Wiara - Anna Kańtoch

Reflow text when sidebars are open.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl
dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
redakcja@czarne.com.pl
Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl
Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa
tel./fax +48 22 621 10 48
agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl
zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl
magda.jobko@czarne.com.pl
Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl
Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl
agnieszka.wilczak@czarne.com.pl
malgorzata.wietecha@czarne.com.pl
Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl
Skład: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl
Wołowiec 2017
Wydanie I
Ksiądz Jerzy Marczewski mocniej ścisnął kierownicę, gdy rower podskoczył na wiejskich wertepach. Po obu stronach wąskiej ścieżki rosły wybujałe chwasty, szeleszczące cicho w podmuchach tak lekkich, że nie dawały wytchnienia od gorąca. Była dziewiąta rano, ale upał już narastał - w południe osiągnie trzydzieści stopni i nie zelżeje aż do wieczora, kiedy to pewnie przyjdzie burza. Ksiądz Jerzy sięgnął do czoła, by wytrzeć je z potu, i zaraz z powrotem złapał kierownicę. Rower wjechał w kałużę pozostałą po wczorajszym deszczu, błotnista woda trysnęła na boki. Ksiądz z sapnięciem nacisnął pedały. Nie przepadał za wysiłkiem fizycznym nawet jako dziecko, a co dopiero teraz, kiedy zbliżał się do czterdziestki. Myślał o kupnie samochodu, ale to niewiele by mu dało. W parafii istniało mnóstwo miejsc, do których dotrzeć mógł jedynie pieszo albo właśnie na rowerze. Jednym z nich było leżące na stoku Kamionki gospodarstwo Jadwigi Ciołek, od której wracał. Ciołkowa chwaliła się, że ma dziewięćdziesiąt sześć lat. Umierała od trzech, przerzucana między szpitalami niczym poczerniała ze starości piłeczka pingpongowa. Wreszcie powiedziała "dość" i oznajmiła, że zostaje w domu, aby tam czekać na śmierć. Ta jednak z jakiegoś powodu ociągała się i Jadwiga już trzeci raz w tym roku wzywała księdza. Marczewski nie miał do niej pretensji. Podejrzewał, że staruszka czuje się zwyczajnie samotna - wnuczka przy gospodarstwie miała pełne ręce roboty, inne wnuki pouciekały do miasta, prawnuki ledwo babcię znały. Nie został nikt z pokolenia, z którym dorastała, nikt, kto pamiętałby czasy jej dzieciństwa. Była niczym rozbitek z przeszłości, wyrzucony na brzeg świata, którego nie rozumie i który nie rozumie jego. Jej spowiedzi najczęściej przekształcały się w zawiłe i pozbawione pointy opowieści o dawno minionych czasach: o potoku, w którym kąpała się jako nastolatka - zawsze w długiej koszuli, żeby było "przyzwoicie"; o rosnącej przy domu gruszy; o grzesznych dziewczynkach, które godzinami musiały modlić się w kościele; czy o jeżdżącym kolaską przystojnym dziedzicu.
Ksiądz Jerzy słuchał, cierpliwie podążając za błądzącym umysłem staruszki. Lubił ją w jakiś czuły, melancholijny sposób i cieszył się za każdym razem, kiedy wezwanie do umierającej okazywało się fałszywym alarmem. Nawet jeśli oznaczało to dla niego jazdę w upale, a potem jeszcze męczące pchanie roweru pod górkę. Nawet jeśli pośladki bolały go później od wytrząsania na wiejskich wybojach, a przesiąknięta potem sutanna nadawała się tylko do prania.
Przed sobą widział już nasyp kolejowy, po lewej stronie na tle jaskrawobłękitnego nieba rysowały się zbocza, pocięte szachownicą zielonych i złotych pól. Po prawej gór nie było widać - zasłaniał je ciągnący się za zaroślami kompleks betonowych budynków. Ich cień sięgał aż do ścieżki, kładąc się chłodnym mrokiem na wybujałej zieleni chwastów. Ksiądz drgnął lekko, kiedy weń wjechał, i przeżegnał się odruchowo, po czym natychmiast zacisnął usta, zirytowany na samego siebie. Zachowywał się jak przesądna wiejska baba, która pluje pod wiatr, żeby odczynić urok.
Gdy wyjechał z cienia, zwolnił, a potem całkiem się zatrzymał i zeskoczył z roweru. W wiszącej na kierownicy skórzanej torbie zagrzechotały butelki ze świętymi olejami. Odpoczywał, łapiąc oddech i ocierając pot. Czekało go teraz wepchnięcie roweru na nasyp, sprowadzenie go z drugiej strony, a później dziesięć minut jazdy na plebanię. Uwinie się akurat, żeby odmówić spóźniony poranny brewiarz i dopracować dzisiejsze kazanie.
Stałby tak jeszcze chwilę, ale odległy gwizd nadjeżdżającego pociągu zmobilizował go do wysiłku. Sapiąc niczym parowóz, zaczął pchać rower pod górkę. Ścieżka była w tym miejscu mocno zarośnięta, gałęzie jeżyn czepiały się sutanny, a roje bzyczących owadów krążyły nad mokrą od potu twarzą księdza. Odganiał je niecierpliwymi gestami, nasłuchując jednocześnie kolejnych gwizdów. Przyszło mu do głowy, żeby stanąć i poczekać, ale składy osobowe na tej trasie były długie, a on nie chciał tracić czasu. Zresztą powinien bez problemu zdążyć, pociąg był jeszcze daleko - ksiądz Jerzy widział dopiero kłęby czarnego dymu bijące w niebo nad kompleksem betonowych budynków.
Od szczytu nasypu dzieliły go trzy, może cztery kroki, kiedy zobaczył rękę.
Z początku myślał, że to kawałek papieru, jakiś śmieć wyrzucony z wagonu. Ale nie - to była ręka, drobna kobieca dłoń. Marczewski miał ją na wysokości oczu i był pewien, że jeśli wespnie się wyżej, zobaczy leżące na torach całe ciało. Czas zatrzymał się, powietrze wokół zgęstniało, więżąc księdza w pułapce jakiegoś absurdalnego koszmaru. Ostrożnie położył rower na kolczastych gałęziach jeżyn i zrobił jeszcze trzy kroki w przód.
Była tam, tak jak się spodziewał. Duża, pulchna dziewczyna, ubrana w spódniczkę do kolan i bluzkę z wypchanymi ramionami. Materiał kiedyś był różowy, ale teraz pierwotna barwa została jedynie na bufiastych rękawkach i przy kołnierzyku, cała reszta miała czerwonobrązowy kolor zaschniętej krwi. W rajstopach na lewej łydce poszło oczko, jeden but tkwił grzecznie na stopie, drugi zsunął się lekko, ukazując bladą piętę. Dziewczyna miała szeroko otwarte ciemne oczy i ksiądz Jerzy nie musiał nawet pochylać się nad nią, żeby stwierdzić, że nie żyje. Za plecami słyszał cykanie świerszczy, z oddali dobiegał dźwięk pracującej piły tarczowej, a także porykiwanie krowy. Te zwykłe odgłosy wiejskiego letniego dnia kontrastowały z widokiem, jaki miał przed sobą. Jakby znalazł się na granicy dwóch światów: jednego, który dobrze znał, i drugiego, który był dla niego zupełnie nowy i obcy. Wciąż miał wrażenie, że to tylko dziwaczne złudzenie, że wystarczy mrugnąć albo odwrócić się plecami, żeby zwłoki znikły. Jestem w szoku, pomyślał z zaskakującą trzeźwością umysłu, ale niewiele to pomogło. Cenne sekundy rozciągały się w nieskończoność w złocistym lipcowym upale, a każdy ruch wymagał nieproporcjonalnie dużego wysiłku, jakby duchowny był muchą próbującą przepłynąć słoik miodu. Oprzytomniał, słysząc kolejny gwizd: tory wibrowały już od ciężaru nadjeżdżającego pociągu. Dopiero wtedy uniósł ręce i zaczął rozpaczliwie machać. Sto dwadzieścia ton metalu pędziło na niego w jaskrawych rozbłyskach słońca odbijającego się w szybie lokomotywy. Powietrze przeszył przeraźliwy zgrzyt, gdy maszynista zauważył go i zaczął hamować. Potwór zwalniał - zbyt późno, za wolno. Księdzu przemknęło przez myśl, czy nie spróbować ściągnąć ciała z torów, ale dziewczyna była chyba zbyt ciężka, żeby ją podnieść. Zresztą i tak nie zdążyłby tego zrobić. Powinien uskoczyć na bok, ale coś, może wpojone w seminarium przekonanie, że należy zachowywać powagę w obliczu majestatu śmierci, zatrzymało go w miejscu. Stał więc z zamkniętymi oczami, aż czoło parowozu niemal dotknęło jego piersi. Chwilę potem, gdy z okien zaczęli wyglądać zaciekawieni podróżni, poczuł, że natychmiast musi usiąść, bo inaczej zemdleje.
Pociąg z łoskotem przetoczył się przez most, a potem zaczął wspinać się pod górę. Kapitan Andrzej Witczak od czasu do czasu wyglądał na zewnątrz, chłodząc rozgrzaną twarz. Siedzenie ze sztucznej skóry było tak gorące, że nie dało się go dotknąć gołą ręką, a woda, którą zabrał na podróż, z zimnej zmieniła się już w obrzydliwie ciepłą. Mimo to Witczak cieszył się, że ma choć otwarte okno. Wcześniej musiał jechać przy zamkniętym, bo w jego przedziale - podobnie zresztą jak i we wszystkich sąsiednich - brakowało korbki do opuszczania szyby. Dopiero na maleńkiej leśnej stacyjce wsiadł z rodzicami mniej więcej dwunastoletni chłopiec, który z plecaka wyjął własną korbkę, niewątpliwie ukradzioną jakiś czas temu z innego piętrusa. Witczak jako przedstawiciel władzy powinien stanowczo potępić taką egoistyczną i antyobywatelską postawę, zamiast tego jednak pożyczył korbkę, założył ją na wystający ze ściany bolec i otworzył okno.
Pociąg szerokim łukiem minął zalew i usadowione nad nim kwadratowe budynki, po czym przyśpieszył. Witczak wiedział, że za chwilę przejadą dokładnie przez miejsce, w którym znaleziono zwłoki. Ta myśl nie wywołała w nim żadnych emocji, może oprócz chwilowej refleksji nad niespodziankami, jakie niosło życie. Prawdopodobnie spora część jego towarzyszy podróży nie zdawała sobie sprawy z tego, co mijają. Jechali na wakacje, cieszyć się słońcem i wodą, jak najdalsi od myśli o wykrwawiającej się na torach dziewczynie.
Wrócił do przerwanej lektury, ignorując kobietę, która rozsiadła się naprzeciwko. Współpasażerka była gruba, pot lepił jej do czoła krótko ścięte włosy, a pod pachami rozlewał się w ciemne plamy. Miała ze sobą cztery wypchane siatki, z których bezustannie coś wyjmowała: a to kanapkę, to znów brązową torebkę z landrynkami czy kawałek suszonej kiełbasy.
Stację Rokitnica rozpoznał od razu, bo - dokładnie tak, jak poinformowano go w Bielsku - była największa na tej trasie, z dwoma peronami i dużym, biało otynkowanym budynkiem dworca. Witczak zaczął zbierać się do wyjścia. Zdjął z półki walizkę, po czym schował do niej książkę. Tęga kobieta zerknęła na tytuł, ale nawet jeśli się zdziwiła, to nie dała po sobie tego poznać, kapitan pożegnał ją więc z odrobiną sympatii.
Pociąg odjechał. Witczak przystanął na peronie, paląc papierosa i odprowadzając wzrokiem parę z dwójką dzieci. Młodsza dziewczynka domagała się lodów, starsza pytała, czy w tym roku babcia też pozwoli jej pojeździć na koniku. Przez moment kapitan poczuł ukłucie w sercu - żalu? nostalgii za dzieciństwem? - a potem rzucił na ziemię niedopałek papierosa i przydepnął go. Skoro nikt nie zamierzał po niego wyjść, musiał radzić sobie sam.
W budynku stacji panował przyjemny chłód. Na środku poczekalni wznosił się olbrzymi kaflowy piec, teraz oczywiście zimny, a w okienku kasy tkwiła znudzona kobieta, która popijała kawę zalewajkę. Podszedł bliżej.
- Kapitan Witczak z komendy wojewódzkiej - przedstawił się. - Jak dojdę do posterunku?
Kobieta podskoczyła nerwowo i wytrzeszczyła oczy.
- Wyjdzie pan i od razu w prawo skręci, a potem ciągle wzdłuż drogi.
- Daleko to?
- No, ze dwadzieścia minut pan pójdzie.
Zaklął w myślach. Rokitnica była duża nie tylko pod względem liczby mieszkańców, lecz także terenu, jaki zajmowała. Spore centrum z kościołem, pocztą, szkołą i kilkoma sklepami, a potem rząd domów ciągnących się w obie strony wzdłuż głównej drogi i jeszcze kilkadziesiąt gospodarstw oraz przysiółków rozrzuconych chaotycznie po okolicznych zboczach. Witczak wiedział o tym, podobnie jak zdawał sobie sprawę z tego, że stacja kolejowa położona jest na najdalszym skraju wsi, jednak nie był przygotowany na dwudziestominutowy marsz w takim skwarze.
- Autobus tu nie jeździ? - zapytał bez większych nadziei.
- Trzy razy dziennie tylko. - Kasjerka bardzo starała się być pomocna. - Z Żywca jedzie. Najbliższy będzie za dwie godziny.
- Taksówka?
Spojrzała na niego, jakby zapytał, gdzie może wynająć latający talerz z Marsa. Zniechęcony kapitan odwrócił się i już miał odejść, kiedy kobieta wychyliła się z okienka.
- Mamy powozy, jeśli pan chce.
- Powozy? - Witczak wyobraził sobie kapiącą od złota karetę z filmu Markiza Angelika, który oglądał niedawno z żoną.
- No, takie dla turystów. Jak w Zakopanem. - W głosie kasjerki zabrzmiała wyraźna duma, że mają coś wspólnego z zimową stolicą Polski.
- Powozy, aha.
Podniósł walizkę i wyszedł na zewnątrz. Upał natychmiast uderzył go w twarz i na moment odebrał oddech. Chwilę trwało, zanim kapitan z powrotem przyzwyczaił oczy do jaskrawego światła. Po drugiej stronie drogi stała dwukółka zaprzężona w konia, który oganiał się niecierpliwie od much. Powozik nie wyglądał imponująco, ale Witczak nie miał wyboru. Podszedł do niego, czując, jak gorący asfalt zapada się pod podeszwami jego butów, i z sapnięciem ulgi wdrapał się na siedzisko. Grzało podobnie jak siedzenia w pociągu, a na domiar złego przez dziury w materiale wyłaziły gdzieniegdzie kłęby końskiego włosia.
- Podrzuci mnie pan na posterunek?
Woźnicy zabłysły oczy.
- Pon w sprawie tyj baby, co jom na torak zaciukali?
- W tej sprawie. Wie pan coś może o tym?
- Nye, jo nic nye wyem. To jakosik miastowo panicka była. Panie, łodpuść jij ta grzechy...
- Dużo tu macie takich przyjezdnych?
- No, walnie bydzie. Ze śwagrym ik na pociong wozymy, jo mom swój wóz, a łon swój. Nale byłoby wiencyj miastowyk, kieby tego diabelstwa stawiać nye zacynli.
- Ma pan na myśli elektrownię?
- Ano, elektrownie.
Witczak czekał cierpliwie: na wzmiankę o Czarnobylu, niebezpieczeństwach, które niesie ze sobą energetyka jądrowa - o ile chłop w ogóle takie słowa znał - a także o tuszującym katastrofę rządzie. Jednak woźnica najwyraźniej zrobił się nagle ostrożny, bo od tej pory na wszystkie pytania odpowiadał tylko półsłówkami. W narastającym skwarze mijali kolejne domy, murowane i drewniane, potem przejechali opodal niewielkiego sklepiku i poczty. Zatrzymali się obok kościoła. Wieś wydawała się opustoszała, mieszkańcy najpewniej siedzieli w domach, chroniąc się przed upałem, albo pracowali przy gospodarstwach, letnicy za to odpoczywali nad jeziorem. Witczak rozejrzał się. Na drzwiach kościoła zauważył wypisany kredą, na wpół zatarty napis: ...PRZYJDZIE ZE WSCHODU. ...MSZĘ. Kapitan przyglądał mu się przez chwilę, potem zeskoczył z wozu, zabierając walizkę, zapłacił i wszedł do wskazanego przez woźnicę niewielkiego budynku, przed którym stał zakurzony polonez.
* * *
- Myśleliśmy, że pan kapitan przyjedzie samochodem - usprawiedliwiał się niezbyt gorliwie starszy sierżant Stefan Waśkowiak. Był to wysoki, kościsty czterdziestokilkulatek o końskiej szczęce i flegmatycznych ruchach. Witczak nie potrafił powiedzieć, czy funkcjonariusz istotnie nie dostał jego telegramu, czy może kłamie, a nieodebranie go z dworca było drobną dywersją i wyrazem niechęci, jaką większość prowincjonalnych milicjantów żywiła do wtrącających się w ich sprawy "ludzi z miasta". A może zwyczajnie ktoś tu uznał, że to będzie świetny dowcip.
- Nie prowadzę - odpowiedział Witczak, co zostało powitane jak zawsze: przemykającym przez twarz rozmówcy zdumieniem, które zaraz pokrywała mina nieszczerego zrozumienia.
- Jasiek, skocz po piwo dla pana kapitana. Gorąc jest, trzeba się czegoś zimnego napić.
- Dziękuję, nie piję. Wystarczy mi woda albo oranżada.
Tym razem zdziwienie było wyraźniejsze, trwało też dłużej. Waśkowiak opanował się i skinął w stronę barczystego blondyna o dziecięcej twarzy, który wyszedł i wrócił po chwili z butelką oranżady.
- P...pan się napije - powiedział, jąkając się lekko. - D...dobra i zimna.
Waśkowiak zachichotał.
- To jego pierwszy trup i chłopak strasznie się przejmuje - wyjaśnił, przedstawiając przy okazji blondyna jako kaprala Jana Synowca. - A tam - ruchem głowy wskazał dziewczynę siedzącą nieruchomo pod ścianą maleńkiego pokoiku - to starsza szeregowa Hanka Gierasówna. Ona nie od nas jest, tylko z Żywca. Jak chodziliśmy ludzi przepytywać, przysłali ją i jeszcze jednego chłopaka, żeby szybciej poszło. On pojechał, a Hance widać się spodobało, bo została.
- Urlop wzięłam i teraz u ciotki tutaj mieszkam. Pomogę, jeśli pan kapitan nie ma nic przeciwko.
- Dziękuję. I możecie darować sobie tego "kapitana".
Dziewczyna miała nie więcej niż dwadzieścia kilka lat i była wyjątkowo brzydka: chuda jak wykrzyknik, z wąską, podłużną twarzą i zębami dziwnie stłoczonymi w ustach. Wygląda, jakby ktoś położył ją na boku, a potem próbował sprasować, pomyślał Witczak. Ona również sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale w inny sposób - nie jąkała się jak Jasiek, tylko siedziała napięta niczym struna, w gorliwym oczekiwaniu.
- Chcę przejrzeć wszystkie materiały, które do tej pory zebraliście - oznajmił Witczak Waśkowiakowi. - I będę potrzebował samochodu, a do tego kogoś, kto umie go prowadzić.
- Jasne. - Starszy sierżant dla odmiany wyglądał na całkowicie wyluzowanego. - Teraz to pana śledztwo. Mamy poloneza, stary jest, ale ciągle na chodzie. No i na tutejszych wertepach całkiem nieźle się sprawdza. Jasiek może z panem jeździć...
- Wolałbym dziewczynę, o ile ma prawo jazdy.
Oczy Hanki rozbłysły, twarz lekko poróżowiała.
- Nie ma sprawy. - Usta Waśkowiaka rozciągnęły się w porozumiewawczym uśmiechu. Mało brakowało, a starszy sierżant by do Witczaka mrugnął. - Hanka, zawieź pana kapitana do Stokrotki. Zje pan dobry obiad i odpocznie po podróży.
* * *
Dom Wczasowy Stokrotka mieścił się w przedwojennym pałacyku otoczonym parkiem. Budynek był odrapany, a park wyraźnie zaniedbany, całość miała jednak dla Witczaka pewien dziki urok. Wrażenie psuła tylko grupa dziesięcio-jedenastoletnich dzieciaków goniących się z wrzaskiem między drzewami.
- Kolonie pracownicze z katowickiej huty - wyjaśniła Hanka. - Ale niech się pan nie martwi, oni przez większość dnia i tak są albo w górach, albo nad rzeką.
Jakby na potwierdzenie jej słów z pałacyku wyszła młoda kobieta, która energicznie zaklaskała w dłonie, ustawiła dzieci w pary, a potem wymaszerowała z nimi przez bramę.
- Wiedzą o trupie? - zapytał kapitan.
- Dzieciaki mam nadzieję, że nie. Ale wychowawcy chyba tak.
I niewiele ich to obchodzi, dopowiedział w myślach milicjant. Kobieta była przyjezdna, wszyscy więc pewnie zakładali, że zabił ją też turysta, ktoś z zewnątrz, kto dawno już wyjechał z Rokitnicy. A co, jeśli nie? Jeśli morderca wciąż tu był?
Witczak rozlokował się w pokoju, skromnie umeblowanym, ale całkiem wygodnym, po czym zszedł do nijakiej stołówki na obiad, bo akurat była pora wydawania posiłków. Hanka wykręciła się, mówiąc, że już jadła, przyjęła jednak z wdzięcznością szklankę kompotu truskawkowego. Kapitan dostał schabowego na pół talerza, górę polanych tłuszczem ziemniaków oraz malutką miseczkę z mizerią, czyli kilkoma plasterkami ogórka pływającymi smętnie w nieprzyprawionej śmietanie. Jedzenie, z wyjątkiem mizerii, było smaczne. Jeśli chodzi o mięso, nie ma to jak wieś, pomyślał Witczak, nabijając na widelec kawałek kotleta.
- No dalej, zapytaj mnie - powiedział, kiedy już przełknął.
- O co mam zapytać?
- Dlaczego wybrałem ciebie zamiast kaprala Synowca. Nie masz nic przeciwko, żebym mówił ci po imieniu, prawda? - Nie czekając na pozwolenie, kontynuował: - Waśkowiak myśli, że chcę cię zaciągnąć do łóżka, wiesz o tym?
Zaczerwieniła się - wiedziała, oczywiście, że tak.
- Dlaczego wybrał pan mnie? - zapytała posłusznie.
- Ponieważ zamordowana była kobietą, a ja chcę wysłuchać teorii innej kobiety na temat tego morderstwa.
- Problem w tym, że nic nie wiemy. - Dziewczyna dopiła kompot, po czym zaczęła bawić się szklanką. - Ofiara nie miała przy sobie dokumentów...
- Nie chodzi mi o jej nazwisko, ale o to, kim była. Jaka była.
- Widział pan zdjęcia - bąknęła Hanka.
- Widziałem, tak samo jak ty. Do kostnicy też cię zabrali?
Niepewnie skinęła głową.
- To mów, czego się dowiedziałaś na temat ofiary.
- Była młoda, między dwadzieścia pięć a trzydzieści lat. Zdrowa, bez nałogów. - Starsza szeregowa zawahała się i kiedy Witczak był już pewien, że nie powie mu nic poza tym, co można by wyczytać z raportu patologa, podjęła: - Jej bielizna i rajstopy były tanie, z gatunku takich, które można dostać w każdym domu towarowym. Podobnie bluzka. Spódnica poszerzana, widocznie dziewczyna jakiś czas temu utyła. Buty stare, z wymienionymi flekami.
- Co z tego wynika?
- Nie miała dużo pieniędzy, ale starała się dobrze wyglądać. Nosiła kolczyki i pierścionek, niedawno była u fryzjera. Paznokcie opiłowane i pociągnięte bezbarwnym lakierem, wypastowane buty, lekki makijaż - wymieniała. - Robiła, co mogła.
- Chciała się podobać? Szła na randkę?
Hanka znowu się zawahała.
- Nie wydaje mi się. Nie była ubrana jak na spotkanie z chłopakiem. Za mało seksownie, rozumie pan. - Zaczerwieniła się lekko. - Wyglądała, jakby wybierała się do cioci na imieniny.
- Pochodziła ze wsi czy z miasta?
- Moim zdaniem raczej z miasta. Nie dlatego, że dziewczyny ze wsi nie potrafią się ładnie ubrać - zastrzegła szybko. - Ale ona chyba nigdy nie pracowała fizycznie. Miała takie miękkie, białe dłonie... Może była urzędniczką albo kimś w tym rodzaju. Mogła nawet jeszcze studiować, jeśli bliżej było jej do tych dwudziestu pięciu lat.
- Co urzędniczka ubrana jak na imieniny cioci robiła na nasypie kolejowym?
- Tego właśnie nie rozumiem. Nie miała butów do chodzenia po wiejskich drogach. I te rajstopy...
- Co z nimi?
- Patolog twierdzi, że zginęła jakieś pół godziny przed tym, jak ksiądz ją znalazł, czyli koło ósmej trzydzieści. Wtedy było już ciepło, a miało być jeszcze cieplej. Jest lipiec, wakacje. Jaka kobieta wkłada rajstopy i całe buty, żeby przedzierać się w upale przez jakieś wertepy? Czemu nie poszła w sandałach i krótkich spodenkach?
- Nie wiem, ty mi powiedz.
Dziewczyna obracała w palcach szklankę po kompocie, jakby spodziewała się znaleźć odpowiedź wśród leżących na dnie sflaczałych truskawek. Witczak wyjął paczkę klubowych i zapalił.
- Przychodzi mi do głowy tylko to, że chciała, żeby traktować ją poważnie - odpowiedziała Hanka. - Jeśli rzeczywiście pracowała w urzędzie, mogła iść do któregoś z gospodarstw w jakiejś oficjalnej sprawie i wtedy taki strój miałby sens. Ale co urzędniczka z miasta mogłaby chcieć od kogoś z tutejszych? Poza tym była niedziela, dzień wolny. No i nikt jej nie rozpoznał. Pokazywaliśmy zdjęcie we wszystkich okolicznych domach i nic.
- Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał. - W głosie kapitana zabrzmiała lekka ironia. - Nie wydaje ci się to dziwne? Dziewczyna zginęła na trzymetrowym nasypie kolejowym, w miejscu, które jest doskonale widoczne z dużej odległości. A jednak nikt nie zauważył ani jej, ani napastnika.
- Było wcześnie, niedziela - bąknęła milicjantka. - Poza tym wystarczająco blisko jest tylko jedno gospodarstwo, Chojniaków. Z innych nie byłoby nic widać.
- Nie wciskaj mi kitu, o ósmej na wsi nikt już nie śpi, nawet w niedzielę. A tego Chojniaka nawet porządnie nie przycisnęliście.
Tym razem rumieniec był głębszy, a zaciśnięte na szklance chude palce zbielały wyraźnie.
- Dobra, zostawmy to na razie - zlitował się Witczak. - Jedziemy dalej. Tak ubrana kobieta prawie na pewno miała przy sobie torebkę. Co się z nią stało? Zabrał ją morderca?
- Chyba tak.
- Mord rabunkowy?
- Nie, bo wtedy wziąłby też złote kolczyki i pierścionek. Pewnie chciał nam utrudnić identyfikację.
- A to znaczy?
- Morderca wiedział, że nikt tej dziewczyny tu nie zna, że jeśli zabierze dokumenty, będziemy mieć problem z ustaleniem jej tożsamości. Chciał zyskać na czasie.
Kapitan skinął głową. Starsza szeregowa była całkiem inteligentna.
- Zabił z premedytacją czy bez?
- Chyba bez. Nikt o zdrowych zmysłach nie planowałby zabójstwa w miejscu, które widać z takiej odległości.
- A więc jak to wszystko twoim zdaniem wyglądało?
Zastanawiała się przez chwilę, marszcząc brwi.
- Może dziewczyna umówiła się z kimś? Niekoniecznie miejscowym, to mógł być ktoś z letników. I nie na randkę, raczej na poważną rozmowę. Dlatego tak się ubrała: chciała wyglądać serio. Miała pusty żołądek, co może świadczyć o tym, że była zbyt zdenerwowana, żeby zjeść śniadanie. Może z jakiegoś powodu bała się tej rozmowy? I słusznie, bo w pewnym momencie coś poszło nie tak, facet się wkurzył i wyciągnął nóż.
- Nosił go przy sobie?
- Niektórzy mężczyźni chodzą z nożami, zwłaszcza na urlopach. Może to typ harcerza, wie pan, z tych, co lubią mieszkać w namiocie i dłubać w drewnie. Albo zabrał nóż na wszelki wypadek, nie planował zabić, tylko postraszyć. Ale to nadal nie ma sensu. Jeśli chcieli dyskretnie porozmawiać, czemu umówili się w miejscu, gdzie każdy mógł ich zobaczyć?
- A jeśli nie zależało im na dyskrecji, równie dobrze mogli umówić się w kawiarni albo na ławce przed kościołem - dokończył Witczak.
- Może ten nasyp to był kompromis? On chciał się spotkać w jakimś odludnym miejscu, ona się bała, więc na wszelki wypadek wybrała takie, gdzie byliby widoczni?
- Może. Albo po prostu nie mamy wystarczających danych. Zostawmy to na razie i zastanówmy się, czy ofiara znała mordercę.
Tym razem Hanka myślała znacznie krócej.
- Chyba tak. Wie pan, ona nawet się nie broniła. Nie było śladów szarpaniny, pod paznokciami nie miała obcego naskórka. Pięć ciosów nożem w brzuch i klatkę piersiową, a dziewczyna nawet faceta nie zadrapała. Musiał ją kompletnie zaskoczyć.
- Kompletne zaskoczenie trochę kłóci się z teorią, że bała się tej rozmowy.
Starsza szeregowa z ociąganiem skinęła głową.
- Co jeszcze o niej wiemy?
Czekał na kolejny rumieniec i nie zawiódł się.
- Była dziewicą - wymruczała.
- W jej wieku to dość nietypowe, nie sądzisz?
- Może była religijna i nie chciała iść do łóżka przed ślubem.
- Czekała na tego jedynego? A on okazał się mordercą?
- Czemu nie?
- Jasne, czemu nie. Takie historie się zdarzają. Mamy więc dziewicę, która jednocześnie boi się mordercy i pozwala mu się kompletnie zaskoczyć. Która umawia się w zupełnie idiotycznym miejscu i idzie na spotkanie odstawiona jak stróż w Boże Ciało, choć wie, że na wiejskich wertepach może połamać sobie obcasy, a przy trzydziestu stopniach w rajstopach będzie jej gorąco jak diabli. A facet co prawda zabójstwa nie planuje, ale przychodzi z nożem, a po wszystkim jest na tyle przytomny, żeby zabrać ofierze torebkę, bo wie, że to spowolni śledztwo.
Hanka poruszyła się niespokojnie.
- Chce pan powiedzieć, że wszystkie nasze teorie są bez sensu?
- Chcę powiedzieć, że na razie jesteśmy w sytuacji kogoś, kto próbuje ułożyć układankę z połowy klocków. Poza tym to nie nasze teorie, tylko twoje. Zaczekaj.
Wstał i ruszył w stronę baru, który od stołówki dzieliło przewężenie sali. Część barowa miała już jakiś konkretniejszy wystrój, stoliki były tu zwyczajnie drewniane, bez przykrywającej je kraciastej ceraty, góralskie ciupagi zdobiły ściany, a nad barem wisiała spłowiała mapa górskich szlaków. Witczak miał okazję przyjrzeć się jej, kiedy czekał w kolejce za długowłosym brodatym mężczyzną w dżinsach. Dwóch podobnie zarośniętych typów siedziało przy jednym ze stolików. Na widok kapitana odruchowo zniżyli głosy i konferowali teraz szeptem, rzucając od czasu niespokojne spojrzenia w stronę funkcjonariusza.
Witczak kupił dwie cole i wrócił do stołówki.
- Ja stawiam - powiedział.
Dziewczyna wciąż wyglądała na urażoną, ale umiała się opanować, co uznał za zaletę. Byłaby niezłym materiałem na śledczego, gdyby tylko przestała być tak upiornie sztywna i grzeczna.
- Kim są ci hippisi przy barze? - zapytał.
- Ruch Pokój i Wolność.
- Przyjechali z powodu elektrowni?
Skinęła głową. Na colę najwyraźniej nie miała ochoty, ale zabrakło jej odwagi, żeby otwarcie odmówić, dlatego upiła łyk i odsunęła butelkę.
- Wiosną, no wie pan, po Czarnobylu, wszystko stanęło i wyglądało na to, że jednak nie będą jej budować. A teraz znowu chodzą plotki, że prace niedługo ruszą. Ludziom to się nie podoba.
- Miejscowi bardzo się buntują?
- Trochę - przyznała ostrożnie. - Ale nie robią nic nielegalnego, tylko piszą petycje.
Boją się, pomyślał Witczak. Milicja nie pieściła się z demonstrantami i mało który chłop miał odwagę ryzykować otwarty protest. Ale Pokój i Wolność to inna para kaloszy, oni niejedną pałą już dostali i w niejednej celi siedzieli. Po nich można się było spodziewać wszystkiego.
Kapitan zapalił następnego papierosa.
- Dobra, wróćmy do naszej dziewczyny. Skąd się wzięła?
- Skąd się wzięła? - powtórzyła Hanka niepewnie.
- Przecież nie spadła z nieba. Musiała jakoś się dostać na ten nasyp. Przyjechała pociągiem, a może autobusem? Przyszła pieszo? Jeśli tak, to skąd?
Starsza szeregowa zastanowiła się.
- Mogła nocować gdzieś w okolicy, ale problem w tym, że nie wiemy gdzie. Na pewno nie tutaj ani nie w schronisku, bo wszędzie pytaliśmy. Ale...
- Ale? - ponaglił ją milicjant.
- Niektórzy chłopi wynajmują pokoje letnikom na lewo - powiedziała z lekkim ociąganiem. - Jeśli tak było, to teraz nikt się do tego nie przyzna. Poza tym mogła spać w namiocie...
- Taka elegancka kobitka?
- Może na co dzień chodziła zwyczajnie, w dżinsach, a eleganckie ciuchy miała gdzieś w osobnej torbie i przebrała się, kiedy szła na spotkanie z mordercą?
- Niech będzie - zgodził się Witczak. - A jeśli nie spała tutaj, to skąd się wzięła?
- Pierwszy poranny pociąg przyjeżdża o dziewiątej pięć...
- To ten, który omal nie rozjechał ciała?
- Ten sam. Autobus z Żywca za to jest w Rokitnicy już o ósmej. Czyli jeśli nie spędziła nocy u kogoś w domu albo siedząc w lesie, to przyjechała autobusem. Tyle że...
- Niech zgadnę: kierowca jej nie pamięta, nikt dziewczyny nie widział.
Skinęła głową, wyraźnie zakłopotana.
- Pytaliśmy też na dworcu, na wszelki wypadek, gdyby jednak przyjechała wcześniej. I nic.
- Zupełnie jakby jednak spadła z nieba, co?
Hanka milczała, wpatrując się w butelkę, z której upiła może trzy łyki. Kapitan swoją zdążył już opróżnić.
- Jest jeszcze jedna możliwość - odezwała się po chwili. - Mogła przyjechać z kimś samochodem, a potem szła przez las i łąkę obok domu Chojniaków aż do nasypu. Niedaleko by miała, jakieś półtora kilometra.
- Półtora kilometra to sporo dla kogoś, kto idzie na wysokich obcasach i martwi się, czy krzaczory nie porwą mu rajstop - zwrócił jej uwagę. - Mniejsza z tym. Chcę teraz zobaczyć miejsce zbrodni, potem porozmawiam z księdzem.
- Już go przesłuchiwaliśmy - zaprotestowała niepewnie.
- Nie chcę go przesłuchiwać, tylko poprosić, żeby nam pomógł - Witczak wyjaśnił jej swój plan. Pomysłowość kapitana niewątpliwie zrobiła na Hance wrażenie, ale błysk w oczach dziewczyny szybko zgasł.
- Ksiądz się nie zgodzi - mruknęła zniechęcona.
- Bo milicja i Kościół się nie kochają? Ale przecież wielebnemu powinno zależeć na zidentyfikowaniu ofiary, choćby po to, żeby rodzina mogła ją po chrześcijańsku pochować.
Skinęła głową, nadal nie do końca przekonana.
Witczak wstał.
- Zaraz wracam.
W pokoju zmienił koszulę na świeżą, wysikał się, a potem, stojąc przed lustrem, potarł szczecinę na policzkach. Powinien się ogolić, uznał jednak, że równie dobrze może zrobić to jutro. Wykrzywił się do własnego odbicia. Był bardzo przeciętnym mężczyzną, w średnim wieku, średniego wzrostu i średniej tuszy. Twarz też miał nijaką: może odrobinę zbyt okrągłą, z oczami nieokreślonego koloru i cienkimi blond włosami, które ostatnio niepokojąco często znajdował na poduszce. Czasem martwił go ten brak wyrazistości - gdyby mógł wybierać, chciałby wyglądać jak znani aktorzy z czasów jego młodości: Charlton Heston czy Rock Hudson. W gruncie rzeczy jednak przeciętna powierzchowność miała pewne zalety, ot, choćby takie, że dzięki niej łatwiej było wtopić się w tło. Poza tym nijakość kojarzyła się z dobrodusznością i brakiem zagrożenia, a to również bywało przydatne w jego zawodzie.
* * *
Stanął na nasypie i rozejrzał się. Na podkładach kolejowych widniała wyblakła czerwona plama - krwi musiało być dużo, cała kałuża, a to oznaczało, że dziewczyna zginęła właśnie tutaj. Witczak wyjął z kieszeni chustkę i przetarł spocony kark. Po jednej stronie, prażąc się w słońcu, rosły rdestowce, pokrzywy i inne chwasty, podchodzące aż pod mury elektrowni. Dziką, wybujałą zieleń przecinała wąska ścieżka - właśnie tędy nadjechał ksiądz. Po drugiej stronie nasypu rozciągał się las, a przed nim łąka, na której pasła się samotna krowa, dalej stał otoczony płotem murowany dom. Było to jedyne gospodarstwo w promieniu kilku kilometrów.
- Do kogo należy ta ziemia? - zapytał.
- To tutaj - Hanka machnęła w stronę zarośniętego pola - to własność elektrowni. A łąka jest Chojniaków.
- Ktoś tu jeszcze bywa?
- W jakim sensie? - Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Jakimkolwiek - zirytował się. - Pary spotykające się w lesie na małe bara-bara, dzieci zbierające grzyby...
- Letnicy teraz niczego nie zbierają, wie pan, przez te wszystkie ostrzeżenia w radiu i telewizji...
Wiem, pomyślał Witczak. Znowu Czarnobyl.
- A miejscowi? - zapytał głośno.
- Miejscowych ciężko jest przekonać - przyznała Hanka. - Ale tak czy inaczej, ludzie raczej tu nie przychodzą. Za daleko i trudno dotrzeć.
Witczak skinął głową, myśląc o samochodzie zostawionym na żwirowej wiejskiej drodze i o marszu przez las, a potem przez podmokłą łąkę. Istotnie, trudno tu dotrzeć. Może więc wybór miejsca zbrodni nie był aż tak absurdalny?
Nie, jednak był, uznał kapitan. Bo nawet jeśli ludzie rzadko się tu zapuszczali, zabójca nie mógł mieć pewności, czy ktoś przypadkowy nie zjawi się akurat w chwili morderstwa. Wystarczyłoby przecież, żeby ksiądz jechał tą ścieżką pół godziny wcześniej. Dlaczego, u licha, facet nie schował się w lesie? Samo zejście trzy metry w dół nasypu zapewniłoby mu osłonę przynajmniej z jednej strony.
Kapitan przeszedł kawałek wzdłuż torów. Pomiędzy zaroślami po prawej błysnęło słońce odbite w kawałku metalu. Witczak osłonił oczy. Pod nasypem stał krzyż, ozdobiony wieńcem świeżych kwiatów. Klnąc na czym świat stoi, kapitan zsunął się po zboczu, naciągnął rękaw koszuli na dłoń i ostrożnie rozgarnął pokrzywy. Z początku myślał, że krzyż ustawiono tu po morderstwie, ale nie - pordzewiały metal zdecydowanie wyglądał na stary. A pod wieńcem świeżych kwiatów był drugi, uschnięty. Witczak zawołał Hankę.
- Co to za krzyż? - zapytał, kiedy dziewczyna przedarła się do niego przez zarośla.
- Nie wiem - odparła spłoszona. - Ja nie jestem stąd. Jako dzieciak spędzałam wakacje u cioci i znam sporo ludzi z Rokitnicy, ale o krzyżu nikt mi nic nie mówił. Pewnie jakiś wypadek na kolei albo coś w tym rodzaju.
- A te kwiaty?
- Może ktoś chciał upamiętnić tę dziewczynę?
- Ofiarę morderstwa? Świetnie. A te? - Uniósł świeże kwiaty i pokazał uschnięte, brązowe i tak skurczone, że nie dało się nawet rozpoznać gatunku. - Jak długo twoim zdaniem musiałyby tu wisieć, żeby tak wyglądać?
- Nie wiem... - Hanka odpowiadała coraz bardziej niepewnie.
- Kilka dni? Dłużej?
- Dłużej - uznała. - Może ze dwa tygodnie.
- Czyli ktoś powiesił na tym krzyżu kwiaty na tydzień przed morderstwem. Nie wydaje ci się to dziwne?
- Niespecjalnie - powiedziała, ale kapitan i tak jej nie słuchał.
Puścił wieniec i wdrapał się z powrotem na nasyp. Dziewczyna poszła w jego ślady. Znaleźli się na górze akurat w samą porę, żeby zobaczyć człowieka w gumiakach idącego przez łąkę. Witczak przyjrzał mu się uważnie, rejestrując ciemne włosy, blisko osadzone oczy i haczykowaty nos. Mimo gumiaków, upaćkanych czymś workowatych spodni i brudnej koszuli mężczyzna był przystojny w jakiś niepokojący sposób, który musiał podobać się kobietom.
- Franciszek Chojniak? - kapitan zapytał swoją towarzyszkę.
- Tak.
- Mieszka tu z rodziną?
- Z żoną, dzieci nie mają. Ewa miała wypadek i teraz jest sparaliżowana.
Chojniak odwiązał krowę od kołka, poklepał ją po boku, a potem zaczął prowadzić w stronę domu. Na Hankę i Witczaka nawet nie spojrzał.
- Chcę go widzieć jutro na komisariacie - powiedział kapitan. - Wyślijcie mu wezwanie.
- Jak wyślemy pocztą, to dojdzie za trzy dni.
- No to zawiadomcie go w inny sposób. - Witczak znowu zaczynał się irytować.
Dziewczyna wahała się może pół sekundy, a potem zbiegła w dół nasypu, krzycząc: "Franek, czekaj!".
Kapitan zamknął z rozpaczą oczy.
* * *
Przed kościołem zatrzymali się pół godziny później. Upał już zelżał, w koronach drzew szeleścił lekki wiatr. Witczak wysiadł, Hanka chciała zrobić to samo, ale ją powstrzymał.
- Nie będę cię na razie potrzebował. Możesz jechać.
Dziewczyna ruszyła, rzucając mu pełne żalu spojrzenie, a kapitan skierował się w stronę plebanii. Chciał porozmawiać z księdzem sam na sam. Jak mężczyzna z mężczyzną, pomyślał nie bez ironii, bo nie był pewien, czy facet ubrany w kieckę zasługuje na to miano.
W dodatku tak wyglądający facet, dodał w myślach, kiedy dziesięć minut później, masując obolałą kostkę, siedział w fotelu naprzeciwko proboszcza. Kapitan miał dziś szczęście do spotykania przystojnych mężczyzn. Najpierw Chojniak, a teraz ksiądz Jerzy Marczewski, długorzęsy i niebieskooki, ładny jakąś delikatną, prawie kobiecą urodą, która przywodziła na myśl młodego Alaina Delona. Pełnego poczucia winy Alaina Delona.
- Przepraszam, powinienem coś zrobić z tą gałęzią. - Ksiądz mówił ciepłym barytonem człowieka, który pracuje głosem i nauczył się odpowiednio go modulować. - Jakiś tydzień temu mieliśmy tu burzę, która oberwała z drzewa konar i teraz wszyscy się o niego potykają.
- Nieważne. - Witczak poruszył ostrożnie stopą. Wciąż bolała, ale chyba nic poważnego się nie stało. - Muszę z ojcem porozmawiać.
- Byłem już przesłuchiwany i obawiam się, że nie mam nic nowego do dodania. Znalazłem tę dziewczynę, kiedy już nie żyła, i zatrzymałem pociąg. Nie widziałem nikogo wcześniej.
- Wiem. Nie przyszedłem tu, żeby pytać, jak ojciec znalazł zwłoki. Mam inną prośbę. - Witczak pochylił się w fotelu i wyłuszczył ją spokojnie.
Ksiądz drgnął lekko, a mięśnie wokół jego ust napięły się, ale była to jedyna oznaka zdenerwowania.
- Nie jestem pewien, czy mogę się na to zgodzić. Zdjęcie martwej dziewczyny w kościele to nie jest coś, co ludzie mogliby łatwo zaakceptować.
Kapitan powstrzymał się od repliki, że zwłoki na krzyżu jakoś nikomu nie przeszkadzają, i zamiast tego oznajmił:
- Niech ojciec pomyśli o tej nieszczęsnej dziewczynie i o rodzinie, która gdzieś tam na nią czeka, z każdym dniem martwiąc się coraz bardziej. No i oczywiście na złapaniu mordercy też powinno ojcu zależeć. Zależy, prawda?
- Oczywiście, że tak.
- Świetnie, bo już się bałem, że trzeba będzie ojca uznać za podejrzanego. Zdarza się czasem, że morderca zgłasza się na milicję jako człowiek, który znalazł ciało. To całkiem sprytny ruch. Na przykład gdybyśmy odkryli na dziewczynie jakieś ślady księdza, łatwo byłoby wytłumaczyć je tym, że przecież pochylał się ojciec nad zwłokami, może nawet ich dotykał.
- Nie zabiłem tej dziewczyny - odpowiedział wolno duchowny. Sprawiał wrażenie kogoś, kto aż do przesady panuje nad tonem głosu i stara się pilnować każdego gestu. - Kiedy przyjechałem, już nie żyła.
- Wierzę ojcu, ale mimo wszystko wolałbym, żeby ksiądz spełnił moją prośbę. Wtedy wierzyłbym bardziej.
Ksiądz Jerzy westchnął.
- Zastanowię się. Nie mogę obiecać niczego więcej.
- Doskonale. Mam nadzieję, że się dogadamy.
Duchowny chyba się spodziewał, że kapitan wstanie i wyjdzie, ten jednak rozparł się tylko wygodniej w fotelu.
- Teraz możemy porozmawiać bez stresu. Po pierwsze, widziałem na drzwiach kościoła napis o czymś, co ma nadejść ze wschodu, i o mszy. O co chodzi?
Proboszcz zakłopotał się.
- O elektrownię. Ludzie wierzą, że ściągnie na nas nieszczęście. Wie pan, Czarnobyl to był pierwszy znak, a teraz na nas ma przyjść zagłada. Chcieli, żebym odprawił mszę, ale to tylko zabobony, więc odmówiłem. Taki lokalny folklor. - Uśmiechnął się przepraszająco, jakby przyznawał, że jego parafianie wciąż wierzą w sikające do mleka krasnoludki.
- A ten krzyż przy miejscu, w którym doszło do morderstwa, to też lokalny folklor? Wie ojciec, kto go postawił?
Marczewski zmarszczył brwi.
- Krzyż? A tak, faktycznie. Latem, jak wszystko jest zarośnięte, ze ścieżki go nie widać. Nie mam pojęcia, kto mógłby go postawić. Był już tam, kiedy zostałem proboszczem.
- Czyli kiedy?
- Zaraz, niech policzę... Wiosną osiemdziesiątego drugiego.
Witczak wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Nie zapalił, tylko zaczął się nią bawić, przekładając między palcami.
- Nie za wcześnie ojciec dostał własną parafię?
- Skończyłem trzydzieści pięć lat, nie byłem już taki młody. A ta parafia miała opinię pechowej.
- Dlaczego?
Ksiądz zawahał się, w końcu jednak odpowiedział:
- Poprzedni proboszcz został odwołany w dość nietypowych okolicznościach. Ten przed nim powiesił się na plebanii, a jeszcze wcześniejszy utonął w jeziorze.
- Po pijaku?
Duchowny krótko skinął głową.
- Cztery lata to szmat czasu. - Kapitan wrócił do wcześniejszego tematu. - Wystarczająco dużo, żeby dobrze poznać swoich parafian. Pewnie wie ojciec o nich wszystko. Kto z kim sypia, kto przestawił płot pół metra na miedzę sąsiada i kto komu obił gębę na ostatnim weselu.
- Sugeruje pan, że ja wiem, kto zabił tę dziewczynę? - Głos księdza nawet nie drgnął, ale mimo to Witczakowi wydało się, że słyszy w nim napięcie.
- A wie ojciec?
- Nie mam pojęcia. Poza tym czemu zakłada pan, że to był ktoś stąd?
- Ja niczego nie zakładam, tylko pytam. - Wyjął wreszcie papierosa, rozejrzał się za popielniczką, a kiedy nie znalazł niczego, co by się nadało, schował go z powrotem. - Gdyby to był film, morderca przyszedłby się wyspowiadać, a ojciec po krótkiej walce z sumieniem opowiedziałby mi wszystko. Wtedy sprawa byłaby prosta, co?
- To nie jest film.
- Niestety. - Witczak wstał. - Pewnie się jeszcze zobaczymy. Z Bogiem.
- Z Bogiem - odparł kapłan, który tym razem nie zdołał się opanować i wyglądał na zdziwionego.
* * *
Ksiądz proboszcz odprowadził Witczaka wzrokiem, patrząc przez okno. Z Bogiem? Czy naprawdę milicjant pożegnał go słowami "z Bogiem?". A wcześniej nazywał ojcem? Duchowny przypomniał sobie przesłuchanie na posterunku - starszy sierżant Waśkowiak mówił do niego "obywatelu", podkreślając to słowo aż do przesady, a ten młody, Jan Synowiec, niezręcznie i z wyraźnym poczuciem winy podlizywał się szefowi, żartując głupio z wkręcającej się w pedały roweru sukienki.
Ksiądz Jerzy nie miał pojęcia, co myśleć o kapitanie. Funkcjonariusz niewątpliwie próbował mu grozić, ale robił to bez większego przekonania, trochę jakby z przyzwyczajenia. Jakby wiedział, że i tak nie zdoła mu niczego udowodnić. A on miał czyste sumienie - nie znał tej dziewczyny i nawet nie dotknął zwłok. Zastanowił się, czy mimo to milicja mogłaby go wrobić w morderstwo. Uznał, że tak, ale w tym przypadku byłaby to chyba skórka niewarta wyprawki.
- Poszedł sobie? - Pawliczkowa wsunęła głowę do gabinetu proboszcza.
- Poszedł.
- Dobrze. - Gospodyni z satysfakcją skinęła głową. - To podam księdzu obiad.
Pawliczkowa miała czterdzieści parę lat, regularne rysy i całkiem zgrabną figurę, na co dzień jednak robiła wszystko, żeby wyglądać jak najgorzej: nosiła bezkształtne, workowate suknie, a włosy i czoło chowała pod wyjątkowo nietwarzową chustką, zawiązaną pod brodą jak u staruszki. Ksiądz Jerzy podejrzewał, że próbowała w ten sposób uniknąć plotek o urodziwym proboszczu i jego nie tak jeszcze starej gospodyni, która jakiś czas temu zostawiła w mieście bijającego ją męża. Nie mógł jej mieć za złe takiego zachowania, aczkolwiek czasem wolałby, żeby nie była aż tak oschła. Kilka razy próbował nawiązać z nią bliższy kontakt, na przykład zapraszając na partyjkę warcabów, ale Pawliczkowa zawsze wymawiała się jakimiś bliżej niesprecyzowanymi "obowiązkami domowymi", choć wszyscy we wsi wiedzieli, że wieczory spędza sama przed telewizorem.
Teraz też zaproponował, bez większej nadziei na sukces, żeby gospodyni zjadła z nim obiad.
- Będzie mi bardzo miło - przekonywał. - Nie lubię sam przy stole siedzieć.
Zazwyczaj jadał z wikarym, ale Bartek rano zabrał suchy prowiant i wyszedł z grupą ministrantów na wycieczkę w góry.
Pawliczkowa energicznie potrząsnęła głową.
- Już jadłam - powiedziała, co prawdopodobnie oznaczało, że w czasie gotowania spróbowała zupy i skubnęła parę listków sałaty.
Proboszcz dał więc spokój i zabrał się do rosołu. Był idealny, nie za tłusty, z lanymi kluskami i pływającą na wierzchu posiekaną natką pietruszki. Pawliczkowa bardzo dobrze gotowała, świetnie sprzątała i nigdy nie mówiła niczego o sobie. Ksiądz Jerzy w gruncie rzeczy jej nie znał, tak samo jak nie znał swoich parafian.
"To szmat czasu", powiedział kapitan.
Czy zdziwiłby się, gdyby Marczewski przyznał, że przez te wszystkie lata nie udało mu się zbliżyć do mieszkańców Rokitnicy? Nadal był kimś z zewnątrz, szanowanym, owszem, ale obcym. Nawet o młodym wikarym wiedział niewiele więcej ponad to, że chłopak wychował się w którejś z okolicznych wiosek, świetnie grał na gitarze i od czasu do czasu lubił pokopać z ministrantami piłkę. Może proboszcz po prostu za mało się starał. Zawsze wolał trzymać się z boku, nie naciskać, nie włazić z butami w cudze życie, jeśli ktoś sobie tego nie życzył. Jako spowiednik miał opinię bardzo łagodnego, bo nigdy nie wypytywał, nie drążył, co właściwie spowiadający się ma na myśli, kiedy mówi: "Robiłem to, no wie ksiądz, co". Czasem wydawało mu się to zaletą, a czasem wręcz przeciwnie, wadą, pewnego rodzaju tchórzostwem, ucieczką od problemu.
Zjadł ostatnią łyżkę rosołu. Pawliczkowa zabrała talerz i podsunęła drugi, z udkiem kurczaka pływającym w aromatycznym sosie i ziemniakami. Sobotnie obiady po postnych piątkowych zawsze były smaczne i obfite, prawie jak niedzielne.
Czy dlatego właśnie, z powodu tego tchórzostwa, dostał tak wcześnie swoją własną parafię? To pytanie dręczyło go od dawna i teraz, przypomniane przez Witczaka, zaatakowało z nową siłą. Owszem, Rokitnica miała opinię pechowej, ale mimo to była łakomym kąskiem: nie żadna dziura na końcu świata, gdzie jedyną rozrywką jest picie pędzonego nielegalnie bimbru, tylko duża, letniskowa wieś. W lipcu i sierpniu na msze przychodziło tu tyle ludzi, że część musiała stać przed kościołem, a na tacy co niedziela lądowało ponad tysiąc złotych.
Dlaczego taka parafia dostała się właśnie jemu? Nie był przecież pierwszym wikarym w kolejce do probostwa. Ani nawet drugim czy trzecim.
Jedyna odpowiedź, jaka przychodziła mu do głowy, była jednocześnie odpowiedzią bardzo niepokojącą.
W seminarium należał do najbardziej chwalonych studentów: pilny, pogodny i spokojny. Może nawet odrobinę zbyt spokojny. Ksiądz powinien być towarzyski; mruków i introwertyków szybko się pozbywano. Jerzy Marczewski od dzieciństwa miał zdolność wtapiania się w tło, był konformistą przybierającym ochronne barwy po to, by grupa nie wyczuła w nim obcego. A przełożeni obserwowali go uważnie. Na zajęciach, podczas posiłków i w kościele przyłapywał ich, jak na niego patrzą. Przez sześć lat spędzonych w seminarium nigdy nie czuł się pewnie, zawsze miał wrażenie, że niezależnie od dobrych wyników w nauce w każdej chwili może zostać wyrzucony. W gruncie rzeczy zdziwił się, gdy jednak udało mu się dotrwać do święceń. A potem zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy jako jeden z młodszych księży otrzymał od biskupa własną parafię.
Bo być może to, co w normalnej sytuacji byłoby wadą, w Rokitnicy stawało się zaletą. Kościół nie potrzebował tu charyzmatycznego, dociekliwego księdza. Potrzebował kogoś, kto nie będzie wtykał nosa w nie swoje sprawy.
Proboszcz odsunął talerz. Nagle zupełnie stracił apetyt.
* * *
Kapitan Witczak wrócił do swojego pokoju w domu wczasowym i przez resztę popołudnia, a potem wieczoru - z niewielką przerwą na kolację - przeglądał dostarczone mu materiały. Zaczął od opisu znalezionych zwłok, tak drobiazgowego, że w raporcie wymieniono nawet "granatową plamkę wielkości dwóch milimetrów na spódnicy, pochodzącą prawdopodobnie od atramentu". Ktoś - Witczak podejrzewał, że Hanka - naprawdę się postarał. Potem kapitan przeszedł do protokołów przesłuchań. I tu nie miał się do czego przyczepić. Rokitniccy milicjanci wezwali techników z Żywca, sfotografowali twarz dziewczyny i pobrali odciski palców, a sprawę zgłosili do komendy wojewódzkiej. Przesłuchali, kogo trzeba, pilnie notując wszystkie "nie wiem", "nie znam jej" oraz "nic nie widziałem". Kiedy śledztwo nie ruszyło z miejsca, Waśkowiak oficjalnie poprosił Bielsko o pomoc. Wszystko odbyło się zgodnie z procedurami i wyglądało czysto. Mimo to Witczak nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Za dobrze znał takich prowincjonalnych gliniarzy. Większość z nich marzyła o tym, żeby wykazać się przy jakimś poważniejszym przestępstwie. To byli uparci ludzie, którzy twierdzili, że sami sobie poradzą, nawet jeśli wszystko waliło im się na głowy. Prośba o pomoc po zaledwie kilku dniach wyglądała... Dziwnie? Niepokojąco? Witczak nie potrafił znaleźć właściwego słowa, tak samo jak nie potrafił rozgryźć Waśkowiaka. Czy jego spokój był spokojem starego milicyjnego wygi, czy może kogoś, komu w gruncie rzeczy jest wszystko jedno? Starszy sierżant nie był jeszcze stary, ale miał już w sobie rys zniechęcenia charakterystyczny dla funkcjonariuszy, których niewiele dzieli od emerytury i którzy chcą tylko przeżyć te kilka ostatnich lat we względnym spokoju. Może dlatego tak szybko i bezproblemowo przekazał śledztwo wyżej. Nie miał wcale ochoty szukać mordercy nieznanej dziewczyny, w zupełności wystarczały mu aresztowania miejscowych złodziei rowerów i drewna na opał. A może przyczyna była zupełnie inna. Starszy sierżant wiedział albo przynajmniej podejrzewał, że ofiara wcale nie była obca, że ktoś ze wsi doskonale ją znał. Dlatego wezwał człowieka z zewnątrz - żeby ten odkrył coś, czego miejscowy glina nie miał odwagi ujawnić.
Witczak włożył papiery z powrotem do teczki, zostawiając jedynie zdjęcie zamordowanej, którego użył jako zakładki do książki. Zszedł z nią na dół, zamówił colę i usiadł na tarasie przed barem. Było już prawie zupełnie ciemno, wielkie miękkie ćmy obijały się o klosze lamp, a w trawie cykały świerszcze. Z piętra przez otwarte okna dobiegały głosy zaganianych do łóżek dzieci, ktoś się śmiał, w łazience szumiała woda. Potem stopniowo wszystko ucichło. Kapitan liczył, że będzie sam, bo hippisi najwyraźniej gdzieś wybyli - może planować blokadę dróg albo coś w tym rodzaju - chwilę później jednak na tarasie pojawiła się szczupła kobieta, w której rozpoznał kolonijną wychowawczynię. Podeszła do niego energicznym krokiem.
- Pan jest z milicji? - zapytała. - Przyjechał pan w sprawie tej dziewczyny znalezionej na torach?
Przytaknął, składając książkę, którą trzymał na kolanach. Kobieta zerknęła na tytuł i drgnęła, wyraźnie zdziwiona.
- Chciałabym wiedzieć, czy dzieciom może grozić jakieś niebezpieczeństwo - wyrecytowała prawie jak wyuczoną kwestię. Było w niej coś, co nieodparcie kojarzyło się z harcerką, Witczak łatwo mógł ją sobie wyobrazić w szarym mundurze, salutującą służbiście do rogatywki.
- Nic jak na razie na to nie wskazuje - odparł. - Ale na wszelki wypadek dobrze by było, gdyby w najbliższym czasie nie wychodziły nigdzie same.
- Myśli pan, że morderca może być stąd? To nie jakiś turysta?
- Nawet jeśli turysta, nie jest powiedziane, że już tu nie przebywa - odparł ostrożnie. Chyba wszyscy w Rokitnicy mieli nadzieję, że zabójcą okaże się ktoś z zewnątrz: przyjechał, zabił, wyjechał, jest trup, ale nie ma większego problemu. - Mówiła pani coś dzieciom o tej dziewczynie? - zmienił temat.
- Tylko tyle, że znaleziono zwłoki na torach. Nie kłamałam, raczej zasugerowałam, że to mógł być wypadek kolejowy. Dzieci raczej rzadko kontaktują się z miejscowymi, więc mam nadzieję, że nikt nie powie im prawdy.
- W porządku. - Kapitan zastanowił się, czy dzieci aby już tej prawdy dawno nie znają. Małoletni bywali sprytniejsi, niż się wydawało większości dorosłych.
Wychowawczyni zawahała się, jej wzrok jeszcze raz pobiegł do tytułu książki, którą milicjant trzymał na kolanach.
- Czyta pan Nowe przygody Pana Samochodzika? - zapytała niepewnie.
- Czytam.
Czekała najwyraźniej na jakieś wyjaśnienie, a kiedy niczego takiego nie usłyszała, pożegnała się krótko i odeszła. Witczak wrócił do lektury, ale jego wzrok tylko prześlizgiwał się po perypetiach dzielnego muzealnika, ledwo rejestrując treść. Kapitan myślał o znalezionej na torach dziewczynie. Kim była? Jaka była? Dwadzieścia lat pracy w milicji nauczyło go, że w większości przypadków przyczyna zbrodni tkwi w równej mierze w zabójcy, co w ofierze. Żony ginęły, bo były niewierne, mężowie, bo znęcali się nad żonami, a staruszki, ponieważ trzymały w domu pieniądze i nieostrożnie otwierały drzwi nieznajomym. Coś w charakterze albo przeszłości tej dziewczyny sprawiło, że właśnie ją morderca spotkał na torach i zabił. Była ufna, z gatunku tych, które mężczyzna może wyprowadzić na bezdroża, czy nie? Inteligentna czy głupia, waleczna czy tchórzliwa? Wszystko to miało znaczenie, a on nie wiedział nic.
Podniósł do oczu zdjęcie. O zmarłych mówi się czasem "wygląda, jakby spał" i rzadko jest to prawda, ale tym razem była. Milicyjny fotograf zamknął ofierze oczy, dzięki czemu miała spokojną twarz, jakby odeszła bez bólu we śnie. Poza tym wyglądała zaskakująco zwyczajnie: ani specjalnie ładna, ani brzydka, z pulchnymi policzkami i świeżo zrobioną trwałą. Na pierwszy rzut oka nikt nie wziąłby jej za dziewczynę, której powab skłoniłby mężczyznę do zabójstwa z namiętności, ale Witczak wiedział, że pozory często mylą.
Czy morderca był wściekły? Pięć ciosów mogłoby o tym świadczyć, jednak kapitan wolał niczego nie zakładać. Ciosy były mało precyzyjne, ale nie chaotyczne - tak mógłby zabić ktoś, kto doskonale wie, co chce zrobić, nie wie tylko za bardzo, jak się do tego zabrać. Morderca niedoświadczony, ale zdecydowany. Na ubraniu ofiary brakowało śladów szarpaniny - albo zabójca faktycznie dziewczynę zupełnie zaskoczył, albo wcześniej zastraszył ją tak, że nie broniła się, nawet kiedy wyjął nóż.
Kapitan schował zdjęcie do książki i podszedł do otaczającej taras barierki. W parku umilkły już świerszcze i teraz panowała cisza, przerwana po chwili szelestem krzaków, przez które przedzierało się jakieś zwierzę. Para błyszczących ślepi spojrzała na kapitana, a potem zniknęła w zaroślach. Powietrze było przesycone żywicznym zapachem sosen, chłodne i ostre. Witczak wsłuchał się w ciszę - gdzieś niedaleko musiał płynąć strumyk, bo do uszu kapitana dobiegało cichutkie szemranie wody. Zacisnął dłonie na barierce i zamknął oczy. Stał tak przez kilka minut, zanurzony w mrok. Zszedł w głąb siebie, tam gdzie nie było martwej dziewczyny ani śledztwa. Tylko ciemność i pustka. Potem wynurzył się na powierzchnię, westchnął i wrócił do pokoju, żeby położyć się spać.
* * *
Ksiądz Bartłomiej Zięba wrócił z wycieczki ubłocony, ale szczęśliwy.
- Poszliśmy na Wielką Raczę i tam złapał nas deszcz - mówił, podczas gdy proboszcz szykował mu posiłek. Wikary wcześniej trochę protestował, ale ksiądz Jerzy usadził go za stołem i zabrał się do odgrzewania obiadu. - Na szczęście potem się przejaśniło i ze szczytu mieliśmy niesamowity widok. Szkoda, że księdza proboszcza z nami nie było. Jak schodziliśmy, z lasu wyszedł jeleń...
Ksiądz Jerzy zaparzył herbatę i posłodził ją jedną łyżeczką cukru, tak jak wikary lubił. Robienie prostych rzeczy dla drugiej osoby sprawiało proboszczowi przyjemność. Zresztą dla Bartka łatwo było być miłym, bo chłopak, uśmiechnięty, życzliwy i kochający góry, budził odruchową sympatię. W dodatku młody ksiądz świetnie dogadywał się z młodzieżą, a głoszona przez niego wiara nie była posępną religią śmierci i wyrzeczenia, tylko radosnym doświadczeniem braterstwa.
Jednak miał też wadę, dlatego proboszcz wahał się chwilę, zanim powiedział mu o wizycie kapitana.
Oczy chłopaka natychmiast rozbłysły, widelec zawisł nad odgrzanymi ziemniakami.
- O! Mówił coś o tej dziewczynie? Została zgwałcona?
- Nic na to nie wskazuje - odparł Marczewski odrobinę zbyt sztywno.
- Ale przecież mogła zostać - upierał się młody ksiądz. - To, że nie podarł na niej ubrania, jeszcze o niczym nie świadczy. Może zmusił ją, żeby się rozebrała, a potem ubrała, i dopiero później zabił?
Ta seksualna obsesja wikarego krępowała i męczyła proboszcza. Dawno już zdążył pożałować, że tydzień temu po znalezieniu dziewczyny dał mu się namówić na opis stanu jej odzieży.
- Jak myślisz, zgodzić się? - skierował rozmowę na inne tory.
Wikary grzebał przez chwilę w talerzu. Sprawa nie była prosta, obaj o tym wiedzieli. Milicjanci za kontakty z Kościołem, nawet tak niewinne jak ochrzczenie dziecka, mogli mieć kłopoty, ale problemy miewali również księża, na których padł choć cień podejrzenia, że współpracują z władzą. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak dawno temu, jeszcze podczas studiów, próbował go zwerbować pewien agent SB. Młody Marczewski odmówił, bo agent nie miał nawet porządnego haka, ale zawsze dręczyła go wątpliwość: co gdyby tamten przyszedł lepiej przygotowany? Gdyby wiedział o rzeczach, o których Jerzy nigdy nikomu nie odważył się powiedzieć?
- Ja bym się zgodził. - Jak większość dwudziestokilkulatków, wikary szybko rozstrzygał dylematy. - Nie zrobimy przecież nic złego. A ta dziewczyna zasługuje na sprawiedliwość.
Proboszcz wolno skinął głową. Przez całe życie chował się za zasłonami konformizmu i moralnego relatywizmu. Może pora podjąć wreszcie jakąś mniej bezpieczną decyzję i ponieść jej konsekwencje.
Z jakiegoś powodu pomyślał o krzyżu stojącym w pobliżu nasypu. Nie o dziewczynie, tylko o krzyżu. Latem, kiedy przesłaniały go zarośla, rzadko o nim pamiętał, ale jesienią i zimą krzyż był doskonale widoczny nad pustym polem. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak w lutym wracał od Jadwigi Ciołkowej i zobaczył płonące pod krzyżem znicze. Zatrzymał się wtedy, przeżegnał i przez jakiś czas wpatrywał w rozświetlające zimową ciemność ogniki. Było ich pięć, może sześć. Rozmawiał potem z Pawliczkową, ale ona zaprzeczyła, by cokolwiek o krzyżu wiedziała. I choć już wtedy miał wrażenie, że gospodyni kłamie, swoim zwyczajem nie dopytywał ani nie próbował naciskać.
Do diabła z tym, pomyślał zupełnie nie po chrześcijańsku, zrobię to. Nie dlatego, że facet mi groził, ale dlatego, że Bartek ma rację: dziewczyna zasługuje na sprawiedliwość.
Na mszę o jedenastej przyszedł tłum ludzi. Szczęśliwcy zdążyli zająć miejsca w drewnianych ławkach, mniej szczęśliwi podpierali ściany, a spóźnialscy stali na zewnątrz w słońcu. Dzięki dobremu nagłośnieniu nawet ci ostatni słyszeli każde słowo księdza, dlatego kapitan Witczak nie kłopotał się pchaniem do środka. Stanął tuż obok trójpokoleniowej rodziny i zajął się obserwowaniem dwójki najmłodszych dzieci, które upojone wolnością biegały po kościelnym dziedzińcu. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z pracy, Witczak był szczerze niewierzący, ale - również w przeciwieństwie do nich - nigdy nie udawał, że nie wie, jak zachować się podczas mszy. Żegnał się we właściwych momentach, odmawiał modlitwy, a kiedy padło polecenie: "Przekażcie sobie znak pokoju", uścisnął dłoń ojca uroczych maluchów. Nie klękał tylko; stojący na zewnątrz na mocy niepisanego, całkiem rozsądnego prawa z klękania byli zwolnieni, choć co bardziej gorliwi w czasie podniesienia usiłowali kucać na jednej nodze tak, żeby nie pobrudzić sobie kolan. Przez większość czasu kapitan błądził myślami gdzieś daleko, jedynie kazania wysłuchał uważnie. Ksiądz proboszcz, co trzeba mu było przyznać, zręcznie unikał wątków politycznych i skupił się na niebezpieczeństwach, jakie czyhają na dzieci w czasie wakacji. Witczak przymknął oczy. Było gorąco, dobrze, że zrezygnował z założenia marynarki. Niektóre kobiety - prawdopodobnie letniczki - ubrały się w przewiewne sukienki i sandały założone na bose stopy, ale większość pociła się w rajstopach, eleganckich spódnicach do kolan i bluzkach z błyszczących sztucznych materiałów. Serce Witczaka zabiło mocniej, gdy przyglądał się stojącej niedaleko dziewczynie. Jakim cudem wcześniej nie wpadł na tak proste rozwiązanie?
Komunia dobiegła końca, dzieci były coraz bardziej marudne, w kościele dało się słyszeć lekkie poruszenie - to ci bardziej niecierpliwi pomału przesuwali się w stronę wyjścia.
W ogłoszeniach parafialnych ksiądz Jerzy przypomniał, czyja teraz kolej na sprzątanie kościoła, i wymienił msze za ostatnio zmarłych parafian. Witczak już zaczynał się niecierpliwić, kiedy proboszcz wreszcie przeszedł do tego, na co kapitan od początku czekał.
- Jak być może część z was wie, w Rokitnicy doszło ostatnio do tragicznego zdarzenia. Młoda dziewczyna została znaleziona martwa na torach kolejowych. Jak dotąd nie udało się ustalić jej tożsamości, dlatego wszystkich, którzy znali ją albo widzieli przed śmiercią, proszę o kontakt z miejscowym posterunkiem. W gablocie przy wyjściu jest zdjęcie. A teraz odmówmy za duszę zmarłej Wieczne odpoczywanie...
Witczak nie słuchał dalej, tylko wycofał się dyskretnie w stronę ulicy, korzystając z tego, że nikt nie zwracał na niego uwagi.
* * *
Spotkali się w barze Pod Sosną przy dużym drewnianym stole, który stał we wnęce oddzielonej od głównej sali zasłonką z koralików. Bar był pusty; ludzie, którzy po mszy chcieli się napić piwa, wchodzili, kupowali spieniony kufel i natychmiast wychodzili na zewnątrz, a jeśli ktoś, skuszony cieniem, zamierzał zostać, barman szybko przekonywał go do zmiany decyzji. W ten sposób Witczak oraz pozostali milicjanci zapewnili sobie minimum dyskrecji. Kapitan nadal nie był przekonany, czy to najlepszy pomysł, jednak alternatywę stanowiła duszna klitka na posterunku, w której z trudem mieściły się trzy osoby, nie mówiąc już o czterech.
Witczak zaczął od krótkiego zreferowania tego, co już wiedzą, a potem zapytał o krzyż.
- Z...zawsze tam stał. - Kapral Synowiec zająknął się tylko raz. - Odkąd pamiętam.
- Stoi tam od jakichś piętnastu, może dwudziestu lat - sprecyzował Waśkowiak, odrywając się na moment od swojego kufla. - Jak byłem dzieciakiem, to jeszcze go nie było.
- Do kogo należała wtedy ta ziemia?
- Chyba do państwa. Tam zawsze był ugór, nic oprócz chwastów nie chciało rosnąć. To ma jakieś znaczenie?
- Nie wiem jeszcze. - Gdyby nie kwiaty na krzyżu, Witczak uznałby, że nie, ale było w tych wieńcach coś, co go niepokoiło. Jeden zwiędły, zawieszony przed morderstwem, i drugi świeży, który ktoś przyniósł już po śmierci dziewczyny. Kapitan nie wierzył w takie zbiegi okoliczności. - Sprawdźcie to - powiedział. - Chcę wiedzieć, kto postawił ten krzyż i dlaczego. I sprawdźcie też tego księdza, Marczewskiego.
- Myśli p...pan, że on mógł mieć coś wspólnego z m...morderstwem? - W głosie kaprala zabrzmiało naiwne zdziwienie. Najwyraźniej Synowiec w głębi duszy pozostał prostym wiejskim chłopakiem, dla którego proboszcz był autorytetem przez duże A.
- Zastanów się. - Kapral był starszy od Hanki o dobrych kilka lat, ale wyglądał tak młodo, że do niego kapitan również postanowił zwracać się per "ty". Zawsze zresztą wyznawał zasadę, że jak ktoś nie protestuje, to znaczy, że nie ma nic przeciwko. - Ktoś tę dziewczynę namówił, żeby przyszła na takie bezludzie. A księdzu, w dodatku przystojnemu, na pewno by zaufała. Poza tym jest coś jeszcze. - Tu Witczak pochwalił się pomysłem, który wpadł mu do głowy podczas mszy.
- Nasza ofiara wybierała się do kościoła? - Waśkowiak zmarszczył brwi. - To ma sens. Łebski z pana facet, no, no... Kto by się spodziewał.
- Może się wybierała. - Witczak pominął milczeniem tę idiotyczną uwagę. Nim tu przyszli, Waśkowiak musiał już wypić piwo, albo i dwa. - A może nie. Ale to by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego ubrała się tak elegancko i założyła rajstopy. Na wsiach wciąż panuje przekonanie, że do kościoła nie wypada iść z gołymi nogami.
- Czyli to jednak była dziewczyna ze wsi? Myślałem, że przyjechała z miasta.
- Może pochodziła z miasta, ale znała wiejskie zwyczaje. Albo to miastowa, ale z tych, co się jeszcze przejmują, co wypada, a co nie. Dziewictwo może świadczyć o tym, że była bardziej religijna niż większość kobiet w jej wieku.
- Albo o t...tym, że nikt jej nie chciał. - Synowiec wyszczerzył zęby, ale próba żartu wypadła wyjątkowo żałośnie. Pod karcącym wzrokiem Hanki chłopak zakłopotał się i zaraz zanurkował spojrzeniem w głąb kufla.
- Jeśli ubrała się na mszę - kontynuował kapitan, nie zwracając na nich uwagi - to musiała być na tej o siódmej trzydzieści, albo wybierała się na tę o jedenastej. W wakacje w tygodniu mają tu tylko jedną mszę dziennie, ale w niedzielę są trzy: rano, o jedenastej i wieczorem. Sprawdziłem. Jasiek, znajdź ludzi, którzy biegają o świcie do kościoła, to pewnie będą jakieś miejscowe staruszki. Może któraś ją widziała. I zapytaj też wikarego, bo pewnie on odprawiał mszę, skoro proboszcz był u chorej. Starszy sierżant może porozmawiać z ludźmi, którzy mieszkają wzdłuż drogi od kościoła aż do miejsca, gdzie dziewczyna została zabita. Jeśli tamtędy przechodziła, ktoś mógł ją zauważyć.
- N...nadal nie wiemy, d...dlaczego znalazła się na torach - zwrócił mu uwagę Synowiec.
- Hanka? Jakiś pomysł?
Dziewczyna zaczerwieniła się jak zwykle.
- Jeśli była religijna, to pewnie zawsze w niedzielę starała się być na mszy. Teraz wiedziała, że nie zdoła iść do kościoła w swojej parafii, więc na wszelki wypadek ubrała się tak, żeby mogła pójść tutaj. Albo nawet msza była w jakiś sposób związana z jej przyjazdem, wiecie, przyjechała w jakiejś ważnej sprawie i chciała się pomodlić za jej powodzenie.
Witczaka coś tknęło. Przypomniał sobie księdza czytającego monotonnym głosem ogłoszenia duszpasterskie.
- Jasiek, sprawdź też, w jakich intencjach były odprawiane msze w zeszłą niedzielę. - Spojrzał na zegarek. - Muszę się zbierać, Chojniak pewnie już czeka. Proponuję podział taki, że ja i koleżanka go przesłuchamy, a panowie dopijecie piwo i pójdziecie pogadać z ludźmi, którzy mogli widzieć naszą ofiarę.
* * *
Franciszek Chojniak istotnie czekał już przed posterunkiem. Przyszedł w tych samych brudnych spodniach i koszuli, w których Witczak widział go ostatnio, założył tylko inne buty. Albo z natury był abnegatem, albo zamierzał w ten sposób zademonstrować swoje lekceważenie władzy.
- Zapraszam do środka. - Kapitan otworzył drzwi zapasowym kluczem, który dał mu Waśkowiak.
W środku panowała nieznośna duchota. Słońce świeciło prosto w dawno niemyte szyby, w powietrzu unosiła się woń kurzu, starych papierów i pleśni, która, jak podejrzewał kapitan, rosła w stojącym na parapecie kubku. Hanka rzuciła się do okna, ale Witczak powstrzymał ją gestem - gdyby je otworzyła, pół ulicy mogłoby słyszeć szczegóły przesłuchania.
Starsza szeregowa usiadła przy stole i przysunęła do siebie rozklekotaną maszynę do pisania. Kapitan zajął miejsce po drugiej stronie i wskazał Chojniakowi ostatnie wolne krzesło. Pomieszczenie naprawdę było maleńkie, Witczak bezustannie uderzał o coś łokciami.
- Proszę podać imię i nazwisko.
- Franciszek Chojniak. Byłem już przesłuchiwany...
- Teraz będzie pan jeszcze raz. Adres?
- Rokitnica 112B.
- Z kim pan mieszka?
- Z żoną Ewą. Jest sparaliżowana od pasa w dół po wypadku, dzieci nie mamy. Sam zajmuję się gospodarstwem.
Witczak raz jeszcze przyjrzał się przesłuchiwanemu. Mimo zaniedbanego wyglądu facet był naprawdę atrakcyjny. Niejedna kobieta poleciałaby na jego intensywnie zielone oczy, kontrastujące z opaloną skórą i ciemnymi włosami. Nawet nieogolone policzki i semicki nos, tak nielubiany w Polsce, w jakiś przedziwny sposób dodawały mu uroku. Czy nikt z miejscowych gliniarzy tego nie widział? Przystojny mężczyzna mieszkający ze sparaliżowaną żoną, a obok domu trup młodej dziewczyny. Dlaczego nikomu nie złożyło się to w całość?
- Proszę powiedzieć, co pan robił szóstego lipca rano.
- To, co zawsze. Nakarmiłem zwierzęta, wydoiłem krowę i wyprowadziłem ją na pastwisko. Potem rąbałem drewno na opał.
- W niedzielę?
- W niedzielę, tak. Jestem sam, nie stać mnie na robienie sobie wolnego.
- Gdzie pan rąbał to drewno?
- Z tyłu domu, przy drewutni. Nie mogłem widzieć stamtąd ścieżki, jeśli chce pan o to zapytać. Mówiłem już milicji.
- Proszę odpowiadać na pytania, a nie spekulować. O której skończył pan rąbać drewno?
- Po ósmej, nie pamiętam dokładnie.
- Co dalej?
- Poszedłem do domu przygotować śniadanie dla żony. Ewa wstaje zazwyczaj o wpół do dziewiątej i staram się, żeby wtedy było już gotowe. Potem siedzieliśmy trochę przed telewizorem, ale w niedzielę rano i tak nie ma nic ciekawego, więc szybko nam się znudziło. Koło dziesiątej poszedłem do sklepu po kartofle na obiad, bo zabrakło.
- Było otwarte?
- Kościelakowa mieszka nad sklepem, jak się zadzwoni, to otwiera.
Kapitan z roztargnieniem skinął głową. Dziesiąta już go nie interesowała, dziewczyna zginęła wcześniej. Zerknął do zeznań Ewy Chojniak, którą tydzień temu przesłuchiwał Synowiec. Jak na razie wszystko się zgadzało.
- Gdzie się pan urodził?
- Tutaj, w Rokitnicy.
- I tutaj kończył pan szkołę?
- Podstawówkę tak. Potem poszedłem do technikum w Żywcu.
A więc Chojniak miał średnie wykształcenie. To by tłumaczyło, czemu nie mówił jak typowy chłop.
- Nie kusiło pana, żeby zostać w mieście?
- Nie. Lubię wieś.
- Gospodarstwo należy do pana?
- Do żony. W domu, gdzie się urodziłem, teraz mieszka siostra z mężem.
- Ewa jest z Brzozówki - wyjaśniła Hanka, unosząc głowę znad maszyny. - Jak zaczęli budować elektrownię, to wszystkich stamtąd przesiedlili i dali im nowe domy.
- Jak często bywa pan w mieście? - Witczak zignorował uwagę dziewczyny.
- Zależy w jakim, w Warszawie to na przykład tylko raz byłem, na wycieczce z klasą. - W głosie Chojniaka zabrzmiała lekka ironia. - W Żywcu bywam tak co dwa-trzy tygodnie, jak trzeba kupić coś, czego u nas nie ma.
- Spotyka się pan tam z kimś?
- Tak, z ludźmi, od których te rzeczy kupuję.
Hanka pochyliła głowę, tłumiąc śmiech. Witczak zmrużył oczy.
- Radzę panu nie odpowiadać takim tonem - powiedział ostrzegawczo.
- Przepraszam. Nie, nie spotykam się z nikim. Najczęściej kupuję, co trzeba, i wracam. Czasem tylko wpadam na piwo do knajpy niedaleko dworca. Zmarłej dziewczyny nie znałem ani nie widziałem jej w zeszłą niedzielę. Jeśli przechodziła obok mojego domu, to musiało być wtedy, kiedy byłem z tyłu. Albo kiedy siedziałem z żoną przy telewizorze.
Oczywiście mógł kłamać. Witczak stworzył już sobie w głowie cały scenariusz: uwiązany do sparaliżowanej żony Chojniak poznaje młodą, ładną dziewczynę. Mają romans - no, powiedzmy, że prawie romans. Ona jest przyzwoita i mówi, że do łóżka tylko po ślubie, on obiecuje, że się rozwiedzie. Zwleka z tym jednak, bo całe jego gospodarstwo należy przecież do żony. Dziewczyna jest coraz bardziej zła i w pewnym momencie wpada z niespodziewaną wizytą, żeby wyjaśnić to i owo. On widzi ją na ścieżce, podchodzi. Kłócą się, może dziewczyna zaczyna uciekać w stronę nasypu, a facet dopada ją tam i zabija.
Kapitan nie był zbyt zadowolony z tej teorii. Gdyby ofiara uciekała, zostałaby zaatakowana od tyłu, nie od przodu. Powiedzmy, że odwróciła się w stronę napastnika... Nie, to też bez sensu, wtedy próbowałaby się bronić albo przynajmniej osłonić klatkę piersiową. Na dłoniach dziewczyny nie było tych charakterystycznych nacięć, które powstają, gdy człowiek próbuje odepchnąć od siebie ostrze.
Nie wspominając już o tym, że romans z Chojniakiem w żaden sposób nie wyjaśniał kwiatów na tym cholernym krzyżu.
Mniejsza z tym, pomyślał. Teoria nie była zbyt dobra, ale nie była też zła. Wystarczyłaby, żeby zamknąć Chojniaka na jakiś czas i wykazać się przed górą sukcesem. Zawsze to coś, nawet gdyby musieli potem faceta zwolnić. Byłoby z tym co prawda nieco zachodu, bo najbliższy areszt znajdował się w Żywcu, ale dałoby się zrobić.
Witczak przymknął na chwilę oczy. Umilkło stukanie maszyny do pisania, teraz w ciszy słychać było jedynie bzyczenie otumanionej upałem muchy, która obijała się o szybę. Kapitan wzdrygnął się, kiedy strużka potu, łaskocząc, spłynęła mu między łopatkami.
Kiedy uniósł powieki, Hanka już czekała, gotowa w każdej chwili opuścić palce na klawisze maszyny. Chojniak też czekał, spokojny i cierpliwy - jednak wcześniej, przez ułamek sekundy, Witczak widział w jego oczach lęk. I nie sądził, żeby było to złudzenie.
- Co pan wie o krzyżu? - zapytał.
- O krzyżu? Tym, który stoi przy nasypie?
- Dokładnie tym.
- Nic nie wiem.
- Nie wie pan, kto go postawił?
- Nie. Kiedy wprowadzałem się do Ewy, już tam stał.
- A kwiaty? Kto wiesza na nim kwiaty?
Chojniak wzruszył ramionami.
- Pracuję cały dzień. Nie mam czasu, żeby czaić się po krzakach i obserwować jakieś krzyże.
Witczak patrzył na niego, długo, wyczekująco, wzrokiem, który zazwyczaj sprawiał, że przesłuchiwani zaczynali się pocić. Chojniak drgnął, ale nie zmienił wyrazu twarzy.
- Zacznijmy od początku - powiedział wreszcie kapitan. - Proszę opisać wszystkie czynności, jakie wykonał pan od obudzenia się aż do dziewiątej dnia szóstego lipca. Po kolei.
* * *
Przesłuchanie ciągnęło się przez cztery godziny i pod koniec kapitan Witczak był pewien, że dzisiejszej nocy będą mu się śniły te wszystkie karmione świnie i wyprowadzane w pole krowy. Chojniak powtórzył swoją historię kilkakrotnie i ani razu się nie pomylił. A jednak im dłużej trwało przepytywanie, tym bardziej Witczak dochodził do wniosku, że facet coś ukrywa.
Mimo to puścił go do domu zamiast zatrzymać w areszcie. Chyba na starość robił się miękki.
Wykorzystał chwilę wolnego, żeby przejść się po centrum wsi. Oprócz kościoła i baru, w którym niedawno siedzieli, były tu kawiarnia, poczta, dwa sklepy spożywcze i budka z pamiątkami, która przeżywała właśnie najazd małych kolonistów. Witczak odczekał chwilę, skinął głową wychodzącej za dziećmi wychowawczyni i wszedł do środka. Można tu było kupić widokówki, a także trochę turystycznego badziewia: plastikowe spinki do włosów, korale, kubki i pseudoludowe figurki. Kapitan wziął do ręki malutki drewniany domek z dwoma otworami: w jednym stał mężczyzna, w drugim kobieta. Oboje mieli na sobie regionalne góralskie stroje.
- To barometr - wyjaśniła sprzedawczyni. - Pokazuje, jaka będzie pogoda. Na słońce wychodzi chłop, a na deszcz baba.
- Czemu tak, a nie odwrotnie?
- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami.
- To naprawdę działa?
Kobieta otworzyła usta, jakby chciała powtórzyć: "Nie mam pojęcia", ale powiedziała bez przekonania:
- Taa, jasne, że działa.
Podziękował, odłożył domek na półkę i wyszedł. Do domu wczasowego dotarł akurat na Teleexpress. Program ten, choć nadawany dopiero od miesiąca, miał już w osobie Witczaka wiernego fana.
Kapitan zamówił mocną kawę, a potem usiadł w barze przed telewizorem. Niedaleko rozparł się na krześle jeden z brodatych hippisów. Pił piwo i od czasu do czasu łypał na milicjanta spod skołtunionej grzywki. W programie jak zwykle wspomniano o Rokitnicy - w krótkiej migawce pojawił się obraz zablokowanej drogi, a Wojciech Mazurkiewicz poinformował widzów: "Trwają protesty przeciwko budowie elektrowni atomowej w Brzozówce koło Rokitnicy. Pod petycją zebrano już dziesięć tysięcy podpisów".
Hippis rzucił Witczakowi triumfujące spojrzenie i wrócił do swojego piwa. Kapitan dokończył kawę. Gdy wypił ostatni łyk, do baru zajrzał Synowiec, przejęty jeszcze bardziej niż zwykle.
- M...mamy świadka - wyjąkał, nie zwracając uwagi na obecność dwóch obcych osób. - Z...zgłosił się facet, który przywiózł t...tę dziewczynę.
- Proszę podać swoje dane osobowe.
- To znaczy imię i nazwisko?
- Tak, to znaczy imię i nazwisko - wyjaśniła cierpliwie Hanka.
Siedzący po drugiej stronie stołu chłopak wytrzeszczał na nią oczy w kolorze zszarzałego brązu. Był niski, chudy i długowłosy, a kiedy mówił, grdyka podskakiwała mu jak uwiązana na sznurku zabawka dla kota.
- A także zawód i adres - dodał Witczak.
Czwartą osobą w ciasnym pokoiku był milczący Synowiec, który uparł się, żeby wziąć udział w przesłuchaniu, i stał teraz obok zapełnionej aktami szafy, rozpłaszczony na ścianie, starając się nie zabierać pozostałym resztek miejsca i tlenu. Witczak powinien był go wyrzucić, ale zlitował się: ostatecznie kiedy kapral miał się czegoś nauczyć, jak nie teraz?
- Rafał Sałata, studiuję astronomię w Krakowie - powiedział chłopak. - Mieszkam w akademiku. To znaczy, w czasie roku akademickiego, bo tak w ogóle zameldowany jestem u rodziców w Pszczynie. A teraz nad rzeką obozujemy, w trzy namioty. Nie robimy nic złego - zapewnił pośpiesznie. - Tylko ognisko czasem sobie rozpalimy i na gitarze pogramy. To nie jest zabronione, prawda?
- Nie jest. - Kapitan darował sobie uwagi o bezpieczeństwie pożarowym, sprzątaniu śmieci i zakłócaniu ciszy nocnej. Chłopak i tak był dostatecznie zdenerwowany. Zresztą gdyby te dzieciaki robiły coś złego, milicja już by o tym słyszała.
- Od kiedy obozujecie nad rzeką?
- Na dwa tygodnie przyjechaliśmy, od dwudziestego ósmego czerwca do trzynastego lipca. Znaczy, do dzisiaj. Już powoli zaczynaliśmy się zbierać, kiedy Magda, to jest moja narzeczona, z kościoła wróciła i powiedziała, że ksiądz o jakiejś dziewczynie mówił. Że jest niezidentyfikowana czy coś, i że jak ktoś ją widział, ma się zgłosić na posterunek. Magda pomyślała, że to może być ta, co ją podwoziłem w zeszłą niedzielę, więc poszedłem do kościoła, żeby obejrzeć zdjęcie. No i faktycznie, ta sama dziewczyna. - W głosie Rafała zabrzmiało zdumienie, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że coś takiego przydarzyło się właśnie jemu.
- Niech pan opowie, co wydarzyło się w zeszłą niedzielę - polecił Witczak.
- Tak własnymi słowami? - Rafał zmarszczył brwi.
- Własnymi słowami. - Kapitan wiedział, że na przyciśnięcie świadka i zadawanie szczegółowych pytań przyjdzie czas później.
- Aha. - Chłopak wyglądał na zdezorientowanego i może nawet rozczarowanego, jakby spodziewał się, że będzie brał udział w przesłuchaniu jak z filmów: błyskające po oczach światło i groźny głos zadający z mroku pytania. - No więc to było tak... Jak mówiłem, przyjechaliśmy na dwa tygodnie, ale jedna z nas, Kaśka Krępińska, była tylko na tydzień i w niedzielę, to znaczy właśnie szóstego, musiała wracać do Krakowa, bo z rodzicami na wczasy jechała. Pociąg z Żywca miała wcześnie rano, przed ósmą, dlatego powiedziałem, że samochodem ją zawiozę. No i jak już Kaśkę odprowadziłem na peron, to wracałem do auta i zobaczyłem tę dziewczynę...
- Tę? - Witczak podsunął mu odbitkę zdjęcia. - Potrzebujemy oficjalnego potwierdzenia.
- Tak, to ona. - Rafał wziął fotografię, przysunął ją do oczu i przyjrzał się uważnie, podczas gdy na jego twarzy groza mieszała się z fascynacją. - Rany, na tym zdjęciu jest całkiem martwa, nie?
- Niech pan mówi dalej. - Witczak wyjął mu z rąk sztywny kartonik. - Gdzie pan zobaczył tę dziewczynę?
- Przed dworcem. Kręciła się tam i jak tylko zobaczyła, że wsiadam do samochodu, to przybiegła i zapytała, czy nie jadę przypadkiem w stronę Rokitnicy. Powiedziałem, że tak i że chętnie ją podrzucę. Mówiła, że autobus jej uciekł.
- Miała coś przy sobie?
- W jakim sensie?
- Torbę, plecak, walizkę...
Chłopak zawahał się.
- Nie, chyba nie.
- Chyba?
- Na pewno nie.
- A torebkę?
- Nie wiem. Miała. Nie, nie miała.
Witczak przymknął oczy.
- To w końcu jak? - zapytał po chwili.
- Nie pamiętam - przyznał z ociąganiem Rafał.
- A co pan pamięta?
- No... pogadaliśmy sobie trochę. Niedużo, bo wie pan, Marta to chyba z tych milkliwych była, a ja też nie bardzo się odzywałem. Pokłóciłem się trochę z narzeczoną, ona bywa zazdrosna, wie pan, jak to jest, i miała mi za złe, że zgodziłem się odwieźć Kaśkę...
- Marta? - Kapitan nie był zainteresowany życiem uczuciowym studenta.
- No, Marta. Tak się przedstawiła.
- A nazwisko?
- Nie wiem. Nie powiedziała, znaczy.
Witczak westchnął. Za czasów jego młodości dwudziestoparolatkowie przedstawiali się pełnymi imionami oraz nazwiskami i nie przechodzili od razu na "ty". Wyrzucił z głowy myśli o współczesnej młodzieży i o tym, że kiedyś było lepiej - to i tak do niczego by w tej chwili nie doprowadziło.
Marta. A więc anonimowa dziewczyna zyskała przynajmniej imię. Dobre i to.
- Powiedziała coś jeszcze o sobie? Gdzie pracuje, gdzie mieszka? Po co przyjechała do Rokitnicy?
- Pracowała w aptece, chyba gdzieś nad morzem.
- Skąd pan wie, że nad morzem?
- Mówiła, że jest zmęczona, bo całą noc pociągiem jechała. To znaczy, że znad morza, nie? - Rafał najwyraźniej był dumny ze swoich zdolności dedukcji. - Poza tym spytałem ją, po co tu przyjechała do Rokitnicy, ale...
- Ale?
- To był akurat ten moment, kiedy nie bardzo słuchałem. O Magdzie myślałem, wie pan, czy już jej przeszło, czy może jeszcze się będzie złościć, jak wrócę. No i nie bardzo chciałem, żeby mnie zobaczyła z inną dziewczyną, bo znowu byłaby zazdrosna, dlatego zapytałem Martę, gdzie ją wysadzić, a ona mi pokazała taką drogę skręcającą w las. Zatrzymałem się, wysiadła i tyle.
- Jak to pokazała panu drogę?
- Zwyczajnie... - Chłopak niespokojnie kręcił się na krześle, które nawet za czasów swojej świetności, czyli jakieś dwadzieścia lat temu, z pewnością nie było zbyt wygodne.
Po twarzy studenta spływały grube krople potu, w maleńkim pokoiku wciąż panował zaduch, choć dochodziła szósta i na zewnątrz temperatura już spadła. W dodatku na posterunku coś zaczynało śmierdzieć. Hanka dyskretnie pociągnęła nosem, identyfikując lekki na razie odór rozkładającego się w upale mięsa. Mysz, pomyślała z rezygnacją. Musiała zdechnąć gdzieś pod szafką. Trzeba będzie odsunąć meble i ją znaleźć, bo inaczej nie damy rady tu wytrzymać. Spojrzała na mężczyzn, ale ci zdawali się niczego nie zauważać albo przynajmniej niczego po sobie nie pokazywali - choć Jasiek chyba trochę pobladł, jakby zaczynało zbierać mu się na mdłości.
- Zanim pan tę drogę zobaczył czy później? - zapytał Witczak.
- Pan pyta, czy ona wiedziała, że ta droga tam jest, czy po prostu kazała mi zatrzymać się gdziekolwiek? - Rafał Sałata naprawdę potrafił myśleć.
- Tak, o to pytam.
- W sumie nie wiem. Chyba wcześniej. Tak mi się wydaje.
I naprawdę miał fatalną pamięć.
- O której to było?
- Kaśkę odwiozłem na pociąg o siódmej pięćdziesiąt, potem od razu zabrałem Martę... Do Rokitnicy z Żywca jedzie się jakieś dwadzieścia minut.
- Czyli dziewczyna wysiadła z pana samochodu mniej więcej dziesięć po ósmej.
- Tak. Dziesięć, piętnaście po.
- W porządku, może pan iść. Chyba że ktoś jeszcze ma jakieś pytania? - Spojrzał na Hankę i Synowca.
Kapral potrząsnął nerwowo głową, za to starsza szeregowa postanowiła się odezwać.
- Jaka ona była? Gdyby pan miał ją scharakteryzować kilkoma słowami?
Witczak skrzywił się lekko - nie lubił taniego psychologizowania. Ale odpowiedzi i tak był ciekaw.
- No... - Rafał zakłopotał się jeszcze bardziej. - Zwyczajna. Cicha trochę, jak mówiłem.
- Nieśmiała? - podchwycił Synowiec, który najwyraźniej chciał jednak czymś się wykazać.
- Nie, raczej nie. Tylko taka bardziej zamknięta w sobie. I zdeterminowana.
Witczak zdecydowanie nie takiego określenia się spodziewał.
- W jakim sensie zdeterminowana?
Student zmarszczył brwi.
- Jakby cały czas o czymś myślała, szykowała się na coś. Jak żołnierz przed bitwą. Ja miałem swoje problemy, a ona swoje i dlatego nam się rozmowa nie kleiła. I raz powiedziała coś takiego...
- Tak?
- Nie wiem, czy dobrze pamiętam, bo nie słuchałem wtedy za bardzo, wie pan, moja dziewczyna i w ogóle. Ale ona, znaczy Marta, powiedziała coś jakby: "Musimy go powstrzymać". Myśli pan, że chodziło jej o mordercę?
* * *
- Może zmyślił całe to zdanie - zasugerował Witczak, kiedy siedzieli na tarasie Stokrotki. Słońce już zaszło, powietrze było teraz chłodne i ostre, pachnące wieczorną wilgocią. W trawie odezwały się świerszcze, lada moment na ciemniejącym z każdą chwilą, czystym niebie miały pokazać się gwiazdy. Synowiec zniknął jakiś czas temu, a Waśkowiak nie pokazał się od popołudnia, lecz Hanka twardo tkwiła przy boku Witczaka. Zerkała co prawda dyskretnie na zegarek, ale mężczyzna nie zamierzał niczego jej ułatwiać - jeśli chciała wracać do ciotki, czy gdzie tam mieszkała, powinna powiedzieć to na głos, była w końcu dorosła.
- Czemu miałby kłamać? - Hanka dmuchnęła w herbatę, którą zamówiła, choć chyba nie miała na nią ochoty. Potem chwyciła szklankę i natychmiast cofnęła palce - szkło wciąż było gorące.
Witczak sięgnął po swoją colę.
- Nie musiał kłamać, wystarczyło, że przekręcił coś zwyczajnego, co ta dziewczyna powiedziała. Głupio mu było pod koniec, że okazał się nieprzydatny, i chciał pokazać, że jednak zapamiętał jakąś ważną informację.
- Tak pan sądzi?
- Ja nic nie sądzę. Rozważam jedynie możliwości.
- A jeśli Marta rzeczywiście przyjechała tu, żeby kogoś powstrzymać? Wtedy musielibyśmy założyć, że szła spotkać się z mordercą, prawda?
- I dała mu się tak po prostu zarżnąć?
Hanka lekko, prawie niedostrzegalnie wzruszyła ramionami. Cały czas wracali do tego samego problemu.
- Jeszcze jedno przyszło mi do głowy... - zaczęła.
- Co? - Witczak był już w połowie coli, podczas gdy Hanka wciąż jeszcze nie tknęła herbaty.
- Może morderca zwabił ją na tory, bo liczył na to, że pociąg przejedzie zwłoki i uznamy to za wypadek? Ostatecznie gdyby nie ksiądz, z ciała niewiele by zostało.
Skinął głową, zły, że sam nie wpadł na takie wyjaśnienie.
- Oczywiście podczas dokładnej sekcji i tak pewnie wyszłoby na jaw, że dziewczyna zmarła od noża. Ale on mógł o tym nie wiedzieć albo po prostu liczył, że nikt się jakoś szczególnie nie będzie przyglądał, że wszyscy uznają, że to samobójczyni, która położyła się na torach i czekała. Co pan o tym myśli? Ma to sens?
- Ma. - Witczak miał sporo wad, ale był uczciwy. Albo przynajmniej starał się być.
- Nie jest pan przekonany?
- Wciąż mamy mnóstwo niewiadomych - zwrócił jej uwagę. - Tak czy inaczej, facet cholernie ryzykował, zabijając ją w takim miejscu.
- Prawda. - Hanka napiła się wreszcie herbaty. - Szkoda, że Jasiek niczego się nie dowiedział o tych intencjach mszalnych. Chociaż teraz, jak wiemy, że dziewczyna poszła prosto na tory, to i tak nie ma znaczenia. Bo musiała pójść od razu na spotkanie z mordercą, prawda?
Witczak nie odpowiedział. Dopił tylko colę i zapalił papierosa, licząc, że dym odstraszy komary. Nad nimi brzęczała mleczna lampa w drucianym kloszu - kapitan słyszał miękkie pacnięcia uderzających o rozgrzane szkło ciem. Ostry, gryzący zapach klubowych mieszał się ze słodką wonią koniczyny i świeżo ściętej trawy.
- I nie było w tamtym miejscu żadnego wypadku na kolei - ciągnęła Hanka. - Przynajmniej nie w ciągu ostatnich trzydziestu lat. W sumie nic w tym specjalnie dziwnego, to jest linia osobowa dopiero od osiemdziesiątego pierwszego. Wcześniej jeździły tym torem tylko pociągi towarowe. Wtedy Rokitnica była niewielkim przysiółkiem, bez kościoła nawet, na msze wszyscy do Brzozówki chodzili...
- A jak zaczęli budować elektrownię, to mieszkańców Brzozówki przesiedlili do Rokitnicy?
Skinęła głową.
- I jakoś tak w tym czasie puścili tędy linię osobową, to i wieś szybko zaczęła się rozrastać. Kościół zbudowali i w ogóle... Wie pan, jak to jest. - Hanka potarła nos i wzruszyła ramionami. - Chyba już pójdę. Jutro jedziemy do Żywca?
- Tak, jedziemy do Żywca. Mam nadzieję, że starszy sierżant Waśkowiak raczy się pojawić.
- Pojawi się, na pewno.
- Jak dotąd wydawał się bardziej zainteresowany piwem niż śledztwem.
- To dobry milicjant. - Dziewczyna najwyraźniej poczuła się w obowiązku bronić starszego stopniem. - Mieliśmy tu kiedyś morderstwo, dawno temu. Chłopak zarąbał siekierą całą rodzinę, a Waśkowiak rozwiązał tę sprawę w cztery godziny.
- Kiedy to było?
- Ze dwadzieścia lat temu? Nie, chyba nawet więcej. Byłam wtedy malutka, ale ciotka mi wszystko opowiedziała. O Waśkowiaku pisali nawet w gazetach. Dostał awans, pojechał do Bielska... - W oczach Hanki pojawił się błysk. Podziwu? Zazdrości? A może dziewczyna ekscytowała się, bo choć w ten sposób otarła się o historię jak z opowiadania o Sherlocku Holmesie?
- A potem wrócił. - Ton Witczaka był zupełnie neutralny, ale dziewczyna i tak poczerwieniała lekko, a błysk w jej oczach zgasł.
- Życie mu się nie ułożyło. Wie pan, jak to jest.
Po raz drugi użyła tego wyrażenia i tym razem Witczak przytaknął, że owszem, wie.
Tego ranka ksiądz Jerzy obudził się z przeświadczeniem, że coś się zmieniło. Nie potrafił sprecyzować tego uczucia - było ulotne, a jednak na tyle realne, że nie dawało o sobie zapomnieć. Coś się zmieniło. Na pozór wszystko wyglądało zwyczajnie. Był poniedziałek, dzień, który dawno temu przeznaczył na odpoczynek. Jego prywatna niedziela. Nie odprawiał w tym dniu mszy, nie prowadził żadnych zajęć i nie przyjmował petentów - wyjątek robił jedynie dla tych, którzy przychodzili z jakąś naprawdę ważną sprawą. Starał się wypoczywać, bo już w seminarium straszono go wypaleniem, które było nieuniknioną konsekwencją przepracowywania się, a to z kolei wynikało z równie nieuniknionej samotności. Bez rodziny, bez prawdziwych przyjaciół, bez nikogo, z kim mogliby porozmawiać szczerze o swoich problemach - wszyscy księża byli samotni, niektórzy mniej, inni bardziej. On do tej pory uważał się za szczęściarza, bo miał Bartka, a młody ksiądz, choć na przyjaciela niespecjalnie się nadawał, był przynajmniej dobrym kolegą. Ale ostatnio i Marczewskiemu samotność zaczęła coraz bardziej doskwierać, zwłaszcza w poniedziałki, kiedy zostawał z mnóstwem wolnych godzin, które trzeba było czymś wypełnić. Modlił się wtedy gorliwiej niż zazwyczaj, czytał, najczęściej klasykę albo powieści historyczne, chodził po lesie. W przeciwieństwie do wikarego nigdy nie stał się fanem górskich wycieczek, ale spacery polubił. I tęsknił do wtorku, kiedy będzie mógł wrócić do zwyczajnej pracy.
W ten poniedziałek również odczuwał lekką panikę na myśl o czekającym go wolnym dniu, ale było coś jeszcze, jakieś niejasne i drażniące poczucie obcości. Wstał jak zawsze koło szóstej - kwestia przyzwyczajenia, nawet gdy mógł, nie sypiał dłużej. Zresztą latem, kiedy rano w okna świeciło słońce, wczesna pobudka była czystą przyjemnością. Umył się, ubrał i odmówił poranny brewiarz, a potem zjadł śniadanie, które przygotowała Pawliczkowa. Jajka na miękko, świeży wiejski chleb z miodem, kawa z mlekiem. Prosty, smaczny i sycący posiłek. Księża miewali skłonności do obżarstwa, podobnie zresztą jak do pijaństwa - jedno i drugie równie dobrze wypełniało pustkę, której nie potrafił wypełnić Bóg. Ksiądz Jerzy na szczęście za alkoholem nie przepadał, lecz do dobrego jedzenia miał słabość.
- Mogę zabrać talerz? - Gospodyni kręciła się wokół stołu. Kiedyś wprawiało go to w zakłopotanie, zdążył jednak przywyknąć. I czasem się tym martwił.
- Tak, proszę. - Po czym, pchnięty nagłym poczuciem winy, zaproponował: - Może w czymś pomogę? Mam dziś wolne...
- Wiem. Ksiądz sobie odpocznie, ja się wszystkim zajmę.
- Mogę przynajmniej pozmywać.
- Nie trzeba.
- Albo kurze pościerać - zaoferował się bohatersko.
- Nie trzeba.
Skarcony niczym uczniak wrócił do sypialni i czytał przez jakiś czas, leżąc na łóżku. Nie potrafił jednak skupić się na losach Johannesa Angelosa. Jego wzrok co chwila uciekał w stronę białych ścian i wiszącego na nich ciężkiego żelaznego krzyża. Jak klasztorna cela, pomyślał w pewnej chwili. Nigdy wcześniej mu to nie przeszkadzało - kiedy przejął probostwo, nie chciał niczego zmieniać, bo wydawało mu się, że dzięki temu miejscowi szybciej go zaakceptują, a potem przywykł albo nie miał czasu myśleć o przemeblowaniu czy odmalowaniu ścian. Wszystko jedno. Żył na plebanii trochę jak w hotelu, jakby podświadomie zakładał, że to nie jest jego dom, tylko miejsce, w którym zatrzymał się na jakiś czas. Teraz patrzył na szpitalną biel ścian złamaną kanciastą surowością krzyża i czuł narastającą niechęć. Zdecydowanie wolałby otoczenie bardziej swojskie: krzyż drewniany, nie metalowy, ściany pomalowane na weselszy kolor, może nawet powiesiłby sobie jakąś reprodukcję. Lubił obrazy impresjonistów, zwłaszcza krajobrazy Moneta. Co go powstrzymywało? Nawet gdyby Pawliczkowa czy Bartek uznali, że to zbyt świeckie, nie musiał się przejmować ich opinią.
Odłożył książkę, myśląc o swoim poprzedniku, tym, którego tak nagle odwołano. Uświadomił sobie, że właściwie nic o nim nie wie, znał jedynie nazwisko. Kim był Konstanty Zielnik, były proboszcz parafii w Rokitnicy? Czy naprawdę podobały mu się te białe, pozbawione ozdób ściany, czy może uważał, że księdzu nie wypada mieszkać w mniej surowym otoczeniu?
I dlaczego go odwołano?
Czemu poprzednik Zielnika powiesił się na plebanii, a jeszcze wcześniejszy proboszcz pijany wpadł do jeziora? "Przeklęta parafia", przypomniał sobie. Kiedyś uważał, że to tylko takie sobie gadanie - ostatecznie myśli samobójcze, obok rozwiązłości, obżarstwa i alkoholizmu, były czwartym z najważniejszych demonów dręczących księży w samotne noce.
Teraz nie był już tego taki pewny.
Wstał, odkładając otwartą książkę grzbietem do góry - zwyczaj, którego nie potrafił się pozbyć - i poszedł do kuchni. Pawliczkowa szorowała coś zawzięcie w pełnym piany zlewie, spod chustki wymykały jej się rude, wilgotne od potu włosy. Gdy ksiądz Jerzy stanął za jej plecami, odwróciła się, przecierając mokrą dłonią twarz. Oczy miała ładnie wykrojone, w kolorze letniego błękitu. Nawet siateczka zmarszczek nie psuła ich uroku i Marczewski nie po raz pierwszy pomyślał, że gospodyni byłaby całkiem przystojną kobietą, gdyby tylko trochę o siebie zadbała.
- Przejdę się - powiedział. - Chyba że jestem do czegoś potrzebny...?
Zawiesił głos, ale Pawliczkowa potrząsnęła głową.
- Przyszedł jakiś człowiek w sprawie chrzcin, ale nasz wikary już się nim zajął. Niech ksiądz proboszcz idzie, ja jeszcze trochę kuchnię ogarnę, a potem za obiad się biorę.
Nie czekała na odpowiedź, tylko zanurzyła ręce w pianie, wracając do szorowania czegoś, co było chyba przypaloną blachą z piekarnika. Ksiądz Jerzy przyglądał się jej jeszcze przez chwilę. Wychowany w tradycyjnej rodzinie przez matkę i starszą siostrę, podchodził z odrobiną lęku do tego kobiecego świata czyszczenia i gotowania, prania, prasowania i sprzątania. Lęku i poczucia winy zarazem, jakby rodząc się chłopcem, niespodziewanie wygrał los na wielkiej loterii życia. To dla niego, nie dla siostry, matka zaharowywała się, pracując po godzinach, dla niego siostra poszła do liceum wieczorowego, a potem w ogóle zrezygnowała z dalszej nauki - żeby mógł skończyć seminarium. W końcu ksiądz w rodzinie to powód do dumy.
Wycofał się cicho. Jeszcze w progu plebanii ścigał go dźwięk intensywnego skrobania zmieszany z odgłosami cichej rozmowy, prowadzonej za zamkniętymi drzwiami kancelarii.
* * *
Witczakowi śniła się Marta. Szła nasypem wzdłuż torów, podczas gdy za jej plecami zachodziło słońce. Miękki czerwony blask odarł dziewczynę ze wszystkiego, co trywialne i codzienne. Bliskość śmierci nie uczyniła jej piękną, ale zrobiła coś więcej - sprawiła, że zmarła wydawała się kimś niezwykłym. Już nie przeciętna polska dwudziestokilkulatka, ale tajemnicza kobieta z innego świata.
Kobieta, która przyjechała do Rokitnicy, żeby tu umrzeć.
- Zaczekaj! - Witczak biegł jej na spotkanie po podkładach kolejowych. - Nie idź tam!
Pędził ile sił, ale odległość między nim a dziewczyną nie zmniejszała się ani trochę. Powietrze wokół gęstniało, gorące i lepkie jak przed burzą.
- Stój!
Dopiero teraz spojrzała - nie na niego, ale przez niego, jakby Witczak był zrobiony ze szkła. Uniosła głowę, wbijając wzrok w coś za jego plecami, wysoko na niebie. W oczach miała narastającą grozę. Kapitan odwrócił się. Ze wschodu nadciągała skłębiona ciemność. A więc jednak będzie padać, pomyślał, rejestrując w półśnie uderzający o szyby deszcz.
- Musimy go powstrzymać - powiedziała dziewczyna. Jej rysy zmieniły się i przez krótką chwilę, nim Witczak usiadł z jękiem na łóżku, patrzyła na niego oczami Hanki.
Obudził się spocony, z mocno bijącym sercem. Przez otwarte okno wpadało wilgotne powietrze. Musiało być koło szóstej, bo na zewnątrz było już całkiem jasno, ale w domu wczasowym wciąż jeszcze panowała nocna cisza. Witczak wstał i przymknął okno. Wiatr marszczył płytkie kałuże, które rozlewały się na podjeździe - przynajmniej ten element jego snu był realny, choć deszcz zdążył się zmienić w lekką mżawkę. Kapitan wiedział, że już nie zaśnie, wstał więc i poczłapał w stronę łazienki. Umył się, ogolił, drapiąc po policzkach tępawą żyletką, i zszedł do jadalni. Kuchnia była jeszcze zamknięta, ale w oczekiwaniu na śniadanie mógł przynajmniej wypalić na tarasie papierosa.
Kiedy skończył, po deszczu zostały tylko szybko wysychające kałuże. Kapitan wyrzucił niedopałek w trawę i złowił na twarz pierwsze promienie słońca. Stał tak przez chwilę, potem zawrócił do jadalni. Zza kuchennych drzwi dolatywał szczęk talerzy i zapach gorącego mleka. W części stołówkowej kłębił się już tłumek dzieciaków, w części barowej ciemnowłosa kobieta przecierała właśnie stoły. Biały fartuch upodabniał ją do pielęgniarki; była tęga, ale nie otyła, z zaskakująco ładną, szeroką twarzą. Poruszała się powoli - Witczakowi przyszło do głowy słowo "majestatycznie" - każdy jej ruch był pełen godności, jakby celebrowała mszę.
- Kawę zamówić można? - zagadnął. - I coś do jedzenia?
- Kuchnio jesce zawarto. - Kobieta starannie wytarła plamę po kawie.
- Kiedy widzę, że otwarta.
Jak na zawołanie zza drzwi wyszła kucharka z wielkim garem, za którym ciągnął się zapach gorącego mleka. Przeszła do stołówki i postawiła gar na jednym ze stołów.
- To dlo dziecek przecie. - Kobieta ze szmatą spojrzała na Witczaka zdumiona.
- Mnie nie przeszkadza, że dla dzieci. Mogę zjeść zupę mleczną.
Zmarszczyła brwi, na chwilę wytrącona ze swojego królewskiego spokoju. Witczak czekał cierpliwie, lekko pochylony, w pozie skromnego petenta. Mógł sobie reprezentować władzę ludową i być dzielnym stróżem prawa, ale nie miał najmniejszych złudzeń, że w kuchni rządzą one: kobiety w fartuchach i czepkach, ze szmatami albo chochlami w rękach.
- Uwidzem, co sie do zrobić. - Sapnęła z wyższością, zabawnie zmarszczyła zgrabny nosek i pożeglowała do kuchni niczym biała fregata zawijająca do portu.
* * *
Ksiądz Jerzy poszedł nad rzekę. Rzadko mu się to zdarzało, zazwyczaj chodził tam, gdzie miał szansę znaleźć ciszę i spokój, ale dziś wszystko było na opak. Nie zastanawiał się nad tym, po prostu nogi same zaniosły go nad brzeg Soły. Usiadł kilka metrów od rozłożonej na kocu rodziny. Brzuchaty ojciec, chuda matka i dwójka półnagich dzieciaków, które to wbiegały do wody, to znów z niej wybiegały, podczas gdy rodzice starali się ignorować świdrujące w uszach piski i wrzaski. Soła płynęła wartko, rozlewając się szeroką, ale płytką strugą i połyskując złotem słońca na pióropuszach białej piany. Przez materiał sutanny i czarnych spodni Jerzy czuł ciepło nagrzanych od upału kamieni, na twarzy osiadała mu orzeźwiająca mgiełka.
Dziewczynka w majteczkach kąpielowych przebiegła obok, siejąc wokół zimnymi kroplami, po czym opadła na koc. Śmiała się i paplała tak głośno, że zakłopotana matka rzuciła proboszczowi niespokojne spojrzenie. Niespokojne i trochę niechętne, jakby dawała do zrozumienia, że duchowny, zamiast wysiadywać nad rzeką, powinien zająć się ważniejszymi sprawami. Obecność księdza psuła zabawę, wiedział o tym nie od dziś i dlatego właśnie unikał takich miejsc. Wstał. Koszula pod sutanną była już mokra od potu. Przez chwilę miał ochotę zdjąć buty i wejść do wody, tak jak robiło to wielu dorosłych, ostatecznie jednak zrezygnował. Przez całe życie był tchórzem, w drobiazgach i w ważniejszych sprawach też. Nie wychylać się, nie zwracać na siebie uwagi. Decyzja o współpracy z milicją była prawdopodobnie pierwszym odważnym czynem, na jaki zdobył się od lat, i Marczewski na myśl o wczorajszej mszy wciąż odczuwał lęk.
Rozpiął koloratkę, przetarł mokry kark i ruszył w stronę nasypu kolejowego, gdzie znalazł ciało. Najpierw szedł szeroką wiejską drogą, którą znaczyły pączki końskiego nawozu, potem, odprowadzany wzrokiem pasących się na łące krów, skręcił w las. Tu było już zdecydowanie chłodniej. Pod stopami proboszcza uginał się dywan z zieleni mchu i brązu opadłych igieł, prześwitujące przez korony drzew słońce malowało na liściach dzikich malin wzory ze światła i cienia, złocąc przy okazji zwisające z krzewów nici pajęczyn, długie i delikatne jak anielskie włosy.
Gdy wyszedł z drugiej strony, ostre światło zakłuło go w oczy, a fala upału uderzyła w twarz. Minął dom Chojniaków i posapując lekko, wspiął się na nasyp. Stał teraz w miejscu, gdzie leżały zwłoki dziewczyny - gdyby zamknął oczy, zobaczyłby pod powiekami jej bladą okrągłą twarz.
Spojrzał na zegarek. Minęła jedenasta, przez nasłonecznione pole po drugiej stronie nasypu pełzł powoli cień kanciastej elektrowni. Ze swojego miejsca na torach słyszał odległe pokrzykiwania robotników - a może tylko wydawało mu się, że je słyszy? Od wczoraj wszyscy mówili o wznowieniu prac. I wszyscy byli zdania, że tej elektrowni nie powinno tu być.
Drgnął lekko, gdy z oddali dobiegł krzyk polnego ptaka. Pora wracać. Narzekając w myślach na swoją kiepską kondycję, bardziej zsunął się, niż zszedł po stromym nasypie i ruszył w drogę powrotną. Gdy mijał dom Chojniaków, zobaczył siedzącą w ogrodzie młodą kobietę.
- Niech będzie pochwalony! - pozdrowił ją, nie czekając, aż zrobi to pierwsza.
Kobieta uniosła dłoń, osłaniając oczy od jaskrawego światła.
- Ksiądz proboszcz - powiedziała bez zdziwienia, prawie jakby się go spodziewała. - Wpadnie ksiądz na herbatę?
* * *
Witczak niezgrabnie wgramolił się na przednie siedzenie starego poloneza. Za kierownicą siedziała Hanka, mimo narastającego upału ubrana w ciepły sweter. Wystająca spod niego krótka spódniczka odsłaniała kościste kolana. Z tyłu rozsiadł się Synowiec, który gorliwie kartkował grubą książkę - kapitan bez trudu rozpoznał w niej rozkład jazdy PKP.
- S...starszy sierżant uznał, że lepiej będzie, jak ja p...pojadę, a on zostanie na d...dyżurze - wyjaśnił chłopak. - W...wie pan, jakby c...coś się działo.
Witczak nie skomentował. Polonez ruszył spod domu wczasowego i po chwili wyjechał na asfaltową szosę wiodącą do Żywca. Kapitan opuścił szybę - na zewnątrz musiało być już ze dwadzieścia parę stopni. Od pól zawiało ostrą wonią zwierzęcego nawozu i kapitan, który już miał wciągnąć w płuca haust zdrowego wiejskiego powietrza, wstrzymał oddech. Śniadanie przewracało mu się w żołądku. Nie powinien był jeść tej zupy, ale dał się skusić wspomnieniom z dzieciństwa: kolonie na Mazurach, wielkie gary gorącego mleka z pływającymi w środku glutami makaronu, kanapki z dżemem i kawa zbożowa do każdego posiłku. To były czasy!
Skoncentrował się na krajobrazie. Mijali pola wyzłocone pszenicą, obsypane barwnymi kwiatami łąki i pocięte bruzdami grządek kartofliska. Smród nawozu ustąpił woni trawy i nagrzanego asfaltu. Witczak przymknął oczy. Za jego plecami Synowiec wciąż kartkował rozkład jazdy.
- Szukam p...połączeń, k...które p...pasują - powiedział wreszcie. - Ale wszystkie są z p...przesiadką w K...katowicach. M...mogła jechać z G...gdańska albo z W...warszawy, albo... Czekajcie...
- Zostaw to - mruknął Witczak. - Teraz i tak do niczego sensownego nie dojdziemy. Za dużo możliwości.
- Zwłaszcza że nie wiemy, ile ona naprawdę tym pociągiem jechała - dodała Hanka.
- M...mówiła, że całą noc.
- Ludzie lubią przesadzać. - Starsza szeregowa wzruszyła ramionami. - Albo chodziło jej o to, że całą noc nie spała. Albo najpierw jechała autobusem z jakiejś małej miejscowości, a potem dopiero pociągiem. Jest mnóstwo możliwości, tak jak kapitan mówi.
Kolorowe pola ustąpiły miejsca zabudowaniom miasta i samochód wkrótce zatrzymał się przed dworcem. Witczak z ulgą wygramolił się z poloneza, za nim, zdejmując sweter, wysiadła Hanka. Synowiec zostawił rozkład jazdy na siedzeniu i przygładził włosy. Pot zdążył już przylepić mu koszulę do pleców.
Razem weszli w cień dworca, gdzie zagarnął ich chłód o zapachu rozgrzanych ciał i zimnych, kamiennych posadzek. Od murów i wysokiego sufitu odbijały się głosy podróżnych, głos z megafonu zapowiadał, że pociąg z Katowic do Zwardonia stoi przy torze czwartym, planowany odjazd o godzinie ósmej piętnaście. Zdziwiony kapitan spojrzał na zegarek - dwadzieścia minut postoju w niedużym w końcu mieście wydawało mu się przesadą, przypomniał sobie jednak, że w Żywcu zmieniają lokomotywę na parową, bo tutaj kończyła się sieć elektryczna. Prawdziwy kraniec cywilizacji, pomyślał, kierując się w stronę najbliższej kasy. Hanka odruchowo podeszła do drugiej, Synowiec po chwili namysłu udał się do restauracji - kapitan liczył, że wypytać o zmarłą, choć kapral równie dobrze mógł mieć ochotę na ciastko czy poranną herbatę.
Pół godziny później spotkali się w głównej hali. Na peronie zatrzymał się właśnie pociąg, z którego wysypał się tłum dzieci w mundurkach. Raczej jeszcze zuchy, nie harcerze. Witczak słyszał przez szybę radosne pokrzykiwania maluchów i zmęczony głos drużynowego. Na krótką chwilę znów pozwolił, żeby opanowała go nostalgia. To nie był jego szczęśliwy dzień, zdecydowanie.
- Nikt jej nie widział - powiedziała Hanka. - Ani jak wysiadała, ani później. Nic dziwnego przy tych wszystkich ludziach, którzy się tu przewijają.
- Jedyne, co wiemy na pewno, to że przyjechała p...pośpiesznym o siódmej trzydzieści. - Synowiec był tak dumny z siebie, że zająknął się tylko raz. - Z Katowic. On się wtedy t...trochę spóźnił i dlatego autobus jej uciekł. Wszystko się zgadza.
Dla Witczaka wcale nie było to takie oczywiste, ale nie zamierzał się spierać. Zresztą kapral prawdopodobnie miał rację, najprostsze rozwiązania najczęściej są tymi właściwymi. Tylko że to i tak nic im nie dawało - nadal nie wiedzieli, skąd dziewczyna przyjechała do Katowic.
- Możemy skontaktować się z konduktorem tej linii, ale wątpię, żeby ją zapamiętał. Są wakacje, pociągi jeżdżą nabite po brzegi. - W głosie Hanki słychać było rozczarowanie.
Czekali na decyzję kapitana, który właśnie odprowadzał spojrzeniem grupę zuchów. Dzieciaki wspięły się już na kładkę ponad peronami i niebezpiecznie wychylone przez barierkę, pluły na dachy wagonów.
- Panie k...kapitanie? - zapytał Synowiec niepewnie. - Wracamy?
- Nie. - Odwrócił się od okna. - Skoro dziewczyna przyjechała pociągiem z daleka, to prawdopodobnie miała bagaż. A jeśli miała, to gdzieś musiała go zostawić.
* * *
- Rzadko nas ksiądz proboszcz odwiedza. - Ewa Chojniak sięgnęła po malowany w truskawki kubek i napiła się herbaty.
Siedzieli na ławie przed domem przy drewnianym niskim stole. Franciszek przyniósł im herbatę, poprawił żonie poduszkę, a potem zniknął, usprawiedliwiając się pracą. Ksiądz Jerzy został więc sam na sam z kaleką kobietą, którą, prawdę powiedziawszy, odwiedzał dotąd nie tyle rzadko, ile prawie wcale. Jednak gospodyni najwyraźniej nie żywiła pretensji, w jej błękitnych oczach widział raczej ironię. Ewa Chojniak była śliczna. Nie piękna, ale właśnie śliczna, jak dziecko albo leśna wróżka. Włosy miała tak jasne, że przypominały puch dmuchawca, cerę lekko nakrapianą piegami. Nosiła spodenki, które ledwo zasłaniały pośladki, ale w jej długich, białych i wątłych nogach nie było nic, co kojarzyłoby się erotycznie. Pod cienką koszulką rysowały się wzgórki spiczastych piersi. Marczewski bardzo chciał poczuć choć cień pożądania, ale czuł tylko dojmujący smutek, jakby znalazł w trawie martwą jaskółkę.
- Przyszedł ksiądz spojrzeć na miejsce zbrodni?
- Sam nie wiem, co mnie podkusiło... - Mógłby jej opowiedzieć o dzisiejszym poczuciu obcości, o tym, że był tchórzem, aż wreszcie postanowił coś zrobić. Ale nic z tego nie pasowało do tego rozświetlonego słońcem ogrodu, w którym w trawie złociły się rumianki i fruwały kolorowe motyle. Ksiądz Jerzy wiedział, że to zwyczajne wiejskie obejście - wyczuwał przecież zapach obory i widział kręcące się tu i ówdzie kury - ale złudzenie magii było tak silne, że przez chwilę miał wrażenie, jakby znalazł się w książce Hodgson Burnett.
Ewa uśmiechnęła się, pokazując drobne białe zęby.
- Niech się ksiądz proboszcz nie przejmuje. Nie jest ksiądz pierwszy ani ostatni. Ostatnio była tu cała wycieczka kolonijna, z dziesięć dzieciaków, jak nie więcej.
- Przyszli z wychowawczynią? - zdziwił się.
- Skąd. Musieli jej się urwać. Albo dała im czas wolny. Nie wiem, nigdy nie byłam na kolonii. Ani w ogóle nie byłam dalej niż w Żywcu. I pewnie już nigdy nigdzie nie pojadę.
Powiedziała to zupełnie zwyczajnie, bez żalu czy pretensji. Urodziła się w Brzozówce, wyszła za mąż, a trzy lata temu, zrywając śliwki, spadła z drzewa i poważnie uszkodziła sobie kręgosłup. Każdy w Rokitnicy znał tę historię i ksiądz zawstydził się, że nie wie o dziewczynie czegoś więcej, czegoś szczególnego, co wiedziałby tylko on. Kiedyś, tuż po wypadku, odwiedził Chojniaków, ale ani on, ani ona nie sprawiali wrażenia ludzi potrzebujących pociechy duchowej, więc dał im spokój. Teraz tego żałował.
Ewa dopiła herbatę i odstawiła swój dziecinny kubek w truskawki.
- Była też u mnie milicja - powiedziała. - Ostatnio spory tu ruch.
- Przesłuchiwali panią?
Wzruszyła ramionami.
- Podobno to była tylko rozmowa, ale Jasiek ciągle coś w notesie zapisywał.
- Jasiek?
- Ten młodszy - wyjaśniła. - Za dzieciaka całowaliśmy się po krzakach, ale teraz to poważny człowiek. W mundurze i w ogóle. Pytał, czy nie widziałam tej dziewczyny, jak szła ścieżką w stronę nasypu.
- A widziała pani?
- Nie. - Patrzyła proboszczowi prosto w twarz. W jej oczach było coś, czego nie potrafił rozpoznać. Coś wyzywającego i jednocześnie tak oczywistego, że odruchowo bronił się przed przyjęciem tego do wiadomości. - Choć musiała tędy przechodzić.
Ksiądz Jerzy dopił herbatę. Nie pomieszał jej i teraz na dnie została obrzydliwie słodka zawiesina, którą z trudem przełknął.
- Pójdę już - powiedział. - Gdyby potrzebowała pani czegoś...
- Na przykład pociechy duchowej? - Znów miał wrażenie, że dziewczyna z niego kpi.
- Na przykład pociechy duchowej. Albo mogę przyjść zwyczajnie, jako przyjaciel.
- Niech więc przyjdzie ksiądz jako przyjaciel. I proszę mi mówić Ewa.
Podała mu rękę, którą uścisnął ostrożnie.
- I jeszcze jedno. Czy wie pani... Czy wiesz może, kto postawił ten krzyż przy nasypie?
- Milicja też mnie o to pytała. Ale nie mam pojęcia.
Znów na niego spojrzała, a na proboszcza w tym momencie spłynęło olśnienie. Ewa kłamała, nie starając się w żaden sposób sprawiać wrażenia, że mówi prawdę. Kłamała w najbardziej oczywisty, bezczelny sposób, jakby wymachiwała mu kłamstwem przed oczami. Nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić.
- Naprawdę niczego nie wiesz?
- Tylko tyle, że poprzedni ksiądz też pytał o ten krzyż. A potem zniknął.
- Nic więcej?
- Nic.
Nie mógł już patrzeć jej w oczy. Miał wrażenie, że jeśli natychmiast nie wstanie i nie wyjdzie, nigdy się na to nie zdobędzie.
Odłożył kubek.
- Muszę iść - powiedział. - Z Bogiem.
- Z Bogiem.
Gdy stanął przy furtce, odwrócił się jeszcze na chwilę - z tej perspektywy ogród był zwyczajnym wiejskim ogrodem, trochę zapuszczonym, w gruncie rzeczy bardziej przypominającym zarośnięte podwórko niż cokolwiek, co opisała Hodgson Burnett. Magia zniknęła i tylko Ewa Chojniak wciąż miała w sobie odrobinę ulotnego piękna nie z tego świata. Dziwna dziewczyna. Kpiła z księdza, kłamała mu w żywe oczy i choć wychowała się na wsi, nie mówiła gwarą. Proboszcz uznał, że musiała nauczyć się klasycznej polszczyzny od męża albo z telewizji. A może z książek? Łatwo przychodziło mu wyobrazić ją sobie z książką na kolanach, od czasu do czasu podnoszącą wzrok znad zadrukowanych kartek i wpatrującą się w ogród oczami barwy lipcowego nieba. Swoją drogą kolor tych oczu z czymś mu się kojarzył, ale dopiero kiedy wyszedł z lasu, odszukał w głowie właściwą myśl: Ewa była podobna do Pawliczkowej.
Uspokojony tym, że w gąszczu pytań znalazł choć jedną odpowiedź, poszedł w stronę plebanii, gdzie gospodyni szykowała już obiad.
* * *
Znalezienie przechowalni bagażu nie było trudne, zdecydowanie dłużej zajęło im czekanie na kobietę, która miała zapasowy klucz do szafek. Przyszła wreszcie, wyraźnie wystraszona. Miała ziemistą cerę i zaczerwienione oczy, jakby niedawno płakała - choć Witczak podejrzewał, że to raczej efekt kataru siennego.
- Ale o co chodzi? - pytała raz za razem. - My nic złego nie robimy. Tu nic nie ma.
- Niech pani otwiera - powiedział Witczak.
- Tu nic nie ma - powtórzyła. - Czego pan szuka?
- Nie p...pani sprawa. - Synowiec zaczerwienił się lekko. - Proszę otworzyć.
Spłoszona kobieta włożyła klucz w zamek pierwszej szafki. Stał w niej wysoki turystyczny plecak ze stelażem. Witczak przejrzał go pobieżnie i odłożył - Marta była dużą dziewczyną, ale z pewnością nie nosiła wełnianych skarpet rozmiaru około czterdzieści sześć ani obszernej wędkarskiej kamizelki z mnóstwem kieszeni. W drugiej szafce znaleźli torbę, na której leżała różowa kurteczka. Pasowała w sam raz na dziesięciolatkę, więc przeglądaniem bagażu już się nie kłopotali. W trzeciej odkryli dwie poznaczone czerwonobrązowymi zaciekami siatki - delikatny zapaszek sugerował ofiarę zbrodni, ale Witczak bez większego problemu domyślił się, że to mięso z nielegalnego uboju, zerknął więc tylko i zobaczywszy świński udziec, zamknął szafkę. Kobieta, która przyniosła klucz, wyglądała, jakby miała zemdleć, Hanka i Synowiec ostentacyjnie udawali zainteresowanie komunikatem o opóźnieniu pociągu z Zakopanego.
W czwartej szafce znaleźli kolejną, równie wypchaną siatkę. Witczak już chciał dać jej spokój, kiedy coś go tknęło. Ostrożnie dotknął materiału, który ugiął się pod jego palcem. W środku było coś miękkiego. Szmaty? Ubrania? Sięgnął po siatkę i spojrzał do środka. Hanka i Synowiec pochylili się jednocześnie, omal nie zderzając się czołami.
- Spodnie? - zapytała zdumiona dziewczyna. - I koszulka?
Witczak rozwinął parę poprzecieranych na kolanach zielonych sztruksów.
- Jak myślicie, pasowałyby?
- Na pana? - Zanim kapitan zorientował się, czy Synowiec żartuje, czy mówi poważnie, Hanka już sięgnęła do siatki i odchyliła kołnierzyk bawełnianej koszulki.
- Czterdzieści cztery - oznajmiła. - To jej rozmiar.
- Zabieramy te rzeczy. - Witczak wsadził sztruksy z powrotem do siatki i spojrzał na kobietę ściskającą w dłoni zapasowy klucz. - Gdyby ktoś ich szukał, pani zadzwoni na posterunek w Rokitnicy.
Miał już prawie pewność, że to nie będzie konieczne - przeczucie podpowiadało mu, że faktycznie trafili na ubrania należące do denatki.
- Oczywiście. - Kobieta gorliwie skinęła głową. - Oczywiście.
- Pani przypomni mi swoje nazwisko? - Tak naprawdę wcześniej jej o to nie pytał.
- Elżbieta Jelonek.
- W porządku, pani Jelonek. Podpiszę pani pokwitowanie i nie będziemy więcej przeszkadzać.
* * *
Na biurku leżały wyjęte z siatki rzeczy: sztruksy, błękitna koszulka, rozpinany sweter, skarpetki i sportowe półbuty z przetartymi noskami. Hanka i Synowiec wpatrywali się w nie jak zahipnotyzowani, Witczak palił papierosa przy otwartym oknie. Dziś obawa przed byciem podsłuchanym przegrała z duchotą i wonią zdechłej myszy. Na szczęście nie musieli tłoczyć się na posterunku w czwórkę - Waśkowiak wysłuchał sprawozdania z wyprawy do Żywca, a potem oznajmił, że pora coś zjeść, i zniknął.
- Co o tym myślicie? - Kapitan mówił w liczbie mnogiej, ale patrzył na Hankę. To ona z dwójki młodych była bystrzejsza, od niej miał szansę otrzymać jakąś sensowną odpowiedź.
Odezwał się jednak Synowiec.
- Dz...dziwne, że woziła ubrania w siatce. Nie miała t...torby?
- Może miała tylko dużą, na dłuższe wyjazdy - podpowiedziała Hanka. - Spódnica i bluzka, w których ją znaleźli, były ze sztucznego materiału, takiego, co się nie gniecie. Mogła użyć siatki zamiast torby, czemu nie.
- Nie zabrała niczego więcej, tylko ubranie na zmianę - stwierdził Witczak.
- Żadnych kosmetyków, ręcznika, piżamy czy bielizny - podchwyciła natychmiast Hanka. - To znaczy, że przyjechała na krótko. Do pociągu włożyła wygodne ciuchy, a w siatce miała te lepsze. Chciała się z kimś spotkać, załatwić jakąś sprawę, która wymagała eleganckiego wyglądu, a potem od razu wracać. Pewnie przebrałaby się z powrotem w toalecie na dworcu...
- Powinniście chyba sprawdzić kieszenie - podsunął kapitan, bo młodzi wciąż gapili się na stertę ciuchów, jakby bali się jej dotknąć.
Hanka sięgnęła po sweter, Synowiec po spodnie. Dziewczyna wyłowiła papierek po krówce i spojrzała na kaprala, który energicznym ruchem odwracał właśnie kieszenie sztruksów na lewą stronę.
- Uważaj!
- Co?
- Coś wypadło, nie widzisz? Przesuń się, bo podepczesz. W drugą stronę!
Schyliła się i podniosła małą białą kulkę.
- T...to jakiś śmieć. - Synowiec wzruszył ramionami.
Witczak wyjął papierek z ręki Hanki.
- Nie, to bilet, tramwajowy albo autobusowy. Wyprany w pralce, ale może da się go jeszcze rozprostować i odczytać.
* * *
W kuchni na piecu parował już wielki gar kapuśniaku. Pawliczkowa zamieszała w nim chochlą i odwróciła się w stronę wchodzącego mężczyzny.
- Księdza Bartka jeszcze nie ma? - zapytał Marczewski.
- Siedzi u siebie w wikarówce. Zje ksiądz proboszcz sam?
- Zaczekam.
Gospodyni zsunęła garnek z rozgrzanego do czerwoności środka pieca na brzeg i przykryła zupę przykrywką.
- Widziałem się dziś z Ewą Chojniak - zaczął ksiądz Jerzy odrobinę niepewnie. - I uderzyło mnie jej podobieństwo do pani. To jakaś krewna?
Pawliczkowa skinęła głową.
- Córka kuzyna, świeć Panie nad jego duszą. Ale rzadko się widujemy.
- Dlaczego? - Coś podpowiadało księdzu, żeby nie ciągnął tego tematu, ale kiedy już zaczął, nie potrafił przestać.
Wzruszyła ramionami.
- Jakoś tak wyszło. To dziwna dziewczyna jest.
Z tym był skłonny się zgodzić.
- I nie ma pani innych krewnych?
- Mam, co mam nie mieć. Róża z poczty to też krewna, a nasz kościelny to mój wujek. Ale i z nimi nie jestem blisko.
Tym razem powstrzymał się od zadania pytania "dlaczego?", pewnie zresztą i tak usłyszałby, że jakoś tak wyszło. Może na tym właśnie polegał jego problem - w tak niewielkich miejscowościach ludzie byli ze sobą mniej czy bardziej spokrewnieni i każdego obcego traktowali jak intruza.
- Jak pani myśli - zmienił temat - gdybym chciał odnowić mieszkanie, kogo by mi pani poleciła?
Zastanawiała się przez chwilę.
- Chyba Jędrka Kołodziejczaka - powiedziała wreszcie. - To porządny chłop, na robocie się zna, tylko go trzeba z dala od flaszki trzymać. Ale ja wszystkiego przypilnuję, jakby co. Chodzi księdzu proboszczowi o malowanie?
- Tak, o malowanie. Może też parę nowych mebli kupię. - O reprodukcjach Moneta wolał nie wspominać. Pawliczkowa nie wyglądała na wielbicielkę impresjonizmu. - Przy okazji może większe porządki bym zrobił...
- Porządki? - Spojrzała na niego czujnie.
- Na przykład na strychu, widziałem tam mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Jakieś skrzynie czy kufry... Trzeba to kiedyś przejrzeć.
Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę, nim jednak zdążyła odpowiedzieć, wszedł wikary i usiedli do stołu.
- Był ksiądz proboszcz na spacerze? - zapytał Bartek, kiedy już się pomodlili i mógł zanurkować łyżką w kapuśniaku. - Daleko?
- Nad rzeką. - Ksiądz Jerzy najchętniej na tym by poprzestał, ale podejrzewał, że plotki prędzej czy później i tak się rozejdą. Wolał więc przyznać się od razu. - Potem zaszedłem na chwilę do Chojniaków.
- O! - Chłopakowi zaświeciły się oczy. - Ewa to ładna dziewczyna, prawda? Szkoda, że kaleka. Ciekawe, jak oni sobie radzą, wie ksiądz proboszcz, tak w małżeństwie, jak kobieta z mężczyzną. Zastanawiał się nad tym kiedyś ksiądz?
Marczewski powinien go skarcić za niestosowne myśli, ale nie miał na to ani siły, ani ochoty. Wymruczał więc tylko, że nie, nie zastanawiał się, dokończył zupę i zrejterował na piętro. Poczekał, aż Bartek wróci do wikarówki, a Pawliczkowa umyje talerze i wyjdzie. Potem wymknął się na podest. Czuł się nieswojo we własnym mieszkaniu, jak złodziej. A przecież miał prawo tu być, miał prawo przewrócić całe probostwo do góry nogami, gdyby przyszła mu na to ochota.
Zszedł na dół, wziął z pokoiku gospodyni pęk kluczy i z powrotem wspiął się schodami - najpierw szerokimi i murowanymi na piętro, potem wąskimi, drewnianymi na strych. Otworzył drzwi. W środku pachniało starością. Nie kurzem, próchniejącymi krokwiami czy odchodami gołębi, jak często bywa na strychach, ale właśnie starością. Ledwo uchwytny zapach, który kojarzył się z pożółkłymi kartami papieru, skórzanymi walizkami bez rączek i wypucowanymi do połysku mosiężnymi czajnikami. Zapach sklepu ze starzyzną, dziwnie kontrastujący z nowością budynku plebanii.
Pstryknął włącznik światła i naga, zakurzona żarówka rozjarzyła się żółtawym blaskiem. Na strychu, tak jak pamiętał, leżały kufry i walizki, należące nie do poprzedniego proboszcza - ten przy wyjeździe zabrał cały swój prywatny majątek - ale do jeszcze poprzedniego, tego, który się powiesił. Ksiądz Jerzy niejasno przypomniał sobie, że ktoś - Pawliczkowa? - mówił, że czekali, aż odbierze to wszystko rodzina, ale ponieważ nikt się nie zgłosił, rzeczy zostały na strychu.
Pochylił się nad walizką z wytartymi okuciami na rogach. Miała zamek szyfrowy, który i tak był zepsuty - wieko otworzyło się, ledwo trącił walizkę palcem. Zajrzał do środka i zobaczył ubrania: zwyczajne księżowskie ubrania, jakich sam miał sporo w szafie. Na wpół zjedzony przez mole sweter, spodnie, eleganckie czarne półbuty w sam raz na pogrzeb. Trzeba się tego pozbyć, pomyślał, dręczony poczuciem winy - ostatecznie grzebał w rzeczach dawno zmarłego człowieka - i jednocześnie narastającą złością. Już dawno powinien był zabrać się do tych porządków.
W kolejnym kufrze znalazł książki. Trochę klasyki: Sienkiewicz, Kraszewski, Bunsch - czyli dokładnie to, czego można by się spodziewać po biblioteczce szacownego księdza. Marczewski też czytał podobne pozycje i zastanawiał się nawet przez chwilę, czy nie podwędzić nieboszczykowi paru Powieści Piastowskich.
Na dnie kufra leżała pożółkła kartka. Sięgnął po nią, przekonany, że wypadła z Sienkiewicza, Kraszewskiego czy Bunscha, już gotów umieścić stronę we właściwym miejscu, kiedy ze zdumieniem ujrzał tytuł. Mała księżniczka. Powieść w sam raz dla dziesięciolatek. Zmarszczył brwi. Na kartce widniały imiona, wypisane dziecinnymi kulfonami:
Józia
Rózia
Ksiądz Jerzy odłożył książki z powrotem do kufra, po czym zszedł na dół do kancelarii, gdzie stał telefon. Odszukał numer w notesie i zadzwonił.
Czekał ze słuchawką przy uchu, licząc długie buczące sygnały, aż wreszcie na linii coś zatrzeszczało i usłyszał znajomy głos.
- Parafia Świętego Krzyża, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. W czym mogę pomóc?
- Niech będzie pochwalony, Jerzy Marczewski z tej strony. Pamiętasz mnie?
- Jurek z seminarium? Ten, który na pierwszym roku zamknął się w klozecie i nie potrafił wyjść?
- Ten sam. - Zrobiło mu się przykro, że koledzy zapamiętali go jedynie ze względu na tamtą nieszczęsną historię. Możliwe jednak, że sobie na to zasłużył.
- Jasne, że cię pamiętam. Co u ciebie? Dalej na tej nawiedzonej parafii? Nie myślisz przypadkiem za dużo o sznurach, co?
Ksiądz Jerzy odetchnął głęboko. Kostek Frączyński zawsze miał dziwaczne poczucie humoru.
- Nie, nie myślę. Ale mam do ciebie prośbę.
- Wal.
- Dałbyś radę dowiedzieć się, dlaczego mój poprzednik został odwołany?
- No wiesz, chodziły różne plotki...
- Wiem, że chodziły plotki. Też je słyszałem. Ale ja chciałbym poznać nie plotki, tylko fakty.
- Po co ci to właściwie? Tam naprawdę dzieje się coś dziwnego?
- Nie wiem. - Zawahał się Marczewski. - Możliwe.
- Zaraz, czekaj, to u was znaleźli tę martwą dziewczynę na torach? Czytałem o tym...
- U nas.
Po drugiej stronie zapadło wymowne milczenie i ksiądz Jerzy wystraszył się już, że dawny kolega odłożył słuchawkę. Nigdy nie byli dobrymi przyjaciółmi, po prostu Kostek, typ brata łaty, kumplował się ze wszystkimi, a Marczewski był zbyt nijaki, by kogokolwiek do siebie zrazić. Dla Konstantego prawdopodobnie ta znajomość nic nie znaczyła, ani przed laty, w seminarium, ani tym bardziej teraz. Mógł odmówić, mógł nawet pójść do biskupa i o wszystkim mu opowiedzieć. Jednak ksiądz Jerzy postanowił zaryzykować. Kostek Frączyński pracował w krakowskiej kurii i był jedyną osobą, która mogła mu w tej chwili pomóc.
- Zobaczę, co da się zrobić. - W głosie dawnego kolegi nie było entuzjazmu, ale ksiądz Jerzy nie dosłyszał też w nim niechęci. Dobre i to.
- Dziękuję.
- Może spotkamy się kiedyś, napijemy się piwa i powspominamy stare czasy?
- Pewnie. Z Bogiem.
- Z Bogiem.
* * *
- Spróbuj ty. - Witczak wręczył zmięty bilet Hance.
- Czemu ja?
- Masz najzręczniejsze palce.
Przejęta dziewczyna położyła na stole maleńką kulkę papieru i ostrożnie zaczęła ją rozprostowywać. Wyprany w pralce papier był szorstki i rwał się w rękach.
- Może lepiej byłoby wysłać to do laboratorium? - W głosie Synowca zabrzmiało powątpiewanie.
- Jasne, a odpowiedź dostaniemy za miesiąc. Albo w ogóle. Hanka sobie poradzi.
Dziewczyna sapnęła z przejęcia, Witczak nachylił się nad stołem. Chwilę później za jego plecami otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Waśkowiak, wnosząc ze sobą lekki zapach piwa i kiełbasy z rusztu.
- Co tu się dzieje? Coś przegapiłem?
- Znaleźliśmy w kieszeni bilet - poinformowała go Hanka. - Może... O!
Papierek rozwinął się, ukazując wyblakły druk. Cena była czytelna, niżej można było się domyślić napisu JEDNORAZOWY. A nad ceną, wypisana małym drukiem, prawdopodobnie widniała nazwa miasta - tak zatarta, że kapitan zdołał odszyfrować tylko kilka liter.
- L? - zapytał Synowiec. - I Y?
- Wcześniej jest chyba T. Albo I.
- M...mogę usiąść z rozkładem j...jazdy i sprawdzić, k...które miejscowości najbardziej p...pasują. - Kapral gorliwością nadrabiał wcześniejszą niezgrabność.
- Warto spróbować. - Witczak zerknął na zegarek. - Idę coś zjeść. Hanka, wybierzesz się ze mną?
* * *
Tego dnia w menu Stokrotki były trzy dania do wyboru: żeberka w sosie własnym, kotlet pożarski i naleśniki z serem. Witczak zamówił żeberka, Hanka poprosiła o naleśniki, które potem skubała z wyraźnym brakiem apetytu. Nic dziwnego, że jest taka chuda, pomyślał kapitan, wgryzając się w mięso. Popił colą, beknął dyskretnie. Hanka dźgała widelcem wypływający z naleśnika ser. Coś ją dręczyło, ale odezwała się, dopiero gdy kapitan skończył jeść.
- Myśli pan, że uda nam się dowiedzieć, kim ta dziewczyna była? Że ktoś... - zawahała się - gdzieś jej szuka? Czeka na nią?
Jaka ona jest młoda, pomyślał Witczak. Nie rozczulał się. Dawno minęły czasy, kiedy młodość budziła w nim tego rodzaju uczucia. Ale mimo wszystko trochę Hance zazdrościł.
- Jest sezon urlopowy - przypomniał. - Mnóstwo ludzi teraz wyjeżdża. Jeśli nasza ofiara mieszkała sama, to możliwe, że nikt nie zwrócił uwagi na jej zniknięcie.
- Mogła mieszkać z rodziną.
- Z mamusią i tatusiem, jak przystało na porządną dziewczynę? Oczywiście mogła. Wtedy mamy pewną szansę.
Hanka podłubała jeszcze w naleśniku i oznajmiła:
- To takie... smutne.
- Jej śmierć?
Potrząsnęła głową.
- To, że przejechała przez pół kraju w tych starych sztruksach, z eleganckimi ubraniami upchniętymi w siatce. To musiało być dla niej ważne, cała ta podróż... Myślała, że coś zdoła osiągnąć, że coś zmieni...
- Że go powstrzyma - podpowiedział Witczak. - Kimkolwiek ten "on" miałby być.
Hanka odsunęła talerz z ledwo napoczętym obiadem. Witczak bez słowa przyciągnął go do siebie i zaczął jeść. Dziewczyna drgnęła, lekko zaskoczona, ale nie skomentowała.
- A tymczasem ktoś ją zabił - odezwała się w końcu zawzięcie. - Ktoś, komu prawdopodobnie ufała, zaszlachtował ją jak zwierzę i zostawił na torach.
- Masz rację, to smutne. - Witczak skończył drugi obiad i spojrzał na zegarek. - Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.
Podszedł do baru, przy którym stał mężczyzna w kraciastej koszuli i czapce z daszkiem. Był wysoki i tęgi - góra solidnych mięśni otoczonych równie solidną warstwą tłuszczu - a kiedy się odwrócił, Witczak zobaczył twarz ozdobioną masą jaskraworudych włosów. Prawdopodobnie znowu ktoś z ruchu Pokój i Wolność. Nowy, bo tak imponującej brody Witczak nie mógłby zapomnieć.
Kapitan czekał, bawiąc się poduszeczką do tuszu i pieczątką, które leżały na ladzie. Odbił na ręce obrazek domu wczasowego, obejrzał rozmieszczone na korkowej tablicy przypinki PTTK. Była tam Wielka Racza, Pilsko i Babia Góra. Nigdy nie przepadał za chodzeniem po górach, ale teraz niemal czuł ochotę, żeby ruszyć na szlak.
Dziewczyna za ladą podała wreszcie rudzielcowi zamówione piwo, a potem spojrzała na kapitana.
- Mogę zadzwonić? - zapytał.
- Jasne. - Barmanka przysunęła w jego stronę staroświecki aparat i zniknęła na zapleczu. Witczak zerknął na rudobrodego, ale ten nie zamierzał odejść. Pił swoje piwo niemal prowokacyjnie powoli, a kapitan czuł promieniującą z niego wrogość.
Wykręcił numer i czekał na połączenie. Po nieskończenie długiej minucie w Bielsku ktoś podniósł słuchawkę.
- Andrzej?
- Prosiłaś, żebym zadzwonił, to dzwonię.
- Jak tam?
- Nic szczególnego. Dojechałem, teraz zajmujemy się sprawą. Zadzwonię znowu jutro. Jak Karolinka?
- Wszystko z nią w porządku. Tylko...
- Tak?
Wyobraził sobie Renię w ich mieszkaniu na Osiedlu Grunwaldzkim, ściskającą słuchawkę w wąskiej dłoni. Jej skromny domowy strój, w którym spędzała większość czasu. Jej pokorny i nieustępliwy jednocześnie wzrok. Z łagodności uczyniła broń groźniejszą niż ta, której używali aresztowani przez Witczaka bandyci.
- Martwię się, Andrzej. Znowu mówili o Brzozówce w telewizji... Że wznawiają budowę.
- Wiem. - Witczak łypnął na rudobrodego, który wyszczerzył do niego zęby. Bardziej przypominało to ostrzeżenie niż uśmiech. - Nie musisz się niczym martwić.
- A jeśli u nas będzie tak jak... tam? Jeśli Karolinka zachoruje? W gazetach pisali, że nie ma niebezpieczeństwa, ale oni ciągle kłamią, sam przecież wiesz.
- Naprawdę nie ma żadnego niebezpieczeństwa. - W głosie Witczaka brzmiało znużenie. Nie pierwszy raz o tym rozmawiali. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
- Zadzwonisz jutro?
- Zadzwonię.
- O tej samej porze?
- O tej samej, tak.
Kiedy odkładał słuchawkę, spojrzał jeszcze raz na rudobrodego. Mężczyzna zamknął już usta, ale w jego oczach widać było wyraźne rozbawienie.
* * *
Dochodziła czternasta, kiedy wrócili na posterunek. Witczak spodziewał się, że zastanie tam rozczarowanego i wściekle głodnego Synowca w towarzystwie znudzonego, pijącego kolejne piwo Waśkowiaka.
Mylił się. Kiedy otworzył drzwi, powitał go głos kaprala, który najwyraźniej podekscytowany, jąkał się bardziej niż zazwyczaj.
- P...panie k...kapitanie, ch...chyba j...ją z...znaleźliśmy.
- Pomogłem młodemu sprawdzić te wszystkie miasta i Olsztyn pasował najbardziej - sprecyzował Waśkowiak. - Dziewczyna mogłaby dojechać stamtąd do Katowic Kormoranem, a z Katowic do Żywca. Cała noc w pociągu, dokładnie tak, jak mówiła. Zadzwoniliśmy więc do komendy wojewódzkiej w Olsztynie i zapytaliśmy, czy nie mieli ostatnio jakichś zgłoszeń o zaginionych osobach.
- I mieli? - Witczak właściwie zinterpretował owo uprzejme "my". Telefonował prawdopodobnie Waśkowiak, bo mało prawdopodobne, by jąkała poradził sobie z takim zadaniem.
- Nawet sporo, z czego większość to banalne ucieczki. Są wakacje, mnóstwo dzieciaków teraz rusza w trasę. Ale jedno zgłoszenie było szczególne. - Waśkowiak zerknął w notatki. - Marta Jaczyk, lat dwadzieścia siedem, około metr siedemdziesiąt wzrostu, mniej więcej osiemdziesiąt kilo wagi, ciemne włosy. Zatrudniona w aptece, od tygodnia nie przychodziła do pracy. Jej zaginięcie zgłosił niejaki Wojciech Gawryluk, pracodawca. Dziewczyna mieszkała sama, rodziny nie miała.
Witczak przymknął oczy. Po tych wszystkich godzinach kręcenia się w kółko, po tym, co sam powiedział o sezonie urlopowym, naprawdę nie spodziewał się, że zdołają dziewczynę jednak zidentyfikować. Jednak cuda czasem się zdarzają, pomyślał.
Waśkowiak podsumował to bardziej dosadnie.
- Mieliśmy kurewsko wielkie szczęście - stwierdził.
Porucznik Szczepan Dudek, który przyjął zgłoszenie o zaginięciu Marty Jaczyk, sam zaproponował, żeby spotkać się przed północą w knajpie obok komendy. Jak oznajmił zaraz na początku, nim jeszcze rozsiadł się przy stoliku, odkąd rzuciła go żona, przesiadywał w pracy do późna, a potem szedł pić. Powiedział to niby rozbawionym tonem, jakby to był świetny żart, ale Hanka widziała, że wcale nie jest mu do śmiechu. Porucznika otaczała niemal namacalna aura tragedii: widać ją było w brudnym kołnierzyku niegdyś chyba eleganckiej, a teraz wymiętej koszuli, popękanych naczynkach na nosie, drgającej lekko powiece lewego oka i trzęsących się dłoniach. Nieźle go musiało trafić, pomyślała Hanka i z wyżyn pewności swoich dwudziestu czterech lat pozwoliła sobie nawet na litość. Jej małżeństwo nigdy się nie rozpadnie, ona nie pozwoli, żeby praca była ważniejsza niż rodzina.
Dudek i Synowiec zamówili piwo, Witczak nie pił niczego, a Hanka zdecydowała się na wodę mineralną. Oczy zamykały jej się ze zmęczenia - przejechali samochodem prawie sześćset kilometrów i przez cały czas to ona siedziała za kółkiem. Owszem, sama chciała, bo lubiła prowadzić, a Synowcowi, który też miał prawo jazdy, niespecjalnie ufała, ale teraz płaciła za to cenę. Rozejrzała się dyskretnie. Bar typowy dla robotniczej dzielnicy, tak przynajmniej zgadywała, ponieważ nigdy wcześniej w podobnym lokalu nie była. Żadnych ozdób na ścianach - właściciel najwyraźniej uważał je za niepotrzebną ekstrawagancję - czy obrusów na stołach. Tylko to, co najważniejsze, czyli lane z kija piwo, wódka, nieszczególnie świeża galaretka z nóżek za szklaną ladą i morze papierosowego dymu, w którym siedzące przy stolikach sylwetki wyglądały jak zagubione we mgle szare duchy. Hanka z nieprzyjemnym ukłuciem w żołądku uświadomiła sobie nagle, że jest tu jedyną kobietą. I patrzyli na nią, to też sobie uświadomiła. Przez cuchnącą zasłonę dymu czuła na sobie lepkie, zdziwione spojrzenia. Zerknęła na Jaśka Synowca - chciałaby, żeby chłopak teraz coś powiedział, nawet gdyby miał to być jeden z jego głupich żartów. Nie przyjaźnili się, po prostu Hanka uważała, że skoro oboje są nowi i młodzi, powinni się wspierać. Kapral jednak milczał, zgarbiony nad swoim kuflem, próbując wtopić się w tło. Zachowywał się tak od wyjazdu z Rokitnicy, odkąd jakimś cudem zdołał ubłagać Witczaka, żeby go zabrał. Zupełnie jakby bał się, że kapitan nagle zmieni zdanie i porzuci go gdzieś w polu na bezdrożach Warmii.
Zrezygnowana starsza szeregowa sięgnęła po swoją szklankę. Nigdy nie sądziła, że zwyczajna woda może mieć paskudny smak, ale ta miała.
- To ja przyjąłem zawiadomienie o zniknięciu tej dziewczyny. - Dudek zapalił, dodając elitarny smród carmenów do smrodu plebejskich sportów i mazurów. - W zeszły czwartek to było. Przylazł do nas ten facet, zaraz, jak on się nazywał...? - Sięgnął po teczkę, na której zostały tłuste odciski palców. - Gawryluk, tak. Dyrektor apteki na Podgrodziu. Tak się przedstawił, chociaż tam tylko dwie osoby pracują: on i dziewczyna, to co z niego za dyrektor? Mały facet taki, męczący, jak lepiące się do podeszwy psie gówno. Powiedziałem mu, że mamy od cholery roboty i żeby sobie poszedł, ale on się uparł. I cięgiem to samo nadawał: że Marta to porządna dziewczyna, że z własnej woli nigdy nie opuściłaby dnia w pracy i tak dalej. W końcu dla świętego spokoju przyjąłem to zgłoszenie.
- I nic pan nie zrobił? - Hanka była pod wrażeniem, bo Witczakowi udało się to powiedzieć bez śladu potępienia w głosie.
Porucznik wzruszył ramionami.
- Nie. Dziewczyna dorosła była, a facetowi wymknęło się, że niedawno kogoś poznała. No i lato jest przecież, młodych ciągnie do zabawy, a nie do tego, żeby tyłek sobie wycierać w nudnej pracy. Uznaliśmy, że z gachem gdzieś wybyła, i tyle. Jak wytrzeźwieje i z łóżka mu wylezie, to się odezwie, tak sobie kombinowaliśmy. A ją naprawdę zabili, Jezu. - Dudek po raz pierwszy wyglądał na przejętego losem ofiary, szybko się jednak otrząsnął. - Wyślę kogoś z naszych, żeby wam pomógł, miasta nie znacie...
- Nie trzeba, poradzimy sobie. Adresy nam tylko pan da - powiedział Witczak. - Dziewczyny, tego Gawryluka i apteki, gdzie pracowała. I zdjęcie, jeśli jakieś macie.
Dudek pogrzebał w teczce, wyjął czarno-białą fotografię, po czym położył ją na stole, zakrywając ręką.
- Ten facet to, kurwa, trochę świr jest. Nie zdziwiłbym się, gdyby on ją zabił. Zobaczcie zresztą sami, aż ciarki po plecach chodzą, nie? - Dopiero teraz przysunął zdjęcie w stronę Witczaka. Hanka przechyliła się, by też spojrzeć. Tak, musiała przyznać, że porucznik ma rację. Aż ciarki po plecach przechodziły.
Dochodziła druga w nocy. Hanka, umyta już i przebrana w piżamę, powinna spać, ale zamiast tego siedziała na łóżku w swoim pojedynczym pokoju w hotelu - najtańszym, jaki udało im się znaleźć - i gapiła się na zdjęcie Marty Jaczyk. Dziwnie było spoglądać w twarz dziewczyny, którą zapamiętała jako leżące w kostnicy martwe ciało. Żywa Marta okazała się jeśli nie ładna, to przynajmniej dość atrakcyjna. Sfotografowano ją w aptece, kiedy kucając, układała na dolnej półce opakowania leków, skupiona na swoim zajęciu. Włosy, dłuższe i bez trwałej, opadały jej na policzki, spod białego fartucha wysunęło się krągłe kolano, a w rozchyleniu dekoltu widać było zarys piersi. Skupiona i jednocześnie nieświadoma, że ktoś właśnie schwytał ją w obiektyw. Było w tej fotografii coś lekko perwersyjnego, jakby Hanka spoglądała przez dziurkę podglądacza. Porucznik miał rację - ktokolwiek nacisnął spust aparatu, prawdopodobnie był trochę świrem. Albo nawet więcej niż trochę.
Odłożyła zdjęcie i wyszła na balkon. Powietrze tutaj było zupełnie inne niż na wsi, ciężkie i duszne nawet w nocy. Hanka ostrożnie odetchnęła zapachem spalin i rozgrzanego asfaltu. Niebo nad Olsztynem było ciemne, bez śladu gwiazd, jak narzucona na miasto kołdra. Niżej dziewczyna widziała połyskujące w mroku światła: latarnie, może nocne sklepy. Przez moment opanował ją strach. Chciała wracać: do mamy, która powiedziałaby, że cały ten pomysł z milicją od początku był głupi, choć w gruncie rzeczy czułaby się rozczarowana, i do ojca, który swoim zwyczajem wymruczałby "Szkoda", choć pewnie by się ucieszył. Do koleżanek, które miały normalne prace w sklepach, szkołach czy urzędach i popychały już po uliczkach Żywca wózki z pierwszymi pociechami. Do kolegów, z którymi chodziła do technikum, a którym, kiedy spotykała ich po latach, nawet się nie przyznawała, że była w szkole milicyjnej, bo to zawsze kończyło się tak samo: zaczynali sobie z niej żartować i chcieli sprawdzać, czy naprawdę jest taka twarda. A ona twarda nie była.
Jeszcze nie.
Opanowała lęk, jak robiła to wiele razy wcześniej, i rozejrzała się. Dopiero teraz zauważyła, że na sąsiednim balkonie ktoś stoi - zarysowana w mroku sylwetka, ognik papierosa wędrujący przez noc w drodze do ust. Kapitan Witczak. Hanka już miała coś powiedzieć - w końcu głupio było tak stać w ciemności obok siebie - ale wtedy mężczyzna strzepnął popiół i odwrócił się. Jego gesty były niezborne, zbyt zamaszyste, poruszał się, jakby był chory. Albo pijany - Hanka dopiero po chwili zrozumiała, na co właściwie patrzy. Gdy Witczak otworzył drzwi do pokoju, światło padło na jego twarz, a dziewczyna cofnęła się odruchowo. Miała wrażenie, że widzi właśnie coś, czego nie powinna widzieć, coś zbyt intymnego i osobistego. Kapitan wyglądał na zmęczonego, ale Hanka zobaczyła więcej: jakiś cień w jego twarzy, który na krótką jak uderzenie serca chwilę uczynił go bliźniaczo podobnym do opuszczonego przez żonę porucznika Dudka.
Jak najciszej wróciła do swojego pokoju, zgasiła światło i schowała się pod kołdrą. Myślała, że tej nocy nie zmruży oka, ale zasnęła, ledwo przyłożyła głowę do poduszki.
* * *
ZŁO NADESZŁO OD WSCHODU
JUŻ TU JEST
POKUTUJCIE ŻEBY NIE STAŁO SIĘ WIĘKSZE
ŻAŁUJCIE ZA GRZECHY A ZOSTANIECIE OCALENI
Niżej ktoś dopisał, też kredą, ale innym charakterem pisma: MOŻE.
Ksiądz Jerzy przyglądał się przez chwilę równym białym literom znaczącym drzwi kościoła, potem poszedł do zakrystii, przyniósł miskę z wodą oraz szmatkę i starannie wszystko wytarł. Kreda miała niewątpliwie tę zaletę, że schodziła łatwo - Marczewski szczerze się cieszył, że nikt z miejscowych nie wpadł jeszcze na to, żeby użyć farby - ale i tak te powtarzające się napisy zaczynały go coraz bardziej irytować.
Zaniósł miskę z powrotem do zakrystii, otworzył kościół i usiadł w konfesjonale, czekając na wiernych, którzy przyjdą wyspowiadać się przed mszą. Minęła dopiero siódma, miał więc trochę czasu. Pięć minut później drzwi skrzypnęły cicho i w nawie rozległ się zwielokrotniony echem odgłos niepewnych kroków. Po chwili ktoś ukląkł w konfesjonale i powiedział cicho:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
- Na wieki wieków. Amen - odparł ksiądz.
Mężczyzna milczał przez dobre pół minuty, a kiedy wreszcie się odezwał, mówił powoli, jakby zastanawiał się nad każdym słowem:
- Czy wierzy ksiądz, że istnieją grzechy, które można zmyć tylko krwią?
- Nie rozumiem - powiedział proboszcz ostrożnie, czując, jak mocniej bije mu serce. - Bóg jest miłosierny i nigdy nie żąda od nas takich ofiar.
Mężczyzna znowu ucichł na kilkanaście sekund. Ksiądz Jerzy czekał cierpliwie, z pocącymi się dłońmi i pulsem łomoczącym w skroniach. Jak powiedział ten milicjant? Gdyby to był film, morderca przyszedłby do kapłana wyznać swoje winy. Ale to nie był film, a proboszcz nie usłyszał wyznania. Jeszcze nie.
- Wierzy ksiądz, że to, co jedni uważają za grzech, dla innych może być... świętością?
- Nie sądzę, nie... - Czuł, że sam zaczyna się plątać. - Musiałbym znać więcej szczegółów. Jeśli...
Nie dokończył, bo mężczyzna zerwał się nagle i w kościele ponownie rozległ się odgłos kroków - tym razem znacznie szybszych, zdecydowanie zmierzających w stronę wyjścia. Ksiądz Jerzy wychylił się z konfesjonału w samą porę, by dostrzec sylwetkę znikającą w jasnym świetle poranka. Nie rozpoznał jej, tak samo jak nie rozpoznał głosu - choć ten wydawał mu się znajomy. Przysiągłby, że gdzieś już tego człowieka słyszał, ale ostatecznie to samo mógłby powiedzieć o wszystkich mieszkańcach Rokitnicy.
Usiadł z powrotem, wycierając czoło chustką. Nie był pewien, co tu przed chwilą zaszło. Naprawdę rozmawiał z mordercą? Nonsens, uznał. Ktokolwiek przyszedł się wyspowiadać, był prawdopodobnie kolejną zagubioną duszą. Tylko tyle.
Drzwi kościoła skrzypnęły znowu i po chwili proboszcz słuchał już skomplikowanej opowieści o ciągnącej się latami kłótni z teściową. "To nie moja wina, że ona taka jest, ale sam ksiądz rozumie, człowiek czasem nie wytrzymuje..."
Marczewski potakiwał odruchowo, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.
* * *
- Czy robiłem Marcie ukradkiem zdjęcia? Co za bzdury! - Gawryluk zamachał gwałtownie przypominającymi poduszeczki dłońmi, kreśląc w powietrzu niemal idealnie okrągłe łuki. Sam też był niemal idealnie okrągły, z łysą głową przypominającą kulę do kręgli i pokaźnym brzuszkiem. - Kupiłem wtedy nowy aparat, bo z żoną na wczasy jechaliśmy, i żeby go wypróbować, cyknąłem parę fotek w aptece.
- I na jednej przypadkiem znalazła się Marta Jaczyk? - zapytał Witczak, a Hanka po raz kolejny tego dnia zerknęła na niego spod oka. Po nocnym pijaństwie nie został ślad, kapitan był opanowany i spokojny jak zawsze. Starsza szeregowa zaczynała wierzyć, że wczorajsza scena na balkonie tylko jej się przywidziała.
- I na jednej przypadkiem znalazła się Marta, tak.
Hanka zostawiła w spokoju Witczaka i skupiła się na pytaniu, czy wierzy Gawrylukowi. Wyjaśnienie brzmiało sensownie, a poza tym na korzyść aptekarza świadczyło to, że z całą niewinnością dał zdjęcie milicji. Jednak nie do końca ufała temu krągłemu mężczyźnie. Wydawał się... zbyt gładki, niemal zbyt przekonujący, co w pewien sposób sugerowało, że potrafiłby równie wiarygodnie kłamać, gdyby tylko zechciał.
W aptece zapadła cisza. Witczak i Hanka czekali, Gawryluk ocierał pot z czoła wielką kraciastą chustką. Byli tu już od kwadransa, zdążyli dostać klucze od mieszkania Marty Jaczyk - dziewczyna dała zapasowy komplet szefowi, żeby mógł w czasie jej urlopu podlewać kwiatki - i wysłać z nimi Synowca. Potem Witczak zapytał o zdjęcie, a Gawryluk odpowiedział.
Przez cały ten czas aptekarz nie zadał najważniejszego pytania.
On wie, pomyślała nagle Hanka. Już wie.
Gawryluk schował chustkę i nagle jakby skląsł, zapadł się w sobie.
- Marta nie żyje, prawda?
- Tak, Marta nie żyje.
Usta aptekarza zadrgały, policzki zatrzęsły się. Cholera, zaraz się rozryczy, pomyślała zdumiona Hanka. Nie dziwił jej przy tym sam płacz, ale fakt, że mężczyzna nawet nie próbował się opanować ani w żaden sposób zasłonić. Rozszlochał się jak dziecko, zupełnie otwarcie. Z oczu lały mu się łzy wielkości grochu, a on tylko ocierał je chustką.
Witczak spojrzał znacząco na Hankę, najwyraźniej oczekując, że dziewczyna zajmie się aptekarzem. Tego właśnie spodziewano się po kobietach w milicji: pocieszania i uspokajania. Hanka świetnie o tym wiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie miała pojęcia, co teraz zrobić - pomysł, żeby podejść do Gawryluka i go objąć, wydawał się absurdalny.
Witczak chrząknął.
- Starsza szeregowa, proszę przynieść świadkowi szklankę wody.
Zawstydzona dziewczyna z ulgą umknęła na zaplecze. Znajdowały się tam miniaturowa łazienka i kącik kuchenny, składający się z szafki i przypiętego do butli gazowej palnika. Na palniku stał poobijany czajnik, na szafce Hanka znalazła szklankę z resztkami fusów po kawie. Wypłukała ją i przez chwilę rozważała, czy nie napełnić jej w łazience, zrezygnowała jednak - rodzice od dzieciństwa wbijali jej do głowy, że nie pije się prosto z kranu. Na szczęście w czajniku było jeszcze trochę wystudzonej wody. Pływały w niej jakieś śmieci, pewnie kamień z dna naczynia, ale to nie powinno Gawrylukowi przeszkadzać.
Nie przeszkadzało. Aptekarz wypił wodę jednym haustem i trochę się uspokoił. Wysmarkał nos, po raz ostatni przetarł oczy.
- Czy teraz może pan z nami porozmawiać? - zapytał Witczak.
- Tak. Mój Boże, biedna Marta... Takie nieszczęście. Powie mi pan, co się stało? To nie był wypadek, prawda?
- Nie. Marta Jaczyk została zamordowana. Więcej nie musi pan wiedzieć.
- Och... - Gawryluk zgiął się wpół. Hanka wystraszyła się, że zaraz znowu wybuchnie płaczem, ale tym razem mężczyzna odetchnął głęboko i jakimś cudem zdołał się opanować. - Niech pan pyta - powiedział. - Trzeba dorwać tego drania.
* * *
- Marta... Marta była miła, rozumie pan? - Gawryluk w roztargnieniu upił łyk kawy. Hanka zrobiła ją tym razem z własnej inicjatywy, po czym usiadła na ladzie obok kasy - innego miejsca nie było, bo Gawryluk i Witczak zajęli jedyne dwa krzesła. Od czasu do czasu ktoś z ulicy podchodził do drzwi apteki, patrzył na kartkę z napisem REMANENT, ZAMKNIĘTE i odchodził z kwitkiem. - Wiem, że o wszystkich ofiarach zbrodni tak się mówi - ciągnął tymczasem aptekarz. - Ale Marta naprawdę była miła. Spokojna taka, uważna, w wydawaniu leków nigdy się nie pomyliła... Wcale nie przypominała innych dziewczyn...
- W jakim sensie?
- No wie pan kapitan, teraz to młodzi mają fiu-bździu w głowie, na dyskoteki chodzą, nic, tylko by się bawić chcieli. Albo narzekają, że to źle, tamto niedobrze. Ciągle czegoś chcą, ciągle im mało.
- A Marta?
- Marta cieszyła się zwyczajnym życiem. Nie chciała gwiazdki z nieba, nie wydawało jej się, że jest Bóg wie kim i cały świat powinien z tego powodu paść jej do stóp. Była, no wie pan...
- Miła - podpowiedział Witczak.
- Miła, tak. - Gawryluk pociągnął nosem i napił się kawy. - Robiła, co do niej należało, po pracy czasem z koleżanką do kina wyszła. Nic więcej. Jezu, komu ta dziewczyna mogła przeszkadzać, żeby ją... Nie powie mi pan, jak zginęła, prawda?
- Miała chłopaka? - Kapitan udał, że nie słyszy pytania.
- Nie, chociaż...
- Tak?
- Jakoś w maju wydawało mi się, że chyba kogoś poznała. - Aptekarzowi prawie udało się spojrzeć na Witczaka wyzywająco. Prawie, bo załzawione oczy jednak psuły efekt. - To był mój błąd, prawda? Że powiedziałem o tym na milicji, jak zgłaszałem zaginięcie. Dlatego nic w tej sprawie nie zrobili.
- Niech pan opowie, jak to z tym chłopakiem było.
Gawryluk pokręcił głową.
- Nie wiem, czy w ogóle istniał jakiś chłopak. Ale w maju Marta poprosiła o wolny dzień w któryś piątek. Wydawała się... Sam nie wiem, jakby podekscytowana, wie pan, trochę zdenerwowana, ale przy tym radosna. Zgodziłem się i w czwartek przyszła do pracy z nową fryzurą, pochwaliła się też, że kupiła sobie na jutro sukienkę. Żartowałem z niej i pytałem, czy szykuje się na randkę, a ona...
- Tak? - tym razem odezwała się Hanka.
- Powiedziała, że jedzie spotkać się z kimś szczególnym. Uśmiechała się i wyglądała... wyglądała, jakby miała zaraz unieść się nad podłogą. Jak w tych wszystkich filmach, gdzie ludzie zakochują się, a potem tańczą i śpiewają w deszczu. Dlatego właśnie pomyślałem o chłopaku.
- Co było potem?
- Pod koniec maja wzięła dwa tygodnie urlopu. Założyłem, że chciała je spędzić z tym mężczyzną, ale wróciła jakaś inna, już nie radosna, tylko cała spięta, jakby wydarzyło się coś złego. Pomyślałem sobie, że może się pokłócili albo on ją rzucił. Pytałem nawet, delikatnie, wie pan, z młodymi dziewczynami trzeba ostrożnie, ale Marta nie chciała mówić...
Hanka uniosła głowę znad pośpiesznie bazgranych notatek. Albo jej się wydawało, albo w głosie Gawryluka zabrzmiała lekka uraza.
"Zazdrość?" - zanotowała. Pracodawca, który dostrzega takie szczegóły jak nowa fryzura u pracownicy i wypytuje o życie uczuciowe, wydawał jej się dość nietypowy. Choć może Gawryluk faktycznie nie miał niczego złego na myśli, może po prostu Martę lubił i tyle.
"Akurat" - zapisała.
- Co było dalej? - dopytywał Witczak.
- Przez trzy tygodnie był spokój. Marta jak zawsze przychodziła do pracy, a potem... Potem...
- Zniknęła - podpowiedziała Hanka.
- Zniknęła, tak. - Aptekarz wyglądał na śmiertelnie znużonego, jakby płacz i wspominanie zmarłej były niezwykle męczącymi zajęciami. - Nie przyszła w poniedziałek, a ja... Możecie się ze mnie śmiać, ale od razu wiedziałem, że stało się coś złego. Po prostu wiedziałem. Marta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez zawiadomienia mnie. Nawet jak była chora, zawsze dzwoniła, nie od siebie, bo sama telefonu nie miała, ale od sąsiadki. Zawsze.
Witczak spojrzał na Hankę zachęcająco. Teraz ty, mówił jego wzrok. Pytaj.
- Czy nazwa Rokitnica z czymś się panu kojarzy?
- Rokitnica? Nie. To tam Marta została zabita?
- Nigdy nie wspominała o takiej miejscowości? - Hanka, podobnie jak wcześniej kapitan, postanowiła zignorować pytanie.
- Nie przypominam sobie.
- A na ten urlop gdzie pojechała?
- Gdzieś w góry. Nie w żadne konkretne miejsce, tylko tak, żeby sobie pochodzić po szlakach.
- I nie miała żadnej rodziny? - Wiedzieli o tym już z notatki, którą dał im Dudek, ale wydawało się to na tyle dziwne, że wolała się upewnić.
- Nie. Wychowała się w domu dziecka gdzieś na Śląsku. W Będzinie chyba. Nie lubiła wspominać o tamtych czasach.
- Znajomych też nie miała?
- Nie. Nie była nieśmiała, po prostu lubiła trzymać się z boku. Typ samotnicy, rozumiecie.
- Wspominał pan coś o jakiejś przyjaciółce, z którą chodziła do kina.
- Koleżance. - Gawryluk podkreślił to słowo. - Nie były ze sobą bardzo blisko. I Staszka też nic nie wie, pytałem ją, kiedy Marta zniknęła.
- Mimo to chcielibyśmy z nią porozmawiać.
- Oczywiście, rozumiem. Nie znam jej adresu, ale wiem, gdzie mieszka. To takie małe osiedle nad Jeziorem Kortowskim. Parę razy tam Martę samochodem odwoziłem i z państwem też mogę pojechać. Tylko po pracy, dobrze? O szesnastej. I tak już długo zamknięte mam. Albo mogę wam narysować, gdzie Staszka mieszka, tylko nie wiem, czy ona teraz w domu będzie...
Hanka spojrzała na Witczaka, który ledwo dostrzegalnie skinął głową.
- W porządku, przyjdziemy po szesnastej.
- To wszystko? - Gawryluk wyjął z kieszeni niesamowicie wymiętą już wilgotną chustkę, spojrzał na nią i schował z powrotem. Wyglądał, jakby ledwo trzymał się na nogach, i Hanka zastanawiała się, jakim cudem aptekarz zamierza dziś jeszcze pracować.
- Nie wiem, niech pan nam powie - odezwał się Witczak. - Było coś jeszcze, co powinniśmy wiedzieć? Coś nietypowego w zachowaniu Marty? Coś, co powiedziała albo zrobiła?
- Nie. Chociaż... - Aptekarz zawahał się. - Mamy taki obowiązek, że w rejonie co najmniej jedna apteka nocą musi być otwarta. U nas są trzy, dlatego te nocne dyżury wypadają mniej więcej dwa razy w tygodniu. Marta wcześniej nigdy ich nie lubiła, zawsze mówiła, że bardzo ją męczą. Ale...
- Tak?
- Odkąd wróciła z urlopu, sama je chciała brać, nawet nie musiałem jej namawiać. Nie wiem czemu.
- Nie powiedziała panu? - W głosie Witczaka zabrzmiała lekka złośliwość.
- Nie, tylko się wykręcała, że ktoś musi, a ona w domu i tak sama siedzi, więc równie dobrze może posiedzieć tutaj. Tyle że wcześniej jakoś to nie miało znaczenia. Próbowałem pytać, ale - wzruszył ramionami i przez krótką chwilę wyglądał jak mały smutny chłopiec - ona nigdy mi nic nie mówiła. Zamknięta w sobie, taka już była.
* * *
- Co o tym sądzisz? - zapytał Witczak, kiedy jechali w stronę osiedla, na którym mieszkała Marta i gdzie urzędował już Synowiec. A przynajmniej powinien urzędować, bo kapitan nie był pewien, czy kapral poradził sobie z olsztyńską komunikacją miejską. - Stary próbował włazić z butami w życie dziewczyny, a ona się broniła?
- Coś między nimi było - powiedziała Hanka ostrożnie.
- Lubił ją i próbował udawać dobrego tatusia? Czy raczej marzył, żeby wskoczyć jej do łóżka? A ona trzymała język za zębami, bo nie lubiła się zwierzać, czy po prostu dlatego, że uważała Gawryluka za paskudnego, wścibskiego dziada?
- Nie wiem. Może...
- Może co?
- Może ani jedno, ani drugie, tylko coś pośrodku. No wie pan, ludzie są skomplikowani.
- Tak czy owak, miałby motyw, żeby zabić, zwłaszcza jeśli się dowiedział, że jego ulubiona sierotka zadaje się z niewłaściwym chłopakiem. Albo jakimkolwiek chłopakiem.
- Miałby. - Hanka w ostatniej chwili skręciła w lewo. Gawryluk dobrze opisał im drogę, a ona miała niezłą pamięć, ale mimo to jazda po mieście trochę ją stresowała. - Ale w takim razie czemu miałby ją zabijać na torach w Rokitnicy?
- To jest pytanie, co?
- A te dyżury? Dlaczego dziewczyna, która wcześniej nie przepadała za siedzeniem po nocach w pracy, nagle to polubiła?
- Może nabawiła się bezsenności? - W głosie Witczaka zabrzmiała lekka kpina.
- Albo z kimś się wtedy spotykała - zaryzykowała Hanka. - Na przykład z tym tajemniczym chłopakiem.
- Szybki numerek na ladzie w aptece? Po co, skoro miała przytulne mieszkanko?
- Nie mam pojęcia - przyznała uczciwie starsza szeregowa. - Może miała też wścibskich sąsiadów?
- W porządku, sprawdzimy to. - Witczak nie wyglądał na przekonanego, ale przynajmniej nie uznał teorii za kompletnie bezsensowną. - Sąsiadów i tak trzeba będzie przepytać. Jeszcze jakieś pomysły?
- Mogła handlować lekami na boku. Chociaż - Hanka od razu się zreflektowała - to chyba mogłaby robić zwyczajnie, w dzień, kiedy zostawała sama. Ta apteka nie wygląda na taką, gdzie od klientów nie można się opędzić.
- To też jest jakiś pomysł. Trzeba zapytać Gawryluka, czy coś mu ostatnio nie zginęło. Tutaj?
- Tak mi się wydaje. - Zaparkowała przed czteropiętrowym blokiem.
Osiedle było pełne życia: matki siedziały na ławkach, kołysząc wózkami, młodsze dzieciaki bawiły się w piaskownicy, a starsze jeździły na rowerach albo grały w gumę. Ich jasne, pełne radości głosy ścigały Hankę, kiedy wchodziła do klatki schodowej. A potem, z każdym kolejnym piętrem, wszystko to milkło, wysokość i kamienne mury wytłumiały śmiech i szczęście. Na czwartym panowała już głęboka cisza, jakby wszystkie mieszkania były tu puste, nie tylko to należące do Marty. W pogodny letni dzień taka cisza nie budziła zdziwienia, ale Hanka i tak wzdrygnęła się lekko.
Witczak zadzwonił pod numer dwadzieścia cztery. Otworzył mu Synowiec, wyraźnie zakłopotany i jeszcze wyraźniej nieszczęśliwy.
- P...przeszukałem wszystko - oznajmił. - I n...nic nie znalazłem.
* * *
Mieszkanie Marty Jaczyk składało się z niewielkiej kuchni, świeżo wyremontowanej łazienki i dwóch średniej wielkości pokoi. Witczak, który spodziewał się najwyżej zapyziałej kawalerki - choć i na zdobycie takiej dziewczyna miałaby marne szanse - spojrzał zdziwiony na kaprala.
- T...to nie jej t...tak naprawdę. - Synowiec pośpieszył z odpowiedzią. - Tylko jakiejś k...koleżanki z uczelni. Ona t...teraz jest na k...kontrakcie w P...paryżu, a M...marta miała opiekować się m...mieszkaniem. Z...znalazłem cały stos listów.
- Trzeba będzie tę właścicielkę powiadomić. Coś jeszcze?
- N...nic ciekawego, m...mówiłem.
- W porządku, rozejrzyjmy się tu jeszcze na spokojnie i pomyślmy.
Hanka posłusznie ruszyła na obchód mieszkania. W kuchni zajrzała do szafek, ale nie znalazła tam nic poza tym, czego można było się spodziewać. W jednej garnki i zastawa stołowa - w różyczki, chyba jeszcze przedwojenna - w drugiej mąka, ryż, kasza i woreczek z solą. W lodówce parę jajek, masło, napoczęta butelka ze skiśniętym mlekiem. Książka kucharska na blacie - kiedy Hanka wzięła ją do ręki, otworzyła się na stronie z przepisami na pierogi.
W łazience leżało trochę kosmetyków: krem Nivea, bezbarwny lakier do paznokci, szminka w bezpiecznym kolorze zgaszonej czerwieni, tusz do rzęs i puder. I perfumy Konwalia, które można było kupić w każdym kiosku. Nic droższego czy bardziej wyrafinowanego. Chciała dobrze wyglądać, ale nie miała dużo pieniędzy, Hanka przypomniała sobie własne słowa.
W pokoju, który starsza szeregowa nazwała "dziennym", większość rzeczy prawdopodobnie należała do właścicielki mieszkania: porcelanowe bibeloty, staroświeckie zegary, obrazki z widokami zagranicznych miast na ścianach. W jednej z szuflad Hanka znalazła aparat fotograficzny i lornetkę, na stoliku pod oknem leżał notes w czarnej skóropodobnej okładce. Na pierwszej stronie widniał numer telefonu do apteki i trzy adresy: jeden Stanisławy Gwarek, olsztynianki, drugi mieszkającej w Paryżu Anny Szmidt i trzeci, należący do Elizy Sterczewskiej z Będzina. Koleżanka, z którą Marta Jaczyk chodziła do kina, kobieta, której mieszkaniem się opiekowała, i jeszcze ktoś, być może znajoma z dawnych czasów. Reszta stron była pusta.
W sypialni na półce przy łóżku stało kilka kryminałów z serii Z jamnikiem i wypożyczony z biblioteki romans angielskiej autorki, której nazwisko nic Hance nie mówiło. Obok album ze zdjęciami z wakacji, w przeciwieństwie do notesu zapełniony aż do ostatniej strony.
Przejrzała jeszcze szybko szafę: na półkach starannie złożone bluzeczki i sweterki, na wieszakach sukienki, jeden żakiet, jeden jesienny płaszcz, który był chyba jednocześnie płaszczem zimowym. Kurtka przeciwdeszczowa i zwinięte rajstopy wydzielające lekki zapach kulek na mole, trochę ubrań bardziej sportowych - krótkie spodenki, para sztruksów podobnych do tych, jakie znaleźli w siatce na dworcu. Kostium kąpielowy i grube wełniane skarpety. Na najwyższej półce Hanka znalazła starą walizkę, a także plecak turystyczny i śpiwór - te z kolei wyglądały na nowe, choć już używane. Na najniższej buty: jedna para eleganckich, pewnie do pracy, tenisówki, letnie sandałki w sam raz na plażę, zimowe kalosze i starannie wyczyszczone ciężkie buciory z gatunku tych, jakie wkłada się na długie piesze wycieczki. Też stosunkowo nowe, kupione chyba nie dalej jak na wiosnę. Dziewczyna przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Tknęło ją przeczucie, na razie zbyt niejasne, by sformułować je w słowa. Zmarszczyła brwi.
- Znalazłaś coś? - zapytał Witczak, który w czasie, gdy Hanka przeszukiwała mieszkanie, spokojnie popijał w kuchni herbatę.
- Nie wiem... - Zawahała się. To wydawało się zbyt głupie, by o tym wspominać. Synowiec patrzył na nią ponuro - jeśli okaże się, że starsza szeregowa odniosła sukces tam, gdzie on zawalił, ich wzajemne stosunki, i tak już nieszczególnie przyjacielskie, jeszcze się ochłodzą. Hance zależało na tym, żeby mieć w Jaśku kolegę, ale nie mogła przecież z tego powodu udawać, że niczego nie zauważyła.
Przeszła do pokoju dziennego i z półki pełnej delikatnych bibelotów zdjęła mewę z bursztynu, statek w butelce i lakierowaną muszelkę - tanie drobiazgi, które można było kupić w każdym sklepie dla turystów nad morzem. Drobiazgi, które nie pasowały ani do przedwojennej porcelany, ani do staroświeckich zegarów.
- Marta lubiła morze - powiedziała Hanka. - Niech pan zajrzy do albumu przy łóżku, to pan zobaczy, że wszystkie urlopy spędzała na wybrzeżu. Wszystkie z wyjątkiem ostatniego, bo na końcu są już zdjęcia z gór. Może to nic nie znaczy, może zwyczajnie morze jej się znudziło, ale mimo wszystko...
- To trochę dziwne, tak? Masz rację, wszystko, co wygląda nietypowo, powinno nas interesować.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.
Już w księgarniach:
Thomas Enger Letarg
Lars Kepler Kontrakt Paganiniego
Johan Theorin Smuga krwi
Kjell Ola Dahl Czwarty napastnik
Thomas Enger Bóle fantomowe
Lotte i S?ren Hammer Wszystko ma swoją cenę
Matti Rönkä Przyjaciele z daleka
Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel
Bernhard Jaumann Godzina szakala
Johan Theorin Święty Psychol
Friedrich Ani Ludzie za ścianą
Lars Kepler Świadek
Thomas Enger Żądza krwi
Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel
Bernhard Jaumann Kamienista ziemia
Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven
Lars Kepler Piaskun
Johan Theorin Duch na wyspie
Johan Theorin Zmierzch (wyd. 2)
Martín Solares Czarne minuty
Jean-Luc Bannalec Sztorm na Glenanach
Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)
Wojciech Chmielarz Wampir
Anna Kańtoch Łaska
Lars Kepler Stalker
Wojciech Chmielarz Podpalacz (wyd. 2)
Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń
Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)
Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)
Wojciech Chmielarz Zombie
Więcej informacji: czarne.com.pl