tak znał całą historię.
- Trefnisiu, znam ich twarze, ich plany... najpewniej jestem największym
zagrożeniem na całej planecie dla ich organizacji, a oni próbowali zabić
Jasnah z bardziej błahych powodów. Wszyscy, których kocham, są w niebezpieczeństwie.
- Muszę zajmować się Dalinarem i przygotowywać go, ale sądzę, że tobie
też mogę pomóc. Obserwowałem ekipę Mraize'a... wyślę twoim ludziom
portrety ich członków. Ale bądź ostrożna, Shallan. Znam tę grupę i ich
przywódców. Potrafią być brutalni.
- Ja też - szepnęła Shallan. Spojrzała na Keleka, który przyglądał się
oceanowi paciorków i martwookim sprenom zgromadzonym na brzegu. Mimo
jego obecności czuła się bezpiecznie z Wzorem, Adolinem i Mayą. Na tyle
bezpiecznie, by wypowiedzieć to na głos. - Trefnisiu, martwię się. Czy
jestem gotowa?
- Sam od czasu do czasu zadaję sobie to pytanie. A mam dziesięć tysięcy
lat, Shallan.
- W drodze zaczęłam tworzyć nową osobowość, Trefnisiu. Bezkształtną.
Pewną... wersję mnie, ale... - Jak mogła to wyjaśnić? - Wersję mnie bez
twarzy. Wersję mnie, która była zdolna do straszliwych czynów.
Odrzuciłam ją, Trefnisiu, ale ta zdolność wciąż we mnie jest.
- Shallan - powiedział, a ona podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. -
Gdyby nie ta zdolność, czym byłyby nasze wybory? Gdybyśmy nie mieli
mocy, by robić straszliwe rzeczy, to jakim bohaterstwem byłoby oparcie
się im?
- Ale...
- Odwróciłaś się? - spytał, a Adolin ścisnął jej ramię.
- Tak.
- W takim razie to bohaterstwo.
- Pamiętam, co zrobiłam matce. I ojcu. I w mniejszym stopniu Tyn. Teraz
Mraize... będę musiała go zabić, Trefnisiu. Czy to jest moje
przeznaczenie? Zabijać każdego, kto kiedykolwiek był moim mentorem?
W końcu udało jej się wypowiedzieć na głos swoje lęki. Czy brzmiało to
śmiesznie, głupio, absurdalnie? Ten wzorzec, który dostrzegła w swoim
życiu? Trefniś jednak się nie roześmiał, a uważał się za specjalistę od
tego, co absurdalne.
- Gdyby tak każdy z nas mógł ochronić się przed ceną, jaką często należy
zapłacić za bohaterstwo - powiedział. - Ale z drugiej strony, gdyby nie
było ceny, nie było ofiary, czy to w ogóle byłoby bohaterstwo? Nie mogę
ci obiecać, że będzie łatwo, Shallan, ale jestem z ciebie dumny.
Jestem z ciebie dumna, szepnęła Świetlista.
Jestem z ciebie dumna, zgodziła się Woal - ta część jej, która była
Woal.
- Dziękuję - powiedziała.
- Muszę iść - stwierdził Trefniś. - Ale zostawię ci taką informację.
Duchokrwiści chcą czegoś niezwykle cennego, a kluczowy element tej
układanki stoi teraz obok was. Jeśli chcesz ich zniszczyć, być może nie
będziesz musiała zabić ich wszystkich, co do jednego. Może wystarczy, że
znajdziesz sposób, by wywrzeć na nich potężny nacisk...
Jego świetlista twarz znów zmieniła się w kulę.
- Odszedł - powiedziała spren. - Przykro mi.
Jego ostatnie słowa pozostały z Shallan, wzmacniając coś, co już
rozważała. Sposób, by ochronić Roshar przed Duchokrwistymi - i, w rzeczy
samej, wiedziała, jaki najpewniej będzie ich kolejny cel. Wysłali ją do
Nieprzemijającej Prawości, by odnalazła Herolda, który stał obok niej -
a Kelek wierzył, że tajemnicą, której w rzeczywistości szukali, była
jego wiedza na temat jednej z Niestworzonych.
- Muszę dowiedzieć się wszystkiego, co wiesz o Ba-Ado-Mishram - zwróciła
się do Keleka.
Herold załamał ręce i spojrzał w bok, jakby rozważał ucieczkę.
- Nie zrobimy ci krzywdy - powiedział spokojnie Adolin. - Już o tym
wiesz.
- Owszem. Po prostu... nie miałem się angażować. Żadne z nas tego nie
robi.
- Wątpię, by inni Heroldowie przestrzegali tej zasady - zauważyła
Shallan, zakładając ręce na piersi. - Co zrobiłeś, Keleku?
- Niewiele. - Uniósł dłoń do głowy. - Ja... niewiele mogę, ostatnimi
czasy. Nie wiem dlaczego. Nie umiem podejmować decyzji. Ja... Ja... -
Popatrzył na nich, po czym zacisnął dłonie w pięści i uniósł je do
piersi. - Byłem w Urithiru, kiedy powstał plan pochwycenia Mishram.
Później... dołączyłem do ich misji. Ja... pewnie jestem jedyną żyjącą osobą,
która tak naprawdę wie, co się z nią stało. Dlatego Duchokrwiści i ich
przeklęty Pan Blizn chcą mnie dopaść.
- Powiedz nam - poprosiła Shallan.
- Niektórzy z nas dowiedzieli się, że spreny można uwięzić w klejnotach
- wyjaśnił. - A Mishram, mimo całej swojej mocy, jest sprenem.
Świetliści przygotowali doskonały heliodor w barwie słonecznego blasku i uwięzili ją w środku, a później ukryli jej więzienie. Nie w Krainie
Materii i nie w Cieniomorzu. - Przygryzł wargi i zmusił się, by
wypowiedzieć ciąg dalszy. - W Krainie Ducha. Melishi ukryli je tam.
- Jak? - Shallan wymieniła spojrzenia z Adolinem.
- Nie wiem. - Kelek się cofnął. - Przysięgam, nie wiem. Ale teraz... teraz
poślą po mnie więcej ludzi, prawda? Uwiężą mnie w klejnocie albo myślą,
że uda im się...
Popatrzył na nich dwoje, otworzył szeroko oczy i uciekł w dół. Żadne z nich za nim nie pobiegło. Niestety, takie zachowanie było typowe dla
Keleka.
Maya chrząknęła cicho, patrząc za nim.
- Bardzo mu się pogorszyło - zauważyła.
Shallan drgnęła.
- Znałaś go?
- Spotkałam go kilka razy. - Maya odetchnęła głęboko. - Nigdy... nie
miałam o nim najlepszego zdania, nawet wtedy.
- Cóż, przynajmniej wiemy coś więcej o Mishram - stwierdziła Shallan. -
Podejrzewam, że jej więzienie jest częścią tego, czego Mraize szuka od
długiego czasu. Możliwe, że muszę odnaleźć je jako pierwsza, zanim jemu
się to uda.
- Ba-Ado-Mishram - odezwał się z namysłem Adolin, opierając się o parapet. - Najpotężniejsza z Niestworzonych. Czego mogą chcieć od niej
Duchokrwiści?
- Mmm... - zaczął Wzór. - Moc. Tak wielka moc. Była prawie bogiem. Niegdyś
związała się z pieśniarzami. Czyżby Mraize chciał zrobić coś podobnego?
Shallan zadrżała na myśl o Mraizem i jego pani Iyatil, jakimś sposobem
dowodzących całą wrogą armią. Czy to było możliwe?
- Niezależnie od powodu muszę go powstrzymać - stwierdziła.
- Ale jej więzienie jest w Krainie Ducha? - Adolin zmarszczyło czoło. -
Co to w ogóle znaczy?
- Mmm... - powiedział Wzór. - Znaczy, że nigdy go nie odnajdziemy.
- Z pewnością to możliwe - sprzeciwiła się Shallan. - Skoro starożytni
Świetliści je tam umieścili, powinniśmy móc je wydobyć.
- Nie rozumiesz. - Wzór rozłożył szeroko ręce i zaczął gestykulować na
swój sposób. - Myślisz, że Cieniomorze jest dziwne, tak? Czarne niebo.
Mało słońca. Wzór, z rękami i nogami do spacerowania! - Wzór jego głowy
poruszał się coraz szybciej. - Kraina Ducha jest dziwniejsza o wiele
rzędów wielkości. To miejsce, gdzie przyszłość stapia się z teraźniejszością, gdzie przeszłość odbija się echem jak bicie zegara.
Czas i odległość się rozciągają, jak liczby powtarzające się w nieskończoność. To miejsce, gdzie mieszkają bogowie, a ono wprawia w konsternację nawet niektórych z nich.
Shallan wysłuchała tego, a później spojrzała na Testament, skuloną w pewnej odległości w cieniu muru.
- Jak się domyślamy, martwoocy powstali, bo Mishram została uwięziona,
tak?
- Zgadza się - odparł Wzór. - Mishram była jak bóg dla pieśniarzy...
parshmenów. Tworzyła Związek z Rosharem, a echa tego przenikały do
sprenów! Ach, jakże to cudownie dziwne. Jej uwięzienie jest przyczyną,
dlaczego zerwane więzi wpływają w taki sposób na spreny.
- To dlatego, że... - wtrąciła Maya - ...ludzie nie mają Honoru. To znaczy
boga. Słyszałam... słyszałam, że Mishram została uwięziona. Słyszałam, że...
że Świetliści zniszczą świat. Dlatego zdecydowałam. Zdecydowałam, że dla
mnie to koniec. - Pokręciła głową. - Nie wiem wszystkiego. A chciałabym.
Ze względu na to, co zerwanie... zerwanie więzi zrobiło ze mną.
Tamtego dnia - kiedy Mishram została pojmana - wydarzyło się coś
głębszego. Coś, co łączyło ludzi, Honor, spreny i więzi.
- W takim razie musimy dowiedzieć się, w jaki sposób Mishram albo jej
uwięzienie wpływają na nasze więzi. - Shallan spojrzała na Wzór. -
Musimy udać się do Krainy Ducha i odnaleźć to więzienie, choćby to było
bardzo trudne.
Jego wzór zwolnił, a spren w końcu splótł palce.
- Dobrze. Choć pamiętasz, jak powiedziałem, że jestem pewien, że mnie
nie zabijesz?
- Tak?
- Chciałbym wycofać te słowa.