PRZEDMOWA
Przedmowa
Życie, a tym bardziej wierzenia dawnych Słowian, zwłaszcza w okresie
przedchrześcijańskim, ze względu na niewielką liczbę zachowanych
przekazów drukowanych i archeologicznych pozostają dla nas w dużym
stopniu zagadką przeszłości. Jest to wciąż przedmiot badań:
religioznawców, historyków, archeologów, etnografów, językoznawców,
antropologów religii i innych naukowców, którzy różnymi metodami
próbowali rekonstruować słowiański panteon oraz podstawy rodzimego
kultu.
W 1808 roku Josef Dobrovski w swej przedmowie do pracy Slavia napisał
sławne zdanie: Nic nie wymaga bardziej krytycznej rewizji i naprawy w obrębie wiedzy o starożytnościach słowiańskich jak mitologia.
Niestety większość naszych uczonych, podobnie jak Dobrovski, ogranicza
się do krytykowania spraw związanych z mitologią czy wiarą słowiańską,
których po prostu nie rozumieją. Jedni przepisują od drugich,
powtarzając te same schematy myślowe. Im więcej krytyki i podważania
źródeł, tym większy mir w branży.
Trend ten zapoczątkował u nas Aleksander Brückner, a za nim poszli inni
wątpiący, m.in.: Stanisław Urbańczyk, Henryk Łowmiański, Jerzy
Strzelczyk, Leszek Moszyński i ostatnio Dariusz Andrzej Sikorski. Każdy,
kto wychodzi poza ten schemat, jest napiętnowany. Dlatego praca nad
poznaniem i zrozumieniem słowiańskich wierzeń zamiast się rozwijać, to
się cofa. Takim autorom jak Kazimierz Szulc, który przecież w czasach
Brücknera (zabory) prosto objaśnił podstawę słowiańskiej wiary opartej
na kulcie Słońca, Księżyca i Ziemi, przypięto etykietę nawiedzonego
oszołoma, słowianofila oderwanego od rzeczywistości. A tą
rzeczywistością naukową było służenie zaborcom i uczestniczenie w procesach germanizacji i rusyfikacji. Narzędziem tej polityki było m.in.
innymi gmatwanie historii i mitologii Słowian, aby zniechęcić naukowców
i społeczeństwo doby Kulturkampfu do podejmowania niewygodnych dla
zaborców tematów.
Minęło wiele lat, ale w polskiej nauce niewiele się zmieniło w tej
kwestii. Niestety wygląda to nie tylko na zaklęty krąg, ale celowe
działanie, w którym uczestniczą grupa mącicieli i rzesza pożytecznych
powielaczy powtarzających za nimi przygotowane dogmaty, wymysły i przekłamania.
Można by zgodzić się z Dobrovskim tylko w tym sensie, że krytycznej
rewizji i naprawy wymagają liczne przekłamania wprowadzone do wiedzy o mitologii i wierzeniach Słowian przez takich naukowców jak on i większość jego kolegów po fachu, którzy rozpatrywali ten temat,
ograniczając się jedynie do analizy skąpych źródeł historycznych lub
mniej czy bardziej udanych rozważań etymologicznych.
Według definicji, jaką przyjmował Kazimierz Moszyński, który niestety
był ślepo zapatrzony w filogermańskie teorie Gustafa Kossinny i Kazimierza Godłowskiego, religia to kult, magia, wróżbiarstwo, mity,
wierzenia. Przy czym mit teoretycy religii definiują jako "sakralną
opowieść", jednoznacznie wskazując na konieczność traktowania
mitologii jako dziedziny religii.
Oficjalna nauka wydaje się jednak pełnić podobną do religii funkcję
systemu władzy nad ludźmi, której uświęcony instytucjonalnie autorytet
paraliżuje niezależne myślenie. Osobiście mam uprzedzenia do wszelkich
systemów religijnych, które, jak pokazała historia, często funkcjonują w oderwaniu od swojej wiary założycielskiej i nie służą wszystkim
wyznawcom, a jedynie grupie uprzywilejowanego duchowieństwa i flirtującej z nim władzy.
Wierzenia pogan, nie tylko zresztą Słowian, często określane są terminem
"religia" (łac. religare), gdzie "re" znaczy ponowne, a "ligare" -
związanie się domyślnie z bogiem. Dotyczy to tzw. religii objawionej
przez proroka, który umożliwia to powtórne zjednoczenie z bóstwem
poprzez jego pośrednictwo oraz ustalenie dogmatów i prawd wiary. Z tej
racji, że u Słowian nic takiego nie miało miejsca, nie możemy ich
wierzeń nazywać religią. Ich wiara ma charakter pierwotnej więzi z bogiem i jest oparta na wiedzy o wszechświecie, przyrodzie i uniwersalnych prawach, a nie jakimś proroczym kanonie i wtórnym
połączeniu z bóstwem. Nazywanie więc słowiańskich wierzeń - wedyzmem
- wydaje się tu najbardziej właściwe.
Dlatego swoją publikację zatytułowałem akurat Wiara Słowian, bo moim
zdaniem wiara i religia mają różne podłoże przedmiotowe, ładunek moralny
i odmienne przesłanie. W tym ujęciu mitologia, obrzędowość i magia są
częścią wiary, a religia jedynie systemem organizacyjnym, który się na
tej wierze opiera. Zatem to religia jest podrzędna wobec wiary, a nie
odwrotnie.
Aby lepiej zrozumieć takie rozróżnienie, wystarczy przyjrzeć się
zmianom, jakie zaszły w zakresie pewnych istotnych rytuałów, będących
wyrazem wiary ludzi w podległość wyższym siłom, które należy sobie wciąż
zjednywać. Przykładem może być zaklinanie deszczu należące do
podstawowych obrzędów magicznych, które istnieją w wielu kulturach.
Wystarczy przypomnieć sobie, jak kilka lat temu w czasie klęski suszy
modlono się o deszcz w polskim parlamencie. Jak zaraz po tym ulewy
wywołały powódź, trzeba było błagać Boga, by się zlitował. W tym
zakresie, jak widać, wierzenia ludu są niezmienne, tylko religie jako
systemy i pewnego rodzaju osnowa się zmieniają.
Oczywiście wraz z tego typu zmianami mogą pojawiać się nowe elementy,
ale wydaje się, że podstawa wiary pozostaje nienaruszona. Widać to
wyraźnie na przykładzie polskiego katolicyzmu, który mimo tysiąca lat
chrystianizacji pogańskich Słowian nie zdołał wykorzenić dawnych wierzeń
i tradycji, więc przyjęto wiele nakładek, zaadaptowano starą
obrzędowość, nadając jej nowy, chrześcijański aspekt, a licznym bogom
przypisano imiona odpowiadających im świętych. Dlatego można w pewnym
sensie stwierdzić, że religia jest nowa, ale wiara stara.
Wiara rodzima to: religia, mity, obrzędy i magia, ale także
tradycja, poczucie wspólnoty, emocjonalne sacrum, doświadczanie więzi z bóstwem i przodkami. Słowiańskie wierzenia i mitologia nie ustępują
innym, czy się to komuś podoba, czy nie. Naukowcy, którzy zajmowali się
tym tematem, zamiast odkryć prawdę o wierze naszych przodków, w dużym
stopniu pognębili to, co udało się zachować. Nie wiadomo, czy pisali na
polityczne zamówienie swoich mocodawców, czy też wykazywali złą wolę,
pragnąc wpisać się w germanofilski trend deprecjonowa-nia wszystkiego co
polskie i słowiańskie. W każdym razie do dzisiaj w oficjalnym obiegu w naszym kraju funkcjonuje przekonanie, że mitologia słowiańska jest uboga
i wtórna, wierzenia prymitywne, a kultura zacofana.
Najdziwniejsze jest to, że piewcami takiej narracji są sami Polacy,
którzy nie potrafią dostrzec prawdy o swoim dziedzictwie. Dziwią się
temu bardzo inne narody słowiańskie. Pytają, co z nami jest nie tak.
Czemu wstydzimy się słowiańskich korzeni, jednocześnie gloryfikując obcą
kulturę wikingów. Dlaczego wciąż mamy kompleks rzekomo wyżej
rozwiniętych kulturowo Germanów. Nie ma już zaborów ani dyktatu komuny,
ale w wielu głowach widocznie wciąż pokutuje sposób myślenia
zaprogra-mowany w tamtych czasach, sprowadzający się do powtarzania
utartych schematów myślowych sprzed lat.
Europejczyk zresztą nie roztrząsa przeszłości, tylko skupia się na walce
o ideały jutra, w tym przede wszystkim stworzeniu multikulturowego
społeczeństwa bez narodów i religii. Dlatego nie ma co liczyć na to, że
nasze dzieci będą się uczyć w szkole o mitologii słowiańskiej czy
wierzeniach przodków. Ani klerowi, ani liberałom nie jest to na rękę. W zamian serwowane nam są obce kulturowo wzorce. To współczesny podbój
kulturowy, któremu ulegamy po raz kolejny. Mamy oglądać seriale o wikingach, ale nie o słowiańskich chąśnikach, czytać bajki o złej
czarownicy z baśni braci Grimm, a nie o Szewczyku Dratewce, poznawać
legendy o skarbie Nibelungów, a nie o sprytnym Leszku, analizować mity o Odynie lub Odyseuszu, a nie o Kraku, Wandzie czy Lechu.
Odkrywanie prawdy o naszych dziejach, wierzeniach, tradycji
przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny to nie powód do wstydu, jak
niektórym z nas wmówiono i nadal się wmawia. To nie żadne "ubeckie
rzygowiny", jak to niedawno podsumował znany publicysta
klerykalno-narodowy Stanisław Michalkiewicz. To nasze bogate
dziedzictwo, z którego czerpali garściami inni. Warto się nad nim
pochylić, a każdy, kto to zrobi świadomie i wnikliwie, zrozumie, kim
jesteśmy i jak wielka, pozytywna energia ukryta jest w wiedzy i wierze
naszych przodków.
Warto tu zwrócić uwagę na nazewnicze podobieństwo między słowami Wera i Weda. W moim przekonaniu wiara nie może istnieć bez wiedzy, jak i odwrotnie. Razem stanowią drogę do poznania.
W napisach Achemenidów słowo wiara brzmi var i varena, co wskazuje
na ich związki językowe ze Słowianami albo wspólny rodowód
indoeuropejski. Co więcej, widać podobieństwa nazewnicze między wiarą
(wierzeniem) a warem (warzeniem). Awestyjski mit o powstaniu świata z wielkiego waru może mieć zatem przełożenie na pochodzenie słowa wiara.
U Litwinów mamy zapis wera, a u Rusinów wiera, co z kolei jest
przykładem licznych podobieństw w ramach bałto-słowiańskiej wspólnoty
językowej i kulturowej.
Możemy też poczynić rozróżnienie, rozumiejąc, że wiara jest wewnątrz
nas, a religia na zewnątrz, ponieważ wiara to światopogląd, a religia to
obrzędowość.
Według kontrowersyjnego, acz często niezwykle inspirującego Trehlebowa,
wera to weda o Ra, czyli pierwotnym świetle. Natomiast religia to
religia, czyli, jak wynika z samej nazwy, to coś wtórnego, jakby druga
liga. Dlatego wiara jest jedna, a religii może być wiele. Dawna wiara
naturalna: to kult Ra, światła, Słońca, ognia, zwanego też Belem,
jasnością. Radość to, jak wynika z nazwy, stan pełni, nasycenia (dość)
Ra.
Szczęście to z kolei całość złożona "z części", dlatego cel pochodzi
właśnie od wyrazu cały. Celem człowieka jest osiągnięcie stanu pełni
Ra, radości. Natomiast osiągnięcie celu, jakim jest szczęście, to
drobiazgowa robota przypominająca układanie puzzli.
Nietrudno też zauważyć, że Dewa to anagram Weda, a Dewan to anagram
Wenda, natomiast Dewena to anagram Weneda. Wszystkie te słowa są
związane z wiarą i wiedzą. Dawniej słowo *dev odnoszono do duchów,
bóstw (nie różnicując ich na dobre i złe), a weda to wiedza. Od ich
anagramów powstały imiona Dziewanny i Wandy oraz ludu Wenedów.
Przesłanie mojej książki brzmi: Wiedza o wierze i wiara w wiedzę.
Kto zrozumie te zależności, ten powinien odkryć na nowo prawdziwe
oblicze wierzeń naszych przodków.
Zdaniem Aleksandra Hiniewicza, zwierzchnika starowierców inglingów, ich
religią jest rodoteizm, bo wszystko pochodzi od Roda. To
przekazywanie wiedzy z pokolenia na pokolenie. Taka wiedza rodowa jest
najbardziej wiarygodna, bo ojciec najczęściej nie ma powodu uczyć syna
kłamliwych prawd. Reszta jest przy Rodzie. Słowo "ingli" tłumaczą oni
jako boski ogień, energię.
Natomiast Paweł Stelmach w swoich Księgach rodu słowiańskiego (1889)
nazywa wierzenia Słowian - bogowiedzą. Równie ciekawie tłumaczy on
na polski pojęcia mitologia - bajosłowie i teologia - bogosłowie.
Kilku serbskich religioznawców używa z kolei terminu svetosavlie -
świętosawie (od św. Sawy prezentującego narodowo-mesjanistyczne
poglądy), które ma lepiej oddawać naturę słowiańskiej wiary aniżeli
określenie prawosławie, dopatrując się w obecnym kulcie licznych
elementów kontynuacji1.
Za to według Rudolfa Steinera, autora książki Kronika Akasza (1915), w najdawniejszych czasach pielęgnowano nie religię, ale "bożą mądrość i sztukę". Człowiek pierwotny odczuwał wpływ przyrody na swoje życie jako
bezpośredni dar bożych sił świata. Steiner nazywa to "religią woli".
Według zwolenników idei Akaszy, czyli kronik ludzkiego losu i życia na
Ziemi, dostępnych wybrańcom potrafiącym wejść na wyższy poziom
świadomości, rozwój ludzkości przebiegał jednotorowo, stopniowo i pod
kierunkiem boskich wysłanników Manu. Kolejne rasy, takie jak
lemuriańska, atlantycka i aryjska, miały inne umiejętności i osiągnęły
inne stopnie rozwoju, a także w odmienny sposób doświadczały kontaktu z bóstwem. Steiner wyróżnia bogów księżycowych i słonecznych2.
Może to fantastyczne bajanie, ale czyż nie warto poznawać różnych teorii
i opinii, by na ich podstawie ukształtować swój światopogląd, mieć
własne zdanie o rzeczach najważniejszych, mieć pewną wiedzę, a nie
polegać tylko na przekonaniach, które nie wystarczą, by poznać prawdę o świecie, bogach i nas samych.
Kult przyrody, Słońca, Księżyca, gwiazd, ognia, wiatru, wody, to kult
życia, szacunek do dzieła bogów. To religia naturalna człowieka,
rozumiejącego, gdzie się znajduje i jakim zasadom podlega. On wie, a nie
tylko wierzy w objawioną przez kogoś "prawdę". Nie musi znać "świętych
ksiąg". Wszędzie dostrzega i czuje swoich bogów. Co więcej, może pokazać
ich palcem, wskazując na Słońce (ślące życiodajne światło), Księżyc
(oświetlający noc i regulujący procesy życiowe na Ziemi), Wielką Matkę
Ziemię (po której stąpa, która karmi go, daje życie i je odbiera),
wielki dąb (siedzibę dewów), górę (ołtarz bogów) czy strumień pod jego
domem (gwarantujący przeżycie). To boskie przejawy, ale jakże bliskie
ludziom.
Nie jest jednak tak, jak wydawało się chrześcijańskim pisarzom, że
Słowianie czcili stworzenie ponad stwórcę3. Co prawda, Halina
Łozko, związana z Narodową Akademią Nauk Ukrainy, a jednocześnie
pierwsza po wiekach przerwy wołchwyni odradzającej się rodzimej wiary
ukraińskiej, uważa, że charakterystyczną osobliwością ukraińskiej
mitologii jest jej panteizm (z gr. *pan - wszystko, *teo -
bóg), czyli religijno-filozoficzne twierdzenie, że bóg utożsamia się z przyrodą4. W tym rozumieniu bóg jest naturą, a nie bytuje poza
nią jako swym dziełem.
Jeśli nieskończony wszechświat uznamy za przyrodę, to można się z tym
zgodzić. Nasi przodkowie bowiem zdawali sobie sprawę, że nasz świat nie
jest jedynym ze światów. Mieli bogów nieba i ziemi. Rozumieli zasadę
życia, opartą na cykliczności i grze przeciwieństw, dlatego nie
wartościowali boskich spraw i bytów. Nie mieli dobrych i złych bogów,
ale białych i czarnych. Tak jak dzień jest jasny, a noc jest ciemna,
choć nie znaczy to, że jest zła. Jest koniecznością, by dać odpocząć
Słońcu, tak jak zima daje odpocząć Matce Ziemi.
Religia naturalna to świadomość nieuchronności zdarzeń, ale też
wypełnianie swojej powinności wobec otaczającego nas świata i innych
ludzi. To walka z przeciwnościami, które są czymś normalnym. Nie zawsze
musimy wygrywać. Bogowie też często przegrywają, nie są doskonali. Toczą
oni również wojny. To zaklęty krąg życia i śmierci. Boski i ludzki.
Gwiazdy też się rodzą, żyją, dając światło, po czym umierają pożerane
przez czarne dziury, które mogą być przejściem do innego świata.
Religia dawnych Słowian to wiara przyrodzona, czyli związana z przyrodą, ale i z rodem (przodkami) oraz kultem bogów, w tym Swaroga
jako stworzyciela Słońca, Księżyca i Ziemi, a tym samym życia na niej.
Naturę szanowano jako dzieło boskie, nie samą w sobie ani też bardziej
niż bogów, którzy ją stworzyli i wciąż nad nią panują, w przeciwieństwie
zresztą do ludzi, którzy wobec żywiołów czują się często bezradni.
To wśród lasów, bagien, nad jeziorami, morzami i w górach, wytworzyła
się rodzima religia przyrody. Ona nie jest Rodem, ale jest przy nim
(przy Rodzie). Nie powstała na stepach czy wśród lodowców, w strefach o innym klimacie i odmiennych uwarunkowaniach społeczno-kulturowych.
Ukształtowała się tutaj, zmieniając się i rozwijając wraz z jej
wyznawcami. Dlatego słowiańska wiara jest jedyna w swoim rodzaju, nie
jest zapożyczona, narzucona, wymyślona przez jakiegoś proroka, ale
naturalna, prawdziwa, nasza.
Warto też wyjaśnić, co rozumiem pod pojęciem Słowianie, których
wiarę chciałbym tu bliżej przedstawić. W swojej pracy używam czasem
według mnie równorzędnej nazwy "Sławianie", w wersji bardziej
pierwotnej, gdyż dawniej zwano nas Sławianami właśnie, a nie Słowianami.
Przyjmuję zatem, że Sławianie byli ludźmi obdarzonymi sławą ze względu
na swe dokonania, posiadaną wiedzę i obyczaje. "Sława" jest jednak mocno
związana ze słowami, gdyż "sławić" znaczy przecież wypowiadać dużo słów
na czyjś temat. Wiemy też, że Słowianie lubili zabawy słowem i dlatego
mamy tak bogate słownictwo, a nasz język polski jest jednym z najtrudniejszych języków świata. Być może wraz z upowszechnianiem się
kultury słowiańskiej wśród innych ludów (slawizacja Sarmatów, Bułgarów
czy części Germanów) zaczęto używać właśnie takiej a nie innej nazwy na
określenie sławnych ludzi słowa (wiedzy).
Pamiętamy relację o dwóch Sławianach wyprawionych z poselstwem do
Awarów, złapanych w VI w. n.e. przez żołnierzy cesarza bizantyńskiego
Maurycego, którzy mieli przy sobie tylko gęśle i twierdzili, że są
prostymi ludźmi nieznającymi broni, co było w tym przypadku oczywiście
nieprawdą, sprytnym kamuflażem i szpiegowskim wybiegiem. Być może tak
żyli kiedyś, spokojnie i szczęśliwie, ale w obliczu wojującego
chrześcijaństwa musieli zmienić swoje obyczaje i na powrót stać się
wojami, jak ich dawni przodkowie, którzy niegdyś podbili Europę. Naiwny
cesarz im uwierzył, ugościł na dworze i nie widząc w nich zagrożenia,
puścił wolno. Zdobytą w ten sposób wiedzę wykorzystali oni później w wojnach z Bizancjum.
Być może to po tym incydencie, opisanym przez Teofilakta Simokatę,
zaczęto używać nowego określenia na jeńców - sclave, gdyż w tychże
pochwyconych Sławianach nie dostrzeżono wojowników, mimo iż byli silni i rośli, co wprawiło w zdumienie cały dwór cesarski. To chyba wyjątkowy
przypadek w dziejach cesarstwa bizantyjskiego, że pojmani w niewolę
jeńcy nie stali się niewolnikami (servus), tylko zostali puszczeni
wolno.
Wiele wskazuje na to, że słowo sclavus pierwotnie oznaczało
słowiańskiego doradcę lub najemnika na usługach Rzymu, jak np.
Stylichon, w okresie w miarę pokojowej koegzystencji tego imperium ze
Słowiańszczyzną. Może to właśnie odróżniało pierwotnie określenia
sclavus i servus, które z czasem i zapewne celowo zaczęto traktować
jako synonimy. Z pewnością można stwierdzić jednak, że etnonim Sławianie
nie powstał od słowa sclave, ale odwrotnie. Prawdopodobnie był to
jeden z wielu małych elementów antysłowiańskiej polityki, powstałej na
skutek sporów terytorialnych (m.in. Bawaria, Panonia, Dacja).
W każdym razie z czasem zaczęto nazywać Sławian także Słowianami, a zamiast Sklawenii powstała późniejsza Słowenia, no i naszym sąsiadem
jest Słowacja, a nie Sławacja.
Możliwe zresztą, że etnonimy Słowianie/Sławianie5
wywodzą się od "wiana Słońca/Słańca". A to by oznaczało, że jesteśmy
dziećmi Słońca pod obiema nazwami, więc nie ma znaczenia, której z nich
używamy. Możemy więc stosować wymiennie nazwy Słowianie i Sławianie bez
żadnego uszczerbku dla prawdy historycznej. Kłótnie w tej materii uważam
zatem za bezcelowe. W całym materiale używam zresztą obu tych
synonimicznych etnonimów.
Niniejsza praca składa się z siedmiu rozdziałów. W pierwszym z nich
przedstawiam rys historyczny obejmujący skrótowe przedstawienie
etnogenezy Słowian dla właściwego zrozumienia tematu oraz rozwój wierzeń
następujący wraz ze zmianami społeczno-gospodarczymi. Dalej dokonuję
przeglądu źródeł i poruszam problemy związane z ich analizą i dostępnością. W trzecim rozdziale omawiam podstawy słowiańskiej
mitologii, gdzie podaję skrótowo podstawowe mity. W dwu kolejnych
rozdziałach zajmuję się słowiańską kosmogonią, kosmologią i eschatologią
oraz przedstawiam system wierzeń.
W dalszej części opisuję różne obrzędy religijne i magiczne, rolę
kapłanów, miejsca kultu, posągi i idole, składanie ofiar, wróżby,
obrządki pogrzebowe, znany w słowiańskich przekazach wampiryzm czy też
postępowanie w przypadku zarazy. Zamieszczam też wykaz świąt i cyklicznych obrzędów, o których więcej jednak przeczytać będzie można w mojej kolejnej publikacji pt. Kultura dawnych Słowian.
Na koniec przedstawiam swój proces rekonstrukcji słowiańskiego panteonu
oraz jego efekty w postaci schematu hierarchii bóstw. Jeśli chodzi
natomiast o opisy poszczególnych bogów, to ze względu na obszerny
materiał, jaki udało mi się zebrać na ten temat, poświęciłem mu więcej
miejsca w poprzedniej mojej książce Bogowie Słowian (2019), która
stanowi niezbędne uzupełnienie niniejszej pracy.
Niestety ze względu na ograniczenia związane z objętością książki
musiałem tutaj pominąć obszerny temat chrystianizacji Słowian, który
dość dokładnie omówił wcześniej Henryk Łowmiański6 i inni
autorzy, a także kwestie związane z wpływami religijno-kulturowymi
pomiędzy Słowianami i różnymi ludami, do czego wrócę w mojej kolejnej
publikacji. Korzystam jednak czasem z metody porównawczej w celu
przedstawienia pewnych zjawisk jako wspólnego dziedzictwa ludów
indoeuropejskich.
Jak zwykle załączam bogatą bibliografię przedmiotu, z której
korzystałem, oraz liczne przypisy z odniesieniami do autorów
podejmujących podobne tematy omawiane w niniejszej publikacji.
Swoją pracę dedykuję Zorianowi Dołędze-Chodakowskiemu (właściwie Adamowi
Czarnockiemu), który akurat używał nazwy "Sławianie", wywodząc ją od
sławy i przytaczając na poparcie swej tezy liczne argumenty językowe.
Był pasjonatem dawnej Słowiańszczyzny, wędrownym romantykiem, poganinem,
Sławianinem, "duszą północną". Przez wielu uznawany był za wariata,
który odrzucał "dobrego boga", szukając po wioskach zapomnianych
wierzeń. Podziwiam jednak jego pasję i podejście do tematu oraz ogromną
pracę, jaką wykonał, która pozostaje wciąż mało znana i niedoceniana.
Mnie jednak swego czasu bardzo zainspirował, jak inni jemu podobni
"szaleńcy", w stylu: Stanisława Szukalskiego, Tadeusza Wolańskiego,
Józefa Kostrzewskiego czy Kazimierza Szulca.
Redagując w 2008 roku 17. numer kwartalnika "Dedal", poświęcony w całości kulturze słowiańskiej, przy podsumowaniu działań naszej redakcji
i mojej fundacji Regionalis w zakresie organizacji: Świętokrzyskich Dni
Kupały, Świętojanek, Festiwalu Kultury Słowiańskiej SLAVIA i innych
inicjatyw popularyzujących tradycje i kulturę dawnej Słowiańszczyzny w słowie od redakcji pisałem: Jak widać, kultura słowiańska wraca do
łask. I dobrze. Bo czymże jest człowiek bez korzeni? Wszak wszyscy
jesteśmy Słowianami7. Minęło 12 lat i chyba było to nazbyt
optymistyczne stwierdzenie, ale na szczęście widać, że budzenie się
Słowian trwa.
Mam nadzieję, że również niniejsze opracowanie przyczyni się do
uporządkowania wiedzy o słowiańskich wierzeniach, a niektóre moje
wnioski być może staną się przyczynkiem do dyskusji i dalszych badań, co
będzie dla mnie wystarczającą satysfakcją za trud włożony w jego
powstanie.
Tomasz J. Kosiński
Arkadia (Filipiny), styczeń 2020
1 J. Popović, Svetosavlje kao filozofija života, fototipsko izdanje, Valjevo 1993; P.N. Viduša, Svetosavlje protiv krstjana, 2016. [wróć]
R. Steiner, Kronika Akasza, tłum. J. Rundbaken, Warszawa 1915. [wróć]
S. Rosik, Udział chrześcijaństwa w powstaniu policefalnych posągów kultowych u Słowian zachodnich, Wrocław 1995. [wróć]
H. Łozko, Rodzima wiara ukraińska, Toporzeł, Wrocław 1997. [wróć]
Etnonim Slavani może według mnie oznaczać też Slaw+Wani, czyli Sławnych Wanów, a pierwotnie S+la+Wani, tj. "ludzi z nad jeziora Wan", ale to już temat na oddzielną rozprawę. [wróć]
H. Łowmiański, Religia Słowian i jej upadek (w. VI-XII), Warszawa 1979. [wróć]
"Dedal - Świętokrzyski Magazyn Kulturalno-Artystyczny", rocznik 5 (2008), nr 2 (17) - "Kultura słowiańska", pod red. T. Kosińskiego. [wróć]
RYS HISTORYCZNY
Rys historyczny
Dzięki metodzie porównawczej przyjęto kiedyś, że Słowianie należą do
wielkiej grupy zwanej Indoeuropejczykami, jednak rozwój ich wierzeń na
przestrzeni wieków nadal pozostaje przedmiotem badań. Aby rekonstruować
wierzenia Słowian, należy wszakże najpierw ustalić, kim oni byli, skąd
pochodzą, jakie mają związki kulturowe. A na ten temat istnieje mnóstwo
najróżniejszych teorii.
Wiele wskazuje na to, że etnos słowiański tworzył się na bazie ludności
autochtonicznej (Staroeuropejczycy), zamieszkującej tereny Bałkanów od
ponad 7-10 tys. lat, a potem od ok. 4 tys. lat na obszarze Odrowiśla
(badania etnogenetyczne m.in.: Underhilla, Klyosowa, Tomezzoliego,
Mallory'ego czy Grzybowskiego). Nie bez znaczenia był tutaj też udział
napływowych Wenetów (ok. 2500-3000 lat temu) i później scyto-sarmackiej
ludności koczowniczej (hp R1a) z różnych okresów (Tadeusz Sulimirski),
zapewne też z niewielką domieszką zeslawizowanych ludów celtyckich,
protobułgarskich i teutońskich. Więcej o tym pisałem w książce Rodowód
Słowian (2017).
Co ważne, nazwa Sklawenia po podboju przez nich Bałkanów i napadach na
Bizancjum przeniesiona została przez chrześcijańskich historyków na
wszystkie ludy o ario-słowiańskich korzeniach zamieszkujące Europę
Środkowo-Wschodnią. Za Słowian ze względu na wspólnotę rodową, językową
i kulturową zaczęto uważać ludy: Wenedów, Antów, Sklawenów (m.in.
Jordanes) oraz sarmackie szczepy Serbów i Chorwatów (Prokopiusz pisał,
że pochodzą oni z północy, a nie ze wschodu). Zatem można śmiało
stwierdzić, że to nie Słowianie pojawili się w Europie w VI wieku n.e.,
ale tylko sama nazwa Sklaweni (Sławeni) została dopiero wtedy odnotowana
w historiografii.
Mimo iż w żadnym dokumencie źródłowym nie ma wzmianki o migracji Słowian
ze wschodu na tereny Odrowiśla w tym okresie, to akurat historycy są
największymi zwolennikami teorii allochtonicznej tylko dlatego, że
pierwsze relacje o pobycie Słowian pod taką nazwą etniczną pojawiają się
w źródłach bizantyjskich w V-VI w. n.e., czyli zgodnie z pokrętną logiką
naszych akademików, skądś musieli wtedy przyjść. Nie wiedzieć czemu,
nasze tęgie głowy nie biorą pod uwagę możliwości wcześniejszego
funkcjonowania tych ludów pod innymi nazwami, o czym pisał m.in.
Jordanes.
Uczonych trudno przekonać, że charakter prasłowiański miały grupy
plemienne zamieszkujące tereny Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkany już
w okresie starożytnym, jak chociażby Wenedowie, co ewidentnie
potwierdzają dawni kronikarze. Historycy nie przyjmują też niestety do
wiadomości ustaleń swoich kolegów z innych dziedzin, antropologów (m.in.
Jan Czekanowski), etnogenetyków (m.in. Tomasz Grzybowski, P. Underhill)
i części archeologów (m.in. Józef Kostrzewski, Witold Hensel) oraz
lingwistów (m.in. Mikołaj Rudnicki, Witold Mańczak, Mario Alinei,
Frederik Kortland), a także średniowiecznych i późniejszych kronikarzy
(uznawanych nie zawsze słusznie za bajarzy), wciąż pytając tylko o pierwotne źródła pisane.
Dziwnym trafem argumentem, który ma przesądzać o uznawaniu na przykład
Kadłubka za bajarza, a nie historyka, jest powoływanie się przez niego
na listy Aleksandra Macedońskiego do Arystotelesa w sprawie walk w Krakowie i pod Łysą Górą. Jakoś nie przeszkadza to tym samym historykom
poważnie traktować niemieckiego kronikarza Adama z Bremy, który pisał o Amazonkach i ich psiogłowych dzieciach, powołując się na ich listy do...
Aleksandra Wielkiego (sic!)1. Owe listy przytaczane są też w źródłach czeskich.
Takie hermetyczne podejście do historii wydaje się być ugruntowane
dogmatycznym programowaniem elit naukowych w okresie germanizacji z polityką Kulturkampfu na czele. Ci, którzy nie śpiewali jednym chórem z zaborcami, musieli zamilknąć. Smutne jest to, że mimo upływu tak wielu
lat i tylu zawirowań historycznych dziś te filogermańskie postawy
mentalne wciąż dominują w naszym zakompleksionym i upolitycznionym
środowisku naukowym, traktującym wybiórczo stare fakty i ustalenia
badaczy z różnych dziedzin oraz ignorującym wyniki prac z zakresu
paleogenetyki czy antropologii.
Na przykład dr hab. Mariusz Kowalski twierdzi, że Ariowie, którzy
założyli cywilizacje indyjską i irańską, wywodzili się z ziem polskich
(kultura amfor kulistych 3000-2500 p.n.e.) i byli pod względem
genetycznym najbliżsi dzisiejszym Polakom2.
Oficjalna historiografia wciąż ma jednak duży problem z absorbcją tego
typu poglądów. Akademicy i zwolennicy filogermańskiej wersji historii
zarzucają takim autorom jak dr hab. Mariusz Kowalski czy dr Piotr Makuch
(więzi Słowian z Sarmatami) turbosłowiaństwo i nieodpowiedzialne
zapatrzenie w lechickie teorie, jakby zapominając o dziesiątkach
dawniejszych kronikarzy i autorów, którzy pisali o dziedzictwie Lechii i Lechitach, jak Kadłubek, Długosz i wielu innych.
Nawet po drugiej wojnie światowej antropolog Jan Czekanowski i językoznawca Mikołaj Rudnicki głosili istnienie imperium lechickiego
obejmującego zarówno Połabian, jak i plemiona protopolskie. Według
Rudnickiego pod koniec VIII wieku nastąpił zmierzch federacji lechickiej
i rozdrobnienie plemion na skutek gnuśnych rządów Popiela i ekspansji
Karola Wielkiego3.
Jakby celowo zapomina się o tym, że na podstawie własnych badań
językoznawczych Jacob Grimm uznał, iż de facto wcześniejszym
potwierdzeniem istnienia etnonimu Sławianie jest nazwa Swewowie
(Sławowie), która według tego ojca niemieckiej lingwistyki ma wyraźnie
rodowód słowiański.
Mario Alinei przekonuje z kolei, że protosłowiański charakter miały już
naddunajskie kultury: starčevska i późniejsza Vinča oraz Baden. To czasy
o 4 tys. lat wcześniejsze, zanim pojawiły się w Europie grupy
protoceltyckie i protoiliryjskie. Alinei dowodzi też istnienia licznych
zapożyczeń słowiańskich w językach sąsiednich. Twierdzi również, że:
Całkowicie absurdalną tezę o tak zwanym późnym przybyciu Słowian do
Europy należy zastąpić scenariuszem słowiańskiej ciągłości z paleolitu
(M. Alinei, F. Benozzo, 2016).
Z kolei holenderski uczony Frederik Kortland stawia tezę, że to w ramach
indoeuropejskiej kultury ceramiki sznurowej (2900-1800 p.n.e.) mogło
dojść do podziału języka PIE na dwie grupy:
satemową - charakterystyczną dla języków słowiańskich (oraz
bałtyckich, indoirańskich, ormiańskiego i albańskiego);
ketumową - właściwą językom germańskim, romańskim i grece.
Już wtedy obszar między dorzeczem Łaby a Wisłą mieli zajmować Wenedowie.
Kortland jednoznacznie stwierdza, iż nie ma śladów obecności germańskiej
(protoniemieckiej) na wschód od Łaby ani ówczesnych kontaktów między
ludami germańskimi (teutońskimi) a protosłowiańskimi czy bałtyjskimi.
Uważa też, że to wtedy nastąpiła migracja lechicka (późniejsi Polacy +
Pomorzanie + Połabianie), która wraz z ekspansją wenedzką dała podstawę
etnosowi słowiańskiemu. Uznaje on zatem, że Słowianie wywodzą się od
wspólnoty Wenedów i Lechitów, powstałej po rozłączeniu
bałto-słowiańskiej grupy językowo-kulturowej.
Kto wie, czy zatem etnonim Slowene nie oznacza "z łona Wenów", czyli
potomków Wenedów (szlachetnych Wanów ze skandynawskich sag).
Podobnie z ceramiką sznurową wiązał wspólnotę prasłowiańską Witold
Hensel (1979) i kilku innych uczonych.
O dziedzictwo Lechitów (przodków Polaków) i etnogenezę Słowian wciąż
toczą się spory. Przeciw lechickiej teorii o istnieniu przed państwem
Piastów jakiegoś większego, słowiańskiego organizmu protopaństwowego
(poza księstwem Samona i Wielkimi Morawami, Rusią Kijowską, Bohemią oraz
zeslawizowanym Kaganatem Bułgarskim), na razie jednak opowiada się
gros historyków i archeologów. Znaczna część z nich nadal obstaje też
przy starej Kossinnowskiej teorii allochtonicznej, mówiącej o przybyciu
Słowian nad Wisłę w VI wieku n.e., ale większość antropologów i etnogenetyków oraz spore grono językoznawców dowodzi teorii
autochtonicznej, czyli zasiedzenia Prasłowian na Bałkanach i obszarze
Odrowiśla od tysięcy lat.
Amulet szamański, wykonany z meteorytu, znaleziony w 2013 roku przez archeologów ze Szczecina w domostwie człowieka jaskiniowego w Bolkowie nad jeziorem Świdwie na Pomorzu Zachodnim. Datowany na 9000 lat (epoka kamienna). Fot. T. Galiński/IAE4
Z tej racji, że o wierzeniach Prasłowian z okresu przedhistorycznego
wiemy jeszcze mniej niż o samych Słowianach z czasów późnostarożytnych i wczesnośredniowiecznych, w niniejszym opracowaniu zajmiemy się głównie
tymi ostatnimi.
Kilku religioznawców, jak Borys Rybakow, Andrzej Wierciński czy
Włodzimierz Szafrański, słusznie zauważa, że rozwój praktyk religijnych
ewoluował wraz ze zmianami społeczno-gospodarczymi. Te procesy są
również widoczne, gdy przyglądamy się wierzeniom naszych
przodków.
Pierwsze przejawy religii według uczonych wyodrębniły się w ramach
kultury orynieckiej (ok. 30 tys. lat temu) w formie totemizmu.
Wspólnotę plemienną jednoczył totem, symboliczny protoplasta rodu.
Wierzono w ścisły związek człowieka z przyrodą, a totemem mogło być
także zwierzę, które żyło w każdym członku klanu. Każdy czuł się częścią
totemu. Spożycie zwierzęcia totemicznego miało umożliwić przejęcie jego
siły.
Szaman z czasów przedhistorycznych
Z wierzeniami totemistycznymi związany był kult bydła rogatego, czego
potwierdzeniem są groby zwierząt oraz motywy plastyczne wołu i barana.
Totemizm był obecny aż do przybycia Indoeuropejczyków, którzy przynieśli
ze sobą kult realnych przodków rodu zamiast mitycznego protoplasty w postaci zwierzęcia.
Szamański totemizm przekształcił się w wiarę mocy opiekuńczej zwierząt,
roślin i różnych zjawisk. U Celtów wyrażał się w kulcie dzika, a u Słowian - wilka.
Ludzi grzebano w pozycji wyprostowanej lub skurczonej, zostawiając w grobie: sprzęt łowiecki, ozdoby czy kły mamutów. Zmarłych posypywano
ochrą (Morawy, Rosja). Pochówek często miał miejsce w pobliżu domostw,
co mogło być związane z kultem przodków. Wierzono, że życie pozagrobowe
jest kontynuacją życia doczesnego, a kontakty z duchami zmarłych
pozwalają utrzymywać z nimi więź rodową oraz zapewniają moc opiekuńczą.
Odrys pochówku szamana (w środku), mającego na głowie wyobrażenie łosiej głowy, z żonami po bokach, na Wyspie Jeleniej5
Pierwsze grupy zbieraczy i myśliwych poza totemizmem kultywowały też
animizm. Las był wielkim skarbcem, a wszystkie żywe stworzenia
posiadać miały dusze (lele, lelki), podobnie jak ludzie, tworząc
wspólnie wielki organizm więzi duchowych.
Wraz z "rewolucją neolityczną" i jej osiadłym trybem życia nastąpiło
przejście od systemu zbieracko-łowieckiego na gospodarkę
rolniczo-hodowlaną. Wiązało się to również ze zmianą systemu wierzeń, w których coraz większą rolę zaczął odgrywać kult sił przyrody
decydujących o urodzaju, a także życiu człowieka oraz zwierząt
hodowlanych i dziko żyjących na łonie natury6.
Idol szygirski wykonany z kłody modrzewiowego drewna datowanego na 11 600 lat, co czyni go najstarszą drewnianą rzeźbą na świecie7
To wtedy na podstawie obserwacji zjawisk przyrodniczych i cykliczności
ciał niebieskich, w tym Słońca i Księżyca, zaczęto konstruować pierwsze
kalendarze, niezbędne do przewidywania pogody, tak ważnej dla
społeczności rolniczej.
Idol szygirski (fragment), fot. Wikimedia Commons
W miejscowości Dzielnica na Opolszczyźnie widać trwałość osadniczą aż do
epoki brązu. Odkryto tam też dowody na najstarszą w Europie uprawę żyta
sprzed 6000 lat, a także pszenicy, jęczmienia oraz lnu. To czasy, zanim
do Egiptu dotarła ludność potrafiąca uprawiać rolę i hodować zwierzęta.
Archeolodzy znaleźli też na tym stanowisku glinianą figurkę kobiety z wyraźnie podkreślonymi narządami rodnymi, co świadczy o kulcie
płodności.
W społeczności prowadzącej spokojne życie w małych osadach wczesnego i środkowego neolitu kobiety odgrywały dominującą rolę jako rodzicielki,
karmicielki i opiekunki plemienia, zajmując się m.in. zbieractwem,
ziołolecznictwem i domostwem. W centrum symbolicznego postrzegania
świata była polimorficzna postać Wielkiej Bogini - Matki Ziemi.
Andrzej Wierciński przedstawia zbiór czynników społeczno-kulturowych,
które sprzyjały jej intronizacji:
przypuszczalnie to kobieta była wynalazczynią rolnictwa w związku z jej udziałem w intensywnym zbieractwie ziaren dzikich traw zbożowych,
skąd był jeden krok do pierwszych intencjonalnych zasiewów, po
obserwacjach flory przyobozowej (np. wykiełkowanie z jam zasobowych);
upowszechnienie się rolnictwa wczesnego okresu, przy zanikaniu
wielkiej fauny plejstoceńskiej, prowadziło do spadku roli myślistwa,
co łącznie z osiadłym i pokojowym jeszcze trybem życia warunkowało
spadek prestiżu społecznego mężczyzny;
następuje zwiększenie się zapotrzebowania na wielorództwo kobiet
połączone ze stabilizacją domu rodzinnego o dużej liczbie dzieci i w ogóle na płodność pól uprawnych i zwierząt hodowlanych; zachowania
erotyczne ulegają przeto derepresji i rozwija się obrzędowość
chtoniczna i orgiastyczna;
magia agrarna i płodnościowa w sposób naturalny symbolicznie wiąże
kobietę z Ziemią, Księżycem i wodą, który to żywioł nabiera ogromnego
znaczenia w rolnictwie;
następuje wzrost roli cykliczności klimatycznej i pogodowej w związku
z początkowo niewielką liczbą cyklów wegetacyjnych uprawianych roślin,
co automatycznie kojarzy się z cyklicznością kobiecą, też związaną z płodnością;
w rezultacie wytwarza się matrylinearny system zarządzania typu
Świętego Królestwa, w którym dominującą rolę odgrywa Królowa Matka, a jej falliczny małżonek, jako Święty Król, przeznaczony jest na
cykliczną ofiarę magii agrarnej.
Wierciński dodaje, że rozwijają się wtedy misteryjne kulty Wielkiej
Bogini wraz ze stosowną inicjacją przepojoną elementami orgiastycznymi.
Przewodzą temu wszystkiemu kolegia kapłanek-wieszczek, być może
prowadzących też stosowne obserwacje astronomiczne bardziej
skomplikowanych cyklów lunarnych. Możliwe, że w czasach późniejszych
część z nich przeistoczyła się w bardziej zmilitaryzowaną elitę typu
Amazonek8.
W okresie pierwotnym (matriarchat) postać Matki Świata (Magna Mater)
obejmowała skojarzenia z Ziemią, Księżycem i wodą. Kult lunarny
symbolizowany był przez motyw półksiężyca, znak podwójnego topora i bydlęce rogi. Jego reprezentacją była postać boskiej krowy,
zapewniającej dostatek społeczności zajmującej się hodowlą zwierząt.
Widoczne też są powiązania tego kultu z innymi symbolami: wężem, ptakiem
wodnym, gołębicą, kozą, pszczołą itd.
Natomiast mężczyzna występował przede wszystkim w roli "ojca
zapładniacza" i kochanka, przez co widać jego nawiązania do byka, kozła
lub barana. Sporo przekonujących danych archeologicznych
potwierdzających taką symbolizację przytacza Marija Gimbutas
(1974)9.
Figurka Bogini Matki z Dolnych Vestonic, fot. Petr Novák/Wikimedia Commons, lic. CC-BY-SA 2.5
Pierwsze figurki kobiet, tzw. paleolityczne Wenus, pojawiły się w kulturze graweckiej (34-22 tys. lat temu), jak np. Wenus z Dolnych
Vestonic na Morawach (najstarszy znany wyrób ceramiczny na świecie).
W Europie znaleziono do tej pory ok. 50 figurek tzw. Wenus, czyli
przedstawiających Boginię Rodzicielkę. Chyba najlepiej rozpoznawalną z nich jest Wenus z Willendorfu. Natomiast na naszych ziemiach najbardziej
znane są wyobrażenia Wenus z Modlnicy, Raciborza, Wilczyc koło
Sandomierza, Jaskini Obłazowej (odkryte w 2017 roku) oraz z Dzierżysławia na Górnym Śląsku.
Najstarsze wyobrażenie kobiety z okresu neolitu (ok. 5500 roku p.n.e.) znalezione w Modlnicy w pobliżu Krakowa
Wraz z opanowywaniem przyrody i rozwojem sił wytwórczych człowiek zaczął
odchodzić od dominującego w pierwotnym okresie kultu zwierząt i elementów naturalnych, stopniowo je personifikując, co miało przełożenie
na powstanie znanych nam wyobrażeń wielu istot fantastycznych o antropomorficznych cechach. W ten sposób praktykowany od początków
starożytności kult zmarłych przodków uległ istotnemu przekształceniu, a duchom uosabiającym przyrodę nadano wtedy ludzki wygląd, co według
Włodzimierza Szafrańskiego nastąpiło pod wpływem iliryjskiego południa.
Figurka gliniana z IV tysiąclecia p.n.e. z Raciborza na Śląsku
Figurka z Deszczna pod Gorzowem
W okresie rozkładu wspólnoty pierwotnej kształtował się również kult
plemiennego wodza, który jest najczęściej apoteozą opiekuna rodu,
podniesionego do rangi antropomorficznie wyobrażanego bóstwa. Wraz z kultem przodków, pradawnym kultem totemu i z kultem duchów przyrody kult
przywódcy rodu zaczął stanowić zwartą całość wierzeń. Bóstwa
przedstawiane są wówczas właśnie pod postacią władcy, ale również
boga-zwierzęcia i boga-Słońca.
Szafrański zauważa, że to wtedy pojawiło się wyobrażenie bóstwa
słonecznego w postaci ludzkiej, czego przykładem jest figurka mężczyzny
z Glinian pod Wołowem na Śląsku. Także kult płodnej przyrody zaczął być
wyrażany pod postacią kobiety-matki, którą przedstawia figurka z Deszczna pod Gorzowem.
Wyobrażenia ludowe Słońca wędrującego po niebie w wozie w asyście ptaków, symboli odrodzenia, reprodukcja za: B.A. Rybakow, Jazyczestwo driewnych Slawian, Moskwa 1981
Jeśli dodamy tutaj znany już z tego okresu kult Księżyca i wspomnimy o wielkim szacunku dla ogniska domowego, co było związane z rozwojem
patriarchalnej wspólnoty rodzinnej, to otrzymamy obraz systemu
prasłowiańskich wierzeń opartych głównie na kulcie sił przyrody i czci
zmarłych.
Wraz z umacnianiem się pozycji wodza plemiennego, a w konsekwencji -
patriarchatu, to Słońce staje się najważniejszym bogiem, przejmując
atrybuty wcześniejszej Wielkiej Bogini Matki, bogini życia, płodności i urodzaju, doprowadzając de facto do upadku matriarchatu. Stało się to
w okresie przechodzenia od epoki kamiennej do epoki brązu, ok. XIII-XII
w. p.n.e.10. Wtedy też możemy mówić o krystalizowaniu się
Prasłowiańszczyzny.
Wyobrażenie kobiety z rogiem, reprodukcja za: B.A. Rybakow, Jazyczestwo driewnych Slawian, Moskwa 1981
Wraz z kultem solarnym nastąpiła też zmiana obrządku pogrzebowego ze
szkieletowego (inhumacja) na ciałopalny (kremacja). Ciała zmarłych
spalano na stosie, a prochy umieszczano w glinianych popielnicach.
Rozwinął się też jeszcze bardziej kult ptaków jako przewoźników dusz,
uwalnianych podczas spalania ciał. Wierzono wtedy nie tylko w życie
pozagrobowe, ale najpewniej także w wędrówkę dusz (reinkarnację).
Ogień uważany był za boskiego wysłannika Słońca. Jego rola wzrosła wraz
z rozwojem gospodarki rolnej opartej na technice żarowej (wypalanie
lasów pod uprawy), a także metalurgii miedzi i brązu. To on stał się
motorem napędowym ówczesnej cywilizacji. Dlatego bóstwo solarne
zepchnęło na dalszy plan dotychczasowy kult księżycowy. Pojawiły się
zatem i nowe symbole: tarczy słonecznej brązowej i złotej na kultowym
wozie (ruch cykliczny Słońca po niebie), krzyż równoramienny, koło
szprychowe, krzyż w kole, swastyka (wirujący krzyż) i jej trzyramienna
wersja - trykwert.
Osiadły tryb życia, związany z rolnictwem, stał się podstawą cywilizacji
zurbanizowanej, która ostatecznie zerwała harmonijną więź człowieka z jego otoczeniem naturalnym, co oczywiście odbiło się na zmianie ustroju
społecznego i spowodowało przejście od matriarchatu (dominującego w społeczności rolniczej) do patriarchatu (mężczyźni jako obrońcy osad i ich budowniczowie). W ten sposób pojawił się też kult bogów wojny, a Wielką Boginię zastąpił lub zdeprecjonował wojowniczy męski bóg nieba,
gromu i Słońca.
W VII-V wieku p.n.e. obserwowany jest miejscowo w Europie Środkowej
częściowy powrót do obrządku szkieletowego. Niektórzy badacze uważają,
że ówczesny pochówek szkieletowy w tzw. grobach książęcych ma związek z celtyckim druidyzmem11. Naukowcy mówią o dość istotnym
wpływie Celtów w okresie wczesnorzymskim, od których zaczerpnięto
techniki metalurgiczne i inne rodzaje rzemiosła oraz uprawy roli. To im
przypisuje się rozwój centrum kultowego na Ślęży i budowę tam kamiennych
rzeźb kultowych oraz wałów. Te kamienne konstrukcje nie miały walorów
obronnych, ale symbolicznie otaczały wierzchołki tych szczytów, na
których znajdowały się miejsca kultowe12.
W obliczu ekspansji koczowniczych plemion ze wschodu Prasłowianie
musieli zmienić swoje zwyczaje i z grupy spokojnych rolników wyodrębnić
wojowników, którzy stawią czoło najazdom nie tylko Celtów, ale i Scytów
oraz Sarmatów, a później także Gotów, Hunów i Awarów.
Sulimirski uważa, że Sarmaci podbili Słowian i stąd tyle pojęć
religijnych zostało im narzuconych. Nie były to według niego pożyczki
sąsiedzkie, jak sądzi z kolei wielu językoznawców, co wymaga z pewnością
dalszych badań13.
W sferze wierzeń jako odzwierciedlenie konieczności prowadzenia ciągłych
działań wojennych tworzy się klasa książęca, a tym samym pojawia się
kult silnych władców i bohaterów. Dochodzi wtedy do rozdziału władzy
świeckiej i duchowej, za które odpowiadają oddzielnie książę i kapłan.
Wiece coraz częściej muszą wybierać naczelników na czas wojny, co
potwierdza relacja Jordanesa o ukrzyżowaniu przez Gotów wodza Antów Boza
i 70 członków starszyzny rodowo-plemiennej. Ustrój wspólnoty pierwotnej
przybiera u Słowian formę demokracji wojennej, co doprowadza do
wykształcenia się wczesnoklasowych ustrojów społecznych.
Wojewoda (wódz), wcześniej wybierany tylko na czas wojny, musi teraz być
w ciągłym pogotowiu, co powoduje wykształcenie się trzech klas:
władczej, kapłańskiej i wytwórczej. Zauważa się silniejszy kult bóstw
patronujących działaniom wojennym, zwłaszcza na Połabiu, gdzie większość
znanych wyobrażeń bogów ma wojskowe atrybuty (miecze, zbroje, włócznie).
Wydaje się, że szczególną czcią obdarzano tzw. bóstwa klasowe, rolnicy
więc większą uwagę skupiali na pielęgnowaniu obrzędów i składaniu ofiar
bogom odpowiadającym za gospodarkę rolną aniżeli bóstwom wojennym, które
były czczone głównie przez warstwę rycerską.
Możliwe, że pojawienie się ponownie grobów szkieletowych, tzw.
książęcych, już kilka wieków p.n.e., związane było nie z oddziaływaniem
celtyckim, ale z napływem na te tereny ludów scyto-sarmackich i huno-awarskich, które chowały swoich wodzów i członków elity plemiennej
bez spalania i często wraz z koniem. Być może wynikało to z wiary, że
tak zacne osoby, podobnie jak szamani, nie muszą podlegać kremacji,
czyli oczyszczeniu ciała przez święty ogień, aby ich dusza mogła ulecieć
w zaświaty. W uznawanej za prasłowiańską kulturze łużyckiej nadal jednak
stosowany jest obrządek ciałopalny, choć z pewnymi modyfikacjami w zakresie obrzędu pogrzebowego.
Patriarchalne plemiona słowiańskie, żyjące pod koniec ostatniego
tysiąclecia p.n.e. i w pierwszych stuleciach n.e. w ustroju demokracji
wojennej, przeżywają kryzys ustroju wspólnoty pierwotnej, co doprowadza
do wykształcenia się wczesnoklasowych ustrojów społecznych.
Rzym handluje ze Słowianami, kupując m.in. nadwyżki zboża, bursztyn
(Pomorze, Sambia), metale (czeskie Rudawy, dolnośląski ośrodek
miedziowy), sól z solanek (Wieliczka, Bochnia), wyroby żelazne z kilku
ośrodków dymarskich z terenu Odrowiśla (świętokrzyskie i mazowieckie
centra wyrobu żelaza), ceramikę, skóry, futra i inne wyroby.
Dzięki ożywionej produkcji i handlowi bogacą się bardzo starszyzna
rodowa, naczelnicy plemion i wodzowie drużyn wojennych, czego
potwierdzeniem może być zdaniem Szafrańskiego fakt, że w ówczesnych
nekropoliach kultury przeworskiej pojawiają się, odróżniające się od
grobów jamowych, groby szkieletowe, tzw. książęce, niezwykle bogato
wyposażone, zwłaszcza w kosztowne importy rzymskie, w których chowano
wybitnych przedstawicieli starszyzny plemiennej. Uznawane one są za
groby kapłanów, którzy mieli odgrywać jednocześnie rolę naczelników
plemiennych, wodzów, skupiając w jednej osobie pełnię władzy świeckiej i religijnej.
W ten sposób następuje stopniowe rozwarstwienie i ukształtowanie się
społeczeństwa klasowego. Pojawia się własność ziemska, budowane są
miasta, tworzą się państwa rządzone przez klasę posiadaczy ziemskich,
co jest początkiem ustroju feudalnego. Rozwija się rzemiosło z produkcją
towarową na rynek nie tylko lokalny. Jak uważa, Szafrański: W tej nowej
rzeczywistości społeczno-gospodarczej dawne wierzenia stają się
anachronizmem i zaczynają powoli ulegać przeobrażeniom, ażeby dostroić
się do nowej sytuacji.
W III-IV wieku n.e. w cesarstwie rzymskim rywalizują trzy religie:
mitraizm (kult solarny), manicheizm (dualizm dobra i zła) i chrystianizm
(monoteizm). Prawdopodobnie kult Mitry został przywleczony do Słowian
zachodnich przez Wandalów po oblężeniach Rzymu (wizerunki Mitry na
kamieniach Hagenowa). Irańska idea walki dobra ze złem (zoroastryzm)
dotarła na tereny Słowiańszczyzny wraz ze Scytami i potem z chrześcijaństwem, jednak nie wydaje się, aby kiedykolwiek zastąpiła
mniej waleczną wersję dualnego podziału świata na jasną i ciemną stronę,
co bardziej przypominało filozofię hinduską czy chińskie ying i yang.
Lubor Niederle przekonywał, że dualizm dobra i zła był obcy religii
słowiańskiej, wątpił też w podział bóstw na zasadzie etycznej, gdyż
większość z nich przejawiała cechy dobre i złe w naszym dzisiejszym
rozumieniu. Opis Helmolda o czarnym bogu zwanym diabłem i białym dobrym
bogu to typowa interpretacja chrześcijańska. Nie można odrzucać jednak
istnienia białego i czarnego boga czczonych u Słowian, ale trzeba je
inaczej interpretować niż po chrześcijańsku, o czym będzie mowa dalej.
Według Szafrańskiego religia Słowian wczesnośredniowiecznych była kultem
uosobionej przyrody, ożywionych ciał niebieskich i zjawisk
atmosferycznych, z wyraźnie dominującym prastarym kultem płodnej Matki
Ziemi. Powszechny był także dawny kult solarny ognia niebieskiego,
Słońca, spersonifikowany w męskie bóstwo traktowane jako Bóg Stwórca i pan nieba. Jednocześnie czczono ziemski ogień oraz - jak wskazują na to
wzmianki Prokopa z Cezarei, Thietmara, Herborda i Helmolda - istniał też
kult drzew, gajów i wód: rzek, jezior i źródeł. Wymienić tu też trzeba
kult całej masy drobnych duszków, ubożąt domowych, opiekunów
gospodarstwa domowego pomagających lub szkodzących człowiekowi, których
przychylność usiłowano sobie zjednać, zostawiając im resztki jedzenia po
spożytym posiłku, a także wszelkiego rodzaju demony leśne, polne, wodne,
jak wiły, rusałki, krasnoludki, wodniki, południce, latawce itp., itd.
Do upadku Rzymu, a tym samym kryzysu także na naszych ziemiach wskutek
załamania handlu i braku zamówień na wiele towarów importowanych z terenów Słowiańszczyzny, przyczynili się w dużym stopniu Wandalowie
(mogący być sojuszem wojskowym Wenedów i Alanów, czyli Wend + Al) oraz
Goci (uznawani przez niektórych za Bałtów), którzy tworząc swoje państwo
nad Morzem Czarnym, wchodzili w związki międzykulturowe z miejscową
ludnością słowiańską, a także sarmackimi Alanami. Temu wielokulturowemu
organizmowi państwowemu położył kres najazd Hunów w 375 roku,
sprzymierzonych z Antami i innymi ludami uznawanymi za słowiańskie.
Jerzy Gąssowski zakłada, że być może to właśnie Hunowie przynieśli na
nasze tereny kult bóstw w formie jedno- i wielotwarzowych palów, który
mogli przywlec z północnych Indii, pustoszonych przez nich w V wieku
n.e. To ze wschodu miała też przyjść tradycja budowania rzeźb nagrobnych
z wizerunkami bóstw-przodków, tzw. bab, być może zapożyczona wcześniej
od ludów scyto-sarmackich14. Dlatego część uczonych
uznaje Światowida ze Zbrucza za wyrób niesłowiański (w myśl tych teorii
byłoby to dzieło ludów koczowniczych, może Pieczyngów), choć pomijają
możliwość absorpcji przez plemiona słowiańskie takiej formy przedstawień
bóstw od tychże napływowych ludów. Rzeźby wielotwarzowe, zarówno z Wołynia, jak i Połabia, zapewne są już dziełem słowiańskich twórców, a obecne na tzw. babach (znanych m.in. z Pomorza, gdzie naukowcy nie
zlokalizowali pobytu plemion stepowych) motywy rogu i miecza, które
występowały w symbolice lechickiej, a później postsarmackiej w okresie
Rzeczypospolitej Obojga Narodów, świadczą o ich dość wczesnej adaptacji.
Hunowie spustoszyli Europę, lecz po śmierci Atylli, na którego cześć,
jak czytamy w Getice Jordanesa z 551 roku (na podstawie przytoczonej
Pieśni Hunów Priscosa Panitesa), wyprawiono "strawę" - słowiańską
ucztę dziękczynną, ostatecznie rozproszyli się i zostali wchłonięci
później przez miejscowe wspólnoty plemienne. Podobny los spotkał
wcześniej ekspansywne ludy sarmackie. Kto wie, czy tzw. Biali Hunowie,
nie stanowili później części elity rycerskiej Lechitów, obok Sarmatów
właśnie.
W VI wieku pojawili się w Europie Środkowej Awarowie, podbijając kilka
ludów słowiańskich zamieszkujących m.in. Panonię i Wołyń. Wtedy też w ramach nowej europejskiej zawieruchy z nadkarpackich terenów ruszyły na
południe grupy słowiańskich Sklawinów (Sławinów), którzy wraz ze
spokrewnionymi Antami walczyli w VI i VII wieku przeciw Bizancjum jako
sojusznicy Awarów, a potem także Bułgarów, przybyłych w tym okresie znad
Morza Azowskiego. Pod koniec VI stulecia Słowianie zasiedlali już całe
Bałkany, Peloponez, docierali także do Azji Mniejszej, a nawet do Syrii.
W 623 roku na terenie Czech i Moraw powstało ponadplemienne, słowiańskie
państwo Samona, sięgające aż po środkową Łabę, toczące z powodzeniem
boje z Awarami i Frankami. Jego kontynuatorem w pierwszej połowie IX
wieku stało się Państwo Wielkomorawskie, skutecznie opierające się
agresji frankońskiej. Uległo ono jednak naporowi Madziarów w 906 roku.
To na Morawach Cyryl i Metody przeprowadzili udaną misję
chrystianizacyjną, chrzcząc władców morawskich i ich dwór, co wywołało
konflikt interesów z Kościołem katolickim.
Jak twierdzą naukowcy, w VII wieku (inne teorie mówią o wcześniejszym
okresie) część Słowian zachodnich przeszła na Zaodrze, Połabie i Pomorze
Zachodnie, tworząc tam związki plemienne: Obodrytów, Wieletów, Wagriów i Serbów Łużyckich. Musieli jednak walczyć wciąż z Sasami i Frankami oraz
Duńczykami, wchodząc w trudne sojusze z dotychczasowymi wrogami w kolejnych wojnach, niestety toczonych także między sobą w ramach
słowiańskiej walki większych wspólnot plemiennych o dominację nad
pozostałymi oraz zachowanie lub powiększenie wpływów nad poszczególnymi
terenami: Zaodrza, Połabia, Łużyc i Pomorza Zachodniego. Niektóre grupy
podejmowały też działania ekspansywne, co doprowadziło do tego, iż pod
koniec VIII wieku Karol Wielki wzniósł gigantyczną linię umocnień
obronnych Limes saxonicus (między Saksonią a państwem Obodrzyców) i Limes sorabicus (oddzielającą państwo Franków od Łużyczan) dla
zabezpieczenia się przed najazdami Słowian.
Pod koniec VII wieku w Mezji nad dolnym Dunajem osiedlili się turkijscy
Bułgarzy, którzy dość szybko ulegli całkowitej slawizacji, wyciągając,
jak widać, słuszne wnioski z faktu wcześniejszej przymusowej slawizacji
ludów scyto-sarmackich i po części zapewne huńskich na skutek upadku ich
potęgi wojskowej. W połowie IX wieku słowiańskie państwo Bułgarów stało
się jedną z ówczesnych potęg europejskich.
W roku 865 bułgarski car Borys zdecydował się na przyjęcie
chrześcijaństwa. Książęta wielkomorawscy zostali ochrzczeni już w roku
822, a w roku 845 przyjęło chrzest 14 książąt czeskich w Ratyzbonie. W Polsce nastąpiło to dopiero w roku 966, choć chrzest księcia Wiślan, co
potwierdzają źródła, mógł odbyć się już pod koniec IX wieku. Na Rusi
Włodzimierz ochrzcił się natomiast w roku 988.
Książę Polan Mieszko I obala pogańskie posągi według XIX-wiecznego wyobrażenia
W dorzeczu Odry i Wisły w X wieku ukształtowało się ponadplemienne,
potężne państwo polskie, a na wschodzie wyrosło państwo ruskie, które
bogaciło się na kontaktach handlowych z Bizancjum. Oba podmioty
polityczne w drugiej połowie X wieku przyjęły chrześcijaństwo jako
religię państwową, głównie zresztą elit, zezwalając na prowadzenie misji
chrystianizacyjnych na ich ziemiach, a także uczestnicząc w tego typu
działaniach na terenach sąsiednich. Polacy weszli tym samym w konflikt
polityczno-religijny z Pomorzanami i plemionami łużycko-połabskimi.
W obliczu ciągłych zagrożeń wojennych i misji chrystianizacyjnych ze
strony Duńczyków, Sasów, Polaków i innych ochrzczonych plemion
słowiańskich, wspierających zakusy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a tym
samym ryzyka politycznych ustępstw ze strony panujących książąt i przekupywania ich, wśród Słowian połabskich nastąpiło osłabienie władzy
książęcej i zastąpienie jej przez kolegium kapłańskie sprawujące władzę
teokratyczną skupioną wokół centralnego bóstwa.
Wraz z podjęciem misji chrystianizacyjnych nastąpił kolejny zwrot w systemie wierzeń, a wiele pomniejszych bóstw w ukształtowanym
politeizmie - zwłaszcza na Połabiu wobec wojennych zagrożeń ze strony
agresywnych sąsiadów - zyskało atrybuty i funkcje militarne.
Z racji konieczności intensywnej walki obronnej z naporem
chrześcijańskich krucjat na Połabie tamtejsze bóstwa słowiańskie musiały
podołać nowej roli, stając się bogami wojny, wróżby i powodzenia. Bóstwa
płodności i urodzaju stały się patronami odważnych, krzepkich wojów.
Boginie Matki słały swych synów w bój, pełniąc nad nimi funkcje
ochronne. Dlatego pojawiały się na sztandarach (stanicach).
Chyba słusznie zauważa Jerzy Gąssowski, że ze względu na te okoliczności
kult Słowian połabskich nie może być reprezentatywny dla pozostałych
części Słowiańszczyzny, która przyjęła chrzest o kilka wieków wcześniej
i większość bóstw, zamiast ewoluować wraz ze zmianą sytuacji
politycznej, została zastąpiona nakładkami w postaci kultu
świętych15. Wśród ludu zamiast panteonu bóstw utożsamianych z siłami natury i obiektami astronomicznymi mającymi wpływ na życie na
Ziemi (Słońce, Księżyc) rozbudowano w tym okresie demonologię, która
akurat u Połabian była dość uboga, a silny był u nich natomiast kult
bogów plemiennych wyższego rzędu (bóg-przodek utożsamiany najczęściej z posłańcem Słońca - boga najwyższego). Dlatego boga Redarów (najpewniej
czczonego także u innych plemion połabskich, łużyckich, czeskich i polskich, o czym świadczą choćby przekazy etnograficzne i nazwy
miejscowe) - Radegasta zwano Swarożycem, czyli synem Swaroga.
Jak pisał Helmold, u Słowian, ile było plemion, tylu bogów, co można
rozumieć, tak że każdy lud czcił własne bóstwa. Równie dobrze mogą to
być jednak tylko inne, lokalne, plemienne nazwy jednego, wspólnego
wszystkim Połabianom i Pomorzanom bóstwa naczelnego i jego bóstw
pomocniczych. Tym naczelnym bogiem był zapewne Świętowit ze swoją
twórczą mocą Swarogiem - panem ognia niebiańskiego oraz stworzycielem
Słońca, Ziemi i Księżyca, uznawanych za bóstwa towarzyszące, innymi
słowy - najwyższą rodzinę bogów.
Z kolei na Rusi zdaniem Łowmiańskiego politeizm (wielobóstwo) zaczął
się kształtować dopiero w wieku X, już w warunkach ustroju państwowego.
W epoce plemiennej była to polidoksja16 uwieńczona
prototeizmem17, który wyrażał się w kulcie Peruna jako
bóstwa nieba, władającego piorunami. Możliwe, że pod wpływem
chrześcijaństwa powstały wówczas pierwsze antropomorficzne wyobrażenia
bogów oraz świątynie im poświęcone.
Jednak bogowie przodków okazali się zbyt słabi, by bronić słowiańskich
wyznawców przed wrogami i dlatego książę Rusi Włodzimierz ogłosił swego
rodzaju konkurs na nową religię państwową, która zapewniłaby mu
odpowiednią siłę i zwycięstwo w konfrontacji z nową rzeczywistością
polityczno-ekonomiczną. Przyjmując chrześcijaństwo, podobnie jak Mieszko
I, zapewniał on sobie przywilej bycia sprzymierzeńcem cesarstwa i względny spokój.
Tak się akurat składa, że syn tegoż Mieszka, zapalczywy chrześcijanin,
Bolesław Chrobry, mimo przyjęcia i propagowania nowej wiary, często
zresztą drastycznymi metodami (wybijanie zębów za łamanie postu,
zgniatanie jąder za zdradę małżeńską, palenie starych ksiąg oraz
burzenie pogańskich świątyń i idoli), wojował na powrót z cesarstwem,
które nie widziało nic zdrożnego w sojuszu z pogańskimi Wieletami
przeciwko ochrzczonemu królowi Polski. Pisał o tym św. Brunon z Kwerfurtu na początku XI wieku, wypominając cesarzowi Henrykowi, że
paktował ze Swarożycem przeciwko chrześcijaninowi Bolesławowi
Chrobremu18.
W misjach zbrojnych pod znakiem krzyża chodziło zatem głównie o ekspansję terytorialną, podboje, grabież i zdobycie wpływów, a nie tylko
o krzewienie nowej wiary, co miało być tylko przykrywką i pretekstem do
tego typu działań.
Cesarstwo w przymierzu z Sasami w 1068 roku najechało ziemie Lutyków
burząc świątynię Swarożyca w Retrze (Radogoszczy), a Duńczycy w sto lat
później zniszczyli świątynię Swantewita w Arkonie, będącą ostatnim
bastionem oficjalnego kultu starej wiary.
W starciu z ekspansją wojującego chrześcijaństwa religia naturalna i pokojowe podejście do świata i innych musiały skapitulować. Nastąpił
okres tzw. dwuwiary, gdyż lud związany z dawnymi wierzeniami nie był w stanie przyswoić sobie nowego systemu religijnego.
Głowy, najprawdopodobniej pochodzące z rozebranej świątyni pogańskiej, wmurowane w północną ścianę (strona zła) kościoła romańskiego z końca XII wieku w Inowrocławiu. Tam też znajduje się wizeruek skrzydlatego lwa/psa (Simargla?), co stanowi przykład adaptacji elementów pogańskich do celów chrystianizacyjnych
Przez pierwsze wieki chrześcijaństwo w krajach słowiańskich było
praktycznie religią możnowładców. Wśród ludności wiejskiej wciąż istniał
kult przyrody i uosabiających ją bóstw, tylko pod nowymi imionami (Boga
Ojca, Bożyca - Jezusa, Matki Boskiej - Marii i świętych). Rozwinęła się
też wtedy demonologia ludowa, a straszydeł przybyło w związku z przymusowym przejściem z obrządku ciałopalnego na szkieletowy
(inhumacja). Lud obawiał się, że niespalone ciała więżą duszę, która
wciela się w upiory i demony, gnębiące za to ludzi.
Wizerunek skrzydlatego lwa/psa (Simargla?) na jednym z kamieni północnej ściany XII-wiecznego kościoła w Inowrocławiu
Jerzy Treder podaje, że ze względu na znaczący wpływ chrześcijaństwa na
rodzime wierzenia słowiańskie, w tym głównie kształtowanie się
demonologii, obecnie możemy mówić o demonologii
chrześcijańskiej19.
Proces chrystianizacji był trudny i żmudny, zwłaszcza wśród
konserwatywnego ludu, który nie nawykł do zmian, poddanego nowym
obciążeniom wobec kasty duchownych i feudalnemu wyzyskowi.
Wizerunek Trójcy Świętej przypominający pomorskiego boga Trygława, szkoła holenderska, ok. 1500 r. Papież Urban VIII w 1628 roku zabronił takich wyobrażeń jako heretyckich
Jerzy Gąssowski przypuszcza, że herezja bogomilców, m.in. występująca
przeciwko możnym tego świata, głosząca antyfeudalne hasła, miała duży
wpływ na ukształtowanie się także na pewnych słowiańskich terenach,
zwłaszcza wśród ludu i niektórych przedstawicieli mniej konserwatywnego
duchowieństwa, poglądów opozycjonistycznych, głównie wobec ucisku wsi
przez posiadaczy ziemskich i wpływowy kler. Na Zachodzie na tym gruncie
powstały grupy albigensów i waldensów, a na Bałkanach i Rusi sekty
ekstatyczne, takie jak ruscy "chłyści", w których praktykowano m.in.
chodzenie boso po rozżarzonych węglach, sięgając tym samym do tradycji z początków średniowiecza. Był to swoisty kompromis między chrześcijaństwem
a pogaństwem20.
Wielu religioznawców, archeologów i historyków zauważa, że pogańskie
elementy były wciąż silne, zwłaszcza wśród mas chłopskich, jeszcze nawet
w XIV-XV wieku. Przykładowo Jerzy Gąssowski podawał, że w poradniku dla
śląskich spowiedników, tzw. Katalogu Magii Rudolfa z Rud Raciborskich,
wymieniono liczne pogańskie zabiegi kultowe i magiczne, zwalczane przez
Kościół w XIII wieku. Wiadomo też, że jeszcze w XV wieku opaci
świętokrzyskiego klasztoru uskarżali się na pogańskie obrzędy, które
miały zakłócać powagę Zielonych Świąt, a księża nawet w XIX wieku
zwalczali zwyczaj palenia ogni sobótkowych na szczytach
Łysogór21.
Mówił o tym także ostatnio znany archeolog Przemysław Urbańczyk,
stwierdzając: Chrześcijaństwo na ziemiach polskich było początkowo
religią elit; zmiana obrządku pogrzebowego z pogańskiego
[ciałopalenie] na chrześcijański [pochówek grzebalny] w większej
skali widoczna jest dopiero w XI w. [...] groby czysto pogańskie są
jeszcze w XIV w., a niektóre odkrycia na peryferiach sugerują nawet XV
wiek22.
W każdym razie rodzima wiara została pokryta chrześcijańską kotarą,
zmieniła się etyka, postrzeganie świata i stosunek do innych ludzi oraz
samego siebie. Krzysztof Pieczyński, znany polski aktor, powiedział
kiedyś, że: Kościół przysłonił Słońce i od tej pory żyjemy w cieniu
Kościoła.
Słusznie zauważył też Jan Sas-Zubrzycki, że chrześcijanie nazywają
ludzi dawnych barbarzyńcami, a jednak ci nieokrzesani posiadali o wiele
lepsze pojęcia o niebie i ziemi, jak my sami, wychowani tylko na
książkach szkolnych. Dla pogan, zwłaszcza dla Sławjan, księgami były
prawdy tkwiące na niebie i żyjące w otoczeniu23.
Nie wszystko jednak zginęło, a wiele dawnych wierzeń przetrwało w obrzędach rodzinnych i obchodach świąt związanych z kultem przyrody.
Rafał Merski pisał niedawno w swojej książce: Śmiem twierdzić, że
byliśmy, a w sumie to jesteśmy nadal, narodem bardzo "pogańskim",
związanym nieświadomie z religią etniczną. Jesteśmy nacją o bardzo
tradycjonalistycznym charakterze. Można to zaobserwować w naszym
przywiązaniu do świąt, tak bardzo przecież spójnych z naszym słowiańskim
kalendarzem. My, wyznawcy słowiańskiej religii, przywracamy właściwe
znaczenie tych świąt, ich magicznego i świętego oblicza. Ta rodzima
część naszego istnienia biegnie poprzez nasze dzieje dwutorowo. Pierwszy
tor to ten wyżej wymieniony, nieświadomy, gdzie praktyki religijne
pogańskiej wiary wplecione zostały w nowy system wartości. Drugim torem
toczy się walka o przywrócenie prawdy i uświadomienie znaczenia
obchodzonych świąt oraz odprawianych, związanych z nimi obrzędów. Ta
droga rozpoczęła się w renesansie, gdy pragnienie poznania prawdy i szacunku dla własnych tradycji pchnęło ludzi wykształconych do
poszukiwania odpowiedzi na pytanie: skąd się wywodzimy i jaka jest
naprawdę nasza tożsamość?24.
Katolicyzm kojarzył się z katowaniem, czyli kultem cierpienia i okrucieństwem zadawanym innowiercom. Jak słusznie napisał Marski
Tleledrag, chrześcijaństwo w Polsce wśród ludu ugruntowała dopiero
święta inkwizycja prześladowaniami wiedźm (mających wiedzę, dawniej
"wiedma"), znachorów (znających choroby), heretyków i bałwochwalców.
Wcześniej była to głównie religia aparatu władzy, a powszechnie
obowiązywała raczej zasada: Możesz sobie i diabła czcić, bylebyś
dziesięcinę płacił25.
Co jednak ważne, we współczesnej katechizacji chrześcijańskiej można
zaobserwować coraz częściej powrót do idei Boga jako uosobienia natury.
Pisze o tym chociażby ks. Maciej Ostrowski, duszpasterz turystów i pielgrzymów26. Tym samym dawne, wojujące z pogańskimi
kultami przyrody, chrześcijaństwo w pewnym sensie rehabilituje wiarę
naszych przodków i zdaje się stanowić jej kontynuację. Wiem, że dla
wielu osób z obu stron religijnej bariery, czyli konserwatywnych
katolików oraz nawiedzonych rodzimowierców, jest to nie do
zaakceptowania. Osobiście uważam jednak, że to dobra droga do
poszukiwania tego, co nas łączy, a nie dzieli, a przez to wzajemnego
szacunku i zrozumienia, zamiast wrogości i nietolerancji.
To zbliżenie ideowe do jedynego Boga utożsamianego z przyrodą, zwłaszcza
przy odwiecznym pielęgnowaniu w polskiej wersji chrześcijaństwa rodzimej
tradycji przesiąkniętej pogańskimi zwyczajami, może być dla wielu formą
religijnej ewolucji. W jakim kierunku będzie jednak ona zmierzać, zależy
od nas samych.
Warto też zwrócić uwagę, że etnonim Słowianie (Sławianie) mimo wielkich
zawieruch dziejowych przetrwał do dziś przez co najmniej 1500 lat. Nie
ma walecznych: Scytów, Sarmatów, Hunów, Awarów czy Gotów. Słowianie są i mają się dobrze. To inne wielkie ludy uległy slawizacji i teraz zwiemy
ich Słowianami. Nie powiodły się różne próby zniszczenia i zniewolenia
słowiańskich narodów. Zromanizowano, co prawda, swego czasu Daków i Traków, później zgermanizowano Słowian połabskich i Prusów, ale po wielu
zawieruchach historii Słowianie zajmują obecnie dwie trzecie Europy i sporą część Azji, gdzie dominują powierzchniowo, liczebnie i językowo.
Warto zatem ich bliżej poznać, choć w naszych podręcznikach szkolnych
nie znajdziecie zbyt wiele na temat ich najdawniejszej historii, a prawie nic na temat ich pogańskich wierzeń.
Adam z Bremy, ks. II 22, według G. Labudy, Słowiańszczyzna pierwotna, Warszawa 1954. [wróć]
M. Kowalski, Ariowie, Słowianie, Polacy. Pradawne dziedzictwo Międzymorza, Biblioteka Wolności, Warszawa 2017. [wróć]
M. Rudnicki, Prasłowiańszczyzna - Lechia - Polska, t. II, Poznań 1961. [wróć]
J. O'Callaghan, Talisman made from a 9,000 year-old meteorite found inside a prehistoric shaman's hut, https://www.dailymail.co.uk/, 9 July 2014. [wróć]
B.A. Rybakow, Jazyczestwo driewnych Slawian, Moskwa 1981. [wróć]
W. Szafrański, Religia Słowian, z książki Zarys dziejów religii pod redakcją komitetu J. Keller, W. Kotański, W. Tylach, B. Kupis, Iskry 1988. [wróć]
A. Stando, Tajemnicza słowiańska statua znaleziona na Syberii. Jest dwa razy starsza od piramid, https://tech.wp.pl/, 27-04-2018. [wróć]
A. Wierciński, Magia i religia. Szkice z antropologii religii, Kraków 2000. [wróć]
M. Gimbutas, The Gods and Goddesses of the Old Europe, 7000-3500 B.C., University Califomia Press, Los Angeles 1974. [wróć]
Mitologie świata. Słowianie, red. J. Gąssowski, Kraków 2007. [wróć]
J. Gąssowski, Kult religijny, [w:] Mały słownik kultury dawnych Słowian, pod red. L. Leciejewicza, Warszawa 1990. [wróć]
B. Gediga, Śladami religii Prasłowian, Warszawa 1976. [wróć]
T. Sulimirski, Sarmaci, Warszawa 1979. [wróć]
J. Gąssowski, Kult religijny. [wróć]
J. Gąssowski, Kult religijny. [wróć]
Polidoksja - wierzenia ludów przedklasowych złożone z czterech form: magii, wiary w dusze zmarłych, kultu przyrody i demonologii. [wróć]
Prototeizm - kult nieba materialnego przemieniający się w kult bóstwa. [wróć]
S. Urbańczyk, Religia pogańskich Słowian, Kraków 1947. [wróć]
J. Treder, Frazeologia kaszubska a wierzenia i zwyczaje na tle porównawczym, Wejherowo 1989. [wróć]
J. Gąssowski, Kult religijny. [wróć]
J. Gąssowski, Kult religijny. [wróć]
http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C33728%2Cprof-urbanczyk-chrzescijanstwo-na-ziemiach-polskich-bylo-poczatkowo-religia. [wróć]
J. Sas-Zubrzycki, Bogoznawstwo Słowian. Dzwon wolności, Katowice 1925. [wróć]
R. Merski, Słowiańskie dziedzictwo. Rodzima religia i filozofia, 2010. [wróć]
T.S. Marski Tleledrag, Księga Popiołów. [wróć]
M. Ostrowski, Przyroda jako miejsce spotkania z Bogiem, [w:] "Paedagogia Christiana" nr 2/28, Kraków 2011. [wróć]
PRZEGLĄD ŹRÓDEŁ I LITERATURY TEMATU
Przegląd źródeł i literatury tematu
W dostępnej historiografii niewiele jest informacji o słowiańskich
bogach i dlatego funkcjonuje obiegowe twierdzenie, że brakuje nam
pewnych i wiarygodnych źródeł historycznych. Jednak w mojej opinii, mimo
niszczenia dokumentów z powodów religijno-politycznych od czasów Mieszka
I aż do współczesnych, zachowało się ich i tak wystarczająco dużo, by
pokusić się o opisanie wierzeń naszych przodków oraz odtworzenie
słowiańskiego panteonu, zwłaszcza gdy uzupełnimy je wiedzą z innych
dziedzin, jak językoznawstwo, archeologia czy etnografia, zgodnie z postulowaną m.in. przez Aleksandra Gieysztora zasadą komparatystyki,
czyli wielodyscyplinarności badań.
Hiperkrytyczne podejście Aleksandra Brücknera i pesymistyczna postawa
Stanisława Urbańczyka czy Henryka Łowmiańskiego oraz innych badaczy,
którzy ograniczali się jedynie do analizy dokumentów pisanych, jak to
czyniło do niedawna wielu badaczy religii Słowian, mogło doprowadzić do
smutnego wniosku, który wyciągnął Urbańczyk, że: Historia badań nad
religią Słowian jest historią rozczarowań1.
Nie zgadzał się z nim Aleksander Gieysztor, który był w Polsce pionierem
nowoczesnych badań religioznawczych i jako jeden z pierwszych wskazywał
na inne poza kronikami źródła, w tym dobrze zachowaną i bogatą w krajach
słowiańskich kulturę ludową (legendy, podania, modły, przyśpiewki itp.).
Dzięki nowej mitologii porównawczej i metodom
semiotyczno-strukturalistycznym, stosowanym na pograniczu folkloru i językoznawstwa, mimo wspomnianych wcześniej trudności rekonstrukcja
słowiańskich wierzeń wydaje się możliwa. Zwłaszcza mając na uwadze
dokonania Mircea Eliade, Georgesa Dumézila, Wiaczesława W. Iwanowa i Władimira N. Toporowa oraz innych uczonych, którzy nie ograniczali się w swoich badaniach jedynie do metod filologicznej i historycznej. W nowej
mitologii porównawczej, znanej z pism Dumézila, stosuje się układ
otwarty oparty na wariantach lokalnych i uwzględniający rozwój
historyczny poszczególnych ludów. Dlatego należy wprowadzić religię
ludów słowiańskich w krąg komparatystyki.
To dzięki różnym dziedzinom, zwłaszcza etnografii, antropologii kultury
i semiotyce, zaczynamy doceniać religioznawczy walor kultury ludowej.
Folklor, tak lekceważony od lat przez historyków religii, zawiera w sobie wiele wartościowych dla religioznawców mitów ukrytych w obrzędach,
podaniach, bajkach, eposach, przysłowiach czy nazwach osobowych i miejscowych. Wydaje się, że to właśnie tam wciąż tkwi nie w pełni
poznana wiedza o słowiańskich wierzeniach i obrzędach religijnych.
Kopalnią informacji w tym zakresie są oczywiście prace Kazimierza
Moszyńskiego i Zoriana Dołęgi-Chodakowskiego, a w mniejszym stopniu
także Oskara Kolberga.
Podobne podejście prezentuje Andrzej Szyjewski, który także zdecydowanie
odcina się od arcykrytycznej postawy Brücknera i jego pochopnych
wniosków, niestety wciąż przytaczanych w różnych opracowaniach na temat
starosłowiańskiej religii.
Zgodziłbym się tutaj z Andrzejem Szyjewskim i Aleksandrem Gieysztorem,
że stosując nową metodologię, uwzględniającą m.in. etnografię i religioznawstwo porównawcze, możemy pokusić się o bardziej wiarygodną
rekonstrukcję słowiańskiej mitologii. Osobiście do tego zestawu badań
dodałem analizę językową run słowiańskich, w których odnalazłem mnóstwo
wiedzy na temat wiary naszych przodków, o czym wspominałem w mojej
książce Runy słowiańskie (2019).
Jednym z głównych problemów w zakresie badań wiaroznawczych
Słowiańszczyzny jest według mnie zebranie jak największej liczby
poświadczeń źródłowych, nie tylko w formie dokumentacyjnej czy
archeologicznej, ale także poprzez analizę kultury niematerialnej,
tradycji ludowej, folkloru oraz wniosków z badań w wielu dziedzinach, w tym także językowych. Należałoby też uporządkować mity, obrzędy i podania, zwłaszcza oddzielić te, które mają starosłowiański charakter,
od tych, co opowiadają chrześcijańskie i inne historie. Na tej podstawie
możemy się dopiero pokusić o ustalenie wiarygodnego i logicznego systemu
wierzeń oraz przedstawienie czytelnej hierarchii bogów wraz z opisem ich
funkcjonalności.
Należy przyjąć, że wiara żyje i rozwija się wraz z przemianami
następującymi w danej wspólnocie społecznej. Jednak trzeba też
umiejętnie oddzielić wierzenia od typowej fantastyki uprawianej
chociażby przez środowiska pasjonatów dawnej wiary, takich jak ingliści,
czy ewidentne fałszerstwa, na jakie wyglądają tzw. Santi Wedy.
Z drugiej strony istnieje potrzeba weryfikacji tzw. łatek oszustwa
przypinanych wielu znaleziskom z politycznych pobudek, jak idole
prilwickie, kamienie Hagenowa czy kamienie mikorzyńskie, co wstępnie
uczyniłem w swoich dwóch poprzednich książkach Słowiańskie skarby.
Tajemnice zabytków runicznych z Retry (2018) i Runy słowiańskie
(2019). Niewygodne fakty i odkrycia zbyt szybko wrzucane są do jednego
worka z napisem "fałszerstwa", w którym być może słusznie znajdują się
różne spreparowane przez mistyfikatorów publikacje i dokumenty, jak
Kronika Prokosza, Księga Welesa czy rękopisy Hanki. Dlatego należy
oddzielić ziarno od plew.
Jednocześnie nie można zapomnieć też o uwiarygodnieniu etnogenezy
Słowian z uwzględnieniem nowych badań archeogenetycznych, co starałem
się ogólnie omówić w książce Rodowód Słowian (2017), a ostatnio
uczyniło to już bardziej szczegółowo kilku innych autorów, jak Mariusz
Kowalski (2017)2 i Bogusław Dębek (2018)3.
Źródła pisane
W badaniach nad wierzeniami Słowian bardzo poważnym problemem jest
lekceważenie zachowanych źródeł pisanych. Aleksander Brückner starał
się przekonywać: Wobec takiego braku źródeł nie składajmyż winy na mity
słowiańskie: że ich nie znamy, z tego bynajmniej jeszcze nie wynika, że
bogatszych nie było; z germańskimi (jeżeli nordyckie wyłączymy) nie
lepiej, chociaż Tacyt nierównie więcej o nich wiedział niż Prokopiusz o słowiańskich4.
Jednocześnie ów Brückner zbrukał panteon Długosza, a tym samym podważył
wyjątkowe i udokumentowane dziedzictwo słowiańskich wierzeń. Sam co
prawda jako jeden z nielicznych polskich religioznawców starał się
szukać jedynie odsłowiańskich etymologii znanych mu teonimów rodzimych
bóstw, jednak nazbyt często konfabulował i podawał mało wiarygodne
wyjaśnienia teonimów, jakby na przekór innym autorom. Z uwagi na upór w wyznawaniu własnych teorii podważających istnienie wielu słowiańskich
bóstw nie mógł on zaakceptować też autentyczności słowiańskich
artefaktów (idole prilwickie, kamienie Hagenowa, kamienie mikorzyńskie)
z wizerunkami bogów, których sam nie uznawał (Prowe, Podaga itd.).
Niestety, zdanie Brücknera w tej kwestii zaważyło też na opinii wielu
innych uczonych, co w rzeczywistości zamknęło temat run słowiańskich i istnienia panteonu Długosza oraz innych bóstw na długie lata. Trudno się
temu dziwić skoro na początku swojej Mitologii słowiańskiej autor ten
pisał: Mity słowiańske same do mitu raczej należą.
Poglądy Brücknera trafiły jednak na podatny grunt na Zachodzie,
zwłaszcza we Włoszech i w Niemczech, gdzie się miał niebawem narodzić
faszyzm i nazizm. Autor ten wydał swoje prace w obu tych językach
narodowych: włoskim (1923) i niemieckim (1926), przez co zapewne są
popularne za granicą do dziś5.
Jan Sas-Zubrzycki pisał ze smutkiem, że w książkach Brücknera
(Mitologia słowiańska i Mitologia polska) jest pełno naigrawań się z Miechowity, Długosza, Kromera i Kadłubka: Wszyscy ci pisarze polscy są
już tak ośmieszeni w oczach tego twórcy, że nie można się dziwić
rozpowszechnieniu niewiary polskiej w rzeczy własne [...]. Czytając
stronice prac p. Brücknera, nie można oprzeć się złudzeniu, iż droga
dziwnego kierowania myśli swoich ma siły nadzwyczajne dla bronienia
każdego zdania i poglądu obcego, choćby najdziwaczniejszego, a wobec
polskości zdaje się wrogo stanął jakby z przygotowania się do takiego
stanowiska [...]. Dzieła pana Brücknera uprzątnęły wiele wiele
rumowiska, ale... niczego nie okazały i niczego nie udowodniły.
Dalej autor ten dodaje: Jeżeli tak dalej pójdzie, to ani strzępków nie
ocalimy z dawnych arcydzieł dziejów polskich. Na ogół czytamy rozprawy
wytykające błędy i niedorzeczności latopisów polskich. Nie ma narodu,
który by tak deptał nogami skarby piśmiennictwa swojego, jak to czyni
naród polski.
Andrzej Szyjewski natomiast pisał nie tak dawno o Brücknerze:
Ciężki język, upodobanie do dygresji oraz przestarzały aparat naukowy
czynią z jego prac dziś jedynie ciekawostkę bibliograficzną, choć przez
pół wieku stanowiły one jedyny polski wkład w wiedzę o mitologii
słowiańskiej.
Podobnie sceptyczną postawę wobec źródeł pisanych oraz miejscami
przesadzoną i nieuzasadnioną krytykę jak Czech Lubor Niederle,
Rosjanin Mikołaj Gałkowski, a w Polsce Stanisław Urbańczyk,
Leszek Moszyński, Henryk Łowmiański czy Jerzy Strzelczyk
prezentował Vatroslav Jagić, chorwacki współtwórca fundamentów
slawistyki historycznej i językoznawczej, który był gotów oddać całe
piśmiennictwo naukowe na temat mitologii słowiańskiej w zamian za kilka
nowych i pewnych tekstów źródłowych z tego zakresu.
Także Mircea Eliade stwierdził, że próba odtworzenia historii religii
słowiańskiej jest skazana na niepowodzenie6. Nam
jednak nie chodzi o rekonstrukcję krok po kroku rozwoju religii
słowiańskiej, ale uchwycenie jej istoty, podstaw wiary, zrozumienie
duchowości naszych przodków.
Jakoś mało kto zwraca jednak uwagę na to, że zasób źródeł do poznania
religii Germanów (jedynie krótkie wzmianki u Tacyta) czy Celtów (druidzi
nie mieli ksiąg i przekazywali całą swoją wiedzę ustnie jako tajemną)
jest równie skromny. Pewne informacje mamy od pisarzy chrześcijańskich i obarczone są one interpretatio christiana. Jeszcze gorzej jest z poświadczeniami religii Bałtów, które znamy z późnych źródeł, dopiero od
XVI wieku.
Jak słusznie jednak zauważa Leszek Kolankiewicz, idąc za Henrykiem
Łowmiańskim, skuteczna chrystianizacja Polski następowała dopiero na
przełomie XII i XIII wieku, trwając przynajmniej do wieku XV, co może
znacząco uwiarygadniać staropolskie źródła. Autor ten podejmuje się
również szczegółowej analizy imion bóstw prapolskich, wykazując ich
poprawny i niezwykle archaiczny źródłosłów. Nie pozostawia też na
Brücknerze suchej nitki: [...] Brückner przeoczył przekaz, który
najprawdopodobniej był dla Długosza najpierwszym źródłem. Chodzi o Postyllę Łukasza z Wielkiego Koźmina. Magister Lucas, teolog i prawnik,
był od roku 1411 do 1412 rektorem Akademii Krakowskiej (bakalaureat
uzyskał w Pradze i później jako jedyny mistrz krakowski bronił Husa);
wysunięto hipotezę, że jest on autorem "Kazań Gnieźnieńskich". "Słownik
staropolski" podaje definicję, że to jakieś okrzyki i rzekomo imiona
bożków. Ostrożność wynikła z miażdżącej krytyki Brücknera, jest jednak
niezrozumiała w świetle źródeł piętnastowiecznych, które przecież
wszystkie bez wyjątku charakteryzują owe imiona expressis verbis jako
nomina idolorum, określając ich imiona jako idola [bóstwo],
diabolos, wreszcie w duchu humanistycznym - deos et deas, a więc -
tak czy inaczej - jako bóstwa. Dlaczego mielibyśmy kwestionować te
kwalifikacje źródłowe?7.
Z kolei Krzysztof Bracha, nawiązując do krytyki Brücknera, tak pisał
o Łukaszu z Wielkiego Koźmina: [...] nie można wykluczyć recepcji
wszystkich wymienionych źródeł, skoro predykant podkreślił żywotność
zwyczaju w jego czasach. Łukasz, jak wiemy, to postać wyjątkowa w rodzimym kaznodziejstwie. Erudycyjny kaznodzieja był proboszczem w małej
wsi, gdzie głosił kazania do ludu i gdzie musiał obcować z tradycyjną
kulturą chłopską. Wydaje się, że omówiony kontekst obrzędowy umacnia
wiarygodność przynajmniej części podanych w relacjach kaznodziejskich
imion. Sugerują to również niektórzy badacze zagadnienia. Kontekst
pieśni nie wyklucza ich autentyzmu. Były to pieśni obrzędowe, które
miały - szczególnie w obyczajowości zaręczynowej, weselnej lub
dożynkowej - charakter zażegnywań z wezwaniem istot mitycznych,
najczęściej w refrenach. Nie ma powodów, by odczytywać je inaczej [...]
teksty kazań w zakresie omawianej tematyki jawią się nadal jako źródła
wysoce niedoceniane8.
Także znany historyk i religioznawca Włodzimierz Szafrański
zdecydowanie odrzuca, a nawet potępia wywody Brücknera, zauważając, jak
wielkie piętno odcisnęły one na badaniach religii Słowian przez okres
prawie stu lat. Jednocześnie Szafrański uznaje większość historycznych
poświadczeń o lechickich bóstwach za wiarygodne9.
Krytykę wniosków Brücknera widać coraz częściej również u innych badaczy
słowiańskiej mitologii, m.in. w pracach: Andrzeja M.
Kempińskiego10 czy Marka Derwicha i Marka
Cetwińskiego11. Znany publicysta Mariusz
Agnosiewicz nazywa Aleksandra Brücknera bez ogródek największym
deformatorem Słowiańszczyzny12.
Na przykładach Aleksandra Brücknera, Stanisława Urbańczyka, Leszka
Moszyńskiego, Jerzego Strzelczyka, Dariusza A. Sikorskiego i im
podobnych autorów widać wyraźnie, że ważnym problemem w badaniach
religioznawczych jest regularne uznawanie przez znaczną część naszego
środowiska naukowego polskich kronik i dawnych opracowań historycznych
za mało wiarygodne lub wręcz fałszywe, a takich kronikarzy jak Kadłubek
czy Długosz oskarża się o fantazjowanie i pisanie na zamówienie polskich
władców. Tymczasem germańscy kaznodzieje, którzy ewidentnie pisali
kroniki typu gesta, jak Thietmar, Adam z Bremy, Helmold czy Saxo
Gramatyk, mają być bardziej wiarygodni i to na ich tekstach, często
wyraźnie wrogich Słowiańszczyźnie i obarczonych tak zwaną germańską i chrześcijańską interpretacją, opiera się większość prac o mitologii
Słowian.
Zorian Dołęga-Chodakowski tak to słusznie skomentował: Kiedy mniej
będziemy oczekiwać od wieszczych pisarzów zagranicznych, mniej na nich
polegać, a przedsięweźmiem wśród siebie, na własnej przestrzeni, w gnieździe ojców naszych szukać o wszystkim wiadomości, znajdziemy może
więcej, niźli dotąd gdziekolwiek pisano. Wpatrzmy się tylko w ziemię
naszę. Może Sławianie zostawili ją dla nas jako najtrwalszą księgę
[...]13.
S. Urbańczyk, Dawni Słowianie. Wiara i kult, Wrocław-Warszawa-Kraków 1991. [wróć]
M. Kowalski, Ariowie, Słowianie, Polacy.... [wróć]
B. Dębek, Słowiańskie dzieje, Warszawa 2018; tenże, Początki ludów. Europejczycy, czyli Słowianie. Rewolucyjne wyniki ostatnich badań DNA, Warszawa 2019. [wróć]
S. Urbańczyk, Dawni Słowianie... [wróć]
A. Brückner, Mitologia slava, Bologna 1923, tenże, Die Slaven, Tübingen 1926. [wróć]
M. Eliade, Historia wierzeń i idei religijnych, t. III, Warszawa 1995, s. 27. [wróć]
L. Kolankiewicz, Dziady. Teatr Święta Zmarłych, Gdańsk 1999. [wróć]
K. Bracha, Tria ydola Polonorum na Zielone świątki w krytyce kaznodziejskiej późnego średniowiecza, [w:] Sacrum pogańskie - sacrum chrześcijańskie. Kontynuacja miejsc kultu we wczesnośredniowiecznej Europie Środkowej, Warszawa 2010. [wróć]
W. Szafrański, Pradzieje religii w Polsce, Warszawa 1979; tenże, Prahistoria religii na ziemiach polskich, Wrocław 1987. [wróć]
A.M. Kempiński, Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich, Warszawa 2001. [wróć]
M. Derwich, M. Cetwiński, Herby, legendy, dawne mity, KAW 1989. [wróć]
M. Agnosiewicz, Luty, Lutycy i nasze wilcze korzenie, na: racjonalista.pl. [wróć]
Z. Dołęga-Chodakowski, O Słowiańszczyźnie przed chrześcijaństwem, oprac. J. Maślanka, Warszawa 1967. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki