Heniek
Jaka szkoda, że nie umiem przewidywać przyszłości...
Składając papiery do gastronomika, nie mogłem wiedzieć, że należący do moich sąsiadów hotel, w którym miałem obiecaną pracę jako kelner, spłonie. A co za tym idzie: że zostanę na lodzie.
No, może nie do końca, bo zaraz po szkole zgarnęło mnie wojsko, ale jeszcze przed przejściem do cywila zacząłem szukać etatu.
Miliony wysłanych CV z dołączoną w mailu informacją, że obecnie jestem w wojsku i na ewentualną rozmowę będę musiał wziąć przepustkę, nie przyniosły ani jednej odpowiedzi zwrotnej. Ot... jakbym nic nie wysyłał.
Nie pomogło nawet to, że po przejściu do rezerwy zarejestrowałem się w pośredniaku i uzupełniałem wiedzę na własną rękę. Nie tylko z zakresu gastronomii, gdyż z bólem serca postanowiłem rozejrzeć się za pracą również w innych branżach.
Początkowo nie nastawiałem się na nic konkretnego, ale drogą eliminacji skupiłem się głównie na handlu, bo miałem co najmniej jeden argument "za", czyli ważną książeczkę sanepidowską, o którą zadbałem w pierwszej kolejności po zrzuceniu munduru.
Jednak i tu mi się nie wiodło, i to mimo rozpytywania po znajomych...
Chcąc nie chcąc, musiałem podjąć jakąś decyzję, bo za coś trzeba żyć. I tak tułałem się przez pewien czas po różnych zakładach pracy.
Mam więc za sobą, między innymi, kilka tygodni jako spedytor. Z tej posady zrezygnowałem sam, kiedy w grafiku zaczęły się pojawiać dwudziestoczterogodzinne zmiany.
Na szczęście wtedy przeskoczyłem z jednego etatu na drugi, a mianowicie zatrudniłem się w saloniku prasowym. Z zastrzeżeniem, że interesuje mnie wyłącznie pierwsza zmiana. O dziwo nie było problemów, bo moja zmienniczka właśnie na rano nie mogła nikogo znaleźć.
Było ciekawie, ale i tak rozglądałem się za czymś, co przybliżyłoby mój powrót do zawodu albo chociaż do gastronomii.
Pewien... hmm, powiedzmy, że sukces odniosłem dopiero po roku z hakiem, gdy zagadałem do młodszego ode mnie o kilka lat Bartka, znanego też jako Korek. Co prawda oferta, którą za jego pośrednictwem otrzymałem od państwa Skorków, wiązała się z przeprowadzką do Pszczółek, ale nie jest to daleko od miasta, więc w razie potrzeby w pół godziny byłbym u dziadków, którymi opiekował się mój brat. No i ja też.
Rodzice Bartka, prowadzący zarówno pasiekę, jak i gospodarstwo mleczno-mięsne, mieli sporo produktów własnej roboty. Sprzedawali je kilku wiejskim sklepom. Teraz zamarzyło im się coś swojego, a ja stanąłbym za ladą. Oczywiście nie byłbym jedynym pracownikiem...
Po namyśle postanowiłem przyjąć tę ofertę, zwłaszcza że miałem już dość zgiełku, bo salonik był na dworcu kolejowym. I na dodatek mógłbym w Pszczółkach zostawać na noc. W budynku, który w myślach określałem mianem garażu, bo stały tam rozmaite maszyny rolnicze, państwo Skorkowie na prośbę Bartka prowadzącego aktywny tryb życia, zawodowego również, wygospodarowali dwa pokoje. Kuchnia i łazienka funkcjonowały tam od zawsze. Teraz jeden z pokoi byłby dla mnie.
Początkowo nie szło mi najlepiej, ale to normalne. W końcu całe życie przygotowywałem się do pracy w innym zawodzie i musiałem się sporo nauczyć. Nowe wiadomości najlepiej wchodziły mi do głowy w towarzystwie Hanki, a raczej Anki, bo córka miała na imię tak jak mama i dla odróżnienia obu pań na młodszą mówiono Hanka... ale to już inna bajka. Tak czy inaczej, Hanka jest siostrą Korka.
Sprzedawaliśmy miody i inne produkty pszczele, w tym świece woskowe, poza tym mięso, wędliny i nabiał oraz produkty dostarczane przez innych członków rodziny: mąkę i chleb, a także warzywa i owoce. Z czasem sklep zaczął zyskiwać popularność, zwłaszcza że ja, na własne oczy obserwując, jak powstają nasze artykuły, umiałem o nich zachęcająco opowiedzieć, a to skutecznie przyciągało kolejnych klientów.
Na sugestię kilku z nich w sklepie pojawiła się również lada z garmażem. Tu w swoim żywiole odnalazł się Bartek. Był wtedy przedstawicielem handlowym producenta wyposażenia kuchni, ale nie miał stałych godzin pracy i mógł poświęcić część doby na szykowanie garmażu oraz doprawianie wędlin.
Nawiasem mówiąc, te, które wyszły spod rąk Korka, cieszyły się największą popularnością. A ja zyskałem kolejne produkty, o których mogłem opowiadać. Akurat tego nie musiałem się uczyć... Gdybym pracował w wyuczonym zawodzie, czyli jako kelner, musiałbym mieć w małym palcu skład wszystkich dań i to, w jaki sposób zostały przygotowane.
Starannie omijałem tylko jeden temat, czyli to, co dzieje się ze zwierzęciem, zanim mięso trafi do wędzarni. Jakoś nie mogłem się przełamać, by o tym mówić. Teoretycznie powinienem, ale nie byłem w stanie, no chyba że ktoś się bardzo upierał.
Może mój opór wynikał z tego, że w szkole wysłano nas do rzeźni bez uprzedzenia, co tam zastaniemy? Sporo osób z klasy po tamtej wycieczce zostało wegetarianami. Ja zaś ograniczyłem spożycie mięsa niemal wyłącznie do degustacji dań w czasie praktyk. Tu akurat nie miałem wyjścia, bo musiałem znać odpowiedź na każde pytanie klientów, włącznie z tymi, jak smakują poszczególne dania. No i w razie czego... hmm... obronić kucharza.
To określenie zawsze mnie bawiło, bo ta obrona czasami była dosłowna. Sporadycznie, ale jednak się zdarzało, że zdenerwowany gość posuwał się do rękoczynów.
Później ta awersja do mięsa mi przeszła, ale i tak nadal najchętniej wybierałem dania wegetariańskie.
No dobra, ale odbiegłem od tematu, czyli pracy w sklepie, a tu czasami bywa bardzo śmiesznie. Pamiętam na przykład taką rozmowę z klientem o pasztecie drobiowo-zajęczym:
- Jakie są proporcje mięs? - dopytywał.
- Pół na pół, jeden zając, jeden wół - wypaliłem, bo miałem dobry humor.
- Słucham? - zdziwił się klient i... ku mojemu zaskoczeniu się uśmiechnął.
- Przepraszam. - Zorientowałem się w swojej pomyłce. - Jeden do jednego. Na kilogram mięsa drobiowego kilogram zajęczego.
- Rozumiem, dziękuję. A już myślałem, że w końcu kupię ten pasztet z dowcipu. Zna go pan?
- Znam. I chyba dlatego się przejęzyczyłem - przyznałem. - Co prawda nasz pasztet nie występuje w żadnym dowcipie, ale jest bardzo dobry. Może da się pan namówić? - zasugerowałem delikatnie.
- W sumie czemu nie? Całą foremkę poproszę. Do tej pory się nie zawiodłem, robiąc tu zakupy, mam więc nadzieję, że i tym razem tak będzie.
- Ja również mam taką nadzieję - zawtórowałem mu. - To mój autorski przepis - dodałem skromnie.
- O! To pan jest kucharzem?
- Z wykształcenia kelnerem, ale lubię też poeksperymentować w kuchni.
- Tym chętniej spróbuję - przyznał i poza pasztetem nabył jeszcze kilka innych rzeczy.
Po jakimś czasie wrócił, obsypał mnie, a raczej zrobiony przeze mnie pasztet komplementami, zrobił kolejne zakupy, i... został naszym stałym klientem.
Oderwałem się na chwilę od wspomnień, by popatrzeć przez okno. Przejeżdżający akurat samochód, oklejony reklamami pasz dla zwierząt, przypomniał mi kolejną ciekawą historię. Nasz inny klient, również bywający w sklepie regularnie, któregoś razu zapytał:
- Czy jest suchy chleb?
- Dla konia? - wymsknęło mi się. Pewnie pod wpływem oglądania starych seriali.
- Nie - roześmiał się. - Na bułkę tartą.
- Bułkę tartą robi się z bułki - poprawiłem go, również rozbawiony. - Mamy gotową. Z chleba, który się nie sprzedał, co zdarza się tylko sporadycznie, robimy grzanki. Można je wykorzystać choćby do zupy.
- Dobry pomysł - ucieszył się. - W takim wypadku proszę jedno opakowanie bułki tartej... z bułki - te dwa słowa powiedzieliśmy zgodnym chórem - i paczkę grzanek. Aha, no i składniki na zupę. Narobił mi pan apetytu.
- Przypadkiem. - Uśmiechnąłem się, podając mu materiałową torbę, do połowy wypełnioną produktami. Nawiasem mówiąc, torby, robione ręcznie głównie przez żeńską część rodziny, również można było u nas kupić.
- Przypadkiem czy nie, ale wiem, co będę jadł dzisiaj i jutro na obiad - podsumował, podziękował i wyszedł ze sklepu.
Pół godziny przed zamknięciem od wspomnień oderwała mnie klientka. Tym razem chyba ktoś nowy, bo jeszcze jej tu nie widziałem, ale możliwe też, że do tej pory na nią nie trafiałem.
Tak czy inaczej, musiałem się skupić na chwili bieżącej. A kiedy już obsłużyłem nową klientkę, mogłem uporządkować pomieszczenie, zamknąć interes i wrócić do domu. Na szczęście tego dnia ruch nie był duży, więc nie odczułem zmęczenia. Będę mógł pomóc państwu Skorkom w innych obowiązkach, które zresztą znam doskonale, bo... spodobało mi się w Pszczółkach do tego stopnia, że nie przyjmowałem ofert pracy w zawodzie wyuczonym.
No dobra... Spodobało mi się nie tyle życie na wsi, co... Hanka. Zbliżyliśmy się do siebie, bo mocno mnie wspierała, gdy najpierw zmarł mój dziadek, a kilka miesięcy później również babcia.
Dobrze się czuliśmy w swoim towarzystwie. Sam nie wiem, kiedy i jak zostaliśmy parą. Logiczne więc, że nieco mniej zależało mi na powrocie do wyuczonego zawodu. Na wsi też odnajdywałem się coraz lepiej, szczególnie w opiece nad zwierzętami. Chociaż szczerze mówiąc, krowy, zwłaszcza te mięsne, czyli większe niż mleczne, nieco mnie przerażały.
Zacząłem się przełamywać po spacerze z Hanką, w czasie którego spotkaliśmy wyjątkowo dużo dzikich zwierząt. Traktowaliśmy je jako część krajobrazu, ale... nie byliśmy w lesie sami, o czym dowiedzieliśmy się w pewnym sensie post factum, a raczej po pełnym zdumienia okrzyku jakiegoś faceta:
- O choinka, wiewiórka!
Gdybym ja się tak zdziwił, użyłbym mocniejszego słowa, ale on widocznie był z dziećmi.
Moje przypuszczenia się potwierdziły, gdy doszliśmy z Hanką do polanki. Tam właśnie rodzina z zaskoczonym mężczyzną w składzie miała okazję przyjrzeć się baśce z bliska.
- A może nazwiemy naszą córkę Baśka? - wyszeptała mi do ucha rozbawiona Hanka.
- Czy ty...? - wykrztusiłem, chyba równie oszołomiony co tamten pan, acz z innego powodu.
- Nie, a przynajmniej nic o tym nie wiem - zachichotała. - A chciałbyś? - drążyła temat.
- Chciałbym - powiedziałem stanowczo.
- Ja też. Ale postaramy się to zaplanować. Dobrze?
- Dobrze - przytaknąłem, oddychając z ulgą.
Zostawiliśmy zaskoczoną rodzinę w spokoju, a sami powoli ruszyliśmy w stronę domu. Miałem kilka spraw do przemyślenia, ale nic aż tak pilnego, by zakłóciło mi to cieszenie się spacerem i przede wszystkim towarzystwem Hanki.
Mimo to w pewnym momencie przez głowę przeleciała mi myśl...
A może kiedyś, sam lub z kimś na spółkę, otworzę niewielki lokal gastronomiczny, gdzie zatrudnię Bartka, a sam będę robił to, co lubię, czyli pracował jako kelner? Opcjonalnie razem z Korkiem przejmiemy prowadzenie sali wiejskiej i rozreklamujemy ją jako dobre miejsce na wesela czy inne imprezy okolicznościowe.
Co z tych rozmyślań wyniknie, tego nie wie nikt, ale kto mi zabroni marzyć...?
A tymczasem muszę sprawdzić, co nowego wymyślił Bartek, który z ostatniej delegacji przywiózł egzotyczne przyprawy.
* * *
Heniek był planowany jako postać epizodyczna w "Szczęściu pod aniołem", ale sądząc po tym, co opowiedział mi do tej Antologii, możliwe, że pojawi się ponownie w którejś kolejnej książce. Zwłaszcza że skubaniec wyczuł moment i zaczął mi się zwierzać nie tylko z tego, co by było gdyby, ale i z tego, co było.