Wiadomości Literackie 3 (2/2013) - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

8.78 zł
7.29 zł (7,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSPOMNIENIE

STA­CJA 2013:

JU­LIAN TU­WIM

Sła­wo­mir Ma­ło­ta

Daj mi wy­trwa­nia i sił wie­le, Boże,W ży­ciu, co bę­dzie twór­cze i sza­lo­ne.

Mo­dli­twa

Rok 2013 zo­stał ogło­szo­ny mię­dzy in­ny­mi ro­kiem Ju­lia­na Tu­wi­ma. Czy na pew­no to je­den z naj­waż­niej­szych pol­skich po­etów, czy war­to o nim mó­wić w dru­giej de­ka­dzie XXI wie­ku?

Bar­dzo czę­sto bywa, że przy­po­mi­na­nie ży­cio­ry­su po­ety jest wręcz nie­przy­zwo­ite wo­bec czy­tel­ni­ka. Bo je­że­li ktoś nie zna choć­by w za­ry­sie ży­cia Ju­lia­na Tu­wi­ma, ten pę­dem do bi­blio­te­ki, czy­tel­ni, in­ter­ne­tu lub po sznur. Le­piej za­wi­snąć, niż trwać w nie­wie­dzy. Syl­wet­ka Ro­cha Pe­kiń­skie­go jest wy­jąt­ko­wa i nie ma w tym stwier­dze­niu nic prze­sa­dzo­ne­go. Nie­wie­lu po­etów uczy­ni­ło ze swo­je­go ży­cia mi­ste­rium po­ezji i głę­bo­kiej (nie za­wsze) my­śli. Po­dział na twór­czość Tu­wi­ma dla do­ro­słych i dla dzie­ci, choć pro­sty i oczy­wi­sty, rów­nież wie­le mówi o po­ecie. A jak­że, nie tyl­ko po­ezja... Prze­cież Tu­wim to je­den z pro­to­pla­stów XX-wiecz­ne­go show-biz­ne­su. Jego tek­sty śpie­wał nie kto inny jak Han­ka Or­do­nów­na, Mie­czy­sław Fogg, Hen­ryk Wars, Zo­fia Ter­né, a po­tem Cze­sław Nie­men i choć­by Grze­gorz Tur­nau. Show-biz­nes to oso­bli­wy, ale w nie­któ­rych krę­gach na­zwi­ska to na­praw­dę gło­śne i naj­lep­sze. Re­cep­cja mu­zycz­na Tu­wi­ma nie koń­czy się na tym. Przy­po­mnieć wy­pa­da pro­jekt Po­eci, w któ­rym Tu­wim grał nie­mal­że pierw­sze skrzyp­ce. Utwo­ry sym­fo­nicz­ne z tek­sta­mi Tu­wi­ma wy­ko­ny­wa­li Ka­rol Szy­ma­now­ski, Hen­ryk Mi­ko­łaj Gó­rec­ki, Krzysz­tof Mey­er oraz Wi­told Lu­to­sław­ski. Jak się to wszyst­ko pięk­nie skła­da, że rok 2013 jest ogło­szo­ny ro­kiem Wi­tol­da Lu­to­sław­skie­go, Ju­lia­na Tu­wi­ma oraz che­mi­ka Jana Czo­chral­skie­go. Bo czyż mi­łość, któ­rej piew­cą po czę­ści był Tu­wim, nie jest jed­ną wiel­ką che­mią? Ufam, że Tu­wim z za­świa­tów i czy­tel­ni­cy wy­ba­czą mi ten przy­dłu­gi i z przy­mru­że­niem oka na­pi­sa­ny wstęp.

W 1918 wy­szedł de­biu­tanc­ki tom po­ezji Ju­lia­na Tu­wi­ma. Już w Czy­ha­niu na Boga moż­na było za­uwa­żyć nie­jed­no­rod­ność twór­czą i za­ha­cza­nie o róż­ne te­ma­ty - od mi­ło­ści i za­chwy­tu nad ży­ciem po owo ty­tu­ło­we czy­ha­nie na Boga, peł­ne buty i po­szu­ki­wa­nia wła­ści­wych i war­to­ścio­wych idei. De­biut Tu­wi­ma z 1918 roku pro­wo­ku­je do za­sta­no­wie­nia się, na ile wy­zna­nia za­war­te w to­mi­ku są szcze­re. Je­śli jed­nak weź­mie­my pod uwa­gę choć­by ko­re­spon­den­cję Tu­wi­ma z Ka­zi­mie­rą Ił­ła­ko­wi­czów­ną, to zo­ba­czy­my wy­raź­nie, że kie­dy Tu­wim żar­to­wał i drwił z wie­lu rze­czy, ro­bił to na­mięt­nie, jed­nak po­waż­ny ton to­wa­rzy­szył mu rów­nie czę­sto. Przy­to­czyć wy­star­czy wiersz Mo­dli­twa. Rzad­ko spo­ty­ka się mo­dli­twy bez uko­rze­nia się przed Stwór­cą. W tym wier­szu Tu­wim po­ku­sił się na­wet o wy­gra­ża­nie Bogu:

Ale pa­mię­taj: gdy pad­nę, nie­szczę­ście

Moje ol­brzy­mie w twarz ci­snę Ci, Boże.

Wiedz: w górę wznio­sę dwie że­la­zne pię­ście,

Oczy spło­mie­nię, spoj­rzę i - za­gro­żę!

Uznać wiel­kość Boga i jed­no­cze­śnie mu wy­gra­żać może tyl­ko czło­wiek nie­ba­nal­ny i wiel­ki, świa­do­my, kim sam jest, i kim jest Bóg. Wo­ła­nie w Mo­dli­twie jest peł­ne wia­ry. Nie jest to pu­ste wy­zna­nie bie­gną­ce w próż­nię, gdzie pod­miot li­rycz­ny mówi do Boga, a jed­no­cze­śnie nie do koń­ca wie­rzy w Jego ist­nie­nie. Tu­wi­mow­ska bez­czel­ność, z któ­rą mamy w tym wier­szu do czy­nie­nia, utwier­dza nas w prze­ko­na­niu, że ty­tu­ło­wa mo­dli­twa pro­wa­dzi do dia­lo­gu. Jesz­cze je­den ele­ment po­wo­du­je nie­po­kój umy­słu. Proś­ba o to, by ży­cie było twór­cze i sza­lo­ne. Moż­na jak naj­bar­dziej pójść ścież­ką in­ter­pre­ta­cji, z któ­rej wy­ni­ka, że prze­cież ży­cie Tu­wi­ma było twór­cze i sza­lo­ne. O twór­czo­ści świad­czy nie tyl­ko licz­ba wy­da­nych dzieł, ale rów­nież ich ja­kość. Bio­gra­fia po­ka­zu­je sza­leń­stwo Tu­wi­ma, któ­re­go moż­na szu­kać w jego sta­nach ner­wi­co­wych i ago­ra­fo­bii.

Lek­tu­ra Czy­ha­nia na Boga do­star­cza czy­tel­ni­ko­wi nie lada wra­żeń. Otwie­ra­jąc to­mik, spo­dzie­wa­my się in­tym­nych wy­znań, głę­bo­kiej me­ta­fi­zy­ki i rze­czy­wi­ście je znaj­du­je­my. Jed­nak już dru­ga część przy­no­si, de­li­kat­nie mó­wiąc, zdzi­wie­nie. Otóż roz­po­czy­na się wier­szem Wio­sna. Trud­no o tym my­śleć, a co do­pie­ro pi­sać. Tu­wim zda­je się czy­hać na Boga i po­ka­zy­wać mu pięk­no stwo­rzo­ne­go przez nie­go świa­ta w spo­sób ra­czej nie­spo­ty­ka­ny. Kto pierw­szy raz czy­ta ten wiersz, spo­dzie­wa się spon­ta­nicz­nej, peł­nej ra­do­ści afir­ma­cji Boga i ra­czej się nie myli. Jed­nak ostat­ni wers może wy­wo­łać kon­ster­na­cję.

Ser­ce pęcz­nie­je, na­brzmie­wa,

We­se­le mu­su­je w cie­le,

Moż­na osza­leć z ra­do­ści,

O, moi przy­ja­cie­le!

Od stóp do gło­wy krą­ży

Po­tok nie­po­wstrzy­ma­ny!

Po­my­śl­cie, co się dzie­je!

Jaki to pęd opę­ta­ny!

Jak bar­dzo jest! jak wie­le!

Jak żywo, zu­peł­nie, cało!

- Chodź, Mło­da do Mło­de­go

Oj­co­stwa mi się za­chcia­ło!

(JU­LIAN TU­WIM, Wio­sna [w:] Czy­ha­nie na Boga, War­sza­wa 1918.

Przy ca­łym za­sko­cze­niu, ja­kie przy­no­si ostat­ni wers, nie spo­sób prze­cież oprzeć się wra­że­niu, że do­cho­dzi do pa­ra­fra­zy Pie­śni nad Pie­śnia­mi. Ob­lu­bie­niec i Ob­lu­bie­ni­ca u Tu­wi­ma sta­ją się Mło­dym i Mło­dą. Do­cho­dzi do re­wi­zji, no­we­go, z przy­mru­że­niem oka, spoj­rze­nia na tekst na­tchnio­ny. Po raz ko­lej­ny w li­te­ra­tu­rze moż­na spo­tkać się z kon­sta­ta­cją, że po­żą­da­nie to rów­nież dzie­ło Boga. Owa wio­sen­na chuć, któ­ra wy­ni­ka z za­chwy­tu nad porą wio­sen­ną, ma tak­że swo­je źró­dło w stwo­rze­niu. Lo­gi­ka to nie­co po­kręt­na i nie­wy­god­na, ale prze­cież może być słusz­na. Wszak taka igrasz­ka z Pie­śnią nad Pie­śnia­mi jest jak naj­bar­dziej w sty­lu Tu­wi­ma. Bez cham­stwa, ale z żar­tem i zu­chwa­ło­ścią na­wet wo­bec Boga. Oto Tu­wim - po­boż­ny roz­pust­nik - z fi­ne­zją god­ną boga po­etów za­chę­ca do za­chwy­tu nad mi­ło­ścią, ja­ką­kol­wiek.

Nie da się o Tu­wi­mie pi­sać, mó­wić, my­śleć w ode­rwa­niu od jego ko­rze­ni. Po­cho­dził prze­cież z za­sy­mi­lo­wa­nej ro­dzi­ny ży­dow­skiej. Jed­nak je­den wiersz moż­na po­trak­to­wać jako roz­li­cze­nie się ze swo­im po­cho­dze­niem. Zdzi­wi się ten, kto ocze­ki­wał­by ra­dy­kal­ne­go po­tę­pie­nia lub bez­gra­nicz­nej po­chwa­ły Ży­dów. Jacy za­tem są Ży­dzi w wier­szu o tym sa­mym ty­tu­le? Są czar­ni i chy­trzy, tak samo chy­trze się uśmie­cha­ją, my­ślą, że po­ję­li wszel­kie mą­dro­ści. Nie spo­sób się nie zgo­dzić, że w przed­wo­jen­nej Pol­sce nie bra­ko­wa­ło Ży­dów, któ­rzy odzie­ra­li in­nych z god­no­ści, ka­rząc się iskać pod­czas sza­ba­tu. Wi­dać iro­nię w na­zy­wa­niu ich przez po­etę Po­ma­zań­ca­mi, wy­bra­nym na­ro­dem czło­wie­czym. Jed­nak jak na Tu­wi­ma przy­sta­ło, po­ka­zu­je też wiel­ką tra­ge­dię, jaka spo­tka­ła na­ród ży­dow­ski. Za­uwa­ża w ich oczach wiecz­ny strach, nie­po­kój i nie­pew­ność. Bo prze­cież każ­dy musi się zgo­dzić, że

Wie­ki wy­ry­ły im na twa­rzach

Bo­le­sny gry­mas cier­pie­nia

Bo no­szą w du­szy wspo­mnie­nia

O mu­rach Je­ro­zo­li­my

O ja­kimś czar­nym po­grze­bie

O ry­kach na cmen­ta­rzach...

OD REDAKCJI

W stycz­niu Pol­skie Ra­dio pod­ję­ło bar­dzo waż­ny te­mat ce­lo­wo­ści funk­cjo­no­wa­nia pra­sy li­te­rac­kiej w na­szym spo­łe­czeń­stwie. Czy w ogó­le jest po­trzeb­na? Naj­pro­ściej by­ło­by od­po­wie­dzieć "tak", bo jest li­te­ra­tu­ra. Sko­ro są ci, któ­rzy pi­szą, i są ci, któ­rzy czy­ta­ją (bez wzglę­du na ro­dzaj no­śni­ka), to i pi­sma li­te­rac­kie mają ra­cję bytu. Ale to tyl­ko dla nas, twór­ców tej pra­sy, wy­da­je się ta­kie oczy­wi­ste...

Zacz­nij­my od tego, co przy­świe­ca na­szej co­dzien­nej pra­cy re­dak­cyj­nej. Otóż uzna­li­śmy, że po­nad trzy­dzie­sto­mi­lio­no­wy na­ród w środ­ku Eu­ro­py, cie­szą­cy się od lat nie­pod­le­gło­ścią i wol­no­ścią twór­czą, po­wi­nien mieć jak naj­wię­cej moż­li­wo­ści li­te­rac­kiej wy­po­wie­dzi na wszyst­kie nur­tu­ją­ce go pro­ble­my, za­rów­no o cha­rak­te­rze spo­łecz­nym, oby­cza­jo­wym, es­te­tycz­nym, jak też po­li­tycz­nym, a na­wet go­spo­dar­czym, sko­ro przy­szło nam od wie­ków eg­zy­sto­wać w tak nie­ko­rzyst­nym i ar­cy­trud­nym po­ło­że­niu geo­po­li­tycz­nym mię­dzy dwo­ma gi­gan­ta­mi kul­tu­ry i po­li­ty­ki eu­ro­pej­skiej, tj. mię­dzy Niem­ca­mi a Ro­sją. Uzna­li­śmy po­nad­to, że je­śli już mamy wy­da­wać pi­smo li­te­rac­kie, to po­win­ni­śmy z całą od­wa­gą, ale bez py­chy, od­wo­łać się do naj­lep­sze­go, spraw­dzo­ne­go kil­ku­na­sto­let­nią dzia­łal­no­ścią przy­kła­du, i tu nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że bę­dzie­my czer­pać i uczyć się od Mie­czy­sła­wa Gry­dzew­skie­go i jego ty­go­dni­ka. Wie­my tak­że, że wy­da­wa­nie pi­sma li­te­rac­kie­go w spo­łe­czeń­stwie bu­du­ją­cym nowy ład eko­no­micz­ny, do­ra­bia­ją­cym się, jak też czę­sto le­d­wo wią­żą­cym ko­niec z koń­cem, jest za­da­niem nie­zwy­kle trud­nym. Li­te­ra­tu­ra nie jest bo­wiem to­wa­rem pierw­szej po­trze­by, ale chy­ba miał ra­cje Że­rom­ski, któ­ry go­ścił w pierw­szym nu­me­rze WL (6 I 1924 r.), że li­te­ra­tu­ra pol­ska ma za­wsze wię­cej ról i za­dań do wy­peł­nie­nia niż w każ­dym in­nym pań­stwie eu­ro­pej­skim. Musi bo­wiem od­ro­bić "spo­łecz­ną pańsz­czy­znę", po­le­ga­ją­cą na za­stą­pie­niu chro­mych lub nie­ist­nie­ją­cych mi­ni­sterstw; musi do bólu ana­li­zo­wać wiel­kość Po­la­ka w Po­la­ku, nie ma­jąc już sił i cza­su na do­szu­ki­wa­nie się "du­szy współ­cze­sne­go czło­wie­ka" w prze­cięt­nym na­szym oby­wa­te­lu. Dla­te­go też na­sza li­te­ra­tu­ra jest nie tyl­ko nie­zna­na sze­ro­kie­mu ogó­ło­wi eu­ro­pej­skie­mu, ale też nie może być prze­zeń zro­zu­mia­łą. Przez lata li­te­ra­tu­ra pol­ska była wy­cho­waw­cą po­ko­leń i "ce­men­tem spa­ja­ją­cym ro­ze­rwa­ne czę­ści na­ro­du" (z od­czy­tu S. Że­rom­skie­go wy­gło­szo­ne­go 28 sierp­nia 1915 roku w Za­ko­pa­nem pt. Li­te­ra­tu­ra a ży­cie pol­skie). Dziś wie­lu czy­tel­ni­ków chcia­ło­by po­wtó­rze­nia tych funk­cji, wi­dząc wiel­kie roz­war­stwie­nie spo­łecz­ne oraz spo­la­ry­zo­wa­nie po­staw.

Ale prze­cież li­te­ra­tu­rze wol­ne­go kra­ju, może nie­zbyt do­sko­na­le za­rzą­dza­ne­go, nie wol­no ni­cze­go na­rzu­cać. Na­le­ży ją ob­ser­wo­wać, mó­wić o niej, wspie­rać me­ce­na­tem pań­stwo­wym i pry­wat­nym oraz ki­bi­co­wać jej twór­com, cie­sząc się, że już nie cier­pięt­nic­two, a ra­dość i roz­kosz w każ­dym wy­mia­rze do­mi­nu­ją na stro­nach licz­nych pu­bli­ka­cji. Pi­sma li­te­rac­kie, w tym na­sze i na­szych za­cnych ko­le­ża­nek i ko­le­gów, mają sty­mu­lo­wać i za­uwa­żać, ko­men­to­wać i po­bu­dzać do pu­blicz­nej dys­ku­sji o kształ­cie i po­zio­mie pol­skie­go pi­śmien­nic­twa. Wię­cej. Pi­smo li­te­rac­kie ma wy­szu­ki­wać i po­ka­zy­wać wszel­kich "Ant­ków i Jan­ków Mu­zy­kan­tów" na­szej li­te­ra­tu­ry za­rów­no w kra­ju, jak i na emi­gra­cji, bo o ży­ciu pol­skim na ob­czy­znach nie wol­no nam za­po­mi­nać. Trze­ba wy­cią­gać za­pra­sza­ją­cą dłoń do pi­szą­cych już w szko­łach śred­nich we wszyst­kich śro­do­wi­skach. War­to­ścio­wych i do­brze za­po­wia­da­ją­cych się twór­ców no­bi­li­to­wać dru­kiem.

Pi­sma li­te­rac­kie, jak i sama li­te­ra­tu­ra, będą nam za­wsze to­wa­rzy­szyć pod jed­nym wszak­że wa­run­kiem - że będą czy­tel­ni­cy! A czy­tel­ni­ków może wy­kształ­cić i przy­go­to­wać, poza do­mem ro­dzin­nym, sza­no­wa­ny na­uczy­ciel, do­bry (a ta­kie­go nie mamy) sys­tem edu­ka­cyj­ny i oto­czo­na tro­ską lo­kal­nych spo­łecz­no­ści szko­ła. Czy­ta­nie nie może być modą, przy­mu­sem - czy­ta­nie musi być we­wnętrz­ną po­trze­bą. Czy­tam, bo chcę żyć pięk­niej, le­piej, mą­drzej... To pi­sma li­te­rac­kie mają zwra­cać uwa­gę na stan pol­sz­czy­zny i kul­tu­ry prak­ty­ko­wa­nej na co dzień. Sko­ro współ­cze­śnie do­mi­nu­je li­te­ra­tu­ra fan­ta­stycz­na lub kry­mi­nał albo czy­ta­dła do au­to­bu­su, to wca­le nie musi ozna­czać, że je­ste­śmy na rów­ni po­chy­łej i za chwi­lę wpad­nie­my w prze­paść za­tra­ce­nia i upad­ku... Są­dzi­my, że ra­czej je­ste­śmy w okre­sie przej­ścio­wym: z jed­nej stro­ny szu­ka­my in­spi­ra­cji, od­wo­łu­je­my się do chlub­nej prze­szło­ści, z dru­giej na­to­miast li­te­ra­tu­ra chce, jak za­wsze, być gło­sem cza­su, któ­ry ją zro­dził i świa­dec­twem te­raź­niej­szo­ści oraz sta­nu du­cho­wo-umy­sło­we­go spo­łe­czeń­stwa. Nie po­wsta­je prze­cież w próż­ni, jest ema­na­cją cza­su, miej­sca i ocze­ki­wań nadaw­ców i od­bior­ców.

Chce­my z przej­ścio­wo­ści wyjść do za­dań ge­nial­nych, któ­re za­chwy­cą nas i przy­szłe po­ko­le­nia... I niech to bę­dzie po­cząt­kiem pol­skiej de­ba­ty o roli li­te­ra­tu­ry w na­szym co­dzien­nym ży­ciu! "Dziś szu­ka się tego, co jest po­wab­ne!" - my znajdź­my to, co jest...

EX CATHEDRA

ABE­CA­DŁO

for­ma bar­dziej po­jem­na

Klau­dia Wy­gra­lak

Wiek XX przy­niósł praw­dzi­wą eks­plo­zję pa­mięt­ni­ków, dzien­ni­ków, wspo­mnień, sło­wem - wszel­kich ga­tun­ków skła­da­ją­cych się na pi­sar­stwo au­to­bio­gra­ficz­ne lub - ko­rzy­sta­jąc z ter­mi­nu uku­te­go przez Ro­ma­na Zi­man­da - "li­te­ra­tu­rę do­ku­men­tu oso­bi­ste­go"1.

Więk­szość form skła­da­ją­cych się na ten ro­dzaj sztu­ki pi­sar­skiej ma wie­lo­wie­ko­wą tra­dy­cję ge­no­lo­gicz­ną, któ­rej za­so­bów, zda­wa­ło­by się, nie spo­sób wzbo­ga­cić. Tym­cza­sem w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku po­ja­wia­ją się na pol­skim ryn­ku wy­daw­ni­czym abe­ca­dła - utwo­ry szcze­gól­ne, bo nie­jed­no­rod­ne w swo­jej ga­tun­ko­wej toż­sa­mo­ści i wy­ka­zu­ją­ce ten­den­cję do by­to­wej sa­mo­dziel­no­ści. Ich ce­chą wspól­ną i naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ną jest uło­że­nie au­tor­skich za­pi­sków o cha­rak­te­rze wspo­mnie­nio­wym w po­sta­ci ha­seł słow­ni­ko­wych w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym. W utwo­rach tych wi­dzę nową ja­kość, któ­ra ko­rzy­sta­jąc ze zdo­by­czy li­te­ra­tu­ry oso­bi­stej, two­rzy na jej grun­cie ge­no­lo­gicz­ne no­vum.

Na oma­wia­ną gru­pę skła­da­ją się: Al­fa­bet wspo­mnień (1975) An­to­nie­go Sło­nim­skie­go, Abe­ca­dło Ki­sie­la (1990) Ste­fa­na Ki­sie­lew­skie­go oraz utwo­ry Cze­sła­wa Mi­ło­sza - Abe­ca­dło Mi­ło­sza (1997) i Inne abe­ca­dło (1998), któ­re w 2002 roku wy­da­ne zo­sta­ły pod wspól­nym ty­tu­łem Abe­ca­dło.

Wspo­mnie­nia ska­man­dry­ty

Pra­cę nad Al­fa­be­tem wspo­mnień roz­po­czął Sło­nim­ski w maju 1972 roku. Wte­dy to za­trud­nił w cha­rak­te­rze se­kre­ta­rza Ada­ma Mich­ni­ka, któ­ry po­ma­gał mu w gro­ma­dze­niu ma­te­ria­łów do książ­ki. Od wrze­śnia te­goż roku w Po­li­ty­ce, Wię­zi oraz w Ty­go­dni­ku Po­wszech­nym za­czę­ły się uka­zy­wać pierw­sze frag­men­ty wspo­mnień. Go­to­wa pu­bli­ka­cja, wzbo­ga­co­na o czter­dzie­ści ha­seł, któ­re nie zo­sta­ły za­miesz­czo­ne w pra­sie, tra­fi­ła do rąk czy­tel­ni­ków w 1975 roku. We­dług Wła­dy­sła­wa Bar­to­szew­skie­go, cały na­kład pierw­sze­go wy­da­nia - 20 ty­się­cy eg­zem­pla­rzy - roz­szedł się nie­mal na­tych­miast2. Na Al­fa­bet wspo­mnień skła­da­ją się głów­nie ha­sła oso­bo­we, przy czym w krę­gu za­in­te­re­so­wa­nia Sło­nim­skie­go po­zo­sta­ją je­dy­nie nie­ży­ją­cy. We­dług ska­man­dry­ty tyl­ko ży­wot do­ko­na­ny może pod­le­gać pod­su­mo­wa­niom i to pod­su­mo­wa­niom szcze­gól­nym. Two­rzo­ne por­tre­ty ak­cen­tu­ją bo­wiem przede wszyst­kim do­bre stro­ny opi­sy­wa­nych. Rzad­ko po­ja­wia się tu kry­ty­ka czy wy­zło­śli­wie­nie, do­mi­nu­ją sza­cu­nek i zro­zu­mie­nie. Au­tor ob­cho­dzi się z pa­mię­cią o zmar­łych, tak jak na­ka­zu­je na­sza kul­tu­ra i re­li­gia. Pre­zen­tu­jąc syl­wet­ki Mie­czy­sła­wa Gry­dzew­skie­go czy Jana Le­cho­nia, z któ­ry­mi Sło­nim­ski przez wie­le lat był po­róż­nio­ny, do­strze­ga za­le­ty przy­ja­ciół swo­jej mło­do­ści oraz do­ce­nia wspól­ne prze­ży­cia. Za­baw­ne aneg­do­ty do­ty­czą­ce zmar­łych prze­pla­ta­ją się tu z fak­ta­mi o nich oraz z czu­łym wy­ra­zem tę­sk­no­ty. Bo­ha­te­ro­wie książ­ki Sło­nim­skie­go zda­ją się oży­wać na jej kar­tach. To wspo­mnie­nie au­to­ra przy­wo­łu­je do ży­cia, wskrze­sza, oca­la od za­po­mnie­nia. Jed­no­cze­śnie jest w tym pro­ce­sie coś upo­rczy­we­go, ja­kaś siła, któ­ra od­twa­rza czas i lu­dzi - szcze­gól­nych, waż­nych nie tyl­ko dla Sło­nim­skie­go, ale dla ca­łej pol­skiej kul­tu­ry. We wspo­mnie­niu po­świę­co­nym Ju­lia­no­wi Tu­wi­mo­wi au­tor pi­sze: "Nie wierz­cie ma­sce, któ­rą nam dziś za­sła­nia­ją twarz Tu­wi­ma. Nie była to an­tycz­na ma­ska muz Pie­ryd, upodob­nio­nych do tra­gicz­nych pta­ków. Tu­wim był we­so­ły i po­god­ny. O Wła­dy­sła­wie Bro­niew­skim z ko­lei:

Cho­ler­nie trud­no pi­sać o Bro­niew­skim, bo mi się po­mie­szał Po­mnik i Wła­dek. Wła­dek, świet­ny po­eta, stał się wła­sno­ścią na­ro­do­wą, a z Po­mni­kiem po­pi­ja­łem i gry­wa­łem w bry­dża.

Sło­nim­skie­mu uda­ło się stwo­rzyć wspo­mnie­nia, w któ­rych nie zo­sta­ła za­chwia­na rów­no­wa­ga. Z jed­nej stro­ny uczło­wie­cza, zdej­mu­je z pie­de­sta­łu lu­dzi fi­gu­ru­ją­cych w pod­ręcz­ni­kach do li­te­ra­tu­ry i hi­sto­rii. Z dru­giej, po­przez nada­nie im ry­sów zwy­czaj­no­ści, wpro­wa­dza do współ­cze­snej świa­do­mo­ści zu­peł­nie nowe spoj­rze­nie na tych gi­gan­tów po­przed­niej epo­ki. Wła­śnie tak ro­zu­miał rolę wspo­mnień Sło­nim­ski. Jako przed­sta­wi­ciel wy­mie­ra­ją­ce­go po­ko­le­nia, świa­dek hi­sto­rii, kwiat pol­skiej in­te­li­gen­cji, pra­gnął przy­bli­żyć swo­im na­stęp­com wie­dzę o prze­szło­ści. Każ­dą z opi­sa­nych oso­bo­wo­ści, a tak­że czas, na któ­ry przy­pa­dło ich ży­cie, uka­zał w ca­łej zło­żo­no­ści.

Ki­sie­lo­wa ga­wę­da

Ge­ne­za utwo­ru Ste­fa­na Ki­sie­lew­skie­go jest naj­oso­bliw­sza spo­śród wszyst­kich opi­sy­wa­nych abe­ca­deł. Otóż w 1987 roku re­ży­ser Ma­rian Ter­lec­ki po­sta­no­wił na­krę­cić film o Ki­sie­lu i za­pro­sił do współ­pra­cy To­ma­sza Woł­ka - hi­sto­ry­ka, dzien­ni­ka­rza, re­dak­to­ra na­czel­ne­go Ży­cia War­sza­wy i współ­pra­cow­ni­ka Ty­go­dni­ka Po­wszech­ne­go. W trak­cie krę­ce­nia zdjęć oka­za­ło się, że Ki­siel, opo­wia­da­jąc o swo­im ży­ciu, wpla­ta do wy­po­wie­dzi roz­ma­ite aneg­dot­ki na te­mat oso­bo­wo­ści świa­ta po­li­ty­ki, kul­tu­ry, biz­ne­su i li­te­ra­tu­ry. Dy­gre­sje te wy­da­ły się Woł­ko­wi na tyle cie­ka­we, że za­czął je no­to­wać, aż w koń­cu po­sta­no­wił wy­stą­pić do Ki­sie­lew­skie­go z pro­po­zy­cją na­pi­sa­nia w tym kształ­cie książ­ki. "Za­sia­dłem więc przy Ki­sie­lo­wym sto­le, roz­mia­ra­mi przy­po­mi­na­ją­cym bo­isko do pił­ki ręcz­nej, i na­pręd­ce na­ba­zgra­łem na kart­ce z górą sto na­zwisk. Czuj­ne pió­ro go­spo­da­rza skre­śli­ło z tej pro­wi­zo­rycz­nej li­sty paru de­li­kwen­tów, lecz w za­mian do­pi­sa­ło kil­ku­na­stu in­nych god­nych uwiecz­nie­nia. [...] Na­stęp­nie uda­ło się Mi­strza skło­nić do po­ką­sa­nia dal­szych stu kil­ku­dzie­się­ciu bliź­nich"3. Na utwór skła­da się 250 ha­seł uło­żo­nych w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym i od­no­szą­cych się wy­łącz­nie do osób. Są to po­sta­cie pu­blicz­ne re­pre­zen­tu­ją­ce świat po­li­ty­ki, me­diów, te­atru, Ko­ścio­ła, li­te­ra­tu­ry i na­uki. Bo­ha­te­ro­wie Abe­ca­dła Ki­sie­la są nie­zwy­kle róż­no­rod­ni, a je­dy­ną ce­chą wspól­ną jest wiek XX, na któ­ry przy­pa­dło ich ży­cie. Ki­sie­lew­ski wspo­mi­na za­rów­no ży­wych, jak i umar­łych, swo­ich bli­skich zna­jo­mych, przy­ja­ciół, współ­pra­cow­ni­ków oraz oso­by prak­tycz­nie mu nie­zna­ne, któ­re spo­tkał na swej dro­dze je­dy­nie kil­ka razy. O ile w utwo­rze Sło­nim­skie­go na plan pierw­szy wy­su­nę­ło się dwu­dzie­sto­le­cie mię­dzy­wo­jen­ne, o tyle czo­ło­we­go fe­lie­to­ni­stę Ty­go­dni­ka Po­wszech­ne­go in­te­re­su­je przede wszyst­kim Pol­ska po­wo­jen­na. Za­zna­czyć na­le­ży, że wspo­mnie­nia Ki­sie­lew­skie­go zo­sta­ły stwo­rzo­ne w in­nych re­aliach po­li­tycz­nych niż Al­fa­bet wspo­mnień - prak­tycz­nie u schył­ku ko­mu­ni­zmu. Cie­ka­we spo­strze­że­nie wy­ra­ził na ten te­mat Cze­sław Mi­łosz:

Ni­ko­mu in­ne­mu w Pol­sce nie uda­ło się ja­koś zdo­być pra­wa do wy­my­śla­nia pu­blicz­nie ko­mu­ni­stom w imię za­sad zdro­we­go roz­sąd­ku. Po­wta­rza­łeś upar­cie te Two­je ata­ki, aż uzna­no, że To­bie wol­no, bo zdro­wy roz­są­dek już wy­glą­dał na wa­riac­two4.

Dzię­ki temu "przy­wi­le­jo­wi" kar­ty utwo­ru za­peł­nia­ją na­zwi­ska człon­ków i se­kre­ta­rzy KC PZPR, mi­li­cjan­tów, ge­ne­ra­łów i mi­ni­strów. Świat po­li­ty­ki z do­kład­nie wy­zna­czo­ną gra­ni­cą mię­dzy wła­dzą a opo­zy­cją in­te­re­su­je au­to­ra naj­bar­dziej.

Oso­bli­wa ge­ne­za Abe­ca­dła Ki­sie­la przy­czy­ni­ła się do wy­bo­ru mo­de­lu nar­ra­cyj­ne­go, któ­ry To­masz Wo­łek okre­ślił mia­nem Ki­sie­lo­wej ga­wę­dy. Uru­cho­mio­ne przez dzien­ni­ka­rza sko­ja­rze­nie z epic­kim ga­tun­kiem wy­wo­dzą­cym się z ro­man­ty­zmu nie jest wła­ści­we. Cho­dzi ra­czej o ro­dzaj ko­mu­ni­ka­cji ję­zy­ko­wej, for­mę nar­ra­cji. Utwór Ki­sie­lew­skie­go jest za­tem li­te­rac­kim prze­two­rze­niem for­my mó­wio­nej, a ści­ślej - ust­nej opo­wie­ści, któ­rej po­czą­tek dał ko­men­tarz do fil­mu. W Abe­ca­dle Ki­sie­la od­naj­du­je­my wie­le śla­dów po­twier­dza­ją­cych mó­wio­ny cha­rak­ter utwo­ru, ta­kich jak: prze­ry­wa­nie cią­gu lo­gicz­ne­go wy­po­wie­dzi, po­wtó­rze­nia, ak­cen­to­wa­nie spon­ta­nicz­no­ści i bra­ku wcze­śniej­sze­go przy­go­to­wa­nia ma­te­ria­łu.

Mi­łosz w po­dró­ży

Abe­ca­dło, bo to ono jako wy­da­nie zbior­cze in­te­re­su­je mnie naj­bar­dziej, skła­da się ze 199 ha­seł, któ­re w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych utwo­rów z gru­py abe­ca­deł trud­no ska­te­go­ry­zo­wać. O ile do­syć ła­two wska­zać ha­sła oso­bo­we - 109 oraz na­zwy miejsc - 23, to po­zo­sta­łych 67 ha­seł może od­no­sić się do wie­lu ka­te­go­rii na­raz. Jak bo­wiem ska­te­go­ry­zo­wać "świa­do­mość przy­ćmio­ną", "bu­du­ją­ce lek­tu­ry", "aniel­ską sek­su­al­ność" czy "mi­łość pierw­szą"? Zda­je się, że ha­sła ta­kie, od­no­szą­ce się w wie­lu przy­pad­kach do po­jęć abs­trak­cyj­nych, uru­cha­mia­ją re­flek­sje o cha­rak­te­rze fi­lo­zo­ficz­nym, an­tro­po­lo­gicz­nym i eg­zy­sten­cjal­nym. O ile po­zo­sta­li twór­cy abe­ca­deł ści­śle trzy­ma­ją się fak­tów, nie dy­wa­gu­ją, nie fi­lo­zo­fu­ją, o tyle dla Mi­ło­sza wszyst­ko jest te­ma­tem twór­czej in­spi­ra­cji. Po­eta prze­fil­tro­wu­je przez sie­bie każ­dy z ele­men­tów skła­da­ją­cych się na świat. Sta­wia py­ta­nia o cel, hie­rar­chię, spo­sób. Nie kreu­je świa­ta, nie opi­su­je, lecz go in­ter­pre­tu­je i po­rząd­ku­je. Pod tym wzglę­dem wspo­mnie­nia no­bli­sty przy­wo­dzą na myśl ese­je.

Abe­ca­dło jest dzie­łem nie­zwy­kle spój­nym. Swo­ista mapa, któ­rą na­szki­co­wał w utwo­rze Mi­łosz, sta­no­wi prze­by­ty przez nie­go szlak wio­dą­cy przez Li­twę, Pol­skę, Fran­cję i Ame­ry­kę. Po­sta­ci za­pre­zen­to­wa­ne we wspo­mnie­niach są nie­ja­ko na­nie­sio­ne na tę mapę, przy­na­le­żą do da­nych miejsc i są w nie na sta­łe wpi­sa­ne. Oprócz zna­nych na­zwisk Mi­łosz oca­la od za­po­mnie­nia tych, któ­rym to na­praw­dę gro­zi­ło. Któż bo­wiem usły­szał­by o pięk­nej dwu­na­sto­let­niej Le­nie, z któ­rą mło­dziut­ki Cze­sław po­dró­żo­wał po­wo­zi­kiem do Rże­wa, albo o An­nie i Do­rci Dru­ży­no, o któ­rych pi­sze: "Nikt prócz mnie nie pa­mię­ta już ich na­zwi­ska", czy o Igna­cym Świę­cic­kim - ko­le­dze ze szkol­nej ławy, z któ­rym przy­jaźń prze­trwa­ła do koń­ca ży­cia. Ogrom­na war­tość utwo­ru Mi­ło­sza leży wła­śnie w wy­bo­rze po­sta­ci, w ze­sta­wie­niu tych ar­cy­cie­ka­wych, ale nie­zna­nych szer­szej pu­blicz­no­ści ży­cio­ry­sów ze wspo­mnie­nia­mi o Nał­kow­skiej, Ba­czyń­skim czy Je­leń­skim. Rola Mi­ło­sza po­le­ga na wy­po­wie­dze­niu się w imie­niu tych, któ­rzy nie mogą już tego uczy­nić sa­mo­dziel­nie, któ­rym za­bra­kło cza­su: "Je­stem wy­peł­nio­ny pa­mię­cią o lu­dziach, któ­rzy żyli i umar­li, pi­szę o nich za­ra­zem świa­do­my, że jesz­cze chwi­la, a mnie też nie bę­dzie. I ra­zem je­ste­śmy niby ob­łok czy mgła­wi­ca po­śród ludz­kich kon­ste­la­cji dwu­dzie­ste­go wie­ku"5.

Abe­ca­dło z pie­ca spa­dło

Wy­bra­nej przez mnie dla gru­py tek­stów na­zwy abe­ca­dło nie od­na­la­złam w żad­nym słow­ni­ku ter­mi­nów, ga­tun­ków czy ro­dza­jów li­te­rac­kich. Ha­sło zo­sta­ło uwzględ­nio­ne przez Słow­nik ję­zy­ka pol­skie­go, z któ­re­go do­wia­du­je­my się, że jest to:

zbiór li­ter pi­sma uży­wa­ne­go w ja­kimś ję­zy­ku uło­żo­ny w tra­dy­cyj­nym po­rząd­ku; przen. ele­men­tar­ne wia­do­mo­ści z ja­kie­goś za­kre­su: Abe­ca­dło kra­wiec­twa. Abe­ca­dło do­bre­go wy­cho­wa­nia6.

Zna­cze­nie pod­sta­wo­we od­no­si się oczy­wi­ście do al­fa­be­tu i w tym za­kre­sie sta­no­wi jego oczy­wi­sty sy­no­nim. Poza tym ten sam słow­nik, po­da­jąc de­fi­ni­cję al­fa­be­tu, uwzględ­nia w niej, i to bez od­sy­ła­cza, a więc w zna­cze­niu sy­no­ni­micz­nym, po­ję­cie abe­ca­dła. Nie­co in­a­czej okre­śle­nia te funk­cjo­nu­ją w świa­do­mo­ści po­tocz­nej. Bar­dzo cie­ka­we spo­strze­że­nie od­naj­du­je­my we wstę­pie do utwo­ru Ki­sie­lew­skie­go: jest to "nie tyle sta­tecz­nie upo­rząd­ko­wa­ny Al­fa­bet wspo­mnień, ile ra­czej Abe­ca­dło, i to ta­kie, co wła­śnie z pie­ca spa­dło; w do­dat­ku na łeb, na szy­ję"7. Z wy­po­wie­dzi tej wy­ni­ka, że abe­ca­dło nie sta­no­wi tu okre­śle­nia bli­sko­znacz­ne­go, wręcz prze­ciw­nie - sy­tu­owa­ne jest w opo­zy­cji. Wo­łek w al­fa­be­cie wi­dzi sta­bil­ność, po­rzą­dek, ry­gor. Abe­ca­dło zaś jest two­rem Tu­wi­mo­wym do kwa­dra­tu, bo nie dość że "spa­dło z pie­ca", to "w do­dat­ku na łeb, na szy­ję". Sko­ja­rze­nia z nim zwią­za­ne to: za­wa­diac­kość, roz­trze­pa­nie, nie­upo­rząd­ko­wa­nie i przy­pad­ko­wość. Do­brym tro­pem wy­da­je się rów­nież war­stwa prze­no­śna ba­da­ne­go ha­sła. Abe­ca­dło jawi nam się jako swo­iste va­de­me­cum, kom­pen­dium, pod­ręcz­nik czy ele­men­tarz. Za­mia­rem au­to­rów było spi­sa­nie wspo­mnień o oso­bach, wy­da­rze­niach, miej­scach, któ­re wszy­scy po­win­ni znać. Abe­ca­dło to zbiór wie­dzy ele­men­tar­nej o XX wie­ku po­da­nej w przy­stęp­nej al­fa­be­tycz­nej for­mie, któ­rą moż­na ba­dać na wy­ryw­ki, ale zna­jo­mość ca­ło­ści jest nie­zbęd­na - wie­dzę na­le­ży po­siąść od A do Z. Opty­ka ta nie jest jed­nak sta­ła. Prze­cież Abe­ca­dło Ki­sie­la czy Abe­ca­dło Mi­ło­sza (taki ty­tuł no­si­ło wy­da­nie z 1997 roku) jed­no­znacz­nie wska­zu­ją, z czy­im świa­tem mamy do czy­nie­nia. Bo­ha­te­ro­wie abe­ca­deł to lu­dzie, miej­sca i zda­rze­nia, obok któ­rych au­to­rzy nie mo­gli­by przejść obo­jęt­nie, któ­rych nie spo­sób po­mi­nąć mil­cze­niem, spi­su­jąc wspo­mnie­nia. W tym sen­sie nie mamy do czy­nie­nia z ka­no­nem wie­dzy uzna­nym przez więk­szość czy tra­dy­cję, ale z war­to­ścio­wa­niem su­biek­tyw­nym, jed­nost­ko­wym.

Ge­no­lo­gicz­ny misz­masz

Abe­ca­dło ma nie­zwy­kle zło­żo­ny, bo­ga­ty ro­do­wód. Z jed­nej stro­ny wy­wo­dzi się z tra­dy­cji syl­wicz­nej i jako tekst przy­na­le­żą­cy do blo­ku si­lva re­rum czy też - ko­rzy­sta­jąc z no­men­kla­tu­ry Ny­cza - "syl­wy współ­cze­snej"8, na wie­lu po­lach wy­ka­zu­je toż­sa­mość ze swo­imi no­bli­wy­mi po­przed­ni­ka­mi. Z dru­giej stro­ny czer­pie z ogrom­ne­go do­rob­ku "li­te­ra­tu­ry do­ku­men­tu oso­bi­ste­go", któ­ra za­kła­da przede wszyst­kim "płyn­ność gra­nic mię­dzy­ga­tun­ko­wych"9. W tej li­te­rac­kiej ro­dzi­nie, po­sił­ku­jąc się kon­cep­cją Zi­man­da, wi­dzę miej­sce abe­ca­dła - two­ru zło­żo­ne­go z "dwóch ko­smo­sów: świa­ta pi­sa­nia o so­bie wprost i świa­ta na­ocz­ne­go świa­dec­twa"10. Pierw­szy ze świa­tów ge­ne­ru­je mię­dzy in­ny­mi au­to­bio­gra­fię, dru­gi - pa­mięt­nik, wspo­mnie­nie o kimś i bio­gra­fię. Abe­ca­dło w więk­szym lub mniej­szym stop­niu ko­rzy­sta ze wszyst­kich wy­mie­nio­nych po­wy­żej ga­tun­ków. Jed­nak te uzna­ne kon­wen­cje sta­no­wią dlań je­dy­nie punkt wyj­ścia. Ża­den z ga­tun­ków, do któ­rych od­wo­łu­je się abe­ca­dło, nie zo­sta­je zre­ali­zo­wa­ny w peł­ni. Au­to­rzy prze­śli­zgu­ją się po nich, wy­bie­ra­ją nie­któ­re ce­chy, ale nig­dy nie re­spek­tu­ją for­my mo­de­lo­wej. Mamy za­tem niby-pa­mięt­nik, niby-bio­gra­fię, niby-au­to­bio­gra­fię. Zda­je się, że samo spię­cie tej drob­ni­cy klam­rą "li­te­ra­tu­ry do­ku­men­tu oso­bi­ste­go" nie wy­star­cza. Współ­wy­stę­po­wa­nie i nie­ostrość gra­nic sil­nie sprzy­ja­ją po­trze­bie de­fi­nio­wa­nia, ga­tun­ko­we­go do­okre­śla­nia. War­to za­zna­czyć, że po­trze­bę tę no­bi­li­tu­je fakt, iż abe­ca­dło sta­no­wi re­zul­tat au­tor­skich po­szu­ki­wań. Oto trzech wy­bit­nych twór­ców li­te­ra­tu­ry XX wie­ku nie od­naj­du­je w za­so­bach li­te­ra­tu­ry wspo­mnie­nio­wej ga­tun­ku za­spo­ka­ja­ją­ce­go ich wy­ma­ga­nia. Nie­chęć do tra­dy­cyj­nej for­mu­ły po­wie­ścio­wej, do snu­cia nar­ra­cji w ogó­le oraz ocho­ta na spró­bo­wa­nie cze­goś no­we­go to głów­ne po­wo­dy de­ter­mi­nu­ją­ce na­ro­dzi­ny abe­ca­deł. Sło­nim­ski sy­gna­li­zu­je "zmę­cze­nie sta­rą kon­wen­cją pro­zy opi­so­wej"11, a Ki­sie­lew­ski "chce spró­bo­wać we­dług al­fa­be­tu"12. Naj­cie­ka­wiej za­miar swój okre­śla Mi­łosz, któ­ry pi­sze "o po­szu­ki­wa­niu for­my bar­dziej po­jem­nej"13. Może się ona od­no­sić do abe­ca­dła jako swo­iste­go va­de­me­cum, en­cy­klo­pe­dii XX wie­ku zdol­nej po­mie­ścić do­wol­ną licz­bę bo­ha­te­rów pierw­szo­pla­no­wych. Do­dat­ko­wo ko­lej­ność al­fa­be­tycz­na spra­wia, że wszy­scy oni są rów­nie waż­ni, a o tym, kto wy­stę­pu­je przed kim i po kim, de­cy­du­je od­gór­na za­sa­da - po­rzą­dek al­fa­be­tycz­ny. Co bar­dziej praw­do­po­dob­ne, owa "for­ma po­jem­na" może do­ty­czyć sze­ro­kie­go wa­chla­rza środ­ków wy­ra­zu. Je­że­li bo­wiem dany ga­tu­nek jest swo­istym ko­la­żem wszel­kich form in­ty­mi­sty­ki, to wią­że się to z ogrom­ną swo­bo­dą twór­cy. Może on do­wol­nie ze­sta­wiać wła­ści­wo­ści cha­rak­te­ry­stycz­ne me­mu­ary­sty­ce, bio­gra­fii, ese­jo­wi.

Z jed­nej stro­ny twór­ca może sku­piać się na re­je­stro­wa­niu fak­tów, z dru­giej - na "go­nie­niu za pięk­nem"14. Do tych ar­gu­men­tów na­le­ży do­dać rów­nież fakt, że efek­ty pra­cy tych wy­bit­nych au­to­rów zo­sta­ły ukon­sty­tu­owa­ne prak­ty­ką czy­tel­ni­czą, któ­ra tym sa­mym wpi­sa­ła abe­ca­dła w pol­ską tra­dy­cję li­te­rac­ką. De­fi­ni­cja abe­ca­dła brzmia­ła­by za­tem tak: jest to ga­tu­nek wy­wo­dzą­cy się z si­lva re­rum i na­le­żą­cy do li­te­ra­tu­ry wspo­mnie­nio­wej. Za jego twór­cę uwa­żam An­to­nie­go Sło­nim­skie­go, któ­ry w 1975 roku opu­bli­ko­wał Al­fa­bet wspo­mnień, jed­nak roz­wój i po­pu­la­ry­za­cję za­wdzię­cza abe­ca­dło Ste­fa­no­wi Ki­sie­lew­skie­mu - Abe­ca­dło Ki­sie­la (1990) oraz Cze­sła­wo­wi Mi­ło­szo­wi - Abe­ca­dło Mi­ło­sza (1997), Inne abe­ca­dło (1998), Abe­ca­dło (2001). Głów­ną ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną tej for­my jest wy­ko­rzy­sta­nie al­fa­be­tu dla upo­rząd­ko­wa­nia tre­ści wspo­mnie­nio­wej. In­deks ha­sło­wy obej­mu­je przede wszyst­kim oso­by zna­ne ze świa­ta li­te­ra­tu­ry, po­li­ty­ki, na­uki, kul­tu­ry. Po­ja­wia­ją się tak­że oso­by nie­zna­ne szer­szej pu­blicz­no­ści, ale ta­kie, któ­re wy­war­ły zna­czą­cy wpływ na ży­cie twór­ców. Ha­sła do­ty­czą rów­nież miejsc, w któ­rych prze­by­wa­li au­to­rzy, in­sty­tu­cji, z któ­ry­mi byli zwią­za­ni, śro­do­wisk oraz po­jęć szcze­gól­nie ich in­te­re­su­ją­cych, pro­wo­ku­ją­cych cie­ka­we roz­wa­ża­nia, nie­raz na­tu­ry fi­lo­zo­ficz­nej (jak u Mi­ło­sza). Głów­ną funk­cją abe­ca­dła jest za­tem za­bez­pie­cze­nie pa­mię­ci o in­nych, o so­bie, ale nade wszyst­ko o cza­sie, na któ­ry przy­pa­dło ży­cie twór­cy. Jak przy­sta­ło na li­te­ra­tu­rę wspo­mnie­nio­wą, go­spo­da­rzem abe­ca­dła jest pierw­sza oso­ba licz­by po­je­dyn­czej, spo­ra­dycz­nie za­mie­nia­na na pierw­szą oso­bę licz­by mno­giej, gdy ha­sło do­ty­czy wspól­no­ty, do któ­rej przy­na­le­żał au­tor. Mimo ry­go­ry­stycz­nych za­sad bu­do­wy abe­ca­dło jest two­rem frag­men­ta­rycz­nym i amor­ficz­nym. Od­wo­łu­je się do bio­gra­fi­zmu i me­mu­ary­sty­ki. Oczy­wi­ście, każ­dy z po­szcze­gól­nych utwo­rów ge­ne­ru­je so­bie tyl­ko wła­ści­we na­wią­za­nia ga­tun­ko­we, wzbo­ga­ca­jąc znacz­nie in­deks ge­no­lo­gicz­ny mo­de­lu. Gru­pa tek­stów okre­śla­nych mia­nem abe­ca­deł za­li­cza się do twór­czo­ści póź­nej. Sta­rość sta­no­wi tu­taj nie­zwy­kle waż­ny i cen­ny kon­tekst od­nie­sień, to z nią kon­fron­to­wa­ne są wspo­mnie­nia z cza­sów mło­do­ści, po­glą­dy i in­spi­ra­cje.

Klau­dia Wy­gra­lak

Przy­pi­sy

1 R. Zi­mand, O li­te­ra­tu­rze do­ku­men­tu oso­bi­ste­go w ogó­le, a o dia­ry­sty­ce w szcze­gól­no­ści, w: Dia­ry­sta Ste­fan Ż., Wro­cław 1990, s. 6-45.

2 W. Bar­to­szew­ski, Mój Sło­nim­ski, w: Wspo­mnie­nia o An­to­nim Sło­nim­skim, pod red. P. Ką­dzie­li, A. Mię­dzy­rzec­kie­go, War­sza­wa 1996, s. 22.

3 T. Wo­łek, Jak po­wsta­ło "Abe­ca­dło", w: Abe­ca­dło Ki­sie­la, War­sza­wa 1990, s. 5.

4 Cz. Mi­łosz, By­łeś nie lada po­sta­cią, O S. Ki­sie­lew­skim roz­ma­wia­ła J. Pru­szyń­ska, w tej­że: Ki­siel, War­sza­wa 1997, s. 359.

5 Cz. Mi­łosz, Abe­ca­dło, Kra­ków 2002, s. 104.

6 "Abe­ca­dło", w: Słow­nik ję­zy­ka pol­skie­go, pod red. M. Szym­cza­ka, t. 1, War­sza­wa 1988, s. 2.

7 T. Wo­łek, Jak po­wsta­ło "Abe­ca­dło", op. cit., s. 5.

8 R. Nycz, Współ­cze­sne syl­wy wo­bec li­te­rac­ko­ści, w: Stu­dia o nar­ra­cji, pod red. J. Błoń­skie­go, S. Ja­wor­skie­go, J. Sła­wiń­skie­go, Wro­cław 1982

9 R. Zi­mand, O li­te­ra­tu­rze do­ku­men­tu oso­bi­ste­go w ogó­le, a o dia­ry­sty­ce w szcze­gól­no­ści, op. cit., s. 16.

10 Ibi­dem, s. 17.

11 A. Sło­nim­ski, Wstęp, w: Al­fa­bet wspo­mnień, War­sza­wa 1975, s. 5.

12 S. Ki­sie­lew­ski, Abe­ca­dło Ki­sie­la, op. cit., s. 6.

13 Cz. Mi­łosz, Przy­pis po la­tach, w: Abe­ca­dło, op. cit., s. 5.

14 Ibi­dem.

KALENDARIUM WL

150 lat temu uro­dzi­ła się

Ma­ria Ro­dzie­wi­czów­na

(02.02.1863-16.11.1944)

pseu­do­ni­my "Żmo­gus", "Maro", "We­ry­ho", au­tor­ka m.in. Lata le­śnych lu­dziDe­waj­tis.

Naj­więk­szy ro­zum - do cza­su mil­czeć i do cza­su mó­wić.

Po­la­cy po­win­ni się ary­sto­kra­ty­zo­wać, a nie cha­mieć.

-

550 lat temu uro­dził się

Gio­van­ni Pico del­la Mi­ran­do­la

(24.02.1463-17.11.1494)

wło­ski fi­lo­zof, uczo­ny i au­tor O god­no­ści czło­wie­ka.

Na­to­miast ro­dzą­ce­mu się czło­wie­ko­wi dał Oj­ciec wszel­kie­go ro­dza­ju na­sio­na i za­rod­ki wszel­kie­go ro­dza­ju ży­cia, któ­re zaś z nich upra­wiać bę­dzie, te doj­rze­ją i owoc swój w nim wy­da­dzą. Je­śli za­rod­ki we­ge­ta­tyw­ne, sta­nie się ro­śli­ną, je­śli zmy­sło­we - zwie­rzę­ciem bę­dzie, je­śli ra­cjo­nal­ne - sta­nie się isto­tą nie­biań­ską. A je­śli in­te­lek­tu­al­ne - wów­czas anio­łem bę­dzie i sy­nem bo­żym.

-

100 lat temu uro­dził się

Ir­win Shaw (Ir­win Gil­bert Sham­fo­roff)

(27.02.1913-16.05.1984)

ame­ry­kań­ski dra­ma­turg i pi­sarz; au­tor po­wie­ści Mło­de lwyPo­go­da dla bo­ga­czy.

Nie ma żad­ne­go pla­nu dla mi­ło­ści, wal­ki, śmier­ci, dla ni­cze­go. Ist­nie­je tyl­ko wzór ma­te­ma­tycz­ny: czło­wiek plus jego za­mia­ry rów­na się przy­pa­dek.

-

30 lat temu zmar­ła

Ka­zi­mie­ra Ił­ła­ko­wi­czów­na

(6.08.1888-16.02.1983)

po­et­ka i tłu­macz­ka, m.in. li­te­ra­tu­ry wę­gier­skiej.

Wiersz ro­dzi się z po­czu­cia sa­mot­no­ści i jako uciecz­ka od ciż­by, z siły i z bez­si­ły, z szo­ku ra­do­sne­go i bo­le­sne­go, ale naj­pew­niej - z nudy, z pust­ki.

-

340 lat temu zmarł

Mo­lier (Jean Bap­ti­ste Po­qu­elin)

(15.01.1622-17.02.1673)

fran­cu­ski ko­me­dio­pi­sarz, au­tor m.in. Świę­tosz­ka, Skąp­ca, Mi­zan­tro­pa.

Gdy ko­bie­ta, od­ma­wia­jąc mi­ło­ści, ofia­ru­je ci przy­jaźń - nie trak­tuj tego jak od­mo­wy; zna­czy to, że chce po­stę­po­wać we­dług ko­lej­no­ści.

Bez ko­biet dwa okre­sy ży­cia by­ły­by bez opie­ki, a środ­ko­wy bez roz­ko­szy.

W ROZMOWIE WL

Naj­waż­niej­sze jest sza­no­wa­nie czło­wie­ka

Ra­fa­łem Skąp­skim roz­ma­wia To­masz Ma­lo­wa­niec

Ra­fał Skąp­ski (dy­rek­tor PIW-u, wi­ce­mi­ni­ster kul­tu­ry w la­tach 2001-2004)

Pa­nie Mi­ni­strze, cze­go tak na­praw­dę naj­bar­dziej po­trze­bu­je pol­ska kul­tu­ra?

W la­tach 2001-2004 współ­uczest­ni­czy­łem w po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji do­ty­czą­cych kul­tu­ry i wciąż boli mnie to, że nie ma jed­nej po­li­ty­ki kul­tu­ral­nej pań­stwa i nie ma lo­gicz­nej kon­ty­nu­acji; bywa tak, że mi­ni­stro­wie po­ry­wa­ją się na bu­do­wa­nie pro­gra­mów wie­lo­let­nich, da­le­ko­wzrocz­nych, się­ga­ją­cych w ko­lej­ną de­ka­dę, po czym od­cho­dzą i wszyst­kie do­ku­men­ty lą­du­ją je­śli nie w ko­szu, to w ar­chi­wach. Raz bar­dziej wspie­ra­my in­sty­tu­cje pań­stwo­we, a raz po­za­rzą­do­we. To wszyst­ko jest cha­otycz­ne. A prze­cież mi­ni­ster kul­tu­ry wi­nien od­po­wia­dać i mieć in­stru­men­ty praw­ne pew­nej lo­gi­sty­ki, by w spo­sób zrów­no­wa­żo­ny kul­tu­rę chro­nić i roz­wi­jać we wszyst­kich re­gio­nach kra­ju. Wia­do­mo, że nie może od­po­wia­dać za wszyst­kie domy kul­tu­ry, za wszyst­kie ogni­ska i mu­zea, za wszyst­kie bi­blio­te­ki, bo mamy już od­po­wie­dzial­ność sa­mo­rzą­dów w tym wzglę­dzie. Ale nie może być obo­jęt­ny, je­śli w tych sa­mo­rzą­dach nie ma po­żą­da­nej wraż­li­wo­ści na kul­tu­rę na­ro­do­wą i re­gio­nal­ną. Po­nad­to urzęd­nik pań­stwo­wy z imie­nia i na­zwi­ska po­wi­nien od­po­wia­dać za kon­kret­ne de­cy­zje, np. w spra­wie przy­zna­nia ja­kiejś do­ta­cji, a nie ja­kaś ano­ni­mo­wa ko­mi­sja. Bo wte­dy za­cie­ra się od­po­wie­dzial­ność i nie je­ste­śmy w sta­nie po­znać wszyst­kich "przy­ja­ciół kró­li­ka".

Przez lata był Pan i jest oso­bą pu­blicz­ną, peł­nił Pan funk­cje pań­stwo­we, spo­łecz­ne. Te­raz jest Pan ostat­nim dy­rek­to­rem PIW-u, bar­dzo za­słu­żo­ne­go wy­daw­nic­twa dzia­ła­ją­ce­go od 1946 roku, a bę­dą­ce­go obec­nie w sta­nie li­kwi­da­cji. Na pew­no nie­raz mu­siał Pan po­dej­mo­wać nie­ła­twe de­cy­zje i mó­wić "tak" lub "nie". W ja­kim stop­niu bar­dzo dłu­ga tra­dy­cja pana ro­dzi­ny po­ma­ga Panu w re­ali­za­cji tylu za­dań i funk­cji? Czy Ra­fał Skąp­ski był­by sobą bez tak pięk­ne­go za­ple­cza po­ko­le­nio­we­go i co jest w nim dla Pana naj­waż­niej­sze?

Wszyst­kie oso­by na sta­no­wi­skach kie­row­ni­czych sta­le się z tym pro­ble­mem bo­ry­ka­ją, bo na­ło­żo­na jest na nie ja­kaś od­po­wie­dzial­ność. W związ­ku z tym mu­szą po­dej­mo­wać wie­le de­cy­zji. Nie­wąt­pli­wie znacz­nie ła­twiej jest po­dej­mo­wać de­cy­zje na "tak". Za­wsze le­piej jest pod­jąć de­cy­zję, niż obie­cy­wać, że się ją po­dej­mie. Uwa­żam na­wet, że zła de­cy­zja jest lep­sza niż jej brak. Złą de­cy­zję moż­na jesz­cze na­pra­wić, a cza­sem za­nie­cha­nie i brak de­cy­zji jest trud­niej­sze do na­pra­wie­nia. Na­to­miast o wie­le trud­niej jest za­ko­mu­ni­ko­wać ne­ga­tyw­ną de­cy­zję, choć z mo­je­go do­świad­cze­nia wiem, że mimo wszyst­ko jest nam wte­dy znacz­nie lżej. Trze­ba się prze­ła­my­wać i mó­wić rze­czy bę­dą­ce w zgo­dzie z na­szym prze­ko­na­niem. Le­piej nie utrzy­my­wać ko­goś w na­dziei, któ­ra nie może być speł­nio­na. Na tym po­le­ga brze­mię de­cy­zyj­no­ści, ale ktoś to musi ro­bić. Każ­dy z nas wy­ra­sta z ja­kiejś prze­szło­ści, w któ­rej coś istot­ne­go otrzy­ma­li­śmy czy to po­przez geny, czy wy­cho­wa­nie do­mo­we czy w koń­cu edu­ka­cję. W każ­dym ży­ciu po­ja­wia­ją się wska­zów­ki, jak dzia­łać, czy to w domu czy w szko­le, któ­ra jest wpi­sa­na w po­li­ty­kę edu­ka­cyj­ną pań­stwa. Z ko­lei dla osób wie­rzą­cych ta­ki­mi wzor­ca­mi są do­dat­ko­wo ko­ścio­ły i ich re­li­gie. Cią­głość tra­dy­cji i prze­ka­zu po­ko­le­nio­we­go musi ist­nieć, nie moż­na żyć w pu­st­ce ide­owej i ak­sjo­lo­gicz­nej. W ostat­nich dwu­dzie­stu la­tach bar­dzo szyb­ko zmie­nia się oto­cze­nie wo­kół nas, czę­sto nas to za­ska­ku­je i dzi­wi. To tem­po nie uła­twia nam funk­cjo­no­wa­nia. Wcze­śniej był to pro­ces wol­niej­szy i było nam ła­twiej przy­zwy­cza­jać się do zmian kul­tu­ro­wych, oby­cza­jo­wych, go­spo­dar­czych czy spo­łecz­nych, któ­re siłą rze­czy mu­sia­ły na­stę­po­wać. W każ­dym z nas mu­szą być jed­nak od­ci­śnię­te ja­kieś za­sa­dy, jak­by uni­wer­sal­nej ma­try­cy, któ­re po­ma­ga­ją nam po­stę­po­wać w po­dob­ny spo­sób, jak to czy­ni­li nasi oj­co­wie, dziad­ko­wie...

A któ­re po­ko­le­nie w Pana ży­ciu było waż­niej­sze - ojca czy dziad­ka?

Nie mogę się wzo­ro­wać wy­łącz­nie na moim ojcu - ra­czej chcę czer­pać od każ­de­go z an­te­na­tów, za­rów­no ze stro­ny ojca, jak i mat­ki, wziąć coś do­bre­go, na ile mi wie­dza i sen­ty­ment po­zwa­la­ją. Ród Skąp­skich za­czy­na się od kon­fe­de­ra­ta bar­skie­go, któ­ry uciekł do Ga­li­cji, więc ge­ne­ral­nie mam w czym szu­kać od­nie­sień i po­do­bieństw... Mój sto­su­nek do wnu­ków na pew­no jest inny niż kie­dyś był do wła­snych sy­nów i cór­ki - po pro­stu je­stem już bar­dziej doj­rza­ły. Dla­te­go je­stem bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły i po­błaż­li­wy w sto­sun­ku do mo­ich wnu­ków niż na przy­kład moja mat­ka Ja­ni­na była w sto­sun­ku do mnie. Choć ła­pię się wciąż na tym, że po­słu­gu­ję się te­raz po­dob­ny­mi ar­gu­men­ta­mi, ja­kie sły­sza­łem przed laty od mat­ki, a wów­czas prze­cież je od­rzu­ca­łem... Oj­ciec nie­ste­ty zmarł, gdy mia­łem dwa­na­ście lat. I znów tu mamy szta­fe­tę po­ko­leń, gdzie uczy­my się od sie­bie i albo po­stę­pu­je­my po­dob­nie, albo za­sad­ni­czo to zmie­nia­my, pa­mię­ta­jąc róż­ne szcze­gó­ły z prze­szło­ści. Dla­te­go za naj­waż­niej­szą war­tość uzna­ję sza­no­wa­nie dru­gie­go czło­wie­ka i tego zdą­żył na­uczyć mnie oj­ciec, kie­dy peł­nił funk­cje kie­row­ni­cze i sty­kał się z róż­ny­mi ludź­mi, nie­za­leż­nie od ich hie­rar­chii i wy­kształ­ce­nia. Ten sza­cu­nek po­wi­nien być czymś na­tu­ral­nym, wpi­sa­nym w na­szą kul­tu­rę i co­dzien­ne za­cho­wa­nia czy to w po­cią­gu, czy ko­lej­ce...

Czy to wła­śnie ten sza­cu­nek dla dru­gie­go czło­wie­ka do­pro­wa­dził Pana do le­wi­co­wo­ści, bo jest Pan prze­cież czło­wie­kiem le­wi­cy?

My­ślę, że tak. Moż­na le­wi­co­wość łą­czyć wła­śnie z tym sza­cun­kiem, to­le­ran­cją, choć do­dam, że ro­dzi­na przed woj­ną nie mia­ła związ­ków z le­wi­cą. Ale woj­na wszyst­ko prze­war­to­ścio­wa­ła, zmie­ni­ła hie­rar­chię war­to­ści, wpro­wa­dzi­ła tak­że pe­wien re­la­ty­wizm. Jed­nak naj­waż­niej­sze było "być", niż "mieć" czy po­sia­dać. Po­tra­ci­li­śmy, nie tyl­ko moja ro­dzi­na, bar­dzo wie­le, ale ży­li­śmy i to się li­czy­ło. Pyta Pan o le­wi­co­wość... Pa­mię­tam w la­tach 70. spo­tka­nie w War­sza­wie z mło­dzie­żą z Ber­li­na Za­chod­nie­go, któ­ra sie­bie jed­no­znacz­nie na­zy­wa­ła mark­si­sta­mi czy na­wet ko­mu­ni­sta­mi. Za­zdro­ści­łem, że tak ła­two jest im na­zwać sie­bie. By­łem wów­czas dzia­ła­czem Zrze­sze­nia Stu­den­tów Pol­skich, apro­bo­wa­łem z grub­sza to, co mnie ota­cza­ło, ale nie po­tra­fi­łem okre­ślić swej przy­na­leż­no­ści ide­olo­gicz­nej tak jed­no­znacz­nie. Wszyst­ko się zmie­nia, a dziś nie­któ­re po­ję­cia tak się po­za­cie­ra­ły, a na­wet po­za­zę­bia­ły... le­wi­ca, cen­trum, pra­wi­ca. My­ślę, że w ja­kimś stop­niu na tym za­wa­ży­ła na­sza hi­sto­ria, spójrz­my choć­by na bio­gra­fię Pił­sud­skie­go, ja­kąż ewo­lu­cję prze­żył. Zo­sta­łem wy­cho­wa­ny w prze­ko­na­niu o trwa­ło­ści sys­te­mu po­li­tycz­ne­go, za­pro­po­no­wa­ne­go nam przez wiel­ką trój­kę. Na­le­ża­ło więc w tej rze­czy­wi­sto­ści nam na­rzu­co­nej ro­bić wszyst­ko naj­le­piej, jak się dało. Dla­te­go ja oso­bi­ście nie mam in­kli­na­cji ku ja­kim­kol­wiek zmia­nom o cha­rak­te­rze re­wo­lu­cyj­nym czy kontr­re­wo­lu­cyj­nym. Je­stem za zmia­na­mi po­przez spo­koj­ną ewo­lu­cję. Bo moja "le­wi­co­wość" to to­le­ran­cja, sza­cu­nek - tak­że do tra­dy­cji, zro­zu­mie­nie, współ­ist­nie­nie i współ­dzia­ła­nie.

Ta róż­ni­ca za­ry­so­wu­ją­cych się sta­no­wisk nie­rzad­ko pro­wa­dzi nas do uprasz­cza­ją­cych ety­kie­tek. Ety­kie­to­wa­nie bar­dzo czę­sto za­stę­pu­je rze­czo­wy dia­log z ar­gu­men­ta­mi, praw­da?

Ety­kiet­ka za­ognia dys­ku­sję, ale czy ją po­su­wa do przo­du... Uwa­żam, że ce­lem dys­ku­sji jest usły­sze­nie ra­cji dru­giej stro­ny, a nie po­wta­rza­nie do znu­dze­nia wła­snych prawd. Trze­ba pod­jąć pró­bę zro­zu­mie­nia toku my­śle­nia roz­mów­cy i usza­no­wać tę jego od­mien­ność, któ­ra jest przy­pi­sa­na do jego au­to­no­micz­nej oso­bo­wo­ści. Ale też ocze­ki­wać tego sa­me­go z tam­tej stro­ny. Chy­ba po­tra­fi­my już sza­no­wać róż­ne prze­ko­na­nia re­li­gij­ne, a z po­li­tycz­ny­mi mamy jesz­cze tro­chę pro­ble­mów... Od wie­lu lat.

W ta­kim ra­zie, kie­dy było ła­twiej? W okre­sie PRL-u, kie­dy była tak sil­na emi­gra­cja we­wnętrz­na, któ­rą ja na­zy­wam emi­gra­cją obo­jęt­no­ści, czy te­raz, kie­dy tak czę­sto ję­zyk ar­gu­men­tów jest za­stę­po­wa­ny ję­zy­kiem epi­te­tów?

Ma Pan ra­cję, wte­dy nie było sy­tu­acji bez­po­śred­nich zde­rzeń i nie było ta­kie­go po­zy­cjo­no­wa­nia prze­ciw­ni­ków, jak to ma miej­sce dzi­siaj. A prze­cież jest ja­kiś ka­ta­log spraw, któ­re nie­za­leż­nie od na­szych po­glą­dów, wy­zna­wa­nej wia­ry, afir­mo­wa­nia ta­kie­go czy in­ne­go ido­la, któ­ry wy­ma­ga na­szej ak­tyw­no­ści i za­ła­twie­nia. My­ślę tu choć­by o kul­tu­rze, choć nig­dy nie bę­dzie ona apo­li­tycz­na, bo i sami twór­cy mają świę­te pra­wo do róż­nych po­glą­dów, ale kul­tu­ra nie może być miej­scem po­li­tycz­nych roz­gry­wek. I pań­stwo po­win­no chro­nić to, co na­zy­wa­my kul­tu­rą na­ro­do­wą, a więc to, co nas wy­róż­nia i iden­ty­fi­ku­je na­ro­do­wo. Ka­te­go­ria na­ro­du jest tu pry­mar­na w sto­sun­ku do po­ję­cia spo­łe­czeń­stwa. Kul­tu­ra i tra­dy­cja są ze sobą zwią­za­ne i po­wtó­rzę, że moje ro­zu­mie­nie le­wi­cy nie wy­rze­ka się tra­dy­cji. Pa­mię­tam licz­ne spo­tka­nia w roku 2003, kie­dy prze­ko­ny­wa­li­śmy róż­no­rod­ne śro­do­wi­ska do ak­ce­su unij­ne­go i wte­dy kła­dłem sil­ny na­cisk na tra­dy­cję, któ­rą mamy wnieść do Unii Eu­ro­pej­skiej, bez naj­mniej­sze­go po­czu­cia wsty­du. Rząd zo­bo­wią­zał się wte­dy chro­nić to, co na­ro­do­we i spe­cy­ficz­ne dla nas i ko­rzy­stać jak naj­sze­rzej z tego, co eu­ro­pej­skie i zu­ni­fi­ko­wa­ne. Do­dam, z peł­nym uwzględ­nie­niem tra­dy­cji I i II Rze­czy­po­spo­li­tej, ze świa­do­mo­ścią jej mi­nu­sów i plu­sów. Mą­dra re­flek­sja o prze­szło­ści, choć­by o po­wsta­niu stycz­nio­wym czy w ogó­le o wszyst­kich zry­wach na­ro­do­wych, po­win­na być trwa­łym ele­men­tem na­sze­go by­cia we współ­cze­sno­ści.

Gdy my­ślę o Po­wsta­niu Stycz­nio­wym, to na myśl przy­cho­dzą mi tek­sty Że­rom­skie­go, Orzesz­ko­wej, Kon­wic­kie­go, ale nade wszyst­ko po­stać szcze­gól­na - Sta­ni­sła­wa Wo­kul­skie­go, któ­ry naj­pierw idzie do po­wsta­nia, a póź­niej robi men­tal­ne po­wsta­nie w War­sza­wie już po po­wro­cie z Sy­be­rii Cze­ka­now­skich, Czer­skich i Dy­bow­skich...

To po­wsta­nie spo­wo­do­wa­ło bar­dzo waż­ny ruch umy­sło­wy... Sko­ro nadal je­ste­śmy pod za­bo­ra­mi, to przy­najm­niej sta­waj­my się in­ny­mi, lep­szy­mi i Prus nam to po­ka­zał. Wła­śnie nie­daw­no na­pi­sa­łem ar­ty­kuł o pew­nym kup­cu war­szaw­skim, któ­ry, moim zda­niem, jest jed­nym z waż­niej­szych pro­to­pla­stów sa­me­go Wo­kul­skie­go. Nie­wąt­pli­wie Prus two­rzył tę po­stać ze zlep­ków róż­nych prze­ka­zów o prze­róż­nych cie­ka­wych oso­bach swe­go cza­su. We­dług mnie naj­wię­cej tych cech po­sia­da war­szaw­ski ku­piec Leon Kru­pec­ki, któ­ry spro­wa­dzał i to­wa­ry ko­lo­nial­ne, i owo­ce mo­rza, do­bre kawy i her­ba­ty. Miesz­kał w ka­mie­ni­cy na rogu No­we­go Świa­tu i Świę­to­krzy­skiej, z któ­rej spi­skow­cy rzu­ci­li bom­bę na gu­ber­na­to­ra Ber­ga, za co Ro­sja­nie miesz­kań­ców tej ka­mie­ni­cy wy­sie­dli­li, część osób aresz­to­wa­li, a przez jed­no okno, jak wie­my, zo­stał wy­rzu­co­ny Nor­wi­dow­ski for­te­pian Cho­pi­na... Kru­pec­kie­go więc tak­że aresz­to­wa­no i ze­sła­no na kil­ka lat w głąb Ro­sji. Po po­wro­cie spo­ty­ka się z moim pra­pra­dziad­kiem Ja­nem Od­ro­wą­żem Pie­niąż­kiem, któ­ry sta­je się jego rad­cą praw­nym. Kru­pec­ki-Wo­kul­ski to fe­no­me­nal­na pro­po­zy­cja Pru­sa dla po­ha­ra­ta­ne­go po­wsta­niem na­ro­du, by sku­pić się na bu­do­wa­niu go­spo­dar­ki...

Za­sta­na­wiam się, co by było, gdy­by­śmy po każ­dym po­wsta­niu mie­li ta­kich Wo­kul­skich, to może już do na­stęp­nych roz­le­wów krwi by nie do­cho­dzi­ło...

Pan i ja nie zna­my żad­ne­go po­wsta­nia, poza wiel­ko­pol­skim i ślą­ski­mi, z któ­re­go pod­no­si­li­by­śmy się sil­niej­si... W po­wsta­niu war­szaw­skim część mo­jej ro­dzi­ny zgi­nę­ła jako cy­wi­le, dzia­dek prze­szedł przez Prusz­ków, stra­ciw­szy wszyst­ko i wte­dy na­uczył się tego, żeby nie przy­wią­zy­wać się do rze­czy i dóbr ma­te­rial­nych. Po­tem dzia­dek tra­fił do wil­li pana Wi­tacz­ka w Żół­wi­nie pod Mi­la­nów­kiem, fa­bry­kan­ta je­dwa­biu. Kil­ka ty­go­dni póź­niej w tym sa­mym domu za­miesz­kał Fer­dy­nand Ossen­dow­ski. Po­łą­czył ich po­kój, a może i łoże...

W 1979 roku w kra­kow­skim Mu­zeum Na­ro­do­wym od­by­ła się le­gen­dar­na już wy­sta­wa Po­la­ków Por­tret Wła­sny. Jak wy­glą­dał­by i z cze­go był­by głów­nie zło­żo­ny por­tret nas sa­mych na po­cząt­ku XXI wie­ku i na pięć lat przed stu­le­ciem nie­pod­le­gło­ści?

Pa­mię­tam tę wy­sta­wę, któ­rej twór­cą był prof. Ma­rek Ro­stwo­row­ski. Obej­rza­ło ją kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy wi­dzów... Wo­kul­ski na pew­no po­wi­nien się tam zna­leźć, na tym zbio­ro­wym por­tre­cie czy au­to­por­tre­cie na­ro­do­wym... Kogo po­ka­zać? Czy to mają być wzor­ce czy rów­nież oso­by, któ­re są prze­stro­gą... Ale nie­wąt­pli­wie mu­siał­by się zna­leźć Bo­gu­mił Nie­chcic, nie­co sza­lo­ny Ra­fał Ol­brom­ski, po któ­rym no­szę imię. Twór­czość Że­rom­skie­go wpi­sa­ła się nie­wąt­pli­wie w losy i du­cho­wość mo­jej ro­dzi­ny. Cie­ka­wost­ka - i Że­rom­scy, i Skąp­scy pie­czę­tu­ją się tym sa­mym her­bem Je­li­ta. Mój brat ma na imię To­masz, no bo Ju­dym, i sy­no­wie sio­stry mej mat­ki to Krzysz­tof, no bo Ce­dro, i Piotr, no bo może dok­tor Piotr z tego zna­ne­go opo­wia­da­nia o za­dość­uczy­nie­niu. Zresz­tą jest wśród nas żywa le­gen­da o tym, że oj­ciec mo­jej mat­ki znał Że­rom­skie­go i by­wał u nie­go. Ja z ko­lei Że­rom­skie­go (twór­czość) po­zna­łem w szko­le śred­niej, kie­dy naj­wię­cej się chło­nie. Nie by­łem do nie­go przy­mu­sza­ny, ale Róża mnie nie po­rwa­ła... By­łem na jej ad­ap­ta­cji w Te­atrze Lu­do­wym w No­wej Hu­cie. Sien­kie­wicz był na dal­szym pla­nie. Ale po­wie­dzia­łem o Nie­chci­cu... Prze­czy­ta­łem od de­ski do de­ski całe Noce i Dnie Dą­brow­skiej. I zna­la­złem tam ge­nial­ny por­tret pol­skich cha­rak­te­rów, sto­sun­ków ro­dzin­nych i war­to­ści... Bo­gu­mił Nie­chcic za­wsze przy­po­mi­na mi ojca, któ­ry z wy­kształ­ce­nia był rol­ni­kiem po byd­go­skiej aka­de­mii i swo­ją pra­cę trak­to­wał jak wiel­ką pa­sję. Choć pra­co­wał przed woj­ną i po niej na "cu­dzej zie­mi", bo w do­brach księ­cia Ro­ma­na San­gusz­ki pod Tar­no­wem, a po 1945 pra­co­wał w rol­nic­twie upań­stwo­wio­nym. To jed­nak był ten sam etos, to przy­wią­za­nie do zie­mi, któ­rej się słu­ży. Zresz­tą pra­dziad też był za­rząd­cą dóbr, w Ga­li­cji u Mar­szał­ko­wi­czów, a dzia­dek dzier­ża­wił ma­ją­tek Stad­nic­kich - Brze­zną.

Ale w tym od­no­wio­nym por­tre­cie Po­la­ków po la­tach two­rzo­nym zno­wu Pana re­flek­sją bra­ku­je mi ja­kiejś damy...

Nie wy­obra­żam so­bie, żeby czło­wiek pu­blicz­ny, męż­czy­zna, nie po­zo­sta­wał pod wpły­wem swo­jej part­ner­ki, nie kon­sul­to­wał, nie był przez nią oce­nia­ny i nie we­ry­fi­ko­wał swo­ich dzia­łań przez pry­zmat roz­mów z bli­ską so­bie ko­bie­tą... Przy oka­zji, po­wiem panu, że choć na­zy­wam się fe­mi­ni­stą, bo pod­pi­sa­łem się pod słyn­nym ape­lem pro­fe­so­ra Wik­to­ra Osia­tyń­skie­go, to je­stem prze­ciw­ko pa­ry­te­tom, bo pa­ry­tet w spo­sób sztucz­ny na­rzu­ca ko­niecz­ność do­peł­nie­nia. Jak jest pię­ciu po­słów, to musi być tak­że pięć po­sła­nek... a ży­cie po­li­tycz­ne jest na tyle bru­tal­ne, że ko­bie­ty praw­do­po­dob­nie wolą w nim nie uczest­ni­czyć. Wiec nie prze­szka­dzaj­my tym, któ­re mimo wszyst­ko chcą w nim brać udział, na­to­miast po­zo­sta­łych nie zmu­szaj­my, bo po­wtó­rzy­my hi­sto­rię ze zmu­sza­niem ko­biet do tego, by pro­wa­dzi­ły trak­to­ry. A może to wła­śnie ko­bie­ty są ta­ki­mi re­ży­ser­ka­mi w ki­nie i te­atrze ży­cia, któ­re wy­po­wia­da­ją się nie bez­po­śred­nio, a je­dy­nie po­przez wpływ na mę­skich ak­to­rów na ta­kim czy in­nym pla­nie. Kto wie... No do­brze, przy­cho­dzi mi na myśl jed­na oso­ba, o któ­rej nie­raz mó­wi­ło się w domu. To była Ma­ria Cu­rie-Skło­dow­ska. Ta ko­bie­ta, któ­rej się uda­ło i prze­ła­ma­ła pew­ne ste­reo­ty­py, że ko­bie­ta nie stu­diu­je, a je­śli już to na pew­no nie che­mię...

I nie od­kry­wa no­wych pier­wiast­ków.

Być może przy­wo­łu­ję tę po­stać dla­te­go, że mat­ka mo­jej mat­ki stu­dio­wa­ła w Ge­ne­wie na po­cząt­ku XX wie­ku przy­ro­dę i me­dy­cy­nę. Tam za­przy­jaź­ni­ła się z dr Zo­fią Gar­lic­ką, te­ścio­wą "Aga­to­na" Sta­ni­sła­wa Jan­kow­skie­go, i Na­ta­lią Zyl­ber­last-Zan­do­wą, współ­pra­cow­ni­cą dra Ja­nu­sza Kor­cza­ka...

O po­zo­sta­łych Pa­niach zwią­za­nych z lo­sa­mi ro­dzi­ny Skąp­skich bę­dzie­my roz­ma­wia­li w dal­szym cią­gu wy­wia­du w nu­me­rze 4 WL w mar­cu br. Za­pra­sza­my.

Herb Je­li­ta