WSPOMNIENIE
STACJA 2013:
JULIAN TUWIM
Sławomir Małota
Daj mi wytrwania i sił wiele, Boże,W życiu, co będzie twórcze i szalone.
Modlitwa
Rok 2013 został ogłoszony między innymi rokiem Juliana Tuwima. Czy na pewno to jeden z najważniejszych polskich poetów, czy warto o nim mówić w drugiej dekadzie XXI wieku?
Bardzo często bywa, że przypominanie życiorysu poety jest wręcz nieprzyzwoite wobec czytelnika. Bo jeżeli ktoś nie zna choćby w zarysie życia Juliana Tuwima, ten pędem do biblioteki, czytelni, internetu lub po sznur. Lepiej zawisnąć, niż trwać w niewiedzy. Sylwetka Rocha Pekińskiego jest wyjątkowa i nie ma w tym stwierdzeniu nic przesadzonego. Niewielu poetów uczyniło ze swojego życia misterium poezji i głębokiej (nie zawsze) myśli. Podział na twórczość Tuwima dla dorosłych i dla dzieci, choć prosty i oczywisty, również wiele mówi o poecie. A jakże, nie tylko poezja... Przecież Tuwim to jeden z protoplastów XX-wiecznego show-biznesu. Jego teksty śpiewał nie kto inny jak Hanka Ordonówna, Mieczysław Fogg, Henryk Wars, Zofia Terné, a potem Czesław Niemen i choćby Grzegorz Turnau. Show-biznes to osobliwy, ale w niektórych kręgach nazwiska to naprawdę głośne i najlepsze. Recepcja muzyczna Tuwima nie kończy się na tym. Przypomnieć wypada projekt Poeci, w którym Tuwim grał niemalże pierwsze skrzypce. Utwory symfoniczne z tekstami Tuwima wykonywali Karol Szymanowski, Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Meyer oraz Witold Lutosławski. Jak się to wszystko pięknie składa, że rok 2013 jest ogłoszony rokiem Witolda Lutosławskiego, Juliana Tuwima oraz chemika Jana Czochralskiego. Bo czyż miłość, której piewcą po części był Tuwim, nie jest jedną wielką chemią? Ufam, że Tuwim z zaświatów i czytelnicy wybaczą mi ten przydługi i z przymrużeniem oka napisany wstęp.
W 1918 wyszedł debiutancki tom poezji Juliana Tuwima. Już w Czyhaniu na Boga można było zauważyć niejednorodność twórczą i zahaczanie o różne tematy - od miłości i zachwytu nad życiem po owo tytułowe czyhanie na Boga, pełne buty i poszukiwania właściwych i wartościowych idei. Debiut Tuwima z 1918 roku prowokuje do zastanowienia się, na ile wyznania zawarte w tomiku są szczere. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę choćby korespondencję Tuwima z Kazimierą Iłłakowiczówną, to zobaczymy wyraźnie, że kiedy Tuwim żartował i drwił z wielu rzeczy, robił to namiętnie, jednak poważny ton towarzyszył mu równie często. Przytoczyć wystarczy wiersz Modlitwa. Rzadko spotyka się modlitwy bez ukorzenia się przed Stwórcą. W tym wierszu Tuwim pokusił się nawet o wygrażanie Bogu:
Ale pamiętaj: gdy padnę, nieszczęście
Moje olbrzymie w twarz cisnę Ci, Boże.
Wiedz: w górę wzniosę dwie żelazne pięście,
Oczy spłomienię, spojrzę i - zagrożę!
Uznać wielkość Boga i jednocześnie mu wygrażać może tylko człowiek niebanalny i wielki, świadomy, kim sam jest, i kim jest Bóg. Wołanie w Modlitwie jest pełne wiary. Nie jest to puste wyznanie biegnące w próżnię, gdzie podmiot liryczny mówi do Boga, a jednocześnie nie do końca wierzy w Jego istnienie. Tuwimowska bezczelność, z którą mamy w tym wierszu do czynienia, utwierdza nas w przekonaniu, że tytułowa modlitwa prowadzi do dialogu. Jeszcze jeden element powoduje niepokój umysłu. Prośba o to, by życie było twórcze i szalone. Można jak najbardziej pójść ścieżką interpretacji, z której wynika, że przecież życie Tuwima było twórcze i szalone. O twórczości świadczy nie tylko liczba wydanych dzieł, ale również ich jakość. Biografia pokazuje szaleństwo Tuwima, którego można szukać w jego stanach nerwicowych i agorafobii.
Lektura Czyhania na Boga dostarcza czytelnikowi nie lada wrażeń. Otwierając tomik, spodziewamy się intymnych wyznań, głębokiej metafizyki i rzeczywiście je znajdujemy. Jednak już druga część przynosi, delikatnie mówiąc, zdziwienie. Otóż rozpoczyna się wierszem Wiosna. Trudno o tym myśleć, a co dopiero pisać. Tuwim zdaje się czyhać na Boga i pokazywać mu piękno stworzonego przez niego świata w sposób raczej niespotykany. Kto pierwszy raz czyta ten wiersz, spodziewa się spontanicznej, pełnej radości afirmacji Boga i raczej się nie myli. Jednak ostatni wers może wywołać konsternację.
Serce pęcznieje, nabrzmiewa,
Wesele musuje w ciele,
Można oszaleć z radości,
O, moi przyjaciele!
Od stóp do głowy krąży
Potok niepowstrzymany!
Pomyślcie, co się dzieje!
Jaki to pęd opętany!
Jak bardzo jest! jak wiele!
Jak żywo, zupełnie, cało!
- Chodź, Młoda do Młodego
Ojcostwa mi się zachciało!
(JULIAN TUWIM, Wiosna [w:] Czyhanie na Boga, Warszawa 1918.
Przy całym zaskoczeniu, jakie przynosi ostatni wers, nie sposób przecież oprzeć się wrażeniu, że dochodzi do parafrazy Pieśni nad Pieśniami. Oblubieniec i Oblubienica u Tuwima stają się Młodym i Młodą. Dochodzi do rewizji, nowego, z przymrużeniem oka, spojrzenia na tekst natchniony. Po raz kolejny w literaturze można spotkać się z konstatacją, że pożądanie to również dzieło Boga. Owa wiosenna chuć, która wynika z zachwytu nad porą wiosenną, ma także swoje źródło w stworzeniu. Logika to nieco pokrętna i niewygodna, ale przecież może być słuszna. Wszak taka igraszka z Pieśnią nad Pieśniami jest jak najbardziej w stylu Tuwima. Bez chamstwa, ale z żartem i zuchwałością nawet wobec Boga. Oto Tuwim - pobożny rozpustnik - z finezją godną boga poetów zachęca do zachwytu nad miłością, jakąkolwiek.
Nie da się o Tuwimie pisać, mówić, myśleć w oderwaniu od jego korzeni. Pochodził przecież z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Jednak jeden wiersz można potraktować jako rozliczenie się ze swoim pochodzeniem. Zdziwi się ten, kto oczekiwałby radykalnego potępienia lub bezgranicznej pochwały Żydów. Jacy zatem są Żydzi w wierszu o tym samym tytule? Są czarni i chytrzy, tak samo chytrze się uśmiechają, myślą, że pojęli wszelkie mądrości. Nie sposób się nie zgodzić, że w przedwojennej Polsce nie brakowało Żydów, którzy odzierali innych z godności, karząc się iskać podczas szabatu. Widać ironię w nazywaniu ich przez poetę Pomazańcami, wybranym narodem człowieczym. Jednak jak na Tuwima przystało, pokazuje też wielką tragedię, jaka spotkała naród żydowski. Zauważa w ich oczach wieczny strach, niepokój i niepewność. Bo przecież każdy musi się zgodzić, że
Wieki wyryły im na twarzach
Bolesny grymas cierpienia
Bo noszą w duszy wspomnienia
O murach Jerozolimy
O jakimś czarnym pogrzebie
O rykach na cmentarzach...
OD REDAKCJI
W styczniu Polskie Radio podjęło bardzo ważny temat celowości funkcjonowania prasy literackiej w naszym społeczeństwie. Czy w ogóle jest potrzebna? Najprościej byłoby odpowiedzieć "tak", bo jest literatura. Skoro są ci, którzy piszą, i są ci, którzy czytają (bez względu na rodzaj nośnika), to i pisma literackie mają rację bytu. Ale to tylko dla nas, twórców tej prasy, wydaje się takie oczywiste...
Zacznijmy od tego, co przyświeca naszej codziennej pracy redakcyjnej. Otóż uznaliśmy, że ponad trzydziestomilionowy naród w środku Europy, cieszący się od lat niepodległością i wolnością twórczą, powinien mieć jak najwięcej możliwości literackiej wypowiedzi na wszystkie nurtujące go problemy, zarówno o charakterze społecznym, obyczajowym, estetycznym, jak też politycznym, a nawet gospodarczym, skoro przyszło nam od wieków egzystować w tak niekorzystnym i arcytrudnym położeniu geopolitycznym między dwoma gigantami kultury i polityki europejskiej, tj. między Niemcami a Rosją. Uznaliśmy ponadto, że jeśli już mamy wydawać pismo literackie, to powinniśmy z całą odwagą, ale bez pychy, odwołać się do najlepszego, sprawdzonego kilkunastoletnią działalnością przykładu, i tu nie mieliśmy wątpliwości, że będziemy czerpać i uczyć się od Mieczysława Grydzewskiego i jego tygodnika. Wiemy także, że wydawanie pisma literackiego w społeczeństwie budującym nowy ład ekonomiczny, dorabiającym się, jak też często ledwo wiążącym koniec z końcem, jest zadaniem niezwykle trudnym. Literatura nie jest bowiem towarem pierwszej potrzeby, ale chyba miał racje Żeromski, który gościł w pierwszym numerze WL (6 I 1924 r.), że literatura polska ma zawsze więcej ról i zadań do wypełnienia niż w każdym innym państwie europejskim. Musi bowiem odrobić "społeczną pańszczyznę", polegającą na zastąpieniu chromych lub nieistniejących ministerstw; musi do bólu analizować wielkość Polaka w Polaku, nie mając już sił i czasu na doszukiwanie się "duszy współczesnego człowieka" w przeciętnym naszym obywatelu. Dlatego też nasza literatura jest nie tylko nieznana szerokiemu ogółowi europejskiemu, ale też nie może być przezeń zrozumiałą. Przez lata literatura polska była wychowawcą pokoleń i "cementem spajającym rozerwane części narodu" (z odczytu S. Żeromskiego wygłoszonego 28 sierpnia 1915 roku w Zakopanem pt. Literatura a życie polskie). Dziś wielu czytelników chciałoby powtórzenia tych funkcji, widząc wielkie rozwarstwienie społeczne oraz spolaryzowanie postaw.
Ale przecież literaturze wolnego kraju, może niezbyt doskonale zarządzanego, nie wolno niczego narzucać. Należy ją obserwować, mówić o niej, wspierać mecenatem państwowym i prywatnym oraz kibicować jej twórcom, ciesząc się, że już nie cierpiętnictwo, a radość i rozkosz w każdym wymiarze dominują na stronach licznych publikacji. Pisma literackie, w tym nasze i naszych zacnych koleżanek i kolegów, mają stymulować i zauważać, komentować i pobudzać do publicznej dyskusji o kształcie i poziomie polskiego piśmiennictwa. Więcej. Pismo literackie ma wyszukiwać i pokazywać wszelkich "Antków i Janków Muzykantów" naszej literatury zarówno w kraju, jak i na emigracji, bo o życiu polskim na obczyznach nie wolno nam zapominać. Trzeba wyciągać zapraszającą dłoń do piszących już w szkołach średnich we wszystkich środowiskach. Wartościowych i dobrze zapowiadających się twórców nobilitować drukiem.
Pisma literackie, jak i sama literatura, będą nam zawsze towarzyszyć pod jednym wszakże warunkiem - że będą czytelnicy! A czytelników może wykształcić i przygotować, poza domem rodzinnym, szanowany nauczyciel, dobry (a takiego nie mamy) system edukacyjny i otoczona troską lokalnych społeczności szkoła. Czytanie nie może być modą, przymusem - czytanie musi być wewnętrzną potrzebą. Czytam, bo chcę żyć piękniej, lepiej, mądrzej... To pisma literackie mają zwracać uwagę na stan polszczyzny i kultury praktykowanej na co dzień. Skoro współcześnie dominuje literatura fantastyczna lub kryminał albo czytadła do autobusu, to wcale nie musi oznaczać, że jesteśmy na równi pochyłej i za chwilę wpadniemy w przepaść zatracenia i upadku... Sądzimy, że raczej jesteśmy w okresie przejściowym: z jednej strony szukamy inspiracji, odwołujemy się do chlubnej przeszłości, z drugiej natomiast literatura chce, jak zawsze, być głosem czasu, który ją zrodził i świadectwem teraźniejszości oraz stanu duchowo-umysłowego społeczeństwa. Nie powstaje przecież w próżni, jest emanacją czasu, miejsca i oczekiwań nadawców i odbiorców.
Chcemy z przejściowości wyjść do zadań genialnych, które zachwycą nas i przyszłe pokolenia... I niech to będzie początkiem polskiej debaty o roli literatury w naszym codziennym życiu! "Dziś szuka się tego, co jest powabne!" - my znajdźmy to, co jest...
EX CATHEDRA
ABECADŁO
forma bardziej pojemna
Klaudia Wygralak
Wiek XX przyniósł prawdziwą eksplozję pamiętników, dzienników, wspomnień, słowem - wszelkich gatunków składających się na pisarstwo autobiograficzne lub - korzystając z terminu ukutego przez Romana Zimanda - "literaturę dokumentu osobistego"1.
Większość form składających się na ten rodzaj sztuki pisarskiej ma wielowiekową tradycję genologiczną, której zasobów, zdawałoby się, nie sposób wzbogacić. Tymczasem w drugiej połowie XX wieku pojawiają się na polskim rynku wydawniczym abecadła - utwory szczególne, bo niejednorodne w swojej gatunkowej tożsamości i wykazujące tendencję do bytowej samodzielności. Ich cechą wspólną i najbardziej charakterystyczną jest ułożenie autorskich zapisków o charakterze wspomnieniowym w postaci haseł słownikowych w porządku alfabetycznym. W utworach tych widzę nową jakość, która korzystając ze zdobyczy literatury osobistej, tworzy na jej gruncie genologiczne novum.
Na omawianą grupę składają się: Alfabet wspomnień (1975) Antoniego Słonimskiego, Abecadło Kisiela (1990) Stefana Kisielewskiego oraz utwory Czesława Miłosza - Abecadło Miłosza (1997) i Inne abecadło (1998), które w 2002 roku wydane zostały pod wspólnym tytułem Abecadło.
Wspomnienia skamandryty
Pracę nad Alfabetem wspomnień rozpoczął Słonimski w maju 1972 roku. Wtedy to zatrudnił w charakterze sekretarza Adama Michnika, który pomagał mu w gromadzeniu materiałów do książki. Od września tegoż roku w Polityce, Więzi oraz w Tygodniku Powszechnym zaczęły się ukazywać pierwsze fragmenty wspomnień. Gotowa publikacja, wzbogacona o czterdzieści haseł, które nie zostały zamieszczone w prasie, trafiła do rąk czytelników w 1975 roku. Według Władysława Bartoszewskiego, cały nakład pierwszego wydania - 20 tysięcy egzemplarzy - rozszedł się niemal natychmiast2. Na Alfabet wspomnień składają się głównie hasła osobowe, przy czym w kręgu zainteresowania Słonimskiego pozostają jedynie nieżyjący. Według skamandryty tylko żywot dokonany może podlegać podsumowaniom i to podsumowaniom szczególnym. Tworzone portrety akcentują bowiem przede wszystkim dobre strony opisywanych. Rzadko pojawia się tu krytyka czy wyzłośliwienie, dominują szacunek i zrozumienie. Autor obchodzi się z pamięcią o zmarłych, tak jak nakazuje nasza kultura i religia. Prezentując sylwetki Mieczysława Grydzewskiego czy Jana Lechonia, z którymi Słonimski przez wiele lat był poróżniony, dostrzega zalety przyjaciół swojej młodości oraz docenia wspólne przeżycia. Zabawne anegdoty dotyczące zmarłych przeplatają się tu z faktami o nich oraz z czułym wyrazem tęsknoty. Bohaterowie książki Słonimskiego zdają się ożywać na jej kartach. To wspomnienie autora przywołuje do życia, wskrzesza, ocala od zapomnienia. Jednocześnie jest w tym procesie coś uporczywego, jakaś siła, która odtwarza czas i ludzi - szczególnych, ważnych nie tylko dla Słonimskiego, ale dla całej polskiej kultury. We wspomnieniu poświęconym Julianowi Tuwimowi autor pisze: "Nie wierzcie masce, którą nam dziś zasłaniają twarz Tuwima. Nie była to antyczna maska muz Pieryd, upodobnionych do tragicznych ptaków. Tuwim był wesoły i pogodny. O Władysławie Broniewskim z kolei:
Cholernie trudno pisać o Broniewskim, bo mi się pomieszał Pomnik i Władek. Władek, świetny poeta, stał się własnością narodową, a z Pomnikiem popijałem i grywałem w brydża.
Słonimskiemu udało się stworzyć wspomnienia, w których nie została zachwiana równowaga. Z jednej strony uczłowiecza, zdejmuje z piedestału ludzi figurujących w podręcznikach do literatury i historii. Z drugiej, poprzez nadanie im rysów zwyczajności, wprowadza do współczesnej świadomości zupełnie nowe spojrzenie na tych gigantów poprzedniej epoki. Właśnie tak rozumiał rolę wspomnień Słonimski. Jako przedstawiciel wymierającego pokolenia, świadek historii, kwiat polskiej inteligencji, pragnął przybliżyć swoim następcom wiedzę o przeszłości. Każdą z opisanych osobowości, a także czas, na który przypadło ich życie, ukazał w całej złożoności.
Kisielowa gawęda
Geneza utworu Stefana Kisielewskiego jest najosobliwsza spośród wszystkich opisywanych abecadeł. Otóż w 1987 roku reżyser Marian Terlecki postanowił nakręcić film o Kisielu i zaprosił do współpracy Tomasza Wołka - historyka, dziennikarza, redaktora naczelnego Życia Warszawy i współpracownika Tygodnika Powszechnego. W trakcie kręcenia zdjęć okazało się, że Kisiel, opowiadając o swoim życiu, wplata do wypowiedzi rozmaite anegdotki na temat osobowości świata polityki, kultury, biznesu i literatury. Dygresje te wydały się Wołkowi na tyle ciekawe, że zaczął je notować, aż w końcu postanowił wystąpić do Kisielewskiego z propozycją napisania w tym kształcie książki. "Zasiadłem więc przy Kisielowym stole, rozmiarami przypominającym boisko do piłki ręcznej, i naprędce nabazgrałem na kartce z górą sto nazwisk. Czujne pióro gospodarza skreśliło z tej prowizorycznej listy paru delikwentów, lecz w zamian dopisało kilkunastu innych godnych uwiecznienia. [...] Następnie udało się Mistrza skłonić do pokąsania dalszych stu kilkudziesięciu bliźnich"3. Na utwór składa się 250 haseł ułożonych w porządku alfabetycznym i odnoszących się wyłącznie do osób. Są to postacie publiczne reprezentujące świat polityki, mediów, teatru, Kościoła, literatury i nauki. Bohaterowie Abecadła Kisiela są niezwykle różnorodni, a jedyną cechą wspólną jest wiek XX, na który przypadło ich życie. Kisielewski wspomina zarówno żywych, jak i umarłych, swoich bliskich znajomych, przyjaciół, współpracowników oraz osoby praktycznie mu nieznane, które spotkał na swej drodze jedynie kilka razy. O ile w utworze Słonimskiego na plan pierwszy wysunęło się dwudziestolecie międzywojenne, o tyle czołowego felietonistę Tygodnika Powszechnego interesuje przede wszystkim Polska powojenna. Zaznaczyć należy, że wspomnienia Kisielewskiego zostały stworzone w innych realiach politycznych niż Alfabet wspomnień - praktycznie u schyłku komunizmu. Ciekawe spostrzeżenie wyraził na ten temat Czesław Miłosz:
Nikomu innemu w Polsce nie udało się jakoś zdobyć prawa do wymyślania publicznie komunistom w imię zasad zdrowego rozsądku. Powtarzałeś uparcie te Twoje ataki, aż uznano, że Tobie wolno, bo zdrowy rozsądek już wyglądał na wariactwo4.
Dzięki temu "przywilejowi" karty utworu zapełniają nazwiska członków i sekretarzy KC PZPR, milicjantów, generałów i ministrów. Świat polityki z dokładnie wyznaczoną granicą między władzą a opozycją interesuje autora najbardziej.
Osobliwa geneza Abecadła Kisiela przyczyniła się do wyboru modelu narracyjnego, który Tomasz Wołek określił mianem Kisielowej gawędy. Uruchomione przez dziennikarza skojarzenie z epickim gatunkiem wywodzącym się z romantyzmu nie jest właściwe. Chodzi raczej o rodzaj komunikacji językowej, formę narracji. Utwór Kisielewskiego jest zatem literackim przetworzeniem formy mówionej, a ściślej - ustnej opowieści, której początek dał komentarz do filmu. W Abecadle Kisiela odnajdujemy wiele śladów potwierdzających mówiony charakter utworu, takich jak: przerywanie ciągu logicznego wypowiedzi, powtórzenia, akcentowanie spontaniczności i braku wcześniejszego przygotowania materiału.
Miłosz w podróży
Abecadło, bo to ono jako wydanie zbiorcze interesuje mnie najbardziej, składa się ze 199 haseł, które w przeciwieństwie do pozostałych utworów z grupy abecadeł trudno skategoryzować. O ile dosyć łatwo wskazać hasła osobowe - 109 oraz nazwy miejsc - 23, to pozostałych 67 haseł może odnosić się do wielu kategorii naraz. Jak bowiem skategoryzować "świadomość przyćmioną", "budujące lektury", "anielską seksualność" czy "miłość pierwszą"? Zdaje się, że hasła takie, odnoszące się w wielu przypadkach do pojęć abstrakcyjnych, uruchamiają refleksje o charakterze filozoficznym, antropologicznym i egzystencjalnym. O ile pozostali twórcy abecadeł ściśle trzymają się faktów, nie dywagują, nie filozofują, o tyle dla Miłosza wszystko jest tematem twórczej inspiracji. Poeta przefiltrowuje przez siebie każdy z elementów składających się na świat. Stawia pytania o cel, hierarchię, sposób. Nie kreuje świata, nie opisuje, lecz go interpretuje i porządkuje. Pod tym względem wspomnienia noblisty przywodzą na myśl eseje.
Abecadło jest dziełem niezwykle spójnym. Swoista mapa, którą naszkicował w utworze Miłosz, stanowi przebyty przez niego szlak wiodący przez Litwę, Polskę, Francję i Amerykę. Postaci zaprezentowane we wspomnieniach są niejako naniesione na tę mapę, przynależą do danych miejsc i są w nie na stałe wpisane. Oprócz znanych nazwisk Miłosz ocala od zapomnienia tych, którym to naprawdę groziło. Któż bowiem usłyszałby o pięknej dwunastoletniej Lenie, z którą młodziutki Czesław podróżował powozikiem do Rżewa, albo o Annie i Dorci Drużyno, o których pisze: "Nikt prócz mnie nie pamięta już ich nazwiska", czy o Ignacym Święcickim - koledze ze szkolnej ławy, z którym przyjaźń przetrwała do końca życia. Ogromna wartość utworu Miłosza leży właśnie w wyborze postaci, w zestawieniu tych arcyciekawych, ale nieznanych szerszej publiczności życiorysów ze wspomnieniami o Nałkowskiej, Baczyńskim czy Jeleńskim. Rola Miłosza polega na wypowiedzeniu się w imieniu tych, którzy nie mogą już tego uczynić samodzielnie, którym zabrakło czasu: "Jestem wypełniony pamięcią o ludziach, którzy żyli i umarli, piszę o nich zarazem świadomy, że jeszcze chwila, a mnie też nie będzie. I razem jesteśmy niby obłok czy mgławica pośród ludzkich konstelacji dwudziestego wieku"5.
Abecadło z pieca spadło
Wybranej przez mnie dla grupy tekstów nazwy abecadło nie odnalazłam w żadnym słowniku terminów, gatunków czy rodzajów literackich. Hasło zostało uwzględnione przez Słownik języka polskiego, z którego dowiadujemy się, że jest to:
zbiór liter pisma używanego w jakimś języku ułożony w tradycyjnym porządku; przen. elementarne wiadomości z jakiegoś zakresu: Abecadło krawiectwa. Abecadło dobrego wychowania6.
Znaczenie podstawowe odnosi się oczywiście do alfabetu i w tym zakresie stanowi jego oczywisty synonim. Poza tym ten sam słownik, podając definicję alfabetu, uwzględnia w niej, i to bez odsyłacza, a więc w znaczeniu synonimicznym, pojęcie abecadła. Nieco inaczej określenia te funkcjonują w świadomości potocznej. Bardzo ciekawe spostrzeżenie odnajdujemy we wstępie do utworu Kisielewskiego: jest to "nie tyle statecznie uporządkowany Alfabet wspomnień, ile raczej Abecadło, i to takie, co właśnie z pieca spadło; w dodatku na łeb, na szyję"7. Z wypowiedzi tej wynika, że abecadło nie stanowi tu określenia bliskoznacznego, wręcz przeciwnie - sytuowane jest w opozycji. Wołek w alfabecie widzi stabilność, porządek, rygor. Abecadło zaś jest tworem Tuwimowym do kwadratu, bo nie dość że "spadło z pieca", to "w dodatku na łeb, na szyję". Skojarzenia z nim związane to: zawadiackość, roztrzepanie, nieuporządkowanie i przypadkowość. Dobrym tropem wydaje się również warstwa przenośna badanego hasła. Abecadło jawi nam się jako swoiste vademecum, kompendium, podręcznik czy elementarz. Zamiarem autorów było spisanie wspomnień o osobach, wydarzeniach, miejscach, które wszyscy powinni znać. Abecadło to zbiór wiedzy elementarnej o XX wieku podanej w przystępnej alfabetycznej formie, którą można badać na wyrywki, ale znajomość całości jest niezbędna - wiedzę należy posiąść od A do Z. Optyka ta nie jest jednak stała. Przecież Abecadło Kisiela czy Abecadło Miłosza (taki tytuł nosiło wydanie z 1997 roku) jednoznacznie wskazują, z czyim światem mamy do czynienia. Bohaterowie abecadeł to ludzie, miejsca i zdarzenia, obok których autorzy nie mogliby przejść obojętnie, których nie sposób pominąć milczeniem, spisując wspomnienia. W tym sensie nie mamy do czynienia z kanonem wiedzy uznanym przez większość czy tradycję, ale z wartościowaniem subiektywnym, jednostkowym.
Genologiczny miszmasz
Abecadło ma niezwykle złożony, bogaty rodowód. Z jednej strony wywodzi się z tradycji sylwicznej i jako tekst przynależący do bloku silva rerum czy też - korzystając z nomenklatury Nycza - "sylwy współczesnej"8, na wielu polach wykazuje tożsamość ze swoimi nobliwymi poprzednikami. Z drugiej strony czerpie z ogromnego dorobku "literatury dokumentu osobistego", która zakłada przede wszystkim "płynność granic międzygatunkowych"9. W tej literackiej rodzinie, posiłkując się koncepcją Zimanda, widzę miejsce abecadła - tworu złożonego z "dwóch kosmosów: świata pisania o sobie wprost i świata naocznego świadectwa"10. Pierwszy ze światów generuje między innymi autobiografię, drugi - pamiętnik, wspomnienie o kimś i biografię. Abecadło w większym lub mniejszym stopniu korzysta ze wszystkich wymienionych powyżej gatunków. Jednak te uznane konwencje stanowią dlań jedynie punkt wyjścia. Żaden z gatunków, do których odwołuje się abecadło, nie zostaje zrealizowany w pełni. Autorzy prześlizgują się po nich, wybierają niektóre cechy, ale nigdy nie respektują formy modelowej. Mamy zatem niby-pamiętnik, niby-biografię, niby-autobiografię. Zdaje się, że samo spięcie tej drobnicy klamrą "literatury dokumentu osobistego" nie wystarcza. Współwystępowanie i nieostrość granic silnie sprzyjają potrzebie definiowania, gatunkowego dookreślania. Warto zaznaczyć, że potrzebę tę nobilituje fakt, iż abecadło stanowi rezultat autorskich poszukiwań. Oto trzech wybitnych twórców literatury XX wieku nie odnajduje w zasobach literatury wspomnieniowej gatunku zaspokajającego ich wymagania. Niechęć do tradycyjnej formuły powieściowej, do snucia narracji w ogóle oraz ochota na spróbowanie czegoś nowego to główne powody determinujące narodziny abecadeł. Słonimski sygnalizuje "zmęczenie starą konwencją prozy opisowej"11, a Kisielewski "chce spróbować według alfabetu"12. Najciekawiej zamiar swój określa Miłosz, który pisze "o poszukiwaniu formy bardziej pojemnej"13. Może się ona odnosić do abecadła jako swoistego vademecum, encyklopedii XX wieku zdolnej pomieścić dowolną liczbę bohaterów pierwszoplanowych. Dodatkowo kolejność alfabetyczna sprawia, że wszyscy oni są równie ważni, a o tym, kto występuje przed kim i po kim, decyduje odgórna zasada - porządek alfabetyczny. Co bardziej prawdopodobne, owa "forma pojemna" może dotyczyć szerokiego wachlarza środków wyrazu. Jeżeli bowiem dany gatunek jest swoistym kolażem wszelkich form intymistyki, to wiąże się to z ogromną swobodą twórcy. Może on dowolnie zestawiać właściwości charakterystyczne memuarystyce, biografii, esejowi.
Z jednej strony twórca może skupiać się na rejestrowaniu faktów, z drugiej - na "gonieniu za pięknem"14. Do tych argumentów należy dodać również fakt, że efekty pracy tych wybitnych autorów zostały ukonstytuowane praktyką czytelniczą, która tym samym wpisała abecadła w polską tradycję literacką. Definicja abecadła brzmiałaby zatem tak: jest to gatunek wywodzący się z silva rerum i należący do literatury wspomnieniowej. Za jego twórcę uważam Antoniego Słonimskiego, który w 1975 roku opublikował Alfabet wspomnień, jednak rozwój i popularyzację zawdzięcza abecadło Stefanowi Kisielewskiemu - Abecadło Kisiela (1990) oraz Czesławowi Miłoszowi - Abecadło Miłosza (1997), Inne abecadło (1998), Abecadło (2001). Główną cechą charakterystyczną tej formy jest wykorzystanie alfabetu dla uporządkowania treści wspomnieniowej. Indeks hasłowy obejmuje przede wszystkim osoby znane ze świata literatury, polityki, nauki, kultury. Pojawiają się także osoby nieznane szerszej publiczności, ale takie, które wywarły znaczący wpływ na życie twórców. Hasła dotyczą również miejsc, w których przebywali autorzy, instytucji, z którymi byli związani, środowisk oraz pojęć szczególnie ich interesujących, prowokujących ciekawe rozważania, nieraz natury filozoficznej (jak u Miłosza). Główną funkcją abecadła jest zatem zabezpieczenie pamięci o innych, o sobie, ale nade wszystko o czasie, na który przypadło życie twórcy. Jak przystało na literaturę wspomnieniową, gospodarzem abecadła jest pierwsza osoba liczby pojedynczej, sporadycznie zamieniana na pierwszą osobę liczby mnogiej, gdy hasło dotyczy wspólnoty, do której przynależał autor. Mimo rygorystycznych zasad budowy abecadło jest tworem fragmentarycznym i amorficznym. Odwołuje się do biografizmu i memuarystyki. Oczywiście, każdy z poszczególnych utworów generuje sobie tylko właściwe nawiązania gatunkowe, wzbogacając znacznie indeks genologiczny modelu. Grupa tekstów określanych mianem abecadeł zalicza się do twórczości późnej. Starość stanowi tutaj niezwykle ważny i cenny kontekst odniesień, to z nią konfrontowane są wspomnienia z czasów młodości, poglądy i inspiracje.
Klaudia Wygralak
Przypisy
1 R. Zimand, O literaturze dokumentu osobistego w ogóle, a o diarystyce w szczególności, w: Diarysta Stefan Ż., Wrocław 1990, s. 6-45.
2 W. Bartoszewski, Mój Słonimski, w: Wspomnienia o Antonim Słonimskim, pod red. P. Kądzieli, A. Międzyrzeckiego, Warszawa 1996, s. 22.
3 T. Wołek, Jak powstało "Abecadło", w: Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 5.
4 Cz. Miłosz, Byłeś nie lada postacią, O S. Kisielewskim rozmawiała J. Pruszyńska, w tejże: Kisiel, Warszawa 1997, s. 359.
5 Cz. Miłosz, Abecadło, Kraków 2002, s. 104.
6 "Abecadło", w: Słownik języka polskiego, pod red. M. Szymczaka, t. 1, Warszawa 1988, s. 2.
7 T. Wołek, Jak powstało "Abecadło", op. cit., s. 5.
8 R. Nycz, Współczesne sylwy wobec literackości, w: Studia o narracji, pod red. J. Błońskiego, S. Jaworskiego, J. Sławińskiego, Wrocław 1982
9 R. Zimand, O literaturze dokumentu osobistego w ogóle, a o diarystyce w szczególności, op. cit., s. 16.
10 Ibidem, s. 17.
11 A. Słonimski, Wstęp, w: Alfabet wspomnień, Warszawa 1975, s. 5.
12 S. Kisielewski, Abecadło Kisiela, op. cit., s. 6.
13 Cz. Miłosz, Przypis po latach, w: Abecadło, op. cit., s. 5.
14 Ibidem.
KALENDARIUM WL
150 lat temu urodziła się
Maria Rodziewiczówna
(02.02.1863-16.11.1944)
pseudonimy "Żmogus", "Maro", "Weryho", autorka m.in. Lata leśnych ludzi i Dewajtis.
Największy rozum - do czasu milczeć i do czasu mówić.
Polacy powinni się arystokratyzować, a nie chamieć.
-
550 lat temu urodził się
Giovanni Pico della Mirandola
(24.02.1463-17.11.1494)
włoski filozof, uczony i autor O godności człowieka.
Natomiast rodzącemu się człowiekowi dał Ojciec wszelkiego rodzaju nasiona i zarodki wszelkiego rodzaju życia, które zaś z nich uprawiać będzie, te dojrzeją i owoc swój w nim wydadzą. Jeśli zarodki wegetatywne, stanie się rośliną, jeśli zmysłowe - zwierzęciem będzie, jeśli racjonalne - stanie się istotą niebiańską. A jeśli intelektualne - wówczas aniołem będzie i synem bożym.
-
100 lat temu urodził się
Irwin Shaw (Irwin Gilbert Shamforoff)
(27.02.1913-16.05.1984)
amerykański dramaturg i pisarz; autor powieści Młode lwy i Pogoda dla bogaczy.
Nie ma żadnego planu dla miłości, walki, śmierci, dla niczego. Istnieje tylko wzór matematyczny: człowiek plus jego zamiary równa się przypadek.
-
30 lat temu zmarła
Kazimiera Iłłakowiczówna
(6.08.1888-16.02.1983)
poetka i tłumaczka, m.in. literatury węgierskiej.
Wiersz rodzi się z poczucia samotności i jako ucieczka od ciżby, z siły i z bezsiły, z szoku radosnego i bolesnego, ale najpewniej - z nudy, z pustki.
-
340 lat temu zmarł
Molier (Jean Baptiste Poquelin)
(15.01.1622-17.02.1673)
francuski komediopisarz, autor m.in. Świętoszka, Skąpca, Mizantropa.
Gdy kobieta, odmawiając miłości, ofiaruje ci przyjaźń - nie traktuj tego jak odmowy; znaczy to, że chce postępować według kolejności.
Bez kobiet dwa okresy życia byłyby bez opieki, a środkowy bez rozkoszy.
W ROZMOWIE WL
Najważniejsze jest szanowanie człowieka
z Rafałem Skąpskim rozmawia Tomasz Malowaniec
Rafał Skąpski (dyrektor PIW-u, wiceminister kultury w latach 2001-2004)
Panie Ministrze, czego tak naprawdę najbardziej potrzebuje polska kultura?
W latach 2001-2004 współuczestniczyłem w podejmowaniu decyzji dotyczących kultury i wciąż boli mnie to, że nie ma jednej polityki kulturalnej państwa i nie ma logicznej kontynuacji; bywa tak, że ministrowie porywają się na budowanie programów wieloletnich, dalekowzrocznych, sięgających w kolejną dekadę, po czym odchodzą i wszystkie dokumenty lądują jeśli nie w koszu, to w archiwach. Raz bardziej wspieramy instytucje państwowe, a raz pozarządowe. To wszystko jest chaotyczne. A przecież minister kultury winien odpowiadać i mieć instrumenty prawne pewnej logistyki, by w sposób zrównoważony kulturę chronić i rozwijać we wszystkich regionach kraju. Wiadomo, że nie może odpowiadać za wszystkie domy kultury, za wszystkie ogniska i muzea, za wszystkie biblioteki, bo mamy już odpowiedzialność samorządów w tym względzie. Ale nie może być obojętny, jeśli w tych samorządach nie ma pożądanej wrażliwości na kulturę narodową i regionalną. Ponadto urzędnik państwowy z imienia i nazwiska powinien odpowiadać za konkretne decyzje, np. w sprawie przyznania jakiejś dotacji, a nie jakaś anonimowa komisja. Bo wtedy zaciera się odpowiedzialność i nie jesteśmy w stanie poznać wszystkich "przyjaciół królika".
Przez lata był Pan i jest osobą publiczną, pełnił Pan funkcje państwowe, społeczne. Teraz jest Pan ostatnim dyrektorem PIW-u, bardzo zasłużonego wydawnictwa działającego od 1946 roku, a będącego obecnie w stanie likwidacji. Na pewno nieraz musiał Pan podejmować niełatwe decyzje i mówić "tak" lub "nie". W jakim stopniu bardzo długa tradycja pana rodziny pomaga Panu w realizacji tylu zadań i funkcji? Czy Rafał Skąpski byłby sobą bez tak pięknego zaplecza pokoleniowego i co jest w nim dla Pana najważniejsze?
Wszystkie osoby na stanowiskach kierowniczych stale się z tym problemem borykają, bo nałożona jest na nie jakaś odpowiedzialność. W związku z tym muszą podejmować wiele decyzji. Niewątpliwie znacznie łatwiej jest podejmować decyzje na "tak". Zawsze lepiej jest podjąć decyzję, niż obiecywać, że się ją podejmie. Uważam nawet, że zła decyzja jest lepsza niż jej brak. Złą decyzję można jeszcze naprawić, a czasem zaniechanie i brak decyzji jest trudniejsze do naprawienia. Natomiast o wiele trudniej jest zakomunikować negatywną decyzję, choć z mojego doświadczenia wiem, że mimo wszystko jest nam wtedy znacznie lżej. Trzeba się przełamywać i mówić rzeczy będące w zgodzie z naszym przekonaniem. Lepiej nie utrzymywać kogoś w nadziei, która nie może być spełniona. Na tym polega brzemię decyzyjności, ale ktoś to musi robić. Każdy z nas wyrasta z jakiejś przeszłości, w której coś istotnego otrzymaliśmy czy to poprzez geny, czy wychowanie domowe czy w końcu edukację. W każdym życiu pojawiają się wskazówki, jak działać, czy to w domu czy w szkole, która jest wpisana w politykę edukacyjną państwa. Z kolei dla osób wierzących takimi wzorcami są dodatkowo kościoły i ich religie. Ciągłość tradycji i przekazu pokoleniowego musi istnieć, nie można żyć w pustce ideowej i aksjologicznej. W ostatnich dwudziestu latach bardzo szybko zmienia się otoczenie wokół nas, często nas to zaskakuje i dziwi. To tempo nie ułatwia nam funkcjonowania. Wcześniej był to proces wolniejszy i było nam łatwiej przyzwyczajać się do zmian kulturowych, obyczajowych, gospodarczych czy społecznych, które siłą rzeczy musiały następować. W każdym z nas muszą być jednak odciśnięte jakieś zasady, jakby uniwersalnej matrycy, które pomagają nam postępować w podobny sposób, jak to czynili nasi ojcowie, dziadkowie...
A które pokolenie w Pana życiu było ważniejsze - ojca czy dziadka?
Nie mogę się wzorować wyłącznie na moim ojcu - raczej chcę czerpać od każdego z antenatów, zarówno ze strony ojca, jak i matki, wziąć coś dobrego, na ile mi wiedza i sentyment pozwalają. Ród Skąpskich zaczyna się od konfederata barskiego, który uciekł do Galicji, więc generalnie mam w czym szukać odniesień i podobieństw... Mój stosunek do wnuków na pewno jest inny niż kiedyś był do własnych synów i córki - po prostu jestem już bardziej dojrzały. Dlatego jestem bardziej wyrozumiały i pobłażliwy w stosunku do moich wnuków niż na przykład moja matka Janina była w stosunku do mnie. Choć łapię się wciąż na tym, że posługuję się teraz podobnymi argumentami, jakie słyszałem przed laty od matki, a wówczas przecież je odrzucałem... Ojciec niestety zmarł, gdy miałem dwanaście lat. I znów tu mamy sztafetę pokoleń, gdzie uczymy się od siebie i albo postępujemy podobnie, albo zasadniczo to zmieniamy, pamiętając różne szczegóły z przeszłości. Dlatego za najważniejszą wartość uznaję szanowanie drugiego człowieka i tego zdążył nauczyć mnie ojciec, kiedy pełnił funkcje kierownicze i stykał się z różnymi ludźmi, niezależnie od ich hierarchii i wykształcenia. Ten szacunek powinien być czymś naturalnym, wpisanym w naszą kulturę i codzienne zachowania czy to w pociągu, czy kolejce...
Czy to właśnie ten szacunek dla drugiego człowieka doprowadził Pana do lewicowości, bo jest Pan przecież człowiekiem lewicy?
Myślę, że tak. Można lewicowość łączyć właśnie z tym szacunkiem, tolerancją, choć dodam, że rodzina przed wojną nie miała związków z lewicą. Ale wojna wszystko przewartościowała, zmieniła hierarchię wartości, wprowadziła także pewien relatywizm. Jednak najważniejsze było "być", niż "mieć" czy posiadać. Potraciliśmy, nie tylko moja rodzina, bardzo wiele, ale żyliśmy i to się liczyło. Pyta Pan o lewicowość... Pamiętam w latach 70. spotkanie w Warszawie z młodzieżą z Berlina Zachodniego, która siebie jednoznacznie nazywała marksistami czy nawet komunistami. Zazdrościłem, że tak łatwo jest im nazwać siebie. Byłem wówczas działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich, aprobowałem z grubsza to, co mnie otaczało, ale nie potrafiłem określić swej przynależności ideologicznej tak jednoznacznie. Wszystko się zmienia, a dziś niektóre pojęcia tak się pozacierały, a nawet pozazębiały... lewica, centrum, prawica. Myślę, że w jakimś stopniu na tym zaważyła nasza historia, spójrzmy choćby na biografię Piłsudskiego, jakąż ewolucję przeżył. Zostałem wychowany w przekonaniu o trwałości systemu politycznego, zaproponowanego nam przez wielką trójkę. Należało więc w tej rzeczywistości nam narzuconej robić wszystko najlepiej, jak się dało. Dlatego ja osobiście nie mam inklinacji ku jakimkolwiek zmianom o charakterze rewolucyjnym czy kontrrewolucyjnym. Jestem za zmianami poprzez spokojną ewolucję. Bo moja "lewicowość" to tolerancja, szacunek - także do tradycji, zrozumienie, współistnienie i współdziałanie.
Ta różnica zarysowujących się stanowisk nierzadko prowadzi nas do upraszczających etykietek. Etykietowanie bardzo często zastępuje rzeczowy dialog z argumentami, prawda?
Etykietka zaognia dyskusję, ale czy ją posuwa do przodu... Uważam, że celem dyskusji jest usłyszenie racji drugiej strony, a nie powtarzanie do znudzenia własnych prawd. Trzeba podjąć próbę zrozumienia toku myślenia rozmówcy i uszanować tę jego odmienność, która jest przypisana do jego autonomicznej osobowości. Ale też oczekiwać tego samego z tamtej strony. Chyba potrafimy już szanować różne przekonania religijne, a z politycznymi mamy jeszcze trochę problemów... Od wielu lat.
W takim razie, kiedy było łatwiej? W okresie PRL-u, kiedy była tak silna emigracja wewnętrzna, którą ja nazywam emigracją obojętności, czy teraz, kiedy tak często język argumentów jest zastępowany językiem epitetów?
Ma Pan rację, wtedy nie było sytuacji bezpośrednich zderzeń i nie było takiego pozycjonowania przeciwników, jak to ma miejsce dzisiaj. A przecież jest jakiś katalog spraw, które niezależnie od naszych poglądów, wyznawanej wiary, afirmowania takiego czy innego idola, który wymaga naszej aktywności i załatwienia. Myślę tu choćby o kulturze, choć nigdy nie będzie ona apolityczna, bo i sami twórcy mają święte prawo do różnych poglądów, ale kultura nie może być miejscem politycznych rozgrywek. I państwo powinno chronić to, co nazywamy kulturą narodową, a więc to, co nas wyróżnia i identyfikuje narodowo. Kategoria narodu jest tu prymarna w stosunku do pojęcia społeczeństwa. Kultura i tradycja są ze sobą związane i powtórzę, że moje rozumienie lewicy nie wyrzeka się tradycji. Pamiętam liczne spotkania w roku 2003, kiedy przekonywaliśmy różnorodne środowiska do akcesu unijnego i wtedy kładłem silny nacisk na tradycję, którą mamy wnieść do Unii Europejskiej, bez najmniejszego poczucia wstydu. Rząd zobowiązał się wtedy chronić to, co narodowe i specyficzne dla nas i korzystać jak najszerzej z tego, co europejskie i zunifikowane. Dodam, z pełnym uwzględnieniem tradycji I i II Rzeczypospolitej, ze świadomością jej minusów i plusów. Mądra refleksja o przeszłości, choćby o powstaniu styczniowym czy w ogóle o wszystkich zrywach narodowych, powinna być trwałym elementem naszego bycia we współczesności.
Gdy myślę o Powstaniu Styczniowym, to na myśl przychodzą mi teksty Żeromskiego, Orzeszkowej, Konwickiego, ale nade wszystko postać szczególna - Stanisława Wokulskiego, który najpierw idzie do powstania, a później robi mentalne powstanie w Warszawie już po powrocie z Syberii Czekanowskich, Czerskich i Dybowskich...
To powstanie spowodowało bardzo ważny ruch umysłowy... Skoro nadal jesteśmy pod zaborami, to przynajmniej stawajmy się innymi, lepszymi i Prus nam to pokazał. Właśnie niedawno napisałem artykuł o pewnym kupcu warszawskim, który, moim zdaniem, jest jednym z ważniejszych protoplastów samego Wokulskiego. Niewątpliwie Prus tworzył tę postać ze zlepków różnych przekazów o przeróżnych ciekawych osobach swego czasu. Według mnie najwięcej tych cech posiada warszawski kupiec Leon Krupecki, który sprowadzał i towary kolonialne, i owoce morza, dobre kawy i herbaty. Mieszkał w kamienicy na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej, z której spiskowcy rzucili bombę na gubernatora Berga, za co Rosjanie mieszkańców tej kamienicy wysiedlili, część osób aresztowali, a przez jedno okno, jak wiemy, został wyrzucony Norwidowski fortepian Chopina... Krupeckiego więc także aresztowano i zesłano na kilka lat w głąb Rosji. Po powrocie spotyka się z moim prapradziadkiem Janem Odrowążem Pieniążkiem, który staje się jego radcą prawnym. Krupecki-Wokulski to fenomenalna propozycja Prusa dla poharatanego powstaniem narodu, by skupić się na budowaniu gospodarki...
Zastanawiam się, co by było, gdybyśmy po każdym powstaniu mieli takich Wokulskich, to może już do następnych rozlewów krwi by nie dochodziło...
Pan i ja nie znamy żadnego powstania, poza wielkopolskim i śląskimi, z którego podnosilibyśmy się silniejsi... W powstaniu warszawskim część mojej rodziny zginęła jako cywile, dziadek przeszedł przez Pruszków, straciwszy wszystko i wtedy nauczył się tego, żeby nie przywiązywać się do rzeczy i dóbr materialnych. Potem dziadek trafił do willi pana Witaczka w Żółwinie pod Milanówkiem, fabrykanta jedwabiu. Kilka tygodni później w tym samym domu zamieszkał Ferdynand Ossendowski. Połączył ich pokój, a może i łoże...
W 1979 roku w krakowskim Muzeum Narodowym odbyła się legendarna już wystawa Polaków Portret Własny. Jak wyglądałby i z czego byłby głównie złożony portret nas samych na początku XXI wieku i na pięć lat przed stuleciem niepodległości?
Pamiętam tę wystawę, której twórcą był prof. Marek Rostworowski. Obejrzało ją kilkadziesiąt tysięcy widzów... Wokulski na pewno powinien się tam znaleźć, na tym zbiorowym portrecie czy autoportrecie narodowym... Kogo pokazać? Czy to mają być wzorce czy również osoby, które są przestrogą... Ale niewątpliwie musiałby się znaleźć Bogumił Niechcic, nieco szalony Rafał Olbromski, po którym noszę imię. Twórczość Żeromskiego wpisała się niewątpliwie w losy i duchowość mojej rodziny. Ciekawostka - i Żeromscy, i Skąpscy pieczętują się tym samym herbem Jelita. Mój brat ma na imię Tomasz, no bo Judym, i synowie siostry mej matki to Krzysztof, no bo Cedro, i Piotr, no bo może doktor Piotr z tego znanego opowiadania o zadośćuczynieniu. Zresztą jest wśród nas żywa legenda o tym, że ojciec mojej matki znał Żeromskiego i bywał u niego. Ja z kolei Żeromskiego (twórczość) poznałem w szkole średniej, kiedy najwięcej się chłonie. Nie byłem do niego przymuszany, ale Róża mnie nie porwała... Byłem na jej adaptacji w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie. Sienkiewicz był na dalszym planie. Ale powiedziałem o Niechcicu... Przeczytałem od deski do deski całe Noce i Dnie Dąbrowskiej. I znalazłem tam genialny portret polskich charakterów, stosunków rodzinnych i wartości... Bogumił Niechcic zawsze przypomina mi ojca, który z wykształcenia był rolnikiem po bydgoskiej akademii i swoją pracę traktował jak wielką pasję. Choć pracował przed wojną i po niej na "cudzej ziemi", bo w dobrach księcia Romana Sanguszki pod Tarnowem, a po 1945 pracował w rolnictwie upaństwowionym. To jednak był ten sam etos, to przywiązanie do ziemi, której się służy. Zresztą pradziad też był zarządcą dóbr, w Galicji u Marszałkowiczów, a dziadek dzierżawił majątek Stadnickich - Brzezną.
Ale w tym odnowionym portrecie Polaków po latach tworzonym znowu Pana refleksją brakuje mi jakiejś damy...
Nie wyobrażam sobie, żeby człowiek publiczny, mężczyzna, nie pozostawał pod wpływem swojej partnerki, nie konsultował, nie był przez nią oceniany i nie weryfikował swoich działań przez pryzmat rozmów z bliską sobie kobietą... Przy okazji, powiem panu, że choć nazywam się feministą, bo podpisałem się pod słynnym apelem profesora Wiktora Osiatyńskiego, to jestem przeciwko parytetom, bo parytet w sposób sztuczny narzuca konieczność dopełnienia. Jak jest pięciu posłów, to musi być także pięć posłanek... a życie polityczne jest na tyle brutalne, że kobiety prawdopodobnie wolą w nim nie uczestniczyć. Wiec nie przeszkadzajmy tym, które mimo wszystko chcą w nim brać udział, natomiast pozostałych nie zmuszajmy, bo powtórzymy historię ze zmuszaniem kobiet do tego, by prowadziły traktory. A może to właśnie kobiety są takimi reżyserkami w kinie i teatrze życia, które wypowiadają się nie bezpośrednio, a jedynie poprzez wpływ na męskich aktorów na takim czy innym planie. Kto wie... No dobrze, przychodzi mi na myśl jedna osoba, o której nieraz mówiło się w domu. To była Maria Curie-Skłodowska. Ta kobieta, której się udało i przełamała pewne stereotypy, że kobieta nie studiuje, a jeśli już to na pewno nie chemię...
I nie odkrywa nowych pierwiastków.
Być może przywołuję tę postać dlatego, że matka mojej matki studiowała w Genewie na początku XX wieku przyrodę i medycynę. Tam zaprzyjaźniła się z dr Zofią Garlicką, teściową "Agatona" Stanisława Jankowskiego, i Natalią Zylberlast-Zandową, współpracownicą dra Janusza Korczaka...
O pozostałych Paniach związanych z losami rodziny Skąpskich będziemy rozmawiali w dalszym ciągu wywiadu w numerze 4 WL w marcu br. Zapraszamy.
Herb Jelita