Doktor Jakub Borecki nie miał dla Bereniki dobrych wieści.
- Musisz zrozumieć, że to są zmiany nieodwracalne. Nigdy nie będzie lepiej - oznajmił, starając się łagodzić okrutny przekaz miękkim tonem głosu. - Jedyne, nad czym teraz można popracować, to żeby nie zrobiło się gorzej. Albo inaczej: żeby nie pogorszyło się za szybko. Bo pewnie w gruncie rzeczy już jest wystarczająco źle, prawda?
Jego twarz nosiła ślady zmęczenia. Nika znała go od lat. Wiedziała, że samotnie wychowuje syna - w każdym razie wychowywał (bo przecież nie miała pewności, czy sobie kogoś nie znalazł). Bardzo wcześnie został ojcem. Tą historią żyło całe liceum: jego dziewczyna, Zuzka, zaszła w ciążę rok przed maturą. Kuba zachował się, jak to się wtedy mówiło, "porządnie" - gdy tylko skończył osiemnaście lat, chciał się żenić. Niestety po porodzie Zuzia zmieniła zdanie. Odmówiła karmienia dziecka, nieszczególnie się nim interesowała i ostatecznie niemowlęciem zajęła się matka Kuby. Kiedy umarła, cały ciężar rodzicielstwa spoczął na barkach młodego ojca, wówczas świeżo upieczonego lekarza.
Berenika patrzyła teraz na niego i próbowała znaleźć podobieństwo do dawnego Jakuba. Niegdyś byli serdecznymi przyjaciółmi z jednej gimnazjalnej paczki, potem w liceum pozostawali wprawdzie w kontakcie, lecz ich relacja rozluźniła się nieco, ponieważ Nika wybrała klasę humanistyczną, a Jakub biologiczno-chemiczną. Podczas studiów spotkali się raptem kilka razy, zawsze przypadkiem. Kuba jako młody ojciec odpuścił sobie studenckie życie towarzyskie, zresztą na medycynie miał tyle nauki, że na zabawę rzadko wystarczało czasu. Przestał spotykać się z kimkolwiek, zajmował się wyłącznie studiowaniem i ewentualnie opieką nad synkiem.
Nika natomiast przeżywała studencką miłość. Od czasu do czasu docierały do niej strzępki informacji o Kubie i reszcie gimnazjalnego towarzystwa. Ten się rozwiódł, tamten zbankrutował, takie głupoty. Akurat o Jakubie mówiono bardzo rzadko.
Kilka dni temu odnalazła go, wyłącznie dzięki przypadkowi - po prostu zobaczyła szyld z jego nazwiskiem. Jakub Borecki, specjalista neurolog, gabinet prywatny. Może warto zasięgnąć opinii innego lekarza? - pomyślała wtedy. Zwłaszcza jeśli to dawny przyjaciel. Oczywiście zakładała, że może to być przypadkowa zbieżność nazwisk. Na szczęście nie była.
- Najgorsze są noce - powiedziała Nika, bo uświadomiła sobie, że Jakub czeka na jej reakcję. - Za dnia mama jeszcze jako tako funkcjonuje. Owszem, muszę ją mieć cały czas na oku, bo potrafi ni stąd, ni zowąd włączyć piekarnik albo lokówkę... Boję się, że się poparzy, że wysadzi mieszkanie w powietrze. Krótko mówiąc: ktoś musi jej pilnować. Ale noce są dla mnie koszmarem. Zamiast spać, jęczy, płacze, czasem krzyczy. Co godzinę, co dwie. Kiedy do niej przychodzę, okazuje się na przykład, że tylko chciała sprawdzić, czy ktoś jest w domu. Albo twierdzi, że poduszka jest mokra. A wcale nie jest.
- Musisz odpocząć. Mąż trochę ci pomaga?
- Nie wyszłam za mąż. Uwiązanie przy chorej nie sprzyja... No wiesz. Nie było czasu na randkowanie.
Jakub pokiwał głową.
- To trochę tak jak uwiązanie przy dziecku. A praca daje ci chwilę oddechu? - zapytał.
- Pracuję z domu. Kiedyś byłam zatrudniona w studiu graficznym, ale potem, właśnie ze względu na mamę, zostałam freelancerką.
- Ale czym konkretnie się zajmujesz?
- Jestem graficzką, ilustratorką - wyjaśniła. - Projektuję plakaty, banery, ulotki, wizytówki, zakładki, opakowania, trochę działam w reklamie, ale też robię animacje, grafikę do gier, okładki, ilustruję książki. Jak to mówią, pełen serwis.
- O, ciekawy zawód. Zawsze byłaś dobra w te klocki. Kiedyś narysowałaś taką świetną karykaturę Kalinowskiej, pamiętasz?
Roześmiali się oboje, choć była w tym śmiechu nuta nostalgii za czasami, kiedy jedynym ich problemem była wredna nauczycielka fizyki.
- Ale to niedobrze, że z domu - pociągnął Jakub. - Powinnaś wychodzić, żeby nabrać dystansu. Skoro nie do pracy, to choćby do kina, na kawę.
- Wychodzić - mruknęła Nika sarkastycznie. - Niby jak mam zostawić mamę? Raz zatrudniłam opiekunkę. Potem przez cztery dni był taki foch, że nie masz pojęcia. Mama wypluwała jedzenie, robiła w majtki... Bo to było jeszcze wtedy, kiedy nie zakładałam jej pieluch. Odgrywała się na mnie, była złośliwa. Mówię ci, koszmar.
- A teraz? Z kim została?
- Z Haliną. Pamiętasz Halinę?
- Tę twoją przyjaciółkę, na którą mówiłaś Inka?
- Właśnie tę. Nadal się przyjaźnimy. Mama ją toleruje, może nawet lubi. To chyba jedyna taka osoba poza mną.
- W takim razie pozostaje się cieszyć, że masz przynajmniej ją.
Niby Berenika spodziewała się, że Jakub nie powie jej nic odkrywczego na temat rokowań albo stanu zdrowia mamy. Odczuwała jednak potrzebę porozmawiania z kimś, kto zrozumie, na czym polega koszmar opieki nad starszą osobą z demencją. I może miała też jakiś cień nadziei, że młodszy lekarz spojrzy na sprawę jakoś inaczej, że zaproponuje jakieś innowacyjne metody leczenia. Tak trudno jej było pogodzić się z tym, że nie ma szans na poprawę stanu matki.
Choroba zaczęła się od cukrzycy - tak później powiedzieli lekarze. Pierwsze zwiastuny tego, że to nie tylko kwestia poziomu cukru we krwi i poziomu insuliny - że chory jest także mózg - pojawiły się jakieś piętnaście lat temu. Nika kończyła wtedy studia, żyła w świecie spotkań w przyjaciółmi, wyjazdów na Mazury i miłości. Spotykała się z Przemkiem, w którym była nieprzytomnie zakochana. Wierzyła, że to ten jeden jedyny, na całe życie.
Właściwie do pewnego stopnia miała rację: Przemek okazał się jedynym. Nigdy potem nie miała okazji się zakochać. Choroba mamy postępowała tak prędko i była tak dziwna, że zarówno przyjaciele, jak i ukochany - bardzo szybko zniknęli z jej życia.
Na przykład taka sytuacja: Nika i jej znajomi ze studiów siedzą po turecku na dywanie i dyskutują o filmie Pitbull, który właśnie wszedł na ekrany kin. Spierają się, czy w kinie powinno być tyle wulgaryzmów, czy taki brutalny realizm językowy jest naprawdę potrzebny. Nagle do pokoju wchodzi matka. Niesie deskę do krojenia z resztkami chleba.
- Co się stało, mamo?
- A nic, przyszłam nakarmić kury - odpowiada i sypie okruchy na dywan, pomiędzy siedzących studentów.
Innym razem, kiedy akurat Nikę odwiedził Przemek, mama rozebrała się i paradowała po mieszkaniu w fartuszku kuchennym nałożonym na gołe ciało, błyskając białymi pośladkami. Spłoszona i zakłopotana córka zwróciła jej uwagę, a w efekcie została obrzucona stekiem wyzwisk. W takich chwilach matka była nieprzewidywalna, nielogiczna, czasem wulgarna.
- Degeneracja pewnych obszarów mózgu to skutek cukrzycy - tłumaczyli wtedy lekarze wystraszonej Nice. - To nie jest prawdziwa Alicja Sorel.
Oczywiście, że nie. Prawdziwa Alicja Sorel była wykształconą, kulturalną, subtelną kobietą, tłumaczką z francuskiego, erudytką i miłośniczką muzyki. Fałszywa Alicja, w którą zamieniała się pod wpływem tych wszystkich niezrozumiałych dla Niki procesów degeneracyjnych, bywała do tej pierwszej Alicji dziwnie podobna - ale też z dnia na dzień stawała się kimś zupełnie innym, obcym.
Mama pierwszy raz trafiła do szpitala, kiedy straciła przytomność podczas porządkowania sukienek. Nika była wtedy na uczelni, już po obronie pracy, musiała załatwić jakieś sprawy papierkowe, aby móc odebrać dyplom. Żyła wówczas mrzonkami o przyszłości, zamierzała założyć bloga, aby promować własną markę. Marzyły jej się zamówienia od czasopism kobiecych i wydawców, ale doskonale wiedziała, że będzie trzeba cierpliwie, mozolnie budować swoje portfolio, wykonując również projekty dla biznesu i portali internetowych. Trudno, nie samą sztuką człowiek żyje. Była gotowa na wszelkie wyzwania i z nadzieją szła naprzód.
Choroba mamy na pozór nic nie zmieniła. Tyle że zrobiło się trudniej pod względem finansowym. O tym, aby matka nadal wykonywała przekłady, mowy być nie mogło. Nawet nie chodziło o to, że myliła języki i czasem połowę zdania wypowiadała po polsku, a resztę po francusku. Tak naprawdę znacznie poważniejszym problemem był fakt, że zapominała o zleceniach, nie wykonywała ich na czas, nie pamiętała twarzy ani nazwisk ludzi, którzy zamawiali u niej przekład; potrafiła też być w stosunku do nich nieprzyjemna, a sporadycznie nawet agresywna.
No więc tamtego dnia, kiedy pierwszy raz zabrało ją pogotowie, porządkowała zawartość szafy. Z jakiegoś powodu - i już to powinno zastanowić Nikę, zanim wyszła z domu - mama uznała, że warto wyciąć z niektórych sukienek kwiaty. Ponieważ jednak miewała czasem oryginalne pomysły, lubiła rękodzieło, a w wolnym czasie wiecznie coś dziergała, przyklejała albo malowała, córka zignorowała to dziwne zachowanie.
Kiedy Nika wróciła z uczelni, znalazła mamę na zakrwawionej stercie ubrań. W niektórych spódnicach i sukienkach rzeczywiście widniały dziury, a krew pochodziła z poranionych rąk. Później, siedząc na szpitalnym korytarzu, dziewczyna usłyszała opinię lekarza: "Bardzo dziwne, zupełnie jakby pacjentka chciała sobie wyciąć wnętrze dłoni".
Przemek zniknął jakoś niepostrzeżenie. Spotykali się coraz rzadziej. Najpierw był zajęty szukaniem lokum, bo mieszkał w akademiku i po ukończeniu studiów musiał znaleźć sobie mieszkanie do wynajęcia. Nika nawet rozmyślała o tym, że mogliby wynajmować coś razem - albo on mógłby zamieszkać na jakiś czas u niej - ale choroba mamy zmieniła wszystko. Dziwne zachowania stopniowo się nasilały, nie można było być pewnym dnia ani godziny, kiedy wydarzy się kolejny wypadek. Przemek zaczął unikać odwiedzin u swojej dziewczyny, a potem również samych spotkań. Znajdował rozmaite preteksty, tylko nigdy nie powiedział wprost: przestałem cię kochać. Ale Nika czuła. Pewnego dnia zwyczajnie nie przyszedł na spotkanie w pizzerii, przysłał esemesa: "Coś mi wypadło", ona nie odpisała - i w taki oto banalny sposób skończył się ich czteroletni związek, który miał trwać do końca życia.