Wiatr i Prawda. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 5. Część 1 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

66.50 zł
56.53 zł (53,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4. Słuchając

Czy­ta­łam, że w daw­nych cza­sach Wiatr czę­sto odzy­wała się, zarówno do ludzi, jak i do pie­śnia­rzy. Wydaje się więc, że Wiatr prze­stała mówić nie z powodu Odium, ale ludzi, któ­rzy zaczęli się jej bać... Albo w zamian zaczęli odda­wać cześć Burzy.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy, s. 4

Kala­din wzno­sił się w górę cen­tral­nej kolumny Uri­thiru, a Syl mu towa­rzy­szyła.

W atrium wciąż widział ślady bitwy, jaka roze­grała się przed dwoma dniami. Smugi krwi, które jesz­cze nie zostały wyszo­ro­wane. Poła­mane balu­strady bal­ko­nów. Przy­po­mniał sobie, kiedy poprzed­nim razem wzno­sił się tym kory­ta­rzem... tuż po tym, jak zgi­nął Teft. Nara­stała w nim mroczna, zatruta wście­kłość - uczu­cie bliź­nia­cze do nor­mal­nej eks­cy­ta­cji wywo­ły­wa­nej przez Burzowe Świa­tło.

Męż­czy­zna, któ­rym stał się po tym, jak zabił Ści­ga­ją­cego... ten męż­czy­zna prze­ra­żał Kala­dina. Nawet teraz, gdy czuł na ciele spo­kojne pro­mie­nie słońca. Wspo­mi­na­nie tego męż­czy­zny było jak wspo­mi­na­nie kosz­maru i spra­wiło, że na mija­nych bal­ko­nach poja­wiały się bólo­spreny - jak malut­kie odcięte ręce - i ska­kały w jego stronę.

Ode­pchnął od sie­bie te uczu­cia, kiedy wylą­do­wał na pod­ło­dze w pobliżu szczytu Uri­thiru. Gdy zna­lazł się w cen­tral­nej kom­na­cie, do któ­rej tra­fiali ludzie wycho­dzący z wind, dostrzegł blask wyle­wa­jący się z pobli­skiego pomiesz­cze­nia.

- Navani - szep­nęła Syl, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. Stała się jasno­nie­bie­ska, skur­czyła do roz­mia­rów sprena i odfru­nęła w tamtą stronę.

Navani - i jej więź z Rodzeń­stwem - dzia­łała nie­mal upa­ja­jąco na spreny w mie­ście. Syl miała wkrótce wró­cić.

Kala­din zmu­sił się, by iść, a nie sunąć w stronę sali spo­tkań Dali­nara. Kiedy opu­ści Uri­thiru, będzie musiał wró­cić do uży­wa­nia Burzo­wego Świa­tła jedy­nie w razie koniecz­no­ści. Lepiej, żeby zaczął się do tego przy­zwy­cza­jać. Kiedy szedł, czuł wiatr za ple­cami, jakimś spo­so­bem obecny wewnątrz budowli i nio­sący spreny jego zbroi w postaci świe­tli­stych wstęg. Nie sły­szał głosu wia­tru, ale popy­chał go do przodu, a ostrze­że­nia odbi­jały się echem w jego gło­wie.

Sala spo­tkań Dali­nara miała nie­wielki przed­sio­nek. W Uri­thiru poja­wiało się coraz wię­cej mebli, w tym kanapa w tej kom­na­cie. Nie­stety, w cało­ści zaj­mo­wał ją Tref­niś, leżący na ple­cach i zaj­mu­jący prze­strzeń, w któ­rej zmie­ści­łyby się trzy osoby. Poło­żył stopy na porę­czy i czy­tał książkę, od czasu do czasu śmie­jąc się pod nosem, a obok niego uno­siła się duża świe­tli­sta kula. Jakiś dziwny rodzaj sprena?

- Ach, Wema - wymam­ro­tał Tref­niś, prze­wra­ca­jąc kartkę. - W końcu zauwa­ży­łaś, jak dobrą par­tią jest Vadam? Zobaczmy, jak to wszystko zawa­lisz.

- Tref­ni­siu? - ode­zwał się Kala­din. - Nie wie­dzia­łem, że wró­ci­łeś do wieży. - Co pew­nie było głu­pim spo­strze­że­niem. Jasnah tu była, więc nic dziw­nego, że męż­czy­zna jej towa­rzy­szył.

Tref­niś, jak to Tref­niś, doczy­tał stronę, zanim w ogóle zwró­cił uwagę na Kala­dina. W końcu chudy męż­czy­zna zatrza­snął książkę, pod­niósł się i w inny spo­sób roz­siadł na kana­pie - z rękami uło­żo­nymi wzdłuż opar­cia i jedną nogą zało­żoną na drugą. Wyglą­dał pra­wie jak król na tro­nie. Bar­dzo roz­luź­niony król na dość wygod­nym tro­nie.

- Ach... - Oczy Tref­ni­sia wypeł­niło roz­ba­wie­nie. - Czyż to nie mój ulu­biony zło­dziej fle­tów?

- Dałeś mi ten flet, Tref­ni­siu. - Kala­din z wes­tchnie­niem oparł się o futrynę.

- A wtedy ty go zgu­bi­łeś.

- Znów go zna­la­złem.

- Ale i tak go zgu­bi­łeś.

- To nie to samo, co kra­dzież.

- Snuję opo­wie­ści. - Tref­niś mach­nął pal­cami. - Mam prawo zmie­niać zna­cze­nie słów.

- To głu­pie.

- To lite­ra­tura.

- To dez­orien­tu­jące.

- Im bar­dziej dez­orien­tu­jące, tym lep­sza lite­ra­tura.

- To naj­bar­dziej pre­ten­sjo­nalna rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem.

- Aha! - Tref­niś wycią­gnął palec w jego stronę. - Zaczy­nasz łapać.

Kala­din zawa­hał się. Cza­sami w cza­sie roz­mów z Tref­ni­siem żało­wał, że nie ma kogoś, kto robiłby za niego notatki.

- No tak... Chcesz odzy­skać flet?

- Do dia­bła, nie. Dałem ci go, mały mostowy. Odda­nie go byłoby nie­mal rów­nie wielką obe­lgą jak jego zgu­bie­nie!

- To co mam z nim zro­bić?

- Hmmm... - Tref­niś się­gnął do torby, którą miał u stóp, i wycią­gnął inny flet, ten pokryty błysz­czą­cym czer­wo­nym lakie­rem. Obró­cił go w dłoni. - Gdyby tylko było coś, co można zro­bić z tymi inte­re­su­ją­cymi kawał­kami drewna... Mają otwory, które wyglą­dają, jakby słu­żyły jakie­muś tajem­ni­czemu celowi, wykra­cza­ją­cemu poza poj­mo­wa­nie zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

Kala­din prze­wró­cił oczami.

- Gdyby tylko ist­niał spo­sób, by nauczyć się, jak robić coś sen­sow­nego z tym przed­mio­tem - mówił dalej Tref­niś. - Wygląda na narzę­dzie. Nie, instru­ment! Mitycz­nego pro­jektu. Nie­stety. Mój biedny skoń­czony umysł nie jest zdolny pojąć...

- Jeśli nie prze­rwę, jak długo będziesz tak gadał?

- Jesz­cze długo po tym, jak prze­stało to być śmieszne.

- To było śmieszne?

- Słowa? Oczy­wi­ście, że nie. Twoja twarz, kiedy je wypo­wia­da­łem? Cóż, powia­dają, że jestem arty­stą. Nie­stety, pod­sta­wowe obiekty mojej sztuki ni­gdy nie doświad­czają moich dzieł, kiedy pre­zen­tują je na swo­ich twa­rzach. - Tref­niś obró­cił flet w dłoni i wycią­gnął ją w stronę Kala­dina. - Spró­buj. Ma taki sam układ pal­ców jak ten, który zgu­bi­łeś i odzy­ska­łeś, choć nie te same... zdol­no­ści.

- Tref­ni­siu, nie umiem zagrać na tym fle­cie, tak samo jak nie umia­łem zagrać na tym, który mi dałeś. Nie wiem jak.

- Tak... - Tref­niś znów obró­cił flet i wycią­gnął rękę jesz­cze bar­dziej w stronę Kala­dina. - Wystar­czy, że popro­sisz...

- W sumie i tak muszę zacze­kać na Dali­nara. - Kala­din spoj­rzał z tęsk­notą na zamknięte drzwi. Spo­tka­nia Dali­nara czę­sto się prze­dłu­żały, mimo że Navani dała mu wiele zega­rów.

Kala­din czuł głę­boką potrzebę, by udać się do Shi­no­varu, ale jeśli chciał prze­le­cieć całą drogę, nie zuży­wa­jąc wiel­kiego worka klej­no­tów - które przy­da­łyby się w cza­sie nad­cho­dzą­cej bitwy - musiał lecieć z arcy­bu­rzą, która miała nadejść za kilka godzin. Miał więc czas. I... cóż, Kala­din czuł, że ma dług wobec Tref­ni­sia. Choć męż­czy­zna - czy czym­kol­wiek był - cza­sem dopro­wa­dzał go do szału, kiedy Kala­din utknął w naj­gor­szej ciem­no­ści burzy, Tref­niś udał się w głąb kosz­maru, by go uwol­nić.

Ten męż­czy­zna był przy­ja­cie­lem. Kala­din go doce­niał, łącz­nie z dzi­wac­twami. Dla­tego zro­bił to, czego Tref­niś wyraź­nie od niego ocze-kiwał.

- Nauczysz mnie? - Kala­din wziął flet. - Nie mam dużo czasu, ale...

Tref­niś już się poru­szył, wycią­gnął plik papie­rów z torby leżą­cej u stóp. Mach­nię­ciem ręki odpra­wił dziw­nego okrą­głego sprena, a wia­tro­spreny Kala­dina podą­żyły za nim, wyfru­nęły z kom­naty. Kala­din przyj­rzał się kart­kom. Były na nich dziwne sym­bole, co wzbu­dziło jego nie­po­kój, ale Tref­niś upie­rał się, że to nie było pismo. Jedy­nie znaki na papie­rze sym­bo­li­zu­jące dźwięki. Minęło kilka minut, nim do Kala­dina dotarł żart.

Mimo to przez następną godzinę - Dali­nar naprawdę się nie śpie­szył - Kala­din wypeł­niał pole­ce­nia Tref­ni­sia. Poznał pod­sta­wowe układy pal­ców, nauczył się czy­tać nuty i - co było naj­trud­niej­sze - jak trzy­mać flet i odpo­wied­nio w niego dmu­chać.

Pod koniec tej godziny Kala­di­nowi udało się wydu­sić z instru­mentu nie­pewną inter­pre­ta­cję pierw­szej linijki melo­dii, choć jego nuty brzmiały chro­pawo i słabo w porów­na­niu z tym, jak grał Tref­niś. Było to nie­zwy­kle pro­ste osią­gnię­cie i nie przy­cią­gnął ani jed­nego muzy­ko­sprena, jed­nak czuł się, jakby wspiął się na szczyt góry. Uśmie­chał się głu­pio, kiedy do środka zaj­rzała Syl, wiel­ko­ści czło­wieka i ubrana w havah z fio­le­to­wymi lamów­kami.

Oce­nia­jąc po tym, jakie dźwięki wydaję, pew­nie przy­szła spraw­dzić, kto nadep­nął na szczura, pomy­ślał Kala­din.

- Dobra robota - stwier­dził Tref­niś. - W cza­sie następ­nej walki zacznij od tego. Wróg z pew­no­ścią rzuci broń... pew­nie po to, by zasło­nić uszy.

- Jeśli ktoś spyta mnie o moje umie­jęt­no­ści, nie omiesz­kam powie­dzieć, kto jest moim nauczy­cie­lem.

Tref­niś uśmiech­nął się sze­roko.

- Znam tę pieśń. - Syl zało­żyła ręce na piersi.

- Tref­niś zagrał ją nam na Strza­ska­nych Rów­ni­nach - wyja­śnił Kala­din. - Kiedy go pozna­li­śmy. Opo­wieść o Wędrow­nym żaglu.

- Ale ja znam ją lepiej...

- Dawno temu ten rytm popro­wa­dził ludzi przez pustkę z jed­nej pla­nety na drugą - powie­dział cicho Tref­niś. - Podą­żali za nim, by dotrzeć do waszego świata.

- Jeden z ryt­mów Rosharu. - Syl poki­wała głową. - Zmie­niony w pieśń, z tonami bogów.

- Bogów star­szych niż wasi - ode­zwał się Tref­niś z kanapy.

- Kiedy pierw­szy raz zagra­łeś ją dla nas... - Kala­din przy­po­mniał sobie tamtą samotną noc na pła­sko­wy­żach, kiedy wciąż był mosto­wym - ...przy­siągł­bym, że dźwięk... wra­cał. Gra­łeś, póź­niej mówi­łeś, a pieśń wciąż odbi­jała się echem... Jak to zro­bi­łeś?

- Ja tego nie zro­bi­łem.

- Ale...

- Spy­taj samego sie­bie, kto słu­chał tam­tej nocy.

- Ja. Syl. Naj­pew­niej ty.

- I?

- I... jacyś straż­nicy gdzieś dalej?

Tref­niś pokrę­cił głową.

- Na burze, jak to moż­liwe, że pocho­dzisz z tej ziemi, a jed­nak jesteś taki tępy...

- Wiatr - domy­ślił się Kala­din. - Wiatr słu­chał.

Tref­niś się uśmiech­nął.

- Może jesz­cze coś z cie­bie będzie.

- Czy wiatr jest bogiem? - spy­tał Kala­din.

- Kiedy ten świat został stwo­rzony, na długo przed przy­by­ciem Honoru, Pie­lę­ga­cji czy Odium, Ado­nal­sium coś na nim zosta­wiło. Cza­sami zwie się to Starą Magią. Cza­sami to okre­śle­nie sto­suje się wobec Straż­niczki Nocy, która - dzięki wysił­kom Pie­lę­gna­cji - pocho­dzi od jed­nego z tych sta­ro­żyt­nych spre­nów. Słu­chaj Wia­tru, kiedy mówi, Kala­di­nie. Jest słab­szy niż kie­dyś, ale widział wiele.

- On... powie­dział mi, że nad­cho­dzi burza. I popro­sił o pomoc.

- W takim razie posłu­chaj. A Wiatr... ona w zamian posłu­cha cie­bie. - Mru­gnął. - I nic wię­cej na ten temat nie powiem. Nie zdra­dzam tajem­nic innych.

Cudow­nie. Cóż, speł­nił prośbę Tref­ni­sia, więc oddał flet. Kiedy Dali­nar wresz­cie skoń­czy?

- Miło spę­dzi­łem czas, Tref­ni­siu, ale muszę spy­tać. Muzyka? Jakie ona ma zna­cze­nie dla kogoś takiego jak ja?

- Ach, to odwieczne pyta­nie. - Tref­niś usiadł wygod­niej. - Po co potrzebna jest sztuka? Dla­czego ma tak wiel­kie zna­cze­nie i siłę oddzia­ły­wa­nia? Nie powiem ci, bo krótka odpo­wiedź jest mało atrak­cyjna, a długa zaję­łaby wiele mie­sięcy. Zamiast tego powiem to: każde spo­łe­czeń­stwo w każ­dym regio­nie każ­dej pla­nety, którą odwie­dzi­łem, a było ich wiele, two­rzyło sztukę.

Kala­din poki­wał z namy­słem głową. Tref­niś nie odpo­wie­dział na jego pyta­nie, ale był do tego przy­zwy­cza­jony. Wszel­kie sprze­ciwy zosta­łyby wyśmiane.

- Może pyta­nie brzmi nie "Po co potrzebna jest sztuka?" - zasta­na­wiał się Tref­niś. - Może nawet to pro­ste pyta­nie nie tra­fia w sedno sprawy. To jak pyta­nie o przy­dat­ność posia­da­nia rąk albo wło­sów, czy cho­dze­nia pro­sto. Sztuka jest czę­ścią nas, Kala­di­nie. Po to jest potrzebna, to jest powód. Ist­nieje, bo na jakimś pod­sta­wo­wym pozio­mie jej potrze­bu­jemy. Sztuka ist­nieje, by ją two­rzyć.

Kiedy Kala­din nie odpo­wie­dział, Tref­niś popa­trzył na niego.

- Mogę to przy­jąć - stwier­dził Kala­din. - Jako wyja­śnie­nie.

- To tau­to­lo­gia.

- Im bar­dziej dez­orien­tu­jące, tym lepiej, tak?

Tref­niś wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu, ale po chwili spo­waż­niał. Spoj­rzał na drzwi.

- Tref­ni­siu - powie­dział Kala­din. - Wiatr popro­siła o pomoc... a Dali­nar mar­twi się nad­cho­dzącą bitwą. Mam poczu­cie, że ten następny etap będzie trudny.

- Tak - powie­dział cicho Tref­niś. - Ja też to czuję.

Bez­po­śred­nia odpo­wiedź. One zawsze były nie­po­ko­jące.

- Masz jakieś... słowa mądro­ści? Może opo­wieść?

- Posłu­chaj. Wszystko co zro­bi­łeś... Kal, wszystko, czym byłeś... przy­go­to­wało cię do tego, co nad­cho­dzi. Będzie ciężko. Całe szczę­ście życie było cięż­kie, więc będziesz dzia­łał pod zna­jomą pre­sją.

Kala­din spoj­rzał w bok. Tref­niś wpa­try­wał się w prze­strzeń, w zamy­śle­niu obra­ca­jąc w pal­cach czer­wony flet. Coś w jego gło­sie... jego twa­rzy...

- Mówisz tak, jakby jeden z nas miał tego nie prze­żyć - powie­dział cicho Kala­din.

- Chciał­bym mieć w sobie tyle opty­mi­zmu, by sądzić, że jeden z nas prze­żyje.

- Tref­ni­siu, jestem pewien, że sam kie­dyś powie­dzia­łeś o sobie, że jesteś nie­śmier­telny.

- Nie­śmier­tel­ność nie jest już taka jak kie­dyś, dzie­ciaku. - Spoj­rzał na Kala­dina. - Posłu­chaj, jeśli Wiatr chce two­jej pomocy... myślę, że pora­dzisz sobie z tym, co nad­cho­dzi. Naj­praw­do­po­dob­niej. Choć będzie trudno.

- Na burze. - Syl pode­szła bli­żej. - Ja... nie jestem pewna, czy podoba mi się, kiedy on mówi poważ­nie, Kala­di­nie.

- Dali­nar wyśle cię do Shi­no­varu, bo ma nadzieję, że Ishar pomoże w poje­dynku czem­pio­nów - stwier­dził Tref­niś. - Ishar nie pomoże, nie w taki spo­sób, ale i tak musisz się tam udać.

- Dla­czego? Po co mam to robić, skoro nie uda mi się zre­ali­zo­wać celu, w jakim zosta­łem wysłany?

- Bo to jest podróż, Kala­di­nie - powie­dział cicho Tref­niś. - Jej ostatni etap. Posłu­chaj mnie. Chcę, żebyś ćwi­czył grę na tam­tym fle­cie, aż uda ci się spra­wić, by dźwięk wró­cił do cie­bie. Bo to będzie zna­czyło, że Roshar słu­cha.

Co to w ogóle zna­czyło?

- Wydaje mi się, że czy­tasz za dużo opo­wie­ści, Tref­ni­siu. Zagadki wcale nie poma­gają.

Tref­niś zerwał się z kanapy i prze­szedł kom­natę na nogach, które nie­spo­dzie­wa­nie wyda­wały się paty­ko­wate.

- Pro­blem polega na tym, że tak naprawdę nie wiem, z czym wiąże się następny etap. Mam wska­zówki i prze­my­śle­nia, ale głów­nie obawy. Mogę cię tylko skie­ro­wać na ścieżkę, która być może będzie wła­ściwa. I doda­wać ci nadziei.

- Jasnah nie wie­rzy w nadzieję - szep­nęła Syl, pod­cho­dząc do Kala­dina. - Sły­sza­łam raz, jak na nią narzeka.

- Jasnah byłaby dosko­na­łym Tref­ni­siem. - Męż­czy­zna wymie­rzył palec w Syl. - Jest jed­no­cze­śnie bystra i głu­pia w ide­al­nych pro­por­cjach.

Uśmiech­nął się z sym­pa­tią i Kala­din pomy­ślał, że pogło­ski na ich temat muszą być prawdą.

- Czuję się zagu­biony - przy­znał Kala­din. - Co ty mówisz, Tref­ni­siu?

- Że coś jest nie tak. - Tref­niś krą­żył po kom­na­cie, uno­sząc wysoko ręce. - Coś jest strasz­li­wie nie tak, i to już od kilku dni, a ja nie jestem w sta­nie dojść do tego, co wła­ści­wie. Cze­kam, aż prawda spad­nie na nas z wiel­kim hukiem. Nie wiem, co robić ani do kogo się modlić, bo jedyny praw­dziwy Bóg, któ­rego zna­łem, jest tym, któ­rego odrzu­ci­li­śmy i zabi­li­śmy. Dla­tego wysy­łam cie­bie, Kala­di­nie. Z nadzieją, że skoro Wiatr ode­zwała się do cie­bie, to jakaś część tej sta­ro­żyt­nej boskiej istoty obser­wuje. Bo kiedy wszystko wydaje się nie­wła­ściwe, nadzieja jest jedy­nym, co mi pozo­stało.

- Pasje - szep­nęła Syl.

- Czy to nie jest jakaś stara thay­leń­ska reli­gia? - spy­tał Kala­din. - Coś zwią­za­nego z uczu­ciami?

- Wywo­dząca się, w cza­sach sta­ro­żyt­nych, z nauk Odium - powie­dział Tref­niś. - Choć wyty­ka­nie tego wyznaw­com Pasji jest nie­uprzejme. Ludzie nie lubią sły­szeć, że ich reli­gia została zmi­to­lo­gi­zo­wana, jakby mity nie mogły być praw­dziwe. Tak czy ina­czej, Sta­ro­żytna Córko, mia­łem o tobie lep­sze mnie­ma­nie i nie spo­dzie­wa­łem się, że wspo­mnisz o Pasjach.

- Dla­czego? - spy­tała. - Wszyst­kie ludz­kie reli­gie są tro­chę śmieszne, prawda?

- Tak, ale Pasje nauczają, że jeśli ktoś jest wystar­cza­jąco żar­liwy, jeśli dosyć się przej­muje, to jego emo­cje wpłyną na jego suk­ces. Że jeśli ktoś naprawdę mocno cze­goś pra­gnie, cosmere mu to da.

Kala­din poki­wał głową.

- Coś w tym może być.

- Dzie­ciaku - Tref­niś pochy­lił się nad Kala­di­nem, który wciąż sie­dział na kana­pie - Pasje to stek bzdur.

- Co takiego? Dobrze mieć nadzieję! Pasje brzmią nie­źle.

- Nie­wła­ściwi ludzie czer­pią sta­now­czo zbyt wiel­kie korzy­ści z rze­czy, które brzmią nie­źle. Posłu­chaj gościa, któ­remu kłam­stwo przy­cho­dzi aż za łatwo: nie ma niczego łatwiej­szego od sprze­da­nia komuś histo­ryjki, którą chce usły­szeć. Jeśli zasta­no­wisz się choć przez chwilę, Pasje są obe­lżywe. Kie­dyś kar­mi­łem bulio­nem drżącą dziew­czynkę w kró­le­stwie, które już nie ist­nieje. Zna­la­złem ją na dro­dze pro­wa­dzą­cej z pola bitwy po tym, jak jej rodzice, pro­ści chłopi, zostali zamor­do­wani. Jej star­szy brat leżał mar­twy pół mili wcze­śniej, umarł z głodu. Myślisz, że dziecko, które umarło z głodu, nie chciało jeść? Myślisz, że jej rodzice nie pra­gnęli wystar­cza­jąco mocno uciec przed okru­cień­stwami wojny? Myślisz, że gdyby mieli wię­cej Pasji, cosmere by ich oca­liło? Jakie to wygodne, wie­rzyć, że ludzie są biedni, bo nie przej­mują się wystar­cza­jąco, że nie są bogaci. Bo nie modlą się wystar­cza­jąco żar­li­wie. Jakie to wygodne, uczy­nić ich cier­pie­nie ich wła­sną winą, nie zaś wyni­kiem tego, że życie jest nie­spra­wie­dliwe, a uro­dze­nie liczy się bar­dziej niż zdol­no­ści. Albo burzowa Pasja.

Wypo­wia­da­jąc to ostat­nie słowo, uniósł palec, a wokół jego stóp, jak na sygnał, zma­te­ria­li­zo­wały się zło­ścio­spreny, jak kałuże gotu­ją­cej się krwi. Kala­din nie był pewien, czy kie­dy­kol­wiek widział Tref­ni­sia tak roz­złosz­czo­nego, a zwłasz­cza przez coś, co nie miało naj­mniej­szego związku z ich roz­mową. Choć z Tref­ni­siem ni­gdy nic nie wia­domo. Nie­lo­giczne wnio­ski, które osta­tecz­nie oka­zy­wały się istotne, były jak te szty­lety, które cho­wał w butach, do wyko­rzy­sta­nia, kiedy jego prze­ciw­nik się roz­pro­szył.

- Potrze­bu­jemy nadziei. - Tref­niś pochy­lił się bar­dziej. - Kie­ru­jemy się pro­sto w stronę cze­goś, co może być naj­trud­niej­szą chwilą naszego życia. Pamię­taj więc, że nadzieja jest cudowna. Zacho­waj ją, ceń ją. Nadzieja to cnota, ale ważna jest defi­ni­cja tego słowa. Chcesz wie­dzieć, czym naprawdę jest cnota? To nie takie trudne.

- Jeśli cała ta roz­mowa ma być dla mnie nauką, to podaję w wąt­pli­wość stwier­dze­nie, że nie jest to trudne - zauwa­żył Kala­din.

Tref­niś roze­śmiał się, cof­nął i uniósł ręce. Zło­ścio­spreny znik­nęły, za to oto­czyły go chwa­ło­spreny - malut­kie kule zło­ci­stego bla­sku.

- Cnota to coś, co jest cenne, nawet jeśli nic ci nie daje. Cnota trwa bez nagrody i rekom­pen­saty. Myśle­nie pozy­tywne jest wspa­niałe. Ważne. Uży­teczne. Ale musi takim pozo­stać, nawet jeśli nic ci nie daje. Wiara, prawda, honor... jeśli ist­nieją tylko po to, by coś ci dać, nie zro­zu­mia­łeś burzo­wego sedna sprawy.

Spoj­rzał na Syl.

- I tu wła­śnie Jasnah myli się w kwe­stii nadziei, choć jest prze­cież tak bystra. Jeśli nadzieja nic dla cie­bie nie zna­czy, kiedy prze­gry­wasz, to w ogóle nie była cnotą. Długo trwało, zanim się tego nauczy­łem, aż w końcu pomo­gły mi pisma męż­czy­zny, który utra­cił wszelką wiarę, a póź­niej zaczął od nowa.

- Wydaje się, że to ktoś mądry - powie­działa Syl.

- Och, Sazed jest jed­nym z naj­lep­szych. Mam nadzieję, że kie­dyś go poznam.

- Kiedy tak się sta­nie, może udzieli ci się część jego mądro­ści - ode­zwał się Kala­din.

Tref­niś pod­rzu­cił flet, zakrę­cił nim i wymie­rzył go pro­sto w Kala­dina.

- Gra­tu­la­cje. Poćwi­czy­łeś grę na instru­men­cie, wysłu­cha­łeś zaro­zu­mia­łej prze­mowy oraz wygła­sza­łeś docinki w nie­zręcz­nych momen­tach. Ogła­szam cię absol­wen­tem szkoły prak­tycz­nej nie­prak­tycz­no­ści Tref­ni­sia.

Syl usia­dła na kana­pie, choć nie zosta­wiła śladu na podusz­kach. Wyglą­dała na zbitą z tropu.

- Zacze­kaj - powie­dział Kala­din. - Czy to ozna­cza, że jestem... twoim uczniem?

Tref­niś wydał z sie­bie głę­boki, gar­dłowy śmiech, na tyle długi, że aż nie­zręczny.

- Kal... - wychry­piał, z tru­dem łapiąc oddech - ...jesteś wciąż sta­now­czo zbyt uży­teczną istotą ludzką, by zostać moim uczniem. Jesz­cze rze­czy­wi­ście zaczął­byś poma­gać ludziom! Nie, mam już jed­nego małego mosto­wego wśród swo­ich uczniów, a on jest wystar­cza­jąco nie­kom­pe­tentny, by zacho­wać to sta­no­wi­sko.

- Powi­nie­neś wie­dzieć, że Sig dobrze sobie radzi z kie­ro­wa­niem Wia­tro­wymi.

- Zepsu­łeś go. Nie, nie jesteś moim uczniem, ale to nie zna­czy, że nie możesz nauczyć się paru rze­czy. To swego rodzaju... wza­jemne szko­le­nie w bez­u­ży­tecz­no­ści. - Mówiąc to, Tref­niś dźgał fle­tem powie­trze.

- Jesteś tak burzowo dra­ma­tyczny.

- Po pro­stu pró­buję sto­sow­nie cię poże­gnać. Zbli­żamy się do końca, Kala­di­nie, a ty jesteś potrzebny. Chcę, żebyś ener­gicz­nym kro­kiem poma­sze­ro­wał ku swemu boskiemu prze­zna­cze­niu.

- Ale ja nie wiem, co robię. Nad­cho­dzi wojna, ale ja nie jestem w to zaan­ga­żo­wany. Mam jedy­nie pomóc sza­leń­cowi w odzy­ska­niu zdro­wych zmy­słów.

- I tylko tyle, co? Wystar­czy, że zosta­niesz pierw­szym tera­peutą tego świata.

Kala­din spoj­rzał na Syl, a ona pokrę­ciła głową.

- Nie mamy poję­cia, co to, Tref­ni­siu.

- Bo jesz­cze go nie wyna­leź­li­ście. - Nachy­lił się. - Naj­wyż­sza pora, by ktoś wymy­ślił spo­sób, jak prze­ciw­dzia­łać temu, co robię ja. A teraz ćwicz grę na fle­cie. Skłoń Roshar, by posłu­chał. Pomóż Isha­rowi. Ale wiedz, że nie wró­cisz, by pomóc Dali­na­rowi, nie­za­leż­nie od tego, co on sądzi.

- Ćwi­czyć grę na fle­cie - powtó­rzyła Syl. - Spra­wić, by Roshar nas wysłu­chał. Pomóc Isha­rowi. Nie wra­cać.

- Zga­dza się. A teraz ruszaj­cie. Świat potrze­buje was obojga... bar­dziej niż wy, czy on, czy kto­kol­wiek poza waszym skrom­nym Tre­fi­siem to sobie uświa­da­mia. Cze­ka­jąca cię walka będzie legen­darna. Nie­stety nie przyda ci się w niej siła mię­śni. Będziesz musiał posłu­żyć się włócz­nią w inny spo­sób. Powo­dze­nia.

Kala­din wstał z wes­tchnie­niem. I wtedy wyda­rzyło się coś naprawdę zadzi­wia­ją­cego. Tref­niś wycią­gnął rękę i nie cof­nął się, kiedy Kala­din nie­pew­nie ją przy­jął. Uścisk Tref­ni­sia był sta­now­czy.

- Wiesz, dla­czego zwró­ci­łem na cie­bie uwagę, Kala­di­nie? - spy­tał Tref­niś. - Zro­bi­łeś jedną z naj­trud­niej­szych rze­czy, jakie może zro­bić czło­wiek: dałeś sobie drugą szansę.

- Wzią­łem tę drugą szansę... może trze­cią - przy­znał Kala­din. - Ale co teraz? Kim jestem bez włóczni?

- Czyż dowie­dze­nie się tego nie będzie eks­cy­tu­jące? Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, kim był­byś, gdy­byś nie musiał nikogo rato­wać ani nikogo zabi­jać? Od tak dawna żyłeś dla innych, Kala­di­nie. Co się sta­nie, kiedy spró­bu­jesz żyć dla sie­bie? - Tref­niś uniósł palec. - Wiem, że nie umiesz jesz­cze na to odpo­wie­dzieć. Ruszaj i dowiedz się. - Z tymi sło­wami Tref­niś ukło­nił mu się. - Dzię­kuję.

- Za co?

- Za inspi­ra­cję. - Tref­niś wypro­sto­wał się i spoj­rzał na Kala­dina, a póź­niej na Syl. Uśmiech­nął się cie­pło, ale jed­no­cze­śnie z żalem.

Kala­dina prze­szedł dreszcz.

- Ja... ni­gdy cię już nie zoba­czę, prawda, Tref­ni­siu?

- Nikt nie zna przy­szło­ści, Kal. Nawet ja. Dla­tego zamiast się poże­gnać, nazwijmy to... prze­dłu­żo­nym okre­sem koniecz­nego roz­sta­nia, wyma­ga­nym, bym mógł wymy­ślić naj­do­sko­nal­szą, wyra­fi­no­waną obe­lgę. Jeśli ni­gdy nie uda mi się wygło­sić jej oso­bi­ście... bądź tak miły i wyobraź sobie, jak wspa­niała była. Dobrze?

- Dobrze.

Tref­niś mru­gnął do niego, pod­szedł do drzwi i zapu­kał.

Dali­nar otwo­rzył je po chwili.

- Wresz­cie z nim skoń­czy­łeś, Tref­ni­siu? Cze­kam od burzo­wej godziny.

- Jest cały twój - powie­dział Tref­niś, odcho­dząc. - Pamię­taj, co ci powie­działem.

- Będę pamię­tał - odpo­wie­dzieli jed­no­cze­śnie Kala­din i Dali­nar. Popa­trzyli po sobie.

- Tref­ni­siu! - zawo­łał Kala­din tuż przed tym, jak męż­czy­zna znik­nął. - Co z moją opo­wie­ścią?

- Tym razem sam opo­wiesz swoją opo­wieść, Kala­di­nie! A jeśli będziesz miał szczę­ście, Wiatr się do niej dołą­czy. - I znik­nął, a jego pogwiz­dy­wa­nie powoli cichło.

- Myśle­li­ście kie­dyś, że skoń­czy­cie, tań­cząc, jak on zagra? - zapy­tał Dali­nara Kala­din.

- Podej­rze­wam, że nie­świa­do­mie tań­czy­li­śmy tak od lat. - Dali­nar cof­nął się i gestem zapro­sił Kala­dina do środka. - Wejdź­cie. Mam wam kilka rze­czy do powie­dze­nia, zanim wyru­szy­cie.

5. Co wciąż może się wydarzyć

Jako histo­ryczka uwa­żam takie niu­anse za istotne. Jako filo­zofka uwa­żam je za kuszące.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy s. 4

Shal­lan ucie­szyło, że miała wresz­cie kilka godzin, by spo­koj­nie pomy­śleć. Usia­dła - w jaskra­wo­nie­bie­skiej havah, nie zaś stroju podróż­nym - w naj­wyż­szym rzę­dzie otwar­tego forum Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści, i ryso­wała. Od jak dawna nie pozwa­lała sobie po pro­stu ryso­wać? Tro­chę szki­co­wała w cza­sie podróży, ale wyda­wało się, że od tego czasu minęła wiecz­ność.

Roz­luź­niła się i popły­nęła wraz z rysun­kiem - przed­sta­wie­niem zawro­tów głowy, które czuła, kiedy patrzyła w górę jed­nego z wewnętrz­nych murów Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści. Sur­re­ali­styczny obraz, jakby wywo­dzący się z jed­nego ze star­szych nur­tów arty­stycz­nych, w któ­rych per­spek­tywa była celowo obca i odpy­cha­jąca. Lubiła myśleć, że dawni sur­re­ali­ści nawią­zali kon­takt ze spre­nami i Cie­nio­mo­rzem i nagięli swoje umy­sły do nowych spo­so­bów postrze­ga­nia.

Choć kra­jo­brazy ni­gdy nie wycho­dziły jej tak dobrze jak por­trety, była dumna z tego, że szkic wzbu­dzał wra­że­nie spa­da­nia - nie było jed­nak widać dokąd, bo nie­na­tu­ralna per­spek­tywa ścią­gała wzrok ku górze.

Jed­nak podob­nie jak w przy­padku innych rysun­ków, które wyko­nała tego dnia, w jej twór­czość wkra­dały się dziwne twa­rze.

W tym przy­padku w zamy­śle­niu znie­kształ­ciła cie­nie na jed­nej ze ścian, nada­jąc im wygląd twa­rzy. Kobie­cej, pie­śniarki o kan­cia­stej sko­ru­pie, cie­nie i łuki two­rzyły na jej obli­czu wzór koja­rzący się z war­stwami. Shal­lan przej­rzała szki­cow­nik. Na każ­dym z rysun­ków tego dnia gdzieś kryła się ta twarz pie­śniarki, a ona tego nie pamię­tała.

Zro­biła coś podob­nego w Uri­thiru, kiedy obec­ność Nie­stwo­rzo­nej znie­kształ­cała jej szkice. Pró­bo­wała nie pozwo­lić, by tym razem tak bar­dzo ją to zanie­po­ko­iło. Wtedy to była wia­do­mość. Czy teraz ozna­czało to coś podob­nego?

Spoj­rzała w stronę Ado­lina, który krą­żył pośrodku forum - miej­scu, gdzie przed zale­d­wie kil­koma dniami był sądzony. Dziś towa­rzy­szył mu Godeke, chudy Tan­cerz Kra­wę­dzi. Dołą­czyli do nich agenci Shal­lan - Ish­nah, Vathah i Beryl, jak rów­nież ich Zagad­kowi. Razem cze­kali na Wia­tro­wych i owoce ostat­nich wysił­ków w Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści. W tym cza­sie zaczęła kolejny szkic.

W końcu przy­było dwa­na­ścioro.

Dwu­nastka honor­spre­nów, z grupy liczą­cej setki. Tyle ich poja­wiło się w odpo­wie­dzi na wezwa­nie Ado­lina do walki. On i Godeke witali każ­dego z uśmie­chem, choć wie­działa, że spo­dzie­wał się wię­cej. Przy­szedł jesz­cze jeden - Notum. Dawny kapi­tan żeglugi jak zawsze pre­zen­to­wał wyjąt­kowy zarost, choć szedł nie­pew­nym kro­kiem. Wciąż nie wie­dzieli, dla­czego został zaata­ko­wany przez tam­tych Tuka­rów, z rąk któ­rych ura­to­wał go Ado­lin.

Notum nie dołą­czył do Godeke'a i Ado­lina, ale wszedł po scho­dach do Shal­lan.

- Świe­tli­sta Kho­lin - ode­zwał się.

Dziw­nie się czuła, sły­sząc te słowa, nawet rok po ślu­bie. Nie było wcale z góry prze­są­dzone, że przyj­mie nazwi­sko Ado­lina - wśród ale­thyj­skich jasno­okich było rów­nie praw­do­po­dobne, że każda ze stron zachowa swoje nazwi­sko, jak i że przyj­mie nowe. W jej przy­padku było konieczne, by stała się czę­ścią linii dzie­dzi­cze­nia Kho­li­nów. Wąt­piła, by zasia­dła na tro­nie, któ­rego obję­cia odmó­wił Ado­lin, ale Dali­nar chciał mieć wśród poten­cjal­nych następ­ców ludzi, któ­rym ufał. Gdyby doszło co do czego, przy­ję­cie do rodu Kho­li­nów dawa­łoby jej więk­sze prawa.

Wyja­śnia­jąc jej tę kwe­stię, Dali­nar i Navani wypo­wia­dali się z prag­ma­tycz­nego punktu widze­nia - ale Shal­lan zapa­mię­tała ten dzień ina­czej. Dla niej był to dzień, kiedy po raz pierw­szy w życiu miała parę rodzi­ców, któ­rzy chcieli mieć ją jako dziecko.

Notum usiadł obok niej.

- Wasza misja oka­zała się suk­ce­sem. Dwa­na­ścioro nowych Świe­tli­stych.

- Ocze­ki­wa­li­śmy, że będzie ich wię­cej - stwier­dziła Świe­tli­sta, wyła­nia­jąc się. - Po wspar­ciu, które Ado­lin dostał w cza­sie pro­cesu, spo­dzie­wa­łam się dosko­na­łych wyni­ków.

- Sporo honor­spre­nów go popiera, ale to nie zna­czy, że chcą zostać zwią­zane. Można być wzbu­rzo­nym zacho­wa­niem przy­wód­ców honor­spre­nów i uwa­żać, że ludzie zasłu­gują na wspar­cie, ale jed­no­cze­śnie nie chcieć pod­jąć tego kroku.

Poni­żej dwa­na­ścioro honor­spre­nów zaczęło blak­nąć.

- Ni­gdy wcze­śniej tego nie widzia­łem - dodał Notum. - Myśla­łem, że znikną w mgnie­niu oka. Tym­cza­sem blakną, aż nic po nich nie zostaje.

- Nie nic - sprze­ci­wiła się Świe­tli­sta. - Poja­wią się po dru­giej stro­nie.

- Sły­sza­łem, że to trau­ma­tyczne prze­ży­cie. - Notum mówił w sztywny, ofi­cjalny spo­sób, nawet kiedy same słowa były swo­bodne. Zupeł­nie jakby ogła­szał coś z pokładu rufo­wego swo­jego statku. - Spreny po dru­giej stro­nie zapo­mi­nają, kim są.

- Na krótko. Te pew­nie zostaną razem, co pomaga, i natych­miast tra­fią do Uri­thiru, przy­cią­gnięte przez gierm­ków, któ­rzy się tam szkolą.

- Ale czy wciąż ich potrze­bu­je­cie? - spy­tał Notum. - Prze­cież wojna wkrótce ma się skoń­czyć.

- Wia­trowi to nasz pod­sta­wowy spo­sób na prze­by­wa­nie dużych odle­gło­ści... i podej­rze­wam, że będą pomocni rów­nież w cza­sach pokoju. Poza tym... nawet jeśli Dali­nar zwy­cięży w poje­dynku, mar­twię się tym, co nad­cho­dzi. Im wię­cej Świe­tli­stych, tym sta­bil­niej­sza nasza pozy­cja.

- W takim razie powi­nie­nem się pośpie­szyć. - Notum wstał. - Dołą­czyć do nich, żebym nie został sam.

Świe­tli­sta to apro­bo­wała. Ale Shal­lan... coś zauwa­żyła.

- Wyda­jesz się nie­chętny - powie­działa Shal­lan.

Popa­trzył na nią, ema­nu­jąc tym samym łagod­nym błę­kit­nym bla­skiem, co wszyst­kie honor­spreny. Jego mun­dur, włosy, wszystko powstało z tego samego świa­tła - sta­łego, nie­prze­zro­czy­stego, a jed­no­cze­śnie nie do końca real­nego w spo­sób, w jaki poj­mo­wała rze­czy­wi­stość.

- Nic już tu dla mnie nie ma - stwier­dził Notum. - Moi rodacy mnie odrzu­cili, a ja widzia­łem ich małost­ko­wość. Chciał­bym się na coś przy­dać. Choć... przy­znam, że nie chcę zwią­zać się z czło­wie­kiem. Ten pomysł wzbu­dza moją odrazę. Czy to małost­kowe z mojej strony?

- W naj­mniej­szym stop­niu - odparła Shal­lan. - Mam dwie więzi, Notu­mie, i rozu­miem cenę lepiej niż kto­kol­wiek. Waha­nie nie ozna­cza małost­ko­wo­ści ani tchó­rzo­stwa. Podob­nie jak nie jest małost­kowe ani tchórz­liwe odrzu­ce­nie jakie­go­kol­wiek związku.

- Z całym sza­cun­kiem, ale inne rodzaje związ­ków nie pro­wa­dzą do żoł­nie­rzy o wyjąt­ko­wych mocach.

To rze­czy­wi­ście kom­pli­ko­wało sprawę. Ale kiedy Shal­lan dowie­działa się, co zro­biła Testa­ment - która sie­działa z Wzo­rem kilka rzę­dów niżej - nie mogła nie poda­wać w wąt­pli­wość ich misji. Potrze­bo­wali Wia­tro­wych, ow­szem, ale czuła się coraz bar­dziej nie­pew­nie, żąda­jąc więzi od sprena. Nie była intymna w tra­dy­cyj­nym ludz­kim rozu­mie­nia tego słowa, ale jed­no­cze­śnie wyda­wała się bar­dzo oso­bi­sta.

- Przy­dałby się nam każdy Wia­trowy, ow­szem, ale moim zda­niem nie powi­nie­neś zmu­szać się do zwią­za­nia się z czło­wie­kiem, jeśli czu­jesz się z tym nie­kom­for­towo. Możesz być dobrą osobą i jed­no­cze­śnie odmó­wić, Notu­mie. Tego się dowie­dzia­łam.

- Może w takim razie zostanę tu jesz­cze przez jakiś czas. Jeśli się posta­ram, może uda mi się prze­ko­nać innych, by was wsparli.

Poka­zał pal­cem i zwró­cił uwagę Shal­lan na mija­jącą ich grupę honor­spre­nów, ubra­nych w stroje podróżne i nio­są­cych wypo­sa­że­nie. Jakby wybie­rały się na dłuż­szą wyprawę. Poma­chali Shal­lan i Ado­li­nowi, ale nie dołą­czyli do tych, któ­rzy powoli ble­dli.

- Sprze­ci­wia­jący się? - spy­tała Shal­lan, kiedy Ado­lin rów­nież poma­chał do spre­nów. - Ci, o któ­rych wspo­mi­na­łeś wcze­śniej?

- Tak. Nie zga­dzają się z tym, jak was potrak­to­wano, ale nie chcą też wyru­szyć na wojnę. Opusz­czają Nie­prze­mi­ja­jącą Pra­wość, by zna­leźć wła­sną drogę.

Poki­wała głową.

- Cóż, Świe­tli­sty Godeke zostaje i spró­buje popra­wić nasze rela­cje z honor­spre­nami, ja rów­nież roz­wa­żam pozo­sta­wie­nie jed­nego z moich agen­tów. Jeśli zosta­niesz, to pomoże, przyda im się pewny sojusz­nik w tym miej­scu.

- Jestem waszym sojusz­ni­kiem, ale, jak cię ostrze­ga­łem, przy­wódcy honor­spre­nów mnie nie lubią, nawet jeśli zostali zmu­szeni cof­nąć moje wygna­nie. - Spo­chmur­niał. - Mamy całą mary­narkę, która nie­gdyś żeglo­wała po oce­anie pacior­ków. Szkoda, że te statki tkwią porzu­cone w dokach. Wróg panuje na morzach Cie­nio­mo­rza. Może gdy­bym mógł znów wypły­nąć za zgodą władz honor­spre­nów...

Na burze, gdyby Shal­lan się nie ode­zwała, Notum mógłby zostać Świe­tli­stym spre­nem - co zna­czyło, że wła­śnie sprze­ci­wiła się swoim roz­ka­zom. Może nie wspo­mni o tym w rapor­cie dla Dali­nara.

Nie przy­były inne spreny. Nie poja­wiła się Lusin­tia, która od przy­by­cia Shal­lan do Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści była jej prze­wod­niczką. Shal­lan miała nadzieję, że mimo ich wcze­śniej­szych sprze­czek spren zmieni zda­nie.

- Notu­mie, dzię­kuję. Za to, jak wspar­łeś nas w cza­sie pro­cesu.

- Jestem sam i bar­dzo słaby, Świe­tli­sta Kho­lin. - Splótł ręce za ple­cami. - Jak ban­dera na masz­cie, którą zbyt długo szar­pał wiatr. Nie wiem już, w co wie­rzę ani czemu ufam, ale to, co z wami zro­bili, nie było wła­ściwe. Nie mogłem odgry­wać fał­szy­wej roli, któ­rej ode mnie zażą­dali. Pro­szę was o wyba­cze­nie za to, że w ogóle się nad tym zasta­na­wia­łem.

- To natu­ralne, że chcia­łeś odzy­skać swoje dawne życie, Notu­mie.

Odwró­cił się i wpa­trzył w nią błę­kit­nymi oczami.

- Leża­łem na ziemi, pobity i zmal­tre­to­wany, i patrzy­łem, jak twój mąż staje w mojej obro­nie mimo skraj­nie nie­ko­rzyst­nego sto­sunku sił. Oca­lił mnie, nie spo­dzie­wa­jąc się nagrody. W tam­tej chwili zro­zu­mia­łem, że Honor żyje. - Krótko ski­nął głową Shal­lan i zszedł po scho­dach, by poroz­ma­wiać z Ado­li­nem.

Shal­lan wró­ciła do rysunku - i wkrótce odkryła, że naszki­co­wała na nim kolejną twarz. W cie­niu Ado­lina. Na burze.

Nie bądź zanie­po­ko­jona, powie­działa sobie. Byłaś wytrą­cona z rów­no­wagi, kiedy pierw­szy raz nary­so­wa­łaś Wzór, jesz­cze w Khar­bran­cie. I popatrz tylko, co z tego wyszło.

Nie pozwoli sobie bać się wła­snej sztuki. Zaci­snęła zęby i zmu­siła się, by prze­rzu­cić kartkę i znów zacząć ryso­wać, aż ktoś usiadł obok niej. Kelek pochy­lił się i splótł dło­nie. Wyda­wał się drobny i deli­katny.

- Nie pójdę z wami - powie­dział cicho. - Ja... nie mogę.

- Tu nie jesteś bez­pieczny. - Shal­lan nie prze­ry­wała ryso­wa­nia, jej palce poru­szały się jakby z wła­snej woli. - Jeśli ja do cie­bie dotar­łam, innym skry­to­bój­com Mra­ize'a też może się to udać.

- Ja... się ukryję. Lepiej. Ale nie mogę opu­ścić seona, a ona nie może teraz podró­żo­wać. To nie byłoby dla niej dobre.

Shal­lan nie sprze­ci­wiała się. Z Kele­kiem to ni­gdy nie koń­czyło się dobrze. Zatra­ciła się w jego por­tre­cie. Herold w jej kolek­cji. Mogłaby powie­dzieć, że to naj­rzad­szy z klej­no­tów, ale czy Herol­do­wie rze­czy­wi­ście byli rzadsi niż inni? Można by argu­men­to­wać, że ze względu na ich nie­śmier­tel­ność było wręcz odwrot­nie.

- Jeste­śmy nie­do­sko­nali, Shal­lan - powie­dział w końcu Kelek. - Nie jeste­śmy boha­te­rami, czego od nas ocze­ku­jesz. Już nie.

- Znam to uczu­cie.

- Wąt­pię. - Objął się ramio­nami. - Wąt­pię, by kto­kol­wiek je znał. - Spoj­rzał na Ado­lina roz­ma­wia­ją­cego z Notu­mem i Godeke'em. - Naprawdę chcesz spró­bo­wać odna­leźć Mish­ram?

- Jeśli ja się tym nie zajmę, zro­bią to moi wro­go­wie.

- I co wtedy? Uwol­nisz ją? Ja... nie umiem zde­cy­do­wać. Cią­gle nie umiem zde­cy­do­wać. W prze­szło­ści ape­lo­wa­łem o jej uwol­nie­nie, ale teraz się mar­twię. Może dołą­czyć do Odium i wzmoc­nić go. Ona... nie­na­wi­dzi ludzi. - Uniósł dłoń do głowy. - Ishar mówi, że wszyst­kich Nie­stwo­rzo­nych należy uwię­zić, jed­nak to, co zro­bi­li­śmy pie­śnia­rzom, wię­żąc ją...

- Będę się tym przej­mo­wać kiedy znajdę jej klej­not. Szcze­rze mówiąc, naj­pew­niej zabiorę ją z powro­tem do Kowala Więzi i pozwolę, żeby wszy­scy zde­cy­do­wali razem.

Nie zare­ago­wał, więc ryso­wała dalej. Zna­jomy odgłos węgla albo kolo­ro­wego ołówka na papie­rze, wyde­sty­lo­wana istota two­rze­nia, jak naj­moc­niej­szy tru­nek. Przy­cią­gnęła kilka stwo­rze­nio­spre­nów, nie­wiel­kie wiru­jące świa­tełka. Te tutaj zacho­wy­wały się jed­nak dziw­nie - w Cie­nio­mo­rzu ni­gdy nie widziała, by zmie­niały kształt jak w Kra­inie Mate­rii, ale te zaczęły przy­bie­rać wygląd jej ołówka lub gumki.

Ryso­wała dalej. Linie naśla­du­jące życie. Unie­ru­cha­mia­jące je. Ale jed­no­cze­śnie je zmie­nia­jące, bo ni­gdy nie da się stwo­rzyć ide­al­nej kopii. Nie o to cho­dziło. Każdy szkic był rów­nież obra­zem samej artystki - jej per­spek­tywy, akcen­to­wa­nia, instynktu wybie­ra­ją­cego chwilę, która ina­czej zosta­łaby stra­cona...

Kiedy dotarła do końca... to było wznio­słe.

Ta chwila, kiedy upa­jała się tym, co stwo­rzyła - to uczu­cie podziwu zmie­szane z nie­do­wie­rza­niem, że ten piękny przed­miot pocho­dził od niej. Połą­czone z naj­drob­niej­szym nie­po­ko­jem, że skoro nie rozu­miała, jak to zro­biła, może nie zasłu­gi­wała, by być czę­ścią stwo­rze­nia. Uwiel­biała to uczu­cie, nawet nie­pew­ność.

- Świe­tli­sta... - Kelek wpa­try­wał się w kamienną posadzkę amfi­te­atru, wciąż ze sple­cio­nymi dłońmi. - Czego się boisz?

A co to w ogóle za pyta­nie?

- Nie wiem - skła­mała.

- Ja się boję moż­li­wo­ści. Widzę każdą decy­zję, jaką podej­muję, i strasz­liwe skutki, które mogą z niej wynik­nąć. Jeśli tu zostanę, widzę, jak beze mnie pono­si­cie porażkę. Jeśli odejdę, widzę, jak moja obec­ność, ze względu na moją nie­do­sko­na­łość, dopro­wa­dza do waszej porażki. Nie mogę tak dalej. Ja... ja nie...

Poło­żyła dłoń na jego dłoni i podała mu rysu­nek. Przy­jął go ze zmarsz­czo­nym czo­łem, a póź­niej otwo­rzył sze­rzej oczy, kiedy zoba­czył, że przed­sta­wiła go wypro­sto­wa­nego, w dostoj­nych sza­tach. Opusz­czał fan­ta­styczne mia­sto o kolo­ro­wych murach, w któ­rym rosły wymy­ślone przez nią dziwne drzewa o dłu­gich pie­rza­stych liściach. Niósł laskę z nie­zwy­kłym kształ­tem na szczy­cie i kro­czył w stronę świa­tła na hory­zon­cie - choć na rysunku oglą­dał się, a na jego twa­rzy malo­wała się deter­mi­na­cja. Zde­cy­do­wa­nie.

- Czę­sto to robisz? - spy­tał.

- Rysuję ludzi? - Zaru­mie­niła się. - Tak wła­ści­wie to cały czas. A przy­naj­mniej kiedy czuję się sobą.

- Nie tylko rysu­jesz, dziecko. Czę­sto się­gasz do For­tuny? Dostrze­gasz moż­liwe wcie­le­nia osoby i wybie­rasz jedno z nich... Doty­kasz, w nie­wiel­kim stop­niu, tego, co mogło się wyda­rzyć. Co wciąż może się wyda­rzyć... - Spoj­rzał na nią i musiał dostrzec cał­ko­wite zagu­bie­nie w jej oczach, bo wes­tchnął. - Czy to umie­jęt­ność, którą czę­sto posłu­gują się Tka­cze Świa­tła w waszych cza­sach?

- Nic o tym nie wiem. Ale nie do końca rozu­miem, co mówisz.

Spoj­rzał w stronę Wzoru i Testa­ment.

- Dwa spreny. Oczy­wi­ście... zwią­za­łaś się z dwoma. Kiedy więzi Nahel nacho­dzą na sie­bie, dzieją się dziwne rze­czy. Nie­gdyś, jak mi się wydaje, były zasady, które tego zaka­zy­wały. Od jak dawna masz ich oboje?

- Od jakie­goś czasu, choć aż do nie­dawna nie wie­dzia­łam o tym... nie pamię­ta­łam o tym.

- A jak czę­sto zaglą­dasz do Kra­iny Ducha, a póź­niej obja­wiasz to w swo­jej sztuce? - Uniósł kartkę.

- Ja...

Wró­ciła myślami do rysun­ków, które stwo­rzyła, jak ten zna­le­ziony w kie­szeni mar­twego męż­czy­zny. Jak szkice Nie­stwo­rzo­nej kry­ją­cej się w Uri­thiru... albo twa­rze poja­wia­jące się w jej dzie­łach, nawet jeśli nie zamie­rzała ich nary­so­wać. Zaczęła czuć się głu­pio, że tak szybko sprze­ci­wiła się komuś, kto wyraź­nie wie­dział o tych spra­wach wię­cej od niej.

- Zda­rza mi się od czasu do czasu. W Uri­thiru była Nie­stwo­rzona, poka­zy­wała się w moich rysun­kach. A teraz te twa­rze... - Prze­krę­ciła jeden w stronę Herolda.

Poki­wał głową.

- Bo myśla­łaś o tym, żeby udać się do Kra­iny Ducha i odna­leźć Ba-Ado-Mish­ram.

- To ona?

- Jedna z jej inter­pre­ta­cji, ow­szem. Gdy­byś była kimś innym, uznał­bym, że zoba­czy­łaś jakieś sta­ro­żytne dzieło sztuki i jesteś pod jego wpły­wem. Ale ty... - Wzru­szył ramio­nami. - For­tuna może two­rzyć rze­czy nie do pomy­śle­nia, fan­to­dyczne.

- Chwi­leczkę. Fan­to­dyczne?

- To zna­czy... wytrą­ca­jące z rów­no­wagi? Prze­pra­szam. Nie śle­dzę zmian w języku i nie jestem eks­per­tem od For­tuny. Naj­le­piej poroz­ma­wiaj o tym z Midiu­sem, waszym Tref­ni­siem. To bez wąt­pie­nia fan­to­dyczny męż­czy­zna.

Wziął jej kartkę, zło­żył ostroż­nie i scho­wał do kie­szeni. Wzdry­gnęła się - nie nało­żyła lakieru dla ochrony przed roz­ma­zy­wa­niem się - ale jej uwagę odwró­ciło zamie­sza­nie za murami Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści. Grupa ema­nu­ją­cych bla­skiem postaci opa­dała w stronę ziemi, a towa­rzy­szyły im różne spreny, które mogły szy­bo­wać razem z nimi - przy­cią­gnięte wyko­rzy­sty­wa­nym przez nich Burzo­wym Świa­tłem. Przy­byli Wia­trowi.

Po chwili obok wylą­do­wali Drehy, jego spren i kilku z jego gierm­ków. W rękach mieli zwy­czajne włócz­nie, bo Ostrza Odpry­sku nie mogły wejść do Cie­nio­mo­rza. A przy­naj­mniej nie w kształ­cie Ostrza Odpry­sku.

- Sły­sza­łem, że jasno­oka dama zamó­wiła palan­kin do Uri­thiru - powie­dział Drehy.

- Ten palan­kin wygląda dość dziw­nie - powie­działa Shal­lan, pod­no­sząc się.

- To nie­uprzejme, jasno­ści. - Drehy wska­zał ponad ramie­niem na jed­nego ze swo­ich gierm­ków. - Ten tam Shio­sak może jako dziecko parę razy wypadł matce z rąk, ale nie wygląda dziw­nie. Jest wyjąt­kowy.

Shio­sak - który w rze­czy­wi­sto­ści był cał­kiem przy­stoj­nym i przy­ja­ciel­skim Vedeń­czy­kiem - prze­wró­cił oczami.

Pię­cioro Wia­tro­wych. Za mało, by zabrać wszyst­kich. Żoł­nie­rze Ado­lina i naj­pew­niej nie­któ­rzy z jej agen­tów będą musieli wró­cić łodzią. Raczej nie będzie im to prze­szka­dzało. Więk­szym pro­ble­mem był Ado­lin - który musiałby zosta­wić swo­jego konia i mie­cze. Shal­lan wypro­sto­wała się, kiedy jej mąż, uśmiech­nięty od ucha do ucha, wbiegł po scho­dach. Oczy­wi­ście znał Drehy'ego. Ado­lin znał wszyst­kich. Patrzyła, jak liczy Wia­tro­wych, doko­nuje obli­czeń w gło­wie, i docho­dzi do tego samego wnio­sku.

Nie­mal.

- Ilu z was będzie potrzeb­nych, żeby zabrać mojego konia? - spy­tał.

6. Szlachectwo

Tak czy ina­czej, wyda­rze­nia zwią­zane z oczysz­cze­niem Shi­no­varu są szcze­gól­nie istotne i sta­ram się jak naj­le­piej zapi­sać to, czego udało mi się dowie­dzieć na temat słów samej Wiatr w tej kwe­stii. Choć teraz, kiedy Wiatr i Herol­do­wie znik­nęli, mam tylko dwa źró­dła, które mogą wypo­wia­dać się o tych wyda­rze­niach. To moi świad­ko­wie.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy, s. 5

Dali­nar wyglą­dał przez okno na zaśnie­żone szczyty łań­cu­cha Ur. Kala­din wie­dział, że jakieś kró­le­stwo naj­pew­niej rościło sobie prawa do tych ziem, ale nie umiał sobie tego wyobra­zić. Posia­da­nie pól to jedno, ale gór?

Jeśli jed­nak ktoś mógł mieć do nich prawo, to ten wielki jak góra męż­czy­zna przy oknie. Dali­nar nie opie­rał się o kamienną ramę, by się roz­luź­nić, jak mógłby zro­bić to ktoś inny. Stał cał­ko­wi­cie wypro­sto­wany, z rękami sple­cio­nymi z tyłu. Miał na sobie nie­bie­ski mun­dur Kho­li­nów ze swo­imi gli­fami na ple­cach - wieża i korona.

Szeth sie­dział na pod­ło­dze pra­wie w kącie. Znów ubrany na biało, z ogo­loną głową. Z zamknię­tymi oczami i dłu­gim Ostrzem Odpry­sku w sre­brzy­stej pochwie na kola­nach. Broń zawsze robiła na Kala­di­nie wra­że­nie groź­nej, z tymi zakrzy­wio­nymi jel­cami i czarną ręko­je­ścią. Wyda­wało się, że Szeth medy­tuje, oddy­chał powoli i ryt­micz­nie. Na burze, nawet roz­luź­niony, męż­czy­zna robił nie­po­ko­jące wra­że­nie.

Zacho­wu­jąc zarówno wiel­kość czło­wieka, jak i kolory na havah, Syl pode­szła bli­żej i wpa­trzyła się Sze­thowi w twarz, żeby spraw­dzić, czy pod­gląda.

- Jak się czu­jesz? - spy­tał Dali­nar. - Kiedy myślisz o swoim nad­cho­dzą­cym zada­niu?

- Dobrze, panie. Cokol­wiek wyda­rzy się za dzie­sięć dni, świat się zmieni. Tref­niś mówi, że muszę sobie zna­leźć w nim nowe miej­sce, więc spró­buję. Pro­si­li­ście mnie, bym był chi­rur­giem, nie żoł­nie­rzem. Jestem gotów.

Chi­rurg umy­słu - który nie ciął skal­pe­lem, lecz spo­koj­nymi sło­wami i zro­zu­mie­niem. Na burze, to się wyda­wało o wiele trud­niej­sze.

- Dosko­nale. Sły­sza­łem o ludziach, któ­rym pomo­głeś z szo­kiem bitew­nym. To nie­zwy­kłe.

- Trzeba zabrać czło­wieka z mroku i poka­zać mu, że wciąż jest świa­tło. To nie naprawi wszyst­kiego, ale dużo zmie­nia.

- Świa­tło. - Dali­nar spoj­rzał na poła­cie śniegu, które odbi­jały pro­mie­nie słońca jak płynne dia­menty. - Ishar wspo­mi­nał coś o świe­tle, kiedy powie­dział mi, że chce odtwo­rzyć Pakt Przy­sięgi. Wypo­wie­dze­nie Słów, chwila zło­że­nia przy­sięgi, nawet przez kogoś w pobliżu, przy­nosi jasność... i powinno choćby na chwilę przy­wró­cić mu zdrowe zmy­sły. - Spoj­rzał na Sze­tha.

- Panie? - spy­tał Kala­din.

- Wysy­łam z tobą Sze­tha.

- To on jest towa­rzy­szem, któ­rego mi obie­ca­li­ście?

- Wra­cam do ojczy­zny, by napra­wić to, co jest zepsute - powie­dział cicho Szeth. - Oczy­ścić ją ze zła. Aby osią­gnąć Czwarty Ideał, Nie­biań­ski musi pod­jąć się misji w spra­wie­dli­wej spra­wie. Wypeł­niw­szy to, będę gotów do ostat­niego kroku, w któ­rym czło­wiek sam staje się pra­wem. Chcia­łem udać się sam, ale Dali­nar nale­gał, bym zabrał cie­bie.

Kala­din wysłu­chał tego wszyst­kiego, po czym pod­szedł do Dali­nara, odwra­ca­jąc się ple­cami do Sze­tha - co wyda­wało mu się bar­dzo nie­wła­ściwe.

- Panie - syk­nął. - Ten męż­czy­zna jest nie­zrów­no­wa­żony. Nie należy wysy­łać go na wyprawę. Potrze­buje czasu, uwagi i pomocy...

Kala­din urwał, kiedy dostrzegł wyraz twa­rzy Dali­nara.

- Na burze. Myśli­cie, że uda mi się zro­bić coś, by pomóc Sze­thowi, kiedy będzie pró­bo­wał "oczy­ścić swoją ojczy­znę ze zła"?

- Tak - stwier­dził sta­now­czo Dali­nar. - Czu­jesz się na siłach, żoł­nie­rzu?

Kala­din obej­rzał się przez ramię na Sze­tha.

- Panie, z całym sza­cun­kiem, udało mi się pomóc jed­nej gru­pie męż­czyzn cier­pią­cych z powodu cię­żaru umy­sło­wego, który rozu­miem dzięki oso­bi­stemu doświad­cze­niu. Nie może­cie się spo­dzie­wać, że powtó­rzę tego rodzaju suk­ces z przy­pad­kiem skraj­nym w rodzaju Sze­tha. Potrze­bo­wał­bym mie­sięcy, żeby opra­co­wać lecze­nie!

- Powin­ni­śmy... poroz­ma­wiać w cztery oczy. Poza tym czuję, że potrzebny mi dystans. A ty, żoł­nie­rzu?

- Zawsze, panie.

Syl dołą­czyła do nich i spoj­rzała na Dali­nara z prze­chy­loną głową.

- Dosko­nale. - Dali­nar odwró­cił się i pod­szedł do drzwi. Wziął ze stołu przy ścia­nie nie­wiel­kie drew­niane pudełko i wsu­nął je pod pachę. - Szeth, możesz zostać tu przez jakiś czas sam?

- Ni­gdy nie jestem sam - odparł męż­czy­zna, jak zawsze z deli­kat­nym akcen­tem. - Nawet bez sprena i mie­cza miał­bym głosy.

Spoj­rzał na Kala­dina, a na jego twa­rzy malo­wało się tyle samo emo­cji, co u trupa. Na burze. Dali­nar chciał, by pomógł temu czło­wie­kowi? Skry­to­bójcy, który zabił jego brata?

Kala­din wyszedł za Dali­na­rem, spo­dzie­wa­jąc się, że poroz­ma­wiają w sąsied­nim pomiesz­cze­niu, ale męż­czy­zna popro­wa­dził ich po scho­dach na dach Uri­thiru. Kala­din nie był tam od czasu...

Cóż, od czasu, kiedy się z niego rzu­cił.

- Ten widok pomaga mi myśleć. - Dali­nar odwró­cił się i popa­trzył na góry. - Jak daleko można się­gnąć wzro­kiem, kiedy nie prze­szka­dzają ściany. - Zamy­ślił się i wyda­wało się, że potrze­buje chwili, więc Kala­din prze­szedł w stronę krańca wieży.

- Na burze - powie­dział do Syl, kiedy dotarł do balu­strady. - Teraz, kiedy znów tu jestem, czuję się tak nie­re­al­nie. I jest tak cie­pło.

- To jasność Navani. - Syl wychy­liła się i spoj­rzała w dół. - I jej więź z wieżą. To mia­sto nie­gdyś roz­kwi­tało, pełne życia. I znów tak będzie.

- Przy­po­mina mi dom. Jest tu bar­dziej wil­gotno niż na Rów­ni­nach.

- Dom... - Syl spoj­rzała w niebo, gdzie bawiły się spreny zbroi Kala­dina. Jej kucyk roz­luź­nił się i nie­bie­sko-białe włosy uno­siły się swo­bod­nie na praw­dzi­wym wie­trze. Uśmiech­nęła się do niego. - Ni­gdy nie czu­łam się tak, jak­bym miała dom, aż zna­la­złam to.

- Uri­thiru?

- Przez sko­ja­rze­nie, ow­szem.

- Bra­łaś lek­cje zagad­ko­wo­ści od Tref­ni­sia?

- By­naj­mniej. - Oparła się o kamienną balu­stradę. - Twoja rodzina jest tu teraz, Kala­di­nie. Czy to zna­czy, że teraz jest to twój dom?

- Pew­nie musi nim być. Mój drugi dom jest w rękach wroga.

- Nie tylko wroga - popra­wiła go Syl. - Pie­śnia­rzy.

Słuszna uwaga, choć trudno mu to było zapa­mię­tać. To był rów­nież ich dom. Ale­thyj­scy par­sh­meni też byli znie­wo­leni, ale odzy­skali ojczy­znę. W innych oko­licz­no­ściach popie­rałby ich walkę - dosko­nale wie­dział, jakie to uczu­cie zostać pozba­wio­nym god­no­ści, być bitym, aż utraci się oso­bo­wość i spraw­czość, stać się przed­mio­tem.

Spoj­rzał znów w stronę Dali­nara, któ­rego umowa z Odium miała być spo­so­bem na roz­wią­za­nie tej zawi­kła­nej sytu­acji. Kala­din pod­szedł, czu­jąc wiatr na twa­rzy, co zawsze doda­wało mu ener­gii.

- Cią­gle mam nadzieję, że gdzieś kryją się odpo­wie­dzi - powie­dział cicho Dali­nar.

- Panie?

- Przeze mnie zna­leź­li­śmy się na kur­sie koli­zyj­nym z prze­zna­cze­niem - wyja­śnił. - Jeśli prze­gram, może się oka­zać, że uwi­kła­łem nas wszyst­kich w wojnę znacz­nie więk­szą, niż uwa­ża­li­śmy to za moż­liwe.

- Dla­tego musi­cie zwy­cię­żyć.

- Ow­szem. Ale nie umiem sobie wyobra­zić, na czym będzie pole­gał poje­dy­nek. Mam poczu­cie, że nie będzie to walka na mie­cze. Ale co? Co prze­ga­pi­łem? Czy ska­za­łem nas na zagładę, Kala­di­nie? - Ode­tchnął głę­boko i ręką, pod którą wciąż trzy­mał drew­niane pudełko, wska­zał na zaśnie­żone białe pole. - Możesz nas zabrać na tam­ten szczyt? Ten wielki, który wygląda jak frag­ment korony.

- Panie, cie­pło z wieży nie się­gnie tak daleko.

- I o to wła­śnie cho­dzi, Kala­di­nie. - Dali­nar wycią­gnął rękę w jego stronę. - Jeśli możesz.

Kala­din ode­tchnął i zaczerp­nął siły - Świa­tła - z wieży. Przy­wią­zał ich do góry, a Syl skur­czyła się i pofru­nęła za nimi, kiedy Kala­din niósł Dali­nara w stronę wska­za­nego szczytu. Spreny jego zbroi krą­żyły wokół niego. Przej­ście w strefę chłod­nego powie­trza było stop­niowe - krąg cie­pła wokół Uri­thiru przy­po­mi­nał bar­dziej halo niż bańkę. Nagie skały ustę­po­wały stru­mycz­kom wody z roz­to­pów, te ustę­po­wały lodo­wa­tej brei, aż w końcu zna­leźli się w kra­inie ubi­tego śniegu.

Kiedy się zbli­żyli, Wie­żowe Świa­tło, które zabrał ze sobą, opu­ściło go i musiał się rato­wać Burzo­wym Świa­tłem z sakiewki. Jak się wyda­wało, ludz­kie ciało nie było zdolne utrzy­mać Wie­żowego Świa­tła, jeśli nie znaj­do­wało się w pobliżu Uri­thiru. Kiedy Kala­din wchło­nął nowe Świa­tło i usta­bi­li­zo­wał ich lot, zwięk­szył ciśnie­nie. Osłony wieży zapew­niały nie tylko cie­pło. Skała mógł całymi dniami roz­wo­dzić się na temat zdrow­szego powie­trza na Szczy­tach, ale Kala­din widział na wła­sne oczy, że ludziom trudno się oddy­chało na takiej wyso­ko­ści. Całe szczę­ście zdol­no­ści Kala­dina obej­mo­wały też słabo zde­fi­nio­waną umie­jęt­ność kształ­to­wa­nia ciśnie­nia i powie­trza.

Utrzy­my­wał wokół nich nie­wielką nie­wi­dzialną bańkę gęst­szego powie­trza. Robił to instynk­tow­nie, ale chciał być bar­dziej świa­dom. Syl powró­ciła do wzro­stu czło­wieka, kiedy Kala­din opu­ścił sie­bie i Dali­nara na śniegu przy akom­pa­nia­men­cie gło­śnego skrzy­pie­nia. Jakie to dziwne. Dla­czego skrzy­piał? To była bar­dzo zimna woda, prawda? Nie powinna pękać z trza­skiem?

Wokół ich twa­rzy uno­siły się chmury pary - oczy­wi­ście z wyjąt­kiem Syl. Choć naśla­do­wała oddy­cha­nie, jej pierś deli­kat­nie uno­siła się i opa­dała. Zawsze to robiła?

U stóp Kala­dina zaczęły wyra­stać zim­no­spreny jak małe kry­sta­liczne kolce. Dali­nar pod­niósł garść śniegu i pozwo­lił, by prze­sy­pał mu się mię­dzy pal­cami.

- Navani mówi, że część głęb­szego śniegu naj­pew­niej jest sta­ro­żytna. Cho­dzimy po war­stwach lodu jak po war­stwach skał, bo tu ni­gdy nie jest na tyle cie­pło, by się sto­pił. Pozo­staje zamro­żony. Przez wieki.

- Panie? Dla­czego wyle­cie­li­śmy na zimno?

- Chcia­łem spoj­rzeć na wieżę z zewnątrz. - Odwró­cił się i wpa­trzył w Uri­thiru. - Nie mogę jej się dobrze przyj­rzeć z Bram Przy­sięgi. Jest zbyt potężna.

Kala­din pod­szedł do Dali­nara i przyj­rzał się wieży, a wokół nich uno­siła się para ich odde­chów.

- Roshar widział zbyt wiele wer­sji tej wojny, Kala­di­nie - ode­zwał się cicho Dali­nar. - Wal­czy­li­śmy z pie­śnia­rzami, od kiedy nasze pierw­sze poko­le­nia osie­dliły się na tej pla­ne­cie, tak dawno, że nasze źró­dła histo­ryczne nie się­gają tak daleko. Przez liczne kata­strofy i nie­mal cał­ko­witą utratę cywi­li­za­cji. Chcę dopro­wa­dzić do zakoń­cze­nia tego cyklu.

- Wszy­scy tego chcemy, panie - powie­działa Syl.

- Wiem. Nie mogę się jed­nak prze­stać zasta­na­wiać. Czy jeden czło­wiek powi­nien mieć tak wielką moc i wła­dzę jak ja? - Dali­nar pokrę­cił głową. - Jasnah umie­ściła w mojej gło­wie pomy­sły, jak krem­liki zimu­jące w sercu rośliny, wyja­da­jące ją od wewnątrz, aż zrobi się cie­plej. Świat nie zde­cy­do­wał o tym poje­dynku. Ja to zro­bi­łem. Czy ist­niał lep­szy spo­sób?

- Nie wiem, panie. Naprawdę nie wiem.

- Cóż, nie tylko ty wyru­szasz na misję bez reko­ne­sansu, żoł­nie­rzu. Nie lek­ce­ważę two­ich uwag na temat Sze­tha. Rozu­miem je. To ciężki przy­pa­dek, a ty dopiero zaczą­łeś się uczyć, jak poma­gać tym z ranami na umy­śle. - Dali­nar odwró­cił się i rozej­rzał po połaci śniegu. Z tego miej­sca szczyt góry wcale nie wyda­wał się spi­cza­sty, był łagod­nym pagór­kiem pokry­tym śnie­giem. - A jed­nak wszyst­kie te stu­le­cia. Wszyst­kie te śmierci, jak war­stwy pod naszymi sto­pami. Musimy się zmie­nić, Kala­di­nie. Robić rze­czy ina­czej. Sądzę, że powin­ni­śmy zacząć od nie­odrzu­ca­nia ludzi, kiedy mar­twimy się, że są ułomni.

- On zamor­do­wał dzie­siątki ludzi.

- Na roz­kaz kogoś, kto zasad­ni­czo był jego wła­ści­cie­lem, kiedy nie był w pełni władz umy­sło­wych. On pró­buje odna­leźć lep­szą ścieżkę. Kala­di­nie, kiedy popro­si­łem cię, żebyś ustą­pił ze sta­no­wi­ska, jak się czu­łeś?

- Bez­war­to­ściowy - odparł Kala­din, przy­po­mi­na­jąc sobie słowa Tref­ni­sia. "Kim był­byś, gdy­byś nie musiał nikogo rato­wać ani nikogo zabi­jać?".

- Kie­dyś oca­li­łeś mnie przed Sze­them - przy­po­mniał Dali­nar. - Teraz pro­szę cię o inny rodzaj ratunku. Ocal jego i Herolda Ishara. Wiem, to trudne, ale i tak chcę, byś spró­bo­wał. Bo to już koniec, a ja nie mam innych moż­li­wo­ści.

Kala­din spoj­rzał na Syl, a ona poki­wała głową. Niech go burza, Dali­nar miał rację. Znowu.

- Spró­buję im pomóc - powie­dział Kala­din. - Zro­bię, co mogę. Ale, panie... powin­ni­ście wie­dzieć. Tref­niś powie­dział mi, że nie zdążę wró­cić na czas, by wam pomóc.

- Tak powie­dział? Szeth umie pisać, więc zabie­rze­cie łączo­trz­cinę i w ten spo­sób zło­żysz raport, gdyby rze­czy­wi­ście nie udało wam się wró­cić na czas.

- To pew­nie ma sens. Ale... cóż, Tref­niś powie­dział mi, że Ishar wam nie pomoże, panie. Nie w taki spo­sób, jak chce­cie.

Dali­nar chrząk­nął.

- I co jesz­cze?

- Głów­nie to... i że powi­nie­nem słu­chać Wia­tru i Rosharu. - Kala­din ode­tchnął głę­boko. - Myślę, że Wiatr się do mnie ode­zwał, panie. Jego... wer­sja, która jest spre­nem? Nie do końca to poj­muję. Ale kazał mi was posłu­chać.

- A ja jestem mu za to wdzięczny. Herol­do­wie są ważni, są czę­ścią tego wszyst­kiego. Nie umiem jesz­cze wyja­śnić, dla­czego, ale mam takie prze­czu­cie od wielu tygo­dni. Może dłu­żej. - Dali­nar sta­now­czym gestem poło­żył na ramie­niu Kala­dina wil­gotną od śniegu dłoń. Kiedy prze­su­nął stopę, znów roz­le­gło się skrzy­pie­nie. - Ishar... on nie jest jak Ash czy Taln. Jest aktywny i zamie­rza wtrą­cić się w to, co robimy. Jest nie­bez­pieczny. Wyjąt­kowo nie­bez­pieczny. - Dali­nar spoj­rzał mu w oczy. - Prze­bywa w Shi­no­va­rze, co ozna­cza, że ma Ostrza Honoru.

Syl zagwiz­dała cicho.

- Każda z tych broni jest rów­nie nie­bez­pieczna jak ta, którą wyko­rzy­stał Szeth, by wzbu­dzić grozę w całym Rosha­rze - mówił dalej Dali­nar. - Ishar myśli, że to on jest czem­pio­nem, nie ja. Albo też myśli, że jest Wszech­moc­nym... pew­nie to jakaś sza­lona mie­szanka obu tych prze­ko­nań. W Tuka­rze udało mu się zgro­ma­dzić armię. Teraz jest w Shi­no­va­rze, o któ­rym nic nie wiemy, a w któ­rym przez całą tę wojnę pano­wała podej­rzana cisza. Mar­twię się.

- Szeth i tak się tam uda, ale nie mogę liczyć na niego w kwe­stiach, które wyma­gają deli­kat­no­ści albo decy­zyj­no­ści. Za to mogę liczyć w nich na cie­bie. Ktoś musi strzec moich tyłów, żoł­nie­rzu. Nie chcę w ostat­niej chwili odkryć, że zosta­łem wypro­wa­dzony w pole przez sza­leńca. Może jeśli będziemy mieli szczę­ście, uda ci się dotrzeć do Ishara i spro­wa­dzić mi pomoc, nie­za­leż­nie od obaw Tref­ni­sia. A nawet jeśli nie, potrze­buję kogoś w tej kra­inie. Zbyt długo ją igno­ro­wa­li­śmy.

Na burze. To było jego praw­dziwe zada­nie - pomóc pół­bo­gowi prze­zwy­cię­żyć swoją mega­lo­ma­nię. Zgod­nie z rapor­tem Sig­zila Ishar pory­wał spreny z Cie­nio­mo­rza i spro­wa­dzał je - mate­rial­nie - do tej kraiy, co dopro­wa­dzało do ich nie­od­wra­cal­nej śmierci. Two­rzył dla nich wypa­czone, na wpół cie­le­sne formy, które nie były zdolne do prze­ży­cia.

Każde z Herol­dów cier­piało na jakiś rodzaj cięż­kiej traumy. Co gor­sza, Kala­din oba­wiał się, że ich pro­blemy czę­ściowo miały naturę mistyczną. Kimże był Kala­din, by zro­zu­mieć pato­lo­gię bogów?

Nie wypo­wie­dział nic z tego na głos, bo znał odpo­wiedź.

Kimże był Kala­din, by to zro­bić?

Jedyną osobą pod ręką. Niech Ojciec Burz ma litość nad nimi wszyst­kimi.

- Zro­bimy to, panie - powie­działa Syl. - To zna­czy, Kala­din zaj­mie się uzdra­wia­niem umy­słów. Ale ja zro­bię, co mogę.

Dali­nar popa­trzył na nią dziw­nie. Nie był przy­zwy­cza­jony do honor­spre­nów, widocz­nych dla każ­dego poza ich Świe­tli­stymi, a zwłasz­cza takich, które przy­bie­rały wiel­kość czło­wieka i zacho­wy­wały się jak żoł­nie­rze. Kala­din uznał to jed­nak za sto­sowne. W pew­nym sen­sie Syl dała impuls temu wszyst­kiemu, kiedy posta­no­wiła się z nim zwią­zać. Dla­czego więc mia­łaby nie wyra­zić swo­jego zda­nia na temat ich udziału w następ­nej misji?

- Dobrze. - Dali­nar zwró­cił się do ich obojga. - Jesz­cze... jedno, Kala­di­nie. Wciąż masz ten płaszcz, który dałem ci, kiedy tra­fi­łeś do mojej armii?

- Ow­szem. Jest dla mnie powo­dem do dumy, panie, choć nie wkła­dam go czę­sto. Nie pasuje do mun­duru i... cóż, ma na ple­cach glify waszego rodu. Sym­bo­li­zu­jące członka rodziny kró­lew­skiej.

- Rozu­miem. Ród Burzą Bło­go­sła­wiony to nowy ród jasno­okich, który z pew­no­ścią dorobi się swo­ich wła­snych świet­nych tra­dy­cji. Zwy­kle nosze­nie gli­fów innego rodu uważa się za nie­sto­sowne.

- Ale? - spy­tał Kala­din.

Star­szy męż­czy­zna wyjął spod pachy drew­niane pude­łeczko i otwo­rzył je, a póź­niej wydo­był z niego kartkę papieru i ją roz­ło­żył. Była pokryta pismem, po któ­rym Dali­nar prze­su­nął wzro­kiem. Kala­din odru­chowo chciał odwró­cić wzrok, bo czy­ta­jący męż­czy­zna... cóż, wzbu­dzał zaże­no­wa­nie, nawet teraz. Ale czasy się zmie­niały, sam Kala­din zapro­sił kobiety do woj­ska. Dla­tego nie odwró­cił wzroku.

- Obaj moi syno­wie nie zgo­dzili się, bym wska­zał ich jako spad­ko­bier­ców dowol­nej korony, do któ­rej mógł­bym rościć sobie prawa - powie­dział cicho Dali­nar.

- Wiem, panie. Dla­tego Jasnah została kró­lową.

- Kró­lową Ale­th­karu. Na wygna­niu. Mam teraz drugą koronę, wspól­nie z Navani, w Uri­thiru. Jed­nak jeste­śmy sta­rzy, a nasze dzieci są nie­chętne lub mają już inne zobo­wią­za­nia. Jasnah zamie­rza poświę­cić się odbu­do­wie Ale­th­karu i pra­gnie się na tym sku­pić. Gavi­nor musi pozo­stać jej następcą, dzie­dzi­cem korony Ale­th­karu. Wstąpi na jego tron, jeśli ona umrze.

- W tym wieku? - spy­tał Kala­din.

- Dziecko może, a cza­sem musi, dzie­dzi­czyć, by ochro­nić koronę. To zała­twia kwe­stię Ale­th­karu, który jest osobny od Uri­thiru i od Świe­tli­stych Ryce­rzy. Tak oto to kró­le­stwo nie ma spad­ko­biercy, który prze­jąłby wła­dzę, gdyby coś stało się ze mną i Navani.

Dali­nar odwró­cił się, trzy­ma­jąc w dłoni kartkę papieru, i spoj­rzał na Kala­dina. Syl wes­tchnęła. Wokół Kala­dina poja­wiły się bla­do­żółte wstrzą­so­spreny, a on sam poczuł ści­ska­nie w żołądku.

- Panie. - Zesztyw­niał. - Pro­szę, nie. Jestem ułomny.

- Życie nas łamie. Ale póź­niej wypeł­niamy pęk­nię­cia czymś moc­niej­szym.

- Rena­rin. Jest Świe­tli­stym.

- Widzi prze­bły­ski przy­szło­ści, a to, co zoba­czył, kazało mu odmó­wić tej odpo­wie­dzial­no­ści. Ma w tym moje popar­cie. Żoł­nie­rzu, Rena­rin zwią­zał się z zepsu­tym spre­nem, a my jesz­cze nie wiemy, jakie to może mieć skutki. Ado­lin otwar­cie odma­wia. Ja... mam nadzieję, że uda mi się roz­wią­zać nasze pro­blemy, bo oba­wiam się, że to ja jestem powo­dem, dla któ­rego odmó­wił tronu Ale­th­karu. Ale nawet gdyby tak się stało, na czele Uri­thiru powi­nien stać Świe­tli­sty. - Dali­nar wycią­gnął kartkę w stronę Kala­dina. - Nie zmu­szę cię do tego, Kala­di­nie. Ale popro­szę, bo muszę. Zosta­niesz naszym spad­ko­biercą?

Czuł się, jakby ktoś wylał na niego wia­dro zim­nej desz­czówki. Nie umiał odpo­wie­dzieć. Bycie ofi­ce­rem było trudne, bycie jasno­okim gor­sze, ale bycie człon­kiem kró­lew­skiego rodu?

- Synu - powie­dział cicho Dali­nar. - Na­dal widzę twoją nie­na­wiść. Mam nadzieję, że nie do żad­nej okre­ślo­nej osoby, ale z powodu tego, co ci zro­biono. W ostat­nich latach musia­łem pogo­dzić się z fak­tem, że roz­róż­nie­nie na jasno­okich i ciem­no­okich to wyłącz­nie umowa spo­łeczna. Szla­chec­two nie wynika z pocho­dze­nia, lecz z serca. Ale to działa w obie strony. Nie podoba ci się, co sobą repre­zen­tu­jemy, ale jeśli na­dal będziesz tak czuł... to pochło­nie cię od wewnątrz.

- Wiem - wydu­sił Kala­din. - Ale to?

- Nic poza obo­wiąz­kiem, by słu­żyć. - Dali­nar podał mu doku­ment. - Navani i ja jeste­śmy Kowa­lami Więzi. Jeśli zginę w poje­dynku, ona zasią­dzie na tro­nie. Ale rów­nież będzie celem, więc cał­kiem moż­liwe, że żadne z nas nie prze­żyje. Jeśli doj­dzie do naj­gor­szego, przed­staw ten list w Uri­thiru. Potwier­dziła go cała grupa żar­liw­ców. Roz­ma­wia­łem z Jasnah, arcy­ksią­żę­tami i innymi monar­chami i wszy­scy zga­dzają się, że ten obo­wią­zek naj­le­piej wypełni Świe­tli­sty. Nie­stety, więk­szość z nich nie została spraw­dzona. Oczy­wi­ście to twoja decy­zja. Jeśli nie zasią­dziesz na tro­nie, zgod­nie z usta­le­niami następny jest Dami.

Dami. Skalny Straż­nik z Riry, z któ­rym Kala­din nie spę­dził dużo czasu. Był jed­nak lubiany i podobno poprzed­niego dnia, po kam­pa­nii w Emulu, wypo­wie­dział czwartą przy­sięgę, jako trzeci po Jasnah i Kala­dinie.

- Jeśli on tego nie zrobi, korona przy­pad­nie arcy­ksią­żę­tom Ale­th­karu - dodał Dali­nar. - Naj­pierw Ala­da­rowi, a póź­niej, niech Bóg Poza ma nad nami litość, Seba­ria­lowi.

- Żar­tu­je­cie.

- Dobrze sobie radzi z pie­niędzmi.

- I dla­tego dobra połowa tra­fia do jego kie­szeni.

- Jest lep­szym czło­wie­kiem, niż sam sądzi. Navani uważa, że stan jego ksiąg rachun­ko­wych ukrywa jego praw­dziwe kom­pe­ten­cje. Tak czy ina­czej, mam nadzieję, że wszy­scy prze­ży­jemy i wśród następ­ców znajdą się inni Świe­tli­ści z odpo­wied­nimi zdol­no­ściami przy­wód­czymi. Albo może stwo­rzymy coś, o czym zawsze marzyła Jasah, bar­dziej... przed­sta­wi­ciel­ski sys­tem rzą­dze­nia. Powi­nie­neś prze­czy­tać któ­rąś z jej roz­praw na ten temat.

- Ja... - Kala­din spoj­rzał bła­gal­nie na Syl.

Odpo­wie­działa mu uśmie­chem.

- Nie poma­gasz - stwier­dził.

- Ja już w pew­nym sen­sie jestem z kró­lew­skiego rodu. To nie takie złe. Zaufaj mi.

- To nie to samo. - Kala­din spoj­rzał na kartkę. - Zro­bię, co mogę, dla Ishara i Sze­tha, i wyślę wam infor­ma­cje na temat Shi­no­varu. Ale ten list... to za dużo.

- Przyjmę twoją decy­zję. Pro­szę jedy­nie, byś zamiast od razu ją podej­mo­wać, zasta­no­wił się. Z sza­cunku dla mnie?

Burzowy czło­wiek. Ale miał rację - coś takiego wyma­gało czasu. Kala­din zmu­sił się, by zło­żyć kartkę i wsu­nąć ją do kie­szeni. Logicz­nie rzecz bio­rąc, mie­dzy ciem­no­okimi i jasno­okimi nie było żad­nych róż­nic - a on i tak był teraz jasno­okim. Władcą nie­wiel­kiego kawałka Ale­th­karu, któ­rego i tak ni­gdy pew­nie nie odwie­dzi. Mimo wszystko czuł, że to byłaby zdrada.

- Zasta­no­wię się - powie­dział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przedmowa i podziękowania

Witaj­cie w Wie­trze i praw­dzie, księ­dze pią­tej Archi­wum Burzo­wego Świa­tła. To śro­dek cyklu i koniec pierw­szego głów­nego łuku nar­ra­cyj­nego. Ozna­cza to, że męczy­łem się z tą książką bar­dziej niż z więk­szo­ścią pozo­sta­łych i przez ostat­nie cztery lata poświę­ca­łem jej dużą część myśli, pasji i wysił­ków. Jak do tej pory to naj­dłuż­sza powieść, jaką napi­sa­łem - i jedna z tych, któ­rym poświę­ci­łem naj­wię­cej czasu. (Pew­nie naj­wię­cej, jeśli zigno­ru­jemy pro­jekty, które odło­ży­łem na bok i wró­ci­łem do nich po latach). Mam nadzieję, że efekt odzwier­cie­dla wysi­łek!

Poni­żej znaj­dzie­cie wszyst­kich ludzi, któ­rzy pra­co­wali nad tą książką za kuli­sami w róż­nych aspek­tach. Tak wiele osób mi pomaga, że coraz bar­dziej przy­po­mina to napisy koń­cowe. Wciąż piszę każde słowo i jestem jedy­nym auto­rem ksią­żek, ale niech mnie... Dra­gon­steel jako firma stało się czymś nie­zwy­kłym. Choć przy więk­szo­ści moich ksią­żek trzy­mamy się zwy­czaj­nego har­mo­no­gramu wydaw­ni­czego, powie­ści ze świata Burzo­wego Świa­tła to raczej "wszy­scy na pokład" - niektó­rzy biorą nad­go­dziny, żeby zmie­ścić się w ter­mi­nach, a inni poświę­cają więk­szość dnia pracy, by książka została zre­da­go­wana, roz­re­kla­mo­wana i roz­pro­wa­dzona. Jeśli więc będzie­cie mieli kie­dyś oka­zję ich spo­tkać, uści­śnij­cie im ręce i podzię­kuj­cie.

A póź­niej usiądź­cie i baw­cie się dobrze. Nad­cho­dzi arcy­bu­rza.

Gra­ficy, któ­rzy pra­co­wali nad tą książką to: Michael Whe­lan, Donato Gian­cola, Miranda Meeks, Dan dos San­tos, Audrey Hotte, Kel­ley King, Petar Penev, Howard Lyon, Greg Call, Isaac Ste­wart, Ben McSwe­eney, Anna Ear­ley, Hay­ley Lazo.

W wydaw­nic­twie Tor Books: Devi Pil­lai, Ste­pha­nie Stein, Tessa Vil­la­nu­eva, Sanaa Ali-Virani, Rafal Gibek, Peter Lutjen, Ale­xis Saarela, Lucille Ret­tino, Emily Mly­nek.

W wydaw­nic­twie Gol­lancz: Gil­lian Red­fe­arn, Bren­dan Dur­kin, Emad Akh­tar, Cait Davies, Jave­rya Iqbal.

Redak­cja i korekta: Terry McGarry, Chri­stina Mac­Do­nald, Hay­ley Jozwiak.

Nar­ra­to­rzy audio­bo­oka: Michael Kra­mer and Kate Reading. W Mac­mil­lan Audio: Steve Wagner.

W agen­cji JAB­ber­wocky Lite­rary Agency: Joshua Bil­mes, Susan Vela­squez, Chri­stina Zobel, Valen­tina Sainato, Brady McRey­nolds. W agen­cji Zeno Lite­rary Agency: John Ber­lyne.

W Dra­gon­steel: dyrek­tor ope­ra­cyjny Emily San­der­son. Dział bie­żą­cej dzia­łal­no­ści i kadr: wice­pre­zes Matt "Dla­czego zapi­su­jesz moje imię w taki spo­sób, Bran­do­nie?" Hatch, dyrek­tor do spraw dzia­łal­no­ści bie­żą­cej Jane Horne, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Jer­rod Wal­ker, Bray­donn Moore, Makena Salu­one, Chri­stian Fair­banks, Becky Wil­son, Ethan Skar­stedt, dyrek­tor finan­sowy Emma Tan-Sto­ker, Matt Hamp­ton.

Dział kre­atywny: wice­pre­zes Isaac Ste?art, Shawn Boy­les, Ben McSwe­eney, Jen­ni­fer Neal, Rachael Lynn Bucha­nan, Anna Ear­ley, Hay­ley Lazo, Pri­scilla Spen­cer.

Dział redak­cyjny: wice­pre­zes Zapra­sza­jący Peter Ahl­strom, dyrek­tor do spraw redak­cyjnych Kri­sty S. Gil­bert, dyrek­tor do spraw cią­gło­ści Karen Ahl­strom, Jen­nie Ste­vens, Bet­sey Ahl­strom, Emily Shaw-Higham.

Dział gadże­tów, wyda­rzeń i odlo­to­wych swe­trów: wice­pre­zes Kara Ste­wart, dyrek­tor do spraw gadże­tów Chri­sti Jacob­sen, dyrek­tor do spraw wyda­rzeń i wspar­cia Kel­lyn Neu­mann, Lex Wil­l­hite, Richard Rubert, Dal­lin Hol­den, Ally Reep, Mem Grange, Brett Moore, Katy Ives, Joy Allen, Daniel Phipps, Michael Bate­man, Alex Lyon, Jacob Chri­sman, Camilla Waite, Quin­ton Mar­tin, Hol­lie Rubert, Gwen Hick­man, Isa­bel Chri­sman, Amanda But­ter­field, Logan Reep, Pablo Mooney.

Dział reklamy i mar­ke­tingu: wice­pre­zes Adam Horne, vel Ten-Któ­remu-Dedy­ko­wano-Tę-Książkę (hurra!), dyrek­tor mar­ke­tingu Jeremy Pal­mer, Octa­via Esca­milla-Spi­ker, Tay­lor Hatch, Tayan Hatch, Donald Geo­rge Mustard III.

Dział nar­ra­cyjny: wice­pre­zes Dan Wells - jedyny czło­nek działu nar­ra­cyj­nego, poza jego uro­jo­nym przy­ja­cie­lem, Bobem Ban­dży­stą.

Moja grupa pisar­ska Tu Są Smoki: Kay­lynn ZoBell, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Eric James Stone, Darci Stone, Alan Lay­ton, Jak Tam Ben? (Olsen), Ethan Skar­stedt, Karen Ahl­strom, Peter Ahl­strom, Emily San­der­son.

Eks­pertka w dzie­dzi­nie dyso­cja­cyj­nego zabu­rze­nia toż­sa­mo­ści: Britt Mar­tin. Eks­perci w dzie­dzi­nie woj­sko­wo­ści: Carl Fisk, John Fahey. Eks­pert w dzie­dzi­nie ampu­ta­cji i pro­te­tyki: Mat­thew Fox.

Arka­ni­ści: Eric Lake, Evgeni "Argent" Kiri­lov, Joshua "Jofwu" Har­key, David Beh­rens, Ian McNatt, Ben Mar­row.

Czy­tel­nicy beta: Aaron Ford, Ale­xis Hori­zon, Alice Arne­son, Alyx Hoge, Amit Shte­in­he­art, Aubree Pham, Austin Hus­sey, Bao Pham, Becca Rep­pert, Ben Mar­row, Billy Todd, Bob Kluttz, Bran­don Cole, Brian T. Hill, Brit­ton Roney, Chana Oshira Block, Chris Kluwe, Chris McGrath, Chri­stina Good­man, Chri­sto­pher "cha­pla­in­chris" Cot­tin­gham, Craig Hanks, Darci Cole, David Beh­rens, Deana Covel Whit­ney, Donita Orders, Drew McCaf­frey, Eliy­ahu Bere­lo­witz Levin, Eric Lake, Erika Kuta Mar­ler, Evgeni "Argent" Kiri­lov, Gary Sin­ger, Giu­lia Costan­tini, Glen Voge­laar, Ian McNatt, Jay­den King, Jen­ni­fer Pugh, Jes­sica Ash­craft, Jes­sie Lake, Jo?o Mene­zes Morais, Joe Ske­edle­bop Dear­deuff, Joelle Ruth Phil­lips, Jory "Jor Bram­karz" Phil­lips, Joshua Har­key, Kadie "Ene" Nytch, Kaly­ani Poluri, Kath­leen Bar­low, Dr. Kath­leen Hol­land, Ken­dra Wil­son, Kry­stl All­red, Kyle "Dork­si­der" Wil­son, Laura Heinis, Lau­ren McCaf­frey, Lau­ren "Mama Biza" Strach, Liliana Klein, Lin­nea Lind­strom, Lynd­sey Luther, Max Sal­zman, Mar­nie Peter­son, Matt Wiens, Megan Kanne, Mi'chelle Wal­ker, Paige Phil­lips, Paige Vest, Poonam Desai, Rachel Rada, Rah­keem Ball, Rahul Pan­tula, Richard Fife, Rob West, Rose­mary Wil­liams, Ross New­berry, Ryan Scott, Sam Baskin, Sarah Herr, Sarah Kane, Scott "Spydr" Webb, Sean Van­Black, Shan­non Nel­son, Shi­vam Bhatt, Siena "Lotos" Bucha­nan, Suzanne Musin, Tay­lor Cole, Ted Her­man, Tim Chal­le­ner, TJ McGrath, Trae Cooper, Zenef Mark Lind­berg.

Czy­tel­nicy gamma: Wielu z czy­tel­ni­ków beta plus Ari Kufer, Brian Magnant, Col­lin Abeln, Dale Wiens, Ellie Frato-Swe­eney, Ling­ting "Bota­nica" Xu, Nisarg "Stri­fe­lo­ver" Shah, Phi­lip Vor­wal­ler, Ram Sho­ham, Spen­cer White, Valen­cia Kum­ley, Wil­liam Juan.

Prolog. Żyć

SIE­DEM I PÓŁ ROKU WCZE­ŚNIEJ

Gavi­lar Kho­lin zna­lazł się na progu nie­śmier­tel­no­ści.

Musiał jedy­nie odna­leźć wła­ściwe Słowa.

Krą­żył wokół dzie­wię­ciu Ostrzy Honoru, wbi­tych szty­chami w ska­li­stą zie­mię. Powie­trze śmier­działo spa­lo­nym cia­łem - Gavi­lar prze­by­wał w pobliżu wystar­cza­jąco wielu sto­sów pogrze­bo­wych, by bez pro­blemu roz­po­znać woń, nawet jeśli te ciała nie zostały spa­lone po walce, lecz w jej trak­cie.

- Zwą je Aha­rie­tiam. - Krą­żył wokół Ostrzy, prze­su­wa­jąc dło­nią po każ­dym z nich. Kiedy zosta­nie Herol­dem, czy jego wła­sne Ostrze zacznie je przy­po­mi­nać, napeł­nią je moc i wie­dza? - Koniec świata. Czy to było kłam­stwo?

Wielu, któ­rzy tak je nazy­wali, wie­rzyło w to, co mówili, odparł Ojciec Burz.

- A wła­ści­ciele tych tutaj? - Wska­zał na Ostrza. - W co wie­rzyli Herol­do­wie?

Gdyby byli cał­ko­wi­cie szcze­rzy, nie szu­kał­bym nowego czem­piona.

Gavi­lar poki­wał głową.

- Przy­się­gam słu­żyć Hono­rowi i Rosha­rowi jako jego Herold. Lepiej niż ci tutaj.

Te słowa nie zostały przy­jęte. Nie wpad­niesz na nie przy­pad­kiem, Gavi­la­rze.

I tak zamie­rzał spró­bo­wać. Aby zostać naj­po­tęż­niej­szym czło­wie­kiem na świe­cie, Gavi­lar czę­sto doko­ny­wał rze­czy, które inni uwa­żali za nie­moż­liwe. Znów obszedł krąg Ostrzy. Był samotny w cie­niu wiel­kich mono­li­tów. Po dzie­siąt­kach odwie­dzin w tej wizji mógł podać nazwę każ­dego z Ostrzy i imię powią­za­nego z nim Herolda. Ojciec Burz jed­nak nie­chęt­nie dzie­lił się infor­ma­cjami.

Nie­ważne. I tak osią­gnie swój cel. Wyrwał dłu­gie, zakrzy­wione Ostrze Jezriena ze skały i zamach­nął się, prze­ci­na­jąc ze świ­stem powie­trze.

- Noha­don spo­tkał i poznał Herol­dów.

Tak, przy­znał Ojciec Burz.

- One są tam, czyż nie? Wła­ściwe Słowa kryją się gdzieś w Dro­dze Kró­lów?

Tak.

Gavi­lar znał całą księgę na pamięć - przed laty nauczył się czy­tać, by móc szu­kać tajem­nic, nie zdra­dza­jąc ich ota­cza­ją­cym go kobie­tom. Odrzu­cił Ostrze Herolda na bok, aż zadźwię­czało o skałę, a wtedy Ojciec Burz syk­nął.

Gavi­lar zbesz­tał się w duchu. To była tylko wizja i te fał­szywe Ostrza nie miały dla niego war­to­ści, ale chciał, by Ojciec Burz uwa­żał go za poboż­nego i god­nego, przy­naj­mniej na razie. Się­gnął po ostrze Chany. Lubił je, bo szcze­lina pośrodku dzie­liła je na dwie czę­ści. W zwy­czaj­nym mie­czu tak długa szpara byłaby nie­prak­tyczna. Tutaj poka­zy­wała, że Ostrze jest czymś nie­wia­ry­god­nym.

- Cha­na­ra­nach była żoł­nie­rzem, a to jest Ostrze żoł­nie­rza. Masywne i pro­ste, ale z tą małą nie­moż­li­wo­ścią usu­niętą ze środka. - Trzy­mał Ostrze przed sobą, przy­glą­da­jąc się jego klin­dze. - Wydaje mi się, że znam ich tak dobrze. Są moimi współ­pra­cow­ni­kami, a jed­nak nie roz­po­znał­bym ich wśród tłumu.

Two­imi współ­pra­cow­ni­kami? Nie tak szybko, Gavi­la­rze. Znajdź Słowa.

Te burzowe Słowa. Naj­waż­niej­sze, jakie kie­dy­kol­wiek miał wypo­wie­dzieć Gavi­lar. Dzięki nim zostałby czem­pio­nem Ojca Burz - i, jak się domy­ślał, kimś wię­cej. Gavi­lar podej­rze­wał, że zostałby przy­jęty do Paktu Przy­sięgi i wzniósł się ponad śmier­tel­ność. Nie spy­tał, któ­rego Herolda miałby zastą­pić, wyda­wało się to pro­stac­kie, a on nie chciał robić wra­że­nia pro­staka przed obli­czem Ojca Burz. Przy­pusz­czał jed­nak, że miałby zastą­pić Tale­ne­lata, jedy­nego, który nie zosta­wił swo­jego Ostrza.

Gavi­lar wbił miecz z powro­tem w skałę.

- Wra­cajmy.

Wizja natych­miast się skoń­czyła i ponow­nie zna­lazł się w gabi­ne­cie na pię­trze pałacu. Regały z książ­kami, biurko do czy­ta­nia, gobe­liny i dywany tłu­miące głosy. W przy­go­to­wa­niu do nad­cho­dzą­cej uczty był ubrany sta­ran­nie, w kró­lew­skie szaty - bar­dziej archa­iczne niż modne. Podob­nie jak brodą, ubio­rem wyróż­niał się wśród ale­thyj­skich jasno­okich. Chciał, by uwa­żali go za kogoś sta­ro­żyt­nego, ponad ich mało zna­czą­cymi gier­kami.

Kom­nata teo­re­tycz­nie nale­żała do Navani, ale to był jego pałac. Inni rzadko szu­kali go w tym miej­scu, a on potrze­bo­wał wytchnie­nia od małych ludzi­ków z małymi pro­ble­mi­kami. Ponie­waż miał jesz­cze czas przed spo­tka­niami, wybrał nie­wielką książkę zawie­ra­jącą opis ostat­nich badań tere­nów wokół Strza­ska­nych Rów­nin. Był coraz bar­dziej prze­ko­nany, że kryła się tam sta­ro­żytna, otwarta Brama Przy­sięgi. Dzięki niej Gavi­lar mógłby odna­leźć mityczne Uri­thiru, a w nim sta­ro­żytne zapi­ski.

Znaj­dzie wła­ściwe Słowa. Był bli­sko. Tak kusząco bli­sko tego, czego w tajem­nicy pra­gnęli wszy­scy ludzie, ale tylko dzie­się­ciorgu udało się osią­gnąć. Wieczne życie i dzie­dzic­two, które prze­trwało tysiąc­le­cia - bo żyli i mogli je kształ­to­wać.

Nie jest tak wspa­niała jak sądzisz, powie­dział spren.

Co zmu­siło Gavi­lara do zasta­no­wie­nia. Ojciec Burz nie czy­tał mu w myślach, prawda? Nie. Nie, spraw­dził to. Spren nie znał jego naj­bar­dziej skry­tych myśli i pla­nów. Bo gdyby znał jego serce, nie zwró­ciłby się do niego.

- Co nie jest? - Gavi­lar odło­żył książkę na miej­sce.

Nie­śmier­tel­ność. Zużywa męż­czyzn i kobiety, ero­duje dusze i umy­sły. Herol­do­wie są sza­leni - drę­czeni nie­na­tu­ral­nymi dole­gli­wo­ściami cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla ich sta­ro­żyt­nej natury.

- Ile to trwało? Zanim poja­wiły się objawy?

Trudno powie­dzieć. Tysiąc lat, może dwa.

- W takim razie mam tyle czasu na zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia. O wiele roz­sąd­niej­szy okres niż zale­d­wie stu­le­cie, jakim obda­rzony jest śmier­tel­nik... i to o ile ma szczę­ście. A ty jak sądzisz?

Nie obie­ca­łem ci tej łaski. Domy­ślasz się, że to wła­śnie ci pro­po­nuję, ale ja szu­kam jedy­nie czem­piona. Mimo to powiedz mi, zapła­cił­byś cenę za zosta­nie Herol­dem? Nim zdo­łał­byś powró­cić, wszy­scy, któ­rych zna­łeś, obró­ci­liby się w proch.

Oto i kłam­stwo.

- Król ma obo­wią­zek wobec swo­ich pod­da­nych. Gdy­bym został Herol­dem, mógł­bym zapew­nić Ale­th­ka­rowi bez­pie­czeń­stwo jak żaden monar­cha przede mną. Zniosę oso­bi­ste cier­pie­nie, by to osią­gnąć. Jeśli mam zgi­nąć - dodał, cytu­jąc Drogę Kró­lów - zro­bię to ze świa­do­mo­ścią, że prze­ży­łem swoje życie wła­ści­wie. Nie cel się liczy, ale spo­sób, w jaki się do niego dociera.

Te słowa nie zostały przy­jęte. Zga­dy­wa­nie naprawdę nie da ci Słów, Gavi­la­rze.

Słowa musiały znaj­do­wać się gdzieś w tym tomie. Ukryte pośród mora­li­za­tor­stwa jak bia­ło­grz­biet w cier­ni­stym krze­wie. Gavi­lar Kho­lin nie był przy­zwy­cza­jony do porażki. Ludzie dostają to, czego ocze­kują. A on ocze­ki­wał nie tylko zwy­cię­stwa, ale i bosko­ści.

Do drzwi cicho zapu­kał straż­nik. Czyżby nade­szła pora? Gavi­lar wezwał Tearima do środka, a męż­czy­zna to zro­bił. Tej nocy straż­nik nosił Pan­cerz samego Gavi­lara.

- Panie - powie­dział Tearim. - Wasz brat tu jest.

- Co takiego? Nie Resta­res? Jak Dali­nar mnie odna­lazł?

- Jak podej­rze­wam, zauwa­żył, że sto­imy na straży, Wasza Wyso­kość.

A niech to.

- Wpuść go.

Straż­nik wyszedł, a po chwili do środka wpadł Dali­nar, poru­sza­jąc się z rów­nym wdzię­kiem, co chull na trzech nogach. Zatrza­snął drzwi i ryk­nął:

- Gavi­la­rze! Chcę poroz­ma­wiać z Par­shen­dimi.

Gavi­lar ode­tchnął głę­boko.

- Bra­cie, sytu­acja jest bar­dzo deli­katna i nie chcemy ich obra­zić.

- Nie obrażę ich - mruk­nął Dali­nar.

Miał na sobie takamę, sta­ro­modną szatę wojow­nika, która odsła­niała jego masywną pierś poro­śniętą siwie­ją­cymi wło­sami. Prze­ci­snął się obok Gavi­lara i osu­nął na sie­dze­nie przy biurku.

Biedne krze­sło.

- Co oni cię w ogóle obcho­dzą, Dali­na­rze? - Gavi­lar uniósł prawą rękę do czoła.

- A cie­bie? - spy­tał ostro Dali­nar. - Ten trak­tat, nagłe zain­te­re­so­wa­nie ich zie­miami. Co pla­nu­jesz? Powiedz mi.

Kochany, bez­po­średni Dali­nar. Rów­nie deli­katny jak dzban bia­łego Rogo­żer­ców. I rów­nie bystry.

- Powiedz mi otwar­cie - mówił dalej brat. - Zamie­rzasz ich pod­bić?

- Dla­czego miał­bym pod­pi­sać trak­tat, gdy­bym miał takie zamiary?

- Nie wiem. Po pro­stu... nie chcę, żeby coś im się stało. Lubię ich.

- To par­sh­meni.

- Lubię par­sh­me­nów.

- Ni­gdy nie zwra­ca­łeś uwagi na par­sh­me­nów, chyba że któ­ryś ocią­gał się z przy­nie­sie­niem ci trunku.

- Ci mają coś w sobie. Czuję... powi­no­wac­two.

- To głu­pota. - Gavi­lar pod­szedł do biurka i pochy­lił się nad bra­tem. - Dali­na­rze, co się z tobą dzieje? Gdzie jest Czarny Cierń?

- Może jest zmę­czony. Albo ośle­piony. Sadzą i popio­łem zabi­tych, które cią­gle wieją mu w twarz...

Znowu jęczał na temat Szcze­liny? Co za bała­gan. Resta­res miał wkrótce przy­być, a póź­niej... był jesz­cze Tha­ida­kar. Tak wiele noży, które musiał sta­ran­nie utrzy­my­wać na czubku ostrza, by się nie zsu­nęły i nie zra­niły go. Nie mógł się teraz zaj­mo­wać Dali­na­rem cier­pią­cym z powodu kry­zysu sumie­nia.

- Bra­cie, co by zro­biła Evi, gdyby zoba­czyła cię w takim sta­nie?

To była sta­ran­nie naostrzona włócz­nia, wbita z wprawą w brzuch Dali­nara. Męż­czy­zna zaci­snął palce na bla­cie i wzdry­gnął się, usły­szaw­szy jej imię.

- Chcia­łaby, żebyś był wojow­ni­kiem - rzekł łagod­nie Gavi­lar. - I chro­nił Ale­th­kar.

- Ja... - szep­nął Dali­nar. - Ona...

Gavi­lar wycią­gnął rękę i pomógł bratu wstać, a póź­niej odpro­wa­dził go do drzwi.

- Wypro­stuj się.

Dali­nar poło­żył dłoń na klamce i poki­wał głową.

- Och - dodał Gavi­lar. - Bra­cie? Kie­ruj się dziś Kodek­sem. Wiatr nie­sie coś dziw­nego.

Kodeks zaka­zy­wał spo­ży­wa­nia trun­ków przed nad­cho­dzącą bitwą. Taka drobna wska­zówka, by przy­po­mnieć bratu, że cze­kała ich uczta, a na niej dużo wina. Choć Dali­nar był prze­ko­nany, że nikt nie wie­dział, że to on zabił Evi, Gavi­lar poznał prawdę, co pozwa­lało mu na taką dys­kretną mani­pu­la­cję.

Dali­nar po chwili znik­nął za drzwiami, a jego powolny, łatwo ule­ga­jący wpły­wom mózg naj­pew­niej sku­piał się na dwóch rze­czach. Po pierw­sze, na tym, co zro­bił Evi. Po dru­gie, jak zna­leźć coś wystar­cza­jąco moc­nego, żeby zapo­mnieć o tym pierw­szym.

Kiedy Dali­nar znik­nął w kory­ta­rzu, Gavi­lar gestem przy­wo­łał Tearima. Straż­nik nale­żał do Synów Honoru, a grupa ta była kolej­nym nożem, który Gavi­lar utrzy­my­wał w rów­no­wa­dze, bo nie mogli się dowie­dzieć, że prze­rósł ich plany.

- Idź za moim bra­tem - pole­cił Gavi­lar. - Dopil­nuj dys­kret­nie, by miał coś do picia, może zapro­wadź go do taj­nych zapa­sów mojej żony.

- Kaza­li­ście mi to zro­bić przed kil­koma mie­sią­cami, panie - odszep­nął Tearim. - Oba­wiam się, że nie­wiele tam zostało. Lubi się dzie­lić ze swo­imi żoł­nie­rzami.

- To znajdź mu coś innego. Sam wpusz­czę Resta­resa i pozo­sta­łych. Idź.

Żoł­nierz ukło­nił się i podą­żył za Dali­na­rem przy akom­pa­nia­men­cie dud­nie­nia Pan­ce­rza Odpry­sku. Gavi­lar sta­now­czo zatrza­snął drzwi. Nie zdzi­wiło go, kiedy w gło­wie usły­szał głos Ojca Burz.

On ma w sobie poten­cjał, któ­rego nie dostrze­gasz.

- Dali­nar? Oczy­wi­ście, że tak. Jeśli popchnąć go we wła­ści­wym kie­runku, spali całe kraje. - Gavi­lar musiał jedy­nie przez resztę czasu zapew­niać mu stały dopływ trunku, by nie spa­lił tego kraju.

Mógłby być kimś wię­cej, niż sądzisz.

- Dali­nar jest wiel­kim, bez­myśl­nym, tępym narzę­dziem, któ­rym walisz w pro­blemy, aż się roz­padną.

Gavi­lar zadrżał, przy­po­mi­na­jąc sobie widok brata zbli­ża­ją­cego się na polu bitwy. Był zalany krwią i wyda­wało się, że w głębi hełmu jego oczy płoną czer­wo­nym bla­skiem, głodne życia, któ­rym żył Gavi­lar...

Ten duch go nawie­dzał. Całe szczę­ście ból i nałóg Dali­nara spra­wiały, że łatwo dawało się nad nim zapa­no­wać.

Wkrótce prze­rwało mu kolejne puka­nie do drzwi. Otwo­rzył je, ale na zewnątrz niczego nie dostrzegł. Wtedy jed­nak Ojciec Burz syk­nął ostrze­gaw­czo w jego umy­śle, a Gavi­lar poczuł nagły chłód.

Kiedy się odwró­cił, stał tam stary Tha­ida­kar. Sam Pan Blizn, postać w obszer­nym płasz­czu z kap­tu­rem, poszar­pa­nym u dołu. Na burze.

- Coś mi obie­cano. - Kap­tur Tha­ida­kara osła­niał jego twarz. - Dałem ci infor­ma­cje, Gavi­la­rze, o wyjąt­kowo cen­nym cha­rak­te­rze. Jako zapłaty zażą­da­łem jed­nego czło­wieka. Kiedy dostar­czysz mi Resta­resa?

- Wkrótce - odparł Gavi­lar. - Naj­pierw zdo­będę jego zaufa­nie.

- Wydaje mi się, że mniej inte­re­suje cię nasza umowa, a bar­dziej twoje wła­sne motywy. Wydaje mi się, że skie­ro­wa­łem cię w stronę cze­goś cen­nego, co posta­no­wi­łeś zacho­wać. Wydaje mi się, że grasz w gierki.

- A mnie się wydaje... - Gavi­lar pod­szedł bli­żej do zakap­tu­rzo­nej postaci - ...że nie możesz sobie pozwo­lić na sta­wia­nie żądań. Potrze­bu­jesz mnie. Może więc po pro­stu... będziemy grać dalej.

Tha­ida­kar przez chwilę stał nie­ru­chomo. Póź­niej z wes­tchnie­niem uniósł okryte ręka­wicz­kami dło­nie i zsu­nął kap­tur. Gavi­lar zamarł, bo mimo kil­ku­krot­nych spo­tkań ni­gdy wcze­śniej nie widział twa­rzy męż­czy­zny.

Ciało Tha­ida­kara two­rzyło deli­katne bia­ło­nie­bie­skie świa­tło. Był młod­szy, niż wyobra­żał sobie Gavi­lar - w śred­nim wieku, nie­po­marsz­czony sta­rzec, choć takie robił wra­że­nie. Jedno z jego oczu prze­bi­jał duży kolec, rów­nież nie­bie­ski, któ­rego czu­bek wysta­wał z tyłu czaszki. Był jakimś rodza­jem sprena?

- Gavi­la­rze, uwa­żaj - ostrzegł Tha­ida­kar. - Nie jesteś jesz­cze nie­śmier­telny, ale zaczą­łeś bawić się mocami, które roz­szar­pują śmier­tel­ni­ków na poje­dyn­cze osie.

- Wiesz, czym są? - W gło­sie Gavi­lara brzmiało pra­gnie­nie. - Naj­waż­niej­sze Słowa, jakie kie­dy­kol­wiek wypo­wiem?

- Nie. Ale posłu­chaj, nic z tego nie jest tym, czym ci się wydaje. Dostarcz Resta­resa moim agen­tom, a ja pomogę ci odzy­skać sta­ro­żytne moce.

- Prze­ro­słem to.

- Nie możesz "prze­ro­snąć" przy­pływu - sprze­ci­wił się Tha­ida­kar. - Albo pły­niesz razem z nim, albo toniesz. Nasze plany są już w trak­cie reali­za­cji. Choć, jeśli mam być szczery, wąt­pię, byśmy zro­bili aż tak dużo. Ten przy­pływ i tak nad­cho­dził.

Gavi­lar chrząk­nął.

- Cóż, ja zamie­rzam...

Prze­rwał, kiedy Tha­ida­kar się prze­obra­ził. Jego twarz zmie­niła się w pro­stą uno­szącą się kulę z jakąś magiczną runą w środku. Płaszcz, ciało i ręka­wiczki roz­pły­nęły się w smuż­kach dymu, który wypa­ro­wał.

Gavi­lar się zaga­pił. To... to wyglą­dało jak coś, co czy­tał o mocach Tka­czy Świa­tła. Świe­tli­stych Ryce­rzy. Czy Tha­ida­kar...?

- Wiem, że spo­ty­kasz się dziś z Resta­re­sem - powie­działa kula, wibru­jąc, bo nie miała ust. - Przy­go­tuj go i dostarcz moim agen­tom, by go prze­słu­chali. To moje ulti­ma­tum, Gavi­la­rze. Nie chcesz być moim wro­giem.

Kula świa­tła skur­czyła się i stała nie­mal prze­zro­czy­sta, po czym pod­pły­nęła do drzwi, opa­dła i znik­nęła w szpa­rze nad pod­łogą.

- Co to było? - spy­tał Gavi­lar Ojca Burz. Spo­tka­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi.

Coś nie­bez­piecz­nego, odparł spren w jego gło­wie.

- Świe­tli­sty?

Nie. Podobny, ale nie.

Gavi­lar odkrył, że się trzę­sie. Co było głu­pie. Był burzo­wym kró­lem, a wkrótce miał zostać pół­bo­giem. Miał prze­zna­cze­nie i nie pozwoli, by wytrą­ciły go z rów­no­wagi tanie sztuczki i nie­ja­sne groźby. Mimo to poło­żył dło­nie na biurku i ode­tchnął głę­boko. Pal­cami prze­su­nął roz­rzu­cone notatki i dia­gramy powią­zane z naj­now­szą mecha­niczną obse­sją żony. Nie po raz pierw­szy zasta­no­wił się, czy Navani uda się roz­wią­zać ten pro­blem. Bra­ko­wało mu daw­nego spi­sko­wa­nia. Kiedy po raz ostatni wszy­scy śmiali się razem? On, Ialai, Navani i Torol?

Nie­stety, takich tajem­nic nie zdra­dza się nikomu. Ialai albo Sadeas wyrwa­liby mu nagrodę - a on nie mógłby mieć o to pre­ten­sji. Navani jed­nak... czy ona spró­bo­wa­łaby wziąć nie­śmier­tel­ność dla sie­bie? Czy w ogóle dostrze­głaby jej war­tość? Była tak sprytna, tak prze­bie­gła w nie­któ­rych aspek­tach. Kiedy jed­nak mówił o swym pra­gnie­niu więk­szego dzie­dzic­twa, ona gubiła się w szcze­gó­łach. Odma­wiała myśle­nia o górze, bo zamar­twiała się poło­że­niem pogó­rza.

Żało­wał, że się od sie­bie odda­lili. Ten chłód, który nara­stał - cóż, narósł - w ich związku. Myśl o niej prze­szyła jego serce bólem. Powi­nien...

"Nim zdo­łał­byś wró­cić, wszy­scy, któ­rych zna­łeś, obró­ci­liby się w proch...".

Może tak było naj­le­piej.

Miał plany, jak skró­cić swoją nie­obec­ność na tym świe­cie, ale do udo­sko­na­le­nia mogły wyma­gać kilku prób. Czyli... im mniej więzi tym lepiej. Czy­ste cię­cie. Jak Ostrzem Odpry­sku.

Sku­pił się na pla­no­wa­niu i kiedy przy­był Resta­res, był dobrze przy­go­to­wany. Łysie­jący męż­czy­zna nie zapu­kał. Zaj­rzał do środka, ner­wowo spraw­dził wszyst­kie kąty, po czym wśli­zgnął się przez drzwi. Towa­rzy­szył mu cień - wysoki, wład­czy Maka­bak ze zna­mie­niem na policzku. Gavi­lar pole­cił słu­żą­cym, by trak­to­wali ich jak amba­sa­do­rów, ale nie miał jesz­cze oka­zji poroz­ma­wiać z dru­gim męż­czy­zną, któ­rego nie znał.

Nowo przy­były poru­szał się z nie­jaką... sta­now­czo­ścią. Sztyw­no­ścią. Nie był czło­wie­kiem, który ustę­po­wał drogi. Ani wia­trowi, ani burzy, a już z pew­no­ścią nie innym ludziom.

- Gavi­la­rze Kho­li­nie. - Męż­czy­zna nie podał dłoni ani nie zło­żył ukłonu.

Spoj­rzeli sobie w oczy. Impo­nu­jące. Gavi­lar spo­dzie­wał się... cóż, kogoś bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cego Resta­resa.

- Napij­cie się. - Gavi­lar wska­zał w stronę kre­densu.

- Nie - stwier­dził męż­czy­zna. Ani nie podzię­ko­wał, ani nie skom­ple­men­to­wał gospo­da­rza. Inte­re­su­jące. Intry­gu­jące.

Resta­res pośpiesz­nie pod­szedł bli­żej, jak dziecko, któ­remu zapro­po­no­wano sło­dy­cze. Nawet teraz - nawet po przy­łą­cze­niu się do tego naj­now­szego wcie­le­nia Synów Honoru - Gavi­lar uwa­żał Resta­resa za... dziw­nego. Niski, łysie­jący męż­czy­zna pową­chał każde z win. Ni­gdy nie zaufał na tyle, by napić się w obec­no­ści Gavi­lara, ale i tak zawsze spraw­dzał trunki. Jakby chciał zna­leźć tru­ci­znę - i jed­no­cze­śnie potwier­dze­nie dla swo­jej para­noi.

- Prze­pra­szam. - Resta­res zała­mał ręce, sto­jąc nad trun­kami. - Prze­pra­szam. Nie... nie jestem dziś spra­gniony, Gavi­la­rze. Przy­kro mi.

Gavi­lar miał wielką ochotę wyrzu­cić go i prze­jąć kon­trolę nad Synami Honoru. Tyle że nie­któ­rzy z pozo­sta­łych, na przy­kład Ama­ram, sza­no­wali go. Poza tym... dla­czego Resta­res tak bar­dzo inte­re­so­wał Tha­ida­kara? Z pew­no­ścią nie mógł być nikim waż­nym. Może to jego wysoki przy­ja­ciel miał praw­dziwą wła­dzę. Czyżby coś tak klu­czo­wego utrzy­my­wano przez dwa lata w tajem­nicy przed nim?

- Cie­szę się, że chcia­łeś się spo­tkać - powie­dział Resta­res. - Tak, no. Ponie­waż, no. Więc... Oświad­cze­nie. Mam oświad­cze­nie.

Gavi­lar zmarsz­czył czoło.

- O co cho­dzi?

- Sły­sza­łem, że pró­bu­jesz, no, dopro­wa­dzić do powrotu Pust­kow­ców - powie­dział Resta­res.

- Zało­ży­łeś Synów Honoru, Resta­re­sie, by odzy­skać sta­ro­żytne przy­sięgi i odno­wić Świe­tli­stych Ryce­rzy - zauwa­żył Gavi­lar. - Cóż, oni znik­nęli razem z Pust­kow­cami. Dla­tego jeśli spro­wa­dzimy z powro­tem Pust­kow­ców, moce też powinny powró­cić.

Co waż­niej­sze, pomy­ślał, Herol­do­wie powrócą z kra­iny zmar­łych, by znów nam prze­wo­dzić.

Co pozwoli mi uzur­po­wać pozy­cję jed­nego z nich.

- Nie, nie, nie. - W gło­sie Resta­resa brzmiała nie­ty­powa sta­now­czość. - Chcia­łem, by powró­cił honor ludzi! Chcia­łem, byśmy dowie­dzieli się, co czy­niło tych Świe­tli­stych tak wspa­nia­łymi. Zanim wszystko się posy­pało. - Prze­cze­sał dło­nią rzad­kie włosy. - Zanim... spra­wi­łem, że... się popsuli.

Resta­res nie patrzył Gavi­la­rowi w oczy.

- Powin­ni­śmy... skoń­czyć z próbą odzy­ska­nia mocy - dodał słab­ną­cym gło­sem i spoj­rzał na przy­ja­ciela, jakby szu­kał wspar­cia. - Nie możemy... pozwo­lić sobie na kolejny Powrót...

- Resta­re­sie. - Gavi­lar pod­szedł do niskiego męż­czy­zny. - Co z tobą nie tak? Mówisz o zdra­dze­niu wszyst­kiego, w co wie­rzymy? - A przy­naj­mniej uda­jemy, że wie­rzymy, dodał w myślach i usta­wił się w taki spo­sób, by góro­wać nad Resta­re­sem. - Sły­sza­łeś o męż­czyź­nie imie­niem Tha­ida­kar?

Resta­res uniósł głowę i otwo­rzył sze­rzej oczy.

- On chce cię odna­leźć. Do tej pory cię chro­ni­łem. Czego on od cie­bie chce, Resta­re­sie?

- Tajem­nic - szep­nął męż­czy­zna. - Ten męż­czy­zna... nie może znieść... że ktoś ma tajem­nice.

- Jakie tajem­nice? - powie­dział sta­now­czo Gavi­lar, a Resta­res aż się sku­lił. - Zbyt długo zno­si­łem twoje kłam­stwa. Co się dzieje? Czego chce Tha­ida­kar?

- Wiem, gdzie ją ukryto - szep­nął Resta­res. - Gdzie jest jej dusza. Ba-Ado-Mish­ram. Dająca Formy. Ta, która mogła dorów­nać Jemu. Ta... którą zdra­dzi­li­śmy.

Ba-Ado-Mish­ram? Co Tha­ida­kara obcho­dziła Nie­stwo­rzona? Ten kawa­łek ukła­danki miał taki dziwny kształt. Gavi­lar otwo­rzył usta, ale na jego ramie­niu zaci­snęły się palce niczym ima­dło. Odwró­cił się i zoba­czył, że stoi za nim maka­backi przy­ja­ciel Resta­resa.

- Coś ty naro­bił? - spy­tał męż­czy­zna lodo­wa­tym gło­sem. - Gavi­la­rze Kho­li­nie. Jakie dzia­ła­nia pod­ją­łeś, by osią­gnąć ten swój cel, na który przez pomyłkę nakie­ro­wał cię mój przy­ja­ciel?

- Nie masz poję­cia. - Patrzył męż­czyź­nie w oczy, aż ten w końcu go puścił.

Gavi­lar wyjął z kie­szeni wore­czek i od nie­chce­nia wysy­pał na blat garść kul i klej­no­tów.

- Jestem już bli­sko. Resta­re­sie, nie możesz teraz stra­cić odwagi!

Nie­zna­jomy patrzył, jego wargi się roz­chy­liły. Się­gnął w stronę jed­nej z kul, ema­nu­ją­cej ciem­nym, nie­mal odwró­co­nym fio­le­to­wym bla­skiem. Nie­moż­liwe świa­tło, kolor, który nie powi­nien ist­nieć. W chwili gdy palce męż­czy­zny się zbli­żyły, cof­nął je gwał­tow­nie i popa­trzył sze­roko otwar­tymi oczami na Gavi­lara.

- Jesteś głup­cem - stwier­dził. - Strasz­li­wym głup­cem, pędzą­cym z kij­kiem w stronę arcy­bu­rzy, by z nią wal­czyć. Coś ty naro­bił? Skąd wzią­łeś Pust­kowe Świa­tło?

Gavi­lar się uśmiech­nął. Żaden z nich nie wie­dział o uczo­nym, któ­rego trzy­mał w odwo­dzie. Mistrzu wszel­kich nauk. Męż­czyź­nie nie­bę­dą­cym ani Ducho­kr­wi­stym, ani Synem Honoru.

Męż­czyź­nie z innego świata.

- Wszystko już się dzieje. - Gavi­lar posłał spoj­rze­nie Resta­re­sowi. - A pro­jekt był suk­ce­sem.

Resta­res się oży­wił.

- Naprawdę? Czy to Świa­tło... - Odwró­cił się do przy­ja­ciela. - To się może udać, Nale! Mogli­by­śmy spro­wa­dzić ich z powro­tem, a póź­niej znisz­czyć. To się może udać.

Nale. Och, na burze. Gavi­lar wie­dział - choć pró­bo­wał zigno­ro­wać - że Resta­res uda­wał Herolda, żeby zro­bić wra­że­nie na pozo­sta­łych. Czło­wie­czek nie wie­dział, że Gavi­lar zazna­jo­mił się z Ojcem Burz, który powie­dział mu prawdę - że wszy­scy Herol­do­wie umarli dawno temu i tra­fili na Bra­ize.

Czyli ten obcy uda­wał, że jest Nala­nem, Herol­dem Spra­wie­dli­wo­ści? Cóż... miał odpo­wiedni wygląd. Czę­sto przed­sta­wiano go jako wład­czego Maka­baka. I to zna­mię... ude­rza­jąco przy­po­mi­nało nie­które ze star­szych obra­zów.

Ale nie. To absurd. Gdyby w to uwie­rzył, musiałby rów­nież uwie­rzyć, że ktoś taki jak Resta­res był Herol­dem.

Nie­zna­jomy pró­bo­wał spio­ru­no­wać Gavi­lara wzro­kiem. Stał nie­ru­chomo, z chłodną miną. Nie czło­wiek, lecz mono­lit.

- To zbyt nie­bez­pieczne.

Gavi­lar nie uciekł wzro­kiem. Świat nagnie się do jego pra­gnień. Wcze­śniej zawsze to robił.

- Ale ty jesteś... - powie­dział w końcu męż­czy­zna, cofa­jąc się - ...kró­lem. Twoja wola... jest pra­wem... tej kra­iny.

- Ow­szem. Zga­dza się. Resta­re­sie, mam wię­cej dobrych wie­ści. Możemy zabrać Pust­kowe Świa­tło z burzy do Kra­iny Mate­rii. Możemy nawet prze­no­sić je mię­dzy tym świa­tem a Potę­pie­niem, jak chcia­łeś.

- To spo­sób. - Resta­res popa­trzył na Nale'a. - Spo­sób... może ucieczki...

Nale mach­nął ręką w stronę kul.

- To, że można je prze­no­sić z Bra­ize i z powro­tem, nic nie zna­czy. Odle­głość jest tak nie­wielka, że nie­istotna.

- Jesz­cze przed kilku laty było to nie­moż­liwe - zauwa­żył Gavi­lar. - To dowód. Zwią­zek nie został zerwany, a skrzy­nia umoż­li­wia podróż. Nie tak daleko, jak byście chcieli, ale musimy gdzieś zacząć tę podróż.

Nie był pewien, dla­czego Resta­res tak bar­dzo chciał prze­no­sić Świa­tło po Cie­nio­mo­rzu. Tha­ida­kar rów­nież szu­kał tych infor­ma­cji. Spo­sobu na prze­no­sze­nie Burzo­wego Świa­tła i tego nowego Pust­ko­wego Świa­tła na duże odle­gło­ści. Zasta­na­wia­jąc się nad tym, Gavi­lar coś dostrzegł. Drzwi były uchy­lone i zaglą­dało przez nie oko.

Na Potę­pie­nie. To była Navani. Ile usły­szała?

- Mężu - powie­działa, od razu wcho­dząc do kom­naty. - Cze­kają na cie­bie goście. Naj­wy­raź­niej prze­sta­łeś zauwa­żać upływ czasu.

Stłu­mił złość z powodu jej szpie­go­wa­nia i odwró­cił się do Resta­resa i jego przy­ja­ciela.

- Pano­wie, będę musiał was prze­pro­sić.

Resta­res znów prze­cze­sał dło­nią rzad­kie włosy.

- Chcę wie­dzieć wię­cej o tym pro­jek­cie, Gavi­la­rze. Muszę cię rów­nież poin­for­mo­wać, że jest tu jesz­cze jedna z nas. Wcze­śniej dostrze­głem jej dzieło.

Jesz­cze jedna? Ktoś z Synów Honoru.

Nie, miał na myśli innego Herolda. Resta­res coraz bar­dziej pogrą­żał się w uro­je­niach.

- Wkrótce spo­tkam się z Meri­da­sem i pozo­sta­łymi. - Gavi­lar spró­bo­wał uspo­koić Resta­resa. - Powinni mieć wię­cej infor­ma­cji. Póź­niej o tym poroz­ma­wiamy.

- Nie - wark­nął Maka­bak. - Wąt­pię w to.

- Jest tu coś wię­cej, Nale! - stwier­dził Resta­res, choć wyszedł, kiedy Gavi­lar wypro­wa­dził ich obu. - To ważne! Chcę się wydo­stać. To jedyny spo­sób...

Gavi­lar zamknął drzwi i odwró­cił się w stronę żony. Na Potę­pie­nie, nie powinna mu prze­szka­dzać. Ona...

Na burze. Jej suk­nia była piękna, a twarz jesz­cze bar­dziej, nawet w gnie­wie. Patrzyła na niego błysz­czą­cymi oczami i wyda­wało się, że ota­cza ją ogni­sta aura.

Po raz kolejny roz­wa­żył.

I po raz kolejny odrzu­cił pomysł.

Jeśli miał zostać bogiem, to lepiej zerwać więzi. Słońce mogło kochać gwiazdy. Ale ni­gdy jako równe sobie.

***

Jakiś czas póź­niej, kiedy już zajął się Navani, Gavi­lar w końcu znów się wyśli­zgął. Tym razem do swo­ich kom­nat, gdzie mógł zasta­no­wić się nad tym, czego się dowie­dział.

- Powiedz mi. - Prze­szedł po mięk­kim dywa­nie i wpa­trzył się w leżącą na bla­cie mapę Rosharu. - Dla­czego Tha­ida­kara tak inte­re­suje Ba-Ado-Mish­ram?

Obok Gavi­lara poja­wiła się nie­wy­raźna, falu­jąca syl­wetka Ojca Burz. Jak powie­trze uno­szące się nad roz­grza­nymi ska­łami.

Stwo­rzyła waszych par­sh­me­nów przy­pad­kiem. Dawno temu, tuż przed Odstęp­stwem, Mish­ram pró­bo­wała powstać i zastą­pić Odium, dając Pust­kow­com ich moce.

- Inte­re­su­jące. A póź­niej?

A póź­niej... upa­dła. Była zbyt małą istotą, by pod­trzy­mać cały naród. Wszystko się zawa­liło, a kilku dziel­nych Świe­tli­stych uwię­ziło Mish­ram w klej­no­cie, by unie­moż­li­wić jej znisz­cze­nie całego Rosharu. Efekt uboczny stwo­rzył par­sh­me­nów.

Pro­ści par­sh­meni. Byli Pust­kow­cami. Cudowna tajem­nica, którą wydo­był z Ojca Burz przed kil­koma tygo­dniami. Gavi­lar pod­szedł do regału, gdzie stał jeden z nowych fabriali grzew­czych, dostar­czony przez uczoną Rushur Kris. Wyjął go z płó­cien­nej osłony i zwa­żył w dło­niach.

Odkrył, jak prze­no­sić Pust­kow­ców przez Cie­nio­mo­rze do tego świata z uży­ciem klej­no­tów i alu­mi­nio­wych skrzy­nek. Kto by pomy­ślał, że ulu­bione pole badań Navani okaże się tak uży­teczne. A jeśli ta prze­bie­gła Axin­dweth mu się wymknie, następny etap będzie musiał prze­pro­wa­dzić bez niej. Miał swo­jego uczo­nego, choć tak naprawdę Gavi­lara zbi­jało z tropu Świa­tło, które two­rzył... Świa­tło, które mogło w jakiś spo­sób zabi­jać Pust­kow­ców? Jak Vasher stwo­rzył...

Wyda­wało mu się, że usły­szał cichy trzask dobie­ga­jący od strony Ojca Burz. Bły­ska­wica? Uro­cze.

- Ni­gdy nie sprze­ci­wia­łeś się temu, co robię - zauwa­żył Gavi­lar. - Sądził­bym, że powrót Pust­kow­ców jest cał­ko­wi­cie sprzeczny z twoją naturą.

Prze­ciw­nicy są cza­sami konieczni. Jeśli zosta­niesz czem­pio­nem, będziesz musiał prze­ciwko komuś wal­czyć.

- Daj mi to. Teraz. Uczyń mnie Herol­dem. Potrze­buję tego.

Ojciec Burz zwró­cił w jego stronę migo­tliwą głowę.

To były pra­wie one.

- Te, naprawdę? Żąda­nie?

Tak bli­sko. A jed­nak tak daleko.

Gavi­lar uśmiech­nął się, uniósł fabrial i pomy­ślał o uwię­zio­nych wewnątrz ognio­spre­nach. Ojciec Burz wyda­wał się coraz bar­dziej podejrz­liwy, wrogi. Gdyby wszystko poszło nie tak... czy uda­łoby mu się uwię­zić samego Ojca Burz w jed­nym z nich?

Wkrótce przy­był Ama­ram z nie­wielką grupką ludzi - dwóch męż­czyzn, dwie kobiety. Jeden był porucz­ni­kiem Ama­rama. Pozo­stała trójka musiała być nowymi, waż­nymi rekru­tami Synów Honoru, zapro­szo­nymi na ucztę, któ­rzy póź­niej mieli oka­zję spo­tkać się sam na sam z kró­lem. Było to iry­tu­jące, ale przy­datne. Gavi­lar roz­po­znał dwie kobiety z nota­tek, ale star­szego męż­czyzny w sza­tach nie koja­rzył. Kto to był? Straż­nik burz? Ama­ram lubił mieć ich w pobliżu, uczyli go swo­jego sys­temu pisma, co pozwa­lało mu w pew­nym stop­niu uda­wać poboż­nego vorina. To było dla niego ważne.

Gavi­lar przy­wi­tał się po kolei z każ­dym gościem, a kiedy dotarł do star­szego męż­czy­zny, nagle coś zasko­czyło. To był Tara­van­gian, król Khar­bran­thu. Znany z nie­wiel­kich wpły­wów i zdol­no­ści. Gavi­lar spoj­rzał na Ama­rama. Z pew­no­ścią nie zamie­rzali mu zaufać - powinni zna­leźć tego, kto w tajem­nicy rzą­dził Khar­bran­them. Naj­pew­niej była to jedna z dwóch kobiet, przy­naj­mniej tak wska­zy­wały raporty szpie­gów Gavi­lara.

Ama­ram ski­nął głową, więc Gavi­lar wygło­sił prze­mowę na temat sta­ro­żyt­nych przy­siąg i Świe­tli­stych - daw­nej chwały i wspa­nia­łej przy­szło­ści. To była dobra mowa, ale zaczy­nała go draż­nić. Nie­gdyś jego słowa wzbu­dzały entu­zjazm żoł­nie­rzy - a teraz spę­dzał całe życie na nara­dach. Kiedy skoń­czył, pozwo­lił wszyst­kim pójść po tru­nek.

- Meri­da­sie - szep­nął Gavi­lar, odcią­ga­jąc Ama­rama na bok. - Te spo­tka­nia robią się nurzące. Mój eks­pe­ry­ment oka­zał się suk­ce­sem. Mam broń.

Ama­ram wzdry­gnął się i ode­zwał cicho:

- Masz na myśli...

- Tak, kiedy spro­wa­dzimy znów Pust­kow­ców, będziemy mieli nowy spo­sób walki z nimi.

- Albo nowy spo­sób, by nad nimi pano­wać - szep­nął Ama­ram.

To coś nowego. Gavi­lar zasta­no­wił się nad przy­ja­cie­lem i ambi­cją, którą suge­ro­wały te słowa. Bar­dzo dobrze, Ama­ra­mie, pomy­ślał.

- Musimy dopro­wa­dzić do powrotu Spu­sto­szeń - stwier­dził Gavi­lar. - Nie­za­leż­nie od ceny. To jedyny spo­sób.

- Zgoda. Teraz bar­dziej niż wcze­śniej. - Ama­ram zawa­hał się. - Moje wcze­śniejsze wysiłki z twoją córką nie poszły dobrze. Wyda­wało mi się, że doszli­śmy do poro­zu­mie­nia.

- Po pro­stu potrze­bu­jesz wię­cej czasu, przy­ja­cielu. By ją do sie­bie prze­ko­nać.

Ama­ram pra­gnął wła­dzy tak, jak Gavi­lar pra­gnął nie­śmier­tel­no­ści. A Gavi­lar być może go ją nagro­dzi. Elho­kar z pew­no­ścią nie zasłu­gi­wał, by zostać kró­lem. Był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem dzie­dzic­twa, które pra­gnął zosta­wić po sobie Gavi­lar.

Posłał Ama­rama, by poroz­ma­wiał z pozo­sta­łymi. Kiedy się napiją, Gavi­lar zamie­rzał wygło­sić kolejną krótką mowę. Następ­nie mógł przejść do... Zmarsz­czył czoło, kiedy zauwa­żył, że jeden z rekru­tów nie roz­ma­wiał z pozo­sta­łymi. Star­szy męż­czy­zna, Tara­van­gian, wpa­try­wał się w mapę Rosharu. Pozo­stali zaśmiali się z cze­goś, co powie­dział Ama­ram. Tara­van­gian nie spoj­rzał nawet w stronę źró­dła dźwięku.

Gavi­lar pod­szedł bli­żej, ale nim zdą­żył się ode­zwać, Tara­van­gian szep­nął:

- Zasta­na­wiasz się cza­sem nad życiem, które im dajemy? Ludziom, któ­rymi wła­damy?

Gavi­lar nie był przy­zwy­cza­jony do tego, by inni - a zwłasz­cza nie­zna­jomi - zwra­cali się do niego w tak poufały spo­sób. Ale ten Tara­van­gian uwa­żał się za króla i może rów­nego Gavi­larowi. To było śmieszne, bo wła­dał jed­nym nie­wiel­kim mia­stem.

- Mniej się mar­twię ich życiem teraz, a bar­dziej tym, co nadej­dzie.

Tara­van­gian poki­wał z namy­słem głową.

- To była pory­wa­jąca mowa. Naprawdę w nią wie­rzysz?

- Myślisz, że wygło­sił­bym ją, gdy­bym w nią nie wie­rzył?

- Oczy­wi­ście, że tak, król mówi to, co trzeba powie­dzieć. Czyż nie byłoby wspa­niale, gdyby zawsze mówił rze­czy, w które wie­rzy? - Spoj­rzał z uśmie­chem na Gavi­lara. - Naprawdę wie­rzysz, że Świe­tli­ści mogą powró­cić?

- Tak.

- I nie jesteś głup­cem - mruk­nął z namy­słem Tara­van­gian. - Musisz więc mieć dobre powody.

Gavi­lar zre­wi­do­wał swoją wcze­śniej­szą opi­nię. Mały król wciąż był kró­lem. Może spo­śród wszyst­kich dostoj­ni­ków obec­nych w mie­ście tego wie­czoru, on jeden mógł... w mini­mal­nym stop­niu... zro­zu­mieć cię­żar spo­czy­wa­jący na bar­kach czło­wieka ści­śnię­tego mię­dzy koroną a tro­nem.

- Nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo - powie­dział cicho Gavi­lar, wstrzą­śnięty wła­sną szcze­ro­ścią. - Dla tego kraju. Dla tego świata. Sta­ro­żytne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Tara­van­gian zmru­żył oczy.

- Musimy się oba­wiać nie tylko Spu­sto­sze­nia - mówił dalej Gavi­lar. - Oni nad­cho­dzą. Wieczna Burza. Noc Smut­ków.

Tara­van­gian, co zaska­ku­jące, pobladł.

Uwie­rzył. Gavi­lar zwy­kle czuł się głu­pio, kiedy pró­bo­wał wyja­śnić praw­dziwe zagro­że­nia, które poka­zał mu Ojciec Burz - walkę czem­pio­nów o los Rosharu. Mar­twił się, że ludzie uznają go za sza­leńca. Jed­nak ten męż­czy­zna... wie­rzył mu?

- Gdzie usły­sza­łeś te słowa? - spy­tał Tara­van­gian.

- Nie wiem, czy uwie­rzył­byś mi, gdy­bym ci powie­dział.

- A uwie­rzysz mnie? Przed dzie­się­cioma laty moją matkę zabiły guzy. Była kru­cha, leżała na swoim łożu, oto­czona wonią zbyt licz­nych per­fum, które miały stłu­mić smród śmierci. W ostat­nich chwi­lach swo­jego życia popa­trzyła na mnie... - Spoj­rzał Gavi­la­rowi w oczy. - I szep­nęła: "Stoję przed nim, ponad świa­tem, a on mówi prawdę. Nad­cho­dzi Spu­sto­sze­nie... Wieczna Burza. Noc Smut­ków". I ode­szła.

- Ja... sły­sza­łem o tym - przy­znał Gavi­lar. - Pro­ro­cze słowa umie­ra­ją­cych...

- A gdzie ty sły­sza­łeś te słowa? - W gło­sie Tara­van­giana brzmiało wręcz bła­ga­nie. - Pro­szę.

- Mam wizje - odparł szcze­rze Gavi­lar. - Dane mi od Wszech­moc­nego. Aby­śmy mogli się przy­go­to­wać. - Spoj­rzał w stronę mapy. - Jeśli Herol­do­wie pozwolą, zostanę osobą, którą muszę być, by powstrzy­mać to, co nad­cho­dzi...

Niech Ojciec Burz zoba­czy szcze­rość Gavi­lara. Na burze... nagle to poczuł. Sto­jąc tu z tym małym kró­lem, poczuł to. Ni­gdy wcze­śniej - przez cały czas - Gavi­lar nawet nie podej­rze­wał, że mógłby nie spro­stać zada­niu.

Może, pomy­ślał, powi­nie­nem zachę­cić Dali­nara, by wró­cił do ćwi­czeń. Przy­po­mnieć mu, że jest żoł­nie­rzem. Gavi­lar odniósł wra­że­nie, że wkrótce znów może potrze­bo­wać Czar­nego Cier­nia.

Ktoś zbliża się do two­ich drzwi, ostrzegł Ojciec Burz. Jedna ze słu­cha­czy, Esho­nai. W niej jest coś...

Jedna z Par­shen­dich? Gavi­lar otrzą­snął się. Ode­słał Tara­van­giana, Ama­rama i pozo­sta­łych, zado­wo­lony, że może pozbyć się dziw­nego sta­rego męż­czy­zny i jego prze­ni­kli­wych oczu. On podobno niczym się nie wyróż­niał. Czemu więc wytrą­cał Gavi­lara z rów­no­wagi?

Esho­nai weszła, kiedy Ama­ram prze­ka­zał jego zapro­sze­nie. Roz­mowa z par­sh­menką poszła gładko. Zma­ni­pu­lo­wał ją - a wobec tego i jej roda­ków - by przy­go­to­wać ich do roli, którą mieli ode­grać.

***

Gavi­lar poczuł znu­że­nie ucztą i kiedy pod­pi­sano trak­tat, udał się na spo­czy­nek w swo­ich kom­na­tach. Osu­nął się na głę­boki, miękki fotel obok bal­konu i wes­tchnął prze­cią­gle. Na początku kariery wodza nie pozwa­lał sobie na mięk­kość. Błęd­nie zakła­dał, że jeśli polubi coś mięk­kiego, sam sta­nie się miękki.

Czę­sty błąd męż­czyzn, któ­rzy chcieli robić wra­że­nie sil­nych. Roz­luź­nie­nie się nie było sła­bo­ścią. Ci, któ­rzy tak bar­dzo się tego bali, dawali dro­bia­zgom wła­dzę nad sobą.

Powie­trze przed nim zafa­lo­wało.

- Dzień bogaty w wyda­rze­nia - zauwa­żył Gavi­lar.

Tak.

- Jeden z wielu - mówił dalej. - Wkrótce zor­ga­ni­zuję kolejną wyprawę na Strza­skane Rów­niny. Możemy wyko­rzy­stać nowy trak­tat, by zażą­dać prze­wod­ni­ków, któ­rzy popro­wa­dzą nas w stronę środka. W stronę Uri­thiru.

Ojciec Burz nie odpo­wie­dział. Gavi­lar nie był pewien, czy spren rze­czy­wi­ście nabrał ludz­kich nawy­ków. Dziś jed­nak... ta odwró­cona postawa, którą suge­ro­wało znie­kształ­ce­nie powie­trza... to mil­cze­nie...

- Żału­jesz, że mnie wybra­łeś?

Żałuję spo­sobu, w jaki cię trak­to­wa­łem. Nie powi­nie­nem być tak ustę­pliwy. To cię roz­le­ni­wiło.

- To jest roz­le­ni­wie­nie? - Gavi­lar zmu­sił się do mówie­nia roz­ba­wio­nym tonem, by ukryć iry­ta­cję.

Nie sza­nu­jesz pozy­cji, jaką pra­gniesz osią­gnąć. Czuję... że nie jesteś czem­pio­nem, któ­rego potrze­buję. Może... przez ten cały czas się myli­łem.

- Powie­dzia­łeś, że dosta­łeś zada­nie zna­le­zie­nia czem­piona. Od Honoru.

To prawda. Nie mówię w ludzki spo­sób. Ale mimo wszystko, jeśli zosta­niesz Herol­dem, mię­dzy Powro­tami będziesz tor­tu­ro­wany. Dla­czego cię to nie mar­twi?

Gavi­lar wzru­szył ramio­nami.

- Po pro­stu się pod­dam.

Co takiego?

- Pod­dam się. - Gavi­lar pod­niósł się ciężko z fotela. - Czemu dawać się drę­czyć i być może osza­leć? Za każ­dym razem się pod­dam i od razu powrócę.

Herol­do­wie zostają w Potę­pie­niu, by powstrzy­mać Pust­kow­ców. Unie­moż­li­wić im zapa­no­wa­nie nad świa­tem. Oni...

- Herol­do­wie są dzie­się­cioma głup­cami - wyja­śnił Gavi­lar i nalał sobie wina z karafki sto­ją­cej w pobliżu bal­konu. - Skoro nie mogę umrzeć, zostanę naj­więk­szym kró­lem, jakiego znał świat. Czemu miał­bym trzy­mać w ukry­ciu swoją wie­dzę i zdol­no­ści przy­wód­cze?

Żeby powstrzy­mać wojnę.

- A czemu miał­bym powstrzy­mać wojnę? - spy­tał ze szcze­rym roz­ba­wie­niem. - Wojna jest drogą do chwały, do wyszko­le­nia naszych żoł­nie­rzy, by odbili Sale Spo­koju. Moje oddziały powinny mieć doświad­cze­nie, nie sądzisz? - Odwró­cił się do falo­wa­nia i napił poma­rań­czo­wego wina. - Nie boję się tych Pust­kow­ców. Niech zostaną i wal­czą. Jeśli się odra­dzają, to ni­gdy nie zabrak­nie nam wro­gów do zabi­cia.

Ojciec Burz nie odpo­wie­dział. A Gavi­lar znów pró­bo­wał wyczy­tać coś z postawy istoty. Czy Ojciec Burz był z niego dumny? Gavi­lar uznał to za ele­ganc­kie roz­wią­za­nie i dzi­wiło go, dla­czego Herol­do­wie ni­gdy o nim nie pomy­śleli. Może byli tchó­rzami.

Ach, Gavi­la­rze. Widzę, gdzie popeł­ni­łem błąd. Całe twoje reli­gijne wycho­wa­nie... stwo­rzone z kłamstw o Aha­rie­tiam i ułom­no­ści samego Honoru... popchnęło cię w stronę takiego wnio­sku.

A niech to Potę­pie­nie. Ojciec Burz nie był zado­wo­lony. Gavi­lar nagle poczuł, że to strasz­li­wie nie­spra­wie­dliwe. Oto pił tę kosz­marną namiastkę wina, by prze­strze­gać absur­dal­nego Kodeksu - skła­dał każdą moż­liwą ofiarę, by oka­zać poboż­ność - a jed­nak to nie wystar­czało?

- W jaki spo­sób mogę słu­żyć? - spy­tał.

Nie rozu­miesz. To nie są Słowa, Gavi­la­rze.

- W takim razie jakie są te burzowe słowa?! - Gwał­tow­nym ruchem opu­ścił kubek na stół, aż ten się roz­trza­skał, a wino zachla­pało ścianę. - Chcesz, żebym oca­lił tę pla­netę? To mi pomóż! Powiedz mi, co mówię nie tak!

Nie cho­dzi o to, co mówisz.

- Ale...

Nagle Ojciec Burz zafa­lo­wał. Jego migo­czącą syl­wetkę wypeł­niło świa­tło i zalało kom­natę Gavi­lara ostrym bla­skiem. Dywan nabrał nie­bie­skiego odcie­nia, a czy­ste świa­tło odbi­jało się od szkla­nych drzwi bal­konu.

I wtedy Ojciec Burz krzyk­nął. Gło­sem jak dud­nie­nie grzmotu, peł­nym udręki.

- Co takiego? - Gavi­lar się cof­nął. - Co się stało?

Herold... Herold umarł... Nie. Nie jestem gotów... Pakt Przy­sięgi... Nie! Nie mogą zoba­czyć. Nie mogą się dowie­dzieć...

- Umarł? Umarł. Mówi­łeś, że oni już są mar­twi! Mówi­łeś, że są w Potę­pie­niu!

Ojciec Burz zafa­lo­wał i z migo­tli­wego bla­sku wyło­niła się twarz. Para oczu, jak luki w burzy, wokół któ­rych wiro­wały chmury pro­wa­dzące w głąb.

- Kła­ma­łeś. Kła­ma­łeś?

Och, Gavi­la­rze. Tak wiele nie wiesz. Tak wiele zakła­dasz. A te dwie rze­czy ni­gdy się nie zetkną. Jak drogi pro­wa­dzące do dwóch prze­ciw­nych miast.

Wyda­wało się, że te oczy przy­cią­gają Gavi­lara, przy­tła­czają go, pochła­niają. On... widział burze, nie­koń­czące się burze, a świat był tak kru­chy. Malutka błę­kitna plamka na nie­skoń­czo­nym czar­nym płót­nie.

Ojciec Burz mógł kła­mać?

- Resta­res - szep­nął Gavi­lar. - Czy on... rze­czy­wi­ście jest Herol­dem?

Tak.

Gavi­la­rowi zro­biło się zimno, jakby stał w samym środku arcy­bu­rzy, a lód prze­ni­kał przez jego skórę. Szu­kał jego serca. Te oczy...

- Kim jesteś? - szep­nął chra­pli­wie.

Naj­więk­szym głup­cem z nich wszyst­kich. ŻEGNAJ, GAVI­LA­RZE. MIGNĘŁO MI PRZED OCZAMI TO, CO NAD­CHO­DZI. NIE ZAPO­BIE­GNĘ TEMU.

- Co? - spy­tał ostro Gavi­lar. - Co nad­cho­dzi?

TWOJE DZIE­DZIC­TWO.

Drzwi otwarły się gwał­tow­nie. Sadeas, czer­wony na twa­rzy z wysiłku.

- Skry­to­bójca. - Gestem wezwał do środka Tearima, wciąż w Pan­ce­rzu. - Kie­ruje się w tę stronę, zabija straż­ni­ków. Musisz wło­żyć zbroję. Teari­mie, zdej­muj ją. Musimy ochro­nić króla.

Gavi­lar spoj­rzał na niego w oszo­ło­mie­niu.

I nagle dotarło do niego jedno słowo.

Skry­to­bójca.

Zosta­łem zdra­dzony, pomy­ślał, i odkrył, że wcale go to nie dziwi. Jedno z nich musiało w końcu po niego przyjść.

Ale które?

- Gavi­la­rze! - krzyk­nął Sadeas. - Musisz wło­żyć zbroję. Skry­to­bójca się zbliża.

- Tearim może z nim wal­czyć, Torolu. Czymże jest jeden skry­to­bójca?

- Ten zabił już dzie­siątki. Sądzę, że na wszelki wypa­dek powi­nie­neś wło­żyć Pan­cerz. Mógł­byś wziąć mój, ale moi zbroj­mi­strze dopiero tu idą.

- Zabra­łeś zbroję na ucztę?

- Oczy­wi­ście, że tak. Nie ufam tym Par­shen­dim. Powi­nie­neś mnie naśla­do­wać. Zbyt wiel­kie zaufa­nie kie­dyś cię zabije.

Z pew­nej odle­gło­ści dobie­gły krzyki. Tearim, jak zawsze lojalny, zaczął zdej­mo­wać Pan­cerz, by Gavi­lar mógł go wło­żyć.

- Za wolno - stwier­dził Sadeas. - Musimy kupić tro­chę czasu. Daj mi swoją szatę.

Gavi­lar zawa­hał się i spoj­rzał przy­ja­cie­lowi w oczy.

- Zro­bił­byś to?

- Wło­ży­łem zbyt wiele wysiłku, by posa­dzić cię na tym tro­nie, Gavi­la­rze - powie­dział ponuro Sadeas. - Nie pozwolę, żeby to się zmar­no­wało.

- Dzię­kuję.

Sadeas wzru­szył ramio­nami i wło­żył szatę, pod­czas gdy Tearim poma­gał Gavi­la­rowi z Pan­ce­rzem. Kim­kol­wiek był ten skry­to­bójca, z pew­no­ścią nie dorówna Odpry­sko­wemu.

Gavi­lar spoj­rzał w stronę, gdzie wcze­śniej znaj­do­wał się Ojciec Burz - ale migo­ta­nie znik­nęło.

Spreny nie potra­fiły kła­mać. Nie potra­fiły. Dowie­dział się tego... od Ojca Burz.

Krwi ojców moich, pomy­ślał Gavi­lar, gdy Pan­cerz zatrza­snął się wokół jego nóg. W czym jesz­cze mnie okła­mał?

***

Gavi­lar spa­dał.

A spa­da­jąc, wie­dział, że już po wszyst­kim. To jego koniec.

Dzie­dzic­two utra­cone. Skry­to­bójca, który poru­szał się z nie­ziem­ską gra­cją, cho­dził po ścia­nach i sufi­cie, wła­da­jąc Świa­tłem wypły­wa­ją­cym z burz.

Gavi­lar ude­rzył o zie­mię - oto­czony reszt­kami bal­konu - i jego pole widze­nia wypeł­niła biel. Nie czuł bólu. To był bar­dzo zły znak. Tha­ida­kar, pomy­ślał, kiedy sta­nęła przed nim postać ukryta w mroku nocy. Tylko Tha­ida­kar mógł wysłać skry­to­bójcę zdol­nego do cze­goś takiego.

Gavi­lar zakasz­lał, kiedy postać pochy­liła się nad nim.

- Spo­dzie­wa­łem... się... cie­bie.

Skry­to­bójca ukląkł obok niego, choć Gavi­lar widział tylko cie­nie. Póź­niej... skry­to­bójca - zro­bił coś, czego Gavi­lar nie dostrzegł - znów zapło­nął bla­skiem jak kula.

- Możesz powie­dzieć... Tha­ida­ka­rowi... że jest za późno...

- Nie wiem, kto to - powie­dział zabójca tak nie­wy­raź­nie, że jego słowa były led­wie zro­zu­miałe. Męż­czy­zna wycią­gnął rękę w bok, przy­zy­wa­jąc Ostrze Odpry­sku.

To już koniec. Za skry­to­bójcą poja­wiła się poświata, aure­ola migo­tli­wego bla­sku. Ojciec Burz.

Nie spo­wo­do­wa­łem tego, powie­dział Ojciec Burz w jego gło­wie. Nie wiem, czy przy­nie­sie ci to spo­kój w ostat­nich chwi­lach życia.

Ale...

- To kto...? - wykrztu­sił Gavi­lar. - Resta­res? Sadeas? Ni­gdy nie sądzi­łem...

- Moimi panami są Par­shendi - powie­dział skry­to­bójca.

Gavi­lar zamru­gał i znów sku­pił wzrok na męż­czyź­nie, kiedy w jego dłoni poja­wiło się ostrze. Na burze... to było Ostrze Honoru Jezriena, czyż nie? Co się działo?

- Par­shendi? To nie ma sensu.

To moja porażka na równi z twoją. Jeśli znów spró­buję, zro­bię to ina­czej. Myśla­łem... twoja rodzina...

Jego rodzina. W tej chwili Gavi­lar dostrzegł, jak jego dzie­dzic­two się roz­pada. Umie­rał.

Na burze. Umie­rał. Czy cokol­wiek miało jesz­cze zna­cze­nie? Nie mógł. Nie mógł...

Miał być wieczny...

Zapro­si­łem wroga z powro­tem, uświa­do­mił sobie. Nad­cho­dzi koniec. A moja rodzina, moje kró­le­stwo zostaną znisz­czone i nie będą mieli jak wal­czyć. Chyba że...

Drżącą ręką wycią­gnął z kie­szeni kulę. Broń. Potrze­bo­wali jej. Jego syn... Nie, jego syn nie pora­dziłby sobie z taką mocą... Potrze­bo­wali wojow­nika. Praw­dzi­wego wojow­nika. Tego, któ­rego Gavi­lar sta­rał się ze wszyst­kich sił poskro­mić, ze stra­chu, do któ­rego nie chciał się przy­znać, nawet w ostat­nich chwi­lach życia.

Dali­nar. Niech burze mają nad nimi litość, wszystko spro­wa­dzało się do Dali­nara.

Wycią­gnął kulę w stronę Ojca Burz. Wszystko się roz­my­wało. Myśle­nie... było... trudne.

- Musisz to zabrać - szep­nął Gavi­lar do Ojca Burz. - Oni nie mogą tego dostać. Powiedz... powiedz mojemu bratu... musi odna­leźć naj­waż­niej­sze słowa, jakie może wypo­wie­dzieć czło­wiek...

Nie, powie­dział Ojciec Burz, choć jakaś dłoń wzięła kulę. Nie on. Przy­kro mi, Gavi­la­rze. Raz popeł­ni­łem ten błąd. Ni­gdy wię­cej nie zaufam two­jej rodzi­nie.

Gavi­lar jęk­nął z bólu, nie ciała, lecz duszy. Zawiódł. Spro­wa­dził zagładę na nich wszyst­kich. To wła­śnie, uświa­do­mił sobie z prze­ra­że­niem, będzie jego dzie­dzic­twem.

W końcu Gavi­lar Kho­lin, dzie­dzic Herol­dów, umarł. Jak prę­dzej czy póź­niej każdy czło­wiek.

Samot­nie.

1. Nieznany teren

Powin­nam wie­dzieć, że jestem obser­wo­wana. Znaki były obecne przez całe moje życie.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy, s. 1

Kala­din czuł się dobrze.

Nie wspa­niale. Nie po tygo­dniach, pod­czas któ­rych ukry­wał się w zaję­tym mie­ście. Nie po tym, jak dopro­wa­dził się do fizycz­nego i emo­cjo­nal­nego wyczer­pa­nia. Nie po tym, co stało się z Teftem.

Stał przy oknie pierw­szego ranka mie­siąca. Słońce wpa­dało wokół niego do kom­naty, a podmu­chy wia­tru poru­szały jego wło­sami. Nie powi­nien czuć się dobrze. Tak, pomógł ochro­nić Uri­thiru - ale to zwy­cię­stwo miało bole­śnie wysoką cenę. Poza tym Dali­nar zawarł układ z wro­giem - za zale­d­wie dzie­sięć dni czem­pion Honoru i czem­pion Odium zade­cy­dują o losie całego Rosharu.

Skala tego była prze­ra­ża­jąca, a mimo to Kala­din ustą­pił ze sta­no­wi­ska przy­wódcy Wia­tro­wych. Wypo­wie­dział wła­ściwe Słowa, ale uświa­do­mił sobie, że same Słowa nie wystar­czą. Choć Burzowe Świa­tło natych­miast ule­czyło jego ciało, dusza potrze­bo­wała czasu. Gdyby więc doszło do bitwy, jego przy­ja­ciele musie­liby wal­czyć bez niego. A kiedy czem­pioni spo­tkają się za dzie­sięć dni - dzie­więć, bo pierw­szy już trwał - na szczy­cie Uri­thiru, Kala­din nie będzie w tym uczest­ni­czył.

To powinno zmie­nić go w prze­peł­niony nie­po­ko­jem kłę­bek ner­wów. Tym­cza­sem odchy­lił głowę i czu­jąc cie­pło słońca na skó­rze, przy­znał, że choć nie czuł się wspa­niale, pew­nego dnia to nastąpi.

Na razie mu to wystar­czyło.

Odwró­cił się i pod­szedł do szafy, po czym zaczął prze­glą­dać sterty codzien­nych ubrań, upra­nych i dostar­czo­nych tego ranka. Mia­sto zostało uwol­nione zale­d­wie przed dwoma dniami, a wkrótce miał się zade­cy­do­wać los świata, ale praczki z Uri­thiru nie próż­no­wały. Żadne z ubrań mu się nie spodo­bało i po chwili spoj­rzał na inną moż­li­wość - mun­dur przy­słany przez kwa­ter­mi­strza, by zastą­pił ten, który Kala­din znisz­czył w cza­sie walki. Ley­ten miał cały wie­szak w roz­mia­rze Kala­dina.

Poprzed­niego wie­czoru, po pogrze­bie Tefta, Kala­din na próbę przy­mo­co­wał mun­dur do ściany za pomocą Wią­za­nia. Uri­thiru się prze­bu­dziło, miało wła­snego Kowala Więzi, przez co wszystko... wyglą­dało ina­czej. Jego Wią­za­nia zwy­kle wytrzy­my­wały naj­wy­żej dzie­sięć minut - to jed­nak wciąż trwało, po upły­wie dobrych dzie­się­ciu godzin.

Syl zaj­rzała do jego kom­naty - wsu­nęła głowę obok wiszą­cej zasłony - zupeł­nie nie zwra­ca­jąc przy tym uwagi na jego pry­wat­ność. Dziś była wiel­ko­ści czło­wieka i miała na sobie havah zamiast zwy­cza­jo­wej dziew­czę­cej sukienki. Nie­dawno nauczyła się nada­wać kolor swoim ubra­niom, w tym przy­padku były to ciem­niej­sze odcie­nie nie­bie­skiego z dodat­kiem jaskra­wo­fio­le­to­wych haftów wokół ręka­wów.

Kiedy Kala­din zapiął ostatni guzik na wyso­kim koł­nie­rzu kurtki mun­du­ro­wej, Syl pod­bie­gła i sta­nęła za nim. Następ­nie unio­sła się mniej wię­cej stopę nad zie­mią, by spoj­rzeć mu ponad ramie­niem i przyj­rzeć się jego odbi­ciu w lustrze.

- Nie możesz dowol­nie zmie­niać roz­miaru? - spy­tał, popra­wia­jąc man­kiety.

- W roz­sąd­nych gra­ni­cach.

- Czy­jego roz­sądku?

- Nie mam poję­cia. Raz pró­bo­wa­łam stać się wielka jak góra. Wyma­gało to dużo chrzą­ka­nia i myśle­nia jak skały. Naprawdę wiel­kie skały. Naj­więk­szym, co mi się udało, była bar­dzo mała góra... na tyle mała, że zmie­ści­łaby się w tej kom­na­cie, a jej szczyt ocie­rałby się o sufit.

- To zna­czy, że mogła­byś być dość wysoka, by góro­wać nade mną. Dla­czego zwy­kle jesteś niż­sza?

- Wydaje mi się to wła­ściwe.

- W ten spo­sób wyja­śniasz nie­mal wszystko.

- Tak! - Szturch­nęła go. Led­wie to poczuł. Nawet tej wiel­ko­ści, w Kra­inie Mate­rii była nie­mal nie­ma­te­rialna. - Mun­dur? Myśla­łam, że już nie będziesz ich nosił.

Zawa­hał się, po czym obcią­gnął kurtkę, by wygła­dzić zagnie­ce­nia na bokach.

- Wydaje mi się to wła­ściwe - przy­znał, patrząc w oczy jej odbi­ciu.

Uśmiech­nęła się. A on, niech go burza, nie mógł się powstrzy­mać i odpo­wie­dział tym samym.

- Ktoś ma dobry dzień. - Znów go szturch­nęła.

- Zadzi­wia­jąco. Bio­rąc pod uwagę wszystko.

- Przy­naj­mniej wojna pra­wie się skoń­czyła. Jesz­cze jedna walka. Dzie­więć dni.

Prawda. Jeśli Dali­nar zwy­cięży, Odium zgo­dził się wyco­fać z Ale­th­karu i Her­dazu - choć miał zacho­wać inne zie­mie, nad któ­rymi pano­wał, jak Iri i Jah Keved. Jeśli Odium zwy­cięży, musieli oddać wro­gowi Ale­th­kar i Her­daz. Ale była też wyż­sza cena. Gdyby Dali­nar prze­grał, musiałby dołą­czyć do Odium, stać się Sto­pio­nym i pomóc w pod­boju cosmere. Kala­din chciał wie­rzyć, że Świe­tli­ści nie podążą za nim, ale nie był pewien. Tak wielu ludzi tęsk­niło za wojną, nawet bez wpły­wów Nie­stwo­rzo­nego. Na burze, on też to czuł.

- Syl. - Spo­chmur­niał. - Jestem pewien, że zgi­nie jesz­cze wię­cej ludzi. Może takich, któ­rzy są dla mnie ważni, a mnie nie będzie tutaj, by im pomóc. Dali­nar będzie musiał wybrać kogoś innego jako swo­jego czem­piona i...

- Kala­di­nie Burzą Bło­go­sła­wiony. - Wznio­sła się wyżej w powie­trze i zało­żyła ręce na piersi. Choć miała na sobie modną havah, jej roz­pusz­czone nie­bie­sko-białe włosy swo­bod­nie uno­siły się i falo­wały na wie­trze. Na... nie­ist­nie­ją­cym wie­trze. - Ani mi się waż wpę­dzić się w żało­sny nastrój.

- Albo co?

- Albo będę robiła głu­pie miny - zagrzmiała. - Jak tylko ja potra­fię.

- One nie są głu­pie. - Zadrżał.

- Są prze­za­bawne.

- Ostat­nim razem spra­wi­łaś, że z czoła wyro­sła ci macka.

- Naczelny komizm.

- A póź­niej mnie nią spo­licz­ko­wa­łaś.

- Ude­rza­jąca puenta. To prze­cież oczy­wi­ste. Na świe­cie jest tylu ludzi, a ja wybra­łam takiego, który nie rozu­mie wyra­fi­no­wa­nego dow­cipu.

Spoj­rzał jej w oczy, a jej uśmiech wciąż był burzowo zaraź­liwy.

- Rze­czy­wi­ście czuję cie­pło na myśl, że w końcu zro­zu­mia­łem kilka rze­czy. Zrzu­ci­łem cię­żar z bar­ków i wysze­dłem z cie­nia. Wiem, że ciem­ność powróci, ale myślę... myślę, że będę pamię­tał lepiej niż wcze­śniej.

- Pamię­tał o czym?

Przy­wią­zał się do góry i uno­sił, aż popa­trzył jej pro­sto w oczy.

- Że takie dni też ist­nieją.

Poki­wała głową.

- Żałuję, że nie mogę poka­zać tego Teftowi. Czuję jego stratę jak ranę we wła­snym ciele, Syl.

- Wiem - powie­działa łagod­nie.

Gdyby była ludzką przy­ja­ciółką, mogłaby zapro­po­no­wać przy­tu­le­nie. Wyda­wało się jed­nak, że Syl nie rozu­miała fizycz­no­ści tak jak ludzie, choć tam, gdzie się uro­dziła - w Cie­nio­mo­rzu, Kra­inie Umy­słu - miała mate­rialne ciało. Wyczu­wał, że nie spę­dzała dużo czasu po tam­tej stro­nie. Ta kra­ina jej paso­wała.

Kala­din opadł na zie­mię i pod­szedł znów do okna, by poczuć pro­mie­nie słońca. Na zewnątrz widział pokryte śnie­giem szczyty gór. Wiatr niósł świeżą woń czy­stego, rześ­kiego powie­trza, jak rów­nież stadko wia­tro­spre­nów. W tym te, które two­rzyły jego pan­cerz i go okrą­żały. Trzy­mały się bli­sko, na wypa­dek gdyby były potrzebne.

Na burze, w tak krót­kim cza­sie prze­żył tak wiele. Czuł echo gniewu, który pochło­nął go nie­mal cał­ko­wi­cie po śmierci Tefta. I jesz­cze gor­sze uczu­cie pustki, kiedy spa­dał...

Mroczne dni.

Ale dni takie jak ten też ist­niały.

A on zamie­rzał o tym pamię­tać.

Spreny jego zbroi wypa­dły ze śmie­chem przez okno, ale wiatr pozo­stał, bawiąc się jego wło­sami. Póź­niej się uspo­koił, na­dal wiał w jego stronę, ale nie był już roz­ba­wiony, bar­dziej... pełen namy­słu. Przez całe życie wiatr mu towa­rzy­szył. Znał go tak, jak znał mia­steczko, w któ­rym się uro­dził, albo swoją rodzinę. Był zna­jomy.

Kala­di­nie...

Pod­sko­czył i spoj­rzał na Syl, która krą­żyła po kom­na­cie, na poły tań­cząc, na poły spa­ce­ru­jąc, z zamknię­tymi oczami - jakby poru­szała się w rytm nie­sły­szal­nej melo­dii.

- Syl... - ode­zwał się. - Wypo­wie­dzia­łaś moje imię?

- Hę? - Otwo­rzyła oczy.

Kala­di­nie...

Na burze. Znowu.

Potrze­buję two­jej pomocy. Tak mi przy­kro... że pro­szę cię o wię­cej...

Kala­din odwró­cił się do Syl.

- Powiedz mi, że to sły­szysz.

- Czuję... - Prze­chy­liła głowę. - Coś czuję. Na wie­trze.

- To do mnie mówi. - Uniósł dłoń do głowy.

Nad­cho­dzi burza, Kala­di­nie, szep­tał wiatr. Naj­gor­sza burza... Przy­kro mi...

Znik­nęło.

- Co sły­sza­łeś? - spy­tała Syl.

- Ostrze­że­nie. - Zmarsz­czył czoło. - Syl, czy wiatr... jest żywy?

- Wszystko jest żywe.

Wyj­rzał na zewnątrz, cze­ka­jąc na powrót głosu. Nie zro­bił tego. Był jedy­nie rześki wiatr - choć teraz nie wyda­wał się spo­kojny.

Teraz spra­wiał wra­że­nie, jakby na coś cze­kał.

***

Shal­lan została na szczy­cie Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści, wiel­kiej for­tecy honor­spre­nów, roz­my­śla­jąc o wszyst­kich ludziach, któ­rymi była. Spo­so­bie, w jaki się zmie­niała, zależ­nie od per­spek­tywy.

Zaiste, w życiu cho­dziło głów­nie o per­spek­tywę.

Jak ta dziwna kon­struk­cja - pusty, pro­sto­kątny blok wysoki na setki stóp i domi­nu­jący nad kra­jo­bra­zem Cie­nio­mo­rza. Ludzie - spreny - żyli na wewnętrz­nej stro­nie murów i cho­dzili po nich, igno­ru­jąc kon­wen­cję cią­że­nia. Patrze­nie z góry wzdłuż jed­nej z wewnętrz­nych ścian mogło dopro­wa­dzić do mdło­ści, o ile nie zmie­niło się per­spek­tywy. O ile nie prze­ko­nało się samego sie­bie, że cho­dze­nie w górę i w dół po tej ścia­nie to coś nor­mal­nego. To, czy ktoś był silny, czy słaby, zwy­kle nie było przed­mio­tem debaty, ale jeśli samo cią­że­nie mogło być dys­ku­syjne...

Odwró­ciła się od serca Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści i ruszyła wzdłuż szczytu ściany. Spo­glą­dała na zewnątrz na Cie­nio­mo­rze - falu­jący ocean pacior­ków z jed­nej strony, poszar­pane obsy­dia­nowe wyżyny - poro­śnięte kry­sta­licz­nymi drze­wami - z dru­giej. Na ścia­nie obok niej jesz­cze bar­dziej onie­śmie­la­jący widok - dwa spreny z gło­wami z geo­me­trycz­nych linii, każdy w sza­cie ze zbyt sztyw­nego, błysz­czą­cego czar­nego mate­riału.

Dwa spreny.

Zwią­zała się z dwoma. Z jed­nym w dzie­ciń­stwie. Z dru­gim w doro­sło­ści. Skrzyw­dziła pierw­szego i stłu­miła to wspo­mnie­nie.

Shal­lan uklę­kła przed Testa­ment, jej pierw­szym spre­nem. Zagad­kowa sie­działa odwró­cona ple­cami do kamien­nej balu­strady. Linie i wzór, które two­rzyły jej głowę, były powy­krzy­wiane jak poła­mane gałązki. W środku były podra­pane i szorst­kie, jakby ktoś zaata­ko­wał je nożem. Co bar­dziej cha­rak­te­ry­styczne, jej wzór nie­mal znie­ru­cho­miał.

Głowa sto­ją­cego obok Wzoru pul­so­wała w oży­wio­nym ryt­mie - nie­ustan­nie się poru­szała, two­rząc nowe geo­me­tryczne sym­bole. Porów­ny­wa­nie tej dwójki łamało serce Shal­lan. Ona zro­biła to Testa­ment, kiedy odrzu­ciła więź po tym, jak wyko­rzy­stała Ostrze Odpry­sku, by zabić matkę.

Testa­ment wycią­gnęła dłoń o dłu­gich pal­cach, a Shal­lan przy­jęła ją z bólem. Uścisk był deli­katny, ale Shal­lan odnio­sła wra­że­nie, że Testa­ment nie miała wię­cej siły. Reago­wała na bycie mar­two­oką ina­czej niż Maya, która stała w pobliżu z Ado­li­nem i Kele­kiem. Maya, choć mar­two­oka, zawsze wyda­wała się silna fizycz­nie. Naj­wy­raź­niej spreny zała­my­wały się w różny spo­sób. Zupeł­nie jak ludzie.

Testa­ment ści­snęła dłoń Shal­lan, a nie­mrawe poru­sze­nia jej linii niczego nie zdra­dzały.

- Dla­czego? - spy­tała Shal­lan. - Dla­czego nie czu­jesz do mnie nie­na­wi­ści?

Wzór poło­żył dłoń na ramie­niu Shal­lan.

- Oboje wie­dzie­li­śmy, że ponowne zwią­za­nie się z ludźmi ozna­cza nie­bez­pie­czeń­stwo, ofiarę.

- Skrzyw­dzi­łam ją.

- A jed­nak tu jesteś. Sto­isz wypro­sto­wana. Umiesz pano­wać nad Mocami. Możesz ochro­nić ten świat.

- Powinna mnie nie­na­wi­dzić - szep­nęła Shal­lan. - Ale w spo­so­bie, w jaki trzyma mnie za rękę, nie ma zło­ści. Ani osądu w tym, że trzyma się bli­sko nas.

- Bo ofiara była coś warta, Shal­lan - powie­dział Wzór z nie­ty­pową dla sie­bie rezerwą. - Udało się. W końcu doszłaś do sie­bie, pora­dzi­łaś sobie lepiej. Wciąż tu jestem. I, jak warto zauwa­żyć, nie jestem nawet odro­binę mar­twy! W ogóle nie myślę, że mnie zabi­jesz, Shal­lan! Cie­szy mnie to.

- Czy mogę ją uzdro­wić? Może gdy­bym... gdy­bym znów się z nią zwią­zała?

- Myślę, po roz­mo­wie z Kele­kiem... - zaczął Wzór. - Myślę, że wciąż jesteś z nią zwią­zana.

- Ale... - Shal­lan obej­rzała się na niego przez ramię. - Zerwa­łam więź. A to dopro­wa­dziło do tego.

- Nie­które zerwa­nia są nie­chlujne. Cię­cie ostrym nożem jest czy­ste, cię­cie tępym jest poszar­pane. Twoje zerwa­nie, do któ­rego dopro­wa­dzi­łaś jako dziecko bez peł­nej Inten­cji, jest poszar­pane. W pew­nym sen­sie tak jest jesz­cze gorzej, ale to zna­czy, że pozo­stał mię­dzy wami pewien Zwią­zek.

- Czyli...

- Czyli nie. Nie sądzę, by powtórne wypo­wie­dze­nie Słów ją uzdro­wiło. - Wzór jego głowy poru­szał się nieco wol­niej, jakby roz­wa­żał coś głę­bo­kiego. - Te liczby są... zbi­ja­jące z tropu, Shal­lan. Dziw­nie irra­cjo­nalne, w sekwen­cji, któ­rej nie poj­muję. To zna­czy... to zna­czy, że poru­szamy się po nie­zna­nym tere­nie. Lep­sza meta­fora dla cie­bie. Tak. Nie­znany teren. W dale­kiej prze­szło­ści mar­two­ocy nie ist­nieli.

Tego się dowie­dzieli, czę­ściowo, od honor­spre­nów i Mai. Mar­two­ocy - wszy­scy poza Testa­ment - byli zwią­zani ze sta­ro­żyt­nymi Świe­tli­stymi przed Odstęp­stwem. Razem odrzu­cili przy­sięgi, ludzie i spreny. Myśleli, że dopro­wa­dzi to do bole­snego, ale moż­li­wego do prze­ży­cia roz­sta­nia. Tym­cza­sem coś poszło bar­dzo nie tak.

Efek­tem byli mar­two­ocy. Wyja­śnie­nie mogło wią­zać się z Kele­kiem, tą wła­śnie osobą, w celu zabi­cia któ­rej Shal­lan została wysłana do Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści. Ści­snęła dłoń Testa­ment.

- Pomogę ci - szep­nęła. - Za wszelką cenę.

Testa­ment nie odpo­wie­działa, ale Shal­lan pochy­liła się i objęła Zagad­kową. Szaty Wzoru zawsze robiły wra­że­nie twar­dych, ale te nale­żące do Testa­ment ugi­nały się jak tka­nina.

- Dzię­kuję. Za to, że przy­szłaś do mnie, kiedy byłam dziec­kiem. Dzię­kuję, że mnie ochro­ni­łaś. Na­dal nie pamię­tam wszyst­kiego, ale dzię­kuję.

Zagad­kowa powoli, ale celowo oto­czyła Shal­lan ramio­nami i uści­snęła ją.

- Odpocz­nij. - Shal­lan otarła oczy i wstała. - Ja coś wymy­ślę.

2. Zrobić kolejny krok

Wiatr pozna­łam z początku jako dziecko, w cza­sach zanim pozna­łam marze­nia. Po cóż dzie­ciom marze­nia lub aspi­ra­cje? One żyją i kochają życie, które jest.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy, s. 3

Syl w końcu wyszła z kom­naty Kala­dina do miesz­ka­nia jego rodziny. On sam stał w pro­mie­niach słońca i na wie­trze, bo czemu nie? Świa­tło było tu nie­ustan­nie odna­wiane, a trzy­ma­nie nowego Świa­tła wieży nie popy­chało go do dzia­ła­nia jak Burzowe Świa­tło. Wręcz prze­ciw­nie, trzy­ma­nie go... uspo­ka­jało.

Mimo to, kiedy ze środka dobiegł hałas, Kala­din pod­sko­czył, a wokół niego poja­wiły się wstrzą­so­spreny, jak pęka­jące żółte trój­kąty. Jed­nakże kiedy dotarł do drzwi, oka­zało się, że to tylko jego młod­szy bra­ci­szek, Oro­den, kla­skał. Kala­din uspo­koił bijące szybko serce. Od nie­dawna prze­sad­nie reago­wał na gło­śne dźwięki - rów­nież takie, które po zasta­no­wie­niu nie ozna­czały żad­nego zagro­że­nia.

Wiatr nie powie­dział nic wię­cej, więc Kala­din wyszedł powoli do naj­więk­szej kom­naty, gdzie Oro­den bawił się kloc­kami. Syl dołą­czyła do niego. Choć mogła uczy­nić się nie­wi­dzialną, rzadko robiła to w obec­no­ści jego rodziny. W rze­czy samej, poprzed­niego wie­czoru usta­lili nową zasadę - kiedy jej ubra­nie miało kolo­rowe akcenty, jak fio­let na ręka­wach, zna­czyło to, że jest widzialna dla innych. Kiedy było w cało­ści jasno­nie­bie­skie, tylko on ją widział.

- Gaga­din! - Chłop­czyk poka­zał na niego. - Ty potrze­buje locki!

W tym przy­padku "ty" ozna­czało samego Oro­dena - który zauwa­żył, że wszy­scy zwra­cali się do niego "ty". Kala­din uśmiech­nął się i za pomocą Świa­tła spra­wił, że klocki zaczęły uno­sić się w powie­trzu. Syl skur­czyła się i prze­ska­ki­wała w powie­trzu z klocka na klo­cek, a Oro­den pró­bo­wał w nie tra­fić.

Co ja robię? - pomy­ślał Kala­din. Zbliża się walka o losy świata, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel nie żyje, a ja bawię się kloc­kami z młod­szym bra­tem?

W odpo­wie­dzi w jego wnę­trzu ode­zwał się zna­jomy głos.

Przyj­mij to, Kal. Korzy­staj z tego. Nie umar­łem po to, żebyś ty mógł roz­czu­lać się nad sobą jak mokry Rogo­żerca bez brzy­twy.

W prze­ci­wień­stwie do wia­tru to nie było nic mistycz­nego. Po pro­stu... cóż, Kala­din znał Tefta wystar­cza­jąco długo, by móc prze­wi­dzieć, co powie­działby męż­czy­zna. Nawet po śmierci dobry sier­żant znał swoje zada­nie - popy­chać ofi­ce­rów we wła­ści­wym kie­runku.

- Fyl! - Oro­den wska­zał Syl. - Fyl, pokreć fie!

Chło­piec zaczął się krę­cić, a ona dołą­czyła, wiru­jąc wokół niego. W powie­trzu poja­wiły się śmie­cho­spreny, jak sre­brzy­ste rybki. To była kolejna zmiana w wieży - spreny były wszę­dzie i poka­zy­wały się o wiele czę­ściej.

Kala­din usiadł na pod­ło­dze wokół uno­szą­cych się kloc­ków i poczuł się zmu­szony, by roz­wa­żyć swoją rolę. Nie zosta­nie czem­pio­nem Dali­nara i nie był już przy­wódcą mostu czwar­tego. Na waż­nych spo­tka­niach zastą­pił go Sig­zil.

Kim więc był?

Jesteś... - rzekł cicho ten sam głos. Jesteś tym, czego potrze­buję...

Natych­miast stał się czujny. Nie, nie wyobra­ził sobie tego.

Do środka weszła jego matka. Włosy upięła pod chustką, jak to zawsze robiła w Pale­ni­sku. Usia­dła obok niego, sprze­dała mu kuk­sańca i podała miskę z goto­wa­nym lawi­so­wym ziar­nem z pikant­nym mię­sem kraba. Kala­din posłusz­nie zaczął jeść. Jeśli ist­niała grupa bar­dziej wyma­ga­jąca niż sier­żanci, to były nią matki. Kiedy był młod­szy, taka uwaga wzbu­dzała jego zaże­no­wa­nie. Po latach, w cza­sie któ­rych oby­wał się bez niej, odkrył, że odro­bina mat­ko­wa­nia mu nie prze­szka­dza.

- Jak się czu­jesz? - spy­tała Hesina.

- Dobrze - odparł, prze­ły­ka­jąc lawis.

Wpa­trzyła się w niego.

- Naprawdę. Nie wspa­niale. Dobrze. Mar­twię się tym, co nad­cho­dzi.

Obok nich prze­le­ciał klo­cek, cią­gnąc za sobą Wie­żowe Świa­tło. Hesina ostroż­nie postu­kała w niego pal­cem, a wtedy pofru­nął przez kom­natę, wiru­jąc jed­no­cze­śnie.

- Czy one nie powinny... spaść?

- W końcu, może? - Wzru­szył ramio­nami. - Navani zro­biła coś dziw­nego z tym miej­scem. Jest cie­pło, ciśnie­nie się wyrów­nało i całe miej­sce jest... napeł­nione. Jak kula.

Z otwo­rów w ścia­nach na roz­kaz wypły­wała woda, a jej tem­pe­ra­turę można było zmie­niać gestem. Nagle te wszyst­kie dziwne zagłę­bie­nia i puste sadzawki w wieży nabrały sensu - nie miały urzą­dzeń kie­ru­ją­cych, bo uru­cha­miało się je, mówiąc albo doty­ka­jąc kamie­nia.

Syl wiro­wała z Oro­de­nem, aż chłopcu zakrę­ciło się w gło­wie, i zosta­wiła mu kilka kloc­ków dla odwró­ce­nia uwagi. Znów uro­sła i padła na plecy obok Kala­dina i Hesiny, a jej twarz pokry­wało coś, co naśla­do­wało pot. Kala­din dostrzegł nowy szcze­gół - jej havah nie miała dłu­giego rękawa okry­wa­ją­cego bez­pieczną dłoń, za to spren nosiła ręka­wiczkę - albo nadała swo­jej bez­piecz­nej dłoni biały odcień i fak­turę. Nie było to niczym dziw­nym, ostat­nimi czasy Navani zawsze nosiła ręka­wiczkę, żeby móc korzy­stać z obu rąk. Zasko­czyło go jed­nak, że Syl ją miała. Wcze­śniej nie zwra­cała na to uwagi.

- Jak to moż­liwe, że mali ludzie nie tracą sił? - spy­tała Syl. - Skąd się bie­rze ich ener­gia?

- To jedna z wiel­kich tajem­nic cosmere - odparła Hesina. - Jeśli myślisz, że teraz jest trudno, szkoda, że nie widzia­łaś Kala.

- Oooch. - Syl prze­krę­ciła się na brzuch i spoj­rzała na Hesinę sze­roko otwar­tymi oczyma, a dłu­gie nie­bie­sko-białe włosy opa­dały wokół jej twa­rzy.

Żadna ludzka kobieta nie zacho­wy­wa­łaby się tak... swo­bod­nie w havah. Obci­słe suk­nie nie były do końca ofi­cjalne, ale też ich krój nie zachę­cał do prze­wa­la­nia się po ziemi na bosaka. Ale Syl była Syl.

- Zawsty­dza­jące histo­ryjki z dzie­ciń­stwa? - spy­tała spren. - Dalej! Mów, póki ma pełne usta, a nie będzie mógł ci prze­rwać!

- Nie prze­sta­wał się ruszać. - Hesina pochy­liła się. - Aż w końcu wie­czo­rem padał i zasy­piał, dając nam kilka krót­kich godzin odpo­czynku. Każ­dego wie­czoru musia­łam śpie­wać jego ulu­bioną pio­senkę, a Lirin musiał go gonić... a on umiał wyczuć, jeśli Lirin się nie przy­kła­dał, i mówił mu, co o tym sądzi. To było naprawdę uro­cze, patrzeć, jak Lirina beszta trzy­la­tek.

- Mogłam się domy­ślić, że Kala­din jako dziecko był tyra­nem.

- Dzieci czę­sto takie są. Przyj­mują tylko jedną odpo­wiedź na każde pyta­nie, bo niu­anse są trudne i dez­orien­tu­jące.

- Pew­nie. - Kala­din zebrał resztę lawisu z miski. - Dzieci. To świa­to­po­gląd, któ­rego ofiarą, rzecz jasna, padają wyłącz­nie dzieci, ni­gdy reszta z nas.

Matka objęła go jedną ręką wokół ramion. Tego rodzaju uścisk jakby nie­chęt­nie świad­czył o tym, że Kala­din nie jest już małym chłop­cem.

- Nie chciał­byś cza­sami, żeby świat był prost­szym miej­scem? - spy­tała go Hesina. - Żeby łatwe odpo­wie­dzi z dzie­ciń­stwa były w rze­czy­wi­sto­ści wła­ści­wymi odpo­wie­dziami?

- Już nie. Bo myślę, że łatwe odpo­wie­dzi by mnie ska­zały. Wła­ści­wie ska­załyby wszyst­kich.

Te słowa spra­wiły, że matka się roz­pro­mie­niła, choć nie była to trudna odpo­wiedź. Póź­niej w jej oczach poja­wił się psotny błysk. O, na burze. Co zamie­rzała powie­dzieć teraz?

- Masz przy­ja­ciółkę sprena. Czy zada­łeś jej kie­dy­kol­wiek nie­zmier­nie ważne pyta­nie, które zawsze zada­wa­łeś, kiedy byłeś mały?

Wes­tchnął i przy­go­to­wał się.

- A jakie niby, matko?

- Łaj­no­spreny. - Sprze­dała mu kuk­sańca. - Fascy­no­wał cię ten pomysł.

- To był Tien! - sprze­ci­wił się Kala­din. - Nie ja.

Hesina popa­trzyła na niego zna­cząco. Matki. Miały zbyt dobrą pamięć. Wokół niego poja­wiły się wsty­do­spreny, jak czer­wone i białe płatki. Tylko kilka, ale wciąż.

- W porządku. Może i byłem... zain­try­go­wany. - Spoj­rzał na Syl, która wpa­try­wała się w nich sze­roko otwar­tymi oczami. - Mia­łaś oka­zję... poznać jakieś?

- Łaj­no­spreny - powtó­rzyła mono­ton­nym gło­sem. - Zada­jesz takie pyta­nie jedy­nej żyją­cej Córce Burz, zasad­ni­czo księż­niczce w ludz­kim rozu­mie­niu. Ile kupy mogę znać?

- Pro­szę, możemy poroz­ma­wiać o czymś innym? - spy­tał Kala­din.

Nie­stety oka­zało się, że Oro­den ich słu­chał. Pokle­pał Kala­dina po kola­nie.

- Już dobrze, Gaga­din - powie­dział uspo­ka­ja­jąco. - Kupka idzie do noc­niczka. Weź coś dobrego!

To spra­wiło, że Syl roze­śmiała się na całe gar­dło i znów prze­wró­ciła na plecy. Kala­din posłał Hesi­nie spoj­rze­nie kapi­tana - to, które spra­wiało, że wszy­scy żoł­nie­rze ble­dli. Matki jed­nak igno­ro­wały łań­cuch dowo­dze­nia. Kala­dina oca­liło więc jedy­nie poja­wie­nie się ojca, który sta­nął w drzwiach z wiel­kim pli­kiem doku­men­tów pod pachą. Hesina pode­szła, by mu pomóc.

- Roz­kład namio­tów medycz­nych Dali­nara i ich obecne pro­ce­dury - wyja­śnił Lirin.

- "Dali­nara", co? - powtó­rzyła. - Kilka spo­tkań i mówisz po imie­niu o naj­po­tęż­niej­szym czło­wieku na świe­cie?

- Postawa chło­paka jest zaraź­liwa.

- Jestem pewna, że nie ma to zupeł­nie nic wspól­nego z jego wycho­wa­niem. Zało­żymy za to, że cztery lata w woj­sku jakimś cudem skło­niły go, by zacho­wy­wać się tak swo­bod­nie w obec­no­ści jasno­okich.

- No tak...

Lirin i Hesina popa­trzyli na syna.

Oczy Kala­dina były ostat­nio jasno­nie­bie­skie, ni­gdy nie wra­cały do natu­ral­nego ciem­nego brązu. Nie poma­gał fakt, że choć sie­dział, uno­sił się cal nad zie­mią. Powie­trze było wygod­niej­sze od kamie­nia.

Rodzice roz­ło­żyli kartki na bla­cie z boku kom­naty.

- To jest chaos - stwier­dził Lirin. - Cały jego sys­tem opieki medycz­nej trzeba odbu­do­wać od pod­staw... zaczy­na­jąc od nauki popraw­nego odka­ża­nia. Naj­wy­raź­niej wielu z jego naj­lep­szych medy­ków polo­wych zgi­nęło.

- Wielu z jego naj­lep­szych we wszyst­kim zgi­nęło. - Hesina prze­su­wała wzro­kiem po kart­kach.

Nawet nie macie poję­cia, pomy­ślał Kala­din. Spoj­rzał na Syl, która prze­su­nęła się, żeby być bli­żej niego. Wciąż była wiel­ko­ści czło­wieka. Oro­den znów bie­gał za kloc­kami, a Kala­din...

Cóż, mimo napię­cia roz­ko­szo­wał się tym. Rodziną. Spo­ko­jem. Syl. Od tak dawna bie­gał od kata­strofy do kata­strofy, że zupeł­nie zapo­mniał, jaka to radość. Nawet jedze­nie potrawki z mostem czwar­tym - cenne chwile odpo­czynku - było jak haust powie­trza, kiedy tonął. Ale oto był. W spo­czynku. Patrzył, jak bra­ci­szek się bawi, sie­dział obok Syl, słu­chał roz­mowy rodzi­ców. Na burze, to był sza­lony wyścig. Udało mu się prze­trwać.

I to nie była jego wina, że tak się stało.

Syl oparła głowę - choć nie­ma­te­rialną - o jego ramię i patrzyła na uno­szące się klocki. To było dziwne zacho­wa­nie z jej strony, tak samo zresztą, jak przy­bra­nie wiel­ko­ści czło­wieka.

- Skąd ludzki roz­miar? - spy­tał ją.

- Kiedy byli­śmy w Cie­nio­mo­rzu, wszy­scy trak­to­wali mnie ina­czej. Czu­łam się... bar­dziej jak osoba. Mniej jak siła natury. Odkry­łam, że brak mi tego.

- Czy ja trak­tuję cię ina­czej, kiedy jesteś mała?

- Odro­binę.

- Chcesz, żebym się zmie­nił?

- Chcę, żeby rze­czy się zmie­niły, a jed­no­cze­śnie pozo­stały takie same. - Spoj­rzała na niego i pew­nie dostrze­gła, że zupeł­nie zbiło go to z tropu. Uśmiech­nęła się sze­roko. - Wystar­czy, jeśli powiem, że chcia­ła­bym utrud­nić nie­któ­rym igno­ro­wa­nie mnie.

- Czy bycie takiej wiel­ko­ści jest dla cie­bie trud­niej­sze?

- Ow­szem. Ale uzna­łam, że chcę pod­jąć ten wysi­łek. - Pokrę­ciła głową, a wtedy jej włosy się zako­ły­sały. - Nie poda­waj w wąt­pli­wość woli potęż­nej księż­niczki spre­nów, Kala­di­nie Burzą Bło­go­sła­wiony. Moje kaprysy są rów­nie nie­po­jęte jak wiel­ko­duszne.

- Przed chwilą powie­dzia­łaś, że chcia­ła­byś być trak­to­wana jak osoba! Nie jak siła natury.

- Nie. Chcę decy­do­wać, kiedy będę trak­to­wana jak osoba. To nie wyklu­cza tego, że jed­no­cze­śnie chcę, by odda­wano mi sto­sowną cześć. - Uśmiech­nęła się prze­bie­gle. - Zasta­na­wiam się nad róż­nymi rze­czami, do któ­rych zmu­szę Luna­mora. Jeśli kie­dyś jesz­cze go spo­tkamy.

Kala­din chciał ją pocie­szyć, ale tak naprawdę nie miał poję­cia, czy jesz­cze zoba­czą Skałę. To był inny rodzaj bólu, wyraź­nie różny od straty Tefta, różny od straty Moasha - a raczej męż­czy­zny, za któ­rego go kie­dyś uwa­żali.

To spra­wiło, że powró­cił myślami do sytu­acji, jak rów­nież dziw­nych ostrze­żeń szep­ta­nych przez wiatr. Ode­zwał się.

- Ojcze, jak wygląda w tej chwili sytu­acja bitewna? Zostało dzie­sięć dni. Można by sądzić, że wszy­scy po pro­stu odpoczną i prze­cze­kają je?

- Nie­stety, nie - odparł Lirin. - Ostrze­żono mnie, że mam się spo­dzie­wać licz­nych ofiar w ciągu następ­nych kilku dni, bo Dali­nar prze­wi­duje, że walki będą trwały do samego końca... wła­ści­wie oba­wia się, że wróg może napie­rać jesz­cze bar­dziej, by zdo­być Niczyje Wzgó­rza i Kra­iny Lodu. Naj­wy­raź­niej zgod­nie z umową, cokol­wiek będzie w rękach każ­dej ze stron, kiedy nadej­dzie ter­min... to zacho­wają.

Na burze. Kala­din to sobie wyobra­żał - zacięte walki o nie­ważne, nie­za­miesz­kane zie­mie - ale takie, które obie ze stron i tak chciały zacho­wać. Serce mu krwa­wiło na myśl o żoł­nier­zach, któ­rzy zginą w ciągu dzie­wię­ciu dni, zanim to wszystko się skoń­czy.

- Czy to ta burza? - szep­nął.

Syl spoj­rzała na niego, marsz­cząc czoło. Ale on nie mówił do niej.

Nie... - odparł głos. Gorzej...

Gorzej. Zadrżał.

Pro­szę... - powie­dział wiatr. Pomóż...

- Nie wiem, czy potra­fię pomóc - szep­nął Kala­din i zwie­sił głowę. - Ja... nie wiem, czy coś jesz­cze we mnie zostało do odda­nia.

Rozu­miem. Jeśli możesz, przyjdź do mnie.

- Dokąd?

Posłu­chaj Kowala Więzi...

Zmarsz­czył czoło. Poprzed­niego dnia Dali­nar wspo­mniał, że ma dla Kala­dina zada­nie w Shi­no­va­rze, zwią­zane z Herol­dem Ishim i "dziw­nym towa­rzy­stwem". Kala­din już zde­cy­do­wał, że wyru­szy. Moż­liwe więc, że mógł pomóc.

Przyjdź do mnie, powtó­rzył wiatr. Pro­szę...

Tej nocy zapo­wie­dziano arcy­bu­rzę, a Kala­din zamie­rzał wyko­rzy­stać ją - i Burzowe Świa­tło, które dawała - by udać się do Shi­no­varu. Dali­nar obie­cał mu jed­nak wię­cej szcze­gó­łów przed wyru­sze­niem. Dla­tego Kala­din ode­tchnął głę­boko, wstał i się prze­cią­gnął.

Cudow­nie było spę­dzić czas z rodziną. Przy­po­mnieć sobie ten spo­kój. Ale choć był znu­żony, cze­kała na niego praca.

- Przy­kro mi - powie­dział do rodzi­ców. - Muszę odejść. Dali­nar chce, żebym spró­bo­wał odna­leźć Ishiego, który naj­wy­raź­niej osza­lał. Co nie jest niczym zaska­ku­ją­cym, jeśli wziąć pod uwagę, jak się mają Taln i Ash.

Matka popa­trzyła na niego dziw­nie, a on dopiero po chwili zorien­to­wał się, że to ze względu na poufały spo­sób, w jaki mówił o Herol­dach - posta­ciach, któ­rym na całym świe­cie odda­wano cześć i o któ­rych opo­wia­dano legendy. Nie znał zbyt dobrze żad­nego z nich, ale uży­wa­nie ich imion w taki spo­sób wyda­wało mu się natu­ralne. Prze­stał sza­no­wać ludzi, któ­rych nie znał, w dniu, kiedy Ama­ram go napięt­no­wał.

Bóg czy król. Jeśli chcieli jego sza­cunku, mogli na niego zapra­co­wać.

- Synu.

Lirin odwró­cił się od stert papie­rów. Wypo­wie­dział to słowo w taki spo­sób, że Kala­din w duchu nasta­wił się na wykład.

Nie był więc przy­go­to­wany, kiedy Lirin pod­szedł i objął go. Nie­zgrab­nie, bo oka­zy­wa­nie uczuć w taki spo­sób nie było dla niego natu­ralne. Gest ten jed­nak prze­ka­zy­wał emo­cje, z któ­rych wypo­wie­dze­niem na głos miał pro­blemy. Że się mylił. Że Kala­din być może potrze­bo­wał odna­leźć wła­sną drogę.

Dla­tego Kala­din rów­nież go objął i pozwo­lił, by zawi­ro­wały wokół nich rado­ścio­spreny - jak nie­bie­skie liście.

- Żałuję, że nie mam dla cie­bie ojcow­skich rad, ale rozu­miesz życie lepiej ode mnie - stwier­dził Lirin. - Pew­nie więc ruszaj i bądź sobą. Chroń. Ja... kocham cię.

- Uwa­żaj na sie­bie - dodała matka i znów objęła go z boku. - Wróć do nas.

Ski­nął jej głową i spoj­rzał na Syl. Prze­brała się z havah w mun­dur mostu czwar­tego, z bia­łymi i gra­na­to­wymi lamów­kami, a włosy zebrała w kucyk, jaki zwy­kle nosiła Lyn. Robiło to dziwne wra­że­nie - spra­wiało, że wyglą­dała na star­szą. Ni­gdy tak naprawdę nie była dzie­cinna, mimo cza­sami psot­nej natury - a jej wybraną posta­cią była zawsze kobieta, młoda, lecz doro­sła. Cza­sami dziew­częca, ale ni­gdy dziew­czynka. W mun­durze, z upię­tymi wło­sami - i tą ręka­wiczką na bez­piecz­nej dłoni - wyda­wała się doj­rzal­sza.

Nad­szedł czas, by odejść. Kala­din po raz ostatni przy­tu­lił bra­ciszka i wyszedł na spo­tka­nie prze­zna­cze­nia, a czuł się przy tym, jakby po raz pierw­szy od lat pano­wał nad sytu­acją. Zde­cy­do­wał, że zrobi kolejny krok, a nie został popchnięty naprzód przez impet lub kry­zys.

I choć, kiedy się obu­dził, czuł się dobrze, ta wie­dza - to poczu­cie spraw­czo­ści - to było wspa­niałe uczu­cie.

3. Cena bohaterstwa

Wiatr powie­działa mi, zanim znik­nęła, że to zmiana naczy­nia Odium pozwo­liła jej odzy­skać głos. Zasta­na­wiam się. Może to nowa burza, która skła­nia ludzi do roz­wa­że­nia, czy wiatr rze­czy­wi­ście jest ich wro­giem.

Ryce­rze Wia­tru i Prawdy, s. 3

Shal­lan i Wzór zosta­wili Testa­ment, by odpo­częła, a sami prze­szli po murze Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści na spo­tka­nie z Ado­li­nem, Mayą i Herol­dem Kele­kiem - któ­rzy roz­ma­wiali z rodza­jem sprena zwa­nym "seonem". Miała postać uno­szą­cej się w powie­trzu kuli świa­tła, wiel­ko­ści głowy, z dziw­nym sym­bo­lem pośrodku. Poza nimi mur był tego dnia pusty.

- Nie pamię­tasz? - spy­tał cicho Wzór, kiedy szli. - Wyda­rzeń zwią­za­nych z Testa­ment? Myśla­łem, że pamię­tasz. Myśla­łem, że skoro Woal ode­szła...

- Woal nie ode­szła. Jest czę­ścią mnie, jak była wcze­śniej.

- Ja... nie rozu­miem.

- Trudno to wyja­śnić. A... ja nie jestem pewna, czy udało mi się to do końca zro­zu­mieć. Uzdra­wia­nie to nie jed­no­ra­zowe wyda­rze­nie, Wzo­rze, lecz pro­ces. Wchło­nę­łam Woal, więc już nie przej­muje nade mną pano­wa­nia, ale nie znik­nęła. Woal to ja, ale Woal nie zawsze jest Shal­lan.

- Ale... ty jesteś Shal­lan...

- Wyobraź to sobie w taki spo­sób, że Woal prze­szła na tył wozu, któ­rym jedziemy w stronę przy­szło­ści. Wciąż tam jest, pomaga mi, i obie wiemy, co dzieje się na świe­cie wokół.

To nie wszystko, rzecz jasna. Shal­lan prze­nio­sła na Woal pewne aspekty swo­jej oso­bo­wo­ści, z któ­rymi nie czuła się kom­for­towo. Teraz musiała sta­wić im czoło. Mar­twiła się, że Ado­li­nowi będzie z tym ciężko, ale... cóż, Ado­lin Kho­lin był burzowo cudowny. Po roz­mo­wie poprzed­niej nocy wyda­wało się, że rozu­miał. Oboje wie­dzieli, że czeka ich wysi­łek, ale Shal­lan zro­biła ogromny krok w stronę wyle­cze­nia - a jed­no­cze­śnie przy­jęła do wia­do­mo­ści coś bar­dzo waż­nego.

Nie zasłu­gi­wała na nie­na­wiść, lecz na zro­zu­mie­nie. Trudno było w to uwie­rzyć, ale Woal nale­gała, by spró­bo­wały.

- Ale... - ode­zwał się Wzór. - Świe­tli­sta wciąż jest... osobna?

- Bar­dziej osobna.

- Mmmmm. Czyli... wciąż z przodu wozu.

- Tak. To się może zmie­nić. Może będzie się musiało się zmie­nić. Roz­gry­zam to na bie­żąco, Wzo­rze, ale czuję się lepiej. Co waż­niej­sze, nie potrze­buję już Woal, by stała mię­dzy mną a wspo­mnie­niami.

- Czyli pamię­tasz.

- Tak i nie. One są w bez­ła­dzie. Byłam dziec­kiem, to były trau­ma­tyczne wyda­rze­nia, a ze wspo­mnie­niami mojej matki wiąże się tak dużo bólu. Potrze­buję czasu, by to prze­tra­wić.

- Mmmm. Ludzie są... miękcy. Nie tylko ciała. Umy­sły też. Wspo­mnie­nia też. Idee też. Mmmm... - Wyda­wał się zado­wo­lony.

Jako dziecko zwią­zała się ze spre­nem, czego jej matka... nie apro­bo­wała. Przy­był męż­czy­zna, albo żeby zro­bić Shal­lan krzywdę, albo żeby roz­dzie­lić ją i Testa­ment. Jej ojciec z nim wal­czył, a w cza­sie ich szar­pa­niny matka Shal­lan zaata­ko­wała ją nożem. Shal­lan przy­wo­łała Testa­ment jako Ostrze Odpry­sku, być może po raz pierw­szy, i w samo­obro­nie zabiła matkę.

Trauma spra­wiła, że Shal­lan odrzu­ciła świeże przy­sięgi i ukryła te wspo­mnie­nia. Ale jeśli jej więź z Testa­ment ni­gdy nie została w pełni zerwana... co to zna­czyło? A wspo­mnie­nia z cza­sów mię­dzy śmier­cią jej matki a poja­wie­niem się Wzoru... Które z nich łączyły się z Testa­ment?

Wie­dzia­łam, że mam Ostrze Odpry­sku... na długo, zanim zwią­za­łam się z Wzo­rem, pomy­ślała. Prze­ko­nała samą sie­bie, że broń nale­żała do jej ojca i prze­cho­wy­wano ją w jego skarbcu. Poszła tam przed opusz­cze­niem domu i wzięła ją, żeby ją ode­słać - igno­ru­jąc fakt, że przy­wo­łała ją natych­miast, kiedy wło­żyła rękę do środka - i uda­wała, że to zwy­czajne Ostrze, uda­wała, że potrze­buje dzie­się­ciu ude­rzeń serca, by je przy­wo­łać. Jed­nak w głębi duszy nawet wtedy wie­działa, że to Testa­ment, przy­ja­ciółka, któ­rej zro­biła wielką krzywdę. To jedno Shal­lan pamię­tała bar­dzo wyraź­nie. Testa­ment była jej przy­ja­ciółką. Wypu­kły wzór na ścia­nie, który bawił dziew­czynkę, póź­niej nawią­zał z nią kon­takt, a póź­niej ją ochro­nił.

Testa­ment ni­gdy nie była tak gada­tliwa jak Wzór. Shal­lan pamię­tała jedy­nie rzad­kie, ciche słowa, zachę­ca­jące ją, by prze­ciw­sta­wiła się ciem­no­ści w jej rodzi­nie. Bar­dzo kochała swo­jego tajem­ni­czego sprena - choć wspo­mnie­nia były pogma­twane, emo­cje prze­bi­jały się przez ból. Siła bywała kwe­stią per­cep­cji. A tego dnia Shal­lan odkryła, że może wybrać siłę.

Pode­szli do Ado­lina, Mai i Keleka. Shal­lan wciąż nie mogła uwie­rzyć, że ten męż­czy­zna był jed­nym z Herol­dów Wszech­moc­nego. Niski, łysie­jący osob­nik cią­gle zacie­rał ręce, jakby mył je nie­wi­dzialną wodą i mydłem. Ado­lin i Maya wła­ści­wie nad nim góro­wali, kiedy roz­ma­wiali z kulą świa­tła.

Maya wyraź­nie się przy­słu­chi­wała. Nie była jesz­cze do końca uzdro­wiona - wciąż miała wydra­pane oczy i bla­do­brą­zowy odcień zamiast żywej zie­leni innych z jej rodzaju - ale polep­szało jej się. Już nie snuła się ani nie patrzyła tępo w cza­sie roz­mów. Zaczy­nała się rów­nież coraz czę­ściej odzy­wać.

- Mar­twię się tym, co nad­cho­dzi - mówiła kula świa­tła. Miała teraz przy­bli­żony kształt twa­rzy Tref­ni­sia, stwo­rzony z łagod­nego nie­bie­sko­bia­łego bla­sku, i mówiła jego gło­sem. Spren pozwa­lał się z nim skon­tak­to­wać, co odkryli przed kil­koma dniami. - Walki z pew­no­ścią się jesz­cze nasilą, a wszystko zależy i tak od poje­dynku czem­pio­nów. Wojow­nik Odium prze­ciwko temu, kogo wybie­rze stary Dali­nar.

- Ojciec wybie­rze sie­bie. Kiedy Czarny Cierń chce mieć pew­ność, że coś zosta­nie zro­bione wła­ści­wie, robi to sam. - Ado­lin prze­rwał i spoj­rzał na Mayę. - Niech go burza. Naj­pew­niej rze­czy­wi­ście jest naszą naj­więk­szą szansą.

- Tref­ni­siu? - ode­zwała się Shal­lan. - To się naprawdę dzieje?

- W rze­czy samej. Poje­dy­nek usta­lono, zawarto umowę. Shal­lan, zgod­nie z usta­le­niami odbę­dzie się za dzie­więć dni.

- Tak szybko? - spy­tała Shal­lan. Na burze. - Gdzie?

- Uri­thiru. - Ado­lin zało­żył ręce na piersi. - Już posłali po nas Wia­tro­wych. Powinni przy­być dzi­siaj.

Shal­lan roz­wa­żyła te infor­ma­cje, pró­bu­jąc nie dopu­ścić do sie­bie wstrząsu. Dotar­cie do Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści trwało wiele tygo­dni - ale Wia­trowi mogli zanieść ich do Uri­thiru w ciągu jed­nego dnia, zależ­nie od tego, ile Burzo­wego Świa­tła zabrali ze sobą.

Uświa­do­miła sobie, że nie może się docze­kać powrotu. Miała dość honor­spre­nów i ich eli­ta­ry­zmu. Tęsk­niła za błę­kit­nym nie­bem i rośli­nami, które się nie marsz­czyły, kiedy się ich doty­kało. Choć Cie­nio­mo­rze miało słońce, było odle­głe i zimne. W takim miej­scu nie mogła się roz­wi­jać.

Poza tym, jak powie­działa Testa­ment, miała coś do zro­bie­nia.

- Tref­ni­siu. - Shal­lan pode­szła bli­żej. Świe­tli­sta wer­sja jego twa­rzy sku­piła się na niej. - Moi bra­cia są bez­pieczni? Jesteś pewien?

- Jestem bar­dzo pewien, bły­sko­tliwa - odparł cicho. - Jesteś prze­ko­nana, że Ducho­kr­wi­ści zwrócą się prze­ciwko tobie?

- Tak. - Po pół­tora roku flir­to­wa­nia z Ducho­kr­wi­stymi w końcu zebrała odwagę i powie­działa nie. W ten spo­sób zasad­ni­czo wypowie­działa im wojnę. Dla otu­chy zła­pała Ado­lina za rękę. On i tak znał całą histo­rię. - Tref­ni­siu, znam ich twa­rze, ich plany... naj­pew­niej jestem naj­więk­szym zagro­że­niem na całej pla­ne­cie dla ich orga­ni­za­cji, a oni pró­bo­wali zabić Jasnah z bar­dziej bła­hych powo­dów. Wszy­scy, któ­rych kocham, są w nie­bez­pie­czeń­stwie.

- Muszę zaj­mo­wać się Dali­na­rem i przy­go­to­wy­wać go, ale sądzę, że tobie też mogę pomóc. Obser­wo­wa­łem ekipę Mra­ize'a... wyślę twoim ludziom por­trety ich człon­ków. Ale bądź ostrożna, Shal­lan. Znam tę grupę i ich przy­wód­ców. Potra­fią być bru­talni.

- Ja też - szep­nęła Shal­lan. Spoj­rzała na Keleka, który przy­glą­dał się oce­anowi pacior­ków i mar­two­okim spre­nom zgro­ma­dzo­nym na brzegu. Mimo jego obec­no­ści czuła się bez­piecz­nie z Wzo­rem, Ado­li­nem i Mayą. Na tyle bez­piecz­nie, by wypo­wie­dzieć to na głos. - Tref­ni­siu, mar­twię się. Czy jestem gotowa?

- Sam od czasu do czasu zadaję sobie to pyta­nie. A mam dzie­sięć tysięcy lat, Shal­lan.

- W dro­dze zaczę­łam two­rzyć nową oso­bo­wość, Tref­ni­siu. Bez­kształtną. Pewną... wer­sję mnie, ale... - Jak mogła to wyja­śnić? - Wer­sję mnie bez twa­rzy. Wer­sję mnie, która była zdolna do strasz­li­wych czy­nów. Odrzu­ci­łam ją, Tref­ni­siu, ale ta zdol­ność wciąż we mnie jest.

- Shal­lan - powie­dział, a ona pod­nio­sła głowę i spoj­rzała mu w oczy. - Gdyby nie ta zdol­ność, czym byłyby nasze wybory? Gdy­by­śmy nie mieli mocy, by robić strasz­liwe rze­czy, to jakim boha­ter­stwem byłoby opar­cie się im?

- Ale...

- Odwró­ci­łaś się? - spy­tał, a Ado­lin ści­snął jej ramię.

- Tak.

- W takim razie to boha­ter­stwo.

- Pamię­tam, co zro­bi­łam matce. I ojcu. I w mniej­szym stop­niu Tyn. Teraz Mra­ize... będę musiała go zabić, Tref­ni­siu. Czy to jest moje prze­zna­cze­nie? Zabi­jać każ­dego, kto kie­dy­kol­wiek był moim men­to­rem?

W końcu udało jej się wypo­wie­dzieć na głos swoje lęki. Czy brzmiało to śmiesz­nie, głu­pio, absur­dal­nie? Ten wzo­rzec, który dostrze­gła w swoim życiu? Tref­niś jed­nak się nie roze­śmiał, a uwa­żał się za spe­cja­li­stę od tego, co absur­dalne.

- Gdyby tak każdy z nas mógł ochro­nić się przed ceną, jaką czę­sto należy zapła­cić za boha­ter­stwo - powie­dział. - Ale z dru­giej strony, gdyby nie było ceny, nie było ofiary, czy to w ogóle byłoby boha­ter­stwo? Nie mogę ci obie­cać, że będzie łatwo, Shal­lan, ale jestem z cie­bie dumny.

Jestem z cie­bie dumna, szep­nęła Świe­tli­sta.

Jestem z cie­bie dumna, zgo­dziła się Woal - ta część jej, która była Woal.

- Dzię­kuję - powie­działa.

- Muszę iść - stwier­dził Tref­niś. - Ale zosta­wię ci taką infor­ma­cję. Ducho­kr­wi­ści chcą cze­goś nie­zwy­kle cen­nego, a klu­czowy ele­ment tej ukła­danki stoi teraz obok was. Jeśli chcesz ich znisz­czyć, być może nie będziesz musiała zabić ich wszyst­kich, co do jed­nego. Może wystar­czy, że znaj­dziesz spo­sób, by wywrzeć na nich potężny nacisk...

Jego świe­tli­sta twarz znów zmie­niła się w kulę.

- Odszedł - powie­działa spren. - Przy­kro mi.

Jego ostat­nie słowa pozo­stały z Shal­lan, wzmac­nia­jąc coś, co już roz­wa­żała. Spo­sób, by ochro­nić Roshar przed Ducho­kr­wi­stymi - i, w rze­czy samej, wie­działa, jaki naj­pew­niej będzie ich kolejny cel. Wysłali ją do Nie­prze­mi­ja­ją­cej Pra­wo­ści, by odna­la­zła Herolda, który stał obok niej - a Kelek wie­rzył, że tajem­nicą, któ­rej w rze­czywistości szu­kali, była jego wie­dza na temat jed­nej z Nie­stwo­rzo­nych.

- Muszę dowie­dzieć się wszyst­kiego, co wiesz o Ba-Ado-Mish­ram - zwró­ciła się do Keleka.

Herold zała­mał ręce i spoj­rzał w bok, jakby roz­wa­żał ucieczkę.

- Nie zro­bimy ci krzywdy - powie­dział spo­koj­nie Ado­lin. - Już o tym wiesz.

- Ow­szem. Po pro­stu... nie mia­łem się anga­żo­wać. Żadne z nas tego nie robi.

- Wąt­pię, by inni Herol­do­wie prze­strze­gali tej zasady - zauwa­żyła Shal­lan, zakła­da­jąc ręce na piersi. - Co zro­bi­łeś, Keleku?

- Nie­wiele. - Uniósł dłoń do głowy. - Ja... nie­wiele mogę, ostat­nimi czasy. Nie wiem dla­czego. Nie umiem podej­mo­wać decy­zji. Ja... Ja... - Popa­trzył na nich, po czym zaci­snął dło­nie w pię­ści i uniósł je do piersi. - Byłem w Uri­thiru, kiedy powstał plan pochwy­ce­nia Mish­ram. Póź­niej... dołą­czy­łem do ich misji. Ja... pew­nie jestem jedyną żyjącą osobą, która tak naprawdę wie, co się z nią stało. Dla­tego Ducho­kr­wi­ści i ich prze­klęty Pan Blizn chcą mnie dopaść.

- Powiedz nam - popro­siła Shal­lan.

- Nie­któ­rzy z nas dowie­dzieli się, że spreny można uwię­zić w klej­no­tach - wyja­śnił. - A Mish­ram, mimo całej swo­jej mocy, jest spre­nem. Świe­tli­ści przy­go­to­wali dosko­nały helio­dor w bar­wie sło­necz­nego bla­sku i uwię­zili ją w środku, a póź­niej ukryli jej wię­zie­nie. Nie w Kra­inie Mate­rii i nie w Cie­nio­mo­rzu. - Przy­gryzł wargi i zmu­sił się, by wypo­wie­dzieć ciąg dal­szy. - W Kra­inie Ducha. Meli­shi ukryli je tam.

- Jak? - Shal­lan wymie­niła spoj­rze­nia z Ado­li­nem.

- Nie wiem. - Kelek się cof­nął. - Przy­się­gam, nie wiem. Ale teraz... teraz poślą po mnie wię­cej ludzi, prawda? Uwiężą mnie w klej­no­cie albo myślą, że uda im się...

Popa­trzył na nich dwoje, otwo­rzył sze­roko oczy i uciekł w dół. Żadne z nich za nim nie pobie­gło. Nie­stety, takie zacho­wa­nie było typowe dla Keleka.

Maya chrząk­nęła cicho, patrząc za nim.

- Bar­dzo mu się pogor­szyło - zauwa­żyła.

Shal­lan drgnęła.

- Zna­łaś go?

- Spo­tka­łam go kilka razy. - Maya ode­tchnęła głę­boko. - Ni­gdy... nie mia­łam o nim naj­lep­szego zda­nia, nawet wtedy.

- Cóż, przy­naj­mniej wiemy coś wię­cej o Mish­ram - stwier­dziła Shal­lan. - Podej­rze­wam, że jej wię­zie­nie jest czę­ścią tego, czego Mra­ize szuka od dłu­giego czasu. Moż­liwe, że muszę odna­leźć je jako pierw­sza, zanim jemu się to uda.

- Ba-Ado-Mish­ram - ode­zwał się z namy­słem Ado­lin, opie­ra­jąc się o para­pet. - Naj­po­tęż­niej­sza z Nie­stwo­rzo­nych. Czego mogą chcieć od niej Ducho­kr­wi­ści?

- Mmm... - zaczął Wzór. - Moc. Tak wielka moc. Była pra­wie bogiem. Nie­gdyś zwią­zała się z pie­śnia­rzami. Czyżby Mra­ize chciał zro­bić coś podob­nego?

Shal­lan zadrżała na myśl o Mra­izem i jego pani Iyatil, jakimś spo­so­bem dowo­dzą­cych całą wrogą armią. Czy to było moż­liwe?

- Nie­za­leż­nie od powodu muszę go powstrzy­mać - stwier­dziła.

- Ale jej wię­zie­nie jest w Kra­inie Ducha? - Ado­lin zmarsz­czyło czoło. - Co to w ogóle zna­czy?

- Mmm... - powie­dział Wzór. - Zna­czy, że ni­gdy go nie odnaj­dziemy.

- Z pew­no­ścią to moż­liwe - sprze­ci­wiła się Shal­lan. - Skoro sta­ro­żytni Świe­tli­ści je tam umie­ścili, powin­ni­śmy móc je wydo­być.

- Nie rozu­miesz. - Wzór roz­ło­żył sze­roko ręce i zaczął gesty­ku­lo­wać na swój spo­sób. - Myślisz, że Cie­nio­mo­rze jest dziwne, tak? Czarne niebo. Mało słońca. Wzór, z rękami i nogami do spa­ce­ro­wa­nia! - Wzór jego głowy poru­szał się coraz szyb­ciej. - Kra­ina Ducha jest dziw­niej­sza o wiele rzę­dów wiel­ko­ści. To miej­sce, gdzie przy­szłość sta­pia się z teraź­niej­szo­ścią, gdzie prze­szłość odbija się echem jak bicie zegara. Czas i odle­głość się roz­cią­gają, jak liczby powta­rza­jące się w nie­skoń­czo­ność. To miej­sce, gdzie miesz­kają bogo­wie, a ono wpra­wia w kon­ster­na­cję nawet nie­któ­rych z nich.

Shal­lan wysłu­chała tego, a póź­niej spoj­rzała na Testa­ment, sku­loną w pew­nej odle­gło­ści w cie­niu muru.

- Jak się domy­ślamy, mar­two­ocy powstali, bo Mish­ram została uwię­ziona, tak?

- Zga­dza się - odparł Wzór. - Mish­ram była jak bóg dla pie­śnia­rzy... par­sh­me­nów. Two­rzyła Zwią­zek z Rosha­rem, a echa tego prze­ni­kały do spre­nów! Ach, jakże to cudow­nie dziwne. Jej uwię­zie­nie jest przy­czyną, dla­czego zerwane więzi wpły­wają w taki spo­sób na spreny.

- To dla­tego, że... - wtrą­ciła Maya - ...ludzie nie mają Honoru. To zna­czy boga. Sły­sza­łam... sły­sza­łam, że Mish­ram została uwię­ziona. Sły­sza­łam, że... że Świe­tli­ści znisz­czą świat. Dla­tego zde­cy­do­wa­łam. Zde­cy­do­wa­łam, że dla mnie to koniec. - Pokrę­ciła głową. - Nie wiem wszyst­kiego. A chcia­ła­bym. Ze względu na to, co zerwa­nie... zerwa­nie więzi zro­biło ze mną.

Tam­tego dnia - kiedy Mish­ram została poj­mana - wyda­rzyło się coś głęb­szego. Coś, co łączyło ludzi, Honor, spreny i więzi.

- W takim razie musimy dowie­dzieć się, w jaki spo­sób Mish­ram albo jej uwię­zie­nie wpły­wają na nasze więzi. - Shal­lan spoj­rzała na Wzór. - Musimy udać się do Kra­iny Ducha i odna­leźć to wię­zie­nie, choćby to było bar­dzo trudne.

Jego wzór zwol­nił, a spren w końcu splótł palce.

- Dobrze. Choć pamię­tasz, jak powie­dzia­łem, że jestem pewien, że mnie nie zabi­jesz?

- Tak?

- Chciał­bym wyco­fać te słowa.