Wiara wolna od przepisów, czyli powołani do wolności
Mk 2,23-3,6
Uzdrowienie w szabat - czyli praca w dzień Pański - stanowi znak, iż "to szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest Panem także szabatu". Bo to Pascha Chrystusa - a nie ludzkie prawa - wyzwoliła człowieka z niewoli.
W IV wieku w sukurs chrześcijaństwu przyszło prawo państwowe Cesarstwa Rzymskiego, "stanowiąc", że w dniu słońca, czyli w pierwszy dzień tygodnia, sędziowie, mieszkańcy miast oraz członkowie różnych cechów rzemieślniczych mieli nie pracować. Chrześcijanie radowali się z usunięcia przeszkód, które aż do tej chwili sprawiały, że przestrzeganie dnia Pańskiego wymagało nieraz heroicznej odwagi. Od tej pory mogli bez trudności oddawać się wspólnej modlitwie.
Ten fragment Ewangelii św. Marka przypomina jeszcze o ważnej kwestii: spójności natury boskiej i ludzkiej w Jezusie Chrystusie. Był bowiem w dziejach teologii okres - co potem przeniesiono na ambonę - oddzielenia Chrystusa--Boga i Chrystusa-Człowieka oraz osobnej refleksji nad Boskością i nad człowieczeństwem Jezusa.
A przecież przywołane tu słowa św. Marka mówią o Jedności! Ta jedność w Chrystusie ma zasadnicze konsekwencje dla każdego ochrzczonego: człowiek ochrzczony wszędzie daje, dać winien, świadectwo swojej wiary. Na pewno najmniej przez słowo, gadanie (chociaż też), a bardziej przez świadectwo życia. Nie na pokaz, ale z przekonania. Na duchownych wszystkich szczebli - głosicieli! - owa Jedność nakłada powinność, by byli, jak mówi papież Franciszek, "pasterzami, a nie urzędnikami".
A gdzie indziej papież głosi: "Kiedy Kościół chce się szczycić ilością, zakłada organizacje, urzędy i staje się nieco biurokratyczny, wówczas traci swoją istotę i naraża się na niebezpieczeństwo stania się "organizacją pozarządową"". Mocne słowa Franciszka. Bo Jemu zależy (i każdemu chrześcijaninowi zależeć powinno), by w Chrystusie nie robić podziału na Boskość i Człowieczeństwo. By nie patrzeć Mu na ręce, że uzdrawia w szabat lub że w dniu świątecznym pozwala zrywać uczniom kłosy!
Prawo Pańskie bowiem - Jezusowe Prawo - winno być interpretowane jako wyzwalające człowieka, a nie zamykające, zawłaszczające! Prawdziwa miłość (a za nią stoi prawo Zbawiciela) nigdy nie zniewala, nie zawłaszcza - a czyni człowieka wolnym! Warto, by o tym pamiętali rodzice, wychowawcy, duchowni, przyjaciele.
Mt 17,22-27
Prześladowanie. Wrogość. W najlepszym wypadku niechęć. Zawsze były, są i będą udziałem chrześcijan, chrześcijaństwa! Kościół, Kościoły chrześcijańskie, chrześcijanie powinni być najbardziej czujni, gdy są: "doceniani", głaskani, uprzywilejowani.
Takim klasycznym przykładem Kościoła miejscowego, który bardzo źle wyszedł na owym "głaskaniu", był w XX wieku Kościół w Hiszpanii za czasów generalissimusa Franco. Stał się ten Kościół wtedy częścią faszystowskiej dyktatury! Do dziś zbiera tego owoce!
W czasie pielgrzymki Benedykta XVI do Polski w maju 2006 roku padły z ust papieża ważkie słowa i mimo upływu dwunastu lat od ich wypowiedzenia nie tylko nie straciły na znaczeniu, ale są aktualne, zwłaszcza po lekturze przywołanego fragmentu Ewangelii Mateuszowej.
Papież na placu Józefa Piłsudskiego w Warszawie mówił: "wiara nie oznacza jedynie przyjęcia określonego zbioru prawd dotyczących tajemnic Boga, człowieka, życia i śmierci oraz rzeczy przyszłych. Wiara polega na głębokiej, osobistej relacji z Chrystusem, relacji opartej na miłości Tego, który nas pierwszy umiłował (por. 1 J 4,11), aż do całkowitej ofiary z siebie. Bóg (...) okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami".
Na Jasnej Górze powiedział: "Mądrość ewangeliczną, zaczerpniętą z dzieł wielkich świętych i sprawdzoną we własnym życiu, trzeba nieść w sposób dojrzały, nie dziecinny, i też nie agresywny, w świat kultury i pracy, w świat mediów i polityki, w świat życia rodzinnego i społecznego". Tyle Benedykt XVI.
"Chrześcijanie nie powinni starać się przekrzykiwać reklam tego świata, ale raczej prowadzić w ciszy do świątyni sumienia, gdzie Bóg przemawia do nas delikatnymi podmuchami" (T. Hálik).
Mt 19,16-22
Zapewne zwróciliśmy uwagę - czytając i słuchając wiele razy ten tekst - na dwie informacje. Pierwsza to fakt posiadania. Druga to relacja między posiadaczem a wartością materialną. Młody człowiek nie odszedł dlatego, że posiadał majątek, ale z tego powodu, że nie wiedział, co z nim zrobić. Zrozumiał, że nie on jest właścicielem "posiadłości", ale że posiadłość ma w posiadaniu jego. Jest niewolnikiem tego, co ma.
Oczywiście, owa "posiadłość" - zwłaszcza dziś - to niekoniecznie zasoby materialne, wielkie majątki, domy, czy po prostu pieniądze na koncie. To także nasze przyzwyczajenia. Poglądy. To opinia innych, którzy krzyczą: "nie rób tak", "nie myśl tak".
Nie chodzi o to, żeby być poza zasadami, żeby niczym się nie ograniczać. Chodzi o to, żeby nie być niewolnikiem grupy, wspólnoty. Sama grupa też może nie być wolna. Czasem człowiek staje się niewolnikiem czegoś, co winno służyć jemu i innym. Nie szukajmy daleko, nie zaglądajmy do portfela ani nie patrzmy na stan konta. Popatrzmy na czas! Do czego nam służy? Dla kogo on jest? Na co go przeznaczamy? Czy umiemy dzielić się nim, a także szanować cudzy czas?
Na koniec przytoczę słowa lubianego przeze mnie autora - ks. Tomaša Hálika z Czech (wiem, że wielu go nie lubi, ale to ich problem). Otóż komentując ten tekst, pisze: "Czy udało się nam już kiedyś w życiu zatrzymać i zadać sobie pytanie, co jest dla mojego życia najistotniejsze, w czym mogę znaleźć sens, co jest tym celem, którego nie chciałbym ominąć - i jaka droga do niego prowadzi? Czy szukaliśmy odpowiedzi jedynie u wielu "dobrych mistrzów", czy też mieliśmy odwagę przedłożyć ją Chrystusowi - i to ze świadomością, że w Jego Ewangelii nie usłyszymy tylko niezobowiązującej porady, lecz słowo Boże? To słowo, które jest żywe, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny (...), zdolne osądzić pragnienia i myśli serca".
Mk 9,14-29
Góra Przemienienia, wedle wielu - Tabor. Tam miało miejsce zstąpienie Boże w rzeczywistość, w codzienność, z jej pytaniami, rozterkami i zwątpieniami. Pokora Boga.
Ale jest też pycha. Pycha uczniów, którzy na górze nie byli, a jak wynika z narracji Marka, próbowali własnymi siłami uzdrawiać chorego na epilepsję, jak wtedy uważano - opętanego. Daremnie. Tymczasem Pan Jezus, który uzdrowił chłopca, odwołuje się do podstaw kontaktu z Bogiem: modlitwy i postu. Modlitwy - źródła łączności z Bogiem i postu, którego jądrem jest skrucha.
Modlitwa i post prowadzą do nadziei skierowanej "ku przyszłości" (T. Hálik). Ona zaś umacnia wiarę, której w tym fragmencie Ewangelii uczniowie nie mieli w sposób dostateczny. Papież Franciszek w encyklice Lumen fidei wyraźnie mówi: "Wiara jest bezinteresownym darem Boga, który wymaga pokory i odwagi, by zaufać i zawierzyć się, i w ten sposób dostrzec świetlaną drogę spotkania między Bogiem a ludźmi, historią zbawienia". Tylko pamiętajmy: "Wiara wymuszona oczywistością i niepodważalnymi argumentami lub "niewątpliwymi cudami" nie jest wiarą, podobnie jak nadzieja, której przedmiot jest widoczny, nadzieją nie jest" (T. Hálik). Nie możemy traktować Boga jak stoliczka z bajki i wołać "nakryj się", tylko dlatego, że ofiarujemy Mu modlitwę i post, oczekując spełnienia naszych zachcianek.
Pan Bóg jest Tajemnicą, a droga do Niego wiedzie przez miłość, która na co dzień może przybierać postać zwykłej życzliwości, gotowości pomocy drugiemu, prostego słowa bez agresji. I nie ma w niej pychy i arogancji!
Łk 2,16-21
Przed reformą liturgiczną, wprowadzoną w drugiej połowie ubiegłego stulecia, dzień po Nowym Roku obchodzono święto Najświętszego Imienia Jezus. Utożsamiano je z pamiątką obrzezania. Po reformie - na pierwszy dzień Nowego Roku przypada uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi.
"Dobrze się składa, że z Nowym Rokiem wkraczamy akurat w Święto Matki Bożej, Maryi Panny. Kilka ostatnich stuleci wypełnione było przeważnie "męskimi" próbami projektowania, planowania, przekształcania" (T. Hálik). A kobieta czuje sercem. "Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu" - czytamy w przywołanej Ewangelii św. Łukasza.
W Piśmie Świętym serce to nie siedlisko uczuć, ale głębia człowieka. Serce wspomaga rozum, a nawet zdolne jest dojść tam, gdzie on nie sięga. I tu jesteśmy blisko mistyki. Tego doświadczyli Maryja i Józef - pierwsi, wybrani, godni dotykać Syna Bożego. A także pasterze. Tyle że ci ludzie nie mieli wiele albo nic wspólnego z milutkimi postaciami ze "świętych" obrazów czy z szopek. Dwa tysiące lat temu nie cieszyli się taką sympatią jak na przykład dziś nasi, ci z Podhala. Pochodzili z tak zwanego marginesu, z dołów społecznych. Nie mieli dobrej opinii, mimo że ciężko pracowali. Uważano ich za dzikich, niebezpiecznych, nieprzestrzegających Prawa.
Biblia mówi, że gdy "trzymali straż nocną nad swoją trzodą", "stanął przy nich anioł Pański" i kazał im iść do Betlejem. Słyszymy to co roku... I dobrze, bo "w tę cichą i świętą noc dokonało się dowartościowanie zwykłego, szarego człowieka pracy. Dla Boga, który rodzi się człowiekiem, każdy człowiek jest ważny" (ks. J. Kudasiewicz).
W pierwszy dzień uroczystości Bożego Narodzenia 1980 roku św. Jan Paweł II mówił tak: "To nic, że owej pierwszej nocy (...) radość Bożego Narodzenia dotarła tylko do tych kilku serc. To nic. Jest ona przeznaczona dla wszystkich (...). To jest radość rodu człowieczego. Nadludzka radość! Czyż może być większa radość od tej? Czyż może być lepsza nowina od tej, że człowiek został przyjęty przez Boga za syna w tym Synu Bożym, który stał się człowiekiem?".
Mk 10,17-30
Opisane przez Marka zdarzenie musiało być niezwykle ważne dla świadków, skoro piszą o nim wszyscy trzej synoptycy: Mateusz, Marek i Łukasz.
Może bohaterem był "pewien zwierzchnik", jak podaje Łukasz w Biblii Tysiąclecia lub "dostojnik" wedle Biblii Ekumenicznej. Nie jest to ważne. To, co dla niego stanowiło największą wartość, mienie, bogactwo w zetknięciu z Panem Jezusem staje się czymś innym, aż tak wartościowym, że zmusza do odejścia. Odejścia od wartości najwyższej.
A przecież samo mienie jest czymś dobrym - jak pisze Klemens Aleksandryjski (? około 212 roku): "Mieniem jest to, co mamy, i to mieniem pożytecznym, które Bóg zgotował ludziom, by się nim posługiwali".
Chrześcijaństwo nie było, nie jest i nie będzie zaprogramowaną pauperyzacją społeczeństwa, ale szukaniem Boga ponad wszystko, szukaniem sensu ludzkich dróg. Inaczej: ktoś nadaje sens czy coś ten sens nadaje? Jeżeli człowiek podda się Komuś - Bogu samemu, to wie, jak postępować z czymś.
Ważny jest komentarz Jana Pawła II do tego fragmentu tekstu z Ewangelii św. Marka. Papież pisał: "Nad decyzją odejścia od Chrystusa zaciążyły w końcu tylko bogactwa zewnętrzne: to, co posiadał. (...) Nie to, kim był. To "kim" (...) przyprowadziło go do Jezusa".
I niezależnie od słów papieskiego komentarza, wolno i trzeba pytać, czy owym bogactwem młodego człowieka nie było samozadowolenie z racji wypełniania Prawa: "wszystkiego tego przestrzegałem" - słyszeliśmy przed chwilą.
Dlatego powtórzę myśl z początków rozważań: "to, co dla niego stanowiło największą wartość, mienie, bogactwo w zetknięciu z Panem Jezusem staje się czymś innym, aż tak wartościowym, że zmusza do odejścia. Odejścia od wartości najwyższej".
Ten fragment Ewangelii bardzo nadaje się zarówno do medytacji, jak i na rekolekcje. By przejąć się tym, że podobnie jak Żydom tamtych czasów, Jezusowych czasów na ziemi, nie wystarczyło przestrzegać wszystkich przepisów, podobnie chrześcijanom wszystkich czasów nie wystarcza sama pobożność (jak mówi o. Kłoczowski) "kościołkowa"! "Świętość" osobista na zasadzie "wyklęczenia", "wyspowiadania", "wysłuchania" nie konfrontowana z tym, co zewnętrzne, w zetknięciu z drugim człowiekiem - to egoizm. To właśnie egoizm wbrew intencjom człowieczym miast przyprowadzać do Boga, odwodzi od Niego. To jest ta "posiadłość".
Dlatego - dopowiem na samym końcu - Bóg umieścił w sercu Kościoła zakony kontemplacyjne, w których mniszki i mnisi w ciszy, na czuwaniu, w ciężkiej pracy, mówią Mu - Bogu o bólach świata, o bólach chrześcijan i niechrześcijan, o świecie kochanym przez Boga, bo ludziom tego świata obiecane jest "życie wieczne w czasie przyszłym".