Whisky i naleśniki - Mia Ahl

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Göte­borg, pią­tek, 2 marca 2012

Kiedy tuż po sie­dem­na­stej Ven­dela opu­ściła kli­nikę, tra­fiła w sam śro­dek praw­dzi­wej śnie­życy. Ogromne i piękne płatki śniegu pi­ko­wały na chod­nik, gdzie na­tych­miast po­chła­niała je brą­zowa breja. Świat wy­glą­dał tak, jakby zima po­sta­no­wiła po­zbyć się ca­łego śniegu za­le­ga­ją­cego na raj­skich pół­kach i zrzu­cić go na zie­mię.

Ven­dela chcia­łaby mieć na­dzieję, że to ostat­nia taka śnie­życa, po­dej­rze­wała jed­nak, że zima da jesz­cze znać o so­bie nie tylko w marcu, ale i w kwiet­niu. Dla­czego wio­sna za­wsze musi tak zwle­kać? Lato na­staje, za­nim czło­wiek się zo­rien­tuje, i pyszni się całą swą kwie­ci­stą wspa­nia­ło­ścią. Je­sień przy­cho­dzi po­woli z każ­dym ko­lej­nym desz­czem i wia­trem, który za­miata po­żół­kłe li­ście. Tylko wio­sna robi je­den krok do przodu, by za­raz wy­ko­nać dwa do tyłu.

Prze­gnała te po­nure my­śli. Było jej cie­pło, jesz­cze nie zmo­kła, a na do­da­tek cze­kał ją week­end bez córki.

Taki week­end, o ja­kim ma­rzyła.

Naj­pierw wie­czór na mie­ście z przy­ja­ciół­kami. Po­tem so­bota na za­ła­twie­nie spraw, ale nie po­zba­wiona kul­tu­ral­nej roz­rywki. I wresz­cie nie­dziela pod zna­kiem sportu i ko­le­żeń­skich plo­te­czek. Gdzieś trzeba bę­dzie też upchnąć do­mowe po­rządki.

A o szó­stej wie­czo­rem w nie­dzielę wróci Tilda i za­leje ją no­win­kami. Obie będą szczę­śliwe, że spę­dziły czas wolny osobno, i za­do­wo­lone, że znowu są ra­zem.

Ven­dela prze­szła na drugą stronę ulicy, a po­tem ru­szyła Pu­ste­rviks­ga­tan do mo­stu nad ka­na­łem Ro­sen­lund. Göte­borg po­ka­zy­wał się od naj­gor­szej strony. Czuła, jak mar­z­nie jej twarz, i miała prze­mo­czone nogi, gdy w końcu do­tarła do ulu­bio­nego sklepu spo­żyw­czego.

Oczami wy­obraźni roz­ko­szo­wała się cze­ka­jącą ją so­botą. Rano długo bę­dzie się ocią­gała ze wsta­niem, po­tem sta­ran­nie na­kryje stół do śnia­da­nia: żółty ob­rus, świeca, fi­li­żanka i spodek. Ugo­tuje jajko na miękko i zrobi kilka to­stów z se­rem i kon­fi­tu­rami. W dzbanku za­pa­rzy her­batę.

Wy­szła z torbą pełną za­ku­pów i nie bez wy­siłku ru­szyła w stronę Kungs­ga­tan i da­lej, po scho­dach pro­wa­dzą­cych do Norra Lin­den.

Była zmę­czona, a mimo to zi­gno­ro­wała windę w ka­mie­nicy i na czwarte pię­tro wbie­gła truch­tem: co­dzienna ak­tyw­ność fi­zyczna le­żała jej na sercu.

Po­de­szwy jej bu­tów szu­rały o po­sadzkę i zo­sta­wiały mo­kre ślady na stop­niach. Zdzi­wiła się, ile brudu na­nio­sła.

***

Przed jej drzwiami na ma­łym krze­sełku sie­działa ko­bieta. Miała po­nad sześć­dzie­siąt lat, krót­kie siwe włosy, ciemny płaszcz i czarne ko­zaki. Do brzu­cha przy­ci­skała torbę, przez co wy­glą­dała jak wie­wiórka z orzesz­kiem w łap­kach. Obok krze­sełka stała nie­wielka wa­lizka. Po­liczki ko­biety były za­czer­wie­nione i błysz­czące jakby od łez, ale na wi­dok córki uśmiech­nęła się sze­roko.

- Mama?! - za­krzyk­nęła Ven­dela.

Bo­räs, lato 1969-Boże Na­ro­dze­nie 1971

Kiedy tam­tego lip­co­wego dnia 1969 roku Iris An­ders­son we­szła do księ­garni Mörc­ków, nie miała bla­dego po­ję­cia, że oto waży się jej przy­szłość. Gdyby o tym wie­działa, być może przy­sta­nę­łaby, przej­rzała film z cze­ka­ją­cym ją ży­ciem, mruk­nęła pod no­sem coś o nie­po­ro­zu­mie­niu, a po­tem od­wró­ciła się na pię­cie i ode­szła.

Ona jed­nak tylko na mo­ment za­wa­hała się w drzwiach, po czym od­waż­nie ru­szyła w stronę lady.

- Dzień do­bry - przy­wi­tała się grzecz­nie, cho­ciaż dziew­czyna za ladą nie wy­glą­dała na dużo star­szą.

- Dzień do­bry - od­parła Lis­beth Mörck. Druga córka księ­ga­rzy miała za­le­d­wie cztery lata wię­cej niż Iris, ale na jej palcu błysz­czał już praw­dziwy złoty pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy, a pod su­kienką pęcz­niał cią­żowy brzuch, który był przy­czyną przed­wcze­snych za­ślu­bin.

- Na­zy­wam się Iris An­ders­son i je­stem nową po­moc­nicą - po­wie­działa Iris i do­kład­nie w tej sa­mej chwili po­my­ślała, że brzmi to po­twor­nie pre­ten­sjo­nal­nie.

- Och, wi­taj - od­parła Lis­beth z sze­ro­kim uśmie­chem, bo była osobą przy­ja­ciel­ską.

Po­ka­zała Iris, gdzie może po­wie­sić płaszcz, je­śli bę­dzie go ze sobą miała, i gdzie zmie­nić buty. Po­tem omio­tła wzro­kiem jej krótką ba­weł­nianą su­kienkę bez rę­ka­wów i buty na pła­skim ob­ca­sie i oznaj­miła, że grunt to do­bre wy­cho­wa­nie oraz sto­sowne ubra­nie. Iris od razu od­ga­dła, że cho­dzi o za­kryte ra­miona, raj­stopy przez okrą­gły rok i uprzej­mość wo­bec klien­tów. I miała ra­cję. Z cza­sem zro­zu­miała, że do­pusz­czone są pewne od­stęp­stwa od re­guły, pod wa­run­kiem że za­wsze bę­dzie grzecz­nie wi­tać po­ten­cjal­nych ku­pu­ją­cych.

Iris ni­gdy nie chciała pra­co­wać w księ­garni. Nie lu­biła ksią­żek, wo­lała ko­lo­rowe pi­sma. Je­dyną książką, jaką oprócz szkol­nych lek­tur prze­czy­tała w ca­ło­ści, była Książka dla cie­bie Ker­stin Tho­rvall. Znała ją nie­mal na pa­mięć.

Po­da­nie o pracę zło­żyła w wielu dam­skich bu­ti­kach w mie­ście, ale nikt nie po­trze­bo­wał mło­dej i nie­do­świad­czo­nej pra­cow­nicy. Po­dob­nie było w kwia­ciarni i w skle­pie z pa­miąt­kami. Mo­głaby pra­co­wać dla Miss Björk, która pro­wa­dziła skład z tka­ni­nami, ale Iris czę­sto tam za­glą­dała jako klientka i wie­działa, że wła­ści­cielka jest osobą o dość wraż­li­wej psy­chice.

I tak tra­fiła do księ­garni. Nie dzięki urzę­dowi pracy, bo się do niego nie zgło­siła, lecz cho­dząc po pro­stu od sklepu do sklepu z uwie­rzy­tel­nioną ko­pią świa­dec­twa ukoń­cze­nia szkoły. W brą­zo­wej ko­per­cie miała też liczne re­fe­ren­cje, bo pra­co­wała wcze­śniej po są­siedzku jako opie­kunka do dzieci i wszy­scy w oko­licy mo­gli po­świad­czyć, że jest dziew­czyną od­po­wie­dzialną i uczciwą. Poza tym ce­cho­wała ją miła apa­ry­cja.

***

Iris nie­źle się czuła w księ­garni, cho­ciaż pierw­szego lata, za­nim przy­zwy­cza­iła się do cho­dze­nia przez cały dzień na ob­ca­sach, nie­raz po­twor­nie bo­lały ją nogi.

Lu­biła ukła­dać książki w od­po­wied­nim po­rządku i wy­kła­dać na półki pa­pier, ko­perty i ołówki. We wrze­śniu Lis­beth prze­stała pra­co­wać i cho­ciaż Iris cza­sami czuła się nie­swojo sam na sam z klien­tami, bo pa­trzyli na nią jak na dziecko, jej ego bar­dzo na tym sko­rzy­stało. Była prze­cież po­moc­nicą księ­ga­rza, która do­kład­nie wie, co znaj­duje się na za­ple­czu i co klient może za­mó­wić do domu.

***

Kiedy do Iris do­tarło, że Karl Mörck naj­wy­raź­niej za­biega o jej względy, za­miast wpaść w po­płoch, zro­biła się jesz­cze bar­dziej pewna sie­bie. Już wcze­śniej uma­wiała się z chłop­cami na randki, z nie­któ­rymi na­wet się ca­ło­wała. Tym ra­zem jed­nak było ina­czej. Za­częło się od tego, że prze­szli na ty, a stało się to pew­nego dnia pod­czas prze­rwy obia­do­wej. Iris za­zwy­czaj sia­dała w parku, by zjeść swoje ka­napki, wtedy jed­nak pa­dało, a do wy­płaty bra­ko­wało jesz­cze ty­go­dnia i nie miała pie­nię­dzy na po­si­łek w ba­rze. Za­ra­biała osiem ko­ron na go­dzinę i nie było to mało. Co mie­siąc zo­sta­wiała dwie­ście ko­ron w domu, a pra­wie dru­gie tyle wpła­cała na pocz­tową ksią­żeczkę oszczęd­no­ściową. Reszta szła na nowe su­kienki, ko­lo­rowe cza­so­pi­sma, ma­ki­jaż, płyty i kino. I oczy­wi­ście na ny­lo­nowe poń­czo­chy, które co chwila rwały się w księ­garni na­je­żo­nej drza­zgami.

Tam­tego dnia Iris sie­działa przy stole i ja­dła bułki z pasz­te­tem i ki­szo­nym ogór­kiem, przy­go­to­wane przez mamę. Jak przy­stało na piękną i przy­zwo­itą dziew­czynę, na­dal miesz­kała z ro­dzi­cami.

W pew­nym mo­men­cie wszedł Karl Mörck. Na obiady cha­dzał do matki, ale kawę wy­pi­jał w ką­ciku ku­chen­nym. Iris po­my­ślała, że w tym ma­łym po­miesz­cze­niu zro­biło się jesz­cze cia­śniej niż za­zwy­czaj. Wy­jęła z szafki fi­li­żankę i spodek, na­lała kawy z im­bryka i po­dała męż­czyź­nie.

- Pro­szę, pa­nie Mörck - po­wie­działa.

- Iris, pro­szę nie na­zy­wać mnie pa­nem - od­parł z uśmie­chem.

- Do­brze - wy­szep­tała.

- Mów mi Karl.

- Karl - po­wtó­rzyła po­słusz­nie, po czym usia­dła, roz­ło­żyła ga­zetę i wró­ciła do bułki.

- Co czy­tasz? - za­py­tał Mörck.

Iris po­ka­zała mu okładkę, prze­żu­wa­jąc in­ten­syw­nie kęs, żeby nie po­wie­dzieć "Bil­djo­ur­na­len" z peł­nymi ustami, bo, och, co za wstyd, jesz­cze coś wy­plu­łaby na stół.

Kiedy jej piękne kasz­ta­nowe oczy spo­tkały się z oczami Karla, dziew­czyna po­bla­dła. Zro­biło jej się wstyd, że cho­ciaż sie­dzi w księ­garni, czyta ko­lo­rowe pi­semko dla pa­nie­nek. Sama nie wie­działa dla­czego, ale na­gle sku­piła się na bułce i na wy­gry­zio­nym przez dwa równe rzędy jej bia­łych zę­bów pasz­te­cie. Nie był to przy­jemny wi­dok, spło­nęła więc ru­mień­cem. Karl nie wie­dział, że sie­dząca przed nim dziew­czyna my­śli o pasz­te­cie z wą­troby, uśmiech­nął się więc i po­wie­dział:

- Za­miast tego po­win­naś się­gać po książki. A mamy spory wy­bór.

- Yhm - mruk­nęła, by nie otwie­rać ust.

Od tam­tej pory już za­wsze pa­mię­tała, by za­bie­rać na za­ple­cze ja­kąś książkę. Ale o ga­ze­cie też nie za­po­mi­nała, żeby mieć co czy­tać.

***

Gdy na­de­szły święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, Karl dał jej pre­zent. Przyj­mu­jąc od niego pła­ską pa­czuszkę, cała po­czer­wie­niała: ona nic dla niego nie przy­go­to­wała. Oprócz pa­czuszki do­stała też ko­pertę wy­peł­nioną no­wymi dzie­się­cio­ko­ro­no­wymi bank­no­tami, którą otwo­rzyła jesz­cze tego sa­mego wie­czoru. Ale książkę roz­pa­ko­wała do­piero w Wi­gi­lię.

Był to Ucie­ki­nier prze­cina swój ślad Ak­sela San­de­mose.

Iris po­czuła lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Za­częła czy­tać, ale nie star­czyło jej sił, prze­szła więc do ostat­niego roz­działu, by spraw­dzić za­koń­cze­nie, co na nie­wiele się zdało. Nie zro­zu­miała na­wet, na czym po­lega prawo Jante1. Przed ni­kim się jed­nak z tym nie zdra­dziła, a już na pewno nie przed Kar­lem Mörc­kiem. Od razu po prze­rwie świą­tecz­nej ład­nie po­dzię­ko­wała mu za pre­zent.

Na­stęp­nym kro­kiem było za­pro­sze­nie do kina.

Do­piero wtedy Iris na­prawdę się prze­ra­ziła. Karl nie był już pierw­szej mło­do­ści, miał o całe dzie­sięć lat wię­cej niż ona. Jed­no­cze­śnie czuła się wy­róż­niona. O jej rękę ubie­gał się praw­dziwy męż­czy­zna, przy­stojny, za­wsze pod kra­wa­tem i pach­nący wodą ko­loń­ską Old Spice. Atrak­cyj­no­ści przy­da­wała mu lekka woń ry­zyka, jaką w star­szych męż­czy­znach wy­czu­wają tylko sie­dem­na­sto­let­nie pa­nienki.

Iris przy­jęła za­pro­sze­nie. Po­szli do kina, po ki­nie do ka­wiarni, gdzie za­mó­wili kawę i ciastka. Dziew­czyna była tak oszo­ło­miona bli­sko­ścią i za­pa­chem Karla, że nie mo­gła ni­czego prze­łknąć. Sie­działa i dzio­bała wi­del­czy­kiem na­po­le­onkę.

- Nie sma­kuje ci? - za­py­tał Karl.

- Ależ skąd, jest pyszna - od­parła po­śpiesz­nie, za­chi­cho­tała i pod­nio­sła do ust ka­wa­łek kru­chego cia­sta. Wtedy Karl prze­chy­lił się w jej stronę i pal­cem do­tknął jej po­liczka.

- Okru­szek - wy­ja­śnił.

Iris pra­wie ze­mdlała z roz­ko­szy.

***

Karl ad­o­ro­wał ją bez po­śpie­chu, ale kon­se­kwent­nie. Na Boże Na­ro­dze­nie 1970 roku po­da­ro­wał jej po­wieść lau­re­ata Na­grody No­bla, a kilka mie­sięcy póź­niej - złotą bran­so­letkę na uro­dziny. Kiedy Iris skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat, wszy­scy - a zwłasz­cza Karl i jego matka - uwa­żali ich za parę.

Reszta, czyli pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy i ślub, była już czy­stą for­mal­no­ścią. Iris zro­zu­miała, że jest w nim za­ko­chana. Po­do­bało jej się, że Karl jest taki sys­te­ma­tyczny i zor­ga­ni­zo­wany, urody też mu nie bra­ko­wało. Świetna par­tia dla każ­dej dziew­czyny.

_______________

1 Po­ję­cie stwo­rzone przez au­tora po­wie­ści: de­ka­log za­sad obo­wią­zu­ją­cych w fik­cyj­nym mia­steczku Jante (przy­pis tłum.).

Göte­borg, pią­tek, 2 marca 2012

Ven­dela czym prę­dzej otwo­rzyła drzwi i we­pchnęła matkę do przed­po­koju. W tym mo­men­cie usły­szała dzwo­nek te­le­fonu, który mu­siał roz­brzmie­wać już od dłuż­szego czasu, bo w po­wie­trzu wi­siały jego nie­po­ko­jące dźwięki. Chwy­ciła za prze­no­śną słu­chawkę, pod­czas gdy matka z wes­tchnie­niem ulgi znik­nęła w ła­zience. Ven­dela po­pa­trzyła jesz­cze, jak na szyl­dzie pod klamką po­ja­wia się ko­lor czer­wony - ko­lor ostrze­że­nia.

- Ven­dela Mörck.

- Och - ktoś po dru­giej stro­nie li­nii wstrzy­mał od­dech, po­tem eks­plo­do­wał: - Ven­dela! Tu Rig­mor. Stało się coś strasz­nego!

Rig­mor to żona Svena, naj­star­szego z dzieci pań­stwa Mörc­ków. Ko­bieta pod każ­dym wzglę­dem prze­ciętna, śred­niego wzro­stu i o wy­glą­dzie tak po­spo­li­tym, że jej opis pa­so­wałby do więk­szo­ści szwedz­kich ko­biet, może z wy­jąt­kiem Anity Ek­berg czy Bir­git Nils­son.

- Rig­mor, o co cho­dzi?

- Iris znik­nęła!

- Co ta­kiego?

- Znik­nęła. Na­gle. Po­szli ra­zem do le­ka­rza i tam mu ucie­kła. Po pro­stu opu­ściła po­cze­kal­nię bez słowa i prze­pa­dła. Gdy wy­szedł z ga­bi­netu, jej już nie było.

Ven­dela po­czuła na­ra­sta­jącą mi­grenę.

- U le­ka­rza - po­wtó­rzyła mi­mo­wol­nie, bo nic in­nego nie przy­cho­dziło jej do głowy.

- Tak. Na wi­zy­cie kon­tro­l­nej. Karl był taki grzeczny i ule­gły. Le­karz go po­chwa­lił. - Rig­mor mó­wiła tak, jakby cho­dziło o chłopca, który wła­śnie zdo­łał kilka razy pod­sko­czyć na jed­nej no­dze i na­ry­so­wać czło­wieka pod­czas bi­lansu czte­ro­latka. - A kiedy wy­szedł, Iris na niego nie cze­kała. Nie wiemy, gdzie się po­dziewa. Chcesz usły­szeć, co po­wie­dziano nam na ko­mi­sa­ria­cie?

- Za­mie­niam się w słuch - mruk­nęła Ven­dela.

- Że to do­ro­sła ko­bieta, więc nie mogą nic zro­bić przed upły­wem dwóch dni.

- Brzmi roz­sąd­nie.

- Roz­sąd­nie?! Ja nie wiem, kto tu osza­lał.

I jest strzała. Ven­dela od po­czątku na nią cze­kała.

- Ona jest do­ro­sła.

- Iris ni­gdy by tak nie znik­nęła. Ktoś ją mu­siał po­rwać. Albo źle się po­czuła. Py­ta­li­śmy w każ­dym szpi­talu, ale ni­g­dzie jej nie ma.

- Po­rwać? - prych­nęła Ven­dela, zer­ka­jąc na drzwi do ła­zienki. Ze środka nie do­cho­dził ża­den dźwięk, na­wet wody le­ją­cej się do umy­walki. Naj­wy­raź­niej Iris pod­słu­chi­wała z za­par­tym tchem. Prze­nio­sła wzrok na schody, gdzie obok fi­ku­śnego krze­sła da­lej stała wa­lizka. I dzie­cięcy ko­szy­czek z wy­tłoczką na jajka. Zimny po­wiew wia­tru prze­le­ciał przez klatkę, a chwilę póź­niej dało się usły­szeć trza­śnię­cie drzwiami na dole. Ven­dela wzięła od­dech i wy­rzu­ciła z sie­bie: - Rig­mor, prze­stań jej szu­kać. Wiem, gdzie jest.

- Ty wiesz?!

- Tak.

- Gdzie? Co z nią? - Na­gle zdzi­wie­nie w gło­sie Rig­mor za­stą­piła agre­sja: - Ona jest u cie­bie! Dasz ją do te­le­fonu? To... to ta­kie nie­ludz­kie... Tak so­bie odejść... - Rig­mor z prze­ję­cia za­bra­kło tchu. Wzięła głę­boki wdech i do­koń­czyła: - Czy ona nie ro­zu­mie, że my się mar­twimy? Je­ste­śmy wszy­scy u Karla i cze­kamy, aż się ode­zwie.

- Nie mogę jej za­wo­łać. Wiem, gdzie jest, ale w tym mo­men­cie jest nie­osią­galna.

Nie kła­mała. Iris od za­wsze uwa­żała, że gdy ko­bieta sie­dzi w ła­zience, nie wolno jej prze­szka­dzać. Poza tym wszystko sły­szała, Ven­dela nie mo­gła więc po­wie­dzieć, co robi matka. I na­wet gdyby za­pu­kała do drzwi, nie usły­sza­łaby żad­nej od­po­wie­dzi z wy­jąt­kiem ab­so­lut­nej ci­szy lub szumu wody. Je­śliby w tym mo­men­cie dom za­czął się pa­lić i do miesz­ka­nia wtar­gnęli stra­żacy, Iris praw­do­po­dob­nie spo­koj­nie uda­wa­łaby, że myje ręce.

- Ach, nie? - od­parła Rig­mor z nie­do­wie­rza­niem, za­raz się jed­nak otrzą­snęła i do­dała: - Oj­ciec chce z tobą roz­ma­wiać.

Ven­dela z nie­chę­cią przy­jęła tę in­for­ma­cję.

- Ven­dela! - w gło­sie Karla po­brzmie­wało znie­cier­pli­wie­nie.

- Tak?

Winda ru­szyła z dołu, mi­nęła czwarte pię­tro i su­nęła da­lej w górę. Co ta­kiego po­my­ślał so­bie ten ktoś w środku na wi­dok pla­sti­ko­wej torby, ma­łej wa­lizki i krze­sła na ko­ry­ta­rzu?

Ale oj­ciec nie miał bla­dego po­ję­cia, w ja­kim kie­runku zmie­rzają my­śli córki. Mó­wił o tym, co w tej chwili było dla niego naj­waż­niej­sze.

- Ode­szła. Le­karz był taki za­do­wo­lony, po­gra­tu­lo­wał mi wy­ni­ków. A ona taki nu­mer mi wy­krę­ciła. Pie­lę­gniarka po­wie­działa, że wy­szła od razu, jak tylko le­karz za­mknął drzwi ga­bi­netu. Ni­komu nie mó­wiła, gdzie się wy­biera. Że­nu­jąca sy­tu­acja. A na par­kingu był taki ruch, że pra­wie się zde­rzy­łem z ja­kimś fa­ce­tem, który je­chał pod prąd. Miał czel­ność twier­dzić, że to ja źle je­cha­łem.

Karl mu­siał zro­bić prze­rwę, by za­czerp­nąć tchu. Po chwili mó­wił da­lej:

- A gdy wró­ci­łem do domu, jej tam nie było.

- Tato, po­roz­ma­wiam z nią - obie­cała córka po­tul­nie.

- Jak to, ona jest z tobą? Mogę z nią po­mó­wić?

- To nie­moż­liwe. W tym mo­men­cie jest nie­osią­galna. Ale jak tylko będę mo­gła się z nią skon­tak­to­wać - do­dała to­nem, jaki za­zwy­czaj sto­so­wała wo­bec mło­do­cia­nych pa­cjen­tów, któ­rych mu­siała po­pro­sić o odro­binę cier­pli­wo­ści - prze­każę jej twoje słowa.

- Czyli co?

- Że to było dla cie­bie że­nu­jące. - Ven­dela za późno wy­czuła jad w swoim gło­sie.

Ale Karl miał skórę grubą jak u sło­nia, więc po­wie­dział tylko:

- Bo to prawda.

- Tato, mu­szę się roz­łą­czyć. Stoję w przed­po­koju i mam otwarte drzwi na klatkę.

- Dla­czego?

- Bo za­dzwo­ni­łeś, gdy wła­śnie wra­ca­łam z pracy.

- Tak, praca. Po­zdrów małą Tildę ode mnie. I po­proś matkę, żeby się jak naj­szyb­ciej do mnie ode­zwała. Po­wiedz, że je­stem na nią bar­dzo zły.

- Po­zdro­wię. - Ven­dela szybko odło­żyła słu­chawkę. Oczami wy­obraźni zo­ba­czyła ich przed sobą: ojca w fo­telu przed te­le­wi­zo­rem, z no­gami na pod­nóżku, a braci i ich żony ści­śnię­tych w grupkę. I wnuki, które bie­gają wkoło i ba­wią się w wojnę albo szep­czą so­bie coś na ucho. Za­zwy­czaj uci­sza je matka, mówi, żeby ba­wiły się w coś spo­koj­niej­szego albo żeby wy­szły ha­ła­so­wać na dwór.

A Rig­mor ser­wuje kawę i prze­ką­ski. Ale nie w sa­lo­nie, o nie! Ko­niecz­nie w kuchni, bo Rig­mor dba o dy­wany i sofy na­wet w kry­zy­so­wych sy­tu­acjach.

***

Ven­dela miesz­kała w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu z kuch­nią, które sie­dem lat temu, gdy się do niego wpro­wa­dzała, wy­da­wało się ogromne. Te­raz Tilda do­ro­sła i za­częła oku­po­wać co­raz wię­cej prze­strzeni.

Wszyst­kie okna wy­cho­dziły na po­dwórko, a w po­ko­jach do­mi­no­wały białe ściany i drew­niane pod­łogi. Całe miesz­ka­nie, poza po­ko­jem Tildy, ume­blo­wane było dość skrom­nie, po czę­ści dla­tego, że Ven­delę ob­cho­dziła je­dy­nie wy­godna ka­napa do dys­po­zy­cji i masa ksią­żek do czy­ta­nia. Dla­tego w sa­lo­nie znaj­do­wał się drogi, ku­piony za go­tówkę na­roż­nik i wielka na całą ścianę bi­blio­teczka z książ­kami uło­żo­nymi al­fa­be­tycz­nie, we­dług na­zwisk au­to­rów.

Je­dy­nym rzu­ca­ją­cym się w oczy przed­mio­tem była lampa z lawą. Stała na sto­liku w ką­cie obok drzwi pro­wa­dzą­cych do sy­pialni. Włą­czona, świe­ciła na ró­żowo, a w jej wnę­trzu prze­le­wały się czer­wone bańki, które Ven­deli przy­po­mi­nały krew. Lampa na­le­żała do niej, ale to Tilda po­sta­wiła ją w miej­scu, z któ­rego była wi­doczna także z kuchni. I to ona co­dzien­nie ją za­pa­lała.

***

Ven­dela wzięła ko­szy­czek i wa­lizkę, a nad krze­słem chwilę się wa­hała. Do kogo na­le­żało? Ni­gdy przed­tem go nie wi­działa, co jed­nak o ni­czym nie świad­czyło, bo prze­cież krze­sła rzadko kiedy za­pa­dają w pa­mięć. Miało sza­ro­białą barwę, zgrabne nóżki, pół­okrą­głe opar­cie i mięk­kie błę­kitne sie­dzi­sko, zdo­bione ha­ftem krzy­ży­ko­wym. Tu i ów­dzie spo­śród mo­tywu zie­lo­nych li­ści wy­ła­niały się, jak główki ka­pu­sty, żółte i czer­wone róże.

Czyżby Iris przy­wio­zła je z Bo­r?s? Ale po co?

Na matkę na­tknęła się do­piero w kuchni, kiedy wy­kła­dała za­kupy z torby.

Była ucze­sana i miała po­ma­lo­wane szminką usta, a mimo to jej twarz zdra­dzała zmę­cze­nie. Ven­dela czule ją przy­tu­liła.

Stały tak przez chwilę w ob­ję­ciu, po­tem córka po­sa­dziła ją przy stole.

- Je­steś głodna?

- Tak - od­parła Iris z za­że­no­wa­niem.

Ven­dela otwo­rzyła lo­dówkę, ale tam nie­wiele było. Praw­dziwe za­kupy pla­no­wała do­piero w so­botę. Na szczę­ście miała jajka, mleko i chleb, mo­gła więc przy­go­to­wać ja­jecz­nicę, po­dać z chle­bem i kil­koma pla­ster­kami po­mi­dora. Błąd! W tym mo­men­cie jej kuch­nia była jak sztab kry­zy­sowy, a praw­dzi­wych kry­zy­sów nie roz­wią­zuje się nad ta­le­rzem mięk­kiej ja­jecz­nicy. Tu po­trzeba cze­goś tłu­stego i słod­kiego.

- Chcesz na­le­śniki? - za­py­tała Ven­dela. - Z kon­fi­tu­rami. Mam też bitą śmie­tanę i na­lewkę.

- Tak, dzię­kuję. Na­le­śniki będą w sam raz - od­parła Iris, a na jej ustach za­kwitł blady uśmiech.

Ven­dela otwo­rzyła szafkę z su­chymi pro­duk­tami. Nie mu­siała na­wet sta­wać na pal­cach, żeby się­gnąć na naj­wyż­szą półkę.

Była wy­soka i bar­dzo szczu­pła. Miała duże stopy i dłu­gie, ko­ści­ste palce u rąk. Jej oczy były sza­ro­nie­bie­skie a włosy - naj­więk­szy atut - nie­zwy­kle gład­kie i ja­sne. W mło­do­ści za­pla­tała je w długi war­kocz, który spły­wał na plecy. Ścięła je, do­piero gdy po­ja­wiła się Tilda i tak już zo­stało. Lu­dziom mó­wiła, że krót­kie włosy są bar­dziej prak­tyczne, ale nie była cała prawda. Ven­dela lu­biła cho­dzić do fry­zjera. Uwiel­biała sze­lest no­ży­czek, włosy opa­da­jące na uszy i wprawny do­tyk rąk na gło­wie.

Za to­rebką mąki stała bu­telka.

- Na­lać ci kro­pelkę? - za­py­tała matkę.

- Lu­bisz whi­sky?

- Nie, nie bar­dzo. Szef dał mi w pre­zen­cie, bo on nie pije. Sam do­stał od pa­cjenta i nie miał od­wagi mu od­mó­wić. I tak tra­fiła do mnie.

Bu­telka była pra­wie pełna. Ven­dela wy­piła tylko kie­li­szek w li­sto­pa­dzie, kiedy za­pa­dła na grypę. Wszy­scy jej po­wta­rzali, że whi­sky to wspa­niałe le­kar­stwo. Ona jed­nak nie od­czuła żad­nego zba­wien­nego efektu, tylko bar­dziej mą­ciło jej się w gło­wie. Je­dyne, czego wtedy pra­gnęła, to po­ło­żyć się do łóżka i spać. Ale nie mo­gła, bo w domu była Tilda. Rzecz ja­sna mo­gła po­sa­dzić córkę przed te­le­wi­zo­rem i zo­sta­wić drzwi do sy­pialni otwarte. Wie­działa jed­nak, że je­śli ktoś za­dzwoni, Tilda od­bie­rze i od­po­wie:

- Mama nie może po­dejść. Śpi po al­ko­holu.

Coś ta­kiego mo­gło się wy­rwać dzie­wię­cio­latce nie­przy­wy­kłej do oglą­da­nia pi­ja­nej matki. Ven­dela zda­wała so­bie sprawę, że sa­motne matki mu­szą za­cho­wać mak­sy­malną czuj­ność i ostroż­ność, dla­tego ra­czej uni­kała al­ko­holu. Te­raz jed­nak sy­tu­acja była wy­jąt­kowa. Na­lała matce, ta wy­piła łyk i aż się wzdry­gnęła. Spoj­rzała na szklankę, którą po­dała jej Ven­dela: to była szklanka Tildy z po­sta­cią z bajki Di­sneya, a do­kład­nie z ra­kiem Se­ba­stia­nem. Na­pój do­cie­rał mu aż do oczu, przez co wy­glą­dał, jakby miał żół­taczkę. Albo jakby się to­pił. Iris wy­piła jesz­cze łyk, by oca­lić bie­daka.

Ven­dela też wzięła szklankę, dla to­wa­rzy­stwa. Jej była z Arielką. Ostat­nia z kom­pletu z wi­ze­run­kiem księ­cia po­zo­stała na półce.

- Mu­szę za­dzwo­nić - prze­pro­siła i wy­szła.

Nu­mer wy­stu­kała z pa­mięci.

Po­znały się z My­ran pierw­szego dnia szkoły w Bo­r?s. Jej praw­dziwe imię brzmiało Mi­randa, nikt się do niej jed­nak tak nie zwra­cał, na­wet matka. My­ran i Ven­dela wie­działy o so­bie wszystko, były jak pa­pużki nie­roz­łączki aż do czasu, kiedy po­szły na stu­dia w Göte­borgu.

Te­raz dzwo­niły do sie­bie raz w ty­go­dniu i da­lej wszystko so­bie mó­wiły, co nie bar­dzo od­po­wia­dało Hen­ri­kowi, mę­żowi My­ran.

- Cześć, tu Ven­dela. Nie przyjdę dzi­siaj, nie mogę.

- Jak to? Ten zło­śli­wiec M?ns po­wie­dział, że nie da rady wziąć Tildy także w tym ty­go­dniu?

- Tak. To zna­czy nie, nie o to cho­dzi. To przez matkę.

- Roz­cho­ro­wała się? Jak się czuje? Je­dziesz do niej? We­zmę Tildę do sie­bie. A może cię za­wiozę?

- Nie, nie trzeba. Matka jest u mnie. - Ven­dela gło­śno wes­tchnęła, po czym wy­rzu­ciła: - Ucie­kła z domu.

- Ucie­kła?! - My­ran o mały włos nie za­krztu­siła się od śmie­chu. - Prze­cież matki nie ucie­kają z domu. Tylko Ker­stin Tho­rvall tak zro­biła.

- Moja też.

Coś w gło­sie Ven­deli ka­zało My­ran prze­stać się śmiać.

- To może przyjdę do cie­bie, je­śli chcesz. Przy­niosę wino. I coś do je­dze­nia. Usy­cham w domu.

My­ran była wła­śnie na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim po uro­dze­niu trze­ciego dziecka i już dawno zro­zu­miała, że to, co miało być przy­jemną prze­rwą w bły­sko­tli­wej ka­rie­rze, oka­zało się aresz­tem do­mo­wym w dziel­nicy wil­lo­wej, gdzie trudno spo­tkać są­siada.

Ale Ven­dela tego wie­czoru nie miała już siły na plo­teczki z My­ran. Jej przy­ja­ciółka po­tra­fiła być po­twor­nie uparta, jak owad, od któ­rego wzięła swoje imię2. Ślepa na oto­cze­nie, z za­cię­ciem parła do przodu wbrew prze­ciw­no­ściom, nie do­strze­ga­jąc tego, co po le­wej czy pra­wej stro­nie. Gdyby Ven­dela za­wa­hała się choć na se­kundę, My­ran nie od­pu­ści­łaby, sku­pi­łaby się na wi­nie, na je­dze­niu i na fru­stra­cji, aż w końcu Ven­dela ule­głaby wbrew so­bie. Po­tem sie­dzia­łyby ra­zem z Iris przez cały wie­czór i wy­słu­chi­wały hi­sto­ry­jek z ży­cia matki trójki dzieci, aż w końcu Iris ze znie­cier­pli­wie­nia wy­wró­ci­łaby oczami, po­że­gnała się i po­szła spać. A prze­cież tego wie­czoru matka za­słu­gi­wała na wię­cej uwagi.

- Prze­łóżmy to na przy­szły ty­dzień, do­brze? - za­pro­po­no­wała więc gło­sem, ja­kim się zwra­cała do pa­cjen­tów, któ­rzy ży­czyli so­bie mieć śnież­no­białe zęby w pro­te­zie.

- W po­rządku - wes­tchnęła My­ran. Do­brze znała ten ton, który ozna­czał: "Je­stem otwarta na dys­ku­sję, ale nie ustą­pię ani o krok".

- Utul dzieci, a po­tem weź bu­telkę i wy­pij­cie z Hen­ri­kiem. A my się usły­szymy w przy­szły pią­tek.

- Jak zwy­kle, za­śnie, za­nim pusz­czą film w te­le­wi­zji, i znowu będę oglą­dać sama - mruk­nęła My­ran i się roz­łą­czyła.

Ven­dela usma­żyła na­le­śniki. Uło­żyły je w krąg na swo­ich ta­ler­zach, po­sma­ro­wały kon­fi­tu­rami, zło­żyły i za­częły jeść. Iris opróż­niła swoją szklankę i za­raz do­lała so­bie jesz­cze tro­chę whi­sky, Ven­dela zaś po­prze­stała na tym, co miała.

Kiedy za­spo­ko­iły głód, Ven­dela odło­żyła sztućce i uważ­nie przyj­rzała się matce. Iris bar­dzo się po­sta­rzała w ciągu mi­nio­nych dwóch mie­sięcy, kiedy to wi­działy się po raz ostatni.

- Mamo - za­py­tała z po­wagą - po­wiedz, co się stało. Dla­czego tu przy­je­cha­łaś?

Iris odło­żyła nóż i wi­de­lec na ta­lerz. Wy­tarła usta ser­wetką i od­parła:

- Za­mie­rza po­rzu­cić swoją grupę wspar­cia. Cho­dził tam co środę. To dla­tego był taki spo­kojny. I miły.

- Wiem - mruk­nęła Ven­dela i przy­gry­zła dolną wargę.

- W środę wró­cił do domu i po­wie­dział, że już tego nie po­trze­buje. Że na­uczył się wszyst­kiego, co po­trzebne. Jakby to był ja­kiś kurs...

Iris za­częła szlo­chać.

- Był taki szczę­śliwy. Że mu się udało. Taki szczę­śliwy. Jakby do­ko­nał cze­goś wiel­kiego. Nie wie­dzia­łam, co ro­bić. Nie wie­dzia­łam, gdzie iść.

Matka roz­pła­kała się na do­bre. Ven­dela ob­jęła ją ra­mie­niem i przy­cią­gnęła do sie­bie.

_______________

2 Myra (szw.) - mrówka.

Bo­r?s 1972-1978

Mał­żeń­stwo wcale nie oka­zało się ta­kie cu­downe, jak Iris się spo­dzie­wała.

Przede wszyst­kim seks od­bie­gał od jej mło­dzień­czych wy­obra­żeń. Był cha­otyczny i nie­przy­jemny, a Karl, choć taki przy­stojny, od pasa w dół pre­zen­to­wał się dość za­baw­nie. Po­cił się i ję­czał, a gdy koń­czył, od­su­wał ją od sie­bie z za­do­wo­lo­nym: "Jak cu­dow­nie...".

Po­tem wkła­dał spodnie od pi­żamy, ca­ło­wał ją w po­li­czek i za­sy­piał. Wszystko trwało nie dłu­żej niż trzy mi­nuty. Od razu też za­czy­nał chra­pać. Do tej pory Iris nie wie­działa, że męż­czyźni po­tra­fią tak ha­ła­so­wać przez sen. A Karl chra­pał po­twor­nie i to przez całą noc. Nikt jej na to nie przy­go­to­wał.

Przed ślu­bem Iris czy­ty­wała o sek­sie. Wio­sną po­ta­jem­nie przy­nio­sła so­bie na za­ple­cze Pieśń o Czer­wo­nym Ru­bi­nie3 jako przy­go­to­wa­nie do mał­żeń­stwa. Miej­scami po­wieść była nudna, poza tym dużo mó­wiła o sen­ty­men­tach i unie­sie­niu. A Iris wcale tak się nie czuła. Za­zwy­czaj le­żała cier­pli­wie i cze­kała, aż Karl skoń­czy. Ko­chała go, to ja­sne, ale bar­dziej jej się po­do­bało w cza­sach na­rze­czeń­stwa, gdy sia­dała mu na ko­la­nach i na­mięt­nie się ca­ło­wali. Te­raz albo ją od­ga­niał, albo, co gor­sza, od razu cią­gnął do sy­pialni.

Ca­łym ser­cem za­an­ga­żo­wała się tylko w go­to­wa­nie. Pew­nego razu na­wet się roz­pła­kała, bo nie wie­działa, co przy­go­to­wać na ko­la­cję. A miała ją po­dać do­kład­nie o szó­stej trzy­dzie­ści, bo o tej po­rze Karl zwykł wra­cać z księ­garni. Przed ślu­bem Iris ni­gdy nie go­to­wała, z wy­jąt­kiem lek­cji w szkol­nej sto­łówce. Ale całą wie­dzę, jaką tam zdo­była, wy­ko­rzy­stała w ciągu dwóch ty­go­dni. Po­tem za­częła od po­czątku.

Na­prawdę ża­ło­wała, że nie po­szła na ja­kiś kurs.

Kiedy w naj­go­ręt­szy dzień sierp­nia po­dała gro­chówkę, Karl tylko się ro­ze­śmiał, ale na­stęp­nego dnia wró­cił do domu z Ka­len­da­rzem do­brej go­spo­dyni. Naj­pierw Iris się zi­ry­to­wała, po­tem jed­nak po­mysł przy­padł jej do gu­stu.

Naj­lep­sze w ka­len­da­rzu było to, że za­pew­niał jej go­towy plan, któ­rym mo­gła wy­peł­nić dni. Li­czyła, że po ślu­bie zo­sta­nie w księ­garni, ale Karl jej na to nie po­zwo­lił.

- Moja żona nie po­winna pra­co­wać - oznaj­mił.

Iris po­trak­to­wała jego słowa jako prze­jaw tro­ski i uprzej­mo­ści. Czę­sto się jed­nak nu­dziła. Nie miała wielu obo­wiąz­ków, kiedy Karla nie było w domu. Do tego do­szła kwe­stia pie­nię­dzy. Karl ło­żył na utrzy­ma­nie domu, ale sta­now­czo za mało. Co pią­tek, gdy wsta­wał od ko­la­cji, kładł pie­nią­dze na ku­chen­nym stole. Zu­peł­nie jak pod­czas spo­ra­dycz­nych wy­pa­dów do re­stau­ra­cji, gdy zo­sta­wiał kel­nerce na­pi­wek.

- Po­sta­raj się, aby to wy­star­czyło na ty­dzień - mó­wił.

Do­dat­kowo chciał, żeby pro­wa­dziła ze­szyt wy­dat­ków. Przy­jęła to jako nie­spra­wie­dliwy wy­móg. Trudno jej było pro­wa­dzić roz­li­cze­nia tak, żeby kwoty się zga­dzały, mu­siała bo­wiem pa­mię­tać, co i gdzie ku­piła. Naj­go­rzej sprawa przed­sta­wiała się ze sprze­dawcą ryb, bo on ni­gdy nie da­wał ra­chunku. Raz, gdy mu­siała wpi­sać kwotę o wiele wyż­szą od prze­wi­dy­wa­nej, na­nio­sła obok no­tatkę: wie­lo­ryb. Uznała to za ge­nialne po­su­nię­cie, ale Kar­lowi wcale nie było do śmie­chu.

***

Za­nim na­de­szła je­sień, przy­wy­kła do co­dzien­nej ru­tyny, do prac do­mo­wych i do spa­ce­rów. Pew­nego wrze­śnio­wego po­ranka za­pach kawy wy­wo­łał u niej mdło­ści. Do­kład­nie w chwili, gdy w drzwiach sta­nął Karl, po­chy­liła się nad ku­chen­nym zle­wem i zwy­mio­to­wała.

Jej mąż uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem, co tylko ją zi­ry­to­wało. Ale gdy zaj­rzała do ka­len­da­rza i zro­biła ob­li­cze­nia, zdała so­bie sprawę, że miał po­wód do ra­do­ści.

5 maja 1973 roku uro­dził się Sven i od tam­tej pory Iris nie miała już pro­blemu, co ro­bić z wol­nym cza­sem. Dzi­wiło ją tylko, jak taka mała istotka po­trafi sku­pić na so­bie uwagę nie tylko w dzień, ale i w nocy. Ni­gdy wcze­śniej nie czuła się tak zmę­czona, ale też i tak szczę­śliwa. Sven był słod­kim chłop­czy­kiem o ja­snych locz­kach. Iris z ra­do­ścią wy­cią­gnęła z szafy starą ma­szynę do szy­cia i za­brała się do przy­go­to­wa­nia dla synka pięk­nych ubra­nek.

Na­stęp­nym ra­zem, gdy po­czuła się źle, wie­działa, co ją czeka. Göte uro­dził się w czerwcu 1975 roku, a trzy lata póź­niej, w paź­dzier­niku, na świat przy­szła Ven­dela. Miesz­kali już wów­czas w ma­łym domku z trzema sy­pial­niami w Tran­da­red. Wody ode­szły jej w chwili, gdy stała na dra­bi­nie z fi­ra­nami w ręce.

Było jej do­brze i była szczę­śliwa. Na­wet je­śli jej ży­cie od­bie­gało od wi­zji z Pie­śni o Czer­wo­nym Ru­bi­nie czy z ja­kiej­kol­wiek po­wie­ści Al­lersa. Ży­cie Iris przy­po­mi­nało ra­czej ku­chenny ka­len­darz do­brej go­spo­dyni.

_______________

3 Po­wieść nor­we­skiego pi­sa­rza Agnara My­klego (przy­pis tłum.).

Göte­borg, pią­tek, 2 marca 2012

Ven­dela przy­go­to­wała matce po­sła­nie na łóżku Tildy.

Iris wcią­gnęła do po­koju swoją małą wa­lizkę i za­brała się do wkła­da­nia ubrań do szu­flad. Gdy Ven­dela to zo­ba­czyła, ogar­nął ją nie­po­kój. Przed oczami sta­nęła jej scena z pew­nego filmu: bo­ha­terka przy­bywa na wy­so­kich ob­ca­sach, cią­gnąc za sobą jedną je­dyną wa­lizkę. Ma w niej nie tylko odzież na sześć mie­sięcy oraz naj­po­trzeb­niej­sze przy­bory, ale rów­nież swoje ta­jem­nice. Ven­dela wie­działa, że nie by­łoby do­brze, gdyby Iris za­miesz­kała ze swoją je­dyną córką i wnuczką. Na­wet je­śli tylko na pe­wien czas. Ale to nie był do­bry mo­ment, by o tym mó­wić, przy­naj­mniej do­póki jej łzy nie wy­schły.

- Mamo - po­wie­działa, wal­cząc ze sobą - bę­dziesz jesz­cze dziś piła whi­sky, czy mam iść po cu­kierki?

- Cu­kierki? - zdzi­wiła się Iris. Ven­dela była sto­ma­to­lo­giem, więc słowo to za­brzmiało w jej ustach jak prze­kleń­stwo w ustach przed­szko­laka. Trudno so­bie coś ta­kiego wy­obra­zić.

- Tak, cu­kierki. Cze­ko­la­dowe pra­linki albo ja­kąś gumę do żu­cia. Może chcia­ła­byś słoną lu­kre­cję?

- Zde­cy­do­wa­nie wolę cze­ko­ladę - od­parła Iris z uśmie­chem.

Ven­dela miała już wyjść, ale za­trzy­mała się w przed­po­koju.

- Mamo, skąd to krze­sło?

- Od two­jego mi­łego są­siada.

- Görans­sona?

Ven­dela wi­działa go za­le­d­wie kilka razy. Był w po­dob­nym wieku, wiecz­nie za­bie­gany, ale ni­gdy nie za­po­mi­nał o "dzień do­bry". Przed­sta­wili się so­bie w chwili, kiedy on za­my­kał za sobą drzwi, a Ven­dela wła­śnie wra­cała ob­ju­czona siat­kami.

- Björn. Björn Görans­son - po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc do niej rękę.

- Ven­dela Mörck.

Nie lu­biła swo­jego imie­nia. Nie po­do­bało jej się. W jej uszach brzmiało jak na­zwa wy­do­byta ze sta­rego pod­ręcz­nika geo­gra­fii czy prze­wod­nika tu­ry­stycz­nego. Coś w stylu: "Ven­dela to za­le­siona pół­nocno-za­chod­nia część Ukra­iny". Albo: "Miej­sco­wość Ven­dela znana jest głów­nie z ce­ra­miki". Nie po­ma­gały na­wet zdrob­nie­nia, które brzmiały albo jak na­zwa ma­ści na obo­lałe stopy, albo jak imię sta­ruszki sie­dzą­cej przy stole nad mi­seczką pełną cu­kro­wych la­se­czek.

Björn Görans­son był wy­soki - co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt, jak za­uwa­żyła Ven­dela, bo wy­so­kie dziew­czyny po­tra­fią ta­kie rze­czy osza­co­wać. Miał nie­re­gu­larne i nieco dzie­cinne rysy twa­rzy oraz pewną cha­rak­te­ry­styczną ce­chę - jedno oko nie­bie­skie, a dru­gie brą­zowe.

Ven­dela za­uwa­żyła też z przy­jem­no­ścią, że jego zęby są pro­ste, a dzią­sła ja­sne i zdrowe.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją głos Iris:

- Tak. Görans­son. Wy­siadł z windy z krze­słem w ręku. Po­tem za­py­tał, co tu ro­bię. Po­wie­dzia­łam, że cze­kam na cie­bie. Wie, jak masz na imię.

- Ro­zu­miem - ucięła Ven­dela, która wo­la­łaby usły­szeć coś wię­cej o krze­śle. Po co praw­dzi­wemu męż­czyź­nie taki ko­biecy me­bel? Do niego bar­dziej pa­so­wał skó­rzany fo­tel. Cho­ciaż trudno z czymś ta­kim spa­ce­ro­wać po mie­ście. Ale cho­dze­nie z krze­słem pod pa­chą też jest dość nie­co­dzienne.

- Po­wie­dział, że ra­czej nie­prędko wró­cisz. Za­pro­sił mnie na kawę, a po­tem uży­czył krze­sła.

- Wy­pro­sił cię z miesz­ka­nia na schody?

- Tak, mu­siał je­chać po córkę do Ud­de­valli i spie­szył się na po­ciąg. Za­pew­ni­łam go, że dam so­bie radę.

Po córkę? Ven­dela znowu spoj­rzała na krze­sło. Za brzyd­kie jak dla dziecka.

- Kiedy mu je od­dasz?

- Może w nie­dzielę, gdy wróci.

- Do­brze.

- Czyż nie jest piękne?

- Mamo, jest dla cie­bie za małe. Gdyby krze­sła były psami, to sta­łoby się bia­łym pu­dlem mi­nia­tu­ro­wym. Nie mo­żesz na nim sia­dać, bo się roz­leci.

Göte­borg, so­bota 3 marca 2012

W so­botę rano Ven­dela przy­nio­sła matce śnia­da­nie do łóżka.

- Och, ja­kie to miłe z two­jej strony - po­dzię­ko­wała Iris z za­do­wo­le­niem.

Kiedy z tacy zni­kła po­łowa jajka i bułka, do­dała:

- Nie jem śnia­dań w łóżku, od kiedy wy­je­cha­łaś.

- Na­wet w uro­dziny? Albo w Dzień Matki?

- Sama wiesz, jaki jest tata - Iris od­chrząk­nęła. - Ma za­wsze pełne ręce ro­boty.

- Naj­wyż­sza pora, że­byś so­bie przy­po­mniała, jak to jest - za­wy­ro­ko­wała Ven­dela, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc uśmiech, który ci­snął się jej na usta.

***

- Mamo - za­py­tała chwilę póź­niej. - Pa­mię­tasz An­ne­lie? Miesz­kała trzy domy da­lej.

Iris roz­pro­mie­niła się.

- Ja­sne, że pa­mię­tam. Za­wsze uprzejma i życz­liwa. Wiem, że też mieszka w Göte­borgu.

Zni­żyła głos, jakby się oba­wiała, że ktoś je pod­słu­chuje:

- Roz­wio­dła się. Jej mąż zna­lazł so­bie inną. Cho­ciaż ten zwią­zek nie trwał długo - za­koń­czyła z sa­tys­fak­cją w gło­sie.

- Wiem. Mieszka nie­da­leko, po dru­giej stro­nie. Spo­tka­ły­śmy się w syl­we­stra.

Ven­dela wła­śnie wró­ciła z Bo­r?s po świę­tach. Była kom­plet­nie wy­czer­pana, jakby każda ko­steczka w jej ciele zwiot­czała, a ona utrzy­my­wała się na no­gach tylko dzięki sile woli. Z tru­dem brnęła do swo­jej klatki. Jej blok zo­stał wy­bu­do­wany wo­kół du­żego skweru z ma­łym pla­cem za­baw, pia­skow­nicą i zjeż­dżal­nią. Były tam też wy­as­fal­to­wane alejki, na któ­rych Tilda mo­gła uczyć się jazdy na ro­we­rze i na rol­kach. Ale tam­tego ostat­niego dnia grud­nia lo­do­waty wiatr za­mie­nił ten ka­wa­łek ziemi w nie­przy­stępne od­lu­dzie.

Ven­dela za­pła­ciła za tak­sówkę, wy­cią­gnęła z auta wa­lizkę i po­sta­wiła ją na śniegu, a po­tem za­częła cią­gnąć. Za­zwy­czaj kó­łeczka cho­dziły gładko i po­słusz­nie jak Pluto na smy­czy. Ale śnieg prze­mie­nił psi­sko w upar­tego jam­nika, który wbi­jał łapy w zie­mię i sta­wiał opór. W dru­giej ręce Ven­dela trzy­mała to­rebkę i ogromną siatkę z prze­two­rami, które Iris za­pa­ko­wała dla córki i wnuczki.

Szła przed sie­bie z wy­sił­kiem, kiedy na­gle usły­szała ra­do­sny głos:

- Wy­gląda na to, że po­trze­bu­jesz po­mocy.

Życz­liwa po­stać prze­jęła wa­lizkę i od­pro­wa­dziła ją pod klatkę.

To była An­ne­lie. Ale do­piero gdy za­pa­ko­wały wszystko do windy, przyj­rzały się so­bie uważ­nie.

- Ven­dela! - An­ne­lie za­krzyk­nęła we­soło, przy­trzy­mu­jąc drzwi, żeby się nie za­mknęły. - Córka księ­ga­rza!

- Cześć, An­ne­lie - od­parła Ven­dela i wci­snęła gu­zik na cy­fer­bla­cie.

- Ty tu miesz­kasz?

- Tak. A ty?

- Ja też. Prze­pro­wa­dzi­łam się la­tem. Z pew­no­ścią sły­sza­łaś, co u mnie, na­sze matki roz­ma­wiały o tym. Ale już jest do­brze.

- Tak, wiem - od­parła Ven­dela. Nie spusz­czała palca z gu­zika, żeby An­ne­lie zro­zu­miała, że te­raz pra­gnie je­dy­nie do­trzeć do miesz­ka­nia.

- Już cię nie za­trzy­muję. Faj­nie by­łoby się spo­tkać.

- Ja­sne - skła­mała Ven­dela. Ma­rzyła je­dy­nie o chwili spo­koju po świę­tach spę­dzo­nych z ro­dziną.

- Wiem, gdzie miesz­kasz! - An­ne­lie po­gro­ziła jej żar­to­bli­wie, po czym zwol­niła drzwi windy.

Cho­ciaż Ven­dela spo­dzie­wała się, że An­ne­lie z de­ter­mi­na­cją bę­dzie dą­żyła do spo­tka­nia - jak ro­bią osoby, które wła­śnie prze­żyły roz­sta­nie - była bar­dzo za­sko­czona, gdy w pierw­szy dzień No­wego Roku ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Otwo­rzyła, nie od­ry­wa­jąc dłoni od klamki, go­towa bły­ska­wicz­nie je za­mknąć, gdyby to byli świad­ko­wie Je­howy albo na­trętna są­siadka z dru­giego pię­tra, która za­zwy­czaj pro­te­sto­wała, gdy ktoś bie­gał po scho­dach, zwłasz­cza je­śli to była Tilda.

Ale na ko­ry­ta­rzu stała An­ne­lie. Miała ró­żowe po­liczki i słońce w błę­kit­nych oczach, do któ­rych świet­nie pa­so­wał jej nie­bie­ski sza­lik.

- Szczę­śli­wego No­wego Roku! - za­wo­łała z uśmie­chem.

- I na­wza­jem - od­parła Ven­dela, blo­ku­jąc sobą wej­ście do miesz­ka­nia.

- Po­my­śla­łam, że pew­nie tak jak ja sta­łaś o pół­nocy w oknie i obie­cy­wa­łaś so­bie, że od ju­tra za­czniesz ćwi­czyć. Dla­tego chcia­łam za­pro­po­no­wać spa­cer po Slot­ts­sko­gen.

Ven­dela ro­ze­śmiała się.

- Wejdź - za­pro­po­no­wała. - Tylko włożę na sie­bie coś cie­płego.

***

Przez wiele go­dzin włó­czyły się po alej­kach parku w to­wa­rzy­stwie licz­nych par trzy­ma­ją­cych się za ręce. Oglą­dały ro­dziny z dziećmi w wóz­kach albo na san­kach i zmar­z­nięte matki, które cier­pli­wie cze­kały, pod­czas gdy ich dzieci ba­wiły się na śniegu.

Sporo roz­ma­wiały, ale też sporo mil­czały. An­ne­lie przy­znała, że za­zwy­czaj tre­nuje w si­łowni.

- Wiesz gdzie? W tej po pra­wej, jak wy­sią­dziesz z tram­waju.

Ven­dela wie­działa. Tilda cho­dziła tam na ta­niec.

- Cho­dzę na po­wer jogę. Daje wy­cisk - do­dała An­ne­lie.

I żeby udo­wod­nić, w jak do­brej jest for­mie, pod­sko­czyła, ale przy lą­do­wa­niu pod­wi­nęła jej się noga i mu­siała chwy­cić Ven­delę za ra­mię, żeby nie upaść. Od tam­tego dnia uma­wiały się raz w ty­go­dniu na ćwi­cze­nia. Ven­delę za­in­te­re­so­wały tre­ningi po­wer jogi i szybko za­częła od­czu­wać ich do­bre dzia­ła­nie.

***

Iris uśmiech­nęła się do córki. Cze­kała na ciąg dal­szy opo­wie­ści, ale Ven­dela naj­wy­raź­niej już skoń­czyła. Po­wie­działa tylko:

- An­ne­lie pra­cuje w biu­rze ra­chun­ko­wym ra­zem z Vanją. Ją też pew­nie pa­mię­tasz. Były nie­roz­łączne.

Iris przy­tak­nęła i spoj­rzała na swoją kawę.

- Może wo­la­ła­byś her­batę? - Ven­dela za­py­tała szybko.

- Nie, nie. Może być kawa - skła­mała Iris.

Ven­dela wy­czuła kłam­stwo, ale po­trak­to­wała je jako prze­jaw życz­li­wo­ści. Mó­wiła więc da­lej:

- Jed­nym z klien­tów An­ne­lie jest wła­ści­ciel ga­le­rii sztuki. - Ven­dela po­my­ślała, że to miło mieć klien­tów, z któ­rymi można utrzy­my­wać kon­takty. Jej klien­tami byli pa­cjenci i nie po­winna się z nimi na­wet wi­tać na mie­ście, bo w cza­sie wol­nym też obo­wią­zy­wała ją ta­jem­nica le­kar­ska.

- Ga­le­rię? - za­py­tała Iris z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Tak. Dzi­siaj mają wer­ni­saż, a my je­ste­śmy za­pro­szone.

- My? - upew­niła się Iris.

- Cóż, ja je­stem. Ale im wię­cej lu­dzi na wer­ni­sażu, tym le­piej.

Iris za­sta­no­wiła się nad sło­wami córki, po­pi­ja­jąc kawę.

- Brzmi nie­źle - od­parła w końcu.

- Ale do­piero po po­łu­dniu. Naj­pierw mu­szę zro­bić za­kupy. I jesz­cze po­sprzą­tać.

To ostat­nie zda­nie wy­po­wie­działa z na­dzieją, że usły­szy: "Ja ci po­mogę!".

Ale nie usły­szała. Iris wes­tchnęła tylko i od­su­nęła tacę od sie­bie:

- Po­leżę jesz­cze w łóżku, je­śli to nie kło­pot.

- Ależ nie, skąd - za­pew­niła Ven­dela z roz­cza­ro­wa­niem.

Wtedy za­dzwo­nił te­le­fon.

- To pew­nie Karl - za­uwa­żyła Iris.

Ven­dela nie była tego taka pewna. Pod­nio­sła słu­chawkę, du­sząc w so­bie epi­tety, któ­rymi naj­chęt­niej ob­rzu­ci­łaby tego, kto ośmie­lił się za­dzwo­nić przed dzie­wiątą rano. Od razu jed­nak wy­czuła, że matka miała ra­cję. Po dru­giej stro­nie słu­chawki był oj­ciec i aż drżał z nie­cier­pli­wo­ści.

- Halo - po­wie­działa.

Karl po­mi­nął po­wi­ta­nie i od razu prze­szedł do sedna:

- Roz­ma­wia­łaś z nią? Kiedy wróci do domu?

- Tak. To od­po­wiedź na pierw­sze py­ta­nie. Oraz: nie wiem. To na dru­gie.

- Ale obie­ca­łaś, że z nią po­mó­wisz! - w gło­sie ojca brzmiała wy­raźna pre­ten­sja.

Czy na­prawdę obie­cała? I czy oj­ciec uważa, że "po­mó­wić z kimś" jest rów­no­znaczne z "prze­ko­nać"? Zresztą skąd pew­ność, że Ven­dela po­trafi i chce prze­ko­nać Iris do po­wrotu?

- Nie roz­ma­wia­ły­śmy o tym, kiedy wróci - od­parła więc bez wa­ha­nia.

To była prawda. Po­nie­waż Iris się roz­pła­kała, nie po­ru­szały ani te­matu Karla, ani ro­dziny w Bo­r?s. Resztę wie­czoru spę­dziły przed te­le­wi­zo­rem na oglą­da­niu ko­me­dii, z mi­ską cu­kier­ków na sto­liku.

- Mu­sisz! Mu­sisz jej po­wie­dzieć, że ma wra­cać. Daj mi ją do te­le­fonu! - roz­ka­zał Karl. Przez wszyst­kie lata, kiedy Ven­dela miesz­kała z ro­dzi­cami, jego sta­now­czy głos za­wsze dzia­łał.

Ale te­raz Ven­dela już z nimi nie miesz­kała.

***

Ven­dela cof­nęła się pod ścianę, żeby nie wi­dzieć Iris w sy­pialni. Sły­szała tylko, jak matka wierci się w po­ścieli. Dzięki temu miała wra­że­nie, że jej kłam­stwo jest odro­binę mniej­szym oszu­stwem:

- Szcze­rze mó­wiąc, nie wiem, gdzie jest.

Karl wes­tchnął.

- Zro­bimy tak - mó­wiła da­lej. - Po­roz­ma­wiam z nią, jak tylko to bę­dzie moż­liwe. Na pewno wcze­śniej czy póź­niej do cie­bie za­dzwoni. Zresztą po­ra­dzisz so­bie przez... - i tu od­waga ją za­wio­dła. Chciała po­wie­dzieć "ty­dzień", za­miast tego po­wie­działa: - Przez kilka dni.

- Ale kto mi bę­dzie go­to­wał? - za­krzyk­nął Karl.

- Po co, tato? Prze­cież mo­żesz ku­pić go­towe je­dze­nie i pod­grzać w mi­kro­fa­lówce. Na­wet Tilda to po­trafi. Kup książkę ku­char­ską i sam się na­ucz. Za­sko­czysz mamę, gdy wróci do domu.

- Jak mam się na­uczyć go­to­wać w kilka dni?

- Za­pisz się na ja­kiś in­ten­sywny kurs - rzu­ciła ra­do­śnie, zu­peł­nie jak w ga­bi­ne­cie, gdy trzeba było prze­ko­nać nie­let­niego pa­cjenta, że le­piej otwo­rzyć usta i za­mknąć oczy, bo i tak le­d­wie po­czuje za­strzyk ze znie­czu­le­niem.

Oj­ciec za­pro­te­sto­wał zu­peł­nie jak dziecko na fo­telu den­ty­stycz­nym.

- Na co mi ta na­uka, skoro mama wróci w przy­szłym ty­go­dniu?

Ven­dela po­czuła, że traci grunt pod no­gami. Wes­tchnęła ciężko i przy­znała:

- Tato, rób, jak uwa­żasz, ale nie mogę ci obie­cać, że mama na­prawdę wróci.

Karl za­czął się krztu­sić jak stary od­ku­rzacz. Prze­ra­ziło to Ven­delę, która do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, że naj­wy­raź­niej sie­dział przy te­le­fo­nie, po­pi­ja­jąc po­ranną kawę. W końcu prze­stał kasz­leć i oznaj­mił:

- To ja­sne, że wróci.

- Tato, nie mogę dłu­żej roz­ma­wiać. Spie­szę się - skła­mała i się roz­łą­czyła. Się­gnęła po szla­frok i ru­szyła do ła­zienki.

- Naj­wyż­sza pora ku­pić apa­rat z au­to­ma­tyczną se­kre­tarką - mru­czała pod no­sem, gdy za­my­kała za sobą drzwi.

Göte­borg, so­bota, 3 marca 2012

Gdy Iris była pod prysz­ni­cem, Ven­dela za­dzwo­niła do An­ne­lie, żeby wy­ja­śnić po­spiesz­nie, dla­czego przyj­dzie z matką. Spo­tkały się przed klatką.

Do ga­le­rii po­sta­no­wiły je­chać tram­wa­jem. Z nieba cią­gle sy­pał śnieg rów­nie gę­sty jak w pią­tek po po­łu­dniu.

- Brrr, zimno - za­drżała Iris, pod­no­sząc koł­nierz kurtki.

- To nie­da­leko od przy­stanku - za­pew­niła ją Ven­dela.

Ga­le­ria le­żała przy jed­nej z prze­cznic Ave­nyn, w przy­zie­miu, do któ­rego pro­wa­dziły schody. Iris, scho­dząc, mocno trzy­mała się po­rę­czy, która była rów­nie śli­ska jak ka­mienne stop­nie.

Sta­rzeje się, po­my­ślała Ven­dela. Ale za­raz po­pra­wiła się w my­ślach: Mama samą sie­bie za­czyna uwa­żać za starą. A miała za­le­d­wie sześć­dzie­siąt je­den lat, to nie tak znowu dużo. Nie była taka wie­kowa.

An­ne­lie jak praw­dziwy lo­do­ła­macz pro­wa­dziła je przez grupki przy­by­łych lu­dzi. Ven­dela trzy­mała rękę na ra­mie­niu matki, żeby ta czuła jej obec­ność. W pew­nym mo­men­cie An­ne­lie wy­pa­trzyła trzy osoby sto­jące pod ścianą.

Jedną z nich była po­tężna ko­bieta, odziana w kilka warstw ubrań. Na spód­nicy, ko­szuli, tu­nice i trzech sza­lach mie­szały się ze sobą różne barwy: ciemny brąz, sza­rość i te­ra­kota łą­czyły się z żół­cią pie­prz­nika i zie­le­nią brzo­zo­wych li­ści. Ko­bieta wy­cią­gnęła ręce i za­wo­łała do­no­śnym gło­sem:

- An­ne­lie!

- Cas­san­dra! - od­po­wie­działa jej ze śmie­chem przy­ja­ciółka.

Od razu od­wró­ciła się do Iris i Ven­deli z cał­kiem nie­po­trzeb­nym wy­ja­śnie­niem:

- To Cas­san­dra.

Uści­snęły so­bie na­wza­jem dło­nie, a po­tem An­ne­lie do­dała:

- A oto nasz ar­ty­sta, Isi­dor. Przed­sta­wiam ci Ven­delę i jej mamę, Iris Mörck. W dzie­ciń­stwie miesz­ka­ły­śmy z Ven­delą nie­da­leko sie­bie, te­raz znowu je­ste­śmy są­siad­kami.

Isi­dor ukło­nił się. Był wy­soki i do­brze zbu­do­wany. Miał na so­bie czarne dżinsy, białą ko­szulkę i ciemną ma­ry­narkę. Ven­dela za­sta­no­wiła się, kto mu robi sty­li­za­cję. Może wła­ści­ciele ga­le­rii jed­no­cze­śnie pro­wa­dzą do­radz­two mo­dowe dla ar­ty­stów? Skoro po­li­tycy mają swo­ich spe­cja­li­stów od wy­glądu, dla­czego ar­ty­ści też nie mie­liby ich mieć? Ubiór to prze­cież ważny aspekt. Chyba że zaj­mują się tym sami? W tym mo­men­cie do­tarło do niej, że sama ubrała się tak kla­sycz­nie, że aż nudno.

- Przy­szedł też Sy­lve­ster, part­ner Isi­dora - przed­sta­wiła An­ne­lie.

Sy­lve­ster bez wąt­pie­nia sa­mo­dziel­nie do­bie­rał ubra­nia i to Ven­dela za­uwa­żyła od razu. Już dawno nie wi­działa tak ele­ganc­kiego męż­czy­zny. Naj­wy­raź­niej tacy cho­dzą tylko do pry­wat­nych kli­nik sto­ma­to­lo­gicz­nych. Pod­czas gdy Sy­lve­ster z uśmie­chem ujął dłoń Iris i po­chy­lał się nad jej szczu­płymi pal­cami, jakby za­raz miał je po­ca­ło­wać, Ven­dela z uwagą ba­dała jego strój: miękka wełna - pew­nie wło­ska, ba­weł­niana ko­szula, zde­cy­do­wa­nie wło­ski kra­wat.

Od razu w jej gło­wie po­ja­wiła się myśl, że wiele ko­biet uzna­łoby za mar­no­traw­stwo fakt, że tak przy­stojni fa­ceci jak Sy­lve­ster i Isi­dor są parą. Ona nie wi­działa w tym nic złego. Bo z ja­kiej ra­cji piękni męż­czyźni mają na­le­żeć tylko do pięk­nych ko­biet?

Każdy ma prawo do wier­nego i na­mięt­nego to­wa­rzy­sza ży­cia.

- Pro­szę. - Cas­san­dra po­dała jej lampkę bia­łego wina. Iris też wzięła białe, na­to­miast An­ne­lie po­pro­siła o czer­wone.

Gdy Cas­san­dra wrę­czyła im fol­dery in­for­ma­cyjne, za­częły po­woli cho­dzić i spo­glą­dać na ściany.

- Za otwar­cie - An­ne­lie wznio­sła ci­chy to­ast. - Lu­dzie nie pa­trzą na ob­razy. Ob­ser­wują sie­bie na­wza­jem, żeby spraw­dzić, kto jesz­cze zo­stał za­pro­szony. Zu­peł­nie jak na pre­mie­rach czy in­nych wy­da­rze­niach.

- Wiesz to z wła­snego do­świad­cze­nia? - za­py­tała Ven­dela, któ­rej trudno było so­bie wy­obra­zić An­ne­lie w roli lwicy sa­lo­no­wej po­lu­ją­cej na za­szczyty. Ale może zmie­niły ją lata spę­dzone u boku Ber­tila w Ud­de­valli.

- Nie. Tak twier­dzi moja przy­ja­ciółka De­nise.

- Aha - od­parła Ven­dela i spoj­rzała na fol­der.

Była tam krótka nota bio­gra­ficzna Isi­dora, na­zwy szkół, do któ­rych cho­dził, i li­sta wy­staw oraz cen­nik. Przyj­rzała się cy­from, po­tem ob­ra­zom, i zło­żyła fol­der wpół. Do­brze za­ra­biała, ale gdyby od­jąć czynsz, ra­chunki, wy­datki na je­dze­nie, ubra­nia i sło­dy­cze dla Tildy oraz sumę, którą prze­le­wała na konto oszczęd­no­ściowe, nie mia­łaby trzy­dzie­stu je­den ty­sięcy szwedz­kich ko­ron, by so­bie po­zwo­lić na taki luk­sus.

- To na­prawdę jest sztuka? - za­py­tała Iris bez ogró­dek.

Stała wła­śnie przed płót­nem po­ma­za­nym gru­bymi żół­tymi i po­ma­rań­czo­wymi li­niami. Ty­tuł Wio­senna ra­dość uspra­wie­dli­wiała zie­lona kre­ska po­cią­gnięta w le­wym dol­nym rogu.

- Co prawda, na pierw­szy rzut oka wi­dać, że ten ob­raz jest wy­ra­zem ra­do­ści i za­bawy. Ale chyba nie o to cho­dziło po­czci­wemu Isi­do­rowi - kon­ty­nu­owała Iris.

- Ra­czej nie - zgo­dziła się An­ne­lie. - Ża­łuję, że nie za­cho­wa­łam ry­sun­ków dzieci. An­ton prze­cho­dził etap żół­tego, kiedy na­uczył się ma­lo­wać far­bami. Ni­gdy mu nie po­zwa­la­łam uży­wać czer­wo­nego, bo Alva za­kle­pała so­bie ten ko­lor.

- Każde mo­gło mieć swoje farbki - za­uwa­żyła dy­plo­ma­tycz­nie Iris.

- I miało, ale Alva i tak za­wsze do­ma­gała się wszyst­kich czer­wo­nych.

- Po­zwa­la­łaś jej na to? - Ven­dela była wstrzą­śnięta fak­tem, że matka może tak fa­wo­ry­zo­wać jedno z dzieci. I przy­zna­wać się do tego bez wy­rzu­tów su­mie­nia. Ona była w pełni świa­doma swo­ich bra­ków. Wie­działa, że bez względu na to, co zrobi, i tak mo­głaby to zro­bić le­piej. I że znaj­dzie się coś, co Tilda za­pa­mięta i z czego bę­dzie się spo­wia­dać psy­chia­trze na le­żance.

- Alva po­tra­fiła krzy­czeć. Długo to trwało. Wierz mi, tak było le­piej dla ca­łej na­szej trójki.

Ven­dela nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, czy Tilda miała okres fa­scy­na­cji ja­kimś ko­lo­rem. Pa­mię­tała tylko z grub­sza, co córka lu­biła ma­lo­wać.

***

Na wszyst­kich ob­ra­zach do­mi­no­wały cie­płe ko­lory, dłu­gie li­nie i pu­ste ob­szary. Od­róż­niały je po­je­dyn­cze przed­mioty na­ma­lo­wane tak re­ali­stycz­nie, że miało się ochotę wy­cią­gnąć po nie rękę. W ten spo­sób chło­pak po­ka­zał, że nie bra­kuje mu ani umie­jęt­no­ści, ani fan­ta­zji. Tu kwiat, tam sa­mo­chód, bu­telka wina czy prze­wró­cony kie­li­szek. Wo­kół szkła roz­lana kar­ma­zy­nowa plama, a obok czarne kre­ski ukła­da­jące się w znaki za­py­ta­nia. Ten ob­raz naj­bar­dziej wstrzą­snął Ven­delą. Wy­cią­gnęła fol­der i spraw­dziła, że ma ty­tuł Poza szafą.

Upiła łyk wina. Miało smak ta­niego trunku do­stęp­nego w kar­to­no­wym opa­ko­wa­niu.

W tym mo­men­cie przez har­mi­der roz­mów prze­bił się do­brze znany jej głos. Głos córki. Dźwięczny, za­do­wo­lony i ra­do­sny. Tilda po­tra­fiła się cie­szyć tym, co ży­cie miało jej do za­ofe­ro­wa­nia.

Córka bar­dzo przy­po­mi­nała bab­cię, któ­rej Ven­dela ni­gdy nie po­znała. Nie­na­chal­nej urody, o ciem­nych wło­sach, dłu­gich no­gach, drob­nych uszach, dło­niach i sto­pach. Była dość szczu­płej bu­dowy ciała. Lekko gar­baty no­sek, odzie­dzi­czony po ro­dzi­nie M?nsa, nada­wał jej buzi zde­cy­do­wany wy­raz.

Nie miała do­brego słu­chu mu­zycz­nego, ale po­tra­fiła uchwy­cić ton i ład­nie za­śpie­wać. Do­bra wróżka, która ob­da­rzyła ją we­sołą na­turą, ofia­ro­wała jej też za­mi­ło­wa­nie do ksią­żek i głę­bo­kie do­łeczki w po­licz­kach. Ale naj­pięk­niej­sze były jej oczy o wy­jąt­ko­wej bar­wie głę­bo­kiej zie­leni prze­cho­dzą­cej w fio­let. Przy­po­mi­nały Ven­deli płatki dzwo­neczka wy­ra­sta­ją­cego po­nad zwięd­nięte ze­szło­roczne li­ście.

Ven­dela nie mo­gła do­sły­szeć, co mó­wiła Tilda. Roz­po­znała tylko jej głos i od­ru­chowo od­wró­ciła się w tym kie­runku. Od razu zo­ba­czyła M?nsa, ojca Tildy. Naj­chęt­niej przy­kuc­nę­łaby, co na nic by się zdało, bo on był bar­dzo wy­soki i jego oczy wo­dziły wła­śnie po tłu­mie jak wiązka świa­tła po wię­zien­nych bu­dyn­kach. W fil­mach dzieje się tak, że gdy świa­tło do­ciera do bo­ha­tera, ten się chowa, lampa ga­śnie, a straż­nicy stają się roz­tar­gnieni. Na­to­miast ten zły zo­staje przy­ła­pany i nie­chyb­nie roz­strze­lany.

W oczach M?nsa to Ven­dela była tym złym, więc od razu przy­cią­gnęła jego uwagę. Stała jak spa­ra­li­żo­wana, naj­chęt­niej roz­pły­nę­łaby się w po­wie­trzu albo wto­pi­łaby się w ścianę. Nie­stety za ple­cami miała ob­raz i była do­brze wi­doczna na jego tle.

M?ns skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

Ven­dela za­chwiała się, po­sta­wiła ob­cas na czy­imś bu­cie i od­ru­chowo od­wró­ciła się w jego stronę, by prze­pro­sić.

- Bar­dzo mi przy­kro - po­wie­działa ze skru­szo­nym uśmie­chem. Ale za szybko wy­ko­nała ten ruch, roz­ko­ły­sała wino w kie­liszku i za­chla­pała nim ciemną ma­ry­narkę, która na­gle zna­la­zła się przed jej oczami. Och, gdyby mo­gła w tej chwili za­mie­nić się w ob­raz! Za­wo­łała: - Bła­gam o prze­ba­cze­nie!

- Nic się nie stało. To białe wino, nie zo­sta­wia plam - od­parł spo­koj­nie męż­czy­zna.

Ven­dela spoj­rzała na niego z wdzięcz­no­ścią. Miał oliw­kową kar­na­cję, czarne za­cze­sane do tyłu włosy, wy­datny nos i mię­si­ste, zmy­słowe usta. Za­iskrzyło mię­dzy nimi jak na sta­rych fil­mach, kiedy bo­ha­te­ro­wie ści­gają się po scho­dach albo wy­wra­cają stoły, a po­wie­trze mię­dzy nimi jest gę­ste od zmy­sło­wo­ści. Uśmiech­nęła się.

- Ro­ger - wy­cią­gnął do niej rękę męż­czy­zna.

- Ven­dela - od­po­wie­działa szybko, pró­bu­jąc wy­zwo­lić się z to­rebki, lampki wina i fol­deru.

Na­gle obok wy­ro­sła An­ne­lie.

- Po­zna­łaś już Ro­gera - rzu­ciła we­soło.

- Ra­czej na niego wpa­dłam - po­pra­wiła ją Ven­dela.

Ro­ger ro­ze­śmiał się. Za­częli roz­ma­wiać. Z każdą mi­nutą Ven­dela była co­raz bar­dziej za­fa­scy­no­wana tym męż­czy­zną.

- Co my­ślisz o ob­ra­zach Isi­dora? - An­ne­lie zwró­ciła się do Ro­gera.

- Są nie­złe.

- A czy je ro­zu­miesz? - za­py­tała z unie­sio­nymi brwiami.

- Trzeba je ro­zu­mieć? - wtrą­ciła się Ven­dela. - Nie wy­star­czy po­dzi­wiać?

Nie otrzy­mała od­po­wie­dzi, bo w tym mo­men­cie ktoś szturch­nął w plecy An­ne­lie i na­gle mię­dzy nimi a Wio­senną ra­do­ścią sta­nął M?ns.

- Ten - wska­zał na ob­raz.

- Jest cu­downy! - po­wie­działa Cas­san­dra.

- Mama! - Tilda nie po­sia­dała się ze szczę­ścia.

- Cześć, skar­bie - ucie­szyła się Ven­dela i mocno przy­tu­liła córkę. Przez cały czas czuła się bom­bar­do­wana wzro­kiem M?nsa.

- Trudno się gdzie­kol­wiek ru­szyć, żeby się na cie­bie nie na­tknąć - rzu­cił nie­miło.

Zdzi­wiło to Ven­delę, bo ostatni raz wi­dzieli się dwu­dzie­stego dzie­wią­tego grud­nia. Cie­kawe, co miał na my­śli. Ale o to już nie za­py­tała. Po­wie­działa tylko:

- Cześć, Stello.

- Cześć, jak miło cię wi­dzieć - od­parła Stella z taką szcze­ro­ścią, że chyba na­prawdę tak było, co wzbu­dziło w Ven­deli falę zło­ści i wstydu.

Nie cier­piała Stelli. Ta ko­bieta była prze­śliczna, za­wsze ele­gancka, z od­po­wied­nim ma­ki­ja­żem i wła­ści­wymi do­dat­kami na każdą oka­zję. Jej tusz ni­gdy się nie roz­ma­zy­wał i ni­gdy nie zbry­lał na rzę­sach, na­wet kiedy brnęła przez za­spy śniegu. Miała czer­wone po­liczki, ale tylko tam, gdzie na­ło­żyła róż, bo jej skóra ni­gdy nie pło­nęła z zimna czy z emo­cji. I była za­wsze w do­brym hu­mo­rze, ni­gdy nie tra­ciła rów­no­wagi.

Za­wsze oka­zy­wała Ven­deli życz­li­wość, choć sama ra­czej nie mo­gła się jej spo­dzie­wać.

- Na­zy­wam się Iris Mörck i je­stem matką Ven­deli - wtrą­ciła się Iris, po­da­jąc Stelli rękę.

Ven­dela po­my­ślała, że albo jej matce kom­plet­nie brak wy­czu­cia, albo wręcz prze­ciw­nie.

M?ns przy­glą­dał się temu sztywno jak ma­jor­do­mus, który wła­śnie do­strzegł coś, z czym trudno mu się po­go­dzić.

- Stella Ri­gner. Bar­dzo mi miło po­znać bab­cię Tildy.

- Ach, ty je­steś tą Stellą. Ven­dela mi o to­bie mó­wiła.

Uśmiech Stelli nieco przy­gasł, ale Iris od razu do­dała:

- Same miłe rze­czy.

Po­kój zo­stał ura­to­wany.

- Ku­pu­jemy ten ob­raz - wtrą­cił się sta­now­czo M?ns. Nie za­mie­rzał dłu­żej roz­ma­wiać z matką i babką swo­jego dziecka.

- Wio­senną ra­dość? - wska­zała Cas­san­dra na ścianę.

- Tylko ten - po­twier­dził M?ns i Cas­san­dra bły­ska­wicz­nie przy­le­piła czer­woną kar­teczkę tuż obok ta­bliczki z ty­tu­łem.

- Prze­piękny - sko­men­to­wała Iris, która chęt­nie po­ga­wę­dzi­łaby jesz­cze z nie­do­szłym zię­ciem. - Bar­dzo przy­jemny dla oka, nie są­dzisz?

Tilda chwy­ciła Ven­delę za rękę.

- Na­prawdę ładny, ma­mu­siu - po­wie­działa.

- Tak, ko­cha­nie, masz ra­cję - od­parła Ven­dela ta­kim gło­sem, jakby to Tilda go na­ma­lo­wała albo przy­naj­mniej sama wy­brała.

- Tildo, idziesz z nami - oznaj­mił su­rowo M?ns i po­cią­gnął dziew­czynkę za rękę. Tilda pu­ściła matkę i po­słusz­nie po­szła za oj­cem. Za­nim wchło­nął ją tłum prze­ra­sta­ją­cych ją do­ro­słych, od­wró­ciła się jesz­cze i po­ma­chała. Na­gle Ven­deli za­krę­ciło się w gło­wie, jakby za mocno ści­snęła się w pa­sie. W jed­nej chwili zro­zu­miała, dla­czego w prze­szło­ści ko­biety mdlały, gdy emo­cje się­gały ze­nitu.

- An­ne­lie, mo­żemy już iść? - wy­du­siła z sie­bie z tru­dem.

- Ja­sne - od­parła An­ne­lie, wzięła od Ven­deli lampkę i po­dała ją Ro­ge­rowi.

- Idę z wami - po­wie­dział męż­czy­zna i od­sta­wił kie­li­szek na pa­ra­pet, po czym po­pro­wa­dził je przez tłum. - Sta­wiam obiad. Znam do­brą re­stau­ra­cję przy Ave­nyn.

An­ne­lie wzięła Iris pod ra­mię, jakby miała do czy­nie­nia ze znie­do­łęż­niałą sta­ruszką, przez co Ven­dela mu­siała iść obok Ro­gera. Męż­czy­zna szar­mancko otwo­rzył drzwi i przy­trzy­mał je wy­cho­dzą­cym pa­niom. Po­wie­trze na ze­wnątrz było zimne i wil­gotne. Ven­dela wzięła trzy głę­bo­kie od­de­chy, po czym za­pięła kurtkę.

Bo­r?s, lato 1995

Tam­tego roku Ven­dela skoń­czyła sie­dem­na­ście lat, prze­szła do dru­giej klasy li­ceum i za­częła pra­co­wać w księ­garni. W rze­czy­wi­sto­ści Karl chciał, żeby prak­tykę - jak on na­zy­wał po­moc w skle­pie - roz­po­częła już po szkole pod­sta­wo­wej, ale Ven­dela otrzy­mała sty­pen­dium na wy­jazd do An­glii. To były jej ostat­nie wa­ka­cje z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Spę­dziła trzy cu­downe ty­go­dnie za gra­nicą, a gdy wró­ciła do domu, dys­po­no­wała pięk­nym bry­tyj­skim ak­cen­tem i zna­jo­mo­ścią mło­dzie­żo­wego slangu. Ale na­stęp­nego roku nie udało się już od­wlec prak­tyki, którą oj­ciec dla niej prze­wi­dział. Mu­siała iść śla­dem swo­ich braci.

Gdy Sven miał sie­dem lat, lu­bił po szkole sia­dać obok ojca za ladą i przy­glą­dać się jego pracy. Klienci żar­to­bli­wie na­zy­wali go dzie­dzi­cem, z czego Karl był nie­zwy­kle dumny. Chło­piec co­raz bar­dziej wra­stał w księ­gar­nię, aż po ukoń­cze­niu li­ceum osiadł w niej na stałe, po­bie­ra­jąc praw­dziwą pen­sję.

Göte stu­dio­wał eko­no­mię przez rok, a po­tem też tra­fił do sklepu. To był ro­dzinny in­te­res i Karl z dumą się chwa­lił, że już trze­cie po­ko­le­nie się nim zaj­muje.

Ven­dela szybko na­uczyła się ob­słu­gi­wać kasę fi­skalną. Bez pro­blemu od­naj­dy­wała się mię­dzy pół­kami i od­kła­dała na miej­sce książki, które klienci zo­sta­wiali byle gdzie. Do jej obo­wiąz­ków na­le­żało też po­rząd­ko­wa­nie to­waru, sor­to­wa­nie ołów­ków i gu­mek. To nie było trudne, ale strasz­nie przy­gnę­bia­jące i po­twor­nie nudne. Ven­dela czuła się jak uwię­ziona, jakby w skle­pie bra­ko­wało jej po­wie­trza. Du­siła się mię­dzy pół­kami. Miała sporo wol­nego czasu, czy­tała więc po kry­jomu, cho­wa­jąc ro­man­si­dła za książ­kami o wy­stroju wnętrz czy o geo­gra­fii. Sven jej w tym nie prze­szka­dzał.

W cza­sie, kiedy dy­żur w księ­garni peł­nili Sven i Ven­dela, Karl i Iris po­je­chali sa­mo­cho­dem na dwu­ty­go­dniowy urlop do Nor­we­gii, a Göte od­by­wał obo­wiąz­kową służbę woj­skową. Ro­dzeń­stwu nie bra­ko­wało więc wol­no­ści.

Przez cały rok Karl pra­co­wał zgod­nie z cza­sem zi­mo­wym, dla­tego la­tem wra­cał do domu za kwa­drans piąta. Dzięki temu Ven­dela i Sven zo­sta­wali po­po­łu­dniami sami. Wtedy do księ­garni wcho­dziła Rig­mor. Przez pierw­szych kilka ty­go­dni py­tała o książki i przy­bory do pi­sa­nia, ale już w po­ło­wie lipca i ona, i Sven prze­stali się kryć z tym, że dziew­czyna przy­cho­dziła do niego.

***

Cho­wali się po ką­tach, szep­cząc so­bie coś we­soło na ucho, a wszyst­kie obo­wiązki spo­częły na bar­kach Ven­deli. Gdy Sven po raz pierw­szy zo­sta­wił sio­strę samą, by za­mknęła księ­gar­nię i pod­li­czyła kasę, po­czuła się wy­róż­niona, ale jed­no­cze­śnie prze­ra­żona. Mo­gła prze­cież po­peł­nić ja­kiś błąd! Za­nim jed­nak lato do­bie­gło końca, na­wet naj­trud­niej­sze za­da­nia wy­ko­ny­wała z ru­ty­nową obo­jęt­no­ścią.

Ven­dela ni­gdy ni­komu nie po­wie­działa ani o Rig­mor, ani o tym, że za­le­d­wie po dwóch ty­go­dniach prak­tyki sama za­my­kała sklep. Nie zdra­dziła też, że gdy ro­dzice byli na wa­ka­cjach, Sven zo­sta­wał w księ­garni na noc.

***

To wtedy pod­jęła de­cy­zję, która nadała kie­ru­nek jej ży­ciu. Nie za­mie­rzała pra­co­wać w księ­garni ojca. Nie wie­działa jesz­cze, co tak na­prawdę chce ro­bić, za to była pewna, czego nie chce. I to wy­star­czyło.