NA PÓŁMISKU
Zastałem się, proszę obywateli szanownych, trafonkowo za derektora hotelu, i to w swojem właściwem mieszkaniu na Szmulkach. A zaczęło się od tego, że przyjechała do nasz z Grójca spalona ciocia Wężykowa.
Rzecz jasna, że trzeba było famieliantkie przyjąć. Totyż wpuściłem, ma się rozumieć, ciocie do łóżka na swoje miejsce od ściany, a sam przeniesłem się na ziemie do szwagra Piekutoszczaka, któren także samo jako spalony mieszka u nas pod stołem. Po cioci Wężykowej nadleciał ze Skierniewic czyli tyż inszego Łowicza kum Gieni niejaki Szczurkowski z żoną, teściową i sześciorgiem dzieci. No to nie było inszej rady, tylko musieliśmy ze szwagrem przenieść się do szafy. Powodziło się nam tam nie najgorzej, bo Gienia trzymała w szafie gąsior leczniczego spirytusu. To się zawsze pociągało po setuchnie do poduszki. Bogiem a prawdą spirytus był na mrówkach w charakterze lekarstwa na romatyz, ale przepisowe siłe posiadał. Szwagier troszkie narzekał, że mrówki po ciemku łyka, ale światła bojeliśmy się zapalać, żeby Gieniuchna, co i jak jest, nie sporutowała.
No i żyło się "jak cie mogie". Ciasno nam się zrobiło dopiero wtenczas, jak wrócił z Niemiec koleżka braciszka żony, Rączka Alojzy z kozą.
Na razie zrobiliśmy propozycje, żeby koza mieszkała na podwórku, koło śmietnika, ale ten ów Rączka obraził się o to i zaznaczył, że ani na jedne minute z nią się rozstać nie może, bo to jest koza pamiątkowa. W Pruszkowie w obozie z niem była. Całe Niemcy zjeździli tam i nazad i teraz spod Berlina zapychają. Znakiem tego nie może się zgodzić, żeby ją kto z podwórka przyuważył. A detalicznie stworzenie jest wesołe i w krótkiem czasie wszyscy go polubieją.
W taki sposób musieliśmy przyjąć koze do towarzystwa. Wesoła ona, cholera, faktycznie była. Zaraz pierwszej nocy pół materaca spod Gieni wyżarła i ciocie Wężyk za wieczne ondulacje zębamy chapła, bo myślała, że to siano. Ale najgorsze było, że "drobne" miała.
Po trzech dniach wszyscy się drapali jak najęte. Święta szli, a tu się wykąpać nie było gdzie, bo szkopy wszystkie kąpiele sfajczyli.
Wtenczas szwagier zaznacza, że w domu nam rzemską łaźnie wyszykuje, tylko mu potrzebna balia i konewka. Konewkie pożyczyło się od dozorcego, ale balii nie było, bo Gienia wywiozła ją przed powstaniem z inszemy rzeczamy do Warszawy, żeby było bezpieczniej. Z większych naczyń został nam się tylko półmisek. Obejrzał go szwagier i mówi, że będzie ciut-ciut za ciasny, ale obleci, skoro jeżeli Gienia na niem galarete z sześciu wieprzowych nóżek nieraz studziła.
W Wielki Czwartek nagotował szwagier wody, uwiązał konewkie na haku przy suficie, do dziobka przyczepił sznurek, pod spodem półmisek ustawił i mówi, że rzemska łaźnia gotowa i żeby się klejenci w ogonku ustawili. Ale nikt nie chciał, obsztorcowali tylko szwagra na perłowo i wyszli z domu.
Ja sam jeden się zostałem i myśle sobie, spróbuje tego wynalazku, bo faktycznie czystość to zdrowie. Rozebrałem się, ma się rozumieć, do rosołu, wlazłem na półmisek, ale się gibam - w nogi mnie ciasno, bo co wieprzowe, to nie moje, odpowiedzialne, trzydziesty drugi numer. Ale nic, wręcza mnie szwagier mydło i mówi:
- Szoruj, Walerek, łeb, a jak namydlisz fest, powiedz mnie, to za sznurek pociągne, woda poleci, mydło się spłucze i tak po kawałku cały się umyjesz jak lalka.
Ano dobra, mydle, mydle i widze, że będzie dosyć, bo cały się w pianie znajduje, i znakiem tego mówie:
- Feluś, ciąg za sznurek!
Czekam, a ta woda nie leci. Krzycze raz i drugi - nic. Obcieram oczy, obglądam się - nie ma szwagra.
- Feluś, do wielki Anielki, gdzieś się podział?
A szwagier z sieni mnie odpowiada, żebym poczekał troszkie, bo jest zajęty, komitet domowy przyszedł sprawdzić, czy my za dużo luzu nie mamy w mieszkaniu, i on musi wszystkich lokatorów wymienić po nazwisku.
Ja tu stoje goły na półmisku, nogi mi się trzęsą, dreszczy dostałem, a on się z komitetem przekomarza. Czekam jeszcze troszkie, ale już dłużej nie mogie, bo na dobitek mydło zaczęło mnie w oczy szczypać, totyż wołam:
- Wpuść komitet do mieszkania!
- Nie mogie, bo damski - prezesowa i cztery sekretarki... - i dawaj dalej wyszczególniać.
A tu jak mnie nie rąbną mydliny w jedno oko, jak nie poprawią w drugie, wszystkie gwiazdy mnie się pokazali, wyszłem z nerw i krzykłem:
- O rany, jak mnie mydło gryzie... ratonku!
Zlitował się szwagier, wleciał do pokoju, pociągnął za sznurek i... myślałem, że skonam, jak mnie wody na łeb nalał. Ukrop to był ze sto dwadzieścia stopni w cieniu, zleciałem ma się rozumieć z półmiska na podłogie, podrywam się i chodu spod konewki, ale wskoczyłem na kawał mydła i jade na niem jak na łyżwie. Wybiłem głową filong i wpadłem między komitet. Prezesowa zemglała, reszta komitetu gazu przed siebie. Nadobitek koza wyskoczyła ze strachu przez okno i wpadła na milicjanta, któren zestawił dwa pretokóły: o zabradziażenie spokoju publicznego i o obraze niemoralności.
Ale za to jestem czyściutki jak nowo narodzony pętak. Przy święconem jajeczku wszystkie moje lokatorzy tak się drapali, że życzeń religijnych nie można było składać, bo co i raz żółtko komuś z widelca spadało. A ja nic.
Każden mnie zazdrościł i same teraz względem tego tygodnia czystości mają konewkie od dozorcego pożyczyć, tylko że Gienia będzie stała przy sznurku, bo szwagier jest raptus i znowu może zapomnić zimnej wody do ukropu dolać.