Wezwijcie moje dzieci - Marta Krajewska

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Inna

- Restko, nie zginęło ci co aby?

Venda wmaszerowała do kuźni, wpychając przed sobą nieszczęśliwego młodzieńca.

Chłopak, choć wysoki był niczym ojciec, dał się prowadzić jak baranek, a postawiony przed obliczem kowala, spuścił głowę pokornie i zwiesił ramiona.

- Znowu?! - Restko gniewnie zmarszczył czoło. - Niech cię Perun strzeli, Heszko!

Usta młodzieńca wygięły się w smętną podkówkę, ale nic nie odparł.

- Niech go może lepiej nie strzela. - Uśmiechnęła się za to opiekunka. - Szkoda by było.

Ostatnie lata i bardzo trudna zima widocznie ją zmęczyły. Utykała wyraźnie na jedną nogę, a po twarzy znać było ogrom zmartwień, których doświadczyła. Zmarszczki rozgościły się wokół oczu i między brwiami, jedne od śmiechu, inne od smutków i gniewu, a głód na przednówku mocniej wydobył je na wierzch. Włosy wciąż miała długie i ciemne, ale nie nosiła ich już rozpuszczonych, najchętniej splatała grube pasma w jeden warkocz. Tylko oczy opiekunki wciąż były niebieskie, bystre i po dawnemu rozsądne.

- Co tym razem? - Restko odłożył płat skóry, którym właśnie zamierzał załatać dziurę w miechu i otrzepał wielkie dłonie o fartuch.

- Złapał się w pułapkę myśliwych przy trakcie - westchnęła Venda. - Heszko - zwróciła się do chłopaka - tyle razy cię prosiłam, żebyś uważał, bo zrobisz sobie krzywdę!

Młodzieniec pociągnął nosem.

- A tutaj to niby jestem bezpieczny, tak? - wybąkał.

- Coś ty powiedział?! - Restko zdzielił syna przez głowę. - Nie pyskuj mi tu do opiekunki, smarku, bo jak cię zaraz...

- No, już, już! - przerwała mu kobieta. - Nie gniewam się. Ba! Nawet się cieszę, że dzieciak jest odważny. Takich nam będzie trzeba! Tylko gdyby jeszcze nie próbował sobie tak zawzięcie zaszkodzić na zdrowiu, to bym miała jedno zmartwienie mniej. Heszko, tu są wszyscy, którym na tobie zależy, i ty jesteś potrzebny nam tak jak my tobie. Wiem, że w twoim wieku bunt to prawie obowiązek, ale już o tym rozmawialiśmy. Pokonamy wilkarów, to pojedziesz zwiedzać świat.

Pochyliła głowę, żeby zajrzeć Heszkowi w oczy, ale ten tak mocno przytulił brodę do piersi, że przydługie, ciemne kłaki przesłoniły mu pół twarzy.

Opiekunka uśmiechnęła się pod nosem, klepnęła dzieciaka w plecy i wymieniła z kowalem porozumiewawcze spojrzenia.

- Jak tam twój ojciec, Restko? - spytała z lekką tylko nutką niechęci. - Lepiej?

Mężczyzna pokręcił głową.

- Bez zmian. Jak ma lepszy dzień, to głównie śpi, ale przy gorszym narzeka bardzo na ból.

- To przykro słyszeć - odparła bez cienia żalu i zebrała się do wyjścia. - Zajrzę do niego po południu. Przyniosę leki.

Zadumana Atra lustrowała wzrokiem ziołowy ogródek, który po zimie przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Zielonooka bezwiednie nakręcała na palec jasne pasmo długich za pas, puszczonych wolno loków. Czekało ją dużo pracy.

Podniosła wzrok, gdy z lasu wybiegł wilk.

- No proszę - przywitała się chłodno. - Dawno niewidziany gość.

DaWern podbiegł do niej, lecz nim przyjął ludzką postać, drzwi krzywej chatki otwarły się z impetem i na zewnątrz wypadło dwoje młodych ludzi.

- Ojcze! - wykrzyknęła dziewczyna.

Chłopak wybąkał powitanie z nieśmiałym skinieniem głowy. Był trochę starszy i dużo większy od siostry. Miał włosy jasne jak matka, a dziewczyna ciemne jak ojciec. Chłopak miał wydatną szczękę i szerokie barki, zaś dziewczyna zdawała się przy nim drobna jak ptaszek. Wyglądali jak noc i dzień, czerń i biel, Wyraj i Nawia, ale w obu tryskających młodością twarzach paliły się te same, siarkowo żółte, wilkarskie oczy.

Dziewczyna rzuciła się na kolana, obejmując wilka za szyję. Była najsłodszą istotą, jaką widział w życiu, i trudno mu przychodziło pogodzić się z faktem, że choć urocza, nie była już dzieckiem, tylko panną na wydaniu.

Z tą różnicą, że dzieci wiedźmy nikt nie zamierzał z nikim swatać.

- No, już! - Atra wzięła się pod boki gniewnie. - Dajcie się ojcu odmienić. DaWern, nie tutaj! Nawet się nie waż! Co mówiliśmy o ganianiu na golasa przy dzieciach? Idź do chaty, za drzwiami masz ubrania.

Wyciągnęła władczo palec w kierunku progu. Wilk otwarł pysk, jakby się uśmiechnął, a oczy błysnęły mu przekornie i przez chwilę wiedźma była pewna, że z czystej złośliwości odmieni się w człowieka na środku ogródka.

Po krótkim pojedynku na spojrzenia ruszył jednak do chaty.

Wrócił po chwili w ludzkiej postaci, spodniach i lnianej koszuli.

- Tatku! - Dziewczyna rzuciła się go uściskać. - Tak długo cię nie było!

- Ale już jestem, Dareńko - wymruczał z uśmiechem. - Byliście dobrzy dla matki?

- Tak! - zapewnili oboje posłusznie, ale za ich plecami Atra pokręciła głową znacząco.

DaWern poczochrał czuprynę córki i wyplątał się z jej objęć.

- Toru, a co u ciebie?

Chłopak stał obok, nieco speszony, jak zawsze w obecności wilkara. Patrzył na niego spod czoła czujnym, służalczym wręcz wzrokiem, a zapytany skinął tylko głową i uśmiechnął się niepewnie.

- Dobrze, ojcze - odparł oszczędnie.

Późno zaczął mówić i nigdy nie nadużywał słów. Przez pierwszy rok po odebraniu go z rąk demonów Atra obawiała się, że chłopiec będzie milczał całe życie, w końcu jednak zaczął nadrabiać stracony czas.

- Dzieci, chciałabym porozmawiać z waszym ojcem - zadecydowała Atra surowo.

Młodzi, choć niezadowoleni, odstąpili od wilkara posłusznie.

- Idźcie do strumienia po wodę - poleciła wiedźma. - Tylko uważajcie...

- ... na ludzi, wiemy - Dara uśmiechnęła się słodko. - Będziemy się trzymać ścieżki i nie będziemy rozmawiali z nieznajomymi.

- Dara... - Atra uniosła ostrzegawczo brew.

Dziewczyna pomaszerowała po nosidło, a mijając DaWerna, mrugnęła porozumiewawczo.

- Mała wiedźma... - Atra pokręciła głową, obserwując, jak dzieciaki znikają między drzewami z nosidłami na barkach. - Po kim ona to ma? Bo chyba nie po matce.

DaWern wciąż uśmiechał się rozbawiony.

- Z pewnością nie. Dobrze ich wychowujesz - pochwalił.

Zerknęła na niego, zadzierając głowę.

- A ty mógłbyś ich trochę częściej odwiedzać, szczególnie Darę. Zanudza mnie codziennie pytaniami o ciebie. Toru też tęskni, ale wiesz, jaki on jest...

Wiedział.

- Trudno uwierzyć, co? - mruknął i spojrzał Atrze w oczy ciepło.

- O, tak - odparła. - Syn krwi czarodziejki i duchów wilkarskich magów niespodziewanie wyrósł na łagodnego olbrzyma. Ale to wciąż mieszaniec. Oboje są mieszańcami.

Pokiwał głową.

- A o czym chciałaś ze mną porozmawiać? - zapytał, siadając na wysokim progu chaty.

Atra przysiadła obok.

- Chyba właśnie o tym. Toru zmienił się dzisiaj w wilka.

Mężczyzna gwałtownie odwrócił się w jej stronę.

Czekała, aż coś powie, ale on patrzył tylko na nią w osłupieniu. Niemalże słyszała, jak huragan myśli przetacza mu się przez głowę.

- DaWern, co to oznacza? - spytała z lękiem. - To dobrze, czy źle?

Pokręcił powoli głową.

- Nie wiem - przyznał szczerze. - Wilkarskie szczenięta rodzą się z umiejętnością przemiany w dowolnej chwili, tak jak Dara. Na początku są nieco chaotyczne, ale szybko uczą się przyjmować postać, w jakiej najbezpieczniej im przebywać w danym momencie. Nie wiem, dlaczego Toru rozwija się inaczej. Może przez to, kim jest, albo co spotkało go zaraz po urodzeniu?

- Zmienił się przez sen. - Atra posmętniała. - Więc nieświadomie. Widziałam go rano na posłaniu, ale niedługo potem, gdy się zbudził, wstał już jako człowiek. Nic mu nie mówiłam, bo sama nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy bać, ale chyba i tak się domyśla, bo przecież ubrania mu się pogmatwały.

DaWern zapatrzył się przed siebie w zadumie.

- Zastanawiało nas, że się nie zmienia, a kiedy to się wreszcie stało... - Zacisnął usta. - Nie wiem, czy to dobrze, nie wiem, czemu teraz.

Atra pokręciła głową, przetarła twarz dłońmi.

Przez chwilę siedzieli w ciszy, pogrążeni we własnych rozważaniach.

- Gdy zacznie się przeobrażać świadomie - przerwał zadumę DaWern - będę musiał go przyprowadzić do Pana Lasu.

Atra spojrzała na mężczyznę błagalnie.

- Muszę - powtórzył, zaciskając usta. - Nie mówię, że chcę.

Wiedźma oparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach.

- Ale przecież Dara... - zaczęła.

- Dara go nie obchodzi. Wie o niej, ale Toru to dla niego coś zupełnie innego. Wiesz przecież. Wybraniec.

Westchnęła ciężko.

- Nasze piękne dzieci... - jęknęła. - Musimy je jakoś przygotować. Są tacy dziecinni. Gdyby żyli we wsi, już szykowalibyśmy im kogoś do swadźby, a tu żyją jak szczenięta! Przecież Toru nawet nie wie o przepowiedni! Jasne, wiedzą, że mają w sobie krew ludzką i wilkarską, ale znają tylko nas i opiekunkę, wmówiliśmy im, że ludzie w wiosce to potwory, które zechcą ich skrzywdzić!

Przez twarz wilkookiego przemknął ponury cień.

- Bo tak właśnie by było. - DaWern stłumił wywołany wspomnieniem gniew. - Wiesz dobrze, co się działo, ile czasu Venda tłumaczyła tym tumanom... Gdyby wiedzieli, że Toru może kiedyś wezwać wilkarów, po prostu by go zabili.

Nagle coś innego zwróciło jego uwagę. Poruszył niespokojnie nozdrzami.

Dzieci wyszły z lasu z nosidłami na barkach. Przed nimi, niczym pan i władca, maszerował stary kocur bez oka.

DaWern skrzywił się na jego widok.

- Czy to nie powinno już dawno zdechnąć? - warknął niechętnie.

- Dziwne, prawda? - Atra ściszyła głos, jakby chciała zataić rozmowę przed kocurem. - Odkąd pamiętam, jest taki stary i potargany.

- A może już dawno zdechł i wrócił? - DaWern wpił w znienawidzone kocisko morderczy wzrok. - Wygląda jak coś, co należałoby dobić.

Skarciła go spojrzeniem.

- Nawet o tym nie myśl. To po prostu kot wiedźmy, jeden Weles wie, co ona z tym zwierzęciem wyprawiała i jakim czarom go poddawała.

- Myślisz, że to nie jest kot? - DaWern łypnął na nią podejrzliwie. - Że kogoś zaklęła albo co?

Wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma pojęcia.

- Wiem tylko, że rozmawiała z nim i że go rozumiała, a ja tego nie potrafię. - Zawahała się i dodała: - W zimie przyniósł mi zająca do chaty... Taki to kot. Jak dla mnie może tu mieszkać, ile zechce.

Opowieści mówiły, że w czasach wilkarów wieś otoczona była palisadą, która po buncie ludzi została rozebrana na rozkaz wilczych władców. W miejsce tego zabezpieczenia wbito z rzadka słupy i noc w noc zapalano na nich pochodnie, by krąg światła odstraszał potwory, dając ludziom choć nikłe poczucie bezpieczeństwa.

Niedługo po tym, jak wieszczba Alasy zapowiedziała nieuchronne spełnienie przepowiedni o powrocie wilkarów, wieś postanowiła odbudować palisadę, licząc na to, że trud poświęcony zadaniu zwróci się z nawiązką, gdy nadejdzie czas.

Istniejące już chaty otoczono wysokim płotem z zaostrzonych bali, przez co osada nabrała nieregularnego kształtu. Młyn i obejście opiekunki znalazły się poza zabudowaniami obronnymi, tak jak i wcześniej nie obejmował ich krąg pochodni. W najeżonym drewnianymi zębami obwodzie umiejscowiono bramę od strony traktu, by wygodnie zwozić płody rolne z pól, oraz mniejszą furtę od strony młyna.

To właśnie w tę stronę skierowała się opiekunka po wizycie w kuźni.

Utykająca na jedną nogę zielarka szła przez osadę w pogodny, wiosenny dzień, rozglądając się na boki, pozdrawiając ludzi i czując coś na kształt satysfakcji, że społeczność, którą się opiekuje, jest bezpieczna i ma się dobrze.

W ostatnich latach ludzie zza gór przybywali do doliny kilkukrotnie, przynosząc nowinki i opowieści, a także mieszając swoją krew z krwią tutejszych kobiet. Owszem, wieś atakowały również potwory, niektóre trudne i zostawiające ślady na ciele i duchu opiekunki, ale jednocześnie bogowie obdarzyli dolinę nadspodziewaną obfitością dzieci, jakby wiedzieli, że wkrótce potrzeba będzie wielu młodych, silnych ludzi do obrony. Tak przynajmniej patrzyła na to Venda i robiła, co mogła, by nie stracić ani jednej osoby ponad te nie do uratowania. Tegoroczna zima była długa i trudna, a na przednówku wielu przymierało głodem, chorując i przysparzając zielarce kilku siwych włosów. Venda wierzyła w bogów, wieś modliła się i składała ofiary z prośbą o rychłą wiosnę, a dary te kosztowały ludzi wiele wyrzeczeń. Bogowie zwlekali z pomocą, w końcu jednak ciepło wkroczyło do Wilczej Doliny, a w mieszkańców wstąpiły nowe siły i nadzieje. Wykiełkowały pierwsze rośliny, na których można było ugotować polewkę, brzozy puściły oskołę, a jezioro mogło dawać więcej tak upragnionego mięsa z ryb.

Z wiosną wszystko wydawało się lepsze.

- Witajcie, opiekunko!

- Witaj, Maronie! - Venda odwzajemniła pozdrowienie z uśmiechem. - Jak tam chłopcy? Lepiej?

Mężczyzna skinął głową, nie zatrzymując się, bo zawieszone na ramionach nosidło z wypełnionymi wodą wiadrami ciążyło mu dokuczliwie.

- Już dobrze, zupełnie przestali kaszleć. Dziękuję!

Odszedł ku swojej chałupie.

Niedługo po śmierci Aniki odnalazł pocieszenie w ramionach Nasty, wdowy po zabitym przez wilkołaka Olestku. Zdawało się, że przeżyte cierpienie i strata zbliżyły ich do siebie i, jak to często bywa, zaowocowały zupełnie nowym uczuciem. Syn Nasty, urodzony z bliznami na ciele Żbik, ojca nie pamiętał, więc szybko przywykł do ojczyma, a wkrótce doczekał się również i brata. Obydwaj byli już niemalże dorośli, i starszego rodzice chętnie wyswataliby z którąś z panien, jednak trudność leżała nie w samym wyglądzie chłopaka, bo blizny dodawały mu nawet charakteru, ale w skrytej naturze, która sprawiała, że choć na postrzyżynach nadano mu dorosłe imię, wszyscy i tak mówili do niego po staremu, Żbik.

Maron traktował pasierba jak rodzonego syna i razem z Nastą chciał mu dobrać dziewczynę, która wydobędzie z niego, co najlepsze. W ogóle dawny młynarz przy nowej kobiecie stał się świetnym ojcem i mężem, co przy dłuższym głowieniu się nad tematem doprowadziło Vendę do niezbyt chlubnych przemyśleń odnośnie śmierci jego pierwszej żony.

Napawając się wesołym gwarem wiejskiego przedpołudnia, opiekunka dotarła do furtki, wyszła na prowadzącą ku młynowi dróżkę, a z niej skręciła w ścieżkę, wijącą się w górę zbocza, ku chacie.

Gdy tylko znalazła się pod lasem, spomiędzy porastających jego brzeg krzaków wypadł zadowolony z siebie DaWern.

- O, jesteś! - ucieszyła się.

- Jestem. - Mężczyzna wyciągnął gałązkę z włosów i otrzepał ubranie, świadczące o tym, że cokolwiek robił, czynił to w ludzkiej postaci. - Odprowadziłaś naszą czarną owieczkę?

- On nie jest czarną owcą - poprawiła, jak zawsze gdy rozmawiali o Heszku. - Jest... wyjątkowy.

- Z pewnością - prychnął rozbawiony wilkar. - Wyjątkowy baranek.

Venda wywróciła oczami.

- Jak dziecko? - zmieniła temat.

- Które?

Posłała mu ciężkie spojrzenie.

- Wyśmienicie - pospieszył bez dalszych pytań. - Żadnych oznak obłędu.

- To dobrze.

- Zaiste, jest dobrze. Dzieciaki są słodkie i niewinne, jakby co najmniej wiedźma chowała je w lesie z dala od ludzi. Ludzie to samo zło...

Venda zerknęła podejrzliwie na idącego u jej boku wielkoluda.

- Powiedział ostatni z wilkarów - rzuciła kąśliwie. - Masz wyjątkowo dobry humor, to podejrzane. Czy powinnam się martwić?

- Nie! - roześmiał się krótko. - Po prostu młodzi tak dokazują, aż miło.

Spochmurniała z miejsca.

- No tak - mlasnęła kwaśno. - Z pewnością miło jest mieć rodzinę, syna, córkę...

- Ven... - złagodniał, już żałując tego, co powiedział, ale weszła mu w słowo.

- Nie rozmawiajmy o tym. Nie mam dziecka. Tak było trzeba. Wiem. Weles mi świadkiem, że twój przeklęty bóg kiedyś mi za to zapłaci.

DaWern przestał się uśmiechać. Nauczył się w ciągu lat, że w tej kwestii najlepiej nie drążyć tematu.

W milczeniu dotarli na podwórko zielarki.

- Naprawisz kiedyś tę furtkę? - spytała zrzędliwie.

- Przecież naprawiłem - mruknął wilkar, przyglądając się przez ramię, jak tuż po ich przejściu wiklinowa bramka otwiera się ze skrzypnięciem. - Coś jest chyba nie tak z tym miejscem. Próbowałaś odczyniać uroki?

- Nad furtką? - Posłała mu zaskoczone spojrzenie, a zrozumiawszy, że żartuje, uśmiechnęła się słabo. - Może będzie trzeba.

Pchnęła drzwi chaty i przekroczyła wysoki próg.

- Twojej uczennicy nie ma? - upewnił się mężczyzna, schylając głowę, by zmieścić się w drzwiach.

- Nie będzie jej dzisiaj - odparła.

Natychmiast objął ją od tyłu wpół.

- Jak wspaniale się składa... - wymruczał, jedną ręką wędrując ku piersi.

Wywinęła się w jego ramionach, odwracając się twarzą do niego.

Nagle zmarszczyła brwi z niezadowoleniem.

- Co to właściwie za koszula? - warknęła.

DaWern w odpowiedzi pocałował ją w czoło, zsuwając ręce na jej tyłek.

- Ona ci ją uszyła? - mruknęła zła, podczas gdy mężczyzna mocował się z sukienką, próbując dobrać się do pośladków. - Powiedz jej, że nie życzę sobie, żeby szyła dla ciebie ubrania! Sama potrafię o ciebie zadbać.

Zatkał jej usta pocałunkiem. Po chwili odsunął się i ściągnął koszulę przez głowę.

- Już po problemie! - Uśmiechnął się, rzucając ubranie na oślep w bok. - No nie bądź taka straszliwie gniewna, opiekunko... - mruknął. - Kiedy ostatnio robiliśmy to w biały dzień?

Fuknęła cicho, jednocześnie pomagając mu rozsupłać przepasującą ją krajkę.

- Powiedz jej! - nakazała jeszcze.

- Powiem, powiem... - Pochylił się i pocałował ją w szyję.

Zgodnie z zaklęciem wiążącym Lendava z Jadą do końca jej dni chmurnik mógł mieć ze śmiertelniczką tylko jedno dziecko. Dziewczynkę, która przyszła na świat w noc Dziadów, a której przy zaplecinach dano na imię Olana.

Wyrosła na gibką niczym wierzbowa witka pannę o jasnych, prawie białych włosach, bladej cerze i oczach błękitnych jak letnie niebo.

Głód nie dał się młynarzom tak we znaki jak reszcie wsi, bo ziarna mieli dość, by oszczędnie dzieląc, dotrwać na nim do wiosny, toteż zima mniej odbiła się na młynarskich dzieciakach.

Olana należała do tych pogodnych, szczerych osób, które bardzo łatwo dają się lubić, w głębi serca była jednak nieufna i nieśmiała. Krępowało ją zainteresowanie chłopców. Wiedziała, że matka chętnie wydałaby ją już za mąż i bacznie obserwuje, czy aby córce oczy się do kogoś nie świecą.

Nie świeciły się, a przez matkę Olana po prostu traciła przyjemność beztroskiej zabawy.

Tymczasem we młynie rządziła we wszystkich grach, ganiając w tę i we w tę, że tylko migały w słońcu jej jasne jak promienie warkocze. Zresztą oprócz tego, że była najstarsza i najmądrzejsza, potrafiła też zaimponować kuzynom.

- Olka, no wejdź! - jęczał Preszko, młodszy z synów Sadko.

Już po śmierci najstarszego syna i żony Wastir, senior rodu, pożenił Sadko z córką kowala, Mirvą, mając po cichu nadzieję, że łagodna dziewczyna wpłynie korzystnie na rozbrykanego młokosa. Układało im się rzeczywiście nadspodziewanie dobrze. Wychowywali dwóch synów i córkę. Chłopcy, Nawko i Preszko, w ciemnym kolorze włosów i jasnych oczach, podobni byli do Mirvy, zaś dziewczynka miała dopiero kilka lat, wciąż jeszcze nosiła ochronne imię, Sosenka, i nieco bardziej przypominała jasnowłosego Sadko.

Choć Olana wyrosła niczym młoda brzózka, a starszy z chłopców, Nawko, przerósł wszystkich w młynie i oboje nadawali się już do ożenku, w głowach wciąż mieli pstro, a zabawy z młodszymi dzieciakami sprawiały im nadal tyle samo radości. Przynajmniej dopóki hasali po młynie, bo idąc do wsi, oboje czuli się w obowiązku zachowywać się dojrzalej.

Było już po Jarych Godach, ale powietrze wciąż pachniało ostro i mroźnie. Choć dolina w większości odtajała spod śniegu, tu i ówdzie wciąż leżały jeszcze łachy zmarzliny, a woda w strumieniu, obok którego uwielbiały ganiać młynarskie dzieci, była lodowato zimna. Mimo to Preszko naciskał na kuzynkę, by popisała się swą najciekawszą sztuczką.

Olana wywróciła oczami, udając, że się ociąga.

- Dorośli mnie znowu skrzyczą - mruknęła, lekko się jednak uśmiechając.

- Tylko jeśli się dowiedzą. - Nawko wyszczerzył się szczwanie, a Sosenka i Preszko ochoczo pokiwali głowami.

Olana z wahaniem obejrzała się w stronę młyna, ale z miejsca przy strumieniu nie widziała bramy na podwórze, a jedynie ślepą ścianę chaty. Szansa, że ktoś ich zobaczy, była niewielka, a pokusa, żeby dać dzieciakom powód do uwielbienia, spora.

- No, dobra. - Dziewczyna odrzuciła na plecy warkocze, zzuła wiklinowe łapcie i unosząc sukienkę, ostrożnie weszła do zimnego strumienia.

Chłopcy zachichotali zgodnie, a Sosenka zaklaskała w rączki z uciechy.

Olana uśmiechnęła się dumnie, rozchlapując stopą trochę wody.

Preszko przykucnął i zamoczył dłoń w rwącym strumieniu w zamiarze wytrzymania zimna tak długo, jak to możliwe, ale już po chwili szybko cofnął rękę.

- Brr! - Wzdrygnął się. - Lodowata! Jak ty to robisz?

Dziewczyna wzruszyła ramionami, kołysząc się swobodnie, jakby zaraz miała zacząć tańczyć.

- Ale co? - spytała z błyskiem w oku. - Przecież woda jest zaledwie chłodna!

Chłopak prychnął i już miał coś odpowiedzieć, kiedy od strony młyna dobiegło ich wołanie:

- Olana!

Cała czwórka spłoszyła się jak zające i z minami winowajców spojrzała ku zabudowaniom młyna. Tam, na rogu szopy i chaty, opierając pięści na biodrach, stała Jada i choć pod słońce nie można było dostrzec wyrazu jej twarzy, ton głosu oraz postawa wróżyły zbliżającą się burę.

Przyłapana na gorącym uczynku Olana wyskoczyła ze strumienia, błyskawicznie wsuwając mokre stopy w łapcie.

- Idę! - odkrzyknęła i w te pędy pognała przez łąkę.

Jada czekała na córkę nieruchoma niczym przydrożna figurka. Wciąż była ładna, choć od śmierci matki, odkąd została najważniejszą kobietą w młynie, trochę zbyt często marszczyła czoło i surowo zaciskała usta. W schowanych pod chustką włosach pojawiało się coraz więcej siwych pasemek, ale zaokrąglona figura, świadcząca o panującym w gospodarstwie dobrobycie, była obiektem zazdrości niejednej sąsiadki.

Olana przypominała Jadę z lat młodości, ale w jej oczach i uśmiechu błyskały odziedziczone po ojcu bystrość umysłu i radość życia.

Stanęła przed matką lekko zdyszana, z policzkami zarumienionymi nie tyle od biegu, co ze wstydu, i z wyrazem twarzy słodkim niczym plaster miodu.

- Znowu łaziłaś po strumieniu - zbeształa ją Jada przyciszonym głosem. - Tyle razy cię prosiłam...

Westchnęła udręczona i zacisnęła usta w sposób, jaki wywoływał u córki poczucie winy za całe zło tego świata.

- Tylko na chwilkę - wydusiła Olana ze skruchą, spuszczając wzrok.

- Chwilka wystarczy. - Matka wbiła w dziewczynę karcący wzrok. - Rozniesie się po wsi, że jesteś inna, i będą kłopoty.

Olana słyszała te słowa nazbyt często, milczała więc, nie chcąc dodatkowo denerwować matki.

Ta zaś odetchnęła głęboko, pokręciła głową nad lekkomyślnością córki i nakazała:

- Leć po ojca, jest potrzebny wujowi we młynie.

Olana skinęła ochoczo i pognała niczym burzowy źrebiec Peruna, chcąc szybko zostawić za sobą pełne wyrzutu spojrzenie matki.

Okrążyła zabudowania gospodarstwa i dotarła do wielkiego koła młyńskiego, a potem pobiegła w dół strumienia, przez młodziutki zagajnik, który kończył się niedaleko miejsca, gdzie potok wpadał do jeziora. Między brzegiem wody a polami uprawnymi ciągnął się wąski pas trawy, który nieco dalej rozszerzał się, tworząc łąkę, na której odbywały się coroczne świętowania rusaliów czy kupalnocki. O tej porze roku trawa ledwie odżywała po zimie, ale na skraju jeziora rybacy pracowali już przy wyciągniętych na brzeg łodziach.

Olana widziała ich z daleka, lecz ojca znalazła dużo bliżej, tuż za zagajnikiem. Odziany w koszulę, barani serdak i wełniane portki, owinięte krajkami na całej długości łydek, leżał wprost na ziemi, założywszy ręce pod głowę. Z lekkim uśmiechem wpatrywał się w latające ponad nim gołębie.

Ptaki od zawsze mieszkały pod strzechami młynarskiego obejścia, bo też gdzie byłoby im lepiej, niż w miejscu, w którym zawsze znajdzie się kilka rozsypanych ziaren zboża. Lendav opiekował się gołębiami od lat i dbał, by nie brakło im jadła.

Olana podeszła do ojca, ale ten nawet nie drgnął, choć z daleka musiał słyszeć nie tylko jej kroki, ale też zdyszany oddech.

- Tatku! - odezwała się, widząc, że myślami jest bardzo daleko.

Mężczyzna zamrugał wyrwany z, sądząc po uśmiechu, niezwykle przyjemnych rozmyślań.

- Och, Oleńka! - rozpogodził się jeszcze bardziej. - Ależ się podkradłaś, nic a nic cię nie słyszałem.

- Matuś mnie przysłała. Wuj Sadko cię potrzebuje we młynie - przekazała wiadomość dziewczyna, zadzierając głowę wysoko, by dostrzec gołębie. - Ale im dobrze... - wyrwało jej się. - Chciałabym tak polatać choć raz.

Lendav zmierzył córkę z ukosa, podnosząc się z ziemi. Chmurnicze, szare oczy błysnęły wesoło. Od jesieni powtarzał Jadzie, że Olana powinna wreszcie poznać prawdę o swym pochodzeniu, ale kobieta uważała, że ich córka wciąż ma pstro w głowie i gotowa wygadać się dzieciakom przy pierwszej okazji tylko po to, by się popisać. A tak była bezpieczna. Olanę można było wziąć za wyjątkowo gorącokrwistą dziewczynę, nie przejawiała żadnych innych zdolności, ale chmurnika często świerzbił język, by wreszcie wyznać jej prawdę i zobaczyć, co dalej.

Po raz kolejny zdusił w sobie to pragnienie, wstał, otrzepał ubranie i ruszył w kierunku młyna. Olana poszła za nim bez słowa.

Zagłębili się w młodnik, a ona wciąż milczała, co bezbłędnie oznaczało dla Lendava jedno:

- Coś cię trapi, córko moja jedyna - bardziej stwierdził, niż spytał.

Przez twarz dziewczyny przebiegł szybki grymas.

- Matuś - bąknęła ponuro.

- Coś nabroiłaś?

- Nie... Oj, weszłam tylko do strumienia. Dzieciaki prosiły, a to przecież nic takiego! No i matuś akurat przyszła i znów mi się oberwało.

- Córko, twoja matka próbuje cię chronić. Ludzie bywają okrutni, zazdrośni i małostkowi, a ty wyrosłaś na piękną pannicę. Wystarczy, że ktoś będzie chciał ci zaszkodzić, bo, sam nie wiem, spodobasz się nie temu chłopcu, co trzeba, albo za ładnie będziesz wyglądać na kupalnocce, i zaślepiony zazdrością człowiek gotów jest rzucić na ciebie oskarżenia. Matka boi się, że wieś uzna cię za... inną. A wiesz, że inność jest podejrzana. Inność jest groźna. Inność to...

- Potwory - dokończyła za niego wyliczankę. - Wiem, ale nie macie się co obawiać. Ja się nie interesuję chłopcami, nie lubię ludzi i nie wyglądam ładnie na kupalnockach.

- Zawsze wyglądasz ładnie. Jesteś śliczna, moja jedyna córko! Masz to po mnie. Nie żeby matce coś brakowało, jest piękną kobietą - dodał szybko. - Ale wszyscy mówią, że jesteś podobna do mnie.

Nie rozśmieszył dziewczyny.

- Tatku, a co, jeśli... - zaczęła niepewnie. - Co, jeśli ja naprawdę jestem inna?

Podniosła twarz i chmurnik zobaczył w jej oczach skrywaną długo niepewność i strach. Zrozumiał, że ten temat dręczył ją od jakiegoś czasu.

- Każdy z nas jest inny - powiedział spokojnie. - Nie ma w tym nic złego. To tylko wieś przesadza, bo boi się potworów. Być może my, próbując cię chronić, niepotrzebnie wzbudziliśmy w tobie niepokój, ale zupełnie nie o to nam chodziło.

Olana potrząsnęła głową, zatrzymując się na ścieżce.

- Nie, tatku. Ja... chodzę po strumieniu, gdy innym cierpną palce z zimna - zaczęła, a Lendav skinął spokojnie. - W zimie zakładam płaszcz tylko dlatego, że krzyczycie na mnie, kiedy biegam po podwórzu w sukience, a pewnego dnia... - zawahała się. - Pewnego dnia wyszłam na śnieg boso i w ogóle nie poczułam mrozu! Ja jestem inna! Co, jeśli jestem jakimś potworem i rzucę się na was, gdy będziecie spali?!

Lendav zaniemówił, a potem z trudem powstrzymał śmiech. Przerażone oczy Olany wpatrywały się w niego desperacko.

- To nie jest śmieszne, tatku! - oburzyła się.

- Ale ja się nie śmieję! - zapewnił, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu. - Zaufaj mi, córko moja jedyna, nie rzucisz się na nas, gdy będziemy spali. Nie jesteś potworem. Jesteś taka sama jak ja.

- Nie, nie jestem! Nie rozumiesz! - Nadęła usta zrozpaczona.

- Nie, to ty nie rozumiesz - Lendav spojrzał jej w oczy łagodnie. - Jesteś taka sama jak ja.

Zawahał się przez moment.

Jada odwlekała rozmowę z córką i panicznie bała się tego, że wraz z sekretem Olany wieś mogłaby poznać także sekret Lendava, a wtedy ona, Jada, pewnie straciłaby ich oboje.

Chmurnik zwykle kpił sobie, że gdyby wieś chciała szukać wrogów wśród sąsiadów, znalazłaby groźniejszych niż oni, ale widząc niepokój żony, odstępował od dalszych nacisków.

A teraz widział podobny niepokój w oczach córki.

- Posłuchaj... - zaczął delikatnie, ale nie dokończył, tylko westchnął zrezygnowany.

Wiedział, że nim wyjawi córce prawdę, musi przekonać jej matkę, inaczej dostanie mu się niezła bura.

- Jesteś zupełnie normalną, śliczną dziewczyną - postanowił więc powiedzieć. - Nie myśl o tym za dużo, bo oszalejesz.

Brzydkie dzieci, ku zaskoczeniu dorosłych, często wyrastają na urodziwych młodych ludzi. Czasami to, co w dziecięcych rysach zdawało się niespójne, dojrzałej twarzy nadaje uroku i charakteru, zbyt szerokie usta stają się ponętne i kształtne, a chude kończyny zmieniają się w smukłe nogi i zręczne dłonie.

Alasa... nie była tym typem dziewczyny.

Córka pięknej wiły, jak na złość, urodę odziedziczyła po ojcu i z brzydkiego dziecka wyrosła na niezbyt ładną kobietę. Co prawda z czasem upodobniła się do matki pod względem wąskiej talii i pełnych bioder, i nawet rysy szerokiej twarzy złagodniały i wyszlachetniały, jednak włosy wciąż pozostały krnąbrne niczym wiecheć rudego, skłębionego siana, skóra na przemian raziła bladością w zimie i śmieszyła wiecznym zaczerwienieniem w lecie, a oczy, jedyny wyjątkowy element twarzy, swą wyjątkowością bardziej straszyły niż oczarowywały.

Były to oczy duże, intensywnie niebieskie, otoczone miedzianymi rzęsami, które nie dodawały im uroku, za to w chwilach, gdy tęczówki znikały, a białka stawały się zupełnie czarne, potęgowały wrażenie dziwności.

Alasa wieszczyła wtedy najróżniejsze rzeczy i choć nie zdarzało się to często, i mimo że była córką najbardziej poważanego gospodarza w dolinie, jakoś nie pojawił się nikt, kto ubiegałby się o jej rękę. Rówieśnicy Alasy dawno się pożenili i wychowywali kilkuletnie brzdące, ale wieszczka wciąż była sama.

Szkoliła się u opiekunki od wielu lat i choć lubiła spędzać czas w chacie zielarki, jednocześnie ceniła sobie te chwile, gdy nikt jej nie pilnował, niczego od niej nie wymagał i nie zerkał z lękiem, czy jej oczy nie stają się czarne.

Podobnie jak większość dolinian Alasa z radością powitała wiosnę i mimo że nie była już podlotkiem, wraz z powiewem ciepłego wiatru od hal krew zaczęła szybciej krążyć w jej ciele. Tego dnia zabrała więc kubek z kory i ruszyła po oskołę.

Największy brzozowy zagajnik rósł głęboko w lesie, nad strumieniem, w miejscu, gdzie, jak mawiano, mamuny piorą nocami swe koszule. Alasa nie obawiała się tego miejsca, bywała w nim wiele razy sama i z opiekunką, wiedziała więc, że za dnia może tam spotkać tylko jakieś zwierzę lub sąsiada, któremu przyszła ta sama, co jej, ochota na brzozowy sok.

Kobieta wędrowała wśród drzew, często przystając po drodze, a to, by zadzierając głowę, przysłuchiwać się popisowym trelom ptaków, a to, by obserwować spacerujące po zmurszałych pniach owady.

Naraz, gdy akurat tkwiła pochylona nad powalonym świerkiem i podążała wzrokiem za mrówkami, usłyszała za sobą niski, wilczy pomruk, który postawił jej włoski na karku.

Wyprostowała się powoli i sięgając po przypięty u paska nóż, ostrożnie odwróciła się w stronę dźwięku. W tej krótkiej chwili przez głowę przeleciało jej wiele myśli. Samotny wilk. Na wiosnę. W słoneczny dzień. Dlaczego?

Początkowo nic nie dostrzegła. Spodziewała się ujrzeć zwierzę, ale w pobliżu nie widać było niebezpieczeństwa. Zaraz jednak zza grubego pnia sosny wychyliła się ciemna, poczochrana głowa, okraszona wielkim uśmiechem.

- Miroh... - Alasa odetchnęła z wyraźną ulgą, widząc młodego karczmarza.

Zaraz też z pobliskich krzaków dobiegł ją pełen samozadowolenia śmiech i z chaszczy wytoczyli się postawny Gaborn, syn owczarza, i szczupły, żylasty Heszko od kowala.

Cała trójka chłopaków pękała z dumy, że tak pięknie nabrali przyszłą opiekunkę.

- O wy szczeniaki! - Alasa pogroziła im palcem, siląc się na surowy ton. - Prawie mi serce gardłem wyskoczyło! Ładnie to tak kobiety po lesie straszyć?

- My?! - Miroh przybrał najniewinniejszą z min, wyłaniając się całkowicie zza drzewa. - A gdzież byśmy śmiali!

- Tam ogromny wilk był! - zapewnił Gaborn. - Nie widziałaś, bośmy go przegonili!

Kobieta spojrzała wymownie w jego pociągłą, nieco trójkątną twarz o wydatnych kościach policzkowych i wąskich, jasnych oczach. Wszyscy trzej byli w tym samym wieku, ale zarost, długie włosy i szerokie barki sprawiały, że owczarz wydawał się starszy od towarzyszy.

- Oj, poczekajcie, opowiem opiekunce, jak sobie żartujecie! - zapowiedziała złowróżbnie Alasa.

- Nie, tylko nie to! - Gaborn, wyższy od Alasy o pół głowy, skulił się w sobie, udając przerażenie. - Wybacz nam, o wielka wieszczko!

Miroh i Heszko z trudem powstrzymali parsknięcie śmiechem. Alasa pokręciła nad nimi głową.

- Gdzie macie Nawka? - zmieniła temat, rozglądając się za czwartym z wioskowych łobuzów.

- We młynie, a gdzie? - wypalił Miroh, biorąc się pod boki. - Idziemy do niego, tylko trochę naokoło.

- Ej! - Heszko trzepnął go dłonią przez plecy. - Z szacunkiem do wieszczki, ty wyskubany wieprzku!

- Wieprzek nie może być wyskubany, ciołku! - odparował natychmiast Miroh.

Alasa zmieszała się, czując się dziwnie mała i osaczona.

- Dobrze, idę w swoją drogę - oznajmiła, ruszając. - Uważajcie na siebie.

- Nam nic nie będzie! - Heszko machnął dłonią lekceważąco. - Ale ty uważaj na tego wilka, cośmy go przegonili!

Odwróciła się, kręcąc głową, i ruszyła w las, a młodzieńcy poszli w stronę wsi, rechocząc i szturchając się wzajemnie. Alasa wiedziała, że aż do młyna będą wspominać jej minę, gdy wzrokiem szukała wilka, i z pewnością opowiedzą całą historię czwartemu z parszywej zgrai.

Szła żwawo, nie zatrzymując się już, by kontemplować piękno stworzenia matki Mokoszy, a w sercu zalęgła jej się nieprzyjemna myśl, że jeśli kiedyś ma zostać opiekunką, to powinna popracować nad umiejętnością zdobywania ludzkiego szacunku. Nieśmiałość i łagodne usposobienie w niczym nie upodabniały jej do twardej, władczej Vendy.

Wiedziała, że jest mądra, ale cóż po mądrości, jeśli ludzie nie zechcą słuchać jej rad?

Westchnęła ciężko, marszcząc rude brwi, i w tym momencie Dola, kierująca tego dnia jej krokami, wyprowadziła ją wprost na mężczyznę, którego radzono jej unikać.

Przepowiednia wygłoszona wiele lat wcześniej przez samą Alasę mówiła, że kiedyś przywróci Irkemu spokój. A potem zamarzną Sine Wody.

Alasa stanęła jak wryta, zaledwie kilka kroków od mężczyzny. Bartnik, odwrócony tyłem, zwijał powoli leziwa, najwyraźniej skończywszy pracę przy wydłubanej wysoko na drzewie barci.

Kobieta zaniemówiła zaskoczona, ale wiedziała, że jest za późno, żeby odwrócić się i uciec. Postanowiła się przywitać, tyle że nie wiedziała jak. Mężczyzna był za młody, by zwracać się do niego jak do starszyzny, ale też za stary, by mówić z nim jak z rówieśnikiem. Dzieliło ich pół pokolenia.

Zawahała się, a moment ten wystarczył, żeby bartnik odwrócił się i zamarł z leziwem w dłoniach. Trwało to jednak tylko chwilę, bo zaraz pomiarkował się i skinął głową na powitanie.

- Witaj - mruknął, nerwowo wzruszając ramionami, jakby koszula gryzła go w kark.

Był szczupły, wręcz wychudzony, a przygarbiona postawa sprawiała, że zdawał się wiecznie chować twarz przed światem. Tak, jak zawsze, i dzisiaj przykrył gęste, ciemne włosy kapeluszem z łyka, o rondzie tak szerokim, że skrywało spojrzenie oczu. Alasa wiedziała, że mają kolor spadziowego miodu.

- Witaj - bąknęła, siląc się na spokój. - Wybacz, zlękłam się, nie spodziewałam się spotkać człowieka.

Pokiwał głową i wrócił do zwijania leziw, gdy naraz rozkaszlał się, kryjąc usta w zagłębieniu łokcia.

- Długo tak kaszlesz? - spytała Alasa odruchowo.

Poruszył ramionami i machnął ręką na odczepnego.

- Nie uciekasz? - skrzywił się pod nosem, ignorując pytanie.

- Ja? - zdziwiła się. - Dlaczego?

- Pozwalają ci ze mną rozmawiać?

Złożył zwinięte skórzane pasy na ziemi i zaczął zbierać drobne narzędzia do sakwy, nie obdarzając kobiety spojrzeniem.

Alasa patrzyła, jak powoli podnosi przedmioty jeden po drugim, i czuła, jakby dzieliła ich ściana, jakby niemożliwym było podejść bliżej.

Zwalczyła w sobie chęć, by pokonać te kilka kroków i udowodnić sobie, że dotknięcie mężczyzny w ramię jest możliwe.

- Nikt nam nie zabrania rozmawiać - odparła zamiast tego.

Irke podrapał się w kark i zacisnął sznur sakwy.

- Ale wolą, żebyśmy trzymali się od siebie z daleka.

Zakaszlał, znów kryjąc twarz w zagłębieniu łokcia. Alasa wykorzystała moment, by zmienić temat.

- Żyją? - Wskazała brodą na drzewo z barcią.

- To była trudna zima dla wszystkich dzieci Mokoszy - odparł Irke, delikatnie rozluźniając się na samą myśl o pszczołach. - Posprzątam, usunę zimowy osyp, zadbam, żeby było im dobrze. To silne istotki, przetrwają. Trzymają się razem.

Alasa wyczuła w ostatnim zdaniu nutkę żalu, a może wręcz jawny wyrzut?

- Lepiej idź, bo jeszcze ktoś cię ze mną zobaczy - poradził mężczyzna cierpko. - Oni myślą, że jeśli porozmawiamy, wokół z miejsca zaroi się od wilkarów.

Parsknął kpiąco, znów nerwowo wzruszając ramionami, jakby coś nieustannie łaskotało go w kark.

Alasa przyglądała mu się z mieszaniną smutku i zaciekawienia.

- Przecież my nie wezwiemy wilkarów - odparła cicho. - Żadne z nas nie ma takiej mocy.

Uniósł głowę i pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w kobiece oczy.

- Ja to wiem - powiedział z lekkim uśmiechem. - My tylko odmierzamy czas do ich powrotu. A czasu nawet opiekunka nie powstrzyma.

Rozdział 2

Powiedz mi

- Hej, co się gapisz?! - Ironiczny uśmiech Nawko wyrósł tuż przed oczami Miroha, przesłaniając młodemu karczmarzowi widok.

- Zamyśliłem się - burknął niewyraźnie, natychmiast odwracając wzrok.

Nawko obejrzał się za siebie, na siedzące pod ścianą młyna dziewczęta. Olana drażniła długim źdźbłem trawy leżącego u jej bosych stóp kota, a Sosenka chichotała ubawiona zaciętością, z jaką zwierzak polował na zabawkę.

Ciepłe, wiosenne słońce igrało w niemal białych warkoczach Olany, a jej cichy śmiech niósł się po podwórzu aż do miejsca, gdzie czwórka młodzieńców współzawodniczyła w rzucaniu nożem do wyrysowanego na drzwiach sąsieku celu.

- Gdzie się gapisz? Twoja kolej. - Nawko niemalże wepchnął noże w dłoń karczmarza.

Miroh niechętnie odwrócił się w stronę celu.

- A tobie co do tego, gdzie się gapię? - mruknął zniesmaczony, pochylając głowę i mierząc nożem.

Młynarczyk założył ramiona na piersi, stając w szerokim rozkroku. Przydługa, lekko skręcająca się czupryna opadała mu na oczy niesfornymi kosmykami, spod których zadziornie spoglądały niebieskie oczy.

- Ona jest mi jak siostra - oświadczył.

Miroh prychnął i rzucił nożem, trafiając blisko środka.

- A ja jestem...

- Łobuz i łajza! - Gaborn wszedł mu w słowo i zarechotał z satysfakcją.

- Żebyś wiedział! - wypalił Nawko. - Ja was znam!

- Jakie "was"? Ja nawet słowa nie powiedziałem! - oburzył się stojący z boku kowal Heszko.

- Nas?! A tyś jest inny? - Gaborn przestał się śmiać, a potem łypnął na Olanę i znów na młynarczyka. - Ty, Nawko, a może ona ci się podoba?

Młynarczyk ofuknął go z wyższością.

- Trafiłeś jak plewy przez sito - burknął. - Owce ci się na łeb rzuciły? Olka jest śliczna i ma miękkie serce, więc ktoś musi zadbać, żeby jej jakiś bezmyślny latawiec nie skrzywdził.

Miroh wypuścił z ręki trzeci nóż, trafiając słabiej, bliżej krawędzi okręgu, i podszedł wyciągnąć ostrza z deski, powstrzymując się od udziału w dyskusji. Gaborn, wielki i głośny, zawsze mieszał się do przepychanek, bezwiednie dając innym możliwość usunięcia się w cień.

Miroh podał owczarzowi noże i odstąpił dwa kroki, by nie dostać zabłąkanym ostrzem.

- O jaki szlachetny woj! - Gaborn ustawił się do rzutu, wciąż kpiąc z młynarczyka. - Nie wiedziałem, żeśmy są tacy niebezpieczni dla dziewczęcych serduszek.

- Niebezpieczni głupotą - skwitował butnie Nawko. - Tyś jest czarna owca, Heszko zwiotczały miech, a Miroh pusty dzban po piwie.

- Z tobą do kompanii, niewymłócony snopku! - ubawił się Gaborn, rzucając pierwszym nożem.

Trafił w sam środek i triumfalnie uniósł ramiona.

- Sława czarnej owcy! - ryknął, aż Olana i Sosenka spojrzały w ich kierunku. - Olka, widziałaś, jakim zręczny?

Dziewczyna uśmiechnęła się i pokiwała głową, choć tak naprawdę nie patrzyła na ich popisy. Gaborna niespecjalnie to bolało, bo nie próbował zrobić na niej wrażenia, a jedynie podrażnić młynarczyka, co mu się zresztą udało. Nawko chwycił go za uniesione ramię i siłą opuścił je w dół.

- Dość, baranie! - warknął. - Masz jeszcze dwa rzuty.

- A co ty mnie tu łapiesz, snopku? - obruszył się Gaborn. - Mam cię cepem omłócić?

- Boś ty cep kiedy w ręce miał, owczy bobku! - odciął się Nawko i zaczepnie pchnął juhasa w pierś. - No, próbuj szczęścia!

Gaborn roześmiał się tubalnie, szczerze rozbawiony wojowniczym nastrojem towarzysza, podał trzymane w dłoni noże Heszkowi, a sekundę później rzucił się w stronę młynarza. Nawko uskoczył, ale nie dość szybko. Owczarz chwycił go wpół i powalił na ziemię, rozpoczynając długie zapasy, pełne jęków, powarkiwań i przekleństw z obu stron.

Od jakiegoś czasu, Venda siedziała na ławce tuż przy wejściu do chaty młynarzy po drugiej stronie podwórza i obserwowała przepychanki młodzieńców spod czoła. Ciemna, wełniana sukienka, podkreślała bladość cery zielarki i głębokie cienie pod oczami.

Jada wynurzyła się z chaty, wycierając dłonie w zapaskę. Wzrokiem przywódczyni stada omiotła podwórze i bawiącą się młodzież, a potem przysiadła ciężko obok przyjaciółki.

- Rosną jak młode dęby, prawda? - Przesłoniła dłonią oczy, by pod słońce spojrzeć na chłopców.

Rozbawiony Gaborn niemalże siedział na Nawku, który wił się wściekle i nie dawał za wygraną. Wokół nich skakał Heszko i aż go roznosiło od środka, żeby jakoś włączyć się do zapasów. Tylko Miroh niby śmiał się, a jednak zerkał wciąż w kierunku dziewcząt i kota.

- Prawda - Venda rozpogodziła się nieco. - Piękni chłopcy. Lubię na nich patrzeć, mają w sobie tyle swobody a tak mało zgorzknienia.

Heszko nie wytrzymał i z wrzaskiem rzucił się na Gaborna, przydusił go ramieniem i odciągnął od młynarczyka. Gaborn ryknął wściekle, a chwilę później miał już na sobie obu przeciwników i teraz to on tarzał się po podwórzu, usiłując zrzucić ich z siebie.

- To prawda, stare byki, a wciąż pstro im w głowie - burknęła niby to zgryźliwie Jada.

Zielarka zasępiła się niespodziewanie.

- Czy my też takie byłyśmy?

- Ja na pewno, ale ty, to nie wiem... - wypaliła młynarka i roześmiała się cicho. - Ty byłaś raczej z tych do bólu rozsądnych.

Venda skrzywiła się nieznacznie.

- Dlatego związałam się z ostatnim żyjącym wilkarem... - zakpiła. - Wiesz, niejednemu z tych młodych wydaje się, że są niezwykle rozsądni, a pewnie nawet mądrzejsi od nas, starych, i między swymi uchodzą za uosobienie powagi, tylko my dostrzegamy, ile w nich jest jeszcze niewinności i błogiego braku blizn na duchu.

Jada zgodziła się z nią z uśmiechem. Jako matka wiedziała, że młodzieńczy brak wiedzy, doświadczeń i przekonanie o własnej mądrości potrafią doprowadzać starszych do szaleństwa, jednak w tej chwili pozwoliła Vendzie na chwilę bezkrytycznego uwielbienia młodości i powstrzymała się przed komentarzem.

Opiekunka dumała nad czymś w milczeniu, aż wreszcie przyznała cicho:

- Brakuje mi dzieci w obejściu. U mnie tylko praca, półmrok, choroby i potwory... Tak przyjemnie byłoby słyszeć codziennie młode głosy w chacie, śmiech i beztroskę zamiast wiszącego nad wszystkim, co robię, widma przepowiedni, koszmaru i śmierci.

Jadzie zrobiło się żal przyjaciółki. Odruchowo poszukała wzrokiem Olany, żeby upewnić się, że jest blisko i nic jej nie zagraża. Dziewczyna droczyła się z kotem, który przewróciwszy się na plecy, skulił uszy po sobie i zamiatając wściekle ogonem, czekał, aż dłoń Olany spróbuje znów dotknąć jego brzucha.

- Nie wyobrażam sobie nawet, jak musi ci być ciężko. - Jada pogłaskała opiekunkę po ramieniu. - Zachodź do nas za każdym razem, kiedy sobie będziesz chciała popatrzeć na dzieci!

Zaśmiała się krótko. Venda odwróciła się, wymuszając uśmiech, choć w oczach wciąż miała żal i głód, którego nie mogło zaspokoić żadne jadło czy napitek.

- O Rodzie, kasza! - przypomniało się Jadzie i pędem rzuciła się do chaty.

Po chwili z wnętrza domostwa dobiegły opiekunkę wściekłe narzekania na przypalony posiłek.

Venda uśmiechnęła się pod nosem, oparła łokcie na kolanach, a brodę złożyła na pięściach i trwała tak chwilę, napawając się ciepłem wiosennego dnia i wypełniającymi młynarskie podwórko odgłosami. Jedna z kur gdakaniem ogłaszała zniesienie jaja, świnie pochrumkiwały, ryjąc ziemię pod płotem, Olana i Sosenka chichotały, rozbawione wściekłością kota, który chyba nie mógł się zdecydować, czy świetnie się bawi, czy ma ochotę pochlastać dziewczęcą dłoń na plasterki. Chłopcy śmiali się i kpili z siebie wzajemnie, zakończywszy zapasy.

W tle skrzypiał młyn, a Jada stukała drewnianą łyżką, usiłując pozbyć się nadmiaru oklejającej ją kaszy.

Venda napawała się spokojem i normalnością takiego życia.

Naraz w uchylonej bramie podwórza pojawił się DaWern. Wsunął głowę, a potem wszedł, zamykając za sobą odrzwia.

Młodzież zamilkła, a zielarka westchnęła głęboko, wstając.

Kilka dni później rozpętała się nocna burza. Była gwałtowna i straszniejsza niż jej letnie siostry. Grzmiała i huczała, jakby sam Perun próbował zbudzić matkę Mokosz z zimowego snu, chłoszcząc ziemię lodowatym deszczem i szturchając błyskawicami.

Boskie czułości budziły w ludziach grozę, wzmaganą ciemnością i wyjącym w otworach strzech wiatrem. Ucichły dopiero nad ranem. Odchodząc, długo jeszcze pobrzmiewały z oddali pomrukami gromów.

Niedługo miał nadejść świt i czerń przechodziła w granat, a z mroku wyłaniały się w odcieniach szarości zarysy przemoczonych strzech, poszarpanych wichrem drzew i płotów. Górskie potoki spływały ze zboczy w miejscach, gdzie jeszcze wczoraj nikt by się ich nie spodziewał, kładły odrastającą po zimie trawę, żłobiły bruzdy w rozmiękłej ziemi, przenosiły z miejsca na miejsce odłamki skał. Dwa największe potoki toczyły wzburzone wody ku jezioru, rozbuchane zasilającymi je zewsząd wodami, brunatne wszystkim, co porwały tej nocy w swe oszalałe objęcia. Jeden z nich pienił się i wirował, przenosząc wyrwaną z korzeniami sosnę aż pod młyn, gdzie spiętrzona woda tworzyła nieduży staw, a teraz, wychodząc z koryta, rozlewała się w stronę lasu. Strumień wściekle walnął konarem w wysoką zastawkę, która odcinała dopływ wody na koło młyńskie, chroniąc je przed zniszczeniem przez żywioł.

Coś na kształt srebrzystej strzały błysnęło wśród chmur i z sykiem spadło wprost w wodę, niemalże trafiając w przywleczony konar. Chwilę potem nad powierzchnię wyskoczył chwytający oddech chmurnik o srebrnych włosach. Zakaszlał, przeklął pod nosem i wygramolił się z kipiącej wody na stronę młyna. Stanął przy zastawce na młynówce i podparł się pod boki zafrasowany, podczas gdy po jego żylastym, nagim ciele wciąż prześlizgiwały się drobniutkie, syczące błyski.

Potężne drzewo stanęło w poprzek rozlewiska, korzeniami zapierając się o zastawkę. Chmurnik uklęknął, chwycił za najbliższą odnogę i odepchnął drzewo ku środkowi rozlewiska tak lekko, jakby to była spróchniała gałązka. Główny nurt strumienia pochwycił sosnę i zabrał ją ze sobą, choć opierała się, co rusz hacząc o dno i kamienie.

Tymczasem Lendav odszedł wzdłuż młynówki w stronę koła, przebiegł po wąskiej kładce nad mechanizmem i pchnął niewielkie drzwiczki do młyna, a wszedłszy do środka, zaryglował je za sobą. Przemknął obok układu sit i wyciągnął ukryte odzienie zza worków z ziarnem. Przez niewielki magazyn wydostał się na podwórze młynarskiej zagrody i ocierając przedramieniem kapiącą z włosów wodę, ruszył dziarsko ku chacie.

Deszcz wciąż padał, ale jego szum zdawał się uspokajać - niczym słowa ukojenia szeptane przez matkę wprost do ucha rozbudzonego złym snem dziecka.

Granat przechodzący w szarość pobłyskiwał różem, zwiastując rychły świt.

Lendav biegł przez podwórze, a każdy jego krok rozbrzmiewał głośnym mlaśnięciem w ciszy brzasku.

Naraz mężczyzna się zatrzymał.

- Na Welesa! Prawie z ciała wyskoczyłem! - Odetchnął z ulgą, łapiąc się za pierś. - Co tu robisz, córko moja jedyna?

Domyślał się, wręcz wiedział, ale ludzkie reakcje weszły mu w krew.

Olana stała kilka kroków od wejścia do chaty, mokra od deszczu i łez.

- Tatku... - Pociągnęła nosem, a głos jej się załamał. - Ja nie wiem, co się dzieje ze mną.

- Co takiego? - zapytał z troską, podchodząc bliżej.

- Nie mogłam spać. Słyszałam burzę i tak bardzo, bardzo chciałam biec! Nie wiem dokąd! A potem...

Rozpłakała się, kryjąc twarz w dłoniach.

- Oleńko, spokojnie, wszystko jest w porządku. - Lendav przytulił córkę do piersi.

- Nie! - Odsunęła się, wciąż nie opuszczając dłoni, jakby stworzona z nich tarcza była jedynym, co pozwalało jej zachować odwagę i mówić. - Tatku, ja jestem potworem albo umieram, choruję, sama nie wiem, ale coś jest ze mną nie tak. Bo ja... bo mi coś... wyrosło...

- Skrzydła, tak? - Lendav przerwał jej męczarnie.

Zamarła, opuściła ręce, spoglądając na ojca z półotwartymi ustami.

Nim wydukała oczywiste pytanie, skąd to wie, srebrnowłosy młynarz ściągnął z pleców koszulę i uniósł ramiona na boki. Błoniaste skrzydła z wolna wchłaniały się w ciało, wciąż doskonale widoczne nawet w szarym świetle brzasku.

- Nie zapytałaś, co tu robię o tej porze. - Łobuzerski uśmiech przemknął chmurnikowi przez usta. - Mówiłem, że jesteśmy tacy sami.

- Przyjdę jutro do wsi - oznajmiła Venda, żegnając wychodzącą z jej chaty uczennicę.

Dziewczyna skinęła, zatrzymała się tuż za progiem i wstrząśnięta dreszczem chłodu, szczelniej otuliła się chustą, czekając dalszych słów opiekunki.

- Chcę zajrzeć do Milisy - ciągnęła dalej zielarka zgodnie z przewidywaniem Alasy. - Myślę, że z jej nogą już w porządku, ale wolę sprawdzić, bo ona jest z tych, co to się sami o siebie nie zatroszczą. No i może przy okazji zdybię Miroha, to go trochę naprostuję, żeby dbał o karmicielkę. Łobuz. Cwany łobuz...

Lekki uśmiech zabłąkał się na usta opiekunki, gdy wspomniała chłopaka. Oparła się ramieniem o drzwi, a Alasa czekała, pewna, że gdzieś na końcu dowie się, po co mistrzyni jej o tym opowiada. Robiło się coraz później i niedługo miał nadejść zmierzch, a wtedy młoda wieszczka wolałaby być już wewnątrz okalającej wieś palisady.

Venda nawet nie zauważyła jej delikatnego zniecierpliwienia.

- Przyjdę po ciebie, jak skończę - dobiła myślą do brzegu. - Pójdziemy do kowali, obejrzymy starego Zdamira.

Prawie udało jej się nie skrzywić, wymawiając to imię.

Alasa przytaknęła ruchem głowy i pożegnawszy się, czmychnęła w stronę furtki.

Kilka kroków w dół ścieżki dalej w szarzejącym świetle zamajaczył zarys postaci, której nie dało się pomylić z nikim innym.

- Witajcie! - Dziewczyna skinęła grzecznie.

- I najwyraźniej żegnajcie - odparł wilkar. - Venda przetrzymała cię dziś za długo - stwierdził.

Alasa nie śmiała narzekać na mistrzynię, ale rzeczywiście zmrok zapadał szybko, a ona powinna już dawno być w chacie.

- Odprowadzę cię - oznajmił mężczyzna. - No, chodź!

Dziewczyna ruszyła posłusznie za nim. I nagle poczuła znajomy ucisk w skroniach, ból głowy przesłonił wszystko czerwoną mgłą i usłyszała głos, który wydobywał się z jej własnych ust, lecz należał do kogoś znacznie potężniejszego:

- Nadchodzi czas wyboru, wilku.

DaWern odwrócił się ku niej zaskoczony, ale zaraz skrzywił się z irytacją.

Alasa poczuła, że ból mija tak szybko, jak się pojawił. Mgła zniknęła i w zapadających ciemnościach zobaczyła przed sobą ponurą twarz wilkookiego.

- Przepraszam - wydukała, ocierając krew cieknącą z nosa.

DaWern wpatrywał się w nią przez chwilę.

- Nie dziwię się, że trudno ci znaleźć mężczyznę - stwierdził niespodziewanie. - Chodź.

Milczeli aż do miejsca, gdzie schodząca od chaty zielarki ścieżka połączyła się z tą biegnącą od młyna. Ruszyli nią w stronę palisady.

- Czemu wszyscy bogowie tak pragną słów? - mruknął DaWern w zadumie. - Obie strony mnie potrzebują, obie chcą wykorzystać i każda mi grozi.

Alasa patrzyła na niego ogromnymi oczami, nie wiedząc, co powiedzieć. Z niepokojem rozejrzała się wokół, bojąc się, że zobaczy wśród drzew białego wilka.

DaWern łypnął na kobietę z ukosa.

- Jesteś wieszczką, więc tak jak ja wiesz, że bogowie istnieją, i widzę, że napawają cię lękiem. Wiedza to nie jest wiara, a strach to nie szacunek.

- Boję się, bo potęga bogów mnie onieśmiela, ale wierzę w ich dobro - próbowała wytłumaczyć, choć czuła się niepewnie, jak przyparta do ściany.

DaWern posłał jej pogardliwe spojrzenie.

- W swej nieskończonej dobroci bogowie zniszczyli ci życie. Żaden chłop nie chciałby zobaczyć tych czarnych oczu, tarzając się z babą na posłaniu.

Speszyła się, odwróciła twarz.

- Wierzę w to, że będą nas chronić.

Wilkooki parsknął kpiąco.

- Bogowie toczą sobie grę naszym kosztem i mogą mnie cmoknąć pod ogonem. Na twoim miejscu wierzyłbym raczej w Vendę.

Alasę przerażały jego słowa. Czuła, że powinna uciekać od niego jak najdalej, by nie narażać się na gniew bogów.

- Mogą cię zabić w każdej chwili - wyszeptała przerażona.

- Mogą - przyznał z krzywym uśmiechem. - Ale ja już byłem martwy. Jedna ich przepowiednia już mnie zabiła.

Nie do końca wiedziała, co chciał przez to powiedzieć.

Palisada wyłaniała się z mroku.

- Czyli nie wierzysz w nic? - spytała cicho. - To musi być okropne, współczuję ci.

- Niepotrzebnie - wyszczerzył się rozbawiony. - Wierzę w ostre kły, pazury i silne łapy.

- Ale kiedy przyjdzie czas, będziesz musiał stanąć po jednej ze stron, albo bóg i stado, albo...

- Już dawno wybrałem stronę - wszedł jej w słowo. - Nie muszę używać słów, by było to jasne. Stado wie.

Zatrzymał się przy zgaszonej pochodni, wetkniętej w stary słup - pozostałości po czasach sprzed budowy palisady.

Alasa zatrzymała się również, zagubiona i zdezorientowana całą tą rozmową,

- Co to znaczy? - Zmarszczyła rude brwi.

Wilkar uśmiechnął się kpiąco, zbierając się do odejścia.

- Stado wie, a ty nie jesteś moim stadem. Jesteś szpiegiem swoich bogów.

Zniknął w mroku, zostawiając ją samą.

Alasa poczuła się nagle bardzo samotna w ciemnościach. Popchnęła furtkę w bramie, błagając w myślach, by nie była jeszcze zamknięta. Szczęśliwie drzwiczki ustąpiły pod naciskiem, lecz niemal natychmiast napotkały na opór, a dziewczyna boleśnie stuknęła czołem w drewno.

Z drugiej strony również usłyszała stłumiony jęk.

Furtka otworzyła się i przed oczami Alasy stanął niedźwiedź z pochodnią w dłoni, który przy lepszym przyjrzeniu się przestał być niedźwiedziem.

- Przepraszam, panie Tinne! - Alasa chciała jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznych objęciach wioski, jednak zażywny starzec tkwił w miejscu, masował się po obolałym czole i zasłaniał sobą całe wejście.

- Aleś mi przywaliła, dziewczyno! - huknął dziarsko i roześmiał się głośno. - Taka drobinka, a tyle ma siły!

Młoda zielarka uśmiechnęła się grzecznie. Do drobinki było jej daleko, ale jeśli się porównuje kobietę z niedźwiedziem...

- Nie chciałam - powiedziała, rozważając jednocześnie możliwość przepchnięcia się do osady szparą między drzwiami a trzymaną przez mężczyznę pochodnią. Nie było szans.

- Od opiekunki wracasz pewnie - gadał w najlepsze chłop. - A ja właśnie idę zapalić pochodnię za bramą, bo to wiesz, ty się ciemności nie boisz, ale inni tak. Jak by tak na przykład szli od młyna albo co. Nie wiem, po co by mieli chodzić w środku nocy, no ale gdyby im przyszło leźć po ćmoku, to pewnie byłoby lepiej, gdyby widzieli światło. Ono się co prawda całą noc palić nie będzie, ale zawsze to coś. Ogień ma moc! Dawniej tylko pochodnie wieś chroniły więc...

- Ojciec, już dość! - Zza pleców Tinnego wyłonił się jego zięć, Orka. - Przecież ona pamięta, jak nie było palisady, jest starsza ode mnie! Przesunąłbyś się lepiej, bo baba plecami do mroku stoi i zaraz się posra ze strachu! Zobacz na nią!

Alasa nie wiedziała, czy poczuła się bardziej speszona, czy wdzięczna, skorzystała jednak skrzętnie z okazji i wślizgnęła się do osady.

Orka, najmłodszy brat Lusego, jedyny z synów Warneja, który dożył, by pomóc w budowie palisady wokół wsi, ożenił się z młodszą córką Tinnego, Heliczką, i miał z nią dwóch synów, których dziadek uwielbiał bez opamiętania. Jako że to rodzina starszej Misławki mieszkała z ojcami, Orka i Heliczka wprowadzili się do chaty opuszczonej przez Atrę. Wszak od lat należała do rodziny chłopaka - najpierw do jego wujów, potem do brata, Lusego. Po wybudowaniu palisady chata ta znalazła się tuż przy ścianie, zamontowano w niej więc krowi dzwonek, którego sznur ciągnął się aż na zewnątrz, za furtkę w bramie. W ten sposób Venda lub młynarze mogli dzwonić i w razie potrzeby poprosić o wpuszczenie do osady, a rodzinie Orki doszedł nowy obowiązek i odpowiedzialność.

- Dobrze! - Orka gestem zachęcił teścia do wyjścia za furtkę. - To niech ojciec zapala, a ja tu popatrzę, żeby co ojca nie zeżarło.

- Jak idę ze światłem, to nic mnie nie tknie - odparł Tinne, żwawo ruszając w mrok.

- Yhm - mruknął młodszy, znacząco wywracając oczami ku Alasie. - Sam ogień nie wystarczy przeciw stworom, prawda przyszła opiekunko?

Kobieta zamrugała niepewnie i przytaknęła skinieniem.

- Cieszę się ogromnie - dobiegło ich zza bramy - że przynajmniej nowego syna mam mądrzejszego niż rodzonego.

- O-ho... - mruknął Orka i przetarł dłonią twarz, spodziewając się, co teraz nastąpi.

- Młodzi w potwory nie chcą wierzyć - ciągnął tymczasem Tinne. - Mój synek też takim mądralą był i skończył marnie.

- Tak, wiemy! - Orka wywracał oczami, jakby cierpiał za miliony. - Wszyscy wiemy, jak skończył Winne. Jeszcze chwila i nam ojciec o leszym zacznie opowiadać!

- Co?! - Ogromna postać Tinnego pojawiła się w furtce, już bez pochodni w ręce, za to z nastroszonymi gniewnie brwiami. - Ja nigdy o leszym nie opowiadam! Nie jestem starym dziadem, co tylko o jednym plecie!

- Oczywista sprawa. - Orka położył dłoń na skoblu, czekając, aż teść wpakuje do wsi całą swą niedźwiedziopodobną osobę.

- Ale fakt, że to on Winnego ukarał. - Staruszek nie mógł nie dodać tego ważnego szczegółu. - I dziadka mojego też on maczugą zabił, gdy tatko małym chłopcem był.

- No - skwitował Orka. - Widać coś go wkurwiacie. Niech już ojciec wchodzi, bo chcę zamykać.

Alasie więdły uszy od przekleństw, które zamieszkały w ustach Orki, gdy był jeszcze podlotkiem, i stały się tak naturalne, że nawet nie zauważał ich istnienia.

- To ja już pójdę! - Młoda zielarka machnęła dłonią na pożegnanie. - Spokojnej nocy!

- Spokojnej! - odparli zgodnie.

Gdy odchodziła, słyszała za sobą skrzypienie zamykanej furtki, stuk skobla i kilkukrotnie przebijające się przez rozmowę imię leszego.

W ciągu kilkunastu lat, które Wiljo spędziła w ludzkim ciele, wiła pozwalała, by to ciało poddawało się upływowi czasu. Wiedziała, że gdy odzyska skrzydła i wróci do swych sióstr znad jeziora, zmarszczki wokół ust i oczu znikną, tak samo jak siwe pasemka w kruczoczarnych włosach, blaknące z roku na rok oczy ponownie rozświetli blask, skóra stanie się jędrna, a ciało młode i idealnie piękne. Podczas gdy inne kobiety w dolinie musiały godzić się z przychodzącą zawsze zbyt wcześnie starością, dla wiły była ona jedynie przejściową niedogodnością, po której niechybnie miała znów wrócić uroda i nieśmiertelność. Mimo to wiła martwiła się upływem czasu. Z roku na rok Kostjan coraz szybciej siwiał i wolniej się ruszał, narzekał na bóle w plecach, które sprawiły, że zaczął się garbić. Wciąż świetnie radził sobie z gospodarką, lecz coraz częściej przebąkiwał, że przydałby mu się młody chłop do pomocy. Ktoś, komu z chęcią oddałby pierwszeństwo w polu. Ktoś, komu z chęcią oddałby córkę za żonę.

Niestety nawet rodzice zdawali sobie sprawę z tego, że najlepszy czas Alasy, jeśli kiedykolwiek taki w ogóle istniał, należał już do przeszłości. O ile kusiło czasem ojców, by wżenić syna w gospodarkę najlepszego chłopa we wsi, o tyle żaden ostatecznie nie zdecydował się pchnąć dzieciaka w ramiona brzydkiej, dziwnej wieszczki, która zostać miała kiedyś następną po Vendzie opiekunką. Rówieśnicy Alasy dawno się pożenili i w większości zdążyli się dorobić potomków, a ruda wieszczka została sama.

Wiljo martwiła się zarówno starością męża, jak i smutnym losem córki. Wymiatając kurz i resztki słomy z chaty, stanęła na wysokim progu z wierzbową miotłą w dłoniach i zatopiona w niewesołych myślach powiodła wzrokiem za Alasą, która z nosidłem na ramionach zmierzała właśnie ku wiejskiej studni.

Chata Kostjanów stała w samym sercu wsi, nieopodal źródła wody, przy którym codziennie spotykano się, by uzupełnić zapasy, a przy okazji zamienić kilka słów z sąsiadami. Te kilka słów często zmieniało się w długie, pełne plotek rozmowy. Alasa nigdy w nich nie uczestniczyła, nie miała bowiem w dolinie przyjaciół, a ci, którzy do niej zagadywali, robili to z czystej grzeczności bądź z zaciekawienia plotkami o opiekunce.

- Co tam u Vendy? - zagadnął Kiromir, syn bacy Grzysława, kiedy już wymienili zwyczajowe powitania z nowoprzybyłą.

Stał u studni wraz z Orką i młynarzem Sadkiem, widać wykorzystując moment przybycia młynarza do wsi na męskie pogaduchy, co można było wywnioskować z faktu, że mimo dawno napełnionych wiader z wodą ani Orka, ani Kiromir nie zabierali się do odejścia, wygodnie rozparci o cembrowinę. Sadko zaś postawił na ziemi drewniany tragac i również nie wyglądał, jakby mu się gdziekolwiek spieszyło.

- Wszystko dobrze - odpowiedziała na pytanie Alasa, jednocześnie spuszczając wiadro do studni. Miała nadzieję, że to wystarczy juhasowi, jednak ten ciągnął dalej:

- Gotowa do redyku?

Dziewczyna skinęła, zaglądając do studni, i dopiero gdy wiadro uderzyło w taflę wody, odpowiedziała:

- Tak, wszystkie zioła zebrałyśmy. Z panem Grzysławem też wszystko dogadane, jak co roku.

Wiedziała, że jako syn starego owczarza musiał być tego świadomy. Nie przepadała za gadaniem dla samego gadania.

Z drugiej strony cembrowiny do studni podszedł Irke, a dziewczyna zerknęła na niego, natychmiast czując, że się czerwieni. Mężczyzna, jak zawsze zgarbiony, w słomkowym kapeluszu nasuniętym głęboko na czoło, spojrzeniem starał się nie zahaczyć o nikogo z sąsiadów, nerwowością ruchów przepraszając niemal za swoje istnienie.

Trzej gawędzący gospodarze zerknęli tylko na niego, ale że nie przywitał się z nikim, oni również nie zamierzali się do niego odzywać, jedynie Sadko poczuł się w obowiązku wydukać coś do dawnego przyjaciela z młodych lat. Potem, ku radości Alasy, wrócili do przerwanej przyjściem dziewczyny rozmowy, zostawiając ją swojej robocie.

Gdy wyciągała wiadro ze studni, Irke stał spokojnie z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Raz po raz pokasływał cicho, aż w końcu, gdy Alasa przelewała już wodę do swojego wiadra, nie mogąc dłużej tłumić szarpania w piersi, rozkaszlał się głośno.

Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na niego ostrożnie.

- Kaszel nie ustaje? - spytała, opuszczając przywiązane do sznura wiadro na powrót do studni.

Irke łypnął na nią szybko i ostrożnie.

- Jest lepiej - odparł, odwracając się od niej nieznacznie.

Wiadro uderzyło w wodę i zatonęło.

- Z tego, co słyszę, to raczej gorzej. - Alasa zaczęła wybierać linę. - Leczysz to jakoś?

Posłał jej zmęczone spojrzenie.

- Nie rozmawiajmy. Ludzie się gapią.

Alasa odruchowo zerknęła na boki. Rzeczywiście sąsiedzi przyglądali się im, jedni ukradkiem, inni całkiem otwarcie, z zaciekawieniem lub z niepokojem.

- Jesteś chory. - Alasa odruchowo ściszyła głos, za co zrugała samą siebie w myślach, i głośniej już dodała: - Przecież jestem od tego, żeby pomagać chorym.

Próbowała naśladować ton głosu i postawę swojej mistrzyni i prawie udawało jej się oszukać samą siebie, że nie przejmuje się trzema mężczyznami, którzy zamilkli, najwyraźniej zainteresowani jej rozmową z bartnikiem.

- Kończ, proszę. - Irke zignorował ją, ruchem brody wskazując na pełne wiadro, które właśnie wyciągnęła ze studni i ze stukotem postawiła na cembrowinie.

Usiłując zachować zimną krew i nie zwracać uwagi na szybkie bicie serca, wywołane świadomością bycia w centrum uwagi, Alasa przelała wodę, ochlapując sobie przy okazji stopy.

- Może chociaż przyniosę ci ziół - zaproponowała, wyciągając ku mężczyźnie puste wiadro.

- Nie chcę - warknął. - Dam sobie radę.

- Ale ten kaszel nie brzmi dobrze, a ja naprawdę mogę pomóc.

Wyszarpnął wiadro z jej dłoni.

- Wierzę, ale nie chcę pomocy. Szczególnie od ciebie.

Alasa otworzyła usta. Zamknęła je. Rozejrzała się zmieszana. Ludzie patrzyli na nich, choć część udawała, że tego nie robi.

Dziewczyna zrezygnowała. Schyliła się, weszła pod nosidło, oparła je mocno na ramionach i bez słowa ruszyła ku chacie rodziców.

Irke wrzucił wiadro z liną do studni, pochylił głowę, a gdy kraj kapelusza ukrył jego oczy przed wzrokiem niepożądanych ludzi, odważył się przelotnie spojrzeć za odchodzącą dziewczyną.

Alasa zaś wróciła do chaty i do codziennych obowiązków, ale humor, jak się zepsuł, tak nie mógł się jej poprawić. Czuła się bezsilna, a ta bezsilność wprawiała ją w złość, której nie dawała ujścia, nie chcąc wyładowywać się na rodzicach.

Po skończeniu prac domowych, jak niemalże codziennie, podążyła za palisadę, ścieżką w górę, ku chacie opiekunki.

Furtka stała otworem, tak jak i drzwi do chaty. Wiosenny wietrzyk szumiał w sosnach i świerkach, które zwieszały gałęzie ponad wiklinowym ogrodzeniem gospodarstwa, jakby las próbował cichcem zagarnąć je dla siebie.

Alasa odruchowo rozejrzała się za wilkarem, ale nie było go na podwórzu. Swą mistrzynię zastała w ogródku.

- Dobrze, że jesteś. - Venda przywitała uczennicę z ulgą. - Tak mnie dziś łokieć boli. Czy pomogłabyś starej babie i przyniosła wiadro wody ze strumienia? Moja psinka jak rano wybyła, tak jej nie ma - zakończyła z przekąsem.

Alasa ukryła uśmiech, a w następnej chwili niemalże zachichotała na głos, gdy Venda zdała sobie sprawę, co powiedziała, i zmieszała się tym odkryciem.

- Powiedziałam to na głos... - mruknęła. - Na Welesa, starzeję się. Oczywiście chodziło mi o mojego straszliwego wilkara.

Alasa uprzejmie nie podjęła tematu.

- Przyniosę wodę - powiedziała zamiast tego.

Wiedziała, gdzie znajdzie wiadro. W obejściu zielarki znała na pamięć każdy kąt, każde wybrzuszenie w klepisku i drzazgę w ścianie obórki, choć jednocześnie zawsze czuła, że jest tu gościem.

Zbiegła przez las ścieżką na tyłach gospodarstwa, zaczerpnęła wody ze strumienia i przyniosła do ogródka, zmęczywszy się drogą powrotną w górę zbocza.

Venda nie czekała z założonymi rękami, w tym czasie kończąc wysiewanie ziół i doglądając wieloletnich bylin.

- Wrotycz mocno już odbił - stwierdziła zadowolona, widząc nadchodzącą dziewczynę. - Nie wiem, jak będzie z dziurawcem. Ten, co go przyniosłam na jesieni z pól, chyba się nie przyjął. Trudno, nazbieramy na halach.

Sięgnęła po wiadro i aż syknęła z bólu.

- Ach, draństwo... - Skrzywiła się. - Cholerny łokieć.

- Ja to zrobię. - Pospieszyła z pomocą Alasa.

Opiekunka nie protestowała. Odsunęła się odrobinę, by zrobić miejsce uczennicy, a potem obserwowała, jak nawadnia ziemię kawałek po kawałku.

- Coś ty dzisiaj taka zamyślona, Alaso? Co cię gryzie?

Venda bezbłędnie odczytywała nastroje dziewczyny. Widywały się niemalże codziennie od kilku dobrych wiosen.

Alasa mogła skłamać, mogła się wykręcić, albo odpowiedzieć cokolwiek, jednak miała już dość trzymania swoich przemyśleń i obaw dla siebie.

- Spotkałam dziś Irkego - powiedziała spokojnie. - Nie chce ze mną rozmawiać, bo ludzie się gapią. Zastraszyli go, bał się mnie nawet w lesie. Oczywiście spotkałam go tam przypadkiem, nie że chodzę za nim czy coś... - speszyła się i zakończyła tonem zbuntowanego dziecka: - To głupie uważać, że wilkarzy wrócą dlatego, że zagadamy do siebie przy studni.

Venda przytaknęła skinieniem.

- Ludzie się boją. Wolą dmuchać na zimne.

- To nie ma sensu. - Alasa pokręciła rudą głową. - Zamienienie kilku zdań to nie to samo, co wypełnienie przepowiedni!

- Masz rację.

- Od tego Sine Wody nie zamarzną.

- Mam taką nadzieję. - W oczach opiekunki błysnęło rozbawienie. - A masz jakiś konkretny powód do rozmów z Irke, czy drażni cię tylko myśl, że nie powinnaś tego robić?

Alasa zacisnęła usta.

- Irke jest chory, nie podoba mi się jego kaszel.

- Nie dziwię się. - Venda skrzywiła się ironicznie. - W życiu nie słyszałam ładnego.

Dziewczyna spojrzała na nią z wyrzutem, więc postarała się o powagę.

- Dobrze, trzeba się zająć jego chorobą - orzekła.

- Tak, tylko... - Uczennica zawahała się. - Mogłabym pomóc mu sama, ale tego wieś pewnie by nie zniosła.

- W takim razie ja to zrobię.

- Ale... - Alasa zawahała się. - Czy jeśli pomożecie mu, ponieważ ja was o to teraz poproszę, to wystarczy, by uznać, że to ja...

- Nie przesadzasz aby? - Venda rzuciła jej rozbawione spojrzenie. - Myślisz, że wyleczenie przeziębienia to pomoc na miarę powrotu wilkarów?

- Nie mam pojęcia. - Alasa odstawiła wiadro i spojrzała na nią z cierpieniem w oczach. - Jest, czy nie jest?

- Nie wiem! - Opiekunka się zaśmiała. - Ale teraz chyba rozumiesz, czemu ludzie wolą, byście nie ryzykowali kontaktu.

Dziewczyna otarła czoło rękawem sukienki.

- Jeśli mu pomogę, skończy się nasz czas i oni wrócą.

- Nie, moje dziecko. - Uśmiech, który wypłynął na usta opiekunki nie miał w sobie ani krztyny wesołości. - Kiedy mu pomożesz. Nie jeśli, tylko kiedy.

Alasa poczuła, jak coś mrozi ją od środka. Nie to potrzebowała usłyszeć.

- Czyli to się stanie. Musi. Tak? - spytała cicho.

Opiekunka wzruszyła ramionami z udawaną lekkością.

- Ty mi powiedz, to ty jesteś wieszczką.

- Często o tym myślę - przyznała dziewczyna, marszcząc brwi. - Ale ilekroć próbuję to zrozumieć, w pewnym momencie zdaje mi się, że głowę mam za małą na tę wiedzę. No bo, czy mamy wpływ na przyszłość? Czy skoro powiedziane jest, że pomogę Irkemu, to mogę tego nie zrobić? Czy wszystko i tak sprowadzi się do tego, co przeznaczone?

Venda oblizała wargi zadumana.

- Nie wiem, dziecko. Pytasz, czy przyszłość jest ustalona? Rodzanice zapisują nam los już po urodzeniu, można więc sądzić, że tak.

- A gdybym się zabiła? - Pytanie zapadło niczym głaz w jezioro.

Opiekunka zamrugała tylko, lecz Alasa ciągnęła niezrażona:

- Nie pomogłabym Irkemu.

Venda założyła kosmyk włosów za ucho.

- Jesteś pewna? - spytała zadziornie. - A może twoja śmierć w jakiś sposób okazałaby się pomocna? Nie wiem, może przepowiednia jakoś by się... przebudowała? Czy wilkarzy wrócą bez względu na to, czy Irke i ty będziecie żyli?

- Czyli uważacie, że jest nieunikniona.

- Tego nie powiedziałam. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że to twoje pomaganie to taka podpowiedź tylko dla nas, ludzi. Ona nie ma wpływu na sam powrót wilkarów, jedynie pomoże nam poznać, że zbliża się czas. Niepotrzebnie odczuwasz to jako tak ogromną odpowiedzialność. Powrót wilkarów ma być robotą kogoś zupełnie z wami niezwiązanego.

Alasa pokiwała głową, trawiąc to, co usłyszała.

- Chyba - westchnęła w końcu - że jest jak z tym moim umieraniem. Może po prostu nie widzimy związku między moją pomocą Irkemu i powrotem wilkarów.

Venda przechyliła głowę, zastanawiając się nad jej słowami.

- Być może - przyznała po chwili. - Pewnie jest, jak mówisz, zbyt małe mamy umysły na tak wielkie rzeczy, nie rozwiążemy ich, choćbyśmy zadały sobie wszystkie pytania świata.

Alasa jęknęła z rozpaczą.

- Och, głowa mi pęknie!

Venda zaśmiała się krótko, choć temat wcale jej nie bawił. Sama gryzła się tego typu myślami od dawna.

- Widzisz, myślę, że wróżba jest zawsze szansą na zmianę, bo inaczej po co bogowie dawaliby nam dostęp do takiej wiedzy?

- Bo rozgrywają grę naszym kosztem? - Słowa wypłynęły z pamięci dziewczyny wąskim strumykiem żalu.

Venda przyjrzała się uczennicy uważnie.

- Nie zrzędź jak DaWern - parsknęła cicho.

Alasa nie odpowiedziała.

- Może rozgrywają - przytaknęła więc opiekunka. - Ale ja nie zamierzam się poddać bez walki. A ty?

Alasa zamilkła, a potem skinęła głową, najwyraźniej onieśmielona zdecydowaniem bijącym z oczu mistrzyni.

- Dobrze, to co z tym Irke? - Venda zawróciła rozmowę na bliższe codzienności wody.

Rudowłosa dziewczyna odetchnęła ciężko, starając się zebrać myśli.

- Kaszle, jakby mu zaraz pierś miało rozerwać aż po gardło. Nie wiem, może jaszczurka wyjść próbuje, czy co.

Opiekunka patrzyła na nią przez chwilę w zastanowieniu.

- Chcesz mu pomóc, to dobrze - powiedziała spokojnie. - Będziesz kiedyś opiekunką, a to znaczy, że będziesz pomagać wszystkim, bez względu na sympatie i na niebezpieczeństwo.

Zamyśliła się widocznie, Alasa nie przerywała więc, czekając na jakiś werdykt, który, jak przeczuwała, miał w końcu nadejść.

Venda patrzyła na dziewczynę w zastanowieniu, a chwila ta przedłużała się tak, że Alasa poczuła się niezręcznie.

- Jesteś wieszczką, dziecko - powiedziała w końcu Venda lekko zachrypniętym głosem. - Czy oprócz tych wszystkich kłębiących się myśli, czujesz, że... to ten czas?

Pytanie zdawało się dziwnym, jednak młodsza zielarka przyjęła je z powagą. Zastanowiła się chwilę, jakby słuchając płynącego z wnętrza głosu.

- Nie - odparła, spoglądając mistrzyni w oczy, tknięta zaskakującą myślą.

Venda uśmiechnęła się lekko, pokiwała głową, nie odrywając od uczennicy niebieskich oczu.

- Trzeba pomóc Irkemu - osądziła. - A gdybyś poczuła kiedyś, że to już... Powiedz mi.

Rozdział 3

Od wszelkiego nieszczęścia

Grzysław wyszedł przed chatę i zmrużył rażone słońcem oczy. W pierwszej chwili, w porównaniu z chłodną, cienistą izbą, podwórze zdawało się za jasne i za gorące, choć już w następnym momencie ciepło i zapach wiosennego poranka przyjemnie rozlały się po ciele starszego mężczyzny.

Po miesiącach bezczynnego siedzenia w chałupie, po jesieni wypełnionej nawykaniem na powrót do hałasu wsi, po zimie utkanej z ciemności, nudy i rodzinnych niesnasek, nadchodził czas prawdziwego życia.

Halny, ciepły wiatr, głaskał starego bacę po twarzy niczym kobieta czule wzywająca ku sobie po czasie rozłąki. Grzysław zarzucił na plecy baranicę. Z namaszczeniem nabrał pełne płuca wiatru, jakby w myślach uspokajał ukochaną. "Już do ciebie idę", zdawał się mówić lekkim uniesieniem kącików ust.

Nadchodził czas, gdy znów poczuje, że jest na swoim miejscu. Dziś właśnie był ten najpiękniejszy dzień roku - dzień wiosennego redyku.

Grzysław wiedział, że drugi tak piękny nadejdzie, gdy trawa na halach zacznie schnąć. Wiedział, że po miesiącach z dala od wsi w głowach juhasów i jego samego wykiełkuje myśl, że niedługo zejdą do doliny. Od tamtej chwili ogarnie ich tęsknota za ludźmi podobna tej, która teraz gnała ich od tych ludzi precz.

Tęsknota do jesiennego redyku.

Taki był los bacy. Sam wybrał taką ścieżkę i choć dawniej zdarzały mu się chwile, gdy przeklinał tę miłość, każącą mu mieszkać w szałasie na halach, szukać po nocach zaginionych owiec i spać czujnie niczym pies na warcie, od wielu lat już nie żałował. Od czasu, gdy jego żona odeszła do Nawii, dzieci dorosły, pożeniły się, a on doczekał się wnuków.

Gaborn pojawił się u boku starego bacy jak na zawołanie.

- Najpiękniejszy dzień roku! - Zaciągnął się powietrzem i poprawił fibulę przy odświętnej koszuli. - Już do was idziemy, haleńki ukochane!

Baca spojrzał na chłopaka z ukosa i po ojcowsku poklepał go po plecach. Serce Grzysława radowało się, co rusz widząc w Gabornie siebie sprzed wielu wiosen. Tak samo czytał góry i ścieżki, ten sam miał instynkt do owiec, panował nad stadem, wyczuwał wilki i niedźwiedzie, jakby miał nos pasterskiego psa. Choć młody, Gaborn od dziecka juhasował z Kiromirem i Grzysławem, w zimowym czasie towarzyszył dziadowi zawsze, gdy potrzebna była jego pomoc w leczeniu owiec, a nawet i bez niego odwiedzał często i chętnie sąsiadów, by owce nie zapomniały jego zapachu przez zimę.

Tak więc baca od dawna widział w Gabornie nadzieję na przejęcie we władanie hal, gdy jego samego Weles wezwie na łąki pod korzeniami Drzewa Życia.

Tego roku to właśnie młodego juhasa posłano na hale, by sprawdził, czy trawa już odbiła, czy owce nie będą głodować i czy stary szałas przetrwał długą zimę. Gaborn obszedł górskie łąki, wrócił i powiadomił Grzysława, że trawa się zieleni, a szałas stoi. Wtedy stary baca oznajmił, że już czas wyruszać.

Jakże się na te słowa zaświeciły oczy chłopaka! Niczym wygłodniałe wilczysko Gaborn pognał, by rozpuścić wśród sąsiadów wieść, że trza sposobić owce do redyku.

I tak właśnie nadszedł ten dzień, gdy wszystkie owce zagnano na łąkę przy jeziorze, gdzie wbito w ziemię żelazny kołek i jodłową gałąź. Pierwsze miało chronić od demonów, drugie dodać sił i zdrowia.

Venda pojawiła się, by wznieść modły do bogów, choć tego dnia we wszystkich innych względach poza modlitwą uznawała swą podległość Grzysławowi. Nie mógł on jednak sam rozmawiać z Welesem, największym z pasterzy, obrońcą zwierząt, panem wilków i niedźwiedzi. Tę powinność spełniała żerczyni, prosząc o opiekę nad stadem, bo choć w naturze wilków leżało polowanie na owce, jako na łatwy łup, Weles mógł powstrzymać je przed nadmiernym uszczupleniem stada.

Był czas, gdy Vendę nurtowało, który z bogów, Weles czy Pan Lasu, posiada władzę nad wilkami wokół Doliny. Zapytała o to kiedyś DaWerna, a ten odparł:

- Żaden.

Opiekunka zdziwiła się tak mocno, że aż wstrzymała oddech, rozumiejąc nagle, że nie oczekiwała usłyszeć tak niewygodnej prawdy.

- Żaden? - spytała, tonem prosząc o rozwinięcie odpowiedzi.

DaWern czasem spoglądał na nią, jakby właśnie odkrył, że choć idą przez życie ramię w ramię, postrzegają oczywiste rzeczy zupełnie inaczej, a słońce, które codziennie oświetla świat, jest dla niej innego koloru, niż dla niego.

- Weles to bóg ludzi - powiedział spokojnie. - Pan Lasu to bóg wilkarów. Każdy z nich jest potężny, zapewne obaj mogą nakłonić wilki, by wykonały ich wolę. Wystarczy okazać stadu, że jest się dostatecznie silnym przywódcą. W ten sam sposób wilki słuchają czasem mnie, choć nie są moimi sługami, a jedynie godzą się poddać mojemu dowodzeniu.

- Czyli ani Weles, ani Pan Lasu nie są ich bogami - Venda powtórzyła bardziej do siebie niż do wilkara. - A wilki mają swojego boga?

DaWern parsknął w odpowiedzi, jakby usłyszał dobry żart.

- Gdyby miały boga, byłoby nim przetrwanie. - Błysnął w uśmiechu kłami. - Wilkom niepotrzebny jest bóg, tylko rodzic, przywódca. Jak mogłyby polegać na przywódcy, który nie przebywa ze stadem cały czas? Którego trzeba błagać o pomoc jak waszego Welesa. Pan Lasu też nie jest wiele lepszy pod tym względem. Wilki nie mogą liczyć na to, że zawsze pokaże im, co robić, będzie kochał je tu i teraz w sposób, który wyraża się dbałością o gromadę. Wilki nie potrzebują wiary. Wilki potrzebują wiedzieć. Mieć pewność. Stado to rodzina.

- Naprawdę? - Venda uniosła brwi zaskoczona. Dla niej wilki były szarymi cieniami w lesie, budzącymi tylko i wyłącznie strach. Tak naprawdę nie wiedziała o nich zbyt wiele.

DaWern skinął pobłażliwie.

- Tak. Wadera i basior kochają swoje dzieci, a jeśli któremuś młodziakowi nie w smak znosić decyzje ojców, odchodzi. Nikt nie walczy o przywództwo, nie ma takiej potrzeby. Czy ty masz tę pewność, że Weles zawsze robi wszystko, co w jego mocy, by o ciebie dbać? Czy nadstawia własny kark za ciebie? Czy w obronie wioski przyjmie na siebie ciosy pazurów i kły przeciwnika?

Zapadło milczenie, a Venda intensywnie wpatrywała się w złote oczy towarzysza. W miarę, jak mówił, zapalały się w nich dobrze jej znane płomyki zwierzęcej irytacji. Choć nie widziała tego, była pewna, że włoski na karku wilkara jeżą się z rozdrażnienia.

Znali się już tyle wiosen, ale dopiero w tamtej chwili, patrząc w oczy mężczyzny, zrozumiała, że może i służył Panu Lasu, ale bogiem DaWerna tak naprawdę również było przetrwanie.

W dzień redyku wilkar nie zszedł z opiekunką do wsi. Co prawda górale przywykli już do niego, a on do wsi, mimo to nigdy nie stał się jednym z nich, nie spoufalał się i zachowywał dystans. Dziś jednak nie zjawił się, by nie straszyć owiec. Zwierzęta robiły się niespokojne w jego obecności, podobnie jak pasterskie psy, które ujadały zaciekle, ilekroć pojawiał się w pobliżu. Inne kundle uciekały, czując zapach wilka, ale te szkolone od szczeniaka przy owcach oddałyby swoje życia w ich obronie.

DaWern czasem się z nimi drażnił, gdy Venda nie widziała, jednak w dzień redyku trzymał się z daleka. Ludzie mieli i tak pełne ręce roboty, pilnując, by stada pochodzące przecież od różnych gospodarzy zmieszały się w jeden kierdel, nie rozbiegły się i zgodnie ruszyły na hale.

W redyk, wyjątkowo, modły do bogów wzniesiono na łące, w otoczeniu owiec i wśród ich nieustającego beczenia. Następnie, by stado zbiło się w jedną gromadę, wszystkie zwierzęta przepędzono trzykrotnie wokół zatkniętej w ziemię jodłowej gałęzi i żelaznego kołka. Zadanie było trudne, wymagało całego sprytu i umiejętności, jakimi dysponowali juhasi, bo to właśnie oni pilnowali, by owce biegły zgodnie, nie wypadając poza wyznaczony lichym płotkiem krąg. Wierzono, że ile owiec wypadnie, tyle nie wróci z hal jesienią, a że juhasów było tylko dwóch - syn bacy Kiromir oraz młody Gaborn - musieli oni mieć oczy dookoła głowy. Nie poganiali zwierząt zbyt gwałtownie, tyle tylko, by truchtały w odpowiednim kierunku. Owcze grzbiety mieniły się w oczach patrzących odcieniami szarości i siwizny, a między nimi pobekiwały charakterystycznie małe, czarne jagnięta, które z wiekiem dopiero posiwieją, jak rodzice, i tylko łebki i nogi na zawsze już miały im zostać czarniutkie.

Gdy stado przemieszało się i z grubsza połączyło w jedność, pozwolono mu odsapnąć, a wtedy baca i Venda weszli spokojnym krokiem między owce.

- Na zdrowie! - rzekł Grzysław, sypiąc garściami ziemię na zwierzęce grzbiety i głowy.

Nie była to byle jaka ziemia, lecz święta, przyniesiona z gaju w lnianym woreczku. Mężczyzna baczył, by na każdą owcę spadła choć jedna, mała grudka.

- Na zdrowie! - zamawiał. - Naszą ziemią świętą was znaczę, cobyście jesienią wszystkie w szczęściu ku tej ziemi powróciły.

Tak szedł wolno, dokładnie czyniąc swoje czary, a za nim postępowała opiekunka z pękiem święconych ziół, smużąc nisko dymem.

- Szedł Weles krajem doliny, owce swoje liczył - mruczała. - Ja was na hale posyłam, precz gnając licha i zmory. Niech was dym ten chroni. Od zawistnych czarów i od Peruna gromów, od przestrachu, od wilków, niedźwiedzi i od wszelkiego nieszczęścia.

Odganiała dym powolnymi ruchami dłoni tak, by leciał tuż nad owcami i by nasiąkały nim ich runa, a na koniec zatrzymała się twarzą w twarz z Grzysławem i posłała w jego stronę kłąb wonnego dymu. Baca zaciągnął się nim, przymykając oczy z szacunkiem.

Kiromir i Gaborn podeszli i pochylili głowy, czekając, by błogosławieństwo wygłoszone przez opiekunkę dotarło do nich wraz z zapachem dziurawca, biedrzeńca, ruty i innych zwiniętych w pęk roślin mocy.

A potem, gdy wszelkie ochronne rytuały dobiegły końca, baca zarządził wymarsz na hale, Kiromir uściskał żonę, z którą przyszło mu się rozstać aż do kupalnocki, po czym stado ruszyło ku górskim łąkom. Prócz bacy i dwóch juhasów szło z nimi jeszcze kilkoro młodzików ze wsi, którzy pomagali zaganiać kierdel, ale nie zostawali ze starszymi na halach.

Szli wśród pobekiwania owiec, lecz w ciszy. Powiadano, że kto na redyk ze śpiewem wychodzi, ten na jesieni wraca z płaczem. Zresztą w ich sercach muzyka grała głośno i donośnie.

Serce Grzysława brzmiało jak bęben, statecznym, pewnym swego rytmem.

W piersi Kiromira śpiewnie zawodziła okaryna, wdzięczna i przyjemna w obejściu jak żona juhasa, od której z roku na rok coraz mniej chciało mu się odchodzić w niepewność wypasu.

Co zaś do Gaborna, jego radość była niczym muzyka gęśli, wywijających żwawą melodię, od której stopy rwą się do tańca.

Przy owcach uwijał się nieduży pies, brzydki jak mało który w dolinie i jak mało który bystry. W jego niewielkim, lecz mężnym sercu brzdąkała rozedrgana drumla. Wyraz jego pyska jaśniał czystą ekscytacją. Nazywał się Patyk i stanowił nieodłączną część owczarskiej drużyny.

Drużyny, która z wolna znikała mieszkańcom wsi z oczu, zagłębiając się w las, aż wkrótce ucichł po nich nawet niesiony echem bek stada.

Trakt zmienił się w szeroką ścieżkę, wiodącą stromo przez las. Od jesieni, odkąd stado zeszło w dolinę, nikt nie chadzał tędy ku halom, a i wcześniej szlak nie był zbytnio uczęszczany, toteż mężczyźni musieli się bardzo starać, by owce szły ciasno obok siebie i by żadna nie odłączyła się w tym miejscu. Kierdel jeszcze nie zżył się ze sobą, a spłoszone zwierzę łatwo można było stracić z oczu, gdyby uciekło w bok, między drzewa i krzaki młodnika.

Juhasi, skupieni na pracy, pokrzykiwali do zwierząt i do siebie nawzajem, a Patyk uwijał się, usiłując być w wielu miejscach naraz, i Gaborn mógłby przysiąc, że mu się to udawało.

Zajęci pracą mężczyźni nie rozglądali się po lesie, nie wpatrywali się w krzaki i nie szukali drapieżników. To oraz hałas nawoływań, ujadanie psa i beczenie owiec, pozwalało dwójce obserwatorów śledzić pochód, nie będąc zauważonymi.

Czając się nisko przy poszyciu, przebiegając od drzewa do drzewa, Dara i Toru podążali za stadem i jego opiekunami, a dwie pary złotych, wilczych oczu zdawały się pożerać wzrokiem nie zwierzęta, lecz ludzi.

Trzymali się dostatecznie daleko, by nie wyczuł ich psi nos ani nie dostrzegły oczy starego bacy, który zdawał im się istotą przerażającą i mocarną.

Ścieżka wspięła się na przewyższenie i urwała się wraz z lasem, a owce wyszły spomiędzy drzew wprost na zieloniutką łąkę. Przed oczami owczarzy roztoczył się dobrze im znany widok. Z prawej, wprost z lasu, wyrastał łysy, niemalże pionowy szczyt, u jego stóp zaś rozpościerała się pochyła, pofałdowana niczym niewygładzony koc, hala. Na dnie niecki, którą tworzyła, stary szałas stawiał dzielnie czoła wiatrom, śniegom i niepogodzie, a teraz właśnie doczekał się powrotu mieszkańców. Dalej ciągnął się znów las, a w oddali piętrzyły się Góry Północy, białe od wiecznego śniegu i szaroniebieskie od skał. Najwyższy szczyt, Królowa, ostro i drapieżnie wybijał się ponad pozostałe, drapiąc chmury i zatrzymując je w wiecznym pędzie po niebie.

Stado rozlało się szerzej tuż po wyjściu spomiędzy drzew. Trawa wokół była niewysoka, ale soczysta i świeża. Owce od razu zwolniły, rozluźniły zwartą ławicę, próbując uszczknąć choć kilka kęp trawy, nim juhasi i napierające towarzyszki pogonią je do dalszego marszu. Ludzie popędzili stado dalej w dół, ku kolibie, do zeszłorocznego, styranego czasem ogrodzenia.

Gaborn był tu niedawno, osobiście sprawdził wszystkie słupki i żerdzie, od razu też reperując to, co należało naprawić w pierwszej kolejności.

Owce i ludzie zeszli w dół hali, a dzieci leśnej wiedźmy zo­sta­ły między drzewami, ukryte w chłodnym cieniu.

- Trzeba będzie uważać - rzucił półgłosem chłopak kucający w zaroślach.

- Yhm - przytaknęła jego siostra, choć wyraz jej twarzy świadczył raczej o podnieceniu niż obawie.

Toru rzucił jej tylko przelotne spojrzenie. Opierała się o pień świerka, paznokciami delikatnie drapiąc korę z nerwów.

- Daraaa - Toru przeciągnął groźnie imię. - Będą łazić po lesie, trzeba uważać.

Obdarzyła go oburzonym spojrzeniem.

- Oczywiście! - żachnęła się. - Przecież wiem.

- To się nie gap - warknął. - Znam to twoje spojrzenie!

Prychnęła tylko, nie siląc się na zaprzeczenia.

Toru bał się ludzi. Fascynacja, z jaką obserwowała ich siostra, budziła w nim lęk.

- Oni zabijają takich jak my, Dara - powiedział dobitnie.

- Tak, mamo! - odcięła się nadąsana. - Wiem, mamo. A czy ja coś robię? Patrzę sobie tylko. Z nudów idzie umrzeć w tym lesie!

- Obiecałaś mi, że nie dasz się zobaczyć ani złapać owczarzom.

- Dopóki nie powiesz matce, że sobie na nich patrzę - przypomniała chłodno.

Toru niespokojnie przygryzł kciuk.

Bardzo martwiło go nadchodzące lato. Powiódł wzrokiem za starym bacą, idącym z wiadrem w stronę ukrytego w lesie strumienia. Ten człowiek emanował siłą, spokojem i mocą, która przyprawiała młodego mieszańca o dreszcz na karku.

Tymczasem Grzysław, nieświadom obserwujących go oczu, zniknął w lesie, a po chwili wyłonił się ponownie, niosąc wiadro z wodą ku szałasowi. Kiromir i Gaborn czekali na niego, nie ośmielając się wejść do środka, zanim baca nie odprawi ochronnych rytuałów.

Grzysław zmoczył w źródlanej wodzie pęk ziół i szepcząc zaklęcie, skropił wejście szałasu, a następnie zniknął we wnętrzu, a juhasi zostali, czekając, aż wznieci ogień na palenisku.

Tylko baca mógł rozpalać ogień w szałasie, tylko on wiedział, jak uklęknąć i co mówić, by obłaskawić płomień. Ochrona, o jaką prosił owczarz, miała jednak swoją cenę. Zrodzony w dzień redyku, zaszeptany owczarską magią, nakarmiony ziołami ogień, gaszony był dopiero, gdy pasterze opuszczali halę. Wcześniejsza śmierć ognia oznaczałaby śmierć samego bacy.

Kiromir i Gaborn bez słowa oczekiwali końca rytuału. Chłopak przyglądał się owcom, a potem potoczył spojrzeniem po linii lasu.

Dara nawet nie drgnęła. Wiedziała, że nie było żadnej szansy, by mógł ją dostrzec, jednak kąciki jej ust drgnęły w lekkim uśmiechu.

Powrót ludzi na wypas był jak powiew halnego po długiej zimie.

- Chodźmy już. - Toru znacząco chwycił siostrę za łokieć.

Chciała zostać, ale wiedziała, że nie może przeciągać obserwacji w nieskończoność, inaczej będą się musieli tłumaczyć matce, gdzie byli tak długo.

Skinęła więc i ruszyła w drogę powrotną.

- Dotrzymasz słowa, prawda? - zapytał Toru, podążając leśną ścieżką w dół zalesionego zbocza.

Dara wywróciła oczami, wiedząc, że idący za nią brat nie może tego zobaczyć.

- Tak, tak, tak! - Machnęła ręką na odczep. - Choć tak po prawdzie, to... - zastanowiła się. - Obserwowaliśmy ich cały zeszły rok. Nie wydają mi się wcale tak groźni, a tobie?

Chłopak jęknął w duchu.

- Ten młody jest, no, młody - ciągnęła Dara. - Ma silne plecy, ramiona... Trochę jak ojciec, prawda? Tata wciąż wygląda tak młodo!

Roześmiała się, ale Toru nie było do śmiechu. Przez jedno mgnienie powiek miał ochotę podłożyć siostrze nogę, żeby przestała być w tak świetnym humorze.

- Ten średniak to w ogóle jest jakiś nijaki, chyba ostatni w stadzie! - zaśmiała się znowu.

- Ale stary jest groźny i jego musisz się bać - wtrącił Toru. - Młody może mu zawsze powiedzieć. Średni też, wystarczy, że cię zobaczy.

- I co tak właściwie? - zastanowiła się dziewczyna. - Toru, popatrz na siebie! Jesteś większy, młodszy i silniejszy niż ten człowiek! Kiedy to zrozumiesz?

Toru pokręcił głową. Baca wywoływał w nim pierwotny lęk.

- Skoro ojciec nas przestrzega, a matka się boi... - zaczął chłopak.

- No właśnie, czemu ona się ich boi? - zastanowiła się nagle Dara. - Przecież kiedy przychodzą do niej po radę, sami wyglądają na przerażonych. Czasami - zawahała się, niepewna, czy powinna głośno wypowiadać tę myśl. - Czasem wydaje mi się, że ona udaje. Nie jest tak potężna, jak nam się wydawało, gdy byliśmy dziećmi. Może czas dorosnąć i...

- I co?! - Toru aż się zatrzymał z przerażenia i złości. - Nawet nie wypowiadaj tego, co masz na myśli! Matka nie boi się ludzi, tylko tego, co mogą zrobić nam!

Dara patrzyła na niego zaskoczona wybuchem, w którym paniczny strach mieszał się z wściekłością. Złagodniała natychmiast.

- Masz rację. - Pogładziła brata po ramieniu. - Nie mówiłam serio. Przepraszam.

Toru oblizał wargi.

- Nie rób nic głupiego, Dara - na wpół prosił, na wpół ostrzegał. - Wiesz, że ich jest za dużo, my mamy tylko siebie.

- Tak, to prawda - zgodziła się. - My i rodzice mamy tylko siebie. Ale ojciec ma jeszcze opiekunkę - dodała kwaśno, nim zdążyła pomyśleć.

- Dara! - Toru zmarszczył groźnie brwi.

- No co?! - Zadarła głowę butnie. - Taka jest prawda! Oni już zaszaleli w życiu, a my? Nie wiem, kto naiwny uwierzył, że dzieci można trzymać w jednym miejscu jak zioła w ogrodzie!

- Dara! - ryknął chłopak, a z jego gardła wyrwał się zwierzęcy warkot.

Dziewczyna drgnęła, choć zaraz skarciła się w duchu za tę oznakę uległości.

Toru ochłonął także, również oszołomiony reakcją własnego ciała.

- Ludzie zabijają mieszańców - najspokojniej, jak mógł, powtórzył słowa, które słyszeli na każdym kroku. - Co poza tą jedną jedyną rzeczą jest ważne? Są silniejsi, jest ich wielu. Trzymaj głowę nisko, błagam.

Westchnęła, starając się, by brat nie poznał jej wzburzenia. Nie lubiła, gdy był przerażony, coś niebezpiecznie błyskało mu wtedy w oczach, ale ten dziki wybuch gniewu zaniepokoił ją jeszcze bardziej.

- No już dobrze - zgodziła się delikatnie. - Chodźmy, trzeba będzie wymyślić, co powiemy matce, kiedy zapyta, gdzie byliśmy.

Alasa obawiała się, że jeśli znów spróbuje porozmawiać z Irkem, mężczyzna kolejny raz potraktuje ją niegrzecznie, a na to wcale nie miała ochoty.

- Pójdziemy do niego razem, jak tylko Grzysław wyprowadzi owce - obiecała Venda, więc dziewczyna już od rana czuła dziwne podenerwowanie.

Wciągając przez głowę szarą, wełnianą sukienkę, próbowała ustalić sama przed sobą, czemu jej brzuch ścisnął się, jakby połknęła kamień. Machinalnie przepasała się w talii zieloną krajką. Rozczesując palcami rude, sięgające połowy pleców sprężynki loków, westchnęła ciężko.

Nie chodziło tylko o niepewność, czy oto nie sprzyja powrotowi wilkarów zza Sinych Wód. Sama myśl o tym, że znów stanie naprzeciwko nie znoszącego jej obecności bartnika, przyprawiała ją o nerwowe ruchy. Irke był niemiły, krzyczał na nią i traktował, jakby mu się naprzykrzała, a ona, co gorsze, wiedziała, że tak właśnie jest, co dla osoby tak zamkniętej w sobie jak Alasa było okropną świadomością.

Zaplotła włosy w luźny warkocz i związała rzemykiem.

Czuła się tak, jakby szykowała się do skoku w lodowatą wodę. Na środku jeziora. W deszczowy dzień. Kiedy jednak dopadały ją wątpliwości i miała ochotę porzucić Irkego i głupi pomysł leczenia go, chwilę później nadchodziła świadomość, że nie byłaby w stanie. Nie dlatego, żeby w jakikolwiek sposób był dla niej kimś szczególnym, ale po prostu dlatego, że nie mogłaby żyć w dolinie ze świadomością, że obok niej mieszka chory człowiek, a ona, wiedząc o jego chorobie, nie spróbowała mu pomóc.

Gdyby umarł z powodu tego kaszlu, nigdy by sobie nie darowała zaniechania.

Dotarłszy do tej myśli, Alasa jak zawsze uspokoiła się, rozumiejąc, że nie ma innej słusznej drogi niż ta, którą obrała.

Mimo wszystko nie była w stanie przełknąć śniadania, a stojąc w ciepły, słoneczny dzień wśród oglądających redyk sąsiadów, czuła, że jej dłonie, zaciśnięte na torbie opiekunki, są spocone i lodowate. Próbowała się skupić na tym, co działo się na środku łąki, lecz mimowolnie wciąż szukała wzrokiem bartnika.

Nie znalazła go. Nie wszyscy mieszkańcy doliny przyszli na redyk, choć większość skusiła się na widowisko, odkładając obowiązki na później. Bartnik najwyraźniej miał coś ciekawszego do roboty i Alasa zaczęła się obawiać, że tego ranka mógł pójść do lasu, do pszczół.

Odczekała cierpliwie, aż owce znikną z pola widzenia, a potem, aż kilkoro sąsiadów skończy rozmowy z opiekunką. Venda nie zachodziła do wsi tak często jak dawniej, po większość potrzebnych rzeczy wysyłała uczennicę. Bywała częstym gościem u młynarzy, ale palisadę przekraczała raptem kilka razy w miesiącu, toteż teraz nie mogła się opędzić od pozdrowień, miłych pogawędek i pomniejszych próśb o maści czy zaproszeń w odwiedziny. Odpowiadała z uśmiechem i widać było, że tak ciepłe przyjęcie sprawia jej dużą przyjemność, tak że wcale nie spieszyło jej się uciekać od ludzi. Powoli zmierzała jednak w kierunku chaty bartnika w towarzystwie Milisy, a Alasa szła krok za nimi, z torbą opiekunki w mocno zaciśniętych dłoniach. Ramię w ramię z nią raźno kroczył Miroh, rozglądając się wokół i uśmiechając się do ludzi oraz własnych myśli.

Wreszcie dotarli pod obejście bartnika i pożegnawszy się, karczmarze odeszli ku swojemu przybytkowi, a opiekunka i jej uczennica minęły wiklinową bramkę, by po kilku krokach stanąć u wejścia do chaty. Zza półotwartych drzwi słychać było potworny kaszel, świadczący dobitnie o obecności gospodarza.

- Rzeczywiście, nie brzmi to dobrze. - Venda łypnęła porozumiewawczo na Alasę, a potem zastukała do drzwi.

Irke nie był zadowolony z odwiedzin, mimo to wpuścił kobiety do izby, w której panował nieopisany bałagan, a na palenisku dogorywały ostatnie żarzące się szczapki drewna.

- Czego potrzeba? - spytał niechętnie.

Venda zmierzyła uważnie jego zgarbioną sylwetkę, poczochrane włosy i twarz, na której niezadowolenie mieszało się z niepokojem.

- Słyszałam, jak potraktowałeś Alasę przy studni. - Venda nie miała ochoty się patyczkować. - A teraz słyszę, co ją tak zaniepokoiło. Paskudnie kaszlesz.

Mężczyzna wzruszył ramionami, nie podnosząc na kobiety spojrzenia.

- Leczę się miodem - burknął, kucając i dokładając do paleniska ćwiartkę pniaka. - Jest już lepiej - zapewnił.

- Miód jest dobry - zgodziła się Venda. - Jeśli jednak do tej pory nie pomógł, to obawiam się, że może sobie nie poradzić.

Mężczyzna pochylił się ku resztkom niewygasłych jeszcze drew i zaczął rozdmuchiwać żar.

- Jest lepiej - powtórzył pomiędzy wydechami.

Venda stłumiła chęć pacnięcia go w tył głowy.

- Irke, przestań mi tu zgrywać bohatera! - niemalże ryknęła, biorąc się pod boki. - Z twojej śmierci nic dobrego nikomu nie przyjdzie.

- Z życia chyba też nie - odciął się cichym, spokojnym głosem, choć widać było, jak siła słów zielarki przygięła go do klepiska.

Venda odwróciła się do stojącej wciąż przy drzwiach Alasy.

- Jak mnie wkurza, kiedy ludzie się tak zachowują... - mruknęła, po czym wróciła do mężczyzny. - Irke, ja wszystko rozumiem, ale nie uratujesz doliny przed wilkarami, wypluwając sobie bebechy w konwulsjach, rozumiesz?

Bartnik wyprostował się nieco, widząc, jak płomienie budzą się do życia, nieśmiało wpełzając na polano i trzaskając z zachwytu.

- Wiem - zgodził się wciąż tak samo niemrawo.

- No to wspaniale, w takim razie spróbujemy cię wyleczyć, bo może przyjść taki czas, kiedy dolina będzie potrzebowała każdej pary rąk, więc nie mam zamiaru patrzeć, jak ty mi tu bezsensownie umierasz na własne życzenie.

Nie czekając na jego reakcję, opiekunka wzięła z rąk uczennicy swoją torbę i wygrzebała z niej kilka małych, zasuszonych korzeni.

- Zrób podbiał z miodem - powiedziała zdawkowo, patrząc w niebieskie oczy młodej pomocnicy. - Ja go okadzę korzeniem.

Dziewczyna skinęła. Rozumiały się prawie bez słów.

Chcąc, nie chcąc, bartnik został usadzony na posłaniu i zmuszony do wdychania dymu z korzenia podbiału, który to kaszle zastałe wyganiał precz. Potem napojono go słodką miksturą, od której zrobiło mu się przyjemnie sennie. Na koniec opiekunka wysmarowała mu gardło i pierś ciepłym, płynnym miodem, mrucząc przy tym zaklęcia.

Irke zmartwił się, że w takim tempie leczenie w mig wykończy resztki zapasu miodu, które miał, a które po zimie i tak stanowiły żelazną rezerwę na przetrwanie. Nie pisnął o tym jednak ani słowa.

- Rozpal na palenisku - poleciła mu na koniec zielarka. - Ogrzej się, wypoć, ale uważaj na przeciągi, wiosennej pogodzie łatwo dać się oszukać.

Przytaknął obojętnie.

- Alasa będzie do ciebie zaglądać - oznajmiła Venda przed wyjściem.

- Nie - odważył się zaprotestować. - Nie chcę jej.

- Przestań. Weź się w garść, Irke - zburczała go opiekunka. - Dziewczyna mieszka trzy kroki stąd, będzie mi przynosić wieści, nie będę specjalnie łazić. W razie potrzeby przyjdę. A jak usłyszę, że znów ją znieważasz, wygarbuję ci skórę tak, że cię własne pszczoły nie poznają.

Obdarzyła go ostatnim, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem, po czym opuściła chatę, a Alasa podreptała za nią bez słowa.

Tuż za bramką opiekunka zerknęła na białą, niezbyt urodziwą, twarz uczennicy, okraszoną czerwonymi plackami rumieńców, które nie dodawały jej uroku.

- Wszystko w porządku? - spytała, wyzbywając się poprzedniej surowości w głosie.

- Okropna chata. - Alasa wzdrygnęła się, jakby oblazły ją węże. - Miałam wrażenie, jakby coś się tam do mnie lepiło.

- Miód - odparła stanowczo Venda. - Wszystko ubabrane.

- Nie. Chodzi mi o inną lepkość.

Venda wiedziała, że jej uczennica czuje więcej niż ona. Już dawno doszła do wniosku, że powodem tego musi być szczególny dar Alasy, ale też pewnie jej własne wychowanie przez racjonalnego do bólu opiekuna i opisany przez niego niski potencjał magiczny Vendy.

- Jakieś paskudztwo? Zmora? Urok? - dopytywała półgłosem.

Młoda zielarka zastanawiała się, jak ująć w słowa to, co czuła.

- Nie wiem - poddała się w końcu. - Może mi się zdawało.

- Może - zgodziła się Venda ostrożnie. - Byłaś zdenerwowana przed tym spotkaniem. Ale widziałaś, ogień prawie zgaszony, a wątpię, żeby Irke dbał o niego jak należy i pewnie nie raz wygasił palenisko, rozpalał byle jak, bez modlitwy, bez ofiary. O nic nie dba, na niczym mu nie zależy. Coś mogło mu się zalęgnąć w obejściu. Miej oczy otwarte, odwiedzaj go często i daj znać, jak tylko coś cię zaniepokoi.

- Zmęczona? - zagaił DaWern pod wieczór, przysiadając się do Vendy i podgryzając kromkę chleba.

Opiekunka zaprzeczyła mruknięciem.

- Zamyśliłam się.

Siedzieli na ławce przed chatą, bo nareszcie było dość ciepło i jasno, by móc cieszyć się wieczornym posiłkiem, plecy opierając o ciepłą jeszcze ścianę i ciesząc oczy widokiem doliny skąpanej promieniami zachodzącego słońca. Ten ich własny, mały, codzienny rytuał wracał z każdą wiosną, niezmiennie niosąc tę samą przyjemność obojgu.

Były także inne, niezmienne rzeczy.

- Strasznie durna ta krowa... - Venda pokręciła głową nad głupotą zwierzęcia i ugryzła pajdę chleba.

- Znów się zaplątała w powróz? - zgadywał wilkar.

- A jakże. Ja nie wiem, całą zimę to skracam powróz, to zmieniam, wymyślam... I zawsze na chwilę spokój, a potem albo się zrywa, albo, jak dzisiaj, prawie się dusi.

- Ale niedługo pójdzie na trawę, to może będzie miała mniej czasu na głupoty. - Próbował ją pocieszyć.

Venda pokiwała głową. Uświadomiła sobie, że od jesieni ani razu nie była na łące przy ruinach. Czas, kiedy wdrapywała się pod górkę, by z resztek wilkarskiego zamczyska popatrzeć na wieś w dole, minął, gdy uszkodziła kolano podczas ucieczki przed biesem. Ból został, zestarzał się wraz z opiekunką i przypominał jej o sobie przy każdym kroku. Przez większość czasu nie zwracała już na niego uwagi, ale gdy wiosną przyjdzie jej co rano wyprowadzać krowę ku ruinom, ból nie da o sobie zapomnieć.

Przez chwilę rozważała, czy nie poprosić, by DaWern przejął tę rolę, ale już i tak czuła się przy nim staro i słabo.

- Taak - mruknęła przeciągle, przypominając sobie o jeszcze jednej rzeczy nieodłącznie związanej z wypasem. - Ta krowa przynajmniej nie ucieka, jak się ją uwiąże w trawie. Za to w obórce nie ustoi. Nie wiem, może ją tam jakoś luzem puścić?

Wilkar przełknął to, co miał w ustach, i dobitnie wycelował palec w opiekunkę.

- O to jej chodzi! - odkrył naraz. - Taki ma plan!

Venda zamrugała, patrząc na niego z uśmiechem.

- Ma plan? DaWern, to krowa jest.

Rozbawiona potrząsnęła głową i sięgnęła, by dolać sobie mleka z dzbana. Ledwie jednak podniosła naczynie, syknęła z bólu.

- Oż, niech to welesowe węże! Cholerny łokieć! - jęknęła ze złością.

Wilkar bez słowa wziął od niej dzban i napełnił kubki, najpierw jej, a potem swój.

- Ciągle zapominam, że boli - biadoliła dalej kobieta. - A po dojeniu to już w ogóle. Jeszcze tyle się namozoliłam, żeby odplątać tego rogatego demona!

- Trzeba było wołać. - DaWern odstawił dzban. - Zresztą możemy się pozbyć krowy, będzie ci lżej, a wiesz, że o mięso to ja zawsze zadbam. Mleko możemy brać ze wsi.

Zielarka kręciła głową od samego początku jego wypowiedzi.

- Nie ma mowy! Krowa zawsze była w obejściu, nie ta, to inna. Jak umrę, to sobie ją zjesz albo sprzedasz, ale póki żyję, krowa będzie.

- Ven... - Wilkar z trudem opanował rozdrażnienie, jakie wywoływały w nim każdorazowo podobne słowa ukochanej. - Za dużo myślisz o śmierci, jeszcze ci do niej daleko.

Opiekunka mlasnęła w odpowiedzi i zapatrzyła się w zachód.

- Oj, coś mi się nie zdaje. Czuję, jak mnie z wolna otacza, coraz częściej o niej myślę, ale przynajmniej tyle, że przestałam się jej bać. A im bardziej boli mnie łokieć, tym bardziej mam tego życia w bólu i strachu dość.

Wiedział, o jakim strachu mówi, nie dopytywał więc. Szczerze mówiąc, miał trochę nadzieję, że dziś humor jej dopisze i wieczorem poharcują jak za dawnych dni - pod jasnym księżycem. Wiosna piękniała, wilkara ciągnęło, by uciekać z ciasnej chaty tak często, jak się da. Niestety Venda nie wyglądała, jakby miała dziś ochotę na szaleństwa.

- Alasa poprosiła, żebyśmy pomogły Irkemu - powiedziała jakby z bólem. - Zgodziłam się, ale sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Z jednej strony jestem tu, by pomagać wszystkim, nie mogę udawać, że nie widzę, jak bartnik cierpi, skoro pomagam nawet Zdamirowi, który całe życie tylko kłody pod nogi mi rzucał. Z drugiej strony Alasa i Irke... nikt nie wie, jaki naprawdę będzie ich udział w przepowiedni. Sama łapię się na tym, że najchętniej oddzieliłabym tych dwoje wilczymi dołami.

Wilkar odetchnął głęboko, w myślach już godząc się z wizją kolejnego wieczoru, kiedy to grzecznie pójdzie spać obok zdołowanej ukochanej.

Jego cierpiętniczą minę zdołowana ukochana odczytała na szczęście jako wyraz zadumy nad omawianym problemem.

DaWern podrapał się po zarośniętym policzku.

- Trzymanie dziewczyny z daleka od matoła nic nie da, jeśli bogowie przewidzieli ich spotkanie - stwierdził. - W ogóle nie powinnaś się tym przejmować, to jest poza twoim zasięgiem.

Venda ugryzła kęs chleba i popiła mlekiem z kubka.

- Tak myślisz? - wybełkotała z pełnymi ustami.

Skinął głową.

- Wszystkie przepowiednie się spełniają. Taki jest zamysł przepowiedni.

- Czyli - opiekunka zerknęła na niego z ukosa - jeśli przepowiednia mówi, że krew czarodziejki przyciągnie ostatniego z wilkarów, to ciebie i Atry nie da się rozłączyć? Czym jestem w takim razie? Małym wybojem na waszej drodze ku sobie?

DaWern miał ochotę pacnąć ją w głowę, ale tylko zawiercił się nerwowo na ławce.

- Przepowiednia mówiła, że wilkar nie będzie w stanie oprzeć się krwi czarodziejki, ale nie padało tam moje imię, prawda? Nim ja dotarłem do doliny, córką czarodziejki zajęli się inni wilkarzy.

Nadąsała się, więc przyciągnął ją ramieniem i oparł skroń o jej czoło.

- Nie wiem, czy znajomość przepowiedni pomaga, szkodzi, czy może zupełnie nic nie znaczy.

- Nic nie znaczy? - prychnęła zadziornie.

- Tak uważam - uspokoił ją. - Od dziecka słuchałem wciąż tego samego. Nasi wrócą, Biały Wilk sprowadzi ich, a ludzi dosięgnie zemsta. Gdy zostaliśmy już tylko we dwoje, matka i ja, ona wciąż powtarzała, że muszę wrócić do doliny, gdzie wszystko się zaczęło. Muszę odnaleźć krew czarodziejki, że gdy ją spotkam, będę wiedział. Poczuję to. Więc gdy zostałem sam, wróciłem tutaj. Spotkałem ciebie. Poczułem. Byłem pewien, że to dlatego.

- I co? Zginąłeś, a ja musiałam cię ratować.

Uśmiechnął się, pogładził ją po włosach, przelotnie całując w głowę.

- Tak właśnie było. Mówili mi, że mam znaleźć krew czarodziejki, a ja wybrałem ciebie. Mówili, że jeśli cię nie zostawię, umrę. A jednak wciąż tu jestem. Tyle są warte wróżby. Pierwsza nie była dla mnie, a drugą pokonaliśmy. Czy znajomość przepowiedni sprowadziła mnie do doliny? Tak, bez wiedzy o niej pewnie nigdy bym tu nie wrócił. Czy nie mogę się oprzeć krwi czarodziejki? Mogę.

- No mam nadzieję...

- Pomyśl, Ven. Czy nie znając przepowiedni, wciąż byśmy za nią podążali, czy może podążamy za nią, bo ją znamy? Czy znając ją możemy uniknąć jej skutków? A może chcąc nie chcąc przemy ku niej? A może to w ogóle nie ma znaczenia? Może jesteśmy wciąż wolni, a bogowie tylko usiłują nam wmówić, że nasza własna wola się nie liczy? Już kiedyś obawialiśmy się jednej przepowiedni, a jednak oboje wciąż tu jesteśmy. Najpierw z tym walczyliśmy, potem się poddaliśmy, wypełniliśmy coś, co zdawało się najgorszym złem - umarłem. Ale jestem tutaj. Nie powiedziano nam, że możemy tego dokonać. Że ty możesz!

- Zrobiłam to, ponieważ uwierzyłam, że jestem kimś innym! Że jestem częścią tej przepowiedni.

- Jesteś! - zaśmiał się. - Wepchnęłaś się w nią z nożem i niewyparzoną gębą, żeby pomieszać wszystkim szyki.

- Śmieszne... A może wepchnęłam się, bo tego chcieli moi bogowie? Wszak wybrali mnie na swego żercę.

- A potem ukarali milczeniem za pakty z drugą stroną. Kto wie, Vendlinko moja... Bogowie pogrywają sobie z nami, coś ustawili, sypnęli wróżbami, przepowiedniami, żebyśmy stanęli przeciw sobie, ale nie jesteśmy bezwolnymi kukiełkami w ich dłoniach.

- Czyli mogę sprawić, żeby to się nie spełniło? Mogę zapobiec ich powrotowi?

- Nie sądzę. Ale na pewno możesz być gotowa. Ja też będę gotowy. I zobaczymy, co się stanie, gdy już los się wypełni. Przecież zawsze jest jakieś "potem". Tego zdążyłem się już z tych wszystkich przepowiedni nauczyć.

Przysunęła się na ławce i przylgnęła do niego, wsuwając jedno ramię za męskie plecy i splatając dłonie.

- Może masz rację - mruknęła, czując, jak wraca jej dobry humor.

W słowach wilkara znalazła cień pocieszenia, które rozrastało się, gdy czuła przy sobie ciepło jego żywego, mocnego ciała i słyszała bicie silnego serca.

Uniosła głowę, uśmiechnęła się i pocałowała go w usta, a potem przytuliła się na powrót, przymykając oczy.

Mężczyzna oparł policzek o jej głowę i również poweselał.

Może jednak nie wszystkie szanse na wieczorne harce były stracone.

Olana spacerowała po lesie, którego nigdy nie widziała. Korony sięgających nieba świerków mieniły się niebiesko, a pnie grubych sosen miały głęboki, granatowy kolor. Nie śpiewały ptaki, ale cisza, która wypełniała bór, była kojąca i wlewała w dziewczęce serce błogi spokój.

Zatrzymała się przy drzewie i pogładziła jego chropowatą, ciemnoniebieską korę. Szorstkość wydała się Olanie fascynująca, jakby nigdy wcześniej nie czuła jej pod palcami.

I wtedy dostrzegła młodzieńca.

Wśród lasu o wszelkich odcieniach niebieskości, jego jasne włosy były jak głośny okrzyk: "Jestem!". Szedł między świerkami nieopodal i nagle, w przeciągu jednego uderzenia serca, stał już przy drzewie Olany. Jego twarz była prosta, jasna, żuchwa twardo rysowała się pod skórą, ale na widok nienaturalnie żółtych oczu Olana poczuła dreszcz na karku. Chłopak nie mógł być człowiekiem. Nie wiedziała, ile leśnych stworzeń miewało tak dziwne oczy, lecz młodzieniec z pewnością musiał być jednym z nich. Mimo to nie protestowała, gdy położył rękę na pniu, a potem przesunął ją miękko, zakrywając dłonią jej własną dłoń.

Poczuła, jak coś w jej wnętrzu wybucha złocistym wzburzeniem, obezwładniającą falą mrowiącej przyjemności.

Jedno tchnienie później tonęła w męskich objęciach i uśmiechała się, tuląc twarz do jego piersi.

Wiedziała, że śni, lecz nigdy w życiu nie czuła się tak bardzo na swoim miejscu, jak w objęciach jasnowłosego chłopca, otoczona niebieskim lasem o koronach sięgających nieba.

- Jak mi dobrze z tobą... - wyszeptała szczęśliwa, bo we śnie nie musiała się przejmować dobrym wychowaniem.

Odetchnął głęboko i poczuła ciepły powiew na czubku głowy.

- Mnie z tobą - odparł jakby zdziwiony.

Po czym zniknął, a Olana jęknęła z zawodem, widząc przed sobą siennik i czując, że właśnie się zbudziła.

Dla przypomnienia:

Venda - opiekunka, zielarka, żerczyni

DaWern - ostatni z wielkiej rasy wilkarów

Atra - zielonooka, lubiła czasem poleżeć na cmentarzu

Toru - syn Atry i demonów z Cmentarza Wyklętych

Dara - córka Atry i DaWerna

Krasta - matka Atry

Wastir - młynarz

Otro - starszy, zmarły syn młynarza

Sadko - młodszy syn młynarza, przyjaciel Irkego

Mirva - córka Zdamira, obecnie żona Sadka

Nawko - starszy syn Mirvy i Sadka, jeden z czwórki wiejskich łobuzów

Preszko - młodszy syn Mirvy i Sadka

Sosenka - kilkuletnia córka Mirvy i Sadka

Jada - śliczna młynarka, przyjaciółka Vendy

Lendav - chmurnik, mąż Jady

Olana - chmurniczka, córka Jady i Lendava

Luda - najmłodsza młynarka, ukochana Irkego, zmarła tragicznie

Maron - wdowiec po młynarce Anice, obecnie mąż Nasty

Nasta - wdowa po Olestku, obecnie żona Marona

Żbik - urodził się z bliznami, syn Nasty i zmarłego Olestka

Rystek - syn Nasty i Marona

Tinne - wielki jak tur, mieszka naprzeciwko gospody

Peromira - jego żona, gadatliwa i pełna ciepła

Misławka - starsza z ich córek

Estek - młodszy syn bartnika, mąż Misławki

Heliczka - młodsza córka Tinnego

Orka - kiedyś zasmarkany łobuz, dziś mąż Heliczki, odźwierny Młynnej Bramy

Opawit - ojciec Tinnego, zdarzało mu się wspomnieć o leszym

Larse - łagodny człowiek, przyjaciel Tinnego, ma dwie córki

Liwka - starsza córka Larsego

Hilana - młodsza córka Larsego

Marozowa - babka odbierająca porody, bardzo stara, zmarła

Wiljo - matka Alasy, najlepsza gospodyni w dolinie

Alasa (Płomyk) - wieszczka, obecnie uczennica Vendy

Kostjan - rudowłosy ojciec Alasy, najlepszy gospodarz doliny

Zdamir - kowal, zagorzały przeciwnik opiekunki

Stojan - jego wiecznie kaszlący krwią brat, zmarł

Restko - syn Zdamira, obecnie jest kowalem w dolinie

Iva - córka owczarza Grzysława, żona Restka

Morka - starsza córka Restka i Ivy

Neteczka - młodsza córka Restka i Ivy

Heszko - młody kowal, jeden z czterech wiejskich łobuzów

Gostowit - bartnik, ojciec Irkego i Estka, zmarł

Irke - jego starszy syn, pan kłobuka, znany z głupich pomysłów

Milisa - córka myśliwego, żona Jarta, karczmarka

Miroh - młody karczmarz, jeden z czterech wiejskich łobuzów

Grzysław - owczarz, brat Kostjana

Kiromir - jego syn, juhas

Gaborn - młody owczarz, syn Kiromira, jeden z czwórki wiejskich łobuzów

Prolog

Młodzieniec wymknął się z obejścia, gdy nikt nie patrzył.

Pochłonięta codziennymi pracami rodzina nie zwróciła uwagi na jego odejście. Dali się oszukać pozornie obojętnej minie i pogwizdywanej pod nosem melodyjce.

Nie mieli pojęcia, ile kosztował go spokojny krok, jakim oddalał się od chaty, i jak mocno zabiło mu serce, gdy spoglądał przez ramię na zajętych pracą bliskich.

Droga od bramy w palisadzie do pierwszych drzew ciągnęła się niczym tortura. Serce młodzieńca waliło jak oszalałe, lecz wewnętrzny głos powtarzał z determinacją: Musisz ich oszukać!

Nareszcie. Zanurzył się w las. Pachniało tu wczesną wiosną, mokrą ściółką i ziemią, dopiero co uwolnioną spod śniegu.

Chłopak obejrzał się, czy nikt go nie widzi, po czym wyjął spomiędzy krzaków ukryty zawczasu worek z najpotrzebniejszymi rzeczami. Zarzucił go na ramię, posłał wsi długie spojrzenie, odetchnął dziarsko i ruszył w drogę.

Przemknął w ciszy na trakt. Szlak był słabo widoczny, ale młodzieniec wiedział, że to jedyna pewna droga za góry. Nim zapadnie zmrok będzie już daleko od doliny. Przenocuje przy ognisku i przed pełnią dotrze do miasta u stóp Gór Północy.

Słyszał o nim od zeszłorocznych handlarzy. Wypytał ich dokładnie o wszystko.

Już wtedy wiedział, że ucieknie. Nie będzie dłużej znosił upokorzeń, nie pozwoli sobą pomiatać i nie zamierza czekać na pewną śmierć.

Wszedł na trakt i puścił się biegiem w dół łagodnego zbocza. Miał wrażenie, że coś wbija wzrok w jego plecy, że wieś przyciąga go do siebie, pęta kolana niczym powróz.

Biegł jak oszalały, a worek podskakiwał mu na plecach.

Usłyszał ruch za sobą, obejrzał się zlękniony, ale nikogo nie dostrzegł. Na wszelki wypadek zbiegł z drogi, postanawiając jak najdłużej podążać lasem wzdłuż niej.

Naraz coś ścięło go z nóg, chwyciło mocno i pociągnęło w górę.

Pułapka! Na wielką Mokosz! Pułapka w lesie przy trakcie!

Zawisł głową w dół, nieporadnie machając rękami. Dyszał ciężko, ale już po chwili starał się opanować oddech i skupić myśli. Tak! Miał przecież nóż! Trzeba tylko wydostać go z...

Nim dosięgnął płóciennego worka, zobaczył bose stopy. Serce ścisnęło mu się ze strachu.

Ogromny mężczyzna przykucnął i jego twarz znalazła się tuż przed oczami młodzieńca. Żółte oczy błysnęły złośliwie. Usta rozciągnęły się w uśmiechu, odsłaniając białe, ostre, nieludzkie kły.

Potwór pchnął chłopaka palcem niczym zabawkę. Parsknął rozbawiony i przekrzywiając głowę, mruknął chropawo:

- No witaj.

Podziękowania

Na wstępie zaznaczę, że jeśli zerkacie tu przed przeczytaniem książki, możecie przypadkowo odebrać sobie część przyjemności z poznawania tajemnic Doliny, a przy okazji zniweczyć mój kilkuletni trud w komponowaniu fabuły. Nie róbcie nam tego.

Dziękuję Wam, moi drodzy, najlepsi czytelnicy! Długo czekaliście na zamknięcie historii Vendy. Niektórzy z Was pewnie wątpili, czy skończę tę opowieść, ale już wszystko jest jasne. Ostatnie płatki śniegu opadły nad Wilczą Doliną. Już wiecie to, co ja. Dziękuję, że czekaliście.

Koniec trylogii natchnął mnie do przemyśleń. Od momentu, gdy skończyłam pisać "Idź i czekaj mrozów" do dziś minęło dziesięć lat. W tym czasie zmieniłam się jako człowiek, ale także jako autorka. Pierwszy tom trylogii był moim debiutem, spełnieniem marzenia o wydaniu własnej książki. Od tamtej chwili pisanie nie jest już tym, czym było. Jest lepsze, ma sens. Chyba. Kolejne marzenia wymyślają się same i teraz to do nich będę dążyć, dopóki będę widziała sens. Po debiucie przyszło się też zmierzyć z trudem łączenia życia prywatnego, pracy i pisania, ze stresem, oczekiwaniami czytelników i wewnętrznym krytykiem, który potrafi biczować jak nikt inny. Ostatni tom jest jednocześnie ósmą powieścią, jaką wypuszczam w świat. Nauczyłam się tak wiele! Pracując z redaktorami, korektorami, rozmawiając z czytelnikami i innymi autorami, jeżdżąc na konwenty, spotkania, warsztaty! Kto wie, może nawet kiedyś nauczę się mówić o sobie: "Jestem pisarką".

W ciągu tych dziesięciu lat miałam szczęście spotkać wspaniałych ludzi, którzy sprawili, że cykl Vendy wygląda tak, jak wygląda. Przede wszystkim ogromne podziękowania fruną do mojej siostry Agaty Kasiak, bez której nie byłoby naszej wspólnej doliny w Górach Północy, przepowiedni, wilkarów, masy przygód i setek godzin spędzonych w naszym własnym świecie. Świecie, który z czasem każda z nas przekształciła na swoją modłę. Bez względu na to, jak skomplikowane bywają czasem nasze relacje, Agata potrafi mnie zainspirować do ciekawych pomysłów i rozwiązań, na które wcześniej nie wpadłam.

Mojej rodzinie, jak zawsze, za wszystkie fochy, doły i nerwy, jakie znoszą. Przemkowi za wysłuchiwanie moich monologów podczas pracy, spacerów, przerw na kawę i przy wszystkich możliwych okazjach. Za wsparcie. Za ciekawe pomysły, w tym ten na najbardziej wstrząsającą śmierć w tej książce. Wcale mnie nie martwi, że od kopa wymyślasz takie rzeczy. Wcale.

Mojej mamie i teściom dziękuję za nieustanne trzymanie kciuków i to, że zawsze mogłam Was poprosić, żebyście zostali z dziećmi :P Inaczej konwenty byłyby poza moim zasięgiem.

Ance Ślusarczyk dziękuję za zrozumienie, przyjaźń i wszystkie godziny rozmów, podnoszenie mnie na duchu, mobilizowanie i trwanie w relacji ze zmienno-humorzastą autorką. Kiedy potrzebowałam królika doświadczalnego dla trzeciego tomu, wybór był prosty i nie wątpiłam, że słuszny. Proszę! Doczekałaś się podziękowań w książce! Co dalej? Strach pomyśleć.

Za pomoc na etapie maszynopisów dziękuję moim nieocenionym betom: Kasi i Markowi Mikołajczakom, Asi Zaczyk, Maćkowi Dąbrowskiemu, Basi Mikulskiej oraz Markowi Zychli. Każdy z Was dał Wilczej Dolinie coś od siebie. Pomogliście mi bardziej, niż sądzicie, bo czasem pytałam o coś tylko jednego, jedną z Was, wiedząc, że ta rada da mi najlepszy ogląd sytuacji.

Marcinowi Dobkowskiemu dziękuję za szansę na debiut w Genius Creations oraz ogrom wspólnej nauki. I najważniejsze: fajnie czasem pogadać po ludzku. A to przecież nie koniec naszej wspólnej drogi!

Bożenie Kurzydłowskiej i Michałowi Cetnarowskiemu należą się brawa za redakcyjne poprawki, Marcie Kładź-Kocot i Bożenie Walewskiej za korektę. Gosi Lewandowskiej dziękuję za zilustrowanie pierwszego tomu, przy którym, jak to debiutantka, najbardziej drżałam o efekt końcowy. Twoje grafiki sprawiły, że przestałam się martwić.

Ukochuję też moją drogą Bernadetę L. Gustyn. Poznałyśmy się dzięki tej serii i Twojej Południcy. Nikt mi tak nie siedzi w głowie jak Ty, jeśli idzie o wygląd postaci. Wiedząc, że opiekujesz się oprawą graficzną moich tekstów, jestem nie tylko spokojna, ale z niecierpliwością czekam na każdą ilustrację, jak na malutki prezent dla mojej wyobraźni.

Przed otruciem postaci skonsultowałam się z farmaceutką. Beata Mróz jest najlepszą trucicielką (teoretyczną), jaką spotkacie w aptece, i kto uważa inaczej, będę z nim stawać na ubitej ziemi. Jeżeli w książce znalazły się jakieś niedopatrzenia w tym temacie, to są one wyłącznie moją winą. Dziękuję Ci bardzo, Beato! Nie napisałabym tego finału bez Ciebie.

W ostatnim akapicie dziękuję moim przyjaciołom, bez których z pewnością nie dotarłabym aż tutaj. Dziesięć lat to szmat czasu, wiele perturbacji przewaliło się przez moje życie. Gdyby nie Wasza obecność, byłoby krucho. Obyśmy jeszcze wiele kupalnocek razem przeżyli!

Do przeczytania w kolejnych książkach!