Wezwijcie moje dzieci - Marta Krajewska

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wezwijcie moje dzieci

Copyright ? Marta Krajewska

Copyright ? Wydawnictwo Genius Creations

Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright ? for the cover art by Bernadeta Leśniowska-Gustyn

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2021 r.

książka ISBN 978-83-7995-567-1

ebook ISBN 978-83-7995-568-8

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Bożena Kurzydłowska

Korekta: Bożena Walewska

Adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Ilustracja na okładce: Bernadeta Leśniowska-Gustyn

Skład i typografia: www.proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

sekretariat@geniuscreations.pl

www.geniuscreations.pl

Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl

i www.eBook.MadBooks.pl

Rozdział 1

Inna

- Restko, nie zginęło ci co aby?

Venda wmaszerowała do kuźni, wpychając przed sobą nieszczęśliwego młodzieńca.

Chłopak, choć wysoki był niczym ojciec, dał się prowadzić jak baranek, a postawiony przed obliczem kowala, spuścił głowę pokornie i zwiesił ramiona.

- Znowu?! - Restko gniewnie zmarszczył czoło. - Niech cię Perun strzeli, Heszko!

Usta młodzieńca wygięły się w smętną podkówkę, ale nic nie odparł.

- Niech go może lepiej nie strzela. - Uśmiechnęła się za to opiekunka. - Szkoda by było.

Ostatnie lata i bardzo trudna zima widocznie ją zmęczyły. Utykała wyraźnie na jedną nogę, a po twarzy znać było ogrom zmartwień, których doświadczyła. Zmarszczki rozgościły się wokół oczu i między brwiami, jedne od śmiechu, inne od smutków i gniewu, a głód na przednówku mocniej wydobył je na wierzch. Włosy wciąż miała długie i ciemne, ale nie nosiła ich już rozpuszczonych, najchętniej splatała grube pasma w jeden warkocz. Tylko oczy opiekunki wciąż były niebieskie, bystre i po dawnemu rozsądne.

- Co tym razem? - Restko odłożył płat skóry, którym właśnie zamierzał załatać dziurę w miechu i otrzepał wielkie dłonie o fartuch.

- Złapał się w pułapkę myśliwych przy trakcie - westchnęła Venda. - Heszko - zwróciła się do chłopaka - tyle razy cię prosiłam, żebyś uważał, bo zrobisz sobie krzywdę!

Młodzieniec pociągnął nosem.

- A tutaj to niby jestem bezpieczny, tak? - wybąkał.

- Coś ty powiedział?! - Restko zdzielił syna przez głowę. - Nie pyskuj mi tu do opiekunki, smarku, bo jak cię zaraz...

- No, już, już! - przerwała mu kobieta. - Nie gniewam się. Ba! Nawet się cieszę, że dzieciak jest odważny. Takich nam będzie trzeba! Tylko gdyby jeszcze nie próbował sobie tak zawzięcie zaszkodzić na zdrowiu, to bym miała jedno zmartwienie mniej. Heszko, tu są wszyscy, którym na tobie zależy, i ty jesteś potrzebny nam tak jak my tobie. Wiem, że w twoim wieku bunt to prawie obowiązek, ale już o tym rozmawialiśmy. Pokonamy wilkarów, to pojedziesz zwiedzać świat.

Pochyliła głowę, żeby zajrzeć Heszkowi w oczy, ale ten tak mocno przytulił brodę do piersi, że przydługie, ciemne kłaki przesłoniły mu pół twarzy.

Opiekunka uśmiechnęła się pod nosem, klepnęła dzieciaka w plecy i wymieniła z kowalem porozumiewawcze spojrzenia.

- Jak tam twój ojciec, Restko? - spytała z lekką tylko nutką niechęci. - Lepiej?

Mężczyzna pokręcił głową.

- Bez zmian. Jak ma lepszy dzień, to głównie śpi, ale przy gorszym narzeka bardzo na ból.

- To przykro słyszeć - odparła bez cienia żalu i zebrała się do wyjścia. - Zajrzę do niego po południu. Przyniosę leki.

Zadumana Atra lustrowała wzrokiem ziołowy ogródek, który po zimie przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy. Zielonooka bezwiednie nakręcała na palec jasne pasmo długich za pas, puszczonych wolno loków. Czekało ją dużo pracy.

Podniosła wzrok, gdy z lasu wybiegł wilk.

- No proszę - przywitała się chłodno. - Dawno niewidziany gość.

DaWern podbiegł do niej, lecz nim przyjął ludzką postać, drzwi krzywej chatki otwarły się z impetem i na zewnątrz wypadło dwoje młodych ludzi.

- Ojcze! - wykrzyknęła dziewczyna.

Chłopak wybąkał powitanie z nieśmiałym skinieniem głowy. Był trochę starszy i dużo większy od siostry. Miał włosy jasne jak matka, a dziewczyna ciemne jak ojciec. Chłopak miał wydatną szczękę i szerokie barki, zaś dziewczyna zdawała się przy nim drobna jak ptaszek. Wyglądali jak noc i dzień, czerń i biel, Wyraj i Nawia, ale w obu tryskających młodością twarzach paliły się te same, siarkowo żółte, wilkarskie oczy.

Dziewczyna rzuciła się na kolana, obejmując wilka za szyję. Była najsłodszą istotą, jaką widział w życiu, i trudno mu przychodziło pogodzić się z faktem, że choć urocza, nie była już dzieckiem, tylko panną na wydaniu.

Z tą różnicą, że dzieci wiedźmy nikt nie zamierzał z nikim swatać.

- No, już! - Atra wzięła się pod boki gniewnie. - Dajcie się ojcu odmienić. DaWern, nie tutaj! Nawet się nie waż! Co mówiliśmy o ganianiu na golasa przy dzieciach? Idź do chaty, za drzwiami masz ubrania.

Wyciągnęła władczo palec w kierunku progu. Wilk otwarł pysk, jakby się uśmiechnął, a oczy błysnęły mu przekornie i przez chwilę wiedźma była pewna, że z czystej złośliwości odmieni się w człowieka na środku ogródka.

Po krótkim pojedynku na spojrzenia ruszył jednak do chaty.

Wrócił po chwili w ludzkiej postaci, spodniach i lnianej koszuli.

- Tatku! - Dziewczyna rzuciła się go uściskać. - Tak długo cię nie było!

- Ale już jestem, Dareńko - wymruczał z uśmiechem. - Byliście dobrzy dla matki?

- Tak! - zapewnili oboje posłusznie, ale za ich plecami Atra pokręciła głową znacząco.

DaWern poczochrał czuprynę córki i wyplątał się z jej objęć.

- Toru, a co u ciebie?

Chłopak stał obok, nieco speszony, jak zawsze w obecności wilkara. Patrzył na niego spod czoła czujnym, służalczym wręcz wzrokiem, a zapytany skinął tylko głową i uśmiechnął się niepewnie.

- Dobrze, ojcze - odparł oszczędnie.

Późno zaczął mówić i nigdy nie nadużywał słów. Przez pierwszy rok po odebraniu go z rąk demonów Atra obawiała się, że chłopiec będzie milczał całe życie, w końcu jednak zaczął nadrabiać stracony czas.

- Dzieci, chciałabym porozmawiać z waszym ojcem - zadecydowała Atra surowo.

Młodzi, choć niezadowoleni, odstąpili od wilkara posłusznie.

- Idźcie do strumienia po wodę - poleciła wiedźma. - Tylko uważajcie...

- ... na ludzi, wiemy - Dara uśmiechnęła się słodko. - Będziemy się trzymać ścieżki i nie będziemy rozmawiali z nieznajomymi.

- Dara... - Atra uniosła ostrzegawczo brew.

Dziewczyna pomaszerowała po nosidło, a mijając DaWerna, mrugnęła porozumiewawczo.

- Mała wiedźma... - Atra pokręciła głową, obserwując, jak dzieciaki znikają między drzewami z nosidłami na barkach. - Po kim ona to ma? Bo chyba nie po matce.

DaWern wciąż uśmiechał się rozbawiony.

- Z pewnością nie. Dobrze ich wychowujesz - pochwalił.

Zerknęła na niego, zadzierając głowę.

- A ty mógłbyś ich trochę częściej odwiedzać, szczególnie Darę. Zanudza mnie codziennie pytaniami o ciebie. Toru też tęskni, ale wiesz, jaki on jest...

Wiedział.

- Trudno uwierzyć, co? - mruknął i spojrzał Atrze w oczy ciepło.

- O, tak - odparła. - Syn krwi czarodziejki i duchów wilkarskich magów niespodziewanie wyrósł na łagodnego olbrzyma. Ale to wciąż mieszaniec. Oboje są mieszańcami.

Pokiwał głową.

- A o czym chciałaś ze mną porozmawiać? - zapytał, siadając na wysokim progu chaty.

Atra przysiadła obok.

- Chyba właśnie o tym. Toru zmienił się dzisiaj w wilka.

Mężczyzna gwałtownie odwrócił się w jej stronę.

Czekała, aż coś powie, ale on patrzył tylko na nią w osłupieniu. Niemalże słyszała, jak huragan myśli przetacza mu się przez głowę.

- DaWern, co to oznacza? - spytała z lękiem. - To dobrze, czy źle?

Pokręcił powoli głową.

- Nie wiem - przyznał szczerze. - Wilkarskie szczenięta rodzą się z umiejętnością przemiany w dowolnej chwili, tak jak Dara. Na początku są nieco chaotyczne, ale szybko uczą się przyjmować postać, w jakiej najbezpieczniej im przebywać w danym momencie. Nie wiem, dlaczego Toru rozwija się inaczej. Może przez to, kim jest, albo co spotkało go zaraz po urodzeniu?

- Zmienił się przez sen. - Atra posmętniała. - Więc nieświadomie. Widziałam go rano na posłaniu, ale niedługo potem, gdy się zbudził, wstał już jako człowiek. Nic mu nie mówiłam, bo sama nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy bać, ale chyba i tak się domyśla, bo przecież ubrania mu się pogmatwały.

DaWern zapatrzył się przed siebie w zadumie.

- Zastanawiało nas, że się nie zmienia, a kiedy to się wreszcie stało... - Zacisnął usta. - Nie wiem, czy to dobrze, nie wiem, czemu teraz.

Atra pokręciła głową, przetarła twarz dłońmi.

Przez chwilę siedzieli w ciszy, pogrążeni we własnych rozważaniach.

- Gdy zacznie się przeobrażać świadomie - przerwał zadumę DaWern - będę musiał go przyprowadzić do Pana Lasu.

Atra spojrzała na mężczyznę błagalnie.

- Muszę - powtórzył, zaciskając usta. - Nie mówię, że chcę.

Wiedźma oparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach.

- Ale przecież Dara... - zaczęła.

- Dara go nie obchodzi. Wie o niej, ale Toru to dla niego coś zupełnie innego. Wiesz przecież. Wybraniec.

Westchnęła ciężko.

- Nasze piękne dzieci... - jęknęła. - Musimy je jakoś przygotować. Są tacy dziecinni. Gdyby żyli we wsi, już szykowalibyśmy im kogoś do swadźby, a tu żyją jak szczenięta! Przecież Toru nawet nie wie o przepowiedni! Jasne, wiedzą, że mają w sobie krew ludzką i wilkarską, ale znają tylko nas i opiekunkę, wmówiliśmy im, że ludzie w wiosce to potwory, które zechcą ich skrzywdzić!

Przez twarz wilkookiego przemknął ponury cień.

- Bo tak właśnie by było. - DaWern stłumił wywołany wspomnieniem gniew. - Wiesz dobrze, co się działo, ile czasu Venda tłumaczyła tym tumanom... Gdyby wiedzieli, że Toru może kiedyś wezwać wilkarów, po prostu by go zabili.

Nagle coś innego zwróciło jego uwagę. Poruszył niespokojnie nozdrzami.

Dzieci wyszły z lasu z nosidłami na barkach. Przed nimi, niczym pan i władca, maszerował stary kocur bez oka.

DaWern skrzywił się na jego widok.

- Czy to nie powinno już dawno zdechnąć? - warknął niechętnie.

- Dziwne, prawda? - Atra ściszyła głos, jakby chciała zataić rozmowę przed kocurem. - Odkąd pamiętam, jest taki stary i potargany.

- A może już dawno zdechł i wrócił? - DaWern wpił w znienawidzone kocisko morderczy wzrok. - Wygląda jak coś, co należałoby dobić.

Skarciła go spojrzeniem.

- Nawet o tym nie myśl. To po prostu kot wiedźmy, jeden Weles wie, co ona z tym zwierzęciem wyprawiała i jakim czarom go poddawała.

- Myślisz, że to nie jest kot? - DaWern łypnął na nią podejrzliwie. - Że kogoś zaklęła albo co?

Wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma pojęcia.

- Wiem tylko, że rozmawiała z nim i że go rozumiała, a ja tego nie potrafię. - Zawahała się i dodała: - W zimie przyniósł mi zająca do chaty... Taki to kot. Jak dla mnie może tu mieszkać, ile zechce.

Opowieści mówiły, że w czasach wilkarów wieś otoczona była palisadą, która po buncie ludzi została rozebrana na rozkaz wilczych władców. W miejsce tego zabezpieczenia wbito z rzadka słupy i noc w noc zapalano na nich pochodnie, by krąg światła odstraszał potwory, dając ludziom choć nikłe poczucie bezpieczeństwa.

Niedługo po tym, jak wieszczba Alasy zapowiedziała nieuchronne spełnienie przepowiedni o powrocie wilkarów, wieś postanowiła odbudować palisadę, licząc na to, że trud poświęcony zadaniu zwróci się z nawiązką, gdy nadejdzie czas.

Istniejące już chaty otoczono wysokim płotem z zaostrzonych bali, przez co osada nabrała nieregularnego kształtu. Młyn i obejście opiekunki znalazły się poza zabudowaniami obronnymi, tak jak i wcześniej nie obejmował ich krąg pochodni. W najeżonym drewnianymi zębami obwodzie umiejscowiono bramę od strony traktu, by wygodnie zwozić płody rolne z pól, oraz mniejszą furtę od strony młyna.

To właśnie w tę stronę skierowała się opiekunka po wizycie w kuźni.

Utykająca na jedną nogę zielarka szła przez osadę w pogodny, wiosenny dzień, rozglądając się na boki, pozdrawiając ludzi i czując coś na kształt satysfakcji, że społeczność, którą się opiekuje, jest bezpieczna i ma się dobrze.

W ostatnich latach ludzie zza gór przybywali do doliny kilkukrotnie, przynosząc nowinki i opowieści, a także mieszając swoją krew z krwią tutejszych kobiet. Owszem, wieś atakowały również potwory, niektóre trudne i zostawiające ślady na ciele i duchu opiekunki, ale jednocześnie bogowie obdarzyli dolinę nadspodziewaną obfitością dzieci, jakby wiedzieli, że wkrótce potrzeba będzie wielu młodych, silnych ludzi do obrony. Tak przynajmniej patrzyła na to Venda i robiła, co mogła, by nie stracić ani jednej osoby ponad te nie do uratowania. Tegoroczna zima była długa i trudna, a na przednówku wielu przymierało głodem, chorując i przysparzając zielarce kilku siwych włosów. Venda wierzyła w bogów, wieś modliła się i składała ofiary z prośbą o rychłą wiosnę, a dary te kosztowały ludzi wiele wyrzeczeń. Bogowie zwlekali z pomocą, w końcu jednak ciepło wkroczyło do Wilczej Doliny, a w mieszkańców wstąpiły nowe siły i nadzieje. Wykiełkowały pierwsze rośliny, na których można było ugotować polewkę, brzozy puściły oskołę, a jezioro mogło dawać więcej tak upragnionego mięsa z ryb.

Z wiosną wszystko wydawało się lepsze.

- Witajcie, opiekunko!

- Witaj, Maronie! - Venda odwzajemniła pozdrowienie z uśmiechem. - Jak tam chłopcy? Lepiej?

Mężczyzna skinął głową, nie zatrzymując się, bo zawieszone na ramionach nosidło z wypełnionymi wodą wiadrami ciążyło mu dokuczliwie.

- Już dobrze, zupełnie przestali kaszleć. Dziękuję!

Odszedł ku swojej chałupie.

Niedługo po śmierci Aniki odnalazł pocieszenie w ramionach Nasty, wdowy po zabitym przez wilkołaka Olestku. Zdawało się, że przeżyte cierpienie i strata zbliżyły ich do siebie i, jak to często bywa, zaowocowały zupełnie nowym uczuciem. Syn Nasty, urodzony z bliznami na ciele Żbik, ojca nie pamiętał, więc szybko przywykł do ojczyma, a wkrótce doczekał się również i brata. Obydwaj byli już niemalże dorośli, i starszego rodzice chętnie wyswataliby z którąś z panien, jednak trudność leżała nie w samym wyglądzie chłopaka, bo blizny dodawały mu nawet charakteru, ale w skrytej naturze, która sprawiała, że choć na postrzyżynach nadano mu dorosłe imię, wszyscy i tak mówili do niego po staremu, Żbik.

Maron traktował pasierba jak rodzonego syna i razem z Nastą chciał mu dobrać dziewczynę, która wydobędzie z niego, co najlepsze. W ogóle dawny młynarz przy nowej kobiecie stał się świetnym ojcem i mężem, co przy dłuższym głowieniu się nad tematem doprowadziło Vendę do niezbyt chlubnych przemyśleń odnośnie śmierci jego pierwszej żony.

Napawając się wesołym gwarem wiejskiego przedpołudnia, opiekunka dotarła do furtki, wyszła na prowadzącą ku młynowi dróżkę, a z niej skręciła w ścieżkę, wijącą się w górę zbocza, ku chacie.

Gdy tylko znalazła się pod lasem, spomiędzy porastających jego brzeg krzaków wypadł zadowolony z siebie DaWern.

- O, jesteś! - ucieszyła się.

- Jestem. - Mężczyzna wyciągnął gałązkę z włosów i otrzepał ubranie, świadczące o tym, że cokolwiek robił, czynił to w ludzkiej postaci. - Odprowadziłaś naszą czarną owieczkę?

- On nie jest czarną owcą - poprawiła, jak zawsze gdy rozmawiali o Heszku. - Jest... wyjątkowy.

- Z pewnością - prychnął rozbawiony wilkar. - Wyjątkowy baranek.

Venda wywróciła oczami.

- Jak dziecko? - zmieniła temat.

- Które?

Posłała mu ciężkie spojrzenie.

- Wyśmienicie - pospieszył bez dalszych pytań. - Żadnych oznak obłędu.

- To dobrze.

- Zaiste, jest dobrze. Dzieciaki są słodkie i niewinne, jakby co najmniej wiedźma chowała je w lesie z dala od ludzi. Ludzie to samo zło...

Venda zerknęła podejrzliwie na idącego u jej boku wielkoluda.

- Powiedział ostatni z wilkarów - rzuciła kąśliwie. - Masz wyjątkowo dobry humor, to podejrzane. Czy powinnam się martwić?

- Nie! - roześmiał się krótko. - Po prostu młodzi tak dokazują, aż miło.

Spochmurniała z miejsca.

- No tak - mlasnęła kwaśno. - Z pewnością miło jest mieć rodzinę, syna, córkę...

- Ven... - złagodniał, już żałując tego, co powiedział, ale weszła mu w słowo.

- Nie rozmawiajmy o tym. Nie mam dziecka. Tak było trzeba. Wiem. Weles mi świadkiem, że twój przeklęty bóg kiedyś mi za to zapłaci.

DaWern przestał się uśmiechać. Nauczył się w ciągu lat, że w tej kwestii najlepiej nie drążyć tematu.

W milczeniu dotarli na podwórko zielarki.

- Naprawisz kiedyś tę furtkę? - spytała zrzędliwie.

- Przecież naprawiłem - mruknął wilkar, przyglądając się przez ramię, jak tuż po ich przejściu wiklinowa bramka otwiera się ze skrzypnięciem. - Coś jest chyba nie tak z tym miejscem. Próbowałaś odczyniać uroki?

- Nad furtką? - Posłała mu zaskoczone spojrzenie, a zrozumiawszy, że żartuje, uśmiechnęła się słabo. - Może będzie trzeba.

Pchnęła drzwi chaty i przekroczyła wysoki próg.

- Twojej uczennicy nie ma? - upewnił się mężczyzna, schylając głowę, by zmieścić się w drzwiach.

- Nie będzie jej dzisiaj - odparła.

Natychmiast objął ją od tyłu wpół.

- Jak wspaniale się składa... - wymruczał, jedną ręką wędrując ku piersi.

Wywinęła się w jego ramionach, odwracając się twarzą do niego.

Nagle zmarszczyła brwi z niezadowoleniem.

- Co to właściwie za koszula? - warknęła.

DaWern w odpowiedzi pocałował ją w czoło, zsuwając ręce na jej tyłek.

- Ona ci ją uszyła? - mruknęła zła, podczas gdy mężczyzna mocował się z sukienką, próbując dobrać się do pośladków. - Powiedz jej, że nie życzę sobie, żeby szyła dla ciebie ubrania! Sama potrafię o ciebie zadbać.

Zatkał jej usta pocałunkiem. Po chwili odsunął się i ściągnął koszulę przez głowę.

- Już po problemie! - Uśmiechnął się, rzucając ubranie na oślep w bok. - No nie bądź taka straszliwie gniewna, opiekunko... - mruknął. - Kiedy ostatnio robiliśmy to w biały dzień?

Fuknęła cicho, jednocześnie pomagając mu rozsupłać przepasującą ją krajkę.

- Powiedz jej! - nakazała jeszcze.

- Powiem, powiem... - Pochylił się i pocałował ją w szyję.

Zgodnie z zaklęciem wiążącym Lendava z Jadą do końca jej dni chmurnik mógł mieć ze śmiertelniczką tylko jedno dziecko. Dziewczynkę, która przyszła na świat w noc Dziadów, a której przy zaplecinach dano na imię Olana.

Wyrosła na gibką niczym wierzbowa witka pannę o jasnych, prawie białych włosach, bladej cerze i oczach błękitnych jak letnie niebo.

Głód nie dał się młynarzom tak we znaki jak reszcie wsi, bo ziarna mieli dość, by oszczędnie dzieląc, dotrwać na nim do wiosny, toteż zima mniej odbiła się na młynarskich dzieciakach.

Olana należała do tych pogodnych, szczerych osób, które bardzo łatwo dają się lubić, w głębi serca była jednak nieufna i nieśmiała. Krępowało ją zainteresowanie chłopców. Wiedziała, że matka chętnie wydałaby ją już za mąż i bacznie obserwuje, czy aby córce oczy się do kogoś nie świecą.

Nie świeciły się, a przez matkę Olana po prostu traciła przyjemność beztroskiej zabawy.

Tymczasem we młynie rządziła we wszystkich grach, ganiając w tę i we w tę, że tylko migały w słońcu jej jasne jak promienie warkocze. Zresztą oprócz tego, że była najstarsza i najmądrzejsza, potrafiła też zaimponować kuzynom.

- Olka, no wejdź! - jęczał Preszko, młodszy z synów Sadko.

Już po śmierci najstarszego syna i żony Wastir, senior rodu, pożenił Sadko z córką kowala, Mirvą, mając po cichu nadzieję, że łagodna dziewczyna wpłynie korzystnie na rozbrykanego młokosa. Układało im się rzeczywiście nadspodziewanie dobrze. Wychowywali dwóch synów i córkę. Chłopcy, Nawko i Preszko, w ciemnym kolorze włosów i jasnych oczach, podobni byli do Mirvy, zaś dziewczynka miała dopiero kilka lat, wciąż jeszcze nosiła ochronne imię, Sosenka, i nieco bardziej przypominała jasnowłosego Sadko.

Choć Olana wyrosła niczym młoda brzózka, a starszy z chłopców, Nawko, przerósł wszystkich w młynie i oboje nadawali się już do ożenku, w głowach wciąż mieli pstro, a zabawy z młodszymi dzieciakami sprawiały im nadal tyle samo radości. Przynajmniej dopóki hasali po młynie, bo idąc do wsi, oboje czuli się w obowiązku zachowywać się dojrzalej.

Było już po Jarych Godach, ale powietrze wciąż pachniało ostro i mroźnie. Choć dolina w większości odtajała spod śniegu, tu i ówdzie wciąż leżały jeszcze łachy zmarzliny, a woda w strumieniu, obok którego uwielbiały ganiać młynarskie dzieci, była lodowato zimna. Mimo to Preszko naciskał na kuzynkę, by popisała się swą najciekawszą sztuczką.

Olana wywróciła oczami, udając, że się ociąga.

- Dorośli mnie znowu skrzyczą - mruknęła, lekko się jednak uśmiechając.

- Tylko jeśli się dowiedzą. - Nawko wyszczerzył się szczwanie, a Sosenka i Preszko ochoczo pokiwali głowami.

Olana z wahaniem obejrzała się w stronę młyna, ale z miejsca przy strumieniu nie widziała bramy na podwórze, a jedynie ślepą ścianę chaty. Szansa, że ktoś ich zobaczy, była niewielka, a pokusa, żeby dać dzieciakom powód do uwielbienia, spora.

- No, dobra. - Dziewczyna odrzuciła na plecy warkocze, zzuła wiklinowe łapcie i unosząc sukienkę, ostrożnie weszła do zimnego strumienia.

Chłopcy zachichotali zgodnie, a Sosenka zaklaskała w rączki z uciechy.

Olana uśmiechnęła się dumnie, rozchlapując stopą trochę wody.

Preszko przykucnął i zamoczył dłoń w rwącym strumieniu w zamiarze wytrzymania zimna tak długo, jak to możliwe, ale już po chwili szybko cofnął rękę.

- Brr! - Wzdrygnął się. - Lodowata! Jak ty to robisz?

Dziewczyna wzruszyła ramionami, kołysząc się swobodnie, jakby zaraz miała zacząć tańczyć.

- Ale co? - spytała z błyskiem w oku. - Przecież woda jest zaledwie chłodna!

Chłopak prychnął i już miał coś odpowiedzieć, kiedy od strony młyna dobiegło ich wołanie:

- Olana!

Cała czwórka spłoszyła się jak zające i z minami winowajców spojrzała ku zabudowaniom młyna. Tam, na rogu szopy i chaty, opierając pięści na biodrach, stała Jada i choć pod słońce nie można było dostrzec wyrazu jej twarzy, ton głosu oraz postawa wróżyły zbliżającą się burę.

Przyłapana na gorącym uczynku Olana wyskoczyła ze strumienia, błyskawicznie wsuwając mokre stopy w łapcie.

- Idę! - odkrzyknęła i w te pędy pognała przez łąkę.

Jada czekała na córkę nieruchoma niczym przydrożna figurka. Wciąż była ładna, choć od śmierci matki, odkąd została najważniejszą kobietą w młynie, trochę zbyt często marszczyła czoło i surowo zaciskała usta. W schowanych pod chustką włosach pojawiało się coraz więcej siwych pasemek, ale zaokrąglona figura, świadcząca o panującym w gospodarstwie dobrobycie, była obiektem zazdrości niejednej sąsiadki.

Olana przypominała Jadę z lat młodości, ale w jej oczach i uśmiechu błyskały odziedziczone po ojcu bystrość umysłu i radość życia.

Stanęła przed matką lekko zdyszana, z policzkami zarumienionymi nie tyle od biegu, co ze wstydu, i z wyrazem twarzy słodkim niczym plaster miodu.

- Znowu łaziłaś po strumieniu - zbeształa ją Jada przyciszonym głosem. - Tyle razy cię prosiłam...

Westchnęła udręczona i zacisnęła usta w sposób, jaki wywoływał u córki poczucie winy za całe zło tego świata.

- Tylko na chwilkę - wydusiła Olana ze skruchą, spuszczając wzrok.

- Chwilka wystarczy. - Matka wbiła w dziewczynę karcący wzrok. - Rozniesie się po wsi, że jesteś inna, i będą kłopoty.

Olana słyszała te słowa nazbyt często, milczała więc, nie chcąc dodatkowo denerwować matki.

Ta zaś odetchnęła głęboko, pokręciła głową nad lekkomyślnością córki i nakazała:

- Leć po ojca, jest potrzebny wujowi we młynie.

Olana skinęła ochoczo i pognała niczym burzowy źrebiec Peruna, chcąc szybko zostawić za sobą pełne wyrzutu spojrzenie matki.

Okrążyła zabudowania gospodarstwa i dotarła do wielkiego koła młyńskiego, a potem pobiegła w dół strumienia, przez młodziutki zagajnik, który kończył się niedaleko miejsca, gdzie potok wpadał do jeziora. Między brzegiem wody a polami uprawnymi ciągnął się wąski pas trawy, który nieco dalej rozszerzał się, tworząc łąkę, na której odbywały się coroczne świętowania rusaliów czy kupalnocki. O tej porze roku trawa ledwie odżywała po zimie, ale na skraju jeziora rybacy pracowali już przy wyciągniętych na brzeg łodziach.

Olana widziała ich z daleka, lecz ojca znalazła dużo bliżej, tuż za zagajnikiem. Odziany w koszulę, barani serdak i wełniane portki, owinięte krajkami na całej długości łydek, leżał wprost na ziemi, założywszy ręce pod głowę. Z lekkim uśmiechem wpatrywał się w latające ponad nim gołębie.

Ptaki od zawsze mieszkały pod strzechami młynarskiego obejścia, bo też gdzie byłoby im lepiej, niż w miejscu, w którym zawsze znajdzie się kilka rozsypanych ziaren zboża. Lendav opiekował się gołębiami od lat i dbał, by nie brakło im jadła.

Olana podeszła do ojca, ale ten nawet nie drgnął, choć z daleka musiał słyszeć nie tylko jej kroki, ale też zdyszany oddech.

- Tatku! - odezwała się, widząc, że myślami jest bardzo daleko.

Mężczyzna zamrugał wyrwany z, sądząc po uśmiechu, niezwykle przyjemnych rozmyślań.

- Och, Oleńka! - rozpogodził się jeszcze bardziej. - Ależ się podkradłaś, nic a nic cię nie słyszałem.

- Matuś mnie przysłała. Wuj Sadko cię potrzebuje we młynie - przekazała wiadomość dziewczyna, zadzierając głowę wysoko, by dostrzec gołębie. - Ale im dobrze... - wyrwało jej się. - Chciałabym tak polatać choć raz.

Lendav zmierzył córkę z ukosa, podnosząc się z ziemi. Chmurnicze, szare oczy błysnęły wesoło. Od jesieni powtarzał Jadzie, że Olana powinna wreszcie poznać prawdę o swym pochodzeniu, ale kobieta uważała, że ich córka wciąż ma pstro w głowie i gotowa wygadać się dzieciakom przy pierwszej okazji tylko po to, by się popisać. A tak była bezpieczna. Olanę można było wziąć za wyjątkowo gorącokrwistą dziewczynę, nie przejawiała żadnych innych zdolności, ale chmurnika często świerzbił język, by wreszcie wyznać jej prawdę i zobaczyć, co dalej.

Po raz kolejny zdusił w sobie to pragnienie, wstał, otrzepał ubranie i ruszył w kierunku młyna. Olana poszła za nim bez słowa.

Zagłębili się w młodnik, a ona wciąż milczała, co bezbłędnie oznaczało dla Lendava jedno:

- Coś cię trapi, córko moja jedyna - bardziej stwierdził, niż spytał.

Przez twarz dziewczyny przebiegł szybki grymas.

- Matuś - bąknęła ponuro.

- Coś nabroiłaś?

- Nie... Oj, weszłam tylko do strumienia. Dzieciaki prosiły, a to przecież nic takiego! No i matuś akurat przyszła i znów mi się oberwało.

- Córko, twoja matka próbuje cię chronić. Ludzie bywają okrutni, zazdrośni i małostkowi, a ty wyrosłaś na piękną pannicę. Wystarczy, że ktoś będzie chciał ci zaszkodzić, bo, sam nie wiem, spodobasz się nie temu chłopcu, co trzeba, albo za ładnie będziesz wyglądać na kupalnocce, i zaślepiony zazdrością człowiek gotów jest rzucić na ciebie oskarżenia. Matka boi się, że wieś uzna cię za... inną. A wiesz, że inność jest podejrzana. Inność jest groźna. Inność to...

- Potwory - dokończyła za niego wyliczankę. - Wiem, ale nie macie się co obawiać. Ja się nie interesuję chłopcami, nie lubię ludzi i nie wyglądam ładnie na kupalnockach.

- Zawsze wyglądasz ładnie. Jesteś śliczna, moja jedyna córko! Masz to po mnie. Nie żeby matce coś brakowało, jest piękną kobietą - dodał szybko. - Ale wszyscy mówią, że jesteś podobna do mnie.

Nie rozśmieszył dziewczyny.

- Tatku, a co, jeśli... - zaczęła niepewnie. - Co, jeśli ja naprawdę jestem inna?

Podniosła twarz i chmurnik zobaczył w jej oczach skrywaną długo niepewność i strach. Zrozumiał, że ten temat dręczył ją od jakiegoś czasu.

- Każdy z nas jest inny - powiedział spokojnie. - Nie ma w tym nic złego. To tylko wieś przesadza, bo boi się potworów. Być może my, próbując cię chronić, niepotrzebnie wzbudziliśmy w tobie niepokój, ale zupełnie nie o to nam chodziło.

Olana potrząsnęła głową, zatrzymując się na ścieżce.

- Nie, tatku. Ja... chodzę po strumieniu, gdy innym cierpną palce z zimna - zaczęła, a Lendav skinął spokojnie. - W zimie zakładam płaszcz tylko dlatego, że krzyczycie na mnie, kiedy biegam po podwórzu w sukience, a pewnego dnia... - zawahała się. - Pewnego dnia wyszłam na śnieg boso i w ogóle nie poczułam mrozu! Ja jestem inna! Co, jeśli jestem jakimś potworem i rzucę się na was, gdy będziecie spali?!

Lendav zaniemówił, a potem z trudem powstrzymał śmiech. Przerażone oczy Olany wpatrywały się w niego desperacko.

- To nie jest śmieszne, tatku! - oburzyła się.

- Ale ja się nie śmieję! - zapewnił, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu. - Zaufaj mi, córko moja jedyna, nie rzucisz się na nas, gdy będziemy spali. Nie jesteś potworem. Jesteś taka sama jak ja.

- Nie, nie jestem! Nie rozumiesz! - Nadęła usta zrozpaczona.

- Nie, to ty nie rozumiesz - Lendav spojrzał jej w oczy łagodnie. - Jesteś taka sama jak ja.

Zawahał się przez moment.

Jada odwlekała rozmowę z córką i panicznie bała się tego, że wraz z sekretem Olany wieś mogłaby poznać także sekret Lendava, a wtedy ona, Jada, pewnie straciłaby ich oboje.

Chmurnik zwykle kpił sobie, że gdyby wieś chciała szukać wrogów wśród sąsiadów, znalazłaby groźniejszych niż oni, ale widząc niepokój żony, odstępował od dalszych nacisków.

A teraz widział podobny niepokój w oczach córki.

- Posłuchaj... - zaczął delikatnie, ale nie dokończył, tylko westchnął zrezygnowany.

Wiedział, że nim wyjawi córce prawdę, musi przekonać jej matkę, inaczej dostanie mu się niezła bura.

- Jesteś zupełnie normalną, śliczną dziewczyną - postanowił więc powiedzieć. - Nie myśl o tym za dużo, bo oszalejesz.

Brzydkie dzieci, ku zaskoczeniu dorosłych, często wyrastają na urodziwych młodych ludzi. Czasami to, co w dziecięcych rysach zdawało się niespójne, dojrzałej twarzy nadaje uroku i charakteru, zbyt szerokie usta stają się ponętne i kształtne, a chude kończyny zmieniają się w smukłe nogi i zręczne dłonie.

Alasa... nie była tym typem dziewczyny.

Córka pięknej wiły, jak na złość, urodę odziedziczyła po ojcu i z brzydkiego dziecka wyrosła na niezbyt ładną kobietę. Co prawda z czasem upodobniła się do matki pod względem wąskiej talii i pełnych bioder, i nawet rysy szerokiej twarzy złagodniały i wyszlachetniały, jednak włosy wciąż pozostały krnąbrne niczym wiecheć rudego, skłębionego siana, skóra na przemian raziła bladością w zimie i śmieszyła wiecznym zaczerwienieniem w lecie, a oczy, jedyny wyjątkowy element twarzy, swą wyjątkowością bardziej straszyły niż oczarowywały.

Były to oczy duże, intensywnie niebieskie, otoczone miedzianymi rzęsami, które nie dodawały im uroku, za to w chwilach, gdy tęczówki znikały, a białka stawały się zupełnie czarne, potęgowały wrażenie dziwności.

Alasa wieszczyła wtedy najróżniejsze rzeczy i choć nie zdarzało się to często, i mimo że była córką najbardziej poważanego gospodarza w dolinie, jakoś nie pojawił się nikt, kto ubiegałby się o jej rękę. Rówieśnicy Alasy dawno się pożenili i wychowywali kilkuletnie brzdące, ale wieszczka wciąż była sama.

Szkoliła się u opiekunki od wielu lat i choć lubiła spędzać czas w chacie zielarki, jednocześnie ceniła sobie te chwile, gdy nikt jej nie pilnował, niczego od niej nie wymagał i nie zerkał z lękiem, czy jej oczy nie stają się czarne.

Podobnie jak większość dolinian Alasa z radością powitała wiosnę i mimo że nie była już podlotkiem, wraz z powiewem ciepłego wiatru od hal krew zaczęła szybciej krążyć w jej ciele. Tego dnia zabrała więc kubek z kory i ruszyła po oskołę.

Największy brzozowy zagajnik rósł głęboko w lesie, nad strumieniem, w miejscu, gdzie, jak mawiano, mamuny piorą nocami swe koszule. Alasa nie obawiała się tego miejsca, bywała w nim wiele razy sama i z opiekunką, wiedziała więc, że za dnia może tam spotkać tylko jakieś zwierzę lub sąsiada, któremu przyszła ta sama, co jej, ochota na brzozowy sok.

Kobieta wędrowała wśród drzew, często przystając po drodze, a to, by zadzierając głowę, przysłuchiwać się popisowym trelom ptaków, a to, by obserwować spacerujące po zmurszałych pniach owady.

Naraz, gdy akurat tkwiła pochylona nad powalonym świerkiem i podążała wzrokiem za mrówkami, usłyszała za sobą niski, wilczy pomruk, który postawił jej włoski na karku.

Wyprostowała się powoli i sięgając po przypięty u paska nóż, ostrożnie odwróciła się w stronę dźwięku. W tej krótkiej chwili przez głowę przeleciało jej wiele myśli. Samotny wilk. Na wiosnę. W słoneczny dzień. Dlaczego?

Początkowo nic nie dostrzegła. Spodziewała się ujrzeć zwierzę, ale w pobliżu nie widać było niebezpieczeństwa. Zaraz jednak zza grubego pnia sosny wychyliła się ciemna, poczochrana głowa, okraszona wielkim uśmiechem.

- Miroh... - Alasa odetchnęła z wyraźną ulgą, widząc młodego karczmarza.

Zaraz też z pobliskich krzaków dobiegł ją pełen samozadowolenia śmiech i z chaszczy wytoczyli się postawny Gaborn, syn owczarza, i szczupły, żylasty Heszko od kowala.

Cała trójka chłopaków pękała z dumy, że tak pięknie nabrali przyszłą opiekunkę.

- O wy szczeniaki! - Alasa pogroziła im palcem, siląc się na surowy ton. - Prawie mi serce gardłem wyskoczyło! Ładnie to tak kobiety po lesie straszyć?

- My?! - Miroh przybrał najniewinniejszą z min, wyłaniając się całkowicie zza drzewa. - A gdzież byśmy śmiali!

- Tam ogromny wilk był! - zapewnił Gaborn. - Nie widziałaś, bośmy go przegonili!

Kobieta spojrzała wymownie w jego pociągłą, nieco trójkątną twarz o wydatnych kościach policzkowych i wąskich, jasnych oczach. Wszyscy trzej byli w tym samym wieku, ale zarost, długie włosy i szerokie barki sprawiały, że owczarz wydawał się starszy od towarzyszy.

- Oj, poczekajcie, opowiem opiekunce, jak sobie żartujecie! - zapowiedziała złowróżbnie Alasa.

- Nie, tylko nie to! - Gaborn, wyższy od Alasy o pół głowy, skulił się w sobie, udając przerażenie. - Wybacz nam, o wielka wieszczko!

Miroh i Heszko z trudem powstrzymali parsknięcie śmiechem. Alasa pokręciła nad nimi głową.

- Gdzie macie Nawka? - zmieniła temat, rozglądając się za czwartym z wioskowych łobuzów.

- We młynie, a gdzie? - wypalił Miroh, biorąc się pod boki. - Idziemy do niego, tylko trochę naokoło.

- Ej! - Heszko trzepnął go dłonią przez plecy. - Z szacunkiem do wieszczki, ty wyskubany wieprzku!

- Wieprzek nie może być wyskubany, ciołku! - odparował natychmiast Miroh.

Alasa zmieszała się, czując się dziwnie mała i osaczona.

- Dobrze, idę w swoją drogę - oznajmiła, ruszając. - Uważajcie na siebie.

- Nam nic nie będzie! - Heszko machnął dłonią lekceważąco. - Ale ty uważaj na tego wilka, cośmy go przegonili!

Odwróciła się, kręcąc głową, i ruszyła w las, a młodzieńcy poszli w stronę wsi, rechocząc i szturchając się wzajemnie. Alasa wiedziała, że aż do młyna będą wspominać jej minę, gdy wzrokiem szukała wilka, i z pewnością opowiedzą całą historię czwartemu z parszywej zgrai.

Szła żwawo, nie zatrzymując się już, by kontemplować piękno stworzenia matki Mokoszy, a w sercu zalęgła jej się nieprzyjemna myśl, że jeśli kiedyś ma zostać opiekunką, to powinna popracować nad umiejętnością zdobywania ludzkiego szacunku. Nieśmiałość i łagodne usposobienie w niczym nie upodabniały jej do twardej, władczej Vendy.

Wiedziała, że jest mądra, ale cóż po mądrości, jeśli ludzie nie zechcą słuchać jej rad?

Westchnęła ciężko, marszcząc rude brwi, i w tym momencie Dola, kierująca tego dnia jej krokami, wyprowadziła ją wprost na mężczyznę, którego radzono jej unikać.

Przepowiednia wygłoszona wiele lat wcześniej przez samą Alasę mówiła, że kiedyś przywróci Irkemu spokój. A potem zamarzną Sine Wody.

Alasa stanęła jak wryta, zaledwie kilka kroków od mężczyzny. Bartnik, odwrócony tyłem, zwijał powoli leziwa, najwyraźniej skończywszy pracę przy wydłubanej wysoko na drzewie barci.

Kobieta zaniemówiła zaskoczona, ale wiedziała, że jest za późno, żeby odwrócić się i uciec. Postanowiła się przywitać, tyle że nie wiedziała jak. Mężczyzna był za młody, by zwracać się do niego jak do starszyzny, ale też za stary, by mówić z nim jak z rówieśnikiem. Dzieliło ich pół pokolenia.

Zawahała się, a moment ten wystarczył, żeby bartnik odwrócił się i zamarł z leziwem w dłoniach. Trwało to jednak tylko chwilę, bo zaraz pomiarkował się i skinął głową na powitanie.

- Witaj - mruknął, nerwowo wzruszając ramionami, jakby koszula gryzła go w kark.

Był szczupły, wręcz wychudzony, a przygarbiona postawa sprawiała, że zdawał się wiecznie chować twarz przed światem. Tak, jak zawsze, i dzisiaj przykrył gęste, ciemne włosy kapeluszem z łyka, o rondzie tak szerokim, że skrywało spojrzenie oczu. Alasa wiedziała, że mają kolor spadziowego miodu.

- Witaj - bąknęła, siląc się na spokój. - Wybacz, zlękłam się, nie spodziewałam się spotkać człowieka.

Pokiwał głową i wrócił do zwijania leziw, gdy naraz rozkaszlał się, kryjąc usta w zagłębieniu łokcia.

- Długo tak kaszlesz? - spytała Alasa odruchowo.

Poruszył ramionami i machnął ręką na odczepnego.

- Nie uciekasz? - skrzywił się pod nosem, ignorując pytanie.

- Ja? - zdziwiła się. - Dlaczego?

- Pozwalają ci ze mną rozmawiać?

Złożył zwinięte skórzane pasy na ziemi i zaczął zbierać drobne narzędzia do sakwy, nie obdarzając kobiety spojrzeniem.

Alasa patrzyła, jak powoli podnosi przedmioty jeden po drugim, i czuła, jakby dzieliła ich ściana, jakby niemożliwym było podejść bliżej.

Zwalczyła w sobie chęć, by pokonać te kilka kroków i udowodnić sobie, że dotknięcie mężczyzny w ramię jest możliwe.

- Nikt nam nie zabrania rozmawiać - odparła zamiast tego.

Irke podrapał się w kark i zacisnął sznur sakwy.

- Ale wolą, żebyśmy trzymali się od siebie z daleka.

Zakaszlał, znów kryjąc twarz w zagłębieniu łokcia. Alasa wykorzystała moment, by zmienić temat.

- Żyją? - Wskazała brodą na drzewo z barcią.

- To była trudna zima dla wszystkich dzieci Mokoszy - odparł Irke, delikatnie rozluźniając się na samą myśl o pszczołach. - Posprzątam, usunę zimowy osyp, zadbam, żeby było im dobrze. To silne istotki, przetrwają. Trzymają się razem.

Alasa wyczuła w ostatnim zdaniu nutkę żalu, a może wręcz jawny wyrzut?

- Lepiej idź, bo jeszcze ktoś cię ze mną zobaczy - poradził mężczyzna cierpko. - Oni myślą, że jeśli porozmawiamy, wokół z miejsca zaroi się od wilkarów.

Parsknął kpiąco, znów nerwowo wzruszając ramionami, jakby coś nieustannie łaskotało go w kark.

Alasa przyglądała mu się z mieszaniną smutku i zaciekawienia.

- Przecież my nie wezwiemy wilkarów - odparła cicho. - Żadne z nas nie ma takiej mocy.

Uniósł głowę i pozwolił sobie na krótkie spojrzenie w kobiece oczy.

- Ja to wiem - powiedział z lekkim uśmiechem. - My tylko odmierzamy czas do ich powrotu. A czasu nawet opiekunka nie powstrzyma.

Dla przypomnienia:

Venda - opiekunka, zielarka, żerczyni

DaWern - ostatni z wielkiej rasy wilkarów

Atra - zielonooka, lubiła czasem poleżeć na cmentarzu

Toru - syn Atry i demonów z Cmentarza Wyklętych

Dara - córka Atry i DaWerna

Krasta - matka Atry

Wastir - młynarz

Otro - starszy, zmarły syn młynarza

Sadko - młodszy syn młynarza, przyjaciel Irkego

Mirva - córka Zdamira, obecnie żona Sadka

Nawko - starszy syn Mirvy i Sadka, jeden z czwórki wiejskich łobuzów

Preszko - młodszy syn Mirvy i Sadka

Sosenka - kilkuletnia córka Mirvy i Sadka

Jada - śliczna młynarka, przyjaciółka Vendy

Lendav - chmurnik, mąż Jady

Olana - chmurniczka, córka Jady i Lendava

Luda - najmłodsza młynarka, ukochana Irkego, zmarła tragicznie

Maron - wdowiec po młynarce Anice, obecnie mąż Nasty

Nasta - wdowa po Olestku, obecnie żona Marona

Żbik - urodził się z bliznami, syn Nasty i zmarłego Olestka

Rystek - syn Nasty i Marona

Tinne - wielki jak tur, mieszka naprzeciwko gospody

Peromira - jego żona, gadatliwa i pełna ciepła

Misławka - starsza z ich córek

Estek - młodszy syn bartnika, mąż Misławki

Heliczka - młodsza córka Tinnego

Orka - kiedyś zasmarkany łobuz, dziś mąż Heliczki, odźwierny Młynnej Bramy

Opawit - ojciec Tinnego, zdarzało mu się wspomnieć o leszym

Larse - łagodny człowiek, przyjaciel Tinnego, ma dwie córki

Liwka - starsza córka Larsego

Hilana - młodsza córka Larsego

Marozowa - babka odbierająca porody, bardzo stara, zmarła

Wiljo - matka Alasy, najlepsza gospodyni w dolinie

Alasa (Płomyk) - wieszczka, obecnie uczennica Vendy

Kostjan - rudowłosy ojciec Alasy, najlepszy gospodarz doliny

Zdamir - kowal, zagorzały przeciwnik opiekunki

Stojan - jego wiecznie kaszlący krwią brat, zmarł

Restko - syn Zdamira, obecnie jest kowalem w dolinie

Iva - córka owczarza Grzysława, żona Restka

Morka - starsza córka Restka i Ivy

Neteczka - młodsza córka Restka i Ivy

Heszko - młody kowal, jeden z czterech wiejskich łobuzów

Gostowit - bartnik, ojciec Irkego i Estka, zmarł

Irke - jego starszy syn, pan kłobuka, znany z głupich pomysłów

Milisa - córka myśliwego, żona Jarta, karczmarka

Miroh - młody karczmarz, jeden z czterech wiejskich łobuzów

Grzysław - owczarz, brat Kostjana

Kiromir - jego syn, juhas

Gaborn - młody owczarz, syn Kiromira, jeden z czwórki wiejskich łobuzów

Prolog

Młodzieniec wymknął się z obejścia, gdy nikt nie patrzył.

Pochłonięta codziennymi pracami rodzina nie zwróciła uwagi na jego odejście. Dali się oszukać pozornie obojętnej minie i pogwizdywanej pod nosem melodyjce.

Nie mieli pojęcia, ile kosztował go spokojny krok, jakim oddalał się od chaty, i jak mocno zabiło mu serce, gdy spoglądał przez ramię na zajętych pracą bliskich.

Droga od bramy w palisadzie do pierwszych drzew ciągnęła się niczym tortura. Serce młodzieńca waliło jak oszalałe, lecz wewnętrzny głos powtarzał z determinacją: Musisz ich oszukać!

Nareszcie. Zanurzył się w las. Pachniało tu wczesną wiosną, mokrą ściółką i ziemią, dopiero co uwolnioną spod śniegu.

Chłopak obejrzał się, czy nikt go nie widzi, po czym wyjął spomiędzy krzaków ukryty zawczasu worek z najpotrzebniejszymi rzeczami. Zarzucił go na ramię, posłał wsi długie spojrzenie, odetchnął dziarsko i ruszył w drogę.

Przemknął w ciszy na trakt. Szlak był słabo widoczny, ale młodzieniec wiedział, że to jedyna pewna droga za góry. Nim zapadnie zmrok będzie już daleko od doliny. Przenocuje przy ognisku i przed pełnią dotrze do miasta u stóp Gór Północy.

Słyszał o nim od zeszłorocznych handlarzy. Wypytał ich dokładnie o wszystko.

Już wtedy wiedział, że ucieknie. Nie będzie dłużej znosił upokorzeń, nie pozwoli sobą pomiatać i nie zamierza czekać na pewną śmierć.

Wszedł na trakt i puścił się biegiem w dół łagodnego zbocza. Miał wrażenie, że coś wbija wzrok w jego plecy, że wieś przyciąga go do siebie, pęta kolana niczym powróz.

Biegł jak oszalały, a worek podskakiwał mu na plecach.

Usłyszał ruch za sobą, obejrzał się zlękniony, ale nikogo nie dostrzegł. Na wszelki wypadek zbiegł z drogi, postanawiając jak najdłużej podążać lasem wzdłuż niej.

Naraz coś ścięło go z nóg, chwyciło mocno i pociągnęło w górę.

Pułapka! Na wielką Mokosz! Pułapka w lesie przy trakcie!

Zawisł głową w dół, nieporadnie machając rękami. Dyszał ciężko, ale już po chwili starał się opanować oddech i skupić myśli. Tak! Miał przecież nóż! Trzeba tylko wydostać go z...

Nim dosięgnął płóciennego worka, zobaczył bose stopy. Serce ścisnęło mu się ze strachu.

Ogromny mężczyzna przykucnął i jego twarz znalazła się tuż przed oczami młodzieńca. Żółte oczy błysnęły złośliwie. Usta rozciągnęły się w uśmiechu, odsłaniając białe, ostre, nieludzkie kły.

Potwór pchnął chłopaka palcem niczym zabawkę. Parsknął rozbawiony i przekrzywiając głowę, mruknął chropawo:

- No witaj.