Göteborg, piątek, 2 marca 2012
Vendela czym prędzej otworzyła drzwi i wepchnęła matkę do przedpokoju. W tym momencie usłyszała dzwonek telefonu, który musiał rozbrzmiewać już od dłuższego czasu, bo w powietrzu wisiały jego niepokojące dźwięki. Chwyciła za przenośną słuchawkę, podczas gdy matka z westchnieniem ulgi zniknęła w łazience. Vendela popatrzyła jeszcze, jak na szyldzie pod klamką pojawia się kolor czerwony - kolor ostrzeżenia.
- Vendela Mörck.
- Och - ktoś po drugiej stronie linii wstrzymał oddech, potem eksplodował: - Vendela! Tu Rigmor. Stało się coś strasznego!
Rigmor to żona Svena, najstarszego z dzieci państwa Mörcków. Kobieta pod każdym względem przeciętna, średniego wzrostu i o wyglądzie tak pospolitym, że jej opis pasowałby do większości szwedzkich kobiet, może z wyjątkiem Anity Ekberg czy Birgit Nilsson.
- Rigmor, o co chodzi?
- Iris zniknęła!
- Co takiego?
- Zniknęła. Nagle. Poszli razem do lekarza i tam mu uciekła. Po prostu opuściła poczekalnię bez słowa i przepadła. Gdy wyszedł z gabinetu, jej już nie było.
Vendela poczuła narastającą migrenę.
- U lekarza - powtórzyła mimowolnie, bo nic innego nie przychodziło jej do głowy.
- Tak. Na wizycie kontrolnej. Karl był taki grzeczny i uległy. Lekarz go pochwalił. - Rigmor mówiła tak, jakby chodziło o chłopca, który właśnie zdołał kilka razy podskoczyć na jednej nodze i narysować człowieka podczas bilansu czterolatka. - A kiedy wyszedł, Iris na niego nie czekała. Nie wiemy, gdzie się podziewa. Chcesz usłyszeć, co powiedziano nam na komisariacie?
- Zamieniam się w słuch - mruknęła Vendela.
- Że to dorosła kobieta, więc nie mogą nic zrobić przed upływem dwóch dni.
- Brzmi rozsądnie.
- Rozsądnie?! Ja nie wiem, kto tu oszalał.
I jest strzała. Vendela od początku na nią czekała.
- Ona jest dorosła.
- Iris nigdy by tak nie zniknęła. Ktoś ją musiał porwać. Albo źle się poczuła. Pytaliśmy w każdym szpitalu, ale nigdzie jej nie ma.
- Porwać? - prychnęła Vendela, zerkając na drzwi do łazienki. Ze środka nie dochodził żaden dźwięk, nawet wody lejącej się do umywalki. Najwyraźniej Iris podsłuchiwała z zapartym tchem. Przeniosła wzrok na schody, gdzie obok fikuśnego krzesła dalej stała walizka. I dziecięcy koszyczek z wytłoczką na jajka. Zimny powiew wiatru przeleciał przez klatkę, a chwilę później dało się usłyszeć trzaśnięcie drzwiami na dole. Vendela wzięła oddech i wyrzuciła z siebie: - Rigmor, przestań jej szukać. Wiem, gdzie jest.
- Ty wiesz?!
- Tak.
- Gdzie? Co z nią? - Nagle zdziwienie w głosie Rigmor zastąpiła agresja: - Ona jest u ciebie! Dasz ją do telefonu? To... to takie nieludzkie... Tak sobie odejść... - Rigmor z przejęcia zabrakło tchu. Wzięła głęboki wdech i dokończyła: - Czy ona nie rozumie, że my się martwimy? Jesteśmy wszyscy u Karla i czekamy, aż się odezwie.
- Nie mogę jej zawołać. Wiem, gdzie jest, ale w tym momencie jest nieosiągalna.
Nie kłamała. Iris od zawsze uważała, że gdy kobieta siedzi w łazience, nie wolno jej przeszkadzać. Poza tym wszystko słyszała, Vendela nie mogła więc powiedzieć, co robi matka. I nawet gdyby zapukała do drzwi, nie usłyszałaby żadnej odpowiedzi z wyjątkiem absolutnej ciszy lub szumu wody. Jeśliby w tym momencie dom zaczął się palić i do mieszkania wtargnęli strażacy, Iris prawdopodobnie spokojnie udawałaby, że myje ręce.
- Ach, nie? - odparła Rigmor z niedowierzaniem, zaraz się jednak otrząsnęła i dodała: - Ojciec chce z tobą rozmawiać.
Vendela z niechęcią przyjęła tę informację.
- Vendela! - w głosie Karla pobrzmiewało zniecierpliwienie.
- Tak?
Winda ruszyła z dołu, minęła czwarte piętro i sunęła dalej w górę. Co takiego pomyślał sobie ten ktoś w środku na widok plastikowej torby, małej walizki i krzesła na korytarzu?
Ale ojciec nie miał bladego pojęcia, w jakim kierunku zmierzają myśli córki. Mówił o tym, co w tej chwili było dla niego najważniejsze.
- Odeszła. Lekarz był taki zadowolony, pogratulował mi wyników. A ona taki numer mi wykręciła. Pielęgniarka powiedziała, że wyszła od razu, jak tylko lekarz zamknął drzwi gabinetu. Nikomu nie mówiła, gdzie się wybiera. Żenująca sytuacja. A na parkingu był taki ruch, że prawie się zderzyłem z jakimś facetem, który jechał pod prąd. Miał czelność twierdzić, że to ja źle jechałem.
Karl musiał zrobić przerwę, by zaczerpnąć tchu. Po chwili mówił dalej:
- A gdy wróciłem do domu, jej tam nie było.
- Tato, porozmawiam z nią - obiecała córka potulnie.
- Jak to, ona jest z tobą? Mogę z nią pomówić?
- To niemożliwe. W tym momencie jest nieosiągalna. Ale jak tylko będę mogła się z nią skontaktować - dodała tonem, jaki zazwyczaj stosowała wobec młodocianych pacjentów, których musiała poprosić o odrobinę cierpliwości - przekażę jej twoje słowa.
- Czyli co?
- Że to było dla ciebie żenujące. - Vendela za późno wyczuła jad w swoim głosie.
Ale Karl miał skórę grubą jak u słonia, więc powiedział tylko:
- Bo to prawda.
- Tato, muszę się rozłączyć. Stoję w przedpokoju i mam otwarte drzwi na klatkę.
- Dlaczego?
- Bo zadzwoniłeś, gdy właśnie wracałam z pracy.
- Tak, praca. Pozdrów małą Tildę ode mnie. I poproś matkę, żeby się jak najszybciej do mnie odezwała. Powiedz, że jestem na nią bardzo zły.
- Pozdrowię. - Vendela szybko odłożyła słuchawkę. Oczami wyobraźni zobaczyła ich przed sobą: ojca w fotelu przed telewizorem, z nogami na podnóżku, a braci i ich żony ściśniętych w grupkę. I wnuki, które biegają wkoło i bawią się w wojnę albo szepczą sobie coś na ucho. Zazwyczaj ucisza je matka, mówi, żeby bawiły się w coś spokojniejszego albo żeby wyszły hałasować na dwór.
A Rigmor serwuje kawę i przekąski. Ale nie w salonie, o nie! Koniecznie w kuchni, bo Rigmor dba o dywany i sofy nawet w kryzysowych sytuacjach.
***
Vendela mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu z kuchnią, które siedem lat temu, gdy się do niego wprowadzała, wydawało się ogromne. Teraz Tilda dorosła i zaczęła okupować coraz więcej przestrzeni.
Wszystkie okna wychodziły na podwórko, a w pokojach dominowały białe ściany i drewniane podłogi. Całe mieszkanie, poza pokojem Tildy, umeblowane było dość skromnie, po części dlatego, że Vendelę obchodziła jedynie wygodna kanapa do dyspozycji i masa książek do czytania. Dlatego w salonie znajdował się drogi, kupiony za gotówkę narożnik i wielka na całą ścianę biblioteczka z książkami ułożonymi alfabetycznie, według nazwisk autorów.
Jedynym rzucającym się w oczy przedmiotem była lampa z lawą. Stała na stoliku w kącie obok drzwi prowadzących do sypialni. Włączona, świeciła na różowo, a w jej wnętrzu przelewały się czerwone bańki, które Vendeli przypominały krew. Lampa należała do niej, ale to Tilda postawiła ją w miejscu, z którego była widoczna także z kuchni. I to ona codziennie ją zapalała.
***
Vendela wzięła koszyczek i walizkę, a nad krzesłem chwilę się wahała. Do kogo należało? Nigdy przedtem go nie widziała, co jednak o niczym nie świadczyło, bo przecież krzesła rzadko kiedy zapadają w pamięć. Miało szarobiałą barwę, zgrabne nóżki, półokrągłe oparcie i miękkie błękitne siedzisko, zdobione haftem krzyżykowym. Tu i ówdzie spośród motywu zielonych liści wyłaniały się, jak główki kapusty, żółte i czerwone róże.
Czyżby Iris przywiozła je z Bor?s? Ale po co?
Na matkę natknęła się dopiero w kuchni, kiedy wykładała zakupy z torby.
Była uczesana i miała pomalowane szminką usta, a mimo to jej twarz zdradzała zmęczenie. Vendela czule ją przytuliła.
Stały tak przez chwilę w objęciu, potem córka posadziła ją przy stole.
- Jesteś głodna?
- Tak - odparła Iris z zażenowaniem.
Vendela otworzyła lodówkę, ale tam niewiele było. Prawdziwe zakupy planowała dopiero w sobotę. Na szczęście miała jajka, mleko i chleb, mogła więc przygotować jajecznicę, podać z chlebem i kilkoma plasterkami pomidora. Błąd! W tym momencie jej kuchnia była jak sztab kryzysowy, a prawdziwych kryzysów nie rozwiązuje się nad talerzem miękkiej jajecznicy. Tu potrzeba czegoś tłustego i słodkiego.
- Chcesz naleśniki? - zapytała Vendela. - Z konfiturami. Mam też bitą śmietanę i nalewkę.
- Tak, dziękuję. Naleśniki będą w sam raz - odparła Iris, a na jej ustach zakwitł blady uśmiech.
Vendela otworzyła szafkę z suchymi produktami. Nie musiała nawet stawać na palcach, żeby sięgnąć na najwyższą półkę.
Była wysoka i bardzo szczupła. Miała duże stopy i długie, kościste palce u rąk. Jej oczy były szaroniebieskie a włosy - największy atut - niezwykle gładkie i jasne. W młodości zaplatała je w długi warkocz, który spływał na plecy. Ścięła je, dopiero gdy pojawiła się Tilda i tak już zostało. Ludziom mówiła, że krótkie włosy są bardziej praktyczne, ale nie była cała prawda. Vendela lubiła chodzić do fryzjera. Uwielbiała szelest nożyczek, włosy opadające na uszy i wprawny dotyk rąk na głowie.
Za torebką mąki stała butelka.
- Nalać ci kropelkę? - zapytała matkę.
- Lubisz whisky?
- Nie, nie bardzo. Szef dał mi w prezencie, bo on nie pije. Sam dostał od pacjenta i nie miał odwagi mu odmówić. I tak trafiła do mnie.
Butelka była prawie pełna. Vendela wypiła tylko kieliszek w listopadzie, kiedy zapadła na grypę. Wszyscy jej powtarzali, że whisky to wspaniałe lekarstwo. Ona jednak nie odczuła żadnego zbawiennego efektu, tylko bardziej mąciło jej się w głowie. Jedyne, czego wtedy pragnęła, to położyć się do łóżka i spać. Ale nie mogła, bo w domu była Tilda. Rzecz jasna mogła posadzić córkę przed telewizorem i zostawić drzwi do sypialni otwarte. Wiedziała jednak, że jeśli ktoś zadzwoni, Tilda odbierze i odpowie:
- Mama nie może podejść. Śpi po alkoholu.
Coś takiego mogło się wyrwać dziewięciolatce nieprzywykłej do oglądania pijanej matki. Vendela zdawała sobie sprawę, że samotne matki muszą zachować maksymalną czujność i ostrożność, dlatego raczej unikała alkoholu. Teraz jednak sytuacja była wyjątkowa. Nalała matce, ta wypiła łyk i aż się wzdrygnęła. Spojrzała na szklankę, którą podała jej Vendela: to była szklanka Tildy z postacią z bajki Disneya, a dokładnie z rakiem Sebastianem. Napój docierał mu aż do oczu, przez co wyglądał, jakby miał żółtaczkę. Albo jakby się topił. Iris wypiła jeszcze łyk, by ocalić biedaka.
Vendela też wzięła szklankę, dla towarzystwa. Jej była z Arielką. Ostatnia z kompletu z wizerunkiem księcia pozostała na półce.
- Muszę zadzwonić - przeprosiła i wyszła.
Numer wystukała z pamięci.
Poznały się z Myran pierwszego dnia szkoły w Bor?s. Jej prawdziwe imię brzmiało Miranda, nikt się do niej jednak tak nie zwracał, nawet matka. Myran i Vendela wiedziały o sobie wszystko, były jak papużki nierozłączki aż do czasu, kiedy poszły na studia w Göteborgu.
Teraz dzwoniły do siebie raz w tygodniu i dalej wszystko sobie mówiły, co nie bardzo odpowiadało Henrikowi, mężowi Myran.
- Cześć, tu Vendela. Nie przyjdę dzisiaj, nie mogę.
- Jak to? Ten złośliwiec M?ns powiedział, że nie da rady wziąć Tildy także w tym tygodniu?
- Tak. To znaczy nie, nie o to chodzi. To przez matkę.
- Rozchorowała się? Jak się czuje? Jedziesz do niej? Wezmę Tildę do siebie. A może cię zawiozę?
- Nie, nie trzeba. Matka jest u mnie. - Vendela głośno westchnęła, po czym wyrzuciła: - Uciekła z domu.
- Uciekła?! - Myran o mały włos nie zakrztusiła się od śmiechu. - Przecież matki nie uciekają z domu. Tylko Kerstin Thorvall tak zrobiła.
- Moja też.
Coś w głosie Vendeli kazało Myran przestać się śmiać.
- To może przyjdę do ciebie, jeśli chcesz. Przyniosę wino. I coś do jedzenia. Usycham w domu.
Myran była właśnie na urlopie macierzyńskim po urodzeniu trzeciego dziecka i już dawno zrozumiała, że to, co miało być przyjemną przerwą w błyskotliwej karierze, okazało się aresztem domowym w dzielnicy willowej, gdzie trudno spotkać sąsiada.
Ale Vendela tego wieczoru nie miała już siły na ploteczki z Myran. Jej przyjaciółka potrafiła być potwornie uparta, jak owad, od którego wzięła swoje imię2. Ślepa na otoczenie, z zacięciem parła do przodu wbrew przeciwnościom, nie dostrzegając tego, co po lewej czy prawej stronie. Gdyby Vendela zawahała się choć na sekundę, Myran nie odpuściłaby, skupiłaby się na winie, na jedzeniu i na frustracji, aż w końcu Vendela uległaby wbrew sobie. Potem siedziałyby razem z Iris przez cały wieczór i wysłuchiwały historyjek z życia matki trójki dzieci, aż w końcu Iris ze zniecierpliwienia wywróciłaby oczami, pożegnała się i poszła spać. A przecież tego wieczoru matka zasługiwała na więcej uwagi.
- Przełóżmy to na przyszły tydzień, dobrze? - zaproponowała więc głosem, jakim się zwracała do pacjentów, którzy życzyli sobie mieć śnieżnobiałe zęby w protezie.
- W porządku - westchnęła Myran. Dobrze znała ten ton, który oznaczał: "Jestem otwarta na dyskusję, ale nie ustąpię ani o krok".
- Utul dzieci, a potem weź butelkę i wypijcie z Henrikiem. A my się usłyszymy w przyszły piątek.
- Jak zwykle, zaśnie, zanim puszczą film w telewizji, i znowu będę oglądać sama - mruknęła Myran i się rozłączyła.
Vendela usmażyła naleśniki. Ułożyły je w krąg na swoich talerzach, posmarowały konfiturami, złożyły i zaczęły jeść. Iris opróżniła swoją szklankę i zaraz dolała sobie jeszcze trochę whisky, Vendela zaś poprzestała na tym, co miała.
Kiedy zaspokoiły głód, Vendela odłożyła sztućce i uważnie przyjrzała się matce. Iris bardzo się postarzała w ciągu minionych dwóch miesięcy, kiedy to widziały się po raz ostatni.
- Mamo - zapytała z powagą - powiedz, co się stało. Dlaczego tu przyjechałaś?
Iris odłożyła nóż i widelec na talerz. Wytarła usta serwetką i odparła:
- Zamierza porzucić swoją grupę wsparcia. Chodził tam co środę. To dlatego był taki spokojny. I miły.
- Wiem - mruknęła Vendela i przygryzła dolną wargę.
- W środę wrócił do domu i powiedział, że już tego nie potrzebuje. Że nauczył się wszystkiego, co potrzebne. Jakby to był jakiś kurs...
Iris zaczęła szlochać.
- Był taki szczęśliwy. Że mu się udało. Taki szczęśliwy. Jakby dokonał czegoś wielkiego. Nie wiedziałam, co robić. Nie wiedziałam, gdzie iść.
Matka rozpłakała się na dobre. Vendela objęła ją ramieniem i przyciągnęła do siebie.
_______________
2 Myra (szw.) - mrówka.