When We Were Them - Laura T. Namey

Kup ebooka

44.99 zł
37.73 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ostatni tydzień szkoły. Sobota

Ostatni tydzień szkoły Sobota

Kiedy były­śmy młode, śmierć wyda­wała się tak odle­gła, że trak­to­wa­ły­śmy ją jako motyw zabawy. Wymy­śla­ły­śmy spo­soby, w jakie mogły­by­śmy się nawza­jem nawie­dzać jako duchy. Stało się to grą. Pusz­cza­ły­śmy wodze wyobraźni przy wiel­gach­nych kub­kach gorą­cej cze­ko­lady, cie­ście bisz­kop­to­wym albo przed lustrami. Usta­li­ły­śmy, że jeśli pierw­sza umar­łaby Brit­ton, poja­wi­łaby się w naszych gło­wach jako pio­senka. Zaśpie­wa­łaby arię ope­rową, żeby przy­po­mnieć nam, że kie­dyś była w tym dobra. Upiór Luz objąłby swoją drobną dło­nią nasze nad­garstki, przy­kła­da­jąc dwa palce do tęt­nicy tam lub do pul­su­ją­cego punktu na naszych szy­jach.

Nie wie­dzia­łam, jaki kształt przy­bie­rze nawie­dza­nie w wyko­na­niu mojej duszy, ale Britt i Luz nie miały wąt­pli­wo­ści. Przy­się­gały, że będę wid­mową zrzędą, z rodzaju tych, które zapi­sują wszystko w zeszy­cie na wyci­nanki. Sosnowa skrzy­nia i tro­chę brud­nej ziemi, zrzu­co­nej łopatą na wieko nad moją głową, nie powstrzy­mają "sen­ty­men­tal­nego genu Willi J. David­son". A moim przy­ja­cio­łom, wciąż peł­nym krwi i kofe­iny, szepnę:

Czy zacho­wu­je­cie każdą kartkę z życze­niami i tablicę kor­kową z przy­pię­tymi zdję­ciami wszyst­kich cudow­nych rze­czy, które robi­cie beze mnie?

Tak?

Kiedy Nico towa­rzy­szył nam pod­czas tych roz­mów, mówił, że ni­gdy by nas nie stra­szył. Nie odwa­żyłby się i zosta­wiłby nas w spo­koju. Ale ja mu nie wie­rzy­łam.

Nasza gra ule­gła zmia­nie, gdy skoń­czy­ły­śmy trzy­na­ście lat, a moja rodzina już ni­gdy nie przy­po­mi­nała tej daw­nej. Nasze żarty wypo­wia­da­ły­śmy ukrad­kiem, ści­szo­nym gło­sem, jak wszystko inne w moim domu. Zacho­wy­wa­ły­śmy się w ten spo­sób pra­wie do naszych osiem­na­stych uro­dzin. To wła­śnie wtedy poże­gna­ły­śmy się ze wszyst­kimi for­mami gry w duchy. Zamknę­ły­śmy ją, jak­by­śmy wynio­sły z przy­droż­nego jar­marku karu­zelę, która już ni­gdy nie będzie oglą­dać lata.

Na czter­na­ście dni przed ofi­cjal­nym nadej­ściem tego lata zrzu­cam klapki i sia­dam bez­po­śred­nio na pia­sku, na plaży mojego dzie­ciń­stwa. Sie­dem minut do startu - infor­muje mnie mój zega­rek nur­kowy. Zaraz wejdę do wody, by sta­wić czoła moim przy­ja­cio­łom. Zmie­rzyć się z tym, co odkryli trzy dni temu.

Jestem przed cza­sem celowo, przy­cho­dzę w chwili, gdy poranni sur­fe­rzy idą stąd, a więk­szość ama­to­rów desek boogie i budow­ni­czych zam­ków z pia­sku jesz­cze się nie poja­wiła. Niebo jest szare i kre­dowo białe, jak zwy­kle o tej porze dnia latem w San Diego. Dwóch ratow­ni­ków, któ­rych widzę co sezon, sie­dzi na wieży 13, czer­wone pamelki, czyli boje ratow­ni­cze, zwi­sają z boku. Ratow­nicy są czujni, gotowi. Z przy­zwy­cza­je­nia wybie­ram jed­nego pły­waka i sku­piam się na nim. Nauczono mnie prze­wi­dy­wać, kto ewen­tu­al­nie może być nara­żony na wypadki i urazy. Nauczono mnie uwa­żać na tego, który może nie w pełni doce­nić ude­rze­nie fali lub sza­le­jący prąd w dniu, gdy o zagro­że­niu ostrzega żółta flaga.

W sezo­nie tury­stycz­nym zawsze poja­wiają się osoby mające pierw­szy raz stycz­ność z oce­anem. Ich doświad­cze­nie pły­wac­kie to naj­wy­żej plu­ska­nie w base­nie, jezio­rze, sta­wie i może w stru­myku. Ocean, gdy wywie­szona jest żółta flaga, szy­dzi z tego. Mimo mojego uwiel­bie­nia dla Pacy­fiku jestem wyszko­lona, by zetrzeć ten wspa­niały, zado­wo­lony gry­mas z jego twa­rzy.

Pięć minut - zega­rek drwi ze mnie. Mój żołą­dek się skręca, ale wciąż widzę tego pły­waka. Nazwę go Nebra­ska. Zazwy­czaj na kryp­to­nim dla nie­do­świad­czo­nych pły­wa­ków wybie­ram stan Ame­ryki pozba­wiony dostępu do morza. Nebra­ska to biały męż­czy­zna, w wieku mię­dzy pięć­dzie­siątką a sześć­dzie­siątką. Zaraz zamo­czy i pew­nie znisz­czy swoją bejs­bo­lówkę, jeśli będzie wcho­dził dalej do wody.

Kiedy Nebra­ska posuwa się do przodu, mój umysł cofa się o sie­dem­dzie­siąt dwie godziny. Do Brit­ton, trzy­ma­ją­cej kopertę, któ­rej - jak myśla­łam - pozby­łam się osiem mie­sięcy temu. Wra­cam do spo­sobu, w jaki się w nią wpa­try­wała. Bez wyrazu. Jak­bym roz­pły­nęła się w jej her­ba­cie, a ona nie mogła mnie już zna­leźć.

Odna­le­ziona koperta, z imie­niem Luz na przo­dzie i moimi zdra­dziec­kimi sło­wami w środku, mówiła wię­cej niż któ­re­kol­wiek z nas mogłoby wtedy powie­dzieć. Że zawio­dłam moich przy­ja­ciół spek­ta­ku­lar­nie i pró­bo­wa­łam to ukryć. I że mi się nie udało.

Ści­ga­jąc ten punkt w moim umy­śle i doga­nia­jąc go, jed­no­cze­śnie widzę, jak gigan­tyczna fala wznosi się w oddali. Pod­no­szę się na kolana, ponie­waż Nebra­ska obró­cił się, spo­glą­da­jąc w stronę kolejki gór­skiej Wielki Wóz przy dep­taku, a ten rodzaj fali pozo­sta­wia cię bez­rad­nym, jeśli nie przyj­miesz jej wła­ści­wie. Uwa­żaj, na miłość boską! Zbyt wiele takich fal mnie potur­bo­wało, gdy Nico uczył mnie sur­fo­wać. Byli­śmy tylko dziećmi, ale przy­się­gam, że moje gar­dło ni­gdy nie będzie w pełni wolne od tej soli. Woda w oce­anie się pod­nosi, Nebra­ska!

Już stoję, gdy Pacy­fik kotłuje mojego chło­paka. Kiedy fala ude­rza pro­sto w niego, kątem oka widzę ruch z pra­wej strony. Marianna z wieży 13 zesko­czyła na dół i bie­gnie. Ale nie w kie­runku Nebra­ski. To nie on jest jej celem. Wypluwa tylko wodę z płuc i otrze­puje się jak labra­dor. I ma się dobrze, kiwa­jąc się pio­nowo, szu­ka­jąc czer­wo­nej czapki, mimo że została porwana przez żywioł.

Bie­gnę do brzegu. Młoda dziew­czyna, która zgu­biła swoją deskę do pły­wa­nia, nie może wstać i nie może utrzy­mać się na wodzie. To naj­pew­niej jej mama krzy­czy: Emma! Pró­buje dojść do córki, ale cofa­jąca się fala odciąga ją z powro­tem. Nie dostrze­głam Emmy, ale Marianna już do niej dobie­gła i ją zabez­pie­cza. Nie dostrze­głam Emmy, ponie­waż... - chwi­leczkę, wszystko w porządku - to nie ja mam dzi­siaj dyżur. (Możesz być teraz czło­wie­kiem - powta­rzam).

Wyba­czam sobie, ale tylko ten jeden błąd. Nie kopertę ani cały paź­dzier­nik, który roz­padł się na małe kawa­łeczki, tak że już go nie roz­po­znaję. Nie to, że Luz wykrzy­czała do mnie, trzy dni temu: Nie cho­dzi o to, że to zro­bi­łaś, a potem się ze wszyst­kiego wyco­fa­łaś. Cho­dzi o to, że wyko­rzy­sta­łaś... Nico, wła­śnie jego. Nikogo innego, tylko jego. Fuck.

Kiedy Luz - dziew­czyna, która chce pew­nego dnia przy­wra­cać zdro­wie ludziom i napra­wiać ich ciała - powie­działa do mnie te słowa, wywró­ciła moją skórę na lewą stronę, nie pozo­sta­wia­jąc niczego. Nawet kawałka, żebym mogła nawie­dzać.

Mój zega­rek wska­zuje trzy­dzie­ści sekund. Wlokę się przez roz­grze­wa­jący pia­sek i przez dep­tak; moi przy­ja­ciele sie­dzą już przy stole pik­ni­ko­wym. Jeden oddech. Kolejny. Powie­trze gęst­nieje, roz­ma­zu­jąc widok, aż docie­ram do dziew­czyn, a wszech­świat zasysa się i nie ma już South Mis­sion Beach, nie ma San Diego, nie ma życia oprócz nich.

- Ja... Hej - to wszystko, co mogę z sie­bie wykrztu­sić.

- Cóż, wyglą­dasz okrop­nie - mówi Luz. Szczę­śli­wie w ten sam spo­sób nabija się z mojej szyb­kiej jazdy samo­cho­dem, wyszcze­rza­jąc zęby w uśmie­chu, gdy prze­jeż­dżamy na żół­tym świe­tle na wjazd na auto­stradę.

Pamię­ta­jąc o tym, wybu­cham wod­ni­stym śmie­chem za te wszyst­kie czasy. Za tamtą mnie i tamtą ją. Zmie­niam pozy­cję, roz­glą­da­jąc się po plaży, która nas wycho­wała. Odno­wiona drew­niana kolejka, sku­pi­sko ele­ganc­kich apar­ta­men­tow­ców, znów kolejka, mrów­czy szlak dzieci przy­cho­dzą­cych z deskami i wia­drami.

- Willa, usiądź. Dobrze? - Brit­ton pokle­puje stół wypie­lę­gno­waną dło­nią z paznok­ciami w kolo­rze bale­ri­nek. - Twój nie­zwy­kły tyłek zasła­nia widok.

Prze­su­wam mój - czę­sto komen­to­wany przez Brit­ton, cza­sem nawet po fran­cu­sku - "nie­zwy­kły tyłek" na ławkę. Przez klatkę pier­siową prze­pływa mi strużka nadziei. Jeste­śmy sil­niejsi niż jeden błąd, ta ogromna suma nas, nas i ich. Może potrze­bu­jemy tylko czasu.

- Nie zro­bi­łam tego - mówię, co brzmiało o wiele lepiej w mojej gło­wie.

Luz, nie mogąc oprzeć się o ścianę, przy­kuca, wychy­la­jąc się do przodu i składa się w ori­gami Luz. Pozy­cja prze­gra­nego.

- Dobrze. Ale czy kie­dy­kol­wiek zamie­rza­łeś powie­dzieć Luz? Gdy­bym się nie dowie­działa? - Brit­ton pyta, prze­ska­ku­jąc pro­sto do trud­nej czę­ści, jakby zaczy­nała nową arię.

Zbyt wiele bić serca mija, zanim potrzą­sam głową. Wyobra­żam sobie kul­towe stare filmy, które oglą­da­ły­śmy w salo­nie Brit­ton pod kocami z mono­gra­mem. Nie­które z tych fabuł doty­czyły powtó­rek sytu­acji albo całych dni prze­szłych, które zaczy­nały się od nowa, po to, by boha­te­rowi udało się postą­pić wła­ści­wie.

Te słowa roz­sy­pują się w pył wraz z moją słab­nącą nadzieją.

- Tak bar­dzo, bar­dzo mi przy­kro. I nie pro­szę cię o to, żebyś zapo­mniała.

Luz pro­stuje się. Naj­mniej­sza z naszej trójki zaj­muje nie­wiele miej­sca przy stole. Po raz pierw­szy prze­ra­żają mnie słowa przy­ja­ciółki, która przez lata ści­śle strze­gła moich tajem­nic. Dzi­siaj jest bar­dziej spa­da­jącą gwiazdą niż dziew­czyną. Jest zie­lo­nym roz­bły­skiem, który obser­wu­jemy pod­czas zachodu słońca, a także pło­mie­niem z ogni­ska na pia­sku i setką innych jasnych, ulot­nych rze­czy - w ich naj­więk­szym bla­sku, sekundy przed tym, jak zni­kają.

- Myśla­łam, że tego wła­śnie ocze­ku­jesz, skoro tu przy­szły­śmy. Że zapo­mnę - Luz wska­zuje w kie­runku Brit­ton. - Ze względu na wszyst­kie lata, kiedy były­śmy przy­ja­ciół­kami.

- Wiem, że to nie jest spra­wie­dliwe. Nie cho­dzi o to, żeby zapo­mnieć. Ale... czy możesz wyba­czyć?

Trzy słowa. Przez dzie­sięć lat ist­niały nie­zli­czone inne słowa, które natu­ral­nie gru­po­wa­ły­śmy w trójki: "Kocham cię". "Mamy tort". "Jesteś nie­sa­mo­wita". "Przy­nio­słam tacos". "Wspie­ram cię". "Wspie­ram cię". "Wspie­ram Cię".

Możesz wyba­czyć?

Luz znowu milk­nie, ale to raczej jej bez­ruch mnie mar­twi. Nie robi żad­nej ze swo­ich nor­mal­nych rze­czy. Nie opi­sała szcze­gó­łowo składu che­micz­nego naszego nie­szczę­ścia. Nie pró­bo­wała...

- Tutaj - pod­no­szę rękaw mojej pasia­stej koszulki, odsła­nia­jąc blady nad­gar­stek.

Luz, jako przy­szły kar­dio­log, zawsze spraw­dzała mi puls, aby odczy­tać poziom stresu.

- Sprawdź mój puls. Poczuj to, co ja czuję - pro­szę. Nic. Film na pau­zie. Zabie­ram więc rękę.

- Pro­szę, powiedz coś. Albo... albo krzycz! Nie możesz po pro­stu wyrzu­cić z sie­bie wszyst­kiego, żeby­śmy mogły pójść dalej?

Cokol­wiek to jest.

Brit­ton osuwa się do przodu, ciemne włosy zasła­niają jej twarz i odgra­dzają jak kur­tyna od tego całego bała­ganu, który naro­bi­łam. Luz nawet na mnie nie spoj­rzy. Nie wiem, co jesz­cze mogę zro­bić.

- Czy to koniec?

Trzy słowa.

Luz wzru­sza ramio­nami i lekko roz­chyla usta.

- Wiesz, to cud, że nie obcię­łaś sobie awa­ryj­nie grzywki z tego powodu. Myśla­łam, że to zro­bisz.

Te dziew­czyny były świad­kami moich naj­bar­dziej pier­wot­nych prych­nięć i gwiz­dów, ale ten, który wydaję z sie­bie teraz, pocho­dzi chyba od nowego zwie­rzę­cia. Moja ręka zaci­ska moje ciemne blond loki - poszar­pane jak skar­peta na wie­trze. Od cze­pia­nia się mojej skóry głowy, kiedy pró­buję oswoić to, co jest pod nią. Od patrze­nia, jak Nebra­ska nie tonie.

- Grzywka? - prych­nię­cie Brit­ton prze­cho­dzi w chi­chot. - O rany - siada wypro­sto­wana, krzy­żu­jąc ramiona na stole wysma­ga­nym wia­trem.

- Jak­bym kie­dy­kol­wiek naru­szyła kodeks. W grzywce ni­gdy tak naprawdę nie cho­dzi o grzywkę - mówię, gdy Luz i Brit­ton powta­rzają: - Ni­gdy tak naprawdę nie cho­dzi o grzywkę.

Motto życiowe Brit­ton odbija się echem w naszych gło­wach i każe nam zaci­snąć mocno powieki. Zdaję sobie sprawę, że zbli­ży­ły­śmy się do sie­bie. Chyba nasze mózgi nie powie­działy jesz­cze naszym cia­łom, że znisz­czy­łam świat. Nasze buty two­rzą kształt wie­lo­kąta. Nasze mię­śnie kie­rują ruchem naszych ramion do wewnątrz, bli­sko, jak zawsze, a powie­trze mię­dzy nami faluje. Mogła­bym tu odpo­cząć. Wła­śnie tutaj, z nimi łagod­nie wypo­wia­da­ją­cymi słowa, gdy widzą mnie ponow­nie. (Jaka koperta? Jaki paź­dzier­nik?)

To naj­lep­sza wer­sja nas samych. Gdy nie mamy przed sobą żad­nych tajem­nic. Cały eko­sys­tem skur­czony do roz­miaru muszelki.

- Powiedz mi jedną rzecz - prosi Luz, ale nie z gnie­wem, na który zasłu­guję, gdyż ją zra­ni­łam. Teraz mówi jak osoba sta­wia­jąca dia­gnozę. Przede wszyst­kim - nie szko­dzić - ważna część przy­sięgi, którą pew­nego dnia złoży.

- Wszystko, co chcesz.

- Muszę wie­dzieć: dla­czego? Zasłu­guję na to, zanim w ogóle pomy­ślę o...

Wyba­cze­niu. Pój­ściu na przód i zaufa­niu mi ponow­nie. Dopo­wia­dam sobie jej słowa, jakby były moimi wła­snymi.

- Ze względu na nas - mówię na głos. - Spa­ni­ko­wa­łam, bo nie mogłam stra­cić też cie­bie.

Rzu­cam świa­dome spoj­rze­nie na Brit­ton, któ­rej bilet lot­ni­czy krzy­czy Paryż, a data odlotu zbliża się wiel­kimi kro­kami.

- Nie, to nie cała prawda. To nie wszystko - mówi Luz. - Ta koperta doty­czy cze­goś wię­cej niż tego, co sta­nie się po zakoń­cze­niu szkoły.

- Co?

- Wyko­rzy­sta­łaś Nico. To coś wię­cej niż atak paniki, Willa.

Jej słowa celują pro­sto w moje gar­dło, natych­miast prze­no­sząc mnie z powro­tem do mgli­stych dni. Sta­ram się nie upaść i chwy­tam się ławki.

- Nie mogłam znieść wię­cej strat.

Wszystko, co pamię­tam z paź­dzier­nika ubie­głego roku, to że zbli­żał się ostatni rok i koniec szkoły. Moje dopiero co roz­sy­pane życie miało się sze­roko otwo­rzyć na tyle kolej­nych nie­wia­do­mych, a ja nie mogłam tego powstrzy­mać. Pomy­śla­łam, że spró­buję, co dopro­wa­dziło do naj­gor­szej decy­zji w moim życiu. Dopro­wa­dziło nas tutaj.

- Przy­się­gam, że gdyby cho­dziło o coś wię­cej, powie­dzia­ła­bym ci.

Luz zwraca oczy ku niebu.

- Cza­sami zda­rza się, że jakaś osoba będzie miała raka, ale wcze­sne bada­nia go nie wyka­zują. A on ukrywa się i dalej zakłóca pracę orga­ni­zmu, dopóki leka­rze nie zaj­rzą głę­biej. Myślę, że to samo doty­czy cie­bie.

Mój orga­nizm reaguje dresz­czami na jej pro­ro­cze słowa; prawda cicho przy­cza­iła się za moją wątrobą i płu­cami.

- Przez pra­wie cały ostatni rok szkoły uda­wa­łaś moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę po tym, jak pró­bo­wa­łaś mnie zdra­dzić - mówi Luz. - Ale ja, jako twoja przy­ja­ciółka, mar­twię się o powody i mar­twię się o cie­bie. Jeśli nie widzisz praw­dzi­wej przy­czyny tutaj teraz, to będziesz musiała poszu­kać jej gdzie indziej. W prze­szło­ści.

- Posta­ram się - mówię.

Luz potrząsa głową.

- Zła­ma­łaś mi serce. Zanim będę mogła nawet pomy­śleć o wyba­cze­niu ci, muszę poznać całą prawdę. Mówię poważ­nie, Willa. Musisz to zro­bić sama. W tym tygo­dniu. Albo to koniec. Albo z nami koniec.

Och. Przyj­muję cios, nie­mal prze­ko­nu­jąc sie­bie, że inna Luz zamie­niła się miej­scami z tą, która sie­dzi przede mną. Moja Luz nie mówi w ten spo­sób. To nie są słowa, które wypo­wia­damy. Ale czego się spo­dzie­wa­łam? To ja wszystko zmie­ni­łam. Przez osiem mie­sięcy pró­bo­wa­łam odciąć się od tego jed­nego czynu, wyma­zu­jąc go z pamięci, aż poczu­łam się, jak­bym go nie popeł­niła. Pozo­stał nie­wy­po­wie­dziany. Zre­du­ko­wa­łam to, co nie­wy­obra­żalne, do kodu. To. Ta rzecz. Moja zdrada. Zabra­kło mi słów, aby nazwać rzecz po imie­niu. Ale sześć dni przed cere­mo­nią wrę­cze­nia dyplo­mów ukoń­cze­nia liceum Mis­sion Point ura­to­wa­nie naj­waż­niej­szej przy­jaźni w moim życiu ozna­cza cof­nię­cie się do miej­sca i czasu, o któ­rych pró­bo­wa­łam zapo­mnieć.

- Dobrze - mówię i prze­ko­nuję się, że nie musia­łam umie­rać, żeby stać się sama dla sie­bie duchem.

Ostatni tydzień szkoły. Sobota

Ostatni tydzień szkoły Sobota

- Ostatni raz wołam. Tata i Audrey są już w samo­cho­dzie - mówi moja mama. Jest bar­dziej wystro­jona niż zwy­kle: czarne spodnie rybaczki i prze­wiewna bluzka, w stylu boho, jakby powie­działa Brit­ton. Włosy spięte z tyłu u nasady szyi szyl­kre­to­wym klip­sem, a cie­nio­wane kosmyki luźno opa­dają jej na twarz. Usta poma­lo­wane na kora­lowy róż.

Odsu­wam na bok stosy tek­stów i nota­tek na ponie­dział­kowy egza­min koń­cowy z angiel­skiego. Spo­sób, w jaki mam wszystko uło­żone na łóżku, spra­wia wra­że­nie, jak­bym robiła wię­cej niż w rze­czy­wi­sto­ści. Na zewnątrz wyda­wać się mogę szkolną gwiazdą. W środku prze­peł­nia mnie poczu­cie porażki i żalu, a do tego wciąż mam pia­sek mię­dzy pal­cami u nóg przy­nie­siony z South Mis­sion, gdzie byłam rano.

- Zostaję. Nie czuję się na siłach, żeby jechać z wami.

Mama marsz­czy brwi i robi krok w moim kie­runku, ale zatrzy­muje się tuż przy moich drzwiach.

- Twój brzu­szek? Wciąż boli? Te tabletki imbi­rowe zazwy­czaj od razu poma­gają.

Łyk­nę­łam tabletki, popi­ja­jąc świeżą her­batą mię­tową, i popi­łam kil­koma łyż­kami rosołu z kury, który mama roz­mro­ziła. Robie­nie tych wszyst­kich rze­czy, pozwa­la­nie jej na pomoc, było tysiąc razy łatwiej­sze niż przy­wo­ły­wa­nie rze­czywistego bólu, który czuję w każ­dej czę­ści mojego ciała.

W tym tygo­dniu.

Albo z nami koniec.

Muszę znać całą prawdę.

Nie mogę nawet myśleć o tym, jak może wyglą­dać koniec ostat­niego tygo­dnia szkoły. Po mie­sią­cach wyma­zy­wa­nia i zapo­mi­na­nia mam się wła­mać do ukry­tego czasu. Ale nie wiem, od czego zacząć. Dwie osoby, do któ­rych zawsze zwra­cam się w pierw­szym odru­chu, to aku­rat te, które każą mi biec do tyłu, solo.

- Wszy­scy będą pytać, gdzie jesteś - dodaje mama, gdy na­dal mil­czę. - Od lat nie opu­ści­łaś festynu. Do tego twój tata dostał tę pre­mię, a ja cie­szy­łam się na myśl, że cała rodzina wybie­rze jakiś spe­cjalny wspólny pre­zent. Mogli­by­śmy zasza­leć na licy­ta­cji. Może week­en­dowy wypad? Albo możemy wybrać jakieś dzieło sztuki do salonu.

Zmu­szam się reszt­kami sił, żeby nie krzy­czeć. Ści­skam kawa­łek mojej koł­dry w jed­nej ręce.

- Powiedz wszyst­kim, że nie czuję się dobrze. A jeśli to takie ważne, wyślij mi ese­mesa z info, co wybra­łaś.

Mama wzdy­cha i pota­kuje.

- Dobrze, chyba mogę tak zro­bić. W lodówce jest wię­cej zupy, jeśli poczu­jesz się lepiej.

- Dzięki, mamo - robię gry­mas, przy­po­mi­na­jący natu­ralny uśmiech, który koń­czy roz­mowę i nie daje moż­li­wo­ści zada­wa­nia dal­szych pytań lub wyra­ża­nia zanie­po­ko­je­nia. Tę sztukę opa­no­wa­łam do per­fek­cji.

Nie­całą godzinę póź­niej scho­dzę po scho­dach na dźwięk dzwonka do drzwi. W mojej gło­wie poja­wia się nie­wy­raźny obraz kuriera, który już chce dostar­czyć mi oka­zały obraz albo mebel, który mama wyli­cy­to­wała, dając za niego nie­bo­tyczną cenę. Otwie­ram drzwi, wzdy­cha­jąc z ulgą.

Roz­po­znaję na moim ganku upo­rczy­wego gościa, prze­śli­zgu­jąc się wzro­kiem po jego gumo­wych spor­to­wych klap­kach (ze skar­pet­kami), po owło­sio­nych brą­zo­wych nogach, spor­to­wych szor­tach i dol­nej czę­ści nie­bie­skiej bluzy. Potem mój wzrok reje­struje pudełko. Szare pudełko na sta­ro­cie, tak zna­jome jak moja wła­sna twarz.

- Zamie­rzasz kazać mi tu stać przez całe popo­łu­dnie? - pyta Kem.

- Sorki - robię przej­ście, gdy jeden z moich naj­star­szych przy­ja­ciół wle­cze się do salonu, zsu­wa­jąc z nóg klapki po dro­dze. W moim domu nie prze­strzega się zasady zdej­mo­wa­nia butów przy drzwiach przed wej­ściem do środka, ale my nie jeste­śmy w poło­wie Japoń­czy­kami jak Kem.

Ni­gdy by go nie przy­ła­pano na wcho­dze­niu w butach do miesz­ka­nia.

Zwra­cam uwagę na spo­sób, w jaki Kem odkłada szare pudełko - robi to z sza­cun­kiem.

- Brit­ton pod­rzu­ciła mi to po dro­dze, gdy szła na tę kościelną imprezę. Z roz­ka­zem dorę­cze­nia - mówi.

Powin­nam tam teraz być, degu­sto­wać potrawy i licy­to­wać ano­ni­mowo na aukcji cha­ry­ta­tyw­nej na rzecz para­fii Świę­tej Cecy­lii z moją rodziną. Praw­dzi­wym powo­dem, dla któ­rego nie poszłam dziś na festyn, jest to, że moi przy­ja­ciele tam byli. Tkwiąc w narzu­co­nej przez sie­bie izo­la­cji, nie ufa­łam sobie, że po wyj­ściu z nie­dziel­nej mszy nie pod­bie­gła­bym do nich na dzie­dzińcu. Wcze­śniej uda­wa­łam bóle brzu­cha i przyj­mo­wa­łam wszyst­kie lekar­stwa apli­ko­wane przez mamę, żeby to uwia­ry­god­nić.

Marsz­czę brwi.

- A więc Brit­ton ci powie­działa, co zro­bi­łam? I co to zna­czy?

- Tylko z grub­sza i o głów­nych gra­czach. Wystar­cza­jąco.

Czuję, jak mój żołą­dek naprawdę się kur­czy.

- Więc ty też mnie nie­na­wi­dzisz.

Ostat­nia rzecz, jaką chcę teraz zro­bić, to wyja­wić mu szcze­góły. Ale Kem jest mi pra­wie tak bli­ski jak Luz i Brit­ton; po sto­kroć udo­wod­nił, że można mu ufać. Zacho­wałby w tajem­nicy wszystko, co bym mu powie­działa.

- Nie­na­wiść? O czym ty mówisz? - Kem kie­ruje mnie w stronę skó­rza­nej kanapy. - Oni cię nie nie­na­wi­dzą, Willa. To byłoby ze wszech miar złe, wbrew pra­wom natury. - Sztur­cha mnie w kolano. - Ja też cię nie nie­na­wi­dzę, jeśli to coś zna­czy.

To zna­czy wszystko.

- Posu­nę­łam się za daleko.

- Sądząc po minie Brit­ton, to chyba tak. Ale nie tasz­czę pude­łek z pamiąt­kami przez cztery prze­cznice dla ludzi, któ­rych nie­na­wi­dzę.

Otwie­ram sze­roko usta, łapiąc oddech.

- A te dziew­czyny... Cóż, boska panna B. nie przy­sła­łaby mnie tutaj z tą kapliczką nad kaplicz­kami, gdyby z tobą zerwała i nie kochała cię.

Chwy­tam się kur­czowo tej myśli, zaci­ska­jąc mocno palce.

- Hm, napi­jesz się cze­goś? Mogę ci coś zapro­po­no­wać? - wyrzu­cam z sie­bie słowa ner­wowo, czu­jąc, jak zamie­niam się w moją matkę. Ktoś mógłby leżeć zakrwa­wiony na pod­ło­dze z pul­su­jącą raną, jak w jed­nym ze snów Luz, a mama upew­ni­łaby się, czy jest aby dobrze nawod­niony.

Kem zerka na mnie z ukosa.

- Nie pogar­dzę czymś na drogę powrotną.

W kilka sekund chwy­tam butelkę z zimną wodą, ale z kuchni moje nogi kie­rują się w inną stronę. Nie z powro­tem do Kema. Prze­cho­dząc obok sza­fek, myślami też zmie­rzam gdzie indziej - do chwili, gdy posta­no­wi­łam spę­dzić ostatni tydzień szkoły samot­nie, aby doko­nać dekon­struk­cji tego, co się wyda­rzyło w zeszłym roku na jesieni. I spraw­dzić, jak to, co mieszka za prze­suw­nymi szkla­nymi drzwiami, zawsze będzie miało zna­cze­nie.

Wcze­sne czerw­cowe powie­trze wdziera się do kącika śnia­da­nio­wego, gdy chwy­tam za klamkę, pal­cami bosych stóp obej­mu­jąc meta­lowy próg. Szron na butelce wody, którą niosę Kemowi, spra­wia, że moje palce drę­twieją. Jesz­cze mnie nie zawo­łał, jakby to, że przy­nie­sie­nie butelki z wodą zaj­muje w tym domu nie­przy­zwo­icie dużo czasu, było zja­wi­skiem cał­kiem nor­mal­nym. Mój wzrok utkwił w ogródku, któ­rego wygląd zawsze muszę wszyst­kim tłu­ma­czyć. Kiedy moja mama unika odpo­wie­dzi na nie­uchron­nie poja­wia­jące się pyta­nie, to na mnie spada uświa­da­mia­nie gości lub cie­kaw­skich face­tów od kon­troli szkod­ni­ków.

- Tak, to jest... Kie­dyś tu był... - tak zwy­kle zaczy­nam.

Ale sam ogró­dek ni­gdy się nie koń­czy. Zawsze jest czymś wię­cej niż rośli­nami, trawą i beto­nem, bo tu są początki obec­nych wer­sji mnie, Luz i Brit­ton. To nie tu zaczęła się histo­ria naszej przy­jaźni. Począ­tek miał miej­sce lata świetlne wcze­śniej, kiedy jesz­cze uczy­ły­śmy się pisać nasze imiona kur­sywą. Tutaj nastą­piła nasza prze­miana. Pięć lat temu w tym miej­scu: na jedy­nym traw­niku w kształ­cie ameby w Crown Point.

Mimo doj­mu­ją­cej nostal­gii rzadko chcę być wewnątrz tej prze­strzeni, sto­jąc przed owia­nym złą sławą zie­lo­nym kształ­tem: gru­bym, z bul­wia­stymi łukami i beżową beto­nową gra­nicą. Kon­fron­tu­jąc się z uczu­ciami, które przy­na­leżą do tego miej­sca. Wal­czysz o przy­jaźń taką jak ta.

Ten cie­ka­wie ukształ­to­wany ele­ment ogródka nie był kie­dyś posiany trawą. To był jeden z nie­wielu base­nów w Crown Point.

Były­śmy tam wszyst­kie za jego cza­sów - ja, Luz i Britt. Połą­czy­ły­śmy nasze wspo­mnie­nia o ostat­nim dniu, kiedy kto­kol­wiek pły­wał w naszym base­nie. Moi przy­ja­ciele ode­grali swoje dru­go­pla­nowe role w tej histo­rii, któ­rej bym sama nie udźwi­gnęła. (Bez­ładny krzyk Nico. Brzmiący obco krzyk mojej matki. Dud­niący dźwięk pio­senki Rol­ling Sto­ne­sów. Resztki nie­win­no­ści, którą mój tata wtedy stra­cił, okrą­ża­jąc ogród z tacami hot dogów).

Zmu­szam się do prze­tra­wie­nia tego wszyst­kiego teraz - całego kra­jo­brazu sprzed pię­ciu lat - ponie­waż muszę to zro­bić dobrze. Muszę wró­cić do Luz pod koniec tygo­dnia z lep­szymi sło­wami niż te, które mia­łam dla niej dziś rano.

Nie­po­kój nara­sta, gdy wcho­dzę na patio. Wciąż mogę sobie wyobra­zić bal­kon na dru­gim pię­trze, na któ­rym stała Brit­ton. Wiem dokład­nie, na któ­rej kratce betonu Luz posta­wiła swoje bose stopy, trzy­ma­jąc w ręku poma­rań­czowy maka­ron do basenu. Tam­tego czwar­tego lipca moja rodzina pękła. To jakby rak - jak w ana­lo­gii Luz - przy­czaił się w naszym domu. Ukryty i nie­wy­po­wie­dziany. Nawet uparte mil­cze­nie mojej matki na temat tego jed­nego dnia nie powstrzyma mnie przed dostrze­że­niem go teraz. Widzę sie­bie na roz­grza­nym słoń­cem tara­sie przy base­nie. Mam trzy­na­ście lat, wrze­cio­no­wate nogi, a na sobie odbla­skowo zie­lone bikini z górą tank top. Widzę ją i widzę ją...

- Hej, Willa?

Wspo­mnie­nia prze­szło­ści odcho­dzą wraz z głę­bo­kim wyde­chem i zamy­kam za sobą drzwi.

Kiedy wra­cam do salonu, Kem jedy­nie unosi brwi, kiedy bie­rze ode mnie butelkę już teraz pra­wie cie­płej wody i odkręca zakrętkę. Sączy.

Wra­cam na swoje miej­sce na kana­pie i narzu­cam na pod­ko­szulkę narzutę, zro­bioną przez bab­cię na dru­tach. Moje oczy sku­piają się na sza­rym pudełku, poczu­cie żalu na­dal mi doskwiera.

- Czy Brit­ton powie­działa coś jesz­cze?

- Tak - Kem prze­ciąga się i dra­pie w brodę. - I nie chcę tego spie­przyć, ale to było coś w stylu, że może odpo­wie­dzi, któ­rych szu­kasz, nie są zawarte tylko w tym jed­nym okrop­nym dniu, ale rów­nież we wszyst­kich dobrych dniach. I powin­naś spę­dzić tro­chę wię­cej czasu z rze­czami, które tam są.

- To pudełko zawiera coś wię­cej niż rze­czy.

Kem kiwa poważ­nie głową. Był tam zeszłego lata.

- Wiem, dziew­czyno. I to, co zro­bi­łaś, było złym posu­nię­ciem. Ale może nazwał­bym je ludz­kim.

Nie, Kem jest zde­cy­do­wa­nie zbyt miły. Będąc tym, kim jest, i nie zna­jąc szcze­gó­łów, które Brit­ton przed nim ukryła. Ale "ludz­kie"? To słowo wbija się mię­dzy żebra i spro­wa­dza mnie z powro­tem do tego poranka w South Mis­sion. Bar­dziej niż sta­wie­nie czoła moim krzyw­dom, bar­dziej niż koniecz­ność spę­dze­nia ostat­niego tygo­dnia szkoły bez przy­ja­ciół prze­trzą­sa­łam w gło­wie jedną z ostat­nich rze­czy, jakie powie­działa Luz, zanim ode­szły­śmy od pik­ni­ko­wego stołu. Najbar­dziej obca, nie­ludzka, nie­po­dobna do Luz rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek powie­działa.

Ta fraza inspi­ruje nie­zli­czone pio­senki i dzie­siątki fil­mów. Książki. Życie. Wszech­świat mówi w ten spo­sób, ale nie ta dziew­czyna. Luz Martín ni­gdy nie używa tej zbitki słow­nej, by wyra­zić to kon­kretne uczu­cie. Ale zro­biła to sześć godzin temu. Zła­ma­łaś mi serce.

Teraz na dźwięk tych słów odczu­wam fizyczny ból, który prze­szywa moje ciało od moich blond loków do poma­lo­wa­nych na opa­li­zu­jący błę­kit paznokci.

- Bar­dzo ją zra­ni­łam. A ona chce, żebym się­gnęła w prze­szłość i tam zna­la­zła przy­czynę, dla­czego tak się stało.

- Cała Luz - Kem wyciąga do mnie rękę, przyj­muję ją. Moja jest blada i szczu­pła wewnątrz jego głę­bo­kiej brą­zo­wej dłoni. - To był gów­niany czas, ale dzia­łasz. Nie żyję w świe­cie, w któ­rym ty nie funk­cjo­nu­jesz.

W świe­cie marzeń moja eks­hu­ma­cja wczo­raj­szego dnia wystar­czy, by ura­to­wać jutro. Wystar­czy, żeby nas ura­to­wać. Okrą­gła łza spływa mi po policzku.

Zanim ura­tuję moją przy­jaźń albo jakie­kol­wiek jutro, muszę ura­to­wać paź­dzier­ni­kową Willę. Naj­pierw muszę ją odna­leźć. Brit­ton miała rację; to ozna­cza powrót do dni, mie­sięcy i lat minio­nych. Wcze­śniej nie­mal modli­łam się o drogę do mojej prze­szło­ści. O to, od czego mam zacząć. I to może być to, nawet jeśli mój puls już przy­spie­sza na myśl o nie­któ­rych przed­mio­tach w pudełku. Przy­cią­gam je do sie­bie.

- Witaj, hipo - mówi Kem.

Hipo, zało­żony wieki temu za moją, nie­zbyt sub­telną namową, a for­mal­nie zarzą­dzany przez Brit­ton, zawiera naszą oso­bi­stą histo­rię. Luz chciała nazwać go hipo­kam­pem, na cześć tej czę­ści mózgu, która odpo­wiada za pamięć. Pasuje do nazwy pudełka z pamiąt­kami, ale brzmi zbyt naukowo dla mnie i Britt. Skró­ci­ły­śmy więc nazwę do hipo - w końcu pudełko było szare. I wystar­cza­jąco grube, ze zdję­ciami i z ese­jami. Z opa­ko­wa­niem cia­sta w proszku. Z pro­gra­mem reci­talu Brit­ton, zawie­ra­ją­cym odręczne zapi­ski i z moim cer­ty­fi­ka­tem ukoń­cze­nia pierw­szego kursu na młod­szego ratow­nika. Ze skraw­kami listów miło­snych i z pocz­tów­kami. Z reszt­kami kostiu­mów kąpie­lo­wych. Z wypa­lo­nym i poszkli­wio­nym kub­kiem, na któ­rym pią­to­kla­si­stce, Luz, udało się wyryć słowa przy­sięgi Hipo­kra­tesa. I nie­zli­czo­nymi innymi ołta­rzy­kami pamięci.

- No cóż, koń­cowy egza­min z eko­no­mii w ponie­dzia­łek - mówi Kem, prze­chy­la­jąc butelkę z wodą w moją stronę. - Masa­kra.

Jego słowa led­wie do mnie docie­rają, gdy wodzę pal­cem po sza­rym płó­cien­nym opa­ko­wa­niu pudełka.

- No dobrze - Kem pod­nosi się i wsuwa stopy w klapki.

- Jestem obok, gdy­byś mnie potrze­bo­wała.

Obró­ci­łam pudełko o sto osiem­dzie­siąt stopni, mimo że otwór ma tylko jeden.

Kiwa głową na poże­gna­nie, a ja wołam za nim, zanim zamknie drzwi:

- Kem!

- Tak, moja naj­droż­sza Willa Joan?

On dobrze wie, że potrze­buję teraz tro­chę się powy­głu­piać. Potrze­buję tro­chę nor­mal­no­ści.

- Dzię­kuję - mówię.

Pusz­cza do mnie oko, a ja zostaję sama z hipo. Pod­no­szę wieko i wycią­gam plu­szową dżdżow­nicę w kolo­rze brzo­skwi­nio­wym. Oczy szczy­pią mnie od natłoku wspo­mnień. Potem wyj­muję zdję­cie zro­bione jesien­nego dnia na plaży w pierw­szej kla­sie liceum. Brit­ton w swoim ulu­bio­nym czar­nym kostiu­mie i Luz z pal­cami w kształ­cie litery V, pozu­jąca za moją głową. Nasze uśmie­chy są tak śmiałe i wyszcze­rzone, że nie­mal bru­talne.

Wtedy. Kiedy miałyśmy piętnaście lat

Wtedy Kiedy mia­ły­śmy pięt­na­ście lat

Część mnie zawsze była przy­wią­zana do Nico, tak samo jak on przy­wią­zał się do swo­jej deski sur­fin­go­wej. Nie mogłam się powstrzy­mać od patrze­nia, jak wio­słuje rękami na swo­jej desce JS Indu­stries Blak Box 3. Miał gołe plecy, gołą klatkę pier­siową, a ocean łatwo się przed nim roz­stę­po­wał. Nico­las Anthony Martín zbu­do­wany był dla poko­ny­wa­nia fal.

A jak bym się poczuła, gdy­bym go poca­ło­wała? Ta myśl coraz bar­dziej nie dawała mi spo­koju. Bul­go­tała mi w brzu­chu, gdy krę­ci­łam się po stre­fie przy­jazdu i odjazdu samo­cho­dów pod­rzu­ca­ją­cych pla­żo­wi­czów. Woda się­gała mi do połowy ramion, ale było mi wystar­cza­jąco cie­pło w moim czarno-tur­ku­so­wym pół­kom­bi­ne­zo­nie z pianki. Nico, samo­wy­star­czalne źró­dło cie­pła, oby­wał się bez neo­prenu aż do listo­pada.

Sur­fo­wa­li­śmy w ostat­nim tygo­dniu wrze­śnia. San Diego zawsze miało wła­sny pomysł, jak powinna wyglą­dać jesień. Weźmy pierw­sze chłod­niej­sze dni, kiedy w ruch szły swe­try, a mro­żona kawa ustę­po­wała korzen­nej latte - nasze rodzinne mia­sto igno­ro­wało to wszystko. Sezon letni roz­po­czy­nał się tu z opóź­nie­niem, jakby ktoś przy­ci­snął w opcjach alarmu drzemkę, leni­wie prze­bi­ja­jąc się przez mgiełkę czerw­co­wego mroku na początku lipca. Wszystko puchło od tego momentu: tłumy, tem­pe­ra­tura, słońce przy­po­mi­na­jące gazo­waną oran­żadę, godziny dobrej pla­żo­wej pogody. Ale to ozna­czało, że w San Diego lato trwało aż do listo­pada. Jesienny wystrój gan­ków też się zmie­niał: ocie­ka­jące wodą deski do pły­wa­nia ustę­po­wały miej­sca dyniom.

Ulu­bioną czę­ścią naszej jesien­nej codzien­no­ści były środy, kiedy pani M. (zawsze nazy­wa­li­śmy rodzi­ców Luz panem i panią M., nie Vic­to­rem i Teresą, i ni­gdy pań­stwem Martínsami) przy­jeż­dżała po naszą paczkę do szkoły. Dziś biały che­vro­let sub­ur­ban pani M. pod­je­chał, wraz z wybi­ciem koń­co­wego dzwonka, pod liceum Mis­sion Point w okre­ślo­nym celu: zabrać nas na plażę przed odra­bia­niem lek­cji. Po zaha­cze­niu o trzy domy, do South Mis­sion było tylko pięć minut drogi. W więk­szość jesien­nych dni, co roku o tej porze wiatr z pustyni Santa Ana przy­wie­wał suche i prze­ni­kliwe powie­trze, utrud­nia­jąc pani M. otwar­cie drzwi, gdy poma­gała nam, trzem dziew­czy­nom i Nico, wygrze­bać się z samo­chodu z naszym sprzę­tem.

Nico. Oczy­wi­ście ści­nał wielką falę. Sur­fo­wa­nie z nim pole­gało na szu­ka­niu tego ide­al­nego grzbietu fali, raz po raz, aż nasze gar­dła i nosy były oble­pione solą mor­ską.

- Widzisz to?

- Piękno ucie­le­śnione.

I nie cho­dziło tylko o tę falę. Nico był cho­dzącą wizy­tówką swo­ich kubań­skich genów, z ramio­nami i brzu­chem wyrzeź­bio­nymi przez czę­ste pły­wa­nie na krót­kiej desce. Ale w wieku sie­dem­na­stu lat jego ciało osią­gnęło nowy poziom cudow­no­ści. To wynik codzien­nego kato­wa­nia się ćwi­cze­niami.

Pocią­gnę­łam nosem, opie­ra­jąc ręce na desce; był zimny - nie chce żad­nych gili w dziw­nych miej­scach. Chcia­łam wyglą­dać bar­dziej wyjąt­kowo niż ostat­nim razem. Chcia­łam być dla niego bar­dziej wyjąt­kowa.

Podą­ży­łam za jego spoj­rze­niem i wylew­nie pozdro­wi­łam dziew­czyny. Luz wyko­nała gest zwy­cię­stwa pię­ścią, pod­no­sząc się ze swo­jego pla­żo­wego krze­sła, a Brit­ton poka­zała mu kciuk do góry.

- Zróbmy jesz­cze jedną - zapro­po­no­wał. - Potem zwrócę cię twoim opie­ku­nom.

- Umowa stoi.

Za Nico poszła­bym na koniec świata. Na lądzie zawsze był uko­cha­nym star­szym bra­tem Luz. Był też przy­ja­cie­lem Brit­ton. Ale ja, jedyna z nas trzech, sur­fo­wa­łam. Daleko, w odmę­tach Oce­anu Spo­koj­nego, nale­żał więc tylko do mnie.

Nico wystar­to­wał w nagłym zry­wie nie­uczci­wej prze­wagi.

- Ści­gamy się, Willa-Bee!

Uśmiech­nę­łam się, gdy wystrze­li­łam do przodu i pró­bo­wa­łam dogo­nić moją pierw­szą miłość. Willa-Bee. Tylko on mnie tak nazy­wał od sied­miu lat. Mówił, że jak byli­śmy jesz­cze dziećmi, rzą­dzi­łam naszą dziel­nicą Crown Point. W mar­ko­wych czar­nych sne­aker­sach i blond wło­sach lata­łam z miej­sca na miej­sce jak psz­czoła, która nie może się zde­cy­do­wać, na któ­rym kwiatku przy­siąść. Byli­śmy sobie bliżsi niż kie­dy­kol­wiek; łączyło nas teraz wię­cej rze­czy niż dra­binki i skra­dzione bazy, a nawet fale na plaży. W tym roku wresz­cie zna­leź­li­śmy się na tym samym kam­pu­sie w tym samym cza­sie. Róż­nica wieku mię­dzy nami wyno­siła nieco ponad dwa lata, ale w szkole dzie­liły nas trzy klasy. Teraz ta róż­nica wyda­wała się mniej­sza niż kie­dy­kol­wiek.

Zna­leź­li­śmy falę. Podzie­li­li­śmy się nią jak kub­kiem mro­żo­nego jogurtu, jedzo­nego dwiema łyż­kami.

Przy­pływ oce­anu doho­lo­wał nas do moich przy­ja­ciół. Nico szybko porzu­cił swoją deskę i poma­chał do zna­jo­mych uczniów ostat­niej klasy liceum Mis­sion Point. Kopiąc pia­sek wokół swo­jej sio­stry i rzu­ca­jąc wil­gotny ręcz­nik, pobiegł wzdłuż plaży.

- Hej! - Luz krzyk­nęła. - Uwa­żaj!

- Mine­rały są dla cie­bie dobre! - zawo­łał Nico.

Roze­śmia­łam się i zdję­łam mokrą piankę, roz­bie­ra­jąc się do mojego jed­no­czę­ścio­wego kostiumu w kwiaty.

Kiedy usia­dłam na pustym środ­ko­wym leżaku, Luz otrzą­snęła się już po burzy pia­sko­wej, która roz­pę­tała się mię­dzy rodzeń­stwem, i miała nos wle­piony w swo­jego iPada. Pełne sku­pie­nie i słu­chawki w uszach - nor­malne zacho­wa­nie Luz na plaży. Britt i ja zachi­cho­ta­ły­śmy.

- Poja­wiło się kilka nowych fil­mi­ków, ale obie­cała, że po jed­nym zre­zy­gnuje - powie­działa Brit­ton. Nasza genialna przy­ja­ciółka miała obse­sję i sub­skry­bo­wała dzie­siątki kana­łów na YouTu­bie, które regu­lar­nie wrzu­cały mate­riały z ope­ra­cji serca.

- Pozo­staje nam tylko mieć nadzieję.

Brit­ton potak­nęła i wycią­gnęła różową butelkę ze sprayem.

- Mówiąc o nadziei, potrze­bu­jesz moich usług, mon amie - pocią­gnęła za moje splą­tane loki, ocie­ka­jące wodą.

- To jest fry­zura, w któ­rej będziesz mnie nawie­dzać.

- To się da zała­twić. Teraz pro­szę, pomóż.

Jeśli kto­kol­wiek mógł spra­wić, że będę wyglą­dać naj­le­piej, jak mogę, na tej plaży, to wła­śnie Brit­ton. Moje dłu­gie włosy plus godzina sur­fo­wa­nia to gotowy prze­pis na splą­tane i puszące się kudły epic­kich pro­por­cji. Czas na ich ura­to­wa­nie koń­czył się, ale Brit­ton pano­wała nad sytu­acją.

Śro­dowe dni pla­żowe były naj­lep­sze, bo ona tam była. Nale­żała do nas, a nie do wyczer­pu­ją­cego planu lek­cji wokal­nych z panną Adelą. Ani do gry na for­te­pia­nie i kore­pe­ty­cji z fran­cu­skiego, nie­miec­kiego i wło­skiego. Od małego nauczy­ły­śmy się wyko­rzy­sty­wać każdą wolną chwilę w jej napię­tym gra­fiku począt­ku­ją­cej gwiazdy opery, o gło­sie mez­zo­so­pra­nistki. W San Diego było nie­wiele praw­dzi­wych cudow­nie gło­sowo uzdol­nio­nych dzieci. Nie tylko "dobrych śpie­wa­ków", ale też tych, któ­rzy otwie­rali usta, a z ich gar­dła wydo­by­wały się nie­biań­skie dźwięki. Brit­ton była jedną z nich.

Przy­su­nęła się bli­żej; jej czarny jed­no­czę­ściowy kostium, z obra­mo­wa­niem w kształ­cie musze­lek, przy­le­gał do jej krą­gło­ści pod białą tuniką. Zabrała się do moich wło­sów, spry­sku­jąc je i ujarz­mia­jąc moją szczotką i szpi­kul­cem do wło­sów. Jej ryt­miczna praca zła­go­dziła nie­po­kój, który pozo­stał po kart­kówce z alge­bry na dru­giej lek­cji. I po nie­za­po­wie­dzia­nym wypra­co­wa­niu na lek­cji angiel­skiego z panem Cru­zem, tuż przed ostat­nim dzwon­kiem. I po Nico. On i ja wyra­sta­li­śmy z naszych dzie­cię­cych zabaw. Przy­naj­mniej tak było w moim przy­padku. Nico ni­gdy nie był daleko, ale mógł być bli­żej. Byłam teraz star­sza.

Sta­ra­łam się prze­stać myśleć o tym, co się może stać, pro­stu­jąc nogi, ponow­nie zasy­pu­jąc stopy pia­skiem. Luz, wciąż zauro­czona swoim iPa­dem, podała mi puszkę z wodą sma­kową La Croix.

- Dzięki, dziew­czyno - odru­chowo zer­k­nę­łam na ekran jej iPada, który eks­plo­do­wał krwią, narzę­dziami chi­rur­gicz­nymi i odsło­nię­tymi orga­nami. Jej pomysł na arcy­dzieło, mój - na naprawdę zły dzień.

Mię­dzy krzy­kiem jed­nej i dru­giej mewy Luz w końcu odło­żyła urzą­dze­nie. Wzięła duży łyk swo­jego napoju, a ja podą­ży­łam za jej wzro­kiem i zoba­czy­łam jej brata.

- Czy Nico ci powie­dział, gdy byli­ście tam w wodzie?

Brit­ton wyjęła szpi­ku­lec i podała mi małe lusterko. Włosy mia­łam upięte w ide­alne pla­żowe fale.

- Co jej powie­dział? - zapy­tała.

- O spo­tka­niu rodzin­nym dziś rano - wyja­śniła Luz, ukła­da­jąc swoje nie­sforne, ciemne loki w pro­sty kok. - On od razu wstę­puje do mary­narki. Przy­szły wyniki egza­mi­nów wstęp­nych do woj­ska, z wie­dzy ogól­nej i spraw­no­ści fizycz­nej - oba zdał celu­jąco. Zapewne wiesz, co to ozna­cza.

- Że jest jed­nym z Martínów? - wyszło zabaw­niej niż to, co czu­łam. To ozna­czało, że Nico na pewno wyje­dzie w czerwcu.

Prze­lotny uśmiech Luz był pra­wie nie­zau­wa­żalny i pew­nie bym go nie dostrze­gła, gdy­bym w tym cza­sie mru­gnęła oczami.

- Zakwa­li­fi­ko­wał się na pod­sta­wowe szko­le­nie do spe­cjal­nej 800. dywi­zji, co daje mu ogromną prze­wagę.

Nico był stwo­rzony do mary­narki wojen­nej. I nie tylko do służby w niej, ale rów­nież do poko­ny­wa­nia wszel­kich prze­ciw­no­ści losu oraz do wyczer­pu­ją­cych tre­nin­gów fizycz­nych i psy­chicz­nych, które muszą przejść kan­dy­daci na człon­ków eli­tar­nej for­ma­cji Navy SEALs.

Plusy i minusy zosta­nia koman­do­sem Navy SEALs zawsze poja­wiały się w naszych roz­mo­wach w knajpce u Rubiego, gdzie jedli­śmy rybne tacos, lub u pana G., który ser­wo­wał pizzę. Zbyt wiele razy widzia­łam, jak oczy mu się zaokrą­glały na widok tej zło­tej mun­du­ro­wej odznaki z trój­zę­bem, żeby teraz, na wieść o jego pla­nach oka­zać zdzi­wie­nie. Oto mój złoty chło­pak z Crown Point prze­szedł przez sito egza­mi­na­cyjne z wyni­kami dobrymi na tyle, żeby zna­leźć się w pro­gra­mie dla naj­lep­szych kan­dy­da­tów.

Ta sza­lona radość, prze­ła­mu­jąca fale, która biła od niego na oce­anie - to były dobre wia­do­mo­ści z mary­narki, tak? Cie­szy­łam się razem z nim, ale to nie ozna­czało, że nie spró­buję odwieść go od tej decy­zji. To nie ozna­czało wcale, że moje ciało nie dawało mi znać, że powin­nam prze­biec teraz kilka metrów po plaży, do miej­sca, gdzie aku­rat stał z kole­gami, i nie bła­gać go, żeby nie jechał.

Ale on i tak poje­dzie, naj­pierw do Illi­nois, na obóz dla rekru­tów. Zbli­ża­jący się wiel­kimi kro­kami ter­min, od dzi­siaj za dzie­więć mie­sięcy, wyda­wał się zbyt bli­ski, zbyt nagły. Ukłu­cie było bar­dziej bole­sne, niż powinno, ponie­waż w końcu dosta­li­śmy naszą szansę.

Spu­ści­łam wzrok; nie musia­łam go ukry­wać przed dziew­czy­nami. One wie­działy. Nie byłam już chu­dym jak tyczka dziec­kiem. Zawsze byłam u jego boku, ale teraz moje miej­sce mogłoby być pod jego ramie­niem.

- Nic nie mówi­łam przez cały dzień, ponie­waż myśla­łam, że sam chce ci o tym powie­dzieć pierw­szy - powie­działa Luz. To była jedyna alu­zja do mnie i do Nico jako pary, na jaką się zdo­była.

- Nie powie­dział - rodzeń­stwo Mar­ti­nów zawsze było ze sobą bar­dzo zżyte, co ozna­czało, że dzie­li­łam z Luz to samo słodko-gorz­kie uczu­cie. - Ale przy­naj­mniej nie wyjeż­dża na dobre i będzie wysy­łał całą masę kar­tek. Jak zawsze - zasta­na­wia­łam się, kogo bar­dziej chcia­łam prze­ko­nać. Ją czy sie­bie.

- Tak. Wiem tylko, jak dziw­nie będę się czuła bez niego rano przy śnia­da­niu. I jak będę tutaj bez niego w przy­szłym roku w lecie - jedna fala się zała­mała. Druga też. Luz zwra­cała się do oce­anu: - Obóz dla rekru­tów jest, ile, dwa tysiące mil stąd? Zasta­nów się, gdy­byś roz­wi­nęła cały swój układ naczyń krwio­no­śnych, roz­cią­gnąłby się w linii pro­stej na dłu­gość sześć­dzie­się­ciu tysięcy mil.

Umysł Luz Martín wyda­wał się cza­sami więk­szy niż wszyst­kie plaże na świe­cie razem wzięte.

- Przy życiu utrzy­muje nas o wiele dłuż­szy układ niż odle­głość mię­dzy Illi­nois a San Diego. Ale nie czu­jemy tego wcale wewnątrz naszego ciała. Po pro­stu żyjemy. - Luz pokrę­ciła głową, po czym ledwo dopo­wie­działa. - Dziwne, że te dwa tysiące mil wydają się o wiele dłuż­sze - kiw­nęła raz głową, dając znać, że temat skoń­czony. W stylu Luz, swoje uczu­cia scho­wała z powro­tem do medycz­nego cudu wła­snego ciała. Tam je trzy­mała. Gdy­bym teraz spró­bo­wała coś jesz­cze z niej wycią­gnąć, nic by to nie dało. Jak na nią i tak powie­działa dużo. Że będzie się czuła dziw­nie. Że jej mały dom skur­czy się jesz­cze bar­dziej. Że będzie cier­pieć z powodu każ­dej mili dzie­lą­cej ją i Nico.

Długo patrzy­łam na jej brata. Jego gęste włosy przy­po­mi­nały ciemną latar­nię mor­ską. Słodki mio­dowy hory­zont oświe­tlał jego plecy, czy­niąc z niego praw­dzi­wie zło­tego chłopca. Odwró­cił się w naszą stronę, gdy kole­dzy ode­szli, a wtedy Brit­ton wci­snęła mi puszkę jego ulu­bio­nego napoju gazo­wa­nego do ręki. Uśmie­chem na swo­jej okrą­głej twa­rzy dała znać, żebym łapała nada­rza­jącą się oka­zję.

Spo­tka­łam się z Nico w poło­wie drogi.

- Masz. Pew­nie chce ci się pić.

- Prze­wo­dzi falom i czyta w myślach! - wytarł ręką usta po wypi­ciu dużego łyka. Nie ruszał się, więc i ja zamar­łam jak posąg w pia­sku. Spoj­rzał w bok i powie­dział coś, co ledwo zro­zu­mia­łam. Mary­narka. Szko­le­nie SEAL. Poże­gna­nie, wyjazd - przy­się­gła­bym, że wła­śnie od tego zaczął naszą roz­mowę. A nie wyma­wia­jąc słowa: "młod­szy" i "ratow­nik", i "nabór". W gło­wie mi szu­miało od resz­tek wody i odgło­sów plaży, i od jego słów.

- Zaraz, co powie­dzia­łeś?

Wziął kolej­nego łyka. Młodsi ratow­nicy połu­dnio­wej Kali­for­nii - każdy, kto wycho­wał się w Crown Point, sły­szał o tej orga­ni­za­cji. Widzia­łam ratow­ni­ków połu­dnio­wej Kali­for­nii od dziecka.

- Prze­no­szą tutaj w przy­szłym roku jedną ze swo­ich baz szko­le­nio­wych, będzie w pobliżu wieży numer 13. Pomy­śla­łem, że może chcia­ła­byś spró­bo­wać swo­ich sił.

Zro­bił prze­rwę, więc to, co powie­dział potem, zabrzmiało solid­nie i real­nie.

- Trudno się zakwa­li­fi­ko­wać, ale jesteś silna.

(To ty spra­wi­łeś, że jestem silna.)

- Była­byś naj­lep­szą sur­ferką w tej gru­pie. A to istotne w tym wszyst­kim.

(To ty poświę­ci­łeś mi swój czas, tre­no­wa­łeś ze mną i moty­wo­wa­łeś mnie. To, ile potra­fię na desce - zawdzię­czam tobie i dla­tego jestem zwy­kle naj­lep­szą sur­ferką wśród dziew­czyn na więk­szo­ści plaż. Ty...)

Przy­ta­ki­wa­łam przez cały czas, gdy do mnie mówił. Ale jego następny ruch spra­wił, że myślami wypły­nę­łam na więk­szą głę­bię niż kie­dy­kol­wiek pod­czas naszych wspól­nych wypa­dów na desce.

- Słu­chaj, pomy­śla­łem, że może ci to pomóc. Taka zdo­byta spraw­ność może ci się przy­dać po tym, co się stało.

Sze­roko otwo­rzy­łam oczy.

- Masz na myśli zeszły rok? - zapy­ta­łam. Wtedy to moja młod­sza sio­stra Audrey o mało co nie uto­nęła w nie­ist­nie­ją­cym już base­nie w naszym ogródku za domem. Tego żadne z nas nie wypo­wie na głos. Już dawno nie ma tej kry­sta­licz­nie nie­bie­skiej wody. Na tym miej­scu wyro­sła trawa, ale my wciąż pamię­tamy i ciche wspo­mnie­nie tej chwili cią­gle wisi w powie­trzu w naszym domu.

- Zeszły rok - potwier­dził.

- Taka forma obrony? - nie wiem, dla­czego ta myśl zro­dziła się u mnie auto­ma­tycz­nie. Ale tylko tak to widzia­łam. Odwet za Audrey na wodzie. Wła­dza, kon­trola. Odzy­ska­nie tego poczu­cia, cze­goś utra­co­nego. Wypo­wie­dzia­łam cicho te słowa.

- Wła­śnie tak. I dodat­kowo nauczą cię uważ­no­ści i prze­wi­dy­wa­nia nad­cho­dzą­cego nie­bez­pie­czeń­stwa, wypa­try­wa­nia tego, czego nikt inny nie widzi.

- Jak wtedy, gdy dwa­dzie­ścia osób w base­nie niczego nie widziało?

Jego oczy skrzyły się sku­pione nad retro­spek­cją. W moich myślach też byłam tam, w chwili gdy wycho­dzę z domu i widzę prze­ra­żo­nych ludzi, wybuch nagłej paniki u Nico, dziew­czyn i wszyst­kich naszych gości i sły­szę głos nie­po­dobny do ludz­kiego, nie wie­dzia­łam, że kto­kol­wiek może z sie­bie wydo­być takie dźwięki, a tym bar­dziej moja matka.

Nico pochy­lił głowę i mówił do coraz chłod­niej­szego pia­sku.

- To pomo­głoby ci upo­rać się ze wspo­mnie­niami. Uczy­ła­byś się postę­po­wać tak, by prze­ciw­dzia­łać sytu­acjom groź­nym jak tamta. Zamiast roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość, mogła­byś odwrot­nie - przy­go­to­wać się na przy­szłość. Widzieć wszystko, co można, na wszelki wypa­dek.

Pomysł szybko chwy­cił i prze­isto­czył się z małego stru­myczka w potężny rwi­sty prąd w mniej niż minutę. Wypu­ści­łam powie­trze z cięż­kim wyde­chem i poczu­łam, jak moja twarz tężeje.

- Ale? - zapy­tał.

- Ale jest jesz­cze moja mama. Osza­leje - odpo­wie­dzia­łam. Było pewne, że samo roz­wa­ża­nie przeze mnie ratow­nic­twa znisz­czy­łoby ją jesz­cze bar­dziej po tym, co woda zro­biła jej dziecku.

Nico popra­wił swoją postawę.

- No tak, ist­nieje ryzyko. Tylko ty wiesz, czy warto je pod­jąć.

Przy­tak­nę­łam.

- Prze­ślij mi infor­ma­cje, prze­my­ślę sprawę. Poza tym wie­dział­byś coś o ryzyku - zli­za­łam z ust resztki bal­samu o smaku wiśnio­wym. - Lub powi­nie­neś wie­dzieć po ukoń­cze­niu szkoły.

- Cho­lera. Jestem...

Wycią­gnę­łam szybko rękę.

- No tak - stwier­dził. - Powi­nie­nem był coś powie­dzieć, gdy byli­śmy na line-upie1.

Ostat­nio, kiedy cze­ka­li­śmy na dobrą falę, krę­cąc się w kółko po par­kingu, mia­łam wra­że­nie, że nie tylko my, ale też nasza rela­cja jest w sta­nie ocze­ki­wa­nia.

Nico ner­wowo wspi­nał się na palce i opa­dał na pięty.

- Poga­damy o tym póź­niej. Dziew­czyny spoj­rzały na mnie złym okiem. Więc lepiej będzie, jeśli zwrócę cię twoim pra­wo­wi­tym wła­ści­ciel­kom.

Wycią­gnę­łam szyję jak pery­skop, kpiąc i wście­ka­jąc się na złe spoj­rze­nie rzu­cone przez Luz i Brit­ton. Uda­wały, że nie wie­dzą, o co cho­dzi. Te wrze­śniowe dni były naszą ulu­bioną porą roku. Uwiel­bia­li­śmy te wrze­śniowe dni.

Odwró­ci­łam się.

- Pocze­kaj! - zapro­te­sto­wał Nico. - Przy­się­gam, że nie mam tajem­nic. Przez chwilę trzy­ma­łem te wia­do­mo­ści dla sie­bie, ponie­waż za moment moje życie wymknie mi się spod kon­troli i nastąpi chaos.

Uśmiech­nę­łam się cierpko.

- Chaos i brak kon­troli to twoje ulu­bione sytu­acje.

I w tej wła­śnie chwili Nico wybuch­nął śmie­chem i roz­cią­gnął się wysoko i sze­roko jak super­bo­ha­ter roz­gwiazda, a ja przy­rze­kłam sobie, że zawsze będę odro­binę nie­na­wi­dzić mary­narki wojen­nej. Pota­jem­nie i ego­istycz­nie, z powodu jed­nego chłopca z sąsiedz­twa.

Przy wieży numer 13 wisiały pamelki. Liny i apteczki pierw­szej pomocy w pogo­to­wiu na wypa­dek, gdyby trzeba było kogoś utrzy­mać przy życiu i bez­piecz­nie przy­ho­lo­wać do brzegu. I wie­dzia­łam, kto się do tego naj­le­piej nadaje.

Kiedy czas pla­żo­wa­nia nie­po­strze­że­nie prze­szedł w porę kola­cji, pani M. odwio­zła mnie pierw­szą do domu przy ulicy Buena Vista. Nico pomógł mi wyła­do­wać sprzęt na traw­nik, a potem wsko­czył z powro­tem do bia­łego che­vro­leta sub­ur­ban. Już będąc sama, zmarsz­czy­łam brwi na widok sterty rze­czy leżą­cych obok mojej deski w pokrowcu - czysz­cze­nie sprzętu było naj­gor­szą rze­czą po każ­dym dniu pla­żo­wym. Zła­pa­łam kilka rze­czy i poszłam do garażu, który otwo­rzy­łam zdal­nie tele­fo­nem. Mama zain­sta­lo­wała kilka haków ścien­nych do powie­sze­nia mokrych ręcz­ni­ków. Pod­po­rząd­ko­wa­łam się jej sys­te­mowi.

Drzwi pro­wa­dzące do kuchni były otwarte; uno­szący się zapach wska­zy­wał, że mama ugo­to­wała cały gar­nek chili i może rów­nież chleb kuku­ry­dziany. Suszarka szu­miała, z ładun­kiem bia­łych ubrań. Mia­łam powie­dzieć, że przyjdę, jak tylko scho­wam deskę i opłu­czę mój kom­bi­ne­zon. Dotarł do mnie odgłos oży­wio­nej roz­mowy i sta­nę­łam w pół kroku na pierw­szym schodku.

- Greg, nie, nie proś mnie o to - mówiła mama. - Nie teraz.

- Więc kiedy? Minął ponad rok - powie­dział tata i już po tym jed­nym sło­wie wie­dzia­łam, o czym roz­ma­wiają moi rodzice.

- Nie mogę patrzeć. Na samą myśl o przy­pro­wa­dze­niu jej...

- Musimy przy­go­to­wać nasze dziecko, zwłasz­cza po tym, co się stało.

Opar­łam głowę o fra­mugę drzwi. Nawet mój ojciec nie uży­wał pew­nych słów w towa­rzy­stwie mamy. Uto­nię­cie - pra­wie śmierć - to wła­śnie się stało.

- Mela­nie. To są pod­stawy rodzi­ciel­stwa - powie­dział tata z naci­skiem. - Ma trzy lata. To ide­alny czas na lek­cje.

Mama nie chciała, żeby Audrey cho­dziła na lek­cje pły­wa­nia?

- Rozu­miem - powie­działa. - Ale nie mogę jej zabrać. Już sam zapach chloru. Nie mogę jej oddać jakie­muś nauczy­cie­lowi i nawet patrzeć, jak to robi...

Powiedz to, mamo! W wodzie. W base­nie. Patrz, jak pływa. Twoje dziecko.

Roz­ma­wiali jesz­cze przez chwilę, ale ści­szyli głosy i nie mogłam ich zro­zu­mieć. W pobliżu roz­le­gły się kroki. Cof­nę­łam się i chwy­ci­łam moją torbę pla­żową. Chwilę póź­niej mama sta­nęła przede mną, trzy­ma­jąc w ręku lekki swe­ter.

- Willa.

Prze­stu­dio­wa­łam jej ruchy: wdech - wydech, nie­pewny uśmiech, wypro­sto­wane ramiona.

- Jesteś w domu - dodała. Te same nija­kie, puste i w kółko powta­rzane słowa, które sły­sza­łam codzien­nie po powro­cie ze szkoły.

- Dopiero co wró­ci­łam.

Jej wzrok błą­dził po zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­strzeni.

- Jest chili, a Audrey poszła z panią Rol­lins zoba­czyć nowe szcze­niaki. Zjedz z tatą. Ja będę na zewnątrz.

Prze­szła koło mnie, zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć. Serce waliło mi mocno, gdy weszłam do środka. Tata był w koszuli i spodniach khaki, pochy­lony nad ladą, z sze­roko roz­ło­żo­nymi rękami.

- Sły­sza­łaś - powie­dział cicho. Jego oczy były zaczer­wie­nione i szkli­ste ze zmę­cze­nia.

Pode­szłam do niego. Kiw­nę­łam głową.

- Mama nie chce, żeby Audrey uczyła się pły­wać?

Nie chce, by jej córeczka mogła cie­szyć się dniem spę­dzo­nym na base­nie i wie­działa wystar­cza­jąco dużo, żeby się ura­to­wać?

Odwró­cił się.

- Cho­dzi raczej o to, że mama sama nie potrafi się z tym zmie­rzyć.

Trauma, wspo­mnie­nia - rozu­miem. Ale jeśli mama zacho­wy­wała się w ten spo­sób tylko dla­tego, że tata zasu­ge­ro­wał, żeby Audrey wysłać na naukę pły­wa­nia, to nie było mowy, żebym powie­działa jej o moim pomy­śle spró­bo­wa­niu swo­ich sił w ratow­nic­twie. Wciąż pozna­wa­łam gra­nice tego, z czym mogła, a z czym nie mogła sobie pora­dzić. Rozu­mia­łam je, wiem, z czego wyni­kały, ale wciąż ist­niały.

- Willa?

Pod­nio­słam głowę.

- Zro­bię to. Zapi­szę Audrey na lek­cje pły­wa­nia i będę ją na nie zawo­zić. Zacznie się uczyć. OK?

- OK - mój tata potra­fił obcho­dzić ogra­ni­cze­nia i wypeł­niać luki. Ści­snął deli­kat­nie moje ramię.

- Zjedzmy tro­chę chili.

Tak też zro­bi­li­śmy. Dopiero gdy już pomo­gli­śmy Audrey zjeść kola­cję, a było dawno po zmroku, usły­sza­łam, jak mama wkrada się do środka i idzie do swo­jej sypialni. Wtedy zda­łam sobie sprawę, o czym zupeł­nie zapo­mnia­łam w szoku i emo­cjach, zwią­za­nych z oży­wioną roz­mową.

O moim sprzę­cie!

Odrzu­ci­łam na bok pracę domową i w piża­mie pobie­głam na dół, by otwo­rzyć drzwi wej­ściowe. Moja deska i mokry strój znik­nęły. W przy­pły­wie paniki zmie­ni­łam kurs na garaż. Kiedy włą­czy­łam świa­tło, szczęka mi opa­dła. Moja deska sur­fin­gowa - wyjęta z torby - wisiała ide­al­nie na swoim spe­cjal­nym sto­jaku. Mój kom­bi­ne­zon do sur­fingu wisiał na innym haku do wyschnię­cia, a wyprane ręcz­niki były sta­ran­nie zło­żone i leżały na suszarce. Moja mama po cichu wyko­nała całą pracę.

Po raz drugi tego dnia opar­łam się o fra­mugę drzwi. Nawet gdy­bym zro­zu­miała ogra­ni­cze­nia mamy, i tak musia­ła­bym z nimi żyć. Zamiast sta­wiać czoła trud­nym sytu­acjom, mogła robić to, co z zewnątrz wyda­wało się łatwiej­sze, jak sprzą­ta­nie i odsta­wia­nie na miej­sce sprzętu. Moja mama robiła tylko to, z czym mogła sobie pora­dzić. To, co nie bolało jej bar­dziej.

Poszłam na górę i skon­tak­to­wa­łam się z Luz i Brit­ton na Face­Time w spra­wie reszty naszej pracy domo­wej. Moje przy­ja­ciółki, uśmie­cha­jące się do mnie z ekranu, były ostat­nimi dwoma obra­zami, które widzia­łam przed zamknię­ciem oczu. Wie­dzia­łam też, jak wypeł­nić wszyst­kie moje luki.

Wtedy. Kiedy miałyśmy piętnaście lat

Wtedy Kiedy mia­ły­śmy pięt­na­ście lat

To był ponie­dzia­łek po naszym dniu spę­dzo­nym na plaży. Wtedy zoba­czy­łam ten pla­kat. Został pro­wi­zo­rycz­nie powie­szony na końcu kory­ta­rza, za szaf­kami. W jego przy­go­to­wa­nie zaan­ga­żo­wali się wszy­scy człon­ko­wie komi­tetu orga­ni­za­cyj­nego samo­rządu szkol­nego Mis­sion Point High. Do stwo­rze­nia takiej eks­plo­zji barw gigan­tycz­nych roz­mia­rów potrzeba pew­nej ręki i bar­dzo gru­bych mar­ke­rów. Na biały papier pla­katowy została prze­lana idea bez­tro­skiej nadziei w postaci wie­lo­ko­lo­ro­wej plamy i napisu: "SZKOLNY BAL: ŚWIAT TO MY!".

Ta nad­cho­dząca potań­cówka to był znak, że myśla­łam już o Nico, kiedy przy­szedł od niego ese­mes. Prze­pra­szam, że dopiero teraz piszę, strona nie dzia­łała. Ale pro­szę bar­dzo. Dasz radę, jeśli się zde­cy­du­jesz WB. Otwo­rzy­łam załą­czony link, który wyja­śniał, co to zna­czy być mło­dym ratow­ni­kiem w połu­dnio­wej Kali­for­nii i jak się przy­go­to­wać do egza­mi­nów wstęp­nych późną wio­sną. Nie uwzględ­niono: 1) Jak prze­ka­zać wia­do­mość mojej matce. 2) Jak zre­ali­zo­wać moje marze­nie, które wią­zało się z prze­by­wa­niem w wodzie, gdy się wie, że nie mogę nawet wspo­mnieć o tym żywiole w obec­no­ści mojej rodziny.

Brit­ton zna­la­zła mnie zaraz po angiel­skim, z bato­ni­kiem z gra­noli zje­dzo­nym do połowy. Gdy się zbli­żyła, wyłą­czy­łam ekran tele­fonu. Razem wpa­try­wa­ły­śmy się w tęczowe słowa, które spra­wiały, że ponury kory­tarz wyda­wał się pro­wa­dzić nie­mal wszę­dzie. Świat to my.

- Cóż, to coś nowego. To spra­wia, że wszystko staje się praw­dziwe - stwier­dziła Brit­ton. Ale mówiła wię­cej, po cichu, bo tak wła­śnie mówią księ­życ i gwiazdy. A wszystko, co powie­działa czy wyszep­tała, zmie­rzało do jed­nego wnio­sku. I jeśli Nico zaprosi cię na szkolny bal, to będzie randka. Nie tak jak przed­tem. Jej błę­kitne oczy mówiące wszystko. Jej jasno­ró­żowy uśmiech i spo­sób, w jaki szturch­nęła mnie w ramię, spra­wiły, że dotarło do mnie.

Dotarło i potrze­bo­wa­łam Luz.

- Potrze­buję dwu­dzie­stu sied­miu sekund - powie­działa Luz z ustami peł­nymi sera sznur­ko­wego.

Scho­wa­łam tele­fon. Brit­ton zapięła swoją torbę listo­noszkę na ramie­niu. Dwa­dzie­ścia sie­dem sekund to był jeden z naszych świę­tych kodów - celowo nie­ja­sny frag­ment czasu, zare­zer­wo­wany dla naj­bar­dziej nie­oczy­wi­stych i pil­nych spraw. Jeśli któ­raś z nas go wypo­wie­działa, wszystko inne scho­dziło na drugi plan.

- Mów dalej - powie­działa Brit­ton.

Luz rzu­ciła okiem na lewo i prawo, zanim się pochy­liła. - Mam sprawę, którą trzeba zała­twić. I potrze­buję waszej pomocy.

- Jaką sprawę? - zapy­ta­łam.

Luz dała znak: "chodź ze mną" - więc ruszy­ły­śmy za nią głów­nym kory­ta­rzem, prze­ci­na­ją­cym kam­pus. - Ufasz mi?

- Bar­dziej niż sobie - powie­dzia­łam, dokład­nie w momen­cie, gdy Brit­ton stwier­dziła: - Bar­dziej niż sol­fe­żowi - co w jej ustach śpie­waczki miało ozna­czać naj­wyż­sze zaufa­nie.

- Świet­nie. Ze względu na cha­rak­ter tej misji będzie ona tym lep­sza, im mniej będzie­cie wie­działy na obec­nym eta­pie.

- Dobrze, ale czy to na pewno legalne? Nie tra­fimy do aresztu czy coś w tym rodzaju? - powie­działa zawsze prze­strze­ga­jąca zasad Brit­ton. Jej policzki aż zapło­nęły z emo­cji.

Luz zaśmiała się pod nosem.

- O nie. To nie my będziemy w aresz­cie. A to co zro­bimy, będzie nie tyle legalne, ile słuszne. Poza tym zaufaj mi, pamię­tasz?

- Wcho­dzę w to, ale co dokład­nie musimy wie­dzieć w tej chwili?

Luz unio­sła głowę.

- Teraz to się sta­nie, za jakieś dwie minuty - poszły­śmy więc za nią.

Połą­czone sil­nym uści­skiem, prze­mie­rza­ły­śmy kory­ta­rze liceum Mis­sion Point, jako przy­ja­ciel­ski taran i trój­głowy sma­kosz mek­sy­kań­skich potraw. Jako uczen­nice pierw­szej klasy liceum były­śmy tu naj­młod­sze i naj­bar­dziej zie­lone, ale w gru­pie - siła. Jedna za wszyst­kie, wszyst­kie za jedną.

To był nasz plan prze­trwa­nia poza kam­pu­sem - i na nim. Razem prze­ży­wa­ły­śmy stres zwią­zany z więk­szą liczbą zadań domo­wych i świa­do­mo­ścią, że teraz nasze oceny naprawdę się liczą. Moje miały zna­cze­nie bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Tato pra­co­wał jako pro­fe­sor nauk poli­tycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie w San Diego, co ozna­czało, że jeśli zostanę przy­jęta, będę mogła zdo­być wykształ­ce­nie na pry­wat­nej uczelni za darmo. Teraz nad­szedł czas, żeby na to zapra­co­wać. Stu­dia i wszyst­kie następne etapy wyda­wały się nie­wia­ry­god­nie bli­sko, jak na odle­głość mię­dzy domem Luz a domem Kema, czyli na rzut fris­bee. Jak na sze­ro­kość naszych połą­czo­nych ramion, gdy szły­śmy za Luz, dokąd­kol­wiek by nas pro­wa­dziła.

Zatrzy­ma­ły­śmy się w miej­scu, gdzie kory­tarz wycho­dził na halę spor­tową. Naszą jedyną wska­zówką był spo­sób, w jaki Luz skie­ro­wała swój wzrok na grę toczącą się na jed­nym z mniej­szych boisk. Nie­któ­rzy uczyli się pod­czas dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wej prze­rwy poran­nej. Inni, jak mała grupa chło­pa­ków, wokół któ­rych dry­blo­wał Kem, woleli nawet kilka minut wol­nego czasu poświę­cić na grę w kosza.

Luz obró­ciła się twa­rzą w naszą stronę.

- Britt, musisz tylko pocze­kać w tym miej­scu - wygięła szyję w stronę punktu, gdzie prze­ci­nały się dwa kory­ta­rze kla­sowe.

- Jeśli za rogiem poja­wią się człon­ko­wie rady uczniow­skiej, zaga­daj ich, naj­le­piej czymś zwią­za­nym z balem szkol­nym.

- Na ten przy­kład, że syn mojej nauczy­cielki śpiewu jest DJ-em, jeśli jesz­cze nikogo nie mają zamó­wio­nego? - zapy­tała Brit­ton. Luz uśmiech­nęła się.

- Pięk­nie. Aha, i super­ważne: wyślij mi jaki­kol­wiek sygnał z naszego gru­po­wego ese­mesa, żeby mnie ostrzec, kiedy ich zaga­dasz.

Brit­ton ści­skała jeden róg swo­jej bluzki z haftem oczko­wym (jej ner­wowy tik), ale mimo to ski­nęła głową.

- Wills - powie­działa Luz - sto­isz tam na cza­tach - wska­zała szybko miej­sce naprze­ciwko Brit­ton. - Twoim celem jest pan Crow­ley. Abso­lut­nie nie może wró­cić do swo­jego pokoju, zanim ja tu nie wrócę.

Luz odsu­nęła się. Britt zdą­żyła już otrzą­snąć się z nie­po­koju i prze­mie­nić w postać sce­niczną Brit­ton Estelle Rose. Była zupeł­nie inną istotą niż dziew­czyna, która stre­so­wała się na myśl o aresz­cie i uni­kała ryzyka. Przy­brała pozę łabę­dzia i ruszyła w kie­runku swo­jego punktu obser­wa­cyj­nego, z tele­fo­nem w ręku, jakby śmiała się z mema z przy­ja­ciółmi. Dobra robota, Rose.

Pró­bo­wa­łam stać się nie­wi­doczna, gdy wol­nym kro­kiem podą­ża­łam do wyzna­czo­nego miej­sca. I tak pod powierzch­nią mojej skóry wybu­chły różne kata­strofy natu­ralne. Pot zbie­rał się w nie­wy­god­nych zaka­mar­kach, a moje serce biło jak osza­lałe. Wycią­gnę­łam ćwi­cze­nia do alge­bry i tele­fon, wszystko, żeby wpa­so­wać się w natu­ralny rytm życia na kam­pu­sie. Opar­łam się o ścianę. Spoj­rza­łam znad nota­tek z mate­ma­tyki, gdy w odle­gło­ści dzie­się­ciu metrów poja­wił się pan Crow­ley.

Jak do niego zaga­dać?

Ode­tchnę­łam z ulgą, gdy dwóch innych nauczy­cieli pode­szło do niego. Zaczęli roz­ma­wiać. A trwało to tro­chę, co potwier­dzało opo­wie­ści Luz, która wie­lo­krot­nie mówiła o swoim nauczy­cielu bio­lo­gii, że jest strasz­li­wym gadułą. Dzięki Bogu.

Wycią­gnę­łam szyję. Brit­ton stała na swoim sta­no­wi­sku, na tyle nie­wi­doczna, na ile tylko może być dziew­czyna z jej wyglą­dem. Pan Crow­ley wciąż toko­wał. Dostrze­głam w prze­lo­cie syl­wetkę Luz, która wśli­zgnęła się do odda­lo­nej klasy. Kiedy zaję­łam swoją pozy­cję obser­wa­cyjną i cze­ka­łam, nie mogłam nie przy­po­mnieć sobie nas w podob­nej sytu­acji w prze­szło­ści. Wspo­mnie­nia zda­rzeń ze szkoły pod­sta­wo­wej Crown Crest prze­su­wały się jak zdję­cia migaw­kowe. Takie, które chcia­ła­bym przy­piąć do nie­zli­czo­nych tablic kor­ko­wych: Coroczny festyn Paję­czyny Char­lotty2. Wyraz twa­rzy dyrek­tora szkoły. Zde­ner­wo­wani pozo­stali pra­cow­nicy. Pamiąt­kowa plu­szowa dżdżow­nica koloru brzo­skwini, na którą wyda­ły­śmy dwa­dzie­ścia dola­rów, jako na wygraną w lote­rii, pod­czas Festynu Hrab­stwa San Diego, po ukoń­cze­niu szó­stej klasy.

Dżdżow­nica zajęła miej­sce hono­rowe w hipo, na pamiątkę tego jed­nego dnia, który odci­snął na nas piętno na zawsze. A to dla­tego, że Brit­ton i mnie wystar­czyło dosłow­nie pięć minut jed­nego popo­łu­dnia w dru­giej kla­sie, aby poznać prawdę o wspa­nia­łej natu­rze Luz. Istotny szcze­gół: były­śmy wtedy prze­brane w kostiumy. Brit­ton, za naj­ład­niej­szą, naj­bar­dziej różową świnkę wszech cza­sów. Ja, za fan­ta­styczną Fern3 w ogrod­nicz­kach i koszuli w kratę. Luz, w czar­nych leg­gin­sach i ażu­ro­wym topie ze świnką, nama­lo­waną nad pęp­kiem. Do tego duża broszka z gór­skiego krysz­tału w kształ­cie pająka, dopięta do bia­łej paję­czyny. Co za świnka? A raczej co za dziew­czyna.

Wszy­scy cze­ka­li­śmy w biu­rze na rodzi­ców, żeby zabrali nas na dodat­kowe zaję­cia.

A Luz? No cóż.

To wła­śnie w tym dniu prze­isto­czy­li­śmy się z dzieci z sąsiedz­twa w ośmio­lat­ków, zawie­ra­ją­cych przy­jaźń na całe życie. I to jest histo­ria opo­wie­dziana przez Luz o tym, jak przy­szło jej spę­dzić pra­wie cały festyn "Paję­czyny Char­lotty" w gabi­ne­cie pana Gar­cii, w ocze­ki­wa­niu na przy­jazd mamy. Per­so­nel pomoc­ni­czy czuł obrzy­dze­nie. Pią­to­kla­si­sta Nico wykrę­cał się z WF-u, żeby zoba­czyć to na wła­sne oczy.

A było tak... Luz wci­nała popcorn w dro­dze do sto­isk z grami, gdy natknęła się na nie­żywą, grubą ośmior­nicę. Tym, co ją zatrzy­mało i spra­wiło, że wyrzu­ciła resztę popcornu i użyła papie­ro­wej torby jako czer­paka dla robaka, był fakt, że to zawie­ru­szone stwo­rze­nie nie­dawno jesz­cze żyło. Jesz­cze było różowe i lśniące.

Opusz­cze­nie festynu i pod­ję­cie dzia­łań było łatwe dla kogoś, kto już był ubrany jak zło­dziej. Według Luz, poru­szała się po szkole pod­sta­wo­wej Crown Crest w taki spo­sób, w jaki praw­dziwe pająki poru­szają się po domach. Cicho. Nie­wi­doczne. Nie zauwa­żało się ich, jeśli się nie patrzyło. Tak samo jak dzi­siaj nikt nie zauwa­żył tej samej niskiej Kubanki o oliw­ko­wej skó­rze, która po latach skra­dała się do pustej klasy w liceum.

W tam­tych cza­sach, kiedy Luz opo­wia­dała swoją histo­rię, nasza trójka zadzierz­gnęła mię­dzy sobą więzy przy­jaźni, a miało to miej­sce w pokoju na zaple­czu, w pokoju zajęć pla­stycz­nych pani Worth.

Brit­ton wska­zała na ladę pod oknem.

- To jest to, prawda? Tam?

- Tak - odpo­wie­działa Luz. - Jak chce­cie to wam pokażę, ale może­cie się porzy­gać.

- Możemy pójść razem to zoba­czyć? - zasu­ge­ro­wa­łam. I tak zro­bi­ły­śmy. Pani Worth trzy­mała tam bla­szane tale­rzyki na farby i przy­bory pla­styczne. Ale na wska­za­nym tale­rzyku Luz poło­żyła dwa arku­sze pianki kre­atyw­nej, któ­rej inne dzieci uży­wały do robie­nia świ­nek z rucho­mymi oczkami. A na różo­wej piance leżał roba­czek. Ide­al­nie wypre­pa­ro­wany. Pokro­jony nożycz­kami nauczy­ciela. Zewnętrzną skórę roz­cięto i przy­pięto w róż­nych miej­scach szpil­kami w kształt litery T. Krew i płyny zostały dokład­nie wymyte gąbką. Wszyst­kie czarne, pur­pu­rowe i czer­wone wnętrz­no­ści na widoku.

Pod­czas gdy Brit­ton uda­wała, że nie ma zamknię­tych oczu, ja się wypo­wie­dzia­łam:

- Obrzy­dliwe. Ale też nie­sa­mo­wite.

Luz pro­mie­niała, a Brit­ton odwa­żyła się zer­k­nąć.

- Z drogi, miesz­kańcy farm. Muszę to zoba­czyć. - Nico wszedł bocz­nymi drzwiami, jakby to było jedyne miej­sce, w któ­rym powi­nien teraz być.

- Wow! - zro­bił z sio­strą gest przy­bi­cia żół­wika na widok robaka na tale­rzu.

- Ale po co?

- Robaki mają pięć serc - powie­działa Luz. - Wła­ści­wie to są łuki aorty. Chcia­łam to zoba­czyć. Mama Anyi Ling zna­la­zła mnie, zanim zdą­ży­łam zro­bić mu sek­cję żołądka.

- Nie zawa­li­łaś, OK? Jesteś wyjąt­kowo bystra. - Nico potar­gał jej włosy. - Czy Gar­cia bar­dzo był na cie­bie zły?

- Powie­dzieli, że... - Luz spoj­rzała na drzwi gabi­netu dyrek­tora. - Nie wie­dzą, co ze mną zro­bić.

Gwał­tow­nie prze­sko­czy­łam od wspo­mnień ze szkoły pod­sta­wo­wej do mojej obec­nej rze­czy­wi­sto­ści lice­al­nej i postaci pana Crow­leya idą­cego w moją stronę. Dostrze­głam go, gdy był sześć metrów ode mnie. Mój następny oddech to było woła­nie o pomoc. Cho­lera. Luz. Mia­łam jedną rzecz do wyko­na­nia i pokpi­łam sprawę, tra­cąc poczu­cie czasu.

- Panie Crow­ley! Panie Crow­ley!

Czy nie brzmiało to jak głos naj­młod­szego i naj­bar­dziej zie­lo­nego ucznia pierw­szej klasy liceum? Pod­bie­głam do nauczy­ciela. Na szczę­ście zatrzy­mał się i odwró­cił.

- Dzię­kuję, że się pan zatrzy­mał. Myślę o tym, czy nie zapi­sać się w przy­szłym roku na bio­lo­gię dla zaawan­so­wa­nych, ale, hm, nie jestem pewna, czy te zapisy są dla dru­go­kla­si­stów? Bar­dzo lubię nauki ści­słe. Szcze­gól­nie nauki przy­rod­ni­cze... - impro­wi­zo­wa­łam.

W życiu. Jak naj­da­lej od przed­mio­tów ści­słych.

Pan Crow­ley uśmiech­nął się.

- Hm, miło, że się inte­re­su­jesz tym przed­mio­tem. Możesz zacząć od roz­mowy ze swoim doradcą szkol­nym.

Gaduła toko­wał dalej o spra­wach doty­czą­cych zajęć z nauk przy­rod­ni­czych w naszej szkole, a ja grzecz­nie przy­ta­ki­wa­łam, dopóki nie zoba­czy­łam, że Luz w końcu dała sub­tel­nie znać z asfal­to­wej czę­ści boiska, że odwo­łuje alarm.

Uprzej­mie prze­rwa­łam pro­fe­so­rowi, mówiąc, że muszę już iść, i wystrze­li­łam jak z procy w kie­runku naj­bliż­szego kory­ta­rza. Brit­ton i Luz bie­gły z naprze­ciwka, więc spo­tka­ły­śmy się w poło­wie drogi.

- Misja wyko­nana na medal - powie­działa Luz. - Teraz wam wyja­śnię.

- Dobrze, bo upu­ści­łam organ życiowy przed pra­cow­nią cera­miki - powie­dzia­łam. - I mam nadzieję, że mój trud się opła­cił.

Luz popa­trzyła na mnie z obawą; byłam nie­omal pewna, że spraw­dzi mój puls. Kiedy wcią­gnęła nas do pustej wnęki, poczu­cie, że odnio­sła suk­ces, wzięło górę nad jej lek­kim obłę­dem na punk­cie bada­nia nas.

- Teraz wam wszystko wytłu­ma­czę i powiem, jaką rolę w tym ode­gra­ły­ście. Tan­surri Gil jest w mojej kla­sie bio­lo­gicz­nej i należy do rady uczniow­skiej, podob­nie jak Dylan Bream. Dzi­siaj, zaraz po bio­lo­gii, powie­działa, że Dylan wyko­rzy­stuje spo­tka­nia rady uczniow­skiej pod­czas trze­ciej lek­cji, które Crow­ley pro­wa­dzi w sąsied­niej sali, żeby zakraść się przez łącz­nik i "poży­czyć" moje spra­woz­da­nia z wyni­kami z zajęć w labo­ra­to­rium. W ponie­działki zaczy­namy nowe bada­nia i przez cały tydzień zbie­ramy dane. Dylan kopiuje moje dane pod­czas rady uczniow­skiej, a potem odkłada je na miej­sce po zebra­niu, kiedy wszy­scy roz­cho­dzą się do swo­ich zajęć po całym kam­pu­sie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki