1 Kamila
- Jestem taka naiwna!
- Kama, przede wszystkim uspokój się i przestań się mazać. Masz, pij!
Moja przyjaciółka Aśka próbuje załagodzić sytuację, podtykając mi pod
nos kieliszek wina. Wypijam jego zawartość duszkiem, choć wiem, że to
wcale nie pomoże. Nie w obecnej sytuacji.
- Tyle miesięcy, a ja nic! - lamentuję. - Jak mogłam być taka głupia?!
Że też się nie zorientowałam wcześniej...
- Może to był tylko ten jeden raz...
Po minie kumpeli widzę, że nawet ona nie wierzy w to, co mówi. Błażej
mnie zdradził. Koniec kropka. Tu nie ma co analizować, czy był to raz,
czy też nie. Zdrada to zdrada.
- Dobra, to, co powiedziałam, było idiotyczne.
- Cholera, przecież ja przynajmniej raz w tygodniu piszę o zdradach!
"Jak wywęszyć zdradę", "Czy on ma kochankę?", "Pięć oznak, że on kogoś
ma"... Jak mogłam nie połączyć kropek! - Prycham.
- No tak, to by tłumaczyło te jego nadgodziny.
- Nadgodziny, zmianę fryzury, karnet na siłownię, nowe koszule! -
wymieniam, czując, jak złość mnie zalewa. - Co za...
- Łajdak! - kończy za mnie Asia.
Ma rację. Wstrętny, podły łajdak. Jak on tak mógł?!
- Bardzo żałuję, że cię wtedy namówiłam...
Dwa tygodnie wcześniej
- Mówię ci, Aśka, dziewięć lat razem i nic! - warczę. - Zero deklaracji,
zero emocji, zero więzi! W ogóle się nie posuwamy!
- A bez "ogółu" to się niby posuwacie? - Asia bez cienia zawstydzenia
powątpiewa w moje życie seksualne.
W odpowiedzi burczę pod nosem mało wyszukane przekleństwo, choć i tak
wiem, że ona tego nie usłyszy. O tej godzinie w Elektrowni Powiśle
panuje już spory zgiełk. Sięgam po swój telefon i zerkam na ekran. Brak
nowych wiadomości. Ze złości wypijam całego drinka.
Od przeszło trzech miesięcy Błażej spędza długie godziny w biurze. Ponoć
robi to po to, by nasze wspólnie założone wydawnictwo nie upadło. To
nasze jedyne "dziecko". Marzyliśmy o tym, odkąd się poznaliśmy. Ja,
świeżo upieczona dziennikarka oraz felietonistka, i on, z wykształcenia
historyk, znawca literatury, dziennikarz. Mieliśmy wspólne
zainteresowania, pasje, chęci rozwoju i nawracania społeczeństwa na tory
wyśmienitej literatury.
Zapewne jego intencje są dobre... ale do szału doprowadza mnie fakt, że
daliśmy się skomercjalizować, że zamiast wydawać poważną i wartościową
literaturę, publikujemy i piszemy do gównianych magazynów dla kobiet
oraz poradników, które nic dobrego nie wnoszą, a jedynie wyolbrzymiają
już i tak wygórowane oczekiwania wobec ludzi.
- Nie tak to sobie wyobrażałam - mówię i ciężko wzdycham. - Błażej
uważa, że to nie jest najlepszy moment na dziecko, że nie mamy płynności
finansowej, że on jeszcze nie czuje potrzeby... Ale co ze mną?! Ja chcę
iść dalej! Nie chcę być bez końca jego dziewczyną, zresztą po tylu
latach to brzmi idiotycznie. Mam trzydzieści osiem lat! To ostatni
gwizdek, za chwilę będzie już za późno na dzieci...
- Dzieci są przereklamowane.
- I mówi to kobieta, która przez prawie godzinę nie może się pożegnać ze
swoimi, by wyjść z przyjaciółką na drinka.
- Dlatego wiem, co mówię! Dzieci robią sieczkę z mózgu. - Aśka śmieje
się głośno. - Poza tym teraz kobiety mogą rodzić dzieci i po
czterdziestce, nie tak jak nasze babki, więc jak będziecie oboje gotowi,
to dacie radę.
- Ech... Mam wrażenie, że się od siebie odsunęliśmy. Albo się nie widujemy
przez pracę, albo nie gadamy ze sobą, bo jesteśmy zmęczeni po pracy.
- Oj, dobra, nie zrzędź! Jesteście razem dziewięć lat, macie chwilowo
małe kłopoty zarówno w pracy, jak i w związku, ale nie wy pierwsi i nie
ostatni.
- No to mnie pocieszyłaś - burczę, posyłając jej krzywe spojrzenie.
- Bo to nie miało być pocieszenie. - Aśka się rozsiada i zakłada nogę na
nogę. - Nakreśliłam ci twoją sytuację, ale to od ciebie zależy, co z tym
zrobisz.
- Nie rozumiem. Co masz na myśli?
- Mężczyźni w odróżnieniu od kobiet są zadaniowcami. Mają problem, to go
rozwiązują. Dla nich to proste i logiczne. - Z zaciekawieniem
przysłuchuję się jej teorii. - Dla niego sprawą numer jeden jest teraz
wasze - Aśka dosadnie podkreśla to słowo - wspólne dzieło, czyli
wydawnictwo. Wpadł w wir pracy, a co za tym idzie, odsunął się od
ciebie, nie okazuje ci uczuć, nie chce rozmawiać o pierdołach. Nie robi
tego z premedytacją. On po prostu działa z jak najlepszymi intencjami,
ale faceci nie opanowali jeszcze tej sztuki podziału uwagi. Przynajmniej
nie do tego stopnia co kobiety. - Puszcza mi oczko i upijając łyk
mocnego jak cholera drinka, skinieniem głowy wskazuje siedzącego
nieopodal mężczyznę.
Przystojny brunet, dobrze ubrany - jej typ. Jak to Aśka mawia: mimo
dwójki małych dzieci i męża w domu nie straciła poczucia estetyki i nadal lubi zawiesić oko na czymś interesującym, a raczej na kimś.
- No okej, już nieco bardziej rozumiem, ale co ja mam zrobić?
- Znam masę pracoholików, ale nie znam takiego, który by odmówił
niespodziewanego numerku w pracy. - Aśka przechyla głowę i posyła mi
wymowny uśmiech. - Szczególnie po godzinach, gdy nikogo już nie ma w biurze i można zaszaleć.
- A ja niczego nie żałuję! Dobrze, że to zrobiłam! Dobrze, że tam
poszłam! Inaczej nigdy bym się nie dowiedziała, że od miesięcy pieprzy
tę pindę z księgowości! - Ostatnie słowa wypowiadam, ledwo dysząc, a potem ponownie zanoszę się płaczem. - Tyle lat... Zmarnowałam tyle lat...
Głupia! Chciałam ratować nasz związek... Chciałam urozmaicić... - Głośno
wydmuchuję nos. - Byłam gotowa rodzić mu dzieci, a on...
Gdy po raz kolejny wpadam w histerię, Aśka kręci głową i sięga po
butelkę wina.
- Jezu, daj mi siłę to przetrwać - szepcze do siebie i przechyla
butelkę.
- Wszystko słyszałam!
- I dobrze! Musisz wziąć się w garść - oznajmia. - To, że Błażej i ta
pinda z księgowości to para kanalii, już ustaliłyśmy. Teraz trzeba się
zająć prawdziwymi problemami. Co z wydawnictwem?
- Nie wiem. Nie wrócę tam! - Pociągam nosem. - Nie mogę na niego
patrzeć. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.
To jedyne, co wiem. Nie chcę już nigdy więcej oglądać Błażeja. Niedobrze
mi na samą myśl o nim, o tym, że miałabym się z nim spotkać w biurze, o wspólnych zebraniach, podejmowaniu decyzji.
- Okej, ale co z wydawnictwem? Sprzedacie je? Błażej spłaci ciebie?
Patrzę jej w oczy i nie potrafię powstrzymać łez.
- Jestem idiotką! Naiwną idiotką! - lamentuję. - Wszystko było zapisane
na niego. Wszystko! Twierdził, że tak będzie lepiej, prawnie ominiemy
dużo papierologii, że zaraz i tak weźmiemy ślub. Ja włożyłam w to
wszystkie swoje oszczędności. Boże, jaka ja byłam głupia! - wyję.
- Spokojnie, większość zakochanych kobiet to naiwne idiotki! Pisałaś o tym nawet artykuł - żartuje. - Nie wolno się od razu poddawać. Trzeba
tylko spokojnie pomyśleć! - Przyjaciółka chwyta w dłonie moją twarz i patrzy mi w oczy pełne łez. - Na bank przy formalizacji mieliście
notariusza. Potwierdzenia wypłat z banku też możemy uzyskać.
Mimowolnie potakuję głową. Ma rację. Byłe pary potrafią walczyć w sądzie
o rower czy kanapę.
- Potrzebuję dobrego adwokata i mieszkania do wynajęcia - oznajmiam
rzeczowo. Nie mogę zalegać w mieszkaniu przyjaciółki bez końca. Nie żeby
było mi źle, wiem jednak, że Asia ma swoje życie, swoją rodzinę, męża,
dzieci, nie potrzebuje jeszcze mnie do niańczenia.
- I to mi się podoba! - Asia zaciera ręce. - Jutro pogadam z ojcem. Mamy
w firmie niezłego prawnika. Mieszkanie też ci znajdę.
Cała ona. Mistrzyni ciętej riposty, złotych porad oraz tajników
księgowości, pracująca w firmie budowlanej ojca i męża. Choć Aśka jest
młodsza ode mnie siedem lat, mam wrażenie, że przebija mnie zarówno
swoim mentalnym wiekiem, jak i życiowym doświadczeniem. Wychuchana
córeczka z dobrego domu, której szalonych historii życia towarzyskiego
nigdy nie poznali jej przemili rodzice. Na szczęście. Dziś przykładna
żona i matka dwójki słodkich dzieciaczków. To dzięki historiom wziętym z jej "poprzedniego" życia jako singielki udało mi się napisać niejeden
artykuł.
- Zobaczysz, wszystko się ułoży - zapewnia szczerze i czule mnie
przytula. W tym samym momencie z sąsiedniego pokoju dobiega nas płacz. -
O, widzisz, mówiłam, że dzieci są przereklamowane.
2 Alek
Zerkam na zegar. Na tarczy siódma trzydzieści. Jeszcze pół godziny tego
cyrku i spieprzam na chatę. Wojtek, mój radiowy kumpel, kończy wątek z naszym dzisiejszym rozmówcą, jednym z topowych raperów młodego
pokolenia, którego nowy kawałek jest hitem na TikToku albo - jak to
młodzież mawia - tiktokowym viralem, cokolwiek to znaczy. Nie mogę
narzekać, nie jestem znużony czy też zażenowany. Rozmowa przebiega
płynnie i przede wszystkim interesująco. Czego, szczerze mówiąc, się nie
spodziewałem, zważywszy na różnicę pokoleniową między nami.
Wojtek ciągnie temat o tym, że to fani definiują artystę, a w przypadku
naszego gościa trudno odkryć, kim jest naprawdę. Dlatego się wcinam:
- Można powiedzieć, że twoje kawałki to rodzaj literatury rapu lub, jak
co poniektórzy wolą mawiać, polskiego hip-hopu. A ty sam? Jesteś
bardziej publiczny i rozrywkowy czy jednak bardziej intelektualny?
- To chyba zależy od dnia.
- A w jakim nastroju dzisiaj się obudziłeś? Podobno szybko się
wkurwiasz. - Zza szyby dostaję ostrzeżenie od Gumy, dźwiękowca. - Ups,
przepraszam, irytujesz. - Wznoszę dłonie w pokojowym geście, rozbawiając
naszego gościa, bo dzisiejszy odcinek obfituje w przekleństwa, choć już
na korytarzu przed nagraniem dostaliśmy reprymendę od szefa, tak na zaś.
Razem z Wojtkiem tworzymy niekonwencjonalny, mało komercyjny autorski
program i większość uwag szefa mamy, co tu dużo mówić, po prostu w dupie. Nie znajdzie nikogo, kto mógłby nas zastąpić. Dlatego też
rozsiadam się wygodnie i melodyjnym głosem pytam: - Więc kiedy dziś się
obudziłeś w naszym pięknym nadwiślańskim katolickim kraju, byłeś
bardziej...
- Intelektualny - odpowiada poważnie nasz gość, po czym zaczyna się
śmiać. - Pomyślałem: kurwa, młody, dostałeś zaproszenie od dwóch starych
rekinów, Miśka i Wojtasa, nie spieprz tego. Cieszę się, że tu jestem.
Serio, to wiele dla mnie znaczy.
- Starych?! Fatalnie ci idzie! - Wybucham śmiechem. - Powiedz mi,
patrząc na to, że obracasz się wśród dzisiejszej młodzieży, owładniętej
TikTokiem, Instagramem i Pornhubem, jak to możliwe, że tak gładko
przechodzisz z... przepraszam, że to powiem. - Ciężko wzdycham, udając
zafrasowanie. - Tak właściwie to nie przepraszam, nie jest mi przykro.
- Chryste, Misiek, już się martwiłem o ciebie! - wtrąca Wojtas.
- Mówiąc wprost, robisz z siebie kretyna w swoich social mediach,
komunikując się ze swoimi fanami, i dziwi mnie, jak gładko przechodzisz
do, może nie do końca kurtuazyjnej, ale jednak rozmowy na poziomie z dwoma, jak sam powiedziałeś, starymi rekinami.
- Udzielałeś już wywiadu komuś takiemu? - Wojtek podchwytuje temat.
- Zawsze udzielam wywiadów komuś starszemu - odpowiada. Niedziwne, ma
dziewiętnaście lat. - Ale wy dwaj chyba jesteście najstarsi.
Wybucham śmiechem, widząc minę Wojtka, który dopiero załapał, do czego
doprowadził.
- Szczególnie Wojtula, nasz radiowy emeryt. - Parskam. - Wiesz o co mi
chodzi? - zwracam się ponownie do naszego gościa. - Potrafisz być
poważny, potrafisz zaciekawić nas, dwóch facetów, którzy słyszeli już
chyba wszystko, od ludzi ze sceny zarówno muzycznej, jak i patologicznie
brzmiąc, celebryckiej. Szczerze? Nie spodziewałem się tego. Jestem
pozytywnie zaskoczony.
- Ja również. Bałem się, że mnie tu żywcem zeżrecie.
- Już rozumiem ten motyw rekinów - żartuje Wojtas.
- Nie masz wrażenia, że robienie z siebie debila jest sprzedajne? -
pytam, choć znam odpowiedź. Tak, jest. Sam to poniekąd robię na co
dzień. - Dzisiejszy świat kreuje na celebrytów idiotów. To się klika. To
się sprzedaje.
- Henryk Sienkiewicz daje lajka! - Nasz gość się zaśmiewa, a ja coraz
bardziej go lubię.
- Ale rozumiesz, o co mi chodzi? My, ja, Wojtas i nasze pokolenie,
raczej już nie mamy szans w takich mediach zrobić kariery, wybić się.
Wyobraź sobie, że... no, nie wiem... załóżmy, że w domowym zaciszu piszę o miłości i pewnego dnia odważyłbym się wyrecytować na TikToku swój
wiersz. I co?
Dźwiękowiec puszcza odgłos pierdnięcia. Wojtek i nasz gość parskają
śmiechem. Znamy się aż za dobrze.
- No właśnie. Shit. Ginę między laskami świecącymi cyckami i kolesiami
z nagimi klatami ze światłem za plecami, bo inteligencja się nie
sprzedaje. Tam właśnie brak poziomu to estetyczny wyznacznik, IQ nie ma
żadnego znaczenia.
- Misiek, jak ty mi imponujesz! Znasz wszystkie najnowsze virale z TikToka! - nabija się mój kumpel.
Kończymy odcinek, żegnam naszego gościa i wychodzę ze studia. Wreszcie
mogę zdjąć maskę. Idę na zewnątrz i odpalam fajka. Jest dopiero
dziesiąta, a ja już jestem wykończony. Przebodźcowany - jak to modnie
teraz się mówi. Marzę tylko o tym, by walnąć się do łóżka, a jednocześnie nie mam najmniejszej ochoty wracać do tego miejsca, które
społeczeństwo dumnie i sentymentalnie nazywa domem.
Zaciągam się dymem, choć od dawna nikotyna nie sprawia mi przyjemności.
Zresztą wszystko jest jakieś bez smaku.
- Ty, tiktoker, poczęstuj szlugiem. - Ze szklanego budynku wychodzi
Wojtas z dwoma kubkami kawy. Następuje szybka wymiana, jak pomiędzy
klawiszem a więźniem. - Znowu mnie wystawiłeś i uciekłeś, nim szef
przylazł i zaczął się pruć.
- Nadal się dziwię, że jeszcze mu się chce powtarzać te same gadki o -
palcami rysuję w powietrzu znak cudzysłowu - braku kultury i ubogim
słownictwie. Kurwa, nas słuchają małolaty, a nie zgredy jak on.
Upijam łyk mocnej kawy, ale jej smak też nie powala. Wyciągam komórkę i wchodzę w skrzynkę odbiorczą. Zalega w niej kilkanaście nieodebranych
wiadomości. Wybieram pierwszą z brzegu, widząc jednak już sam początek
melodramatycznego esemesa, blokuję telefon.
- Co za gówno - marudzę pod nosem, odpalając kolejnego papierosa.
- Słuchaj, Misiek...
Rzucam okiem na kumpla. Jest spięty, to nie wróży nic dobrego.
- Moja siostra nakręciła mi namiary na spoko terapeutę. Może byś spróbo...
- Obawiam się, że po spotkaniu ze mną to on będzie potrzebował
terapeuty.
- Ej, może nie byłoby tak źle. W najgorszym razie byłaby to
długoterminowa znajomość. To kobieta.
Jak grzecznościowo powiedzieć kumplowi, żeby się ode mnie odpierdolił i w dupę sobie wsadził ten numer do psychiatry?!
- Dobra, luz, rozumiem. Nie chcesz, to nie. - Wojtas zaciąga się po raz
ostatni i wraca do budynku, lecz nim znika za drzwiami, woła: - Musisz
się w końcu ogarnąć!
Drapiąc się po chyba najdłuższej brodzie, jaką w życiu miałem, pokazuję
mu środkowy palec.
- Nie chodzi mi tylko o ten twój menelski wygląd i wiecznie zachlaną lub
skacowaną mordę. - Wojtas rzuca mi swoje najgorsze spojrzenie. To pełne
litości. Kurwa mać. - Ogarnij łeb, bo inaczej możesz zapomnieć o kontakcie z córką.
Jedyne, co lubię w swojej pracy, to to, że kończę ją o takiej godzinie,
kiedy inni jeszcze są w biurach, sklepach czy warsztatach lub dawno już
śpią. Co oznacza jedno. Wracając do mieszkania, nie ma ryzyka, że na
kogoś wpadnę, i nie muszę się spinać i silić na łzawe gadki o niczym.
Gówno mnie interesuje zarówno życie innych, jak i to, co o mnie myślą.
Tego dnia, niestety, mam pecha. Gdy zbliżam się do otwartych drzwi
klatki, zauważam jakąś laskę, która lata od auta do bloku z kartonami.
Najwidoczniej właśnie się wprowadza. Widać po niej, że ledwo sobie radzi
z ciężarami. Jest zasapana i spocona jak po maratonie. Drobna blondyna w pudrowym dresiku.
Cholera, tylko nie to! Zerka w moją stronę. Widzę po jej minie, że szuka
odpowiedzi, pomocy, wybawcy, rycerza na, kurwa, białym rumaku. Nie ze
mną te numery! Nie mam zamiaru pomagać, dlatego przyspieszam kroku i natychmiast wchodzę do klatki, zamykając za sobą wejściowe drzwi. Chyba
milion razy wciskam guzik windy, jakby miało to sprawić, że przyjedzie
szybciej. Nareszcie! Drzwi się otwierają w momencie, gdy słyszę, jak
ktoś wchodzi do bloku. Natychmiast wsiadam i naciskam zamykanie. Oby nie
zdążyła.
Uff! Udało się. Metalowa puszka zamyka się w ostatniej chwili. Blondyna
z tobołami zostaje na parterze. Jeden zero dla mnie.
- Na szczęście udało się! - woła z uśmiechem od ucha do ucha i wkracza
do windy.
Kurwa mać!
- Dzień dobry - świergocze z taką radością, że uszy mi więdną.
Burczę coś w odpowiedzi. Nie rozumiem ludzi, którzy jeszcze przed
jedenastą są tacy radośni i pełni życia. Ja nawet po pięciu kawach nie
mam w sobie tyle werwy. Blondyna wpycha wielki karton i wciska guzik na
panelu, po czym zerka na mnie niebieskimi, wielkimi jak u krowy na
pastwisku oczami.
- O! Będziemy bliskimi sąsiadami. - Dumnie wskazuje swoje piętro.
Piętnaste, jedno wyżej niż ja. - Pan pode mną.
Słysząc jej słowa, parskam śmiechem, choć nie zamierzałem. Najwidoczniej
dopiero po chwili dociera do niej, co powiedziała, a raczej jak to
brzmiało, bo jej twarz i dekolt oblewa czerwony rumieniec. Prawdziwa
kobieta, najpierw mówi, potem myśli.
- To znaczy... Chciałam... powiedzieć...
- Zrozumiałem aluzję - wchodzę jej w słowo. W tym samym momencie winda
zatrzymuje się na moim piętrze. - Dzięki, ale nie skorzystam z zaproszenia.
Włażę do mieszkania, odpalam kolejnego fajka i rozglądam się po tych
kilkunastu metrach kwadratowych.
Ja pierdolę, jaki burdel.
Nie mając najmniejszej ochoty na sprzątanie, puszczam na maksa klasykę z warszawskiego podwórka - WWO Każdy ponad każdym - wyjmuję z lodówki
whisky i robię to, co od pewnego czasu umiem najlepiej.
Upadlam się. Zalewam się w trupa.
3 Kamila
Co za buc! To była pierwsza myśl o moim nowym sąsiedzie. Wtedy nie
wiedziałam, że słowo "buc" nie oddaje tego, kim naprawdę jest, a raczej
jaki potrafi być.
Jedne z najważniejszych mądrości, jakie przekazała mi mama, nim
wyprowadziłam się z rodzinnego domu do dużego miasta, dotyczyły
przyjaźni. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Kilka banalnych
słów, które zyskują na wartości, gdy bieda dotyczy nas samych. Ja miałam
to szczęście posiadać przyjaciół na piątkę z plusem. Oprócz Aśki, która
w ekspresowym tempie umówiła mnie z adwokatem, miałam jeszcze do pomocy
Rafała, jej męża. Dzięki nim, a raczej gównie dzięki niemu, udało mi się
odzyskać i przewieźć swoje rzeczy pod nowy adres bez komplikowania sobie
życia słuchaniem ckliwych historii Błażeja rodem z tureckiego serialu.
Nie miałam na to najmniejszej ochoty. To był definitywny koniec "nas".
Zaczynałam od nowa. Cokolwiek to miało znaczyć.
Niestety, pożegnanie z pracą było o wiele trudniejsze, niż sądziłam. Za
namową prawnika przystałam na trzymiesięczny okres wypowiedzenia z możliwością zdalnej pracy, tak bym, jak to Aśka powiedziała, nie musiała
więcej oglądać twarzy tej kanalii Błażeja oraz jego kochanki księgowej.
Udało mi się także odzyskać zainwestowane w wydawnictwo pieniądze. Na
więcej nie miałam co liczyć. Na wszystkich najważniejszych umowach
figurował wyłącznie podpis Błażeja. Owszem, mój adwokat zapewnił, że
jest szansa procesowania się o moją część w firmie, ale musiałabym się
przygotować na wielomiesięczną, a może nawet wieloletnią batalię w sądzie. A na to nie miałam ochoty. Trudno, jeśli zdaniem innych
przegrałam, niech tak będzie. Mam to gdzieś. Chcę tylko spokoju.
- Rozumiem i nie rozumiem - stwierdza Asia, której właśnie skończyłam
tłumaczyć, co by mnie czekało, gdybym wytoczyła proces Błażejowi. -
Rozumiem, z jakich powodów tego nie chcesz, ale, cholera, to są lata
twojej pracy, twoje "dziecko".
Na te słowa do oczu napływają mi łzy, zaraz wybuchnę płaczem. Co zresztą
w ostatnich tygodniach zdarza mi się nagminnie. Podobnie jak słuchanie
najrzewniejszych piosenek stulecia. Mój gust muzyczny poleciał na łeb na
szyję. Zaliczyłam dno, a raczej bagno fonograficzne.
- Dobra, dobra, już zamykam gębę! - Asia w pokojowym geście unosi obie
dłonie, po czym sięga po trójkącik pizzy. - Zmieńmy temat. Jak tam nowe
mieszkanko? Zaaklimatyzowałaś się?
- Mieszkanie daje radę, a ja, o dziwo, całkiem nieźle zaadaptowałam się
do niewielkiego metrażu. Musisz koniecznie do mnie wpaść. Mam już sofę...
i wino! - Mrugam okiem i również sięgam po kawałek pizzy ociekającej
tłuszczem z włoskiej pepperoni. Aż dziw bierze, że coś tak cieniutkiego,
smakującego jak kawałek nieba może być aż tak kaloryczne! To powinno być
karalne.
Asia z premedytacją i miną, której mogłyby jej pozazdrościć aktorki
filmów porno, zajada się ciągnącym serem.
- Będziemy miały za to specjalne miejsce w piekle! - nabijam się.
- Oj tam, oj tam. Ja tylko staram się ich motywować.
Czy wspominałam, że znajdujemy się w galerii handlowej i ową pizza
zajadamy się, siedząc na wprost siłowni? A dokładniej siedzimy tuż przed
szybą, za którą na bieżniach wypacają kalorie uzależnieni od sportu
nadludzie. Nie bez powodu nazywam ich nadludźmi - kto przy zdrowych
zmysłach biega przed ósmą w poniedziałek?!
- No dobra, a jak ten menelowaty wirtuoz, który mieszka pod tobą? Dalej
uprzykrza ci życie?
Na samą myśl o tym człowieku krew mnie zalewa. Nigdy, przenigdy nie
miałam problemów z innymi lokatorami, ale ten... Och! Nie ma dnia, w którym oczyma wyobraźni nie odcinam mu głowy.
- To prostak! Buc! Palant!
- Oho...
- To, że puszcza głośno muzykę, to nic! Każdego dnia i najczęściej też w nocy tłucze się po mieszkaniu, wali jakimiś przedmiotami, chyba o ściany, wydziera się. - Zduszam złość w zarodku i o wiele ciszej mówię:
- Myślę, że to pijak. Widziałam, jak wynosi do śmietnika torbę pełną
pustych butelek. Zresztą śmierdzi od niego jak z gorzelni... I pali jak
smok. Nawet u siebie czuję smród fajek.
Aśka parska śmiechem.
- To nie jest zabawne! Przez niego nie mogę pracować we własnym domu i muszę to robić tu. - Rozkładam ramiona, wskazując galerię handlową. -
Mam dosyć faceta, a nawet go nie znam!
- To mu to powiedz.
- No coś ty! Nie chcę mieć problemów. Jestem nowa w bloku, nie mam
zamiaru chodzić z łatką czepialskiej sąsiadki.
Moja przyjaciółka wybucha gromkim śmiechem, a ja zdaję sobie sprawę, jak
dobrze wychowali mnie rodzice. Wpoili mi bycie miłą i grzeczną
dziewczynką, co zaowocowało sympatyczną, nieumiejącą się wykłócać o swoje dorosłą kobietą.
- Dobra, skończmy ten temat. Lepiej pomóż mi napisać tekst, bo muszę go
oddać do jutra.
- Dawaj, co dziś bierzemy na tapet? Singielki? Związki? Rozgrzej go w pięć minut? Dwadzieścia cztery gorące propozycje na wieczór?
- "Seks oralny: siedem wskazówek, jak zrobić to lepiej" albo "Zaskocz
go! Pięć wyjątkowych pozycji o poranku". - Gdy kończę zdanie, na mojej
twarzy nie pojawia się nawet cień uśmiechu. Totalny profesjonalizm albo
raczej pogodzenie się z faktem, jakie głupoty wypisuję za pieniądze.
- Serio? - Aśka wywraca oczami, zdając sobie sprawę, że te tematy to
chłam. - Zauważyłaś, że prawie nigdy nie piszesz o kobietach? Wiecznie
tylko "czego on chce", "jak zadowolić mężczyznę", " zrób mu to czy
tamto".
- Uważasz, że to, że nie piszę o kobietach, to jedyny problem?
- Och... - Macha dłonią. - Rozumiem, że treść poczytnych artykułów to dla
ciebie najniższa półka, a raczej bawienie się w piwnicy ze zwłokami. -
Za wszelką cenę staram się nie wzruszyć ramionami. - Lecz co jak co, ale
seks zawsze będzie się dobrze sprzedawał. A jeśli mnie pamięć nie myli,
to nie wygrałaś w totka i nadal musisz pracować.
- Dobra - przyznaję apatycznie. - Zacznijmy od porannych pozycji, bo do
piątku mam napisać kilka równie cudownych porad, jak schudnąć w dwa
tygodnie i w co się ubrać, gdy masz w biodrach więcej niż przeciętna
nastolatka...
To był męczący dzień... Nie! Prawdę mówiąc, to były męczące tygodnie. Na
co dzień udaję, że pozbierałam się do kupy. Że rozstanie spłynęło po
mnie i od teraz w różowych okularach na nosie na środku salonu tańczę do
dźwięków I'm Every Woman Whitney Houston.
Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej przygnębiająca. Owszem, wraz z przeprowadzką i zakończoną sprawą w sądzie poczułam przypływ energii,
jednak samotne wieczory, wiecznie chillowanie przy Netfliksie oraz
zamawianie nieopłacalnej porcji dla jednej osoby dobijały mnie.
Początkowo użalałam się nad sobą, jedząc lody z podwójną bitą śmietaną i płacząc przy klasycznych komediach romantycznych, jak Notting Hill,
Bezsenność w Seattle czy Kiedy Harry poznał Sally. Po pewnym czasie,
zadziwiająco zbieżnym z trudnością zapięcia guzika w spodniach,
postanowiłam wziąć się za siebie. Na nowo polubiłam się z aktywnością
fizyczną. Każdego wieczoru zamiast zajadać się kolejną porcją słodkich
kalorii, wykonywałam serię ćwiczeń dla wyjątkowo opornych. Dni mijały,
zakwasy pojawiały się coraz rzadziej, a endorfiny sprawiały, że czułam
się coraz lepiej... Jak również wyglądałam. To ten efekt uboczny, na który
czeka się wyjątkowo ochoczo.
Na fali tych nienajgorszych emocji postanowiłam zrobić coś, o czym
jeszcze do niedawna myślałam, że już nigdy nie będę musiała tego robić.
Zaktualizowałam swoje CV i rozpoczęłam rozsyłanie dokumentów do
przeróżnych wydawnictw, nawet do tych, o pracy w których skrycie
marzyłam, a dotychczas nie odważyłabym się powiedzieć o tym na głos.
Niestety, szybko się zorientowałam, że zgubienie kilku centymetrów w pasie jest o wiele łatwiejsze niż znalezienie pracy marzeń.
4 Alek
Wody... Wody... Chociaż kilka kropli...
Uczucie piachu pod powiekami, kapeć w mordzie i ból głowy tak silny,
jakby miniaturowy krasnal kilofem napieprzał w mój łeb, to pierwsze, co
mnie wita. Z ledwością podnoszę się z lepkiej od wódy podłogi i szukam
rozmazanym wzrokiem czegoś do picia. Slalomem ruszam do równie
upieprzonej co salon kuchni. Nachylam mordę pod kran i niczym zwierz
łapczywie zaspokajam pragnienie. Na koniec szybkie obmycie twarzy
lodowatą wodą.
- Ja pierdolę... - Wzdycham, rozglądając się po skromnym metrażu. - Gdybyś
to widziała, to chyba byś mi łeb urwała... albo co innego.
Kręcę głową i odpalam fajka. Zerkam na tarczę zegara. Piąta rano. Za
kwadrans muszę być już w drodze do roboty. Jeśli moje wyliczenia są
dobre, to zasnąłem, a raczej odcięło mnie po sporej ilości wódy jakoś
koło trzeciej.
- Eee, nie jest najgorzej. Dwie godzinki snu. Walnę tylko kawę i będzie
zajebiście.
Idioto, kogo ty chcesz oszukać? Chyba nie samego siebie?
Chwilę po piątej przekręcam klucz w zamku. Na parterze mijam się z emerytem z trzeciego piętra, który ze swoim równie starym co on
jamnikiem wraca już ze spaceru. Musiałbym być pierdolnięty, żeby o takiej porze wychodzić z czworonogiem. Nie dziwi mnie fakt, że gość nie
wita mnie staropolskim "dzień dobry", bo sam tego nie robię, ale tym
razem dziad mierzy mnie dziwnym spojrzeniem. Nie przypominam sobie,
żebym mu jakoś wyjątkowo zalazł za skórę, chociaż... Trudno, nie on
pierwszy, nie ostatni.
Przyspieszam kroku i wychodzę z klatki na równie ponure co moja dusza
ursynowskie podwórko.
- Spóźniłeś się. - Wojtas wita mnie z irytującym uśmiechem.
- A ty jesteś brzydki. Czy poranną wymianę uprzejmości mamy za sobą?
Zbijamy piątkę.
- Ja pierdolę, Misiek, śmierdzisz wódą.
Zbywam jego słowa lekceważącym machnięciem dłoni.
- Kurwa, trzęsą ci się łapy. - Wojtek nie odpuszcza. - Jak ty zamierzasz
pracować?! Chcesz, żeby stary wyjebał cię na zbity pysk?
- Nie przesadzaj. Guma, masz miętówkę?! - wołam do dźwiękowca.
- Chyba musiałbyś wpieprzyć całe opakowanie pasty do zębów. Kurwa, czy
ty do reszty...
- Jezu, nie przesadzaj i przestań się drzeć, łeb mi pęka - syczę. - Co?!
Że ja niby pierwszy przyszedłem do pracy lekko wczorajszy?! - Zaczynam
się śmiać. - To jakaś zbrodnia wypić wieczorem po ciężkim tygodniu
małego...
- Jest, kurwa, wtorek. - Ton Wojtasa jest jak wiadro lodowatej wody.
Dłuższą chwilę zajmuje mi przetrawienie tej informacji. Wtorek... WTOREK!
To jest dzień... kolejny po poniedziałku. Kurwa...
Nie jestem patusem, nie chleję, bo nie potrafię żyć bez wódy. Ja po
prostu... miałem męczący dzień... I jechałem metrem z gościem, który
przekonywał kumpla, że pizza hawajska to dar zesłany z niebios. Ty
zawsze zamawiałaś hawajską, choć nigdy nie rozumiałem, jak można jeść
ten shit. Gdy wysiadałem z metra, na peronie wisiał baner z zapowiedzią bajki, na którą chciała pójść do kina nasza Julcia.
Zadzwoniłem. Twoja matka to z całą pewnością bliska krewna Lucyfera.
Nigdy jej nie lubiłem. Z wzajemnością. Tylko ty nas spajałaś... albo
chociaż próbowałaś. Dziś jest gorzej, niż bywało kiedykolwiek przedtem.
Nie pozwala mi się spotykać z Julką. Kurwa, ona nawet nie daje mi
pogadać z małą przez telefon! Wkurwiłem się. Wiesz, jaki jestem. Zawsze
za szybko wybuchałem i... wybucham. Ty miałaś sposoby, by temu zapobiec.
Ja nie potrafię.
Wróciłem do domu i walnąłem małego drinka na ukojenie skołatanych
nerwów. No, chyba nikt nie będzie się ze mną kłócił, że tego
potrzebowałem. Potem wypiłem drugiego, bo pierwszy nie do końca mnie
uspokoił. Kolejny jakoś sam przepłynął przez gardło. Wiesz, jak to jest.
Sama mówiłaś, że jak się ma na coś smaka, to nie da rady tego niczym
innym zastąpić... Hm, chociaż tobie bardziej chodziło o camembert i białe
wino niż o wódę bez popity.
Byłem pewien, że to wystarczy, położę się na kanapie i zasnę. Nadal nie
śpię w naszym łóżku. Jakoś nie mogę. Ale... ta świergocząca radośnie
niczym księżniczka z bajek Disneya blondyna z piętnastego piętra
urządziła sobie koncert najbardziej rzewnych kawałków z lat
dziewięćdziesiątych, co zresztą, odkąd się wprowadziła, robi często.
Przy Toni Braxton wymiękłem. Musiałem zapić Un-break My Heart, bo
inaczej bym zdechł. A później jakoś poszło...
- Pssst!
Zresztą ona albo wyje do księżyca przy tych kiczowatych melodiach, albo...
i sam nie wiem, co jest gorsze... pieprzy się jak jakaś seksoholiczka. W życiu nie słyszałem, żeby jakakolwiek kobieta tak stękała i jęczała. Do
tego musi mieć jakoś fatalnie ustawione łóżko, bo non stop coś wali.
Sama rozumiesz, że musiałem ją zagłuszyć. Ziomek z ursynowskiego
podwórka, Pezet, idealnie wpasował się w klimat. Seniorita
przypomniała mi stare, dobre czasy.
- Misiek! - Wojtas boleśnie kopie mnie pod stołem.
O kurwa! Jesteśmy na żywo na antenie. Mamy gościa, a ja... zupełnie
odpłynąłem. Ja pierdolę. Skup się, idioto! O czym gadaliśmy?! Co
powiedział Wojtas? Albo nasz gość. Myśl, Misiek, myśl!
- W swoich numerach poruszasz tematy polityki i tego, co się dzieje
obecnie w Polsce - zagaduję, licząc, że ujdzie mi to na sucho, nawet
jeśli przed momentem Wojtas pytał, ile kanapek zjadł nasz gość na
śniadanie.
- Wiem, o co zaraz zapytasz. Czy dojrzałem do tego i czy mam odpowiednią
wiedzę, bo przecież dotychczas nie interesowałem się polityką, ale...
- Ona interesowała się tobą - przerywam facetowi. - Zapytam wprost. Czy
jesteś przykładem postawy obywatelskiej, czy masz wyjebane i ciśniesz
bekę?
Widzę uśmiech na twarzy Wojtasa. Uff, udało się.
- Wiesz, że miałeś dzisiaj wyjątkowy fart - podsumowuje mnie Wojtas, gdy
jaramy szluga.
- Fart to może ty masz, ja po prostu jestem inteligentny i potrafię
działać pod presją w każdej sytuacji - ironizuję.
Mój kumpel z pełną powagą mierzy mnie wzrokiem. Na jego twarzy nie ma
nawet cienia uśmiechu.
- Jak długo jeszcze zamierzasz grać błazna?
Spuszczam głowę i wydmuchując dym z ust, mruczę mało wygórowane
przekleństwo na temat tego, gdzie aktualnie mam jego opinię na mój
temat.
- Stary, przecież znamy się nie od dziś. Obaj wiemy, że to - wskazuje na
mnie dłońmi - to nie jesteś ty. Jestem w stanie naprawdę wiele
zrozumieć, ale... kurwa, Monia nie ży...
- Nie waż się o niej mówić - warczę oschle.
Wojtas przeciera twarz.
- Tak się dłużej nie da. Ja nie dam rady.
Zerkam na niego z miną cynika na twarzy, bo niby z czym on tak nie da
rady, do cholery?! To nie on został sam, to nie jego życie poturbowało,
to nie on jest poszkodo...
- Nie zamierzam dłużej chronić ci dupy w robocie i ściemniać wszystkim
wkoło, że masz gorszy dzień, jesteś introwertykiem, stronisz od
towarzystwa albo że jesteś skupiony na wywiadzie i się odcinasz, żeby
zebrać myśli, gdy ty w tym czasie najzwyczajniej w świecie śpisz, bo
zachlałeś kolejny dzień z rzędu.
Czuję, jak złość się we mnie kumuluje, i niewiele myśląc, mówię:
- Nikt ci nie każe mnie bro...
- Moja Gosia spotkała w niedzielę Julkę z babcią.
Złość, którą jeszcze przed momentem czułem, się rozpływa.
- Młoda podobno pytała o ciebie - kontynuuje Wojtas. - Kiedy ją
zabierzesz do siebie i takie tam.
- Gdyby miała zdrowych na umyśle dziadków, to byłaby u mnie non stop.
- A dziwisz się im?!
- Kurwa! Chyba nie będziesz bronił tych...
- Misiek, spójrz na siebie! Jesteś wrakiem na dnie, jak "Titanic", tylko
zatopionym w wódzie. Nie powierzyłbym ci złotej rybki, a co dopiero
dziecko.
- Wiesz co?! Pierdol się!
Gdy docieram do mieszkania, jestem na granicy, ledwo wytrzymuję sam ze
sobą. To koszmar. Moja głowa już od dłuższego czasu jest miejscem, z którego nie mogę uciec, choć bardzo bym tego chciał. Stałem się kimś, a raczej wszystkim tym, czego zawsze szczerze nienawidziłem. Mam dosyć
tego. Siebie również. To potworne żyć z kimś, kogo nawet się nie lubi.
Kogo uważa się za niewystarczającego. Kto dał dupy na całej linii. A musisz na tę osobę codziennie patrzeć w lustrze.
Od natłoku myśli cholernie boli mnie głowa. Przeszukuję kuchenne szafki,
by namierzyć cokolwiek, co uśmierzyłoby ból i choć odrobinę mnie
wyciszyło. Chwilę później odnajduję lekarstwo. Wybór jest trudny. Apap
czy absolut?
Kiedy w mojej głowie trwa głosowanie, na telefon przychodzi wiadomość od
Gośki, żony Wojtka.
Zadzwoń do Julki!
Dałam jej słowo, że to zrobisz!
Łykam tabletkę przeciwbólową. Daję sobie jeszcze pięć minut, by nieco
ochłonąć. Muszę zadzwonić. Gdyby to ode mnie zależało, rozmawialibyśmy z Julcią codziennie. To nie podlega żadnej dyskusji, ale przed nami jest
spora przeszkoda, której aktualnie nie mam siły pokonać.
Cholera! Gdybyś to słyszała... te gadkę, że nie mam siły... Kurwa, dostałbym
od ciebie takiego kopa na rozpęd, że w dwie minuty byłbym po Julkę.
Głęboki wdech i wydech. Wybieram numer do strażnika bram piekła albo,
jak kto woli, mojej byłej teściowej - choć prawidłowo rzecz ujmując,
matki mojej byłej konkubiny. Zielona słuchawka...
- Halo? Słucham.
- Dzień dobry, Tereso. - Po drugiej stronie cisza, aczkolwiek domyślam
się, że moja rozmówczyni mnie słyszała, choć bardzo by nie chciała. -
Zdaję sobie sprawę, że nasza wczorajsza rozmowa... hm... - Jak kulturalnie
jej powiedzieć, że wkurwia mnie na maksa, ale chcę się widywać ze swoim
dzieckiem, więc przymknę oko na jej głupie pierdole... Ech. - No, nie
wyszła tak, jak powinna. Chciałbym porozmawiać z Julcią. Jest wtorek, po
piętnastej, więc na pewno nie jest już w przedszkolu. Jest wtorek, wiem
to, wiem!
- Niestety, nie ma jej - oznajmia spokojnie moja była teściowa, ale ja
jej nie wierzę. Zawsze była i nadal jest manipulantką. - Julka jest z dziadkiem na spacerze.
Gdy Teresa kończy zdanie, dobiega mnie śmiech Julki. Teraz wiem, że
kobieta kłamie jak z nut.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki