*5*
Ze wszystkich świąt w roku Lukrecja najbardziej lubiła pierwszy listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Wolała go nawet od Bożego Narodzenia. I nie wynikało to z faktu, że miała na cmentarzu bardzo bliskich zmarłych, których jej ciągle brakowało i których przynajmniej duchowej bliskości szukała. Lukrecja należała do grona szczęściarzy, gdyż pomimo czterdziestki na karku dotąd nie straciła nikogo z najbliższych, jej rodzice, choć tata poważnie chorował, nadal żyli, rodzeństwo, małżonek oraz dziecko także. Na cmentarzu odwiedzała tylko groby dziadków i pradziadków, a ci, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, po długim i w miarę szczęśliwym życiu dopiero w podeszłym wieku opuścili nasz padół. Jej fascynacja tym w gruncie rzeczy smutnym i pełnym zadumy dniem wynikała z wyjątkowej atmosfery, jaką od czasów wczesnego dzieciństwa, już od początku października obserwowała i odczuwała na cmentarzu.
Najbardziej utkwiło jej w pamięci coroczne szorowanie nagrobków. Od szóstego roku życia najpierw pomagała babci, a potem już sama myła dużą lastrykową płytę z początku lat osiemdziesiątych, pod którą spoczywali pradziadkowie i dziadek ze strony mamy.
Porządkowanie tego grobu było nie lada wyzwaniem. Lastryko z lat osiemdziesiątych oprócz ponurej kolorystyki charakteryzowało się jeszcze jedną bardzo niepraktyczną cechą, przynajmniej tak uważały Lukrecja i jej babcia. A mianowicie pod wpływem czynników pogodowych i zwykłych uszkodzeń maleńkie kawałki grysu odpryskiwały, a w miejscach ubytków bardzo szybko pojawiał się mech. Bez należytego, corocznego szorowania płyty w niedługim czasie pokryłby ją grubą warstwą.
Aby temu zapobiec, Lukrecja z babcią co roku coraz mocniej tarły nagrobek szczotkami ryżowymi i coraz dokładniej pastowały, ale mech i tak z każdym rokiem rozrastał się bujniej, tak jakby wspomniane zabiegi nie służyły jego niszczeniu, a wręcz przeciwnie - pomagały w jego rozprzestrzenianiu. Z czasem babci ubywało sił, a wnuczce ich przybywało. Życie zataczało swój naturalny krąg. Z roku na rok babcia Lukrecji coraz mniej sprzątała, a coraz więcej snuła opowieści o zmarłych spoczywających w pobliżu rodzinnego grobu. Z czasem Lukrecja sama szorowała lastryko, babcia zaś tylko jej towarzyszyła.
Dla młodej wtedy dziewczyny te godziny na cmentarzu były wyjątkowe. Babcia opowiadała historie z życia zmarłych członków rodziny, którzy odeszli. W gruncie rzeczy nie było to nic szczególnego. Takie tam zwykłe losy zwykłych ludzi. Ale dla niej te opowieści były wyjątkowe, gdyż w takich chwilach czuła, że ma korzenie. Że ci, od których prochów dzieliły ją tylko lastrykowe i betonowe płyty, nadal żyją. Że choć umarli wiele lat temu, zdążyli za życia przekazać swoje geny następnym pokoleniom. I po części dzięki temu Lukrecja była właśnie taka, a nie inna. Pracowita, sumienna, czasami roztrzepana, jednak zazwyczaj bardzo rozsądna. Poważnie myślała o przyszłości i bardzo kochała babcię, a także najstarszego brata, którego zdrobniale nazywała Pieśkiem.
Rodziców i drugiego brata też kochała, lecz trochę innym rodzajem miłości. Nigdy, nawet będąc już dorosłą, nie potrafiła określić tej różnicy, ale i Lukrecja, i jej bliscy bardzo ją odczuwali. Matka twierdziła, że wynikało to z faktu, iż jej córka lubiła czuć się pępkiem świata, była dzieckiem, któremu należało poświęcać wiele uwagi, a tej zapracowani rodzice z oczywistych przyczyn nie mogli zapewnić. Ale babcia emerytka czy starszy brat, zapatrzony w malutką siostrzyczkę, mieli dużo wolnego czasu i jego większość poświęcali właśnie Lukrecji, robiąc to, na co dziewczynka miała ochotę.
Między innymi dlatego babcia często zabierała ją na cmentarz, bo wnuczka domagała się wręcz odwiedzania zarośniętych już mogił malutkich dzieci i wymuszała na babci opowieści o ich króciutkim życiu i cichej śmierci. A choć za każdym razem zalewała się łzami z żalu, że maleństwa musiały umrzeć tak szybko, to i tak wkrótce znów prosiła, aby babcia zabrała ją tam, gdzie mieszkają małe aniołki.
Pierwszego listopada, zamiast z babcią, mała Lukrecja szła na cmentarz z tatą i braćmi. Mama z niewiadomych powodów nie chciała im towarzyszyć i zawsze wykręcała się gotowaniem obiadu albo z uporem powtarzała:
- Przecież rano byłam na cmentarzu, kiedy grób kwiatami ubierałam. Świeczki już zapaliłam i za ojca też się pomodliłam! Czego wy jeszcze ode mnie chcecie? Zmęczyć mnie jeszcze bardziej, niż już jestem zmęczona?
Lukrecja tak bardzo chciała, aby tego dnia była także z nimi mama. Chciała razem z nią podziwiać pięknie przystrojone groby i liczyć znicze na mogile Nieznanego Żołnierza albo najzwyczajniej na świecie przytulić się do niej, kiedy poczuje się zmęczona. Ale mamy nigdy z nimi nie było. Rozzłoszczony tata co roku powtarzał, że matce najwygodniej jest zostać w domu i nie martwić się, że któremuś z dzieci w połowie mszy na cmentarzu zachce się siku albo zrobi się zimno. A on nie wiadomo za jakie grzechy musi pilnować, żeby gdzieś się nie zawieruszyły i całe i zdrowe wróciły do domu.
Żeby tata miał trochę spokoju i mógł porozmawiać z dawno niewidzianymi krewniakami, zazwyczaj kazał braciom Lukrecji zabierać ją ze sobą na spacer po cmentarzu. Posłuszni synowie wraz z całą zgrają dzieciaków włóczyli się po małym wiejskim cmentarzu wte i wewte. Chłopaki nudzili się, stojąc przy jednym grobie, i pod byle pretekstem zostawiali rodziców, by w ciekawszy sposób spędzić czas obowiązkowej mszy.
Lukrecja była na doczepkę. Była najmłodsza i kiedy rozbolały ją nóżki od długiego chodzenia pomiędzy grobami, najstarsi chłopcy na zmianę nosili ją na barana i tylko czasami wymyślali jej braciom, że znowu tego bachora na cmentarz przyprowadzili, jakby nie mogła zostać w domu, skoro nie ma siły chodzić!
Ale chyba lubili Lukrecję, gdyż co roku pozwalali jej na wspaniałą zabawę - przelewanie rozpuszczonej stearyny. Uwielbiała to. Z jednej miseczki przelewała gorący płyn do drugiej. A jakby jeszcze mało było tej zabawy, resztkami spalonych zapałek mieszała w gorącej stearynie, nie myśląc, że może stać się jej krzywda. Ci dorośli, którzy wiedzieli, czyją jest córką, z dezaprobatą patrzyli na mało zainteresowanego dziećmi ojca i szeptali między sobą.
- Przecież ta mała albo się zapali, albo poparzy.
- Zobacz, jak już kurteczkę poplamiła!
- Gdzie jej matka?
A matka najspokojniej w świecie gotowała w domu rosół z kury.
Kiedy tata miał już dość wizyty na cmentarzu, odnajdywał w tłumie ludzi dzieci, które całe ubłocone, w poplamionych stearyną ubraniach i z lekko poparzonymi palcami z radością wracały z nim do domu. Całą drogę wszyscy zachwycali się ulatującym wokoło dymem z cmentarza. Jedynie tata był milczący. Może dlatego, że wszyscy wracali z żonami, a on tylko z dziećmi? Lukrecji utkwiła w pamięci samotność ojca na cmentarzu i nie mogła zrozumieć, dlaczego mama tak się zachowywała.
Potem, gdy już była starsza, obiecała sobie, że nigdy nie będzie taka i nigdy nie wyśle męża z dziećmi na cmentarz! Biedna Lukrecja, nie wiedziała jeszcze wtedy, że los jest bardzo przekorny, i choć ona zawsze celebrowała Dzień Wszystkich Świętych, to jej mąż już niekoniecznie czuł taką potrzebę. I tak jak dawno temu jej ojciec samotnie stał przy grobach, tak i ona przez dwadzieścia lat małżeństwa częściej bywała tam tylko z córką niż z mężem.
Kiedy w myślach porównywała te sytuacje, w końcowym rachunku wypadało, że jej życie ułożyło się jeszcze gorzej, gdyż tata miał troje dzieci do towarzystwa, a ona tylko jedno, choć bardzo się starała, żeby było inaczej. I kiedy z roku na rok coraz smutniejsza wpatrywała się w coraz piękniejsze chryzantemy gęsto ustawione na grobie dziadków, często wracała myślami do dziecięcych wspomnień. Do czasów, kiedy czuła się dumna, że jej osoba jest przedłużeniem ich ziemskiego życia.
Im była starsza, a nadzieja, że kolejny raz zostanie matką, coraz bardziej słabła, tym częściej Lukrecja zastanawiała się, co po niej zostanie na ziemi. Czasami do tych rozmyślań dołączał się lęk, że jeśli w życiu Julii coś pójdzie nie tak i nie będzie jej dane zostać matką, wtedy na jej córce zakończy się ich wielopokoleniowa rodzina. Niestety, bracia Lukrecji nie mieli dzieci. Jeden był bezpłodny, a drugi większość życia spędził w miejscu, gdzie raczej trudno założyć rodzinę.
- Troje dzieci, a jedna wnuczka - mruknęła pod nosem, przestawiając po swojemu znicze na płycie nagrobka.
- Zawsze mogło być gorzej. - Lukrecja, zaskoczona tym, że ktoś usłyszał jej słowa, wyprostowała się gwałtownie i zerknęła za siebie, tam, skąd dochodził dobrze jej znany, ale dawno niesłyszany głos. - Kiedyś byłaś większą optymistką, siostrzyczko. Czy mi się tylko wydawało? A tak przy okazji, gdzie jest twój mąż i córka?
Zdumiona, wpatrywała się w mężczyznę, który wyglądem bardzo przypominał jej ojca. Nie widziała go tak długo, że nie potrafiła sobie wyobrazić, jak z biegiem lat się zmieniał i jakim cudem, kiedy ostatni raz go widziała, był młodym, wesołym chłopakiem, raczej podobnym do matki, a teraz, po blisko trzydziestu latach, stał się wierną kopią ojca. Ich wspólnego ojca.
- Ty też się zmieniłaś, Lukrecjo. - Wyraz jej twarzy był tak czytelny, że brat bez trudu odgadł jej myśli. - Nie jesteś już słodką małą dziewczynką, którą z chłopakami nosiliśmy na barana. Ale muszę ci powiedzieć, że jak na swoje lata wyglądasz całkiem, całkiem! - Zaśmiał się nerwowo. Być może dlatego, że zszokowana Lukrecja nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. - Mam nadzieję, że się mnie nie boisz? Tu, w tym tłumie, nawet ja nic bym nikomu nie zrobił - wyszeptał jej do ucha, tak aby stojący w pobliżu ludzie nie usłyszeli.
- Nie. Dlaczego? - W końcu wydusiła z siebie ciche zaprzeczenie. - Marcin i Julia są na cmentarzu w Gradowie, na grobie jego rodziców, a ja, jak widać, jestem tu.
- No tak. Jakby mogło być inaczej. Przecież musisz odwiedzić swoją ukochaną babcię. Prawda? - powiedział już nieco głośniej z dziwnym przekąsem.
- Nie chcę cię martwić - zdenerwowana Lukrecja prawie podniosła głos - ale wszystko wskazuje na to, że wkrótce do babci dołączy tata. Nasz tata. I mam nadzieję, że skoro już wróciłeś, to za rok ty się zajmiesz porządkami i strojeniem grobu. Może jak zajmiesz się czymś pożytecznym, odechce ci się głupich uwag. Gdyby nie ty, może babcia by dłużej żyła, a nie umarła ze wstydu i zgryzoty. - Ostatnie zdanie tym razem ona wyszeptała mu do ucha. - A tata nie zamknąłby się w sobie. I chciałby walczyć z chorobą, nie czekałby na śmierć jak na wybawienie.
Brat chciał coś odpowiedzieć, ale w tym momencie rozpoczęły się wypominki, a Lukrecja bez pożegnania odeszła od grobu i przyłączyła się do procesji, która rozpoczęła wędrówkę po cmentarzu. Widząc ucieczkę siostry, ze smutkiem pokręcił głową, a potem długi czas stał samotnie i przyglądał się ludziom, którzy go mijali z każdej strony. Próbował ich rozpoznać, lecz w większości wydawali mu się całkiem obcy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI