Węzeł krwi. Pogrzebany świat. Tom 3 - Laura Green

Kup ebooka

53.99 zł
38.79 zł (36,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Czas zwolnił.

Świat zatrzymał się na cenne sekundy, kiedy niewyobrażalnie silny podmuch mocy wypełnił podziemny korytarz. Odruchowo podniosłam ręce, by chronić głowę, gdy wokół wybuchła rażąca jasność. Serce zabiło mi mocniej w oczekiwaniu na uderzenie bólu, ale to nie nastąpiło. Z wahaniem uniosłam lekko powieki i mrużąc oczy, zobaczyłam, jak osoby przede mną walczą, żeby nie zostać rozerwanymi na strzępy, podczas gdy ja stałam całkowicie nienaruszona.

Zielony płomień minął mnie, jakbym została zamknięta w ochronnej bańce, zupełnie jak wtedy, gdy Ames uratował mnie przed więźniami. Rozszalałym wzrokiem rozejrzałam się dookoła, szukając go. Skoro była tu jego moc - i nie krzywdziła mnie - to on również musiał tu być.

A jednak go nie znalazłam.

Moc powoli opadła, skwiercząc złowrogo w powietrzu, i na powrót spowił mnie mrok. Zamrugałam, by jak najszybciej przyzwyczaić oczy do ciemności. Oddychałam szybko, z trudem, nie mogłam pojąć, co właściwie się stało. Panika ścisnęła mi klatkę piersiową, gdy patrzyłam na trzy stojące przede mną postacie, które nie spuszczały ze mnie wzroku - ale też nie wykonały żadnego ruchu. Wydawało mi się, że każdy był zszokowany wybuchem tak niezmierzonej potęgi.

Chciałam uciekać, moje nogi wręcz rwały się do biegu, ale nie miałam pojęcia, gdzie się skierować. Zewsząd osaczały mnie ziemia i ciemność. Przebywaliśmy gdzieś w tunelach, lecz biorąc pod uwagę ich rozbudowaną sieć, mogłam znajdować się dosłownie wszędzie. W jednej z ksiąg znalazłam kiedyś mapę podziemnych korytarzy i wiedziałam, że przypominają nieskończony labirynt bez wyjścia.

Ames powinien mnie już znaleźć. Zawsze mnie znajdował.

- Miałaś rację - odezwała się Sapphira do fałszywego Eliasa.

Przeniosłam na niego wzrok, zastanawiając się, dlaczego zwróciła się do niego jak do kobiety, gdy na moich oczach potężna sylwetka strażnika zafalowała, zmniejszyła się, po czym całkowicie zmieniła w osobę, którą kiedyś uważałam za przyjaciółkę. Która pomogła mi wiele razy i podzieliła się historią swojego królestwa.

Bibiana.

Poczułam napływające do oczu łzy. Jej twarz nie wyrażała niczego, gdy skinęła lekko Sapphirze, a ja zastanowiłam się, jakim cudem zapomniałam o tak ważnej informacji. Przecież sama powiedziała mi, że posiada dar zmiany formy.

Jak mogłam to przeoczyć?

Jak?

- Dlaczego? - wykrztusiłam, a pojedyncza łza potoczyła się po moim policzku.

- Nie ma czasu na tłumaczenie - odparła Sapphira. - Muszę coś sprawdzić.

I zanim zdążyłam mrugnąć, poruszyła się tak szybko, że nie zauważyłam momentu, w którym złapała mnie za nadgarstek. Zesztywniałam, przekonana, że za sekundę skręci mi kark, jednak ona przekrzywiła głowę i przyjrzała mi się z zainteresowaniem.

- Fascynujące - szepnęła z podziwem i odwróciła się do Casimira. - Wystarczą myśli?

- Jak widzisz - wymruczał.

Królowa powróciła do mnie spojrzeniem szafirowych oczu i nagle...

Nagle niewidzialna siła odrzuciła ją ode mnie. Sapphira poleciała kilka metrów w tył, odbiła się od ściany i upadła na ziemię. Moją uwagę przykuł krótki błysk, który pojawił się w okolicy mojej piersi.

Naszyjnik.

Przed oczami stanęły mi ostatnie chwile z Amesem, kiedy podarował mi z powrotem zmodyfikowaną zawieszkę w kształcie puzzla.

Co jest w środku? - spytałam.

- Tajemnica. - Uśmiechnął się szelmowsko.

Zaraz potem przypomniały mi się kolejne jego słowa.

- Masz kamień, prawda? - spytałam, chcąc się upewnić, że nic mu się nie stanie. - Chroni cię?

- Jest w bezpiecznym miejscu.

W bezpiecznym miejscu, czyli... czyli na mojej piersi. Tuż przy sercu.

Kamień.

Kamień, o który walczyli władcy.

Był ze mną. Ames schował go w naszyjniku. Żebym była bezpieczna. Ale... ale przecież to niemożliwe. Kamień był za duży, żeby zmieścić się w tak małej zawieszce.

Ames musiał znaleźć sposób, by go zmniejszyć. To wszystko by tłumaczyło. To, że Elias... Bibiana nie dotknęła mnie wcześniej. Ani Sapphira. Bibiana podejrzewała, że Ames mi go dał, i podzieliła się tym z królową. To dlatego nie widziałam Amesa, gdy pokazał się zielony płomień. Ponieważ Amesa nie było.

Ames mnie nie chronił, bo chronił mnie kamień.

Sapphira zaczęła podnosić się z ziemi. Nie mogłam zmarnować ani sekundy. Wyszarpnęłam sztylet z pochwy i rzuciłam w osobę, która - jak mi się wydawało - stwarzała największe zagrożenie. Casimir... W sumie żadne z nich się tego nie spodziewało. Ostrze wbiło się idealnie w wysokie czoło, osłonięte przez blond włosy, i Muzyk padł na ziemię jak długi.

Wyciągnęłam dwa ostrza i znowu rzuciłam, lecz tym razem zabrakło mi elementu zaskoczenia. Bibiana uniknęła uderzenia, a Sapphirę jedynie drasnęłam w ramię. Mogłam walczyć. Nigdy wcześniej nie miałam tak wielkiej przewagi.

Mogłam wrócić do Amesa.

Chwyciłam czerwony sztylet wykonany przez Leifa, który spowalniał proces leczenia jaszczurów, i ruszyłam na Sapphirę. Wyrzuciła ręce przed siebie, atakując mocą. Z przerażeniem pomyślałam, że jednak myliłam się co do kamienia, ale silny podmuch powietrza opłynął mnie, gdy biegłam, w ogóle mnie nie dotykając. Wiedziałam, że użyła mocy z przyzwyczajenia i szybko zacznie walczyć na poważnie.

Królową lekko zszokowała odporność na żywioł, więc wykorzystując jej rozproszenie, z impetem zatopiłam sztylet w jej piersi. Celowałam w serce, ale w ostatniej chwili zareagowała i ostrze osunęło się na żebra, po czym wraziło tuż pod nie. Ostrym ruchem wyszarpnęłam broń.

- Ty cholerna... - Zamilkła, gdy zorientowała się, że rana się nie goi. - Co jest...?

Umknęła, gdy zamachnęłam się na nią ponownie. Odwróciłam się, ale znalazła się zbyt daleko ode mnie. Za to zdecydowanie bliżej stała Bibiana, która przyglądała mi się szeroko otwartymi oczami.

Kłujące poczucie zdrady rozprzestrzeniło się po moim ciele.

- Zabiję cię - wysyczałam i rzuciłam się w jej stronę.

Nie sądziłam, że mogę pałać do kogoś większą nienawiścią niż do Sapphiry i Phyllona, ale gdy patrzyłam w jej fałszywe oczy, wściekłość i pragnienie zemsty wypełniły mnie bez reszty. Bibiana rozwarła usta - nie wiedziałam, czy z oszołomienia, czy może chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie nie obchodziło mnie nic prócz chęci zranienia jej tak mocno, jak ona zraniła mnie.

Niespodziewanie w ciemnościach za nią pojawił się portal. Obróciła się, ale nie zamierzałam jej pozwolić tak po prostu uciec. Musiała mnie zapamiętać. Musiała poczuć obietnicę, którą właśnie jej złożyłam, rzucając sztyletem. Ten wbił się idealnie w jej plecy.

Krzyknęła i zanim portal się zamknął, obróciła się. Wiedziałam, że pojęła, iż krwistoczerwone ostrze między jej łopatkami stanowi dopiero początek mojej zemsty.

Pozbyłam się jedynej broni, która mogła na dłużej skaleczyć reptilianina, ale nie żałowałam. Wyciągając kolejne dwa sztylety, już ostatnie, rozejrzałam się w poszukiwaniu Sapphiry. Muzyk zniknął. Królowa musiała wyjąć ostrze z jego czoła.

Znalazłam się w tunelach zupełnie sama. Jeszcze raz rozejrzałam się dookoła, w dłoniach ściskając rękojeści broni, ale nadal otaczała mnie jedynie ciemność.

- Ames? - odezwałam się.

Zawsze wystarczyło wypowiedzieć jego imię, żeby się zjawił. Co się działo? Dlaczego go nie było? Starałam się skontaktować z nim w myślach, ale nie czułam połączenia. Słyszałam jedynie nienaturalną ciszę.

- Ames? - spróbowałam znowu.

- On ci nie pomoże.

Odwróciłam się gwałtownie na dźwięk głosu Sapphiry, która uśmiechnęła się niczym drapieżnik do ofiary.

- Wiesz... - zaczęła, zbliżając się. - Rzadko kiedy zdarza się, że człowiek mnie zaskoczy.

Rzuciłam sztyletem, celując w jej oko. Uchyliła głowę bez najmniejszego problemu i zaśmiała się głośno.

- Teraz jestem przygotowana na twój atak, Souline. Możesz próbować, ale nigdy nie uciekniesz z mojej pułapki.

Pułapki?

Za jej plecami pojawiły się cztery postacie. Oblał mnie zimny pot. Nie miałam pojęcia, co planuje, i został mi tylko jeden sztylet. Co robić? Co robić? Co robić? Przez kiełkującą w piersi panikę nie mogłam wpaść na żaden sensowny pomysł. Nie widziałam wyjścia z tej sytuacji. Nie wiedziałam kompletnie niczego.

Zaczęłam się cofać, a Sapphira zaniosła się szaleńczym śmiechem. Obróciłam się na pięcie i popędziłam przed siebie. Skręcałam w korytarz za korytarzem, nie rozpoznając otoczenia, a dławiące uczucie coraz bardziej zaciskało mi gardło. Odnosiłam wrażenie, że biegnę w kółko, bo każdy tunel wyglądał tak samo.

Co z tego, że nie mogła mnie zranić? Zginę, gubiąc się w tych przeklętych korytarzach.

Nagle tuż przede mną wyrosła ściana. Gwałtownie stanęłam i dostrzegłam po mojej prawej jakiś ruch. Mężczyzna skrywający twarz w mroku uniósł dłonie, a za mną zaczęła wyrastać kolejna ściana.

Umknęłam w lewo. Nogi paliły mnie z wysiłku, ale nie zwolniłam tempa. Nie mogłam dać się złapać. Z każdym szaleńczym oddechem wołałam w myślach Amesa, ale on wciąż nie odpowiadał.

Przed moją twarzą pojawiła się kolejna ściana. Odwróciłam się, chcąc pobiec w przeciwną stronę, jednak tam już stała ziemista przeszkoda. Utknęłam. Nie zdążyłam nawet zaczerpnąć powietrza, gdy wszystkie cztery ściany zaczęły się przesuwać.

Wprost na mnie.

Wstrzymałam oddech, patrząc, jak w zastraszającym tempie ziemia zbliża się do mnie - i gdy już myślałam, że zostanę zgnieciona, ściany rozpadły się, a delikatny blask z naszyjnika zakłuł mnie w oczy.

Nie mogłam jednak poczuć ulgi. Nie miałam pojęcia, jak to się stało, ale znalazłam się w lochu, a w jednej ze ścian pojawiły się żelazne kraty.

Zostałam uwięziona.

Rozdział 2

Po minucie, która trwała całą wieczność, Ames pozwolił mocy opaść. Zielony płomień dotarł do każdego skrawka Podziemia, ale szukając jej, nie wyczuł przyciągania duszy, jak miał w zwyczaju. Zupełnie jej nie czuł.

Jego moc miała jednak na celu nie tylko odnalezienie wybranki, ale także zamknięcie magicznej bariery oddzielającej Powierzchnię od pogrzebanego świata. Souline mogła zostać ukryta jedynie w Podziemiu, a Ames, jeśli tylko by zapragnął, mógł zawładnąć nim całym.

Jeżeli będzie musiał, przemierzy Podziemie centymetr po centymetrze, by ją ocalić.

Podniósł się z kolan i opanował burzę emocji szalejącą w jego wnętrzu. Czekała na niego. Czekała, a on zamierzał ją znaleźć, choćby wylądowała w innym wymiarze. Nie wahając się ani sekundy, otworzył portal, a następnie przeniósł się do zamku. Wiedział, że Elias i Bahar podążą tuż za nim - i rzeczywiście, już za moment poczuł ich obecność za plecami. W ciągu tych kilku chwil pojawiły się przy nim kolejne osoby, do których wysłał sygnał.

Szedł energicznym krokiem do sali narad i skupił się na znajomej sylwetce uzdrowicielki.

- Minevro, zbierz wszystkich uzdrowicieli i dowiedz się, co, do cholery, stało się z energią Bokhaida.

- A co z...?

- Nim też się zajmij. Trzeba ustabilizować jego tętno i pomóc z bólem, ale z tym poradzi sobie każdy uzdrowiciel. Ty skup się na energii. Chcę wiedzieć wszystko, nawet to, co wyda ci się nieważne. Raporty dostarczaj co kwadrans.

Minevra skinęła głową i zniknęła, używając nadludzkiej prędkości. Ames wyostrzył zmysły, gdy kolejny sygnał uderzył mu do głowy. Każdy się zastanawiał, co się stało. Każdy był przerażony jego ogniem. Już wcześniej to wiedział, ale dopiero teraz prawdziwie pojął, jak potężny się stał. Jego nowa moc mogła obrócić wszystko w proch. To zaś oznaczało, że stanowił zagrożenie, z jakim nikt nie miał jeszcze do czynienia.

Oczekiwano od niego odpowiedzi, dlaczego zalał Podziemie zielonym płomieniem. On jednak nie zamierzał odpowiadać. Odciął się od napływających do niego sygnałów, nie chcąc tracić ani sekundy na niepotrzebne wyjaśnienia, i skupił się na dalszym wydawaniu rozkazów.

- Geberze, niech bibliotekarki znajdą wszystkie księgi o węźle krwi i spiszą informacje o prawdziwym połączeniu dusz. Konkretnie o tym, jak wyczuć wybranka przez więź. Zaraz potem sprowadź do sali narad wszystkich Mistrzów Mądrości z mojego królestwa.

- Ale...

Ames się zatrzymał i spojrzał na swojego najbardziej zaufanego doradcę. Z oczu króla przebijał błysk mocy i Geber ledwo powstrzymał się przed cofnięciem.

- Sprowadź ich - powiedział przerażająco spokojnym tonem. - Jeśli się nie zjawią, uznam ich za bezużytecznych. A wiesz, co oznacza bezużyteczność, prawda?

- Oczywiście, Wasza Wysokość. - Geber się pokłonił i portal zabrał go do biblioteki.

Ames ponownie ruszył przez nieskazitelnie białe korytarze, zwracając się do dowódcy szpiegów:

- Lezonie, gdzie jest moja siostra?

- Widziano ją, jak ucieka do Królestwa Wody.

- Przekaż szpiegom, żeby się ujawnili. Priorytetem jest Souline, ale jeśli natkną się na Ignatię, mają ją pojmać. Chcę ją żywą.

- Oczywiście, Wasza Wysokość - powiedział Lezon, po czym błyskawicznie się oddalił.

- Elias, Bahar, Uilleam, zbierzcie wszystkie zbrojne oddziały. Elias, ty przeniesiesz żołnierzy do Królestwa Wody. Bahar, zajmiesz się Królestwem Ziemi, a ty, Uilleamie, zmierzysz się z Powietrzem.

Jego rozkaz zagrzmiał w powietrzu tak złowieszczo, że Bahar musiała spytać:

- Ames... co to ma znaczyć?

Nie zwalniając kroku, oznajmił:

- Właśnie rozpętuję wojnę.

Rozdział 3

Sapphira podeszła do krat, uśmiechając się z zadowoleniem.

- Niesamowite - szepnęła. - Kamień naprawdę działa cuda. Powinna zostać z ciebie krwawa miazga, a tymczasem przetrwałaś atak bez szwanku. - Zastukała złotym paznokciem w pręty. - Doprawdy zadziwia mnie, że Amias oddał tak potężny przedmiot marnemu człowiekowi. W twoich rękach jest całkowicie bezużyteczny.

Jej słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że chciała kamienia. Złapałam strach, ścisnęłam go w pięści i schowałam głęboko w żołądku. Nie zamierzałam pozwolić, żeby nade mną zapanował - i na pewno nie dam się zastraszyć Sapphirze. Mogłam stawić jej czoła. Mogłam się z nią zmierzyć.

Zaczęłam więc blefować, licząc, że kłamstwami uda mi się z tego wyplątać.

- Ames nigdy nie miał kamienia. Ten od początku jest ze mną. Działa tylko na osobę, która go uwolniła, więc jeśli zmieni właściciela, straci moc.

Sapphira się zaśmiała.

- Niezła próba, Souline, ale zdążyłam już się zapoznać z informacjami o tym dziwnym kamyku. - Przekrzywiła głowę, świdrując mnie spojrzeniem. Wyglądała jak dzikie zwierzę obserwujące swoją ofiarę. - Jesteś odważna jak na kogoś, kto siedzi w lochu. To ja mam tutaj władzę. Okłamywanie mnie nie jest zbyt mądre.

Nie będę się bać. Nie będę się bać. Nie będę się bać.

- Oddaj mi kamień, a będzie po sprawie - powiedziała, wyciągając rękę.

Zadarłam podbródek.

- Nie.

- Liczysz na to, że Ames zaraz cię znajdzie, prawda? - Spojrzała na mnie z politowaniem. - Och, naiwna istoto. On cię nawet nie szuka.

Zamrugałam, nie do końca wierząc, że powiedziała coś tak idiotycznego. Musiała znać prawdę o naszej relacji, skoro zdecydowała się mnie porwać i wiedziała, że Ames pragnął mnie chronić, bo podarował mi kamień. Naprawdę myślała, że okażę się tak głupia? Spodziewałam się po niej czegoś więcej.

- Jeśli sądzisz, że kiedykolwiek w niego zwątpię, to mocno się rozczarujesz.

Sapphira uśmiechnęła się lekko.

- Bibiana wspominała, że połączyło was niezwykłe uczucie. Myślałam, że to chwilowa błahostka, ale można to bardzo umiejętnie wykorzystać. Oddaj mi kamień, a nic mu się nie stanie.

Prychnęłam. Czy ona uważała, że ta żałosna groźba na mnie zadziała? Ames z taką mocą jak teraz nawet bez kamienia był nietykalny. Wiedziałam, że nie da się skrzywdzić.

- Ames potrafi o siebie zadbać.

- Nie wiesz, jakie karty mam w rękawie.

Nie skuliłam się pod wpływem przerażającego spojrzenia, które mi posłała, i oznajmiłam:

- Wiem, że jest dość silny, żeby pokonać cię bez kamienia. Jest na tyle potężny, że zamieni w proch wszystkich władców. Chyba nie masz pojęcia, z kim zadarłaś, Sapphiro. Nie masz pojęcia, w co się wpakowałaś. - Zbliżyłam się do krat, nie okazując ani cienia strachu, i popatrzyłam prosto w szafirowe tęczówki. - Ames spali każdego, kto stanie mu na drodze do mnie.

Rozdział 4

Stał w znajomym pomieszczeniu, w którym odbył niezliczoną ilość narad, ale nigdy nie czuł tak wielkiej pustki jak w tym momencie. Brakowało mu jej. Brakowało mu jej obecności, która niczym słońce wypełniała każdą przestrzeń.

Ale słońce zostało zabrane, a przestrzeń wypełniły cienie.

Jej zniknięcie odczuwał zupełnie inaczej, niż kiedy zostawił ją na Powierzchni. Wtedy wróciła do rodziny i choć potwornie za nią tęsknił, a każda myśl o niej sprawiała ból, odbierał to z pewnego rodzaju ulgą, bo wiedział, że nie grozi jej niebezpieczeństwo związane z jego gatunkiem. Przynajmniej do czasu. Teraz przyjąłby na siebie cały ból świata, by znów była bezpieczna. Znał Sapphirę. Znał jej metody. Wiedział, że Souline jest silna, ale...

Odegnał złe myśli. Znajdzie ją. Znajdzie ją, zanim wydarzy się coś złego. Nie mógł jej znowu zawieść. Obiecał, że będzie ją chronił. Obiecał, że nie pozwoli jej skrzywdzić.

I zamierzał tej obietnicy dotrzymać, choćby miał przy tym wywrócić świat do góry nogami.

Pstryknął palcami, zmieniając ubranie. Eleganckie spodnie i koszula przemieniły się w czarny strój do walki. Skórzany materiał z reptiliańskich łusek połączony ze złotem idealnie przylegał do muskularnego ciała, nadając Amesowi naprawdę przerażający wygląd. Zawsze uważano go za potwora. Nadszedł czas pokazać, że naprawdę nim jest.

Geber wyszedł z portalu i wręczył królowi stworzone dla niego miecze. Broń idealną, śmiercionośną. Misternie rzeźbione rękojeści wpasowały się w jego dłoń, a złote ostrza błysnęły zabójczo, gdy magią przytroczył je do pleców.

- Zostały im dwie minuty, by się zjawić - stwierdził ze spokojem król.

- Przybędą - zapewnił Geber. - Zrozumieli twój przekaz, Wasza Wysokość.

Nagle do sali wpadła zdyszana Bahar. Spojrzała na Amesa z paniką w oczach.

- Nie chcą walczyć - wykrztusiła. - Nie chcą rozpoczynać wojny.

Obok niej pojawiło się przejście portalu, z którego wyłonił się Elias.

- Zajmę się tym - oznajmił, po czym spojrzał na Gebera, a następnie na Bahar. - Zostawcie nas samych.

Ames ledwo zachował spokój.

- Wiem, że chcesz się zemścić, ale naprawdę nie mam teraz czasu na twoje...

- Przepraszam.

Ames zesztywniał, a strażniczka i doradca, słysząc to jedno słowo, natychmiast wyszli z sali.

- Słucham?

- Byłeś moim przyjacielem - powiedział generał, podchodząc do króla. - Zrobiłeś dla mnie tak wiele, a ja w jednym momencie o wszystkim zapomniałem. Powinienem dociekać prawdy. Chyba byłem tak bardzo zraniony, że musiałem zwalić na kogoś winę, by przeżyć jej stratę. - Odetchnął drżąco. - Ostatnio zacząłem pojmować, w jakiej ułudzie dotąd żyłem. Pozwól mi spróbować to naprawić.

Ames nie spodziewał się usłyszeć takiej wypowiedzi z ust osoby, która przez tyle lat pragnęła jego cierpienia, ale - co zaskoczyło go jeszcze bardziej - wyczuł w niej szczerość. Skinął więc głową, a gdy Elias zniknął, drzwi sali otworzyły się i weszli do niej Mistrzowie Mądrości.

Minevra wpatrywała się w dwóch nieprzytomnych mężczyzn, których nigdy nie powinna pokochać. Powinna skupić się na swoim zadaniu. Powinna leczyć i dowiedzieć się, dlaczego energia Bokhaida zmalała tak bardzo, że był bliski śmierci. Powinna zrobić wszystko, by pomóc znaleźć Souline.

Tymczasem stała i patrzyła, jak pozostali uzdrowiciele pochylają się nad bezwładnymi ciałami z jej rozkazu. Nie rozumiała swoich uczuć i odnosiła wrażenie, że jeśli skupi się na jednym z mężczyzn, będzie to równoznaczne z dokonaniem wyboru. Czy kochała któregoś z nich mocniej? Czy może kochała ich tak samo? Czy było to w ogóle możliwe?

- Minevro!

Celia, jej druga ręka, wrzasnęła na nią tak głośno, że uzdrowicielka się wzdrygnęła. Nie była jednak zdolna do jakiegokolwiek działania. Wyczuwała ból w obydwu ciałach. Słyszała słabe bicie serc - jedno naprawione jeszcze nie tak dawno temu przez Amesa, drugie próbujące przetrwać zmianę w nieśmiertelność.

Ames kazał jej się skupić na Bokhaidzie, ale energia strażnika powoli się zwiększała, a leżącego obok niego chłopaka o prawie identycznym kolorze włosów i oczu - coraz bardziej umykała. Domyślała się, że choć się przemienił, ludzkie ciało mogło odrzucić tak wiele zmian, i widząc, jak z każdą sekundą jego obraz coraz bardziej zanika, zrozumiała, że to prawda.

Nagle energia strażnika drastycznie spadła.

- Tracimy go! - oświadczył Bento.

- Człowieka też - mruknęła zrezygnowana Celia. - Jego nowe serce się poddaje. Nie wytrzyma tego, mimo że wspomagam je mocą. Przemiana to zbyt dużo dla tak słabej istoty.

Minevra poczuła, jak jej pierś ściska panika - i w końcu zrozumiała. Dopiero gdy obaj byli na skraju śmierci, uzmysłowiła sobie, że miłość, jaką ich darzyła, się różni. Nienawidziła tego, że pojęła to tak późno.

Zamknęła oczy i skupiła się na uzdrawiających drganiach w swoim wnętrzu. Sięgnęła do źródła, do samego środka, wydobywając każdy okruch mocy, którą władała. Wiedziała, co to oznacza. Wiedziała, że to ostateczność, na którą prawie żaden uzdrowiciel się nie decydował. Finalne poświęcenie.

Zacisnęła zęby, z trudem utrzymując w sobie tak wiele leczniczego światła. Czekała, zbierając go więcej, aż nie pozostało nic do wykorzystania. Kiedy poczuła, że już dłużej nie wytrzyma i moc rozerwie ją od środka, pozwoliła jej wypłynąć. Z cichym, bolesnym jękiem upadła na kolana, a złote światło wyrwało się do przodu i zatopiło w blasku nieprzytomnych mężczyzn.

Wysuszone ciało uzdrowicielki z głuchym, pustym dźwiękiem uderzyło w posadzkę.

Elias wiedział, dlaczego żołnierze nie chcieli walczyć. Sądzili, że Ames, wywołując wojnę, sprowadzi na nich nieszczęście. Klęskę. Wojna jednak i tak miała wybuchnąć, a lepiej było zyskać przewagę już na samym początku, szczególnie że stawka toczyła się nie tylko o wybrankę Amesa, ale także o przedmiot o mocy tak ogromnej, by zmienić Podziemie nieodwracalnie - na dobre, bądź na złe. A Elias zdecydowanie skłaniał się ku pierwszej opcji i w głębi serca czuł, że mieszkańcy Królestwa Ognia także.

To nie był pierwszy raz, kiedy stawał przed tłumem zbuntowanych bądź przerażonych wojowników. Był generałem i z wieloma z nich ramię w ramię toczył bitwy, które najczęściej wygrywali. Władał żołnierzami i odziedziczył po rodzicach pewną bardzo przydatną cechę, z której niezbyt lubił korzystać.

Przeszedł przez taras widokowy i stanął przy balustradzie, obrzucając wzrokiem żołnierzy zebranych tuż za zamkiem. Widział tysiące mężczyzn i kobiet w zbrojach, którzy dzierżyli moc i broń - i wiedział, że musi ich do siebie przekonać.

Za generałem znajdowała się strażniczka z mocą powietrza, która miała dodać siły jego głosowi i sprawić, by usłyszał go każdy.

- Poznałem kiedyś pewną ludzką dziewczynę - powiedział głośno, a ona uniosła ręce. Jego słowa poniósł wiatr, wirując między żołnierzami. - Była porywcza, narwana, wręcz szalona i w moim mniemaniu za bardzo kierowała się uczuciami. Ale była też szlachetna, empatyczna, miłosierna i zdeterminowana. Nigdy nie widziałem, żeby się poddała. Owszem, miała chwile słabości, ale kto z nas ich nie ma?

Tłum słuchał jak zahipnotyzowany. Elias pochwycił ich uwagę i przemawiał dalej:

- Znacie moją historię. Wiecie, że z winy króla Amiasa zginęła moja wybranka. Wiecie, że przez to nienawidziłem go przez piętnaście lat. - Zrobił pauzę, po czym wziął głęboki oddech i przyznał się do haniebnego czynu: - Dlatego właśnie próbowałem zabić Souline, by się na nim zemścić. I zrobiłbym to, gdyby król nie przyszedł jej na ratunek, bo nie zamierzałem się zatrzymywać. A Souline doskonale zdawała sobie z tego sprawę. I wiecie, co zrobiła? - Strażnicy patrzyli na niego, w przejmującej ciszy czekając na kolejne słowa. - Wybaczyła mi. Mogła chcieć się zemścić, mogła pragnąć mojej śmierci. A ona nie dość, że mi wybaczyła, to jeszcze nie wykorzystała szansy, by mnie zranić. Nie spojrzała na moją bliznę, gdy nie nosiłem maski, ponieważ poznała powód, dla którego ją ukrywam.

Przerwał, dając im czas na przyswojenie informacji. Wiedział, że zaczyna do nich docierać. Czuł, jak zmienia się ich energia, i rozpoznał charakterystyczne mrowienie porozumienia, które pojawiało się w coraz większej liczbie dusz.

- A to nie wszystko - odezwał się gromkim głosem. - Souline to dziewczyna, która nie zastanawiając się ani sekundy, rzuciła się do walki, by ochronić Cecylię przed znęcającym się nad nią byłym wybrankiem. Nie miała z nim żadnych szans jako człowiek, a walczyła, żeby obronić nieznaną jej osobę, gdy wy wszyscy uciekliście i schowaliście się jak tchórze! Próbowałaby ratować każdego, choć doskonale by wiedziała, że może poświęcić przy tym siebie. Tej dziewczyny nie powinno obchodzić królestwo, w którym spotkało ją wiele złego, a jednak pomyślała o tym, żeby upiec dla was coś słodkiego po ataku Sapphiry i Phyllona, bo to był jedyny sposób, jaki znała, by podnieść was na duchu. Chciała, żebyście poczuli choć okruch wsparcia. Chciała, żebyście wiedzieli, że nie jesteście sami!

Między zebranymi przeszedł szmer.

- I to właśnie ta dziewczyna zakochała się w królu Amiasie. Poznałem jej serce i wiem, że gdyby Amias był okrutny i zły, gdyby naprawdę z własnej woli spalił Królestwo Lodu, Souline nie pokochałaby go. Stąd wiem, że to nie była wina naszego władcy. Stąd wiem, że wydarzyło się coś okropnego i nasz król poświęcił się dla nas. Torturowano go przez pięć lat, a ja się temu przyglądałem i żałuję, że nigdy nie próbowałem dociekać prawdy.

Przez tłum przeszły kolejne szmery, tym razem głośniejsze.

- Zawiedliśmy go wtedy, ale teraz nie możemy. Nasz król potrzebuje swoich poddanych bardziej niż kiedykolwiek. Potrzebuje, żebyśmy odnaleźli Souline, bo ona nie jest już zwykłym człowiekiem w Podziemiu. Souline to waleczna istota, która poświęciłaby siebie w imię dobra. Souline to wybranka Amesa. Souline to wasza królowa!

Armia eksplodowała wrzawą. Elias wiedział, że muszą to zrozumieć. Muszą pojąć powagę sytuacji. Kiedy zobaczył, że się uspokoili, dokończył swoją przemowę:

- Nie przetrwam drugiej tak ogromnej straty, a to królestwo nie przetrwa straty tak wspaniałej królowej. Szukajcie jej. Szukajcie Souline. Szukajcie waszej królowej! - ryknął. Żywioł powietrza dodał mocy jego głosowi, a tłum zawtórował bojowym hukiem. - I spalcie przy tym każdego, kto stanie wam na drodze!

Ich krzyk wstrząsnął Podziemiem.

Rozdział 5

Sapphira śmiała się, jakbym powiedziała coś niezwykle zabawnego.

- Nie mogę się doczekać, aż was złamię. - Uśmiechnęła się nikczemnie. - Ames musiałby spalić całe Podziemie, żeby do ciebie dotrzeć. Wiesz dlaczego?

Milczałam, wytrzymując jej świdrujący wzrok.

- On nie ma pojęcia, gdzie jesteś. Może zrobić wszystko, ale nigdy cię nie znajdzie.

Całym sercem chciałam wierzyć, że tym razem to ona próbuje blefować, ale wiedziałam, że mówi prawdę. Ames nie mógł mnie wyczuć. Sam to powiedział, zanim zostałam porwana. Nie miałam pojęcia, jak Sapphira tego dokonała, ale nie mógł się już zjawić na moje zawołanie.

- Mogę zaproponować mu układ - odezwała się. - On w zamian za ciebie.

Pragnęłam się zaśmiać, bo uznałam to za kolejną próbę zastraszenia mnie, ale naraz mnie zmroziło. Wszystkie słowa Ignatii jak potężna fala zalały mój umysł.

"Oni go chcą, Souline. Nie pozwól, żeby znalazł się w ich rękach".

"Nigdy w niego nie wątp, proszę cię, Souline. Każdy chce was obrócić przeciwko sobie. Nie pozwól na to".

"Jego ogień ma dwie strony, Souline. Może być ogniem zniszczenia lub ogniem życia. Dlatego tak bardzo go chcą. Dlatego tak bardzo się go boją i chcą powstrzymać".

Lodowate zimno zaczęło płynąć moimi żyłami. Nie chodziło jedynie o kamień. Pragnęli zdobyć nie tylko przedmiot, ale też Amesa, a ja właśnie stałam się najmocniejszą kartą przetargową.

Serce boleśnie odbiło mi się od żeber. Ignatia ostrzegała mnie, że chcą go skrzywdzić. Że jest dla nich zagrożeniem koniecznym do wyeliminowania. Ale choć teraz to wydaje się oczywiste, nie przewidziałam, że wykorzystają właśnie mnie, by spróbować to osiągnąć.

- A skoro Amias nie ma pojęcia, gdzie jesteś... - kontynuowała. - Nie ma również pojęcia, co się z tobą dzieje. Mogę mu wmówić, że oddałaś kamień. Dokładnie opiszę tortury, którym cię poddałam, identyczne, jakich dopuściłam się na nim. Mogę poruszyć każdą czułą strunę, aż pęknie. I mogę dotrzymać obietnicy, którą mu złożę. Bo wiesz, co się stanie później? Teraz mi odmawiasz, ale gdy Ames będzie u mnie, zwrócę się do ciebie z inną propozycją. Na którą na pewno przystaniesz, by odzyskać jego.

Czy gdyby Ames dokonał wymiany, oddałabym kamień, żeby go uratować? W jej posiadaniu zarówno kamień, jak i Ames, oznaczaliby zagładę. Bo nie wierzyłam, że nie wykorzysta jego mocy do swoich celów, a zielony płomień mógł zniszczyć dosłownie wszystko.

Ale Ames tego nie zrobi. Ignatia była niezrównoważona i nigdy nie obdarzyłabym jej zaufaniem, lecz w jednej sprawie miała rację: nie mogłam zwątpić w swojego wybranka. Wierzyłam, że mnie odnajdzie, i musiałam po prostu przetrwać cokolwiek, co zaplanowała Sapphira. Ames był zbyt mądry, by ulec jej manipulacjom, i wiedział, że dopóki mam kamień, nikt nie wyrządzi mi krzywdy. Osobiście zadbał o to, bym w każdej sytuacji była bezpieczna, ukrywając przedmiot w zawieszce. Równie dobrze mógł zachować go dla siebie, żeby władcy...

Moment, chwila.

Ames przewyższał potęgą wszystkich w Podziemiu i nie potrzebował ochrony. Chyba że...

Chyba że ktoś zdobędzie kamień, bo tylko on dawał szansę na pokonanie go. Na zabicie go. Kiedy Ignatia mówiła o powstrzymaniu go, nie chodziło o moc. Jeśli przedmiot wpadłby w ręce Sapphiry, Ames nie zdołałby się obronić. Nie zdołałby wygrać z niezniszczalnością.

Podziemie straciłoby jedynego władcę, który był w stanie sprzeciwić się okrucieństwu. Który walczył o dobro jego mieszkańców, nie tylko swoich poddanych.

Kiedy uważnie spojrzałam w szafirowe oczy i zobaczyłam w nich swoje odbicie, dotarła do mnie jeszcze jedna rzecz. Moje dni były policzone i choć Sapphira nie mogła mieć pojęcia o słowach Mistrzyni Mądrości, każdy wiedział, że jako człowiek w końcu umrę. Tak działał na mnie ich świat.

Naszyjnik zaczął palić mnie w skórę. Zrozumiałam, że moim ostatnim zadaniem przed śmiercią jest ochrona tego kamienia. Byłam gotowa poświęcić siebie, by nigdy, przenigdy nie znalazł się w nieodpowiednich rękach.

Może i ja nie miałam przyszłości, ale zamierzałam walczyć o przyszłość poddanych Królestwa Ognia. Nie należał im się los, który zgotowałaby im Sapphira.

- Twój plan ma wiele niedociągnięć - oznajmiłam, powstrzymując chęć naplucia w jej parszywą twarz. - Ames nie wziąłby mnie na swoją wybrankę, gdybym tak łatwo dała ci się podejść. Doskonale zdaję sobie sprawę, co oznacza ten kamień w twoich rękach, i nigdy ci go nie oddam. Ames mnie zna. Wie, że nie poddam się tak łatwo. - Nachyliłam się i tym razem to ja się uśmiechnęłam. - A wiesz, czego jeszcze nie założyłaś? Że nie mam nic do stracenia. I ty doskonale o to zadbałaś. Nie oddam ci kamienia tylko po to, by wrócić do Amesa. Jestem królową. I tak jak Ames dbam o poddanych.

Sapphira odwzajemniła uśmiech.

- Jesteś nikim, Souline. Przeżyłam dekady, łamiąc potężniejsze osoby niż ty. Myślisz, że ze mną wygrasz?

- Nie walczysz tylko ze mną, Sapphiro. Walczysz z kimś, kto włada ogniem, a ty jesteś jak oliwa. Wiesz, co się dzieje, gdy te dwie rzeczy się łączą? - Na sekundę coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Nie była tak pewna siebie, jak próbowała pokazać. - Powstaje pożar, którego niszczycielska siła obraca wszystko wokół w proch. - Miałam na tym skończyć, ale dodałam coś, z czego nie byłam dumna, ale liczyłam, że ją przerazi. - Władcy Królestwa Lodu coś o tym wiedzą. Chcesz skończyć jak oni?

Królowa wyprostowała się, płatki złota na jej sukni błysnęły w ciemnościach. Niepohamowana wściekłość przemknęła przez nieskazitelną twarz. Zastanowiłam się, jak ktoś tak piękny z zewnątrz może mieć tak przegniłe wnętrze.

- Może sama nie jestem na tyle potężna, by skrzywdzić Amesa... - Złapała za pręt i ścisnęła. Żelazo jęknęło, poddając się pod jej siłą. - Ale pomyśl, co by się stało, gdybym przeciągnęła na swoją stronę pozostałe królestwa. Phyllona już mam. Wystarczy zdobyć poparcie władców Ziemi, co wcale nie będzie takie trudne, gdy przedstawię im, jakie zagrożenie stwarza Ames. Myślisz, że twój wybranek oparłby się takiej potędze?

Prychnęłam.

- Chyba nie widziałaś pełni jego mocy, skoro uważasz, że mielibyście jakiekolwiek szanse.

- Och, widziałam doskonale. - Szeroki uśmiech rozciągnął pomalowane na czarno usta. - Tak samo jak ty. Ten popis, którego niedawno byliśmy świadkiem w tunelach, ogarnął całe Podziemie.

Wstrzymałam oddech. Całe?

- Szok na twojej twarzy mówi mi, że nie miałaś pojęcia. - Znów się zaśmiała. - Przyznam, że byłam pod wrażeniem. Nie sądziłam, że posiada tak wiele zielonego płomienia. Jego poprzednia moc starczyła na jedno, najmniejsze królestwo i prawie go to zabiło. A teraz... - Pokręciła głową. - Teraz może zalać ogniem cały nasz świat. Zastanawia mnie więc jedno. Jak mógł wypuścić z siebie tyle mocy i nikogo nie spalić? Tylko niepotrzebnie się naraził.

Było mi jednocześnie zimno i gorąco. O czym ona, do cholery, mówiła?

- Moc nie ma nieskończonego źródła. A Ames pozbył się jej, pochłaniając Podziemie zielonym płomieniem, i musi poczekać, aż się odbuduje. Jest teraz całkowicie bezbronny.

Ledwo utrzymałam się na nogach. Powietrze z trudem przechodziło przez moje gardło, gubiąc się co chwila w płucach. Strach, który zepchnęłam do żołądka, nagle zaczął wychodzić na zewnątrz.

Tak właśnie Ames został skrzywdzony piętnaście lat temu. Gdy spalił Królestwo Lodu, w pełni wykorzystał biały ogień i nie mógł się bronić. Został pojmany i torturowany. Odebrano mu moc.

- Poza tym, droga Souline, nie widziałaś jeszcze, do czego my jesteśmy zdolni. Chyba nie sądzisz, że to, co pokazałam z Phyllonem na przyjęciu pożegnalnym zorganizowanym przez Mistrzynię Mądrości, stanowiło maksimum naszej mocy? To był zaledwie ułamek. Moje powietrze potrafi odcinać kończyny. Odpowiednio wymierzony cios, niespodziewany i bliski... - Przekrzywiła głowę. - Myślisz, że Ames by z tym wygrał? Samotnie pokonałam dwóch władców. Zabiłam rodziców Bibiany i zbliżyłam się na tyle, by wyrwać im serca. Przejęłam królestwo. I zrobiłam to sama. Myślisz, że teraz, gdy praktycznie nie ma mocy, nie jestem w stanie go pokonać?

Strużka potu spłynęła mi po plecach. Nieważne, co powie, nie mogłam oddać jej kamienia. Ames sobie poradzi. Da radę.

- Nie znasz go - powiedziałam, dziękując wszechświatowi, że nie zadrżał mi głos. - Nie ulegnie twoim sztuczkom. Nawet pozbawiony mocy jest potężny. Spójrz, jak długo utrzymał się na tronie bez białego ognia.

- Souline. - Cmoknęła językiem zniesmaczona. - Zapominasz, że doskonale poznałam twojego wybranka. Może nawet lepiej niż ty. Codzienne tortury potrafią wyjątkowo zbliżyć, wiesz? Pamiętam jego krzyki. Ból i wyraz twarzy. Usta wykrzywione w cierpieniu. - Mocniej ścisnęła kraty, na co prawie się wzdrygnęłam. - Byłam blisko zniszczenia go, ale popełniłam błąd, okazując zbyt dużo dobroci. Z tobą tak się nie stanie. Zniszczę cię, Souline. Skrzywdzę tak bardzo, że nigdy się po tym nie pozbierasz.

Przełknęłam ślinę, moje gardło nagle wyschło na wiór.

- Nie możesz mnie skrzywdzić. Nie, dopóki mam kamień.

- Souline... - Pokręciła głową. - Torturować można na wiele sposobów. - Puściła kraty, a wykręcone pręty sprawiły, że przeszedł mnie dreszcz. - Nawet nie wiesz, jakie piekło można stworzyć w samym umyśle. Wykończę cię psychicznie, odbiorę ci rozum, zmiażdżę umysł.

Nie byłam w stanie się odezwać, a Sapphira już nic więcej nie powiedziała. Obrzuciła mnie jedynie pogardliwym spojrzeniem, po czym odeszła, śmiejąc się głośno. Ten okropny dźwięk odbijał się od pustych ścian jeszcze długo po jej zniknięciu.

Objęłam się ramionami i osunęłam na ziemię.

- Ames? - szepnęłam.

Ames jednak nie odpowiadał.

Rozdział 6

Zjawili się wszyscy oprócz jego babki. Ames nie miał ani czasu, ani cierpliwości, by się z nią użerać, i nie chciał nawet myśleć o tym, z jakiego powodu się spóźnia. Wystarczyło jedno złe słowo z jej ust, a rozniesie ją w pył.

Obrzucił wzrokiem pozostałych Mistrzów Mądrości zebranych przy podłużnym stole i ignorując ich niezadowolenie spowodowane wywołaniem przez niego wojny, rzekł:

- Od jakiegoś czasu nie wyczuwam energii niektórych reptilian. Jakoś ją maskują. Chcę wiedzieć jak.

Mistrzowie posłali sobie niepewne spojrzenia. Pierwsza odezwała się Velia, jedna z najpotężniejszych kobiet w starszyźnie:

- To niemożliwe. Mogłoby się tak stać tylko wówczas, gdyby ktoś się na nich pożywił, bo po stracie energii jest ona zbyt mała, żeby ją wyczuć.

- To coś innego. - Ames pokręcił głową. - Jaszczury, które ostatnio zaatakowały królestwo, były silne, więc na pewno nikt się na nich nie pożywił, a jednak nie wyczułem ich wtargnięcia, gdy przekroczyli barierę.

- Cóż, myślę, że na to sam możesz sobie odpowiedzieć, królu - parsknął Saljca. - Brak czakry serca na pewno zaburzył twoją ocenę sytuacji. Mogłeś nie poczuć intruzów, bo najzwyczajniej we wszechświecie cię to nie obchodziło.

Ames w jednej chwili znalazł się za mężczyzną i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, skręcił mu kark. Głowa Mistrza Mądrości uderzyła z hukiem w stół, a w sali narad zapadła cisza.

- Oczekuję tylko przydatnych odpowiedzi. Bezsensowne komentarze możecie zachować dla siebie.

Zebrani poruszyli się niespokojnie na swoich miejscach. Nie chcieli tego przyznać, ale potęga króla w którymś momencie zaczęła ich przerażać, wyciągając na wierzch pierwotny, zwierzęcy instynkt podpowiadający ostrożność.

- Ale jeśli już chcecie wiedzieć, nie wyczuwałem u niektórych energii jeszcze przed atakiem, a granice królestwa były zamknięte. Nikt nie mógłby niepostrzeżenie przebić się przez tak mocną barierę, a jednak jakimś cudem się to udało. Podobnie jak stało się niedawno. Wiedzą coś, czego my nie wiemy.

Mistrz Mądrości siedzący koło nieprzytomnego Saljca zaczął:

- Trzeba przeszukać bibliotekę...

- Nie istnieją żadne zaklęcia, dzięki którym ktoś potrafiłby manipulować energią bądź ją ukryć - wtrąciła się Velia. - Na to nie znajdziemy odpowiedzi w księgach.

- Czy może być to związane ze zmianą jaszczura po odseparowaniu głowy od ciała? - spytał Ames.

Starszyzna wymieniła zaniepokojone spojrzenia, a w pomieszczeniu ponownie zagościła gęsta i ciężka cisza. Mistrzowie Mądrości myśleli. Ames czuł, jak bariery w ich umysłach drżą. Jeszcze nigdy nie próbował zawładnąć którymkolwiek z nich. Może nadszedł czas, żeby to zmienić?

- Wyczuwam coś niezrozumiałego - oświadczył Tyrtreed. On jako jeden z nielicznych nie był całkowicie przeciwny wojnie i widział w niej plusy. Przekrzywił głowę, oddając się niezrozumiałej dla nikogo oprócz Mistrzów Mądrości mocy, aż w końcu stwierdził: - Uważam, że istnieje prawdopodobieństwo, by po takim incydencie reptilianin mógł wykształcić zdolność manipulowania energią. Coś jednak zniekształca mój odczyt, szczególnie gdy próbuję sprawdzić tę ewentualność w odniesieniu do Ignatii.

Ames ledwo zauważalnie zesztywniał. Nie sądził, że jego przypuszczenia mogą okazać się możliwe.

- Ignatia już wcześniej posiadała dar manipulacji - wtrąciła się Gwys, jego wybranka. - W takim przypadku mogła nastąpić zmiana. Nikt z nas nie widzi jej zamiarów ani zapisków. Ty, Wasza Wysokość, nie możesz dostać się do jej umysłu. A żaden z tu obecnych nie wyczuwa jej energii. Orientujemy się o jej obecności, dopiero gdy jest na tyle blisko, by można ją było usłyszeć.

Saljca jęknął i uniósł głowę, a Velia, nie zaszczycając go spojrzeniem, kontynuowała:

- Na to mogło mieć wpływ jej pożywianie się. Od ilu ludzi pobrała energię? Nieuszkodzeni reptilianie uzależniają się od niej, ale nie mamy pojęcia, co dzieje się po oderwaniu głowy. Może nauczyła się wpływać na energię, bo tyle jej pobrała?

Amesowi drgnął mięsień na policzku, gdy dobiegło go słowo "nieuszkodzeni". To z jego winy Ignatia została tak okrutnie skrzywdzona. Nie przypominała już jego siostry i próbowała zabić Souline zbyt wiele razy, by kiedykolwiek jej to wybaczył, ale mimo to odczuwał ból, że tak właśnie o niej myślano. Że była uszkodzona.

- Ale czy mogłaby ukryć energię tak wielu reptilian? - spytała Gwys. - Przy ataku granicę przekroczyły dziesiątki intruzów.

Po jej pytaniu zapadła cisza, bo nikt nie był w stanie na nie odpowiedzieć. Chodziło o coś więcej, tylko Ames nie wiedział jeszcze o co, mimo że zgłębiał temat odrastania głowy i zachodzących przy tym zmian od lat. Od dekady starał się pomóc Ignatii, by powróciła prawdziwa ona, jednak miał wrażenie, że ona całkowicie zniknęła, tylko nie potrafił tego przyjąć. Dopiero gdy stała się zagrożeniem dla Souline, zrozumiał, że jego siostra zginęła tego dnia, w którym spalił królestwo. Bo Ignatia nigdy nie chciałaby skrzywdzić jego ukochanej. Ratowałaby ją, choćby na szali leżało jej własne życie.

Stracił siostrę.

Nie zamierzał stracić wybranki.

Pstryknął palcami i na stole pojawiły się rzeczy Souline.

- Nie poznaliście jej osobiście, więc nigdy nie widzieliście jej zapisków - odezwał się. - Wystarczy jednak coś, co należało do niej, prawda? To was połączy i będziecie mogli odczytać jej los.

- Połączenie nie będzie tak stabilne, jak w przypadku dotknięcia skóry odczytywanego, ale tak, powinno wystarczyć - odpowiedział Saljca, zaskakując tym wszystkich, i jako pierwszy sięgnął po kawałek bluzki Souline.

Mistrzowie Mądrości w milczeniu złapali za przedmioty i zamknęli oczy, by w skupieniu oddać się zapiskom. Musieli coś znaleźć. Musieli podać mu trop, gdzie szukać Souline, bo aktualnie nie wiedział nic.

I odnosił wrażenie, że z tego powodu powoli wariuje.

Niespodziewanie ciszę przerwał głośny huk odbijających się od ściany drzwi. Ames spojrzał na intruza. Nie musiał czytać mu w myślach, żeby wiedzieć, co się stało. Wystarczył wyraz twarzy strażnika i fakt, że stał przed nim on, a nie jego najzdolniejsza uzdrowicielka.

- Jesteś w stanie walczyć? - spytał król. - Odzyskałeś pełnię energii?

Bokhaid skinął głową, z determinacją i wściekłością ściskając złoty topór.

- W takim razie Królestwo Powietrza jest twoje.

Wymienili bezwzględne spojrzenia, przekazując między sobą dwa słowa, które były synonimem okrucieństwa: zero litości. Strażnik odwrócił się i wypadł z sali z nadludzką prędkością, a Ames z trudem uspokoił szalejącą w jego wnętrzu burzę.

Jeszcze chwila.

Musiał wytrzymać jeszcze chwilę.

- Co widzicie?

Mistrzowie Mądrości wyrwani z transu gromkim głosem Amesa, unieśli na powrót powieki.

- Brak czegokolwiek o dziewczynie - odpowiedzieli w harmonii.

- Więc co odczytaliście?

- Wojnę - odparli chórem.

Ames zacisnął zęby, powstrzymując złość.

- Kto wygra?

- Nikt i wszyscy.

Naprawdę nienawidził tych bezużytecznych starców. Myślał, że w jednej chwili nie uda mu się poczuć jeszcze większej irytacji, ale w pomieszczeniu zjawiła się jego babka. Rozsierdzona do granic możliwości. Ames z każdym dniem nienawidził tej kobiety coraz bardziej.

- Co to miało być?! - krzyknęła, wyrzucając ręce w górę. - Zalałeś całe Podziemie swoją mocą!

Zareagował na jej wybuch przerażającym spokojem.

- Czy ktoś zginął?

Voray zamrugała.

- Nie.

- Więc dlaczego, do cholery, tak dramatyzujesz? Mam płomień pod kontrolą. Ja nim rządzę, nie on mną.

- Nie o to chodzi. - Zbliżyła się. - Pokazałeś im swoją potęgę. Przyjdą po ciebie wnuku.

- Nie, staruszko! - Zaśmiał się, kręcąc głową. - Mylisz się. To ja idę po nich.

Mistrzyni Mądrości zacisnęła ręce w pięści, a za nią buchnął biały ogień.

- Robisz to wszystko dla tej dziewczyny? - spytała z niedowierzaniem.

- Milcz. - Cichy, lecz wypełniony mocą rozkaz wydostał się z jego ust. Nie zamierzał tolerować braku szacunku wobec jego wybranki. Voray powinna w końcu pojąć, że wypowiadała się o swojej królowej, a nie o zwykłej śmiertelniczce.

Ona jednak nie zrozumiała i rzekła:

- Nie rób tego, Amiasie. Ona i tak umrze. Widziałam to...

Nagle przestała mówić, jej oczy rozszerzyły się z szoku. Sięgnęła pod poły marynarki i wydobyła spod niej sztylet, z którym nigdy się nie rozstawała. Uniosła ostrze do twarzy, po czym wolną ręką wysunęła język z ust i przytrzymała. Sekundę później szybkim ruchem go odcięła.

Ktoś z zebranych wydał z siebie zdziwiony okrzyk. Zakrwawiony sztylet z cichym brzdękiem odbił się od posadzki, a zaraz obok niego z plaskiem wylądował kawałek rozwidlonego narządu.

Ames wpatrywał się w zszokowaną Mistrzynię, która zaczęła krztusić się krwią. Uniósł podbródek, przenosząc wzrok na starszyznę. Widział czający się w nich strach. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby przejął kontrolę nad umysłem któregokolwiek z nich, i bali się, że będą następni.

- Ktoś jeszcze chce coś powiedzieć? Nie? Świetnie, w takim razie skupcie się na moich rozkazach, a nie na jakichś niedorzecznych bzdurach.

Ruszył w stronę wyjścia.

- Dokąd idziesz?! - krzyknęła za nim Velia.

- Zabić sukę - warknął i zniknął w portalu.

Rozdział 7

Nie wiedziałam, ile czasu minęło, odkąd Sapphira zniknęła, ale zdążyłam zesztywnieć z zimna. Jaszczury niewładające ogniem nie lubiły ciepła, jednak nie sądziłam, że zmianę królestwa odczuję tak drastycznie. Miałam na sobie koszulkę z krótkim rękawem, spodnie i trampki, a chłód był tak przejmujący, że przeniknął nawet przez buty, zmieniając moje stopy w bryły lodu. Temperatura musiała oscylować poniżej zera, bo z moich ust wydobywała się para.

Nikt nie pilnował mojego lochu. Wydawało mi się, że nikt też nie zajmuje celi naprzeciwko, ale nie mogłam być tego pewna, bo nie widziałam tak dobrze w ciemnościach. Poza tym ktoś mógł ukryć się za ścianą i nawet wytężając wzrok, nie potrafiłabym go dostrzec. Założyłam jednak, że przebywam w tunelach samotnie. Towarzyszył mi jedynie dźwięk własnego oddechu i nierówne bicie ogarniętego niepokojem serca.

Gdy już zapoznałam się z otoczeniem, pozwoliłam sobie na kilka głębszych oddechów. Musiałam się uspokoić i wymyślić, jak się stąd wydostać. Jeśli udałoby mi się uwolnić, mogłam uciec. Nikt by mnie nie skrzywdził ani nie zabił. Tylko co dalej? Nie wiedziałam, gdzie się znajduję, nie miałam pożywienia i zamarzałam.

Szybko dotarło do mnie, że utknęłam. Tak naprawdę utknęłam. Mogłam się oszukiwać, ile chciałam, lecz byłam pewna, że Sapphira dołożyła wszelkich starań, bym nigdy sama się stąd nie wydostała, szczególnie, że poznała moc kamienia. W tym przypadku nie miałam szans.

Ścisnęłam w dłoni zawieszkę w kształcie puzzla i powstrzymałam łzy. Ames... Chronił mnie w każdy możliwy sposób, który znał. Jakim cudem to się tak skończyło? Wydawało mi się, że zabezpieczyłam się najlepiej, jak mogłam. Nie przystałam na propozycję od razu, nie próbowałam samotnie się z tym zmierzyć, podzieliłam się wątpliwościami z Bokhaidem i nawet stworzyłam z nim plan, w razie gdyby okazało się to oszustwem czy podstępem. W którym momencie wszystko poszło źle?

A co z Dashem? Co z moim bratem? Zażył środek. Czy on... czy on żył?

Złe, bardzo złe przeczucie ścisnęło mi wnętrzności. Nie miałam pojęcia, co stało się z moim bratem ani co działo się poza ścianami lochu. Równie dobrze Sapphira mogła właśnie walczyć z Amesem, który nie miał mocy. Mogła go szantażować i karmić kłamstwami.

Zamknęłam powieki, wstrzymując oddech, i odegnałam negatywne scenariusze. Kiedy zobaczyłam białe plamki i poczułam, że zaraz zemdleję, pozwoliłam, by moje płuca na powrót wypełniły się powietrzem. Wstałam, ignorując zesztywniałe z zimna ciało, ściąg­nęłam naszyjnik, po czym przyjrzałam mu się uważnie. Dostrzeg­łam ledwo widoczne zapięcie, które chroniło magiczny przedmiot przed światem, ale nie odważyłam się otworzyć zawieszki; za bardzo się bałam, że przez przypadek go upuszczę i zgubię. Przystawiłam wypełniony malutkimi szmaragdami kawałek złota do ucha i potrząsnęłam. Kamień odbił się od ścianek, wydając cichy, głuchy odgłos.

Nadal nie miałam pojęcia, jakim cudem kamień wielkości mojej dłoni zmieścił się w zawieszce nie większej niż połowa mojego palca serdecznego. Przez myśl przeszło mi, że może Amesowi udało się podzielić go na mniejsze kawałki, ale przeczucie podpowiadało mi, że wtedy straciłby swoje niezwykłe właściwości. W jakiś sposób go zmniejszono. Może istniało jakieś zaklęcie? W ich świecie wszystko było możliwe.

Sapphira wiedziała o kamieniu zadziwiająco dużo, a z rozmowy z tuneli wynikało, że źródłem jej wiedzy był Casimir. Co Muzyk wiedział o tym przedmiocie, skoro gdy powstał, on sam był zaklęty na dachu? Kim tak naprawdę był ten mężczyzna?

Jeszcze raz przyjrzałam się zawieszce, po czym zapięłam naszyjnik z powrotem na szyi. Jego znikomy ciężar dodał mi otuchy. Czułam, że muszę lepiej zrozumieć moc kamienia, i przeanalizowałam w głowie ostatnie wydarzenia. Nie można było mnie skrzywdzić, ale Sapphira dotknęła mojej ręki.

Nagle moją głowę rozjaśnił pomysł. Zerknęłam w stronę krat, a przed oczami pojawiły mi się rozpadające się ściany z ziemi, które powinny mnie zgnieść. Czy to było możliwe...? Cofnęłam się, aż plecami napotkałam przeszkodę. Odepchnęłam się, po czym rozpędziłam na tyle, na ile pozwalała mi ograniczona ilość miejsca, i z impetem przywaliłam w żelazne pręty.

Odbiłam się od krat, po czym bezwładnie poleciałam na ziemię, na chwilę tracąc kontakt z rzeczywistością. Zamrugałam, walcząc z przyprawiającym o mdłości bólem i zawrotami głowy. W ustach, oprócz metalicznego posmaku, poczułam coś niepokojącego. Okręciłam się na bok i splunęłam.

Przeklęłam w duchu, patrząc na ukruszony jasny odłamek. Przejechałam językiem po górnych zębach i szybko znalazłam miejsce brakującego elementu, który wpatrywał się we mnie z ziemi.

Właśnie zostałam szczerbata.

Opadłam na plecy i zaczęłam się śmiać, ale zaraz jęknęłam. Moja twarz była okropnie obolała, jednak oprócz ułamanego zęba chyba nie poniosłam większych szkód. Na szczęście nie złamałam nosa.

Westchnęłam i usiadłam. Kraty nie ruszyły się ani o milimetr. Kamień w tym przypadku nie zadziałał. Dla potwierdzenia swojej teorii wbiłam paznokcie w ramię i po kilku ruchach rozdrapałam skórę. Patrzyłam na krwawe ślady, pojmując, że kamień chronił mnie przed atakiem, ale nie przede mną. Choć nikt nie mógł mnie zranić, ja mogłam wyrządzić sobie krzywdę, więc aby jego moc zadziałała, potrzebowałam kogoś z zewnątrz.

I miałam już plan, jak to wykorzystać.

Odnosiłam jednak wrażenie, że coś mi umyka. Skoro Sapphira mogła dotknąć mojej ręki, równie dobrze mogła też zerwać mi naszyjnik z szyi. Co ją powstrzymywało?

Nie mogła - czy może jeszcze nie chciała - odebrać mi kamienia? Może tylko ze mną pogrywała?

Nie zdążyłam zastanowić się nad tym dłużej, ponieważ z daleka usłyszałam echo równomiernych kroków. Moje serce zgubiło rytm. Wycofałam się pod ścianę, objęłam ramionami i czekałam. W duchu liczyłam, że przybył po mnie Ames, ale wiedziałam, że to nie on.

Do lochu podszedł strażnik w szarym uniformie. Tak szybko otworzył i zamknął kraty, że zorientowałam się, co zrobił, dopiero gdy na ziemi zobaczyłam tacę z jedzeniem. Kiedy uniosłam wzrok, jego już nie było.

Choć kusiła mnie wizja zjedzenia chleba i jabłka, żeby się rozgrzać, za bardzo się bałam, że posiłek został zatruty. Nie miałam pojęcia, co planuje Sapphira, ale domyślałam się, że wykorzysta każdą szansę, by zdobyć kamień, dlatego nie zamierzałam ryzykować.

Zamiast się pożywić, zdjęłam naszyjnik i przytrzymując zawieszkę przy nadgarstku, ciasno obwiązałam ją łańcuszkiem, po czym zapięłam. Czułam, że tak owinięty kamień będzie bezpieczniejszy i trudniej będzie zerwać złoty sznureczek.

Sprawdzałam, czy zapięcie dobrze trzyma, gdy ponownie usłyszałam kroki. Tym razem więcej. Były nierówne i wydawało mi się, że ktoś szura nogami po ziemi. Kto nadchodził? Sapphira? Kolejni strażnicy? Czy może jeszcze ktoś inny?

Szybko uzyskałam odpowiedź na te pytania. Przed moim więzieniem pojawiły się trzy sylwetki. Dwóch strażników trzymało pod pachami nieprzytomną kobietę; zanim zdążyłam mrugnąć, wrzucili ją do lochu. Jęknęła, ale nie poruszyła się, leżąc twarzą na ziemi.

Zamek szczęknął i strażnicy zniknęli. Minęło parę sekund, zanim pojęłam, co się właśnie stało. Zyskałam współwięźnia, a to wcale mi się nie spodobało. Odsunęłam się od kobiety, podejrzewając, że to jakiś podstęp ze strony Sapphiry. Mogła wysłać ją, żeby zdobyła dla niej kamień.

Musiałam uważać.

I przede wszystkim - nikomu nie ufać.

Wzrokiem powędrowałam do kobiety. Była wysoka, więc zakładałam, że jest reptilianką, chociaż mogłam to potwierdzić dopiero, gdy zobaczę jej oczy. Miała na sobie turkusową tunikę wyszywaną srebrnawym futerkiem, kremową spódnicę z grubego materiału i skórzane buty. Patrząc na jej ubiór, zdałam sobie sprawę, że mężczyźni, którzy ją przyprowadzili, nosili inny uniform niż strażnik, który przyniósł mi jedzenie.

Szary uniform oznaczał przynależność do Królestwa Powietrza, niebieska kamizelka i szare spodnie świadczyły zaś o tym, że strażnicy pochodzili z Królestwa Wody. Czyli Sapphira i Phyllon naprawdę ze sobą współpracowali, a to z kolei znaczyło, że istniały trzy możliwości - mogłam znajdować się w Królestwie Wody, Królestwie Powietrza bądź na ich granicy.

Moje serce zabiło dziko. Musiałam być gdzieś na styku ich terytoriów, skoro w tunelach znajdowali się strażnicy pochodzący z dwóch królestw. Ta wiedza aktualnie nic mi nie dawała, ale sama świadomość, że wiedziałam, gdzie prawdopodobnie się znajduję, w jakimś stopniu mnie uspokajała.

Kobieta się poruszyła, jęknęła i z trudem usiadła. Odgarnęła jasne splątane pukle z twarzy, a ja skupiłam spojrzenie na jej oczach - złotych z pionowymi źrenicami. Reptilianka. W dodatku uzdrowicielka.

Zaczęła rozglądać się dookoła i kiedy jej wzrok spoczął na mnie, zmarszczyła nos. Zaciągnęła się powietrzem, po czym przekrzywiła nieco głowę. Zamrugała. Wyglądała na zdezorientowaną, ale to mogła być tylko gra.

- Jesteś człowiekiem? - spytała, ponownie pociągając nosem.

Nadal nie wiedziałam, dlaczego trafiła do mojej celi, ale miałam niepokojące przeczucie, że jej obecność tutaj nie jest przypadkowa; bałam się, że rozmową chce uśpić moją czujność.

Skinęłam głową, na co kobieta zmarszczyła brwi, przyglądając mi się uważnie.

- Zamarzasz - oświadczyła. - Jeszcze dwie, może trzy godziny, a na zawsze stracisz czucie w palcach.

Ściągnęła z siebie tunikę i rzuciła mi ją, zostając jedynie w cienkiej bluzce. Lekko mnie tym zaskoczyła. Nie miałam pojęcia, czego się po niej spodziewać, ale podejrzewałam, że właśnie poprzez ten akt dobroci chce zdobyć moje zaufanie, żeby później łatwiej jej było ukraść kamień. Zamierzałam jednak na tym skorzystać i nie pogardziłam dodatkowym ubraniem.

Zgarnęłam tunikę z ziemi i zatopiłam w jej wyłożonych futrem rękawach skostniałe ręce. Owinęłam się ciasno materiałem, pragnąc zachować jak najwięcej ciepła. Chciałam zapytać, czy nie będzie jej zimno, ale ugryzłam się w język. Zamiast tego rzuciłam:

- Dlaczego to robisz?

- Jestem uzdrowicielką. - Wzruszyła ramionami. - Pomaganie innym leży w mojej naturze.

Nie zamierzałam jej ufać, chociaż ta wypowiedź wydała mi się szczera. Nie pomagał mi jednak fakt, że kobieta w jakiś niezrozumiały sposób przypomina Minevrę. Nie chodziło o identyczne tęczówki czy to, że obie były uzdrowicielkami. W nieznajomej było coś ciepłego, serdecznego, podobnie jak u mojej przyjaciółki.

I nie sądziłam, że to przypadek.

- Dzięki - wymamrotałam.

Posłała mi słaby uśmiech.

- Jestem Bluebell, a ty?

Przez chwilę milczałam, niepewna, czy chcę z nią rozmawiać, lecz ostatecznie mruknęłam:

- Souline.

- Też masz nietypowe imię. - Jej uśmiech się poszerzył, ale gdy tylko skinęłam głową, zniknął z jej twarzy. Nie dałam się podejść próbie zaprzyjaźnienia się.

- Wiesz, gdzie jesteśmy? - zapytałam.

Bluebell spojrzała na mnie z konsternacją w złotych oczach.

- Och, nie wyczułam, że jesteś niewidoma.

- Co?

Zamrugała, wyglądając na coraz bardziej skonfundowaną i zdezorientowaną.

- Ludzie mają aż tak słaby wzrok? - mruknęła pod nosem, po czym, już głośniej, zwróciła się do mnie: - Nie widzisz, że jesteśmy w lochu?

Zacisnęłam usta, powstrzymując śmiech. Zaraz jednak przygarbiłam się i schowałam dłonie pod pachy. Bluebell naprawdę przypominała mi Minevrę.

- Chodziło mi o to, czy wiesz, gdzie nas zamknięto - wyjaśniłam. - Znasz jakąś przybliżoną lokalizację, cokolwiek, co pomogłoby się zorientować, w którym królestwie się znajdujemy.

- Och... - Zaśmiała się z zakłopotaniem. - Wybacz, chyba jeszcze nie doszłam do siebie po pojmaniu przez strażników. Ich brutalność zawsze wytrąca mnie z równowagi. - Zamilkła, wracając na moment do wspomnień, przez co zaczęłam się zastanawiać, co jej się przytrafiło. - Wydaje mi się, że nie przebywamy w żadnym królestwie. Przynajmniej nie tak konkretnie.

- W sensie?

- Ostatnio w barze usłyszałam od pijanych strażników, że Phyllon stworzył nową sieć tuneli rozsianych pod Podziemiem do użytku w trakcie wojny. Miało być tam miejsce dla armii, uzdrowicieli i więźniów. Sądziłam, że to tylko plotki, bo nie dostaliśmy żadnych wytycznych, nawet nie wierzyłam, że może wybuchnąć wojna, ale im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że tkwimy w jednym z tych tuneli. Wierz mi, nasz loch zupełnie nie przypomina tego w Królestwie Wody, w którym ostatnio mnie zamknęli. - Pokręciła głową, śmiejąc się z goryczą.

Jej słowa nie spodobały mi się tak bardzo, że rozbolał mnie brzuch. Przyciągnęłam nogi do klatki piersiowej, położyłam brodę na kolanach i spytałam:

- Pochodzisz z Królestwa Wody?

Przytaknęła i tym razem to ona zadała pytanie:

- Jesteś w Podziemiu już jakiś czas, prawda?

Wyprostowałam się nieznacznie, zachowując czujność.

- Skąd wiesz?

- Wyczuwam zmianę w twoim wnętrzu.

Jej słowa mogły oznaczać wiele rzeczy. To też mi się nie podobało.

- Nie wiem, co masz na myśli - oznajmiłam, chcąc sprawdzić, co powie.

- No, wiesz, krwawie... - Zamilkła i rozszerzyła oczy. - Moment, a może ty jednak nie wiesz?

- Ach, to. - Rozluźniłam się. - To akurat wiem.

- Więc to właśnie wyczuwam. - Odchrząknęła, jakby zakłopotana. - Poza tym dużo się mówi, że władca Królestwa Ognia przetrzymuje u siebie człowieka, więc dodałam dwa do dwóch. - Przekrzywiła głowę. - Zastanawiam się tylko, jak wylądowałaś tutaj, w lochu.

Westchnęłam. Ja też się nad tym zastanawiałam.

- Zostałam porwana - odparłam zdawkowo.

- Przez kogo?

- Przez Sapphirę - mruknęłam.

Bluebell podrapała się po głowie.

- W takim razie co ja tu robię?

- To znaczy?

- Zostałam pojmana za konkretne przestępstwo. Nie rozumiem, dlaczego wrzucili nas do jednej celi, bo zazwyczaj więźniowie są łączeni na podstawie ich przewinień. Złodziej ze złodziejem. Morderca z mordercą. Nie mogłaś dopuścić się tego, co ja. Podejrzewam, że porwali cię ze względu na króla Ognia, dlatego naprawdę nie wiem, czemu jesteśmy tu razem.

Ja również tego nie wiedziałam, więc skupiłam się na innej rzeczy:

- Za co cię zamknęli?

Bluebell przetarła twarz dłońmi. Wydawała się zrezygnowana, gdy oznajmiła:

- Uzdrowiłam dziecko szaraka i nie pobrałam opłaty.

Zarówno coś w jej tonie, jak i poprzednie wypowiedzi kazały mi spytać:

- Często to robiłaś?

- Tak - odpowiedziała natychmiast. - Tak często, jak to było możliwe.

- Dlaczego?

- Bo kij Phyllonowi w dupę. Nienawidzę tego gościa, odkąd stałam się uzdrowicielką. Mam nadzieję, że niedługo zdechnie, a władzę przejmie jego syn bądź Lagina i zmienią ten chory nakaz pobierania opłaty za leczenie. Jak mogę odmówić komuś pomocy ze względu na brak pieniędzy? - prychnęła. - Przecież to okrutne.

Moja sympatia do Bluebell rosła z każdą sekundą i okropnie mnie to martwiło. Im dłużej z nią rozmawiałam, tym większe odnosiłam wrażenie, że z Minevrą stało się coś niedobrego. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, ale tak właśnie czułam.

Nagle Bluebell błyskawicznym ruchem wyciągnęła rękę w moją stronę. Wzdrygnęłam się i wcisnęłam plecy w ścianę. Uzdrowicielka zamarła, po czym opuściła rękę i położyła dłonie na kolanach.

- Wybacz - powiedziała. - To było automatyczne. Wyczułam, że za jakieś dziesięć minut dostaniesz okresu, i chciałam się upewnić.

Mina mi zrzedła.

- Co?

- Boli cię brzuch, prawda?

Popatrzyłam na nią zszokowana. Myślałam, że kłucie w podbrzuszu było reakcją na stres, ale Bluebell miała rację. Zwykły ból brzucha różnił się od menstruacyjnego, który właśnie odczuwałam.

- Mogę go zatrzymać, jeśli chcesz - zaproponowała i zaraz dodała: - Oczywiście, jeśli się mnie nie boisz.

- Zatrzymać? - Uniosłam brew.

- Tak. - Skinęła głową. - Nie jest to zdrowe i nie powinno się zbyt często ingerować w naturę, ale jestem kobietą i nie chciałabym krwawić w lochu bez żadnych środków menstruacyjnych. Po prostu przesunę cykl, nic strasznego.

Zastanowiłam się, czy nie padam ofiarą podstępu, ale perspektywa krwawienia w celi jedynie z wiadrem na nieczystości naprawdę do mnie nie przemawiała. Kamień trzymałam schowany pod tuniką, a dzięki niemu Bluebell nie mogła wyrządzić mi krzywdy.

Mogłam też przy okazji sprawdzić swoją teorię o mocy działania magicznego przedmiotu.

- Okej - powiedziałam w końcu.

Bluebell powoli się zbliżyła, a ja odrzuciłam wszelkie uczucia względem niej; udawałam, że wcale nie było miło z jej strony, że chciała mi pomóc. Kiedy znalazła się naprzeciwko, zmieniłam pozycję i usiadłam z nogami skrzyżowanymi w kostkach. Zaczęłam się stresować, moje serce zabiło szaleńczo w piersi.

Uzdrowicielka spojrzała na mnie z niepewnym uśmiechem i wskazała na mój brzuch.

- Mogę?

Chwila prawdy, pomyślałam i przytaknęłam, a wtedy ona po prostu przyłożyła delikatne dłonie do bolącej części ciała. Kamień pozwolił jej mnie dotknąć.

- Poczujesz lekkie ukłucie i to tyle - oznajmiła, zamykając oczy.

- Nie boję się.

- Świetnie - szepnęła, a na jej twarz wypłynęło skupienie.

Przez moment nic się nie działo. Spięłam się, sądząc, że popełniłam błąd i to był jednak podstęp, gdy mrok lochu rozświetliła znikoma, złota poświata mocy uzdrowicielki. Odniosłam wrażenie, jakby ktoś wbił mi stos szpilek w podbrzusze, ale uczucie minęło w ciągu sekundy i ból całkowicie zniknął.

Bluebell uniosła powieki, zdejmując ręce z mojego ciała.

- Dzię... - zaczęłam, lecz nie dane mi było dokończyć, ponieważ palce uzdrowicielki niespodziewanie znalazły się w moich ustach.

Wyrwałam się do tyłu, uderzając głową w ścianę. Popatrzyłam na Bluebell szeroko otwartymi oczami.

- Co to, do cholery, było?!

- Nie masz zęba?!

Zamrugałam, czując wypływający na policzki rumieniec.

- Ukruszył mi się - mruknęłam.

- Pokaż.

- To nic takiego...

- Naprawię ci go - wtrąciła się. - Skoro już i tak siedzimy bezużytecznie w lochu, to przynajmniej na coś się przydam. No, dalej.

Bluebell wpatrywała się we mnie z oczekiwaniem. Podejrzewałam, że nie odpuści, a ja chciałam, żeby moje uzębienie wróciło do normalności, więc otworzyłam usta i pozwoliłam jej działać.

W tej samej chwili, w której ujrzałam blask leczniczej mocy, przypomniałam sobie słowa Sapphiry z tunelu. "Myśli". Bluebell nie chciała mnie skrzywdzić, jedynie pomóc z zębem, dlatego mog­ła mnie tak... inwazyjnie dotknąć. Kamień musiał wyczuwać intencje danej osoby.

Dopóki ktoś nie chciał wyrządzić mi krzywdy, spokojnie mógł mnie dotknąć.

- No. - Bluebell otrzepała ręce i uśmiechnęła się. - Jak nowy.

Rzeczywiście, kiedy dotknęłam językiem miejsca, w którym brakowało części zęba, wyczułam, że znów jest cały.

- Dziękuję.

- Nie ma sprawy. - Machnęła dłonią. - Wiesz, to...

Przestałam jej słuchać, zbyt zajęta tornadem myśli w mojej głowie. Skoro Sapphira mogła z łatwością mnie dotknąć, to dlaczego nie przejęła jeszcze kamienia? Co ją powstrzymało przed zerwaniem naszyjnika?

Mój wzrok padł na uzdrowicielkę i szybko stwierdziłam, że powinnam zaryzykować. Musiałam poznać działanie kamienia. Musiałam wiedzieć, na czym stoję, bo niewiedza była tylko kolejnym minusem w moim położeniu.

- Bluebell? - odezwałam się, przerywając jej potok słów.

Zamilkła. A potem, szczerze zaniepokojona, zapytała:

- Coś nie tak?

- Mam dziwaczną prośbę.

Zmarszczyła brwi.

- Jaką?

Podciągnęłam rękaw tuniki i pokazałam owinięty wokół nadgarstka naszyjnik.

- Zabierz mi tę zawieszkę.

Jej ręka wystrzeliła tak szybko, że moje serce stanęło. Już miałam przekląć się w myślach i zacząć walczyć, przekonana, że Blue­bell została wysłana, by ukraść kamień - a ja właśnie podałam go jej na tacy - ale uzdrowicielka nawet nie zdołała go dotknąć. Złote światło odrzuciło ją na przeciwległą ścianę, a zawieszka mrugnęła słabym blaskiem.

Kobieta podniosła się z widocznym trudem.

- Co... co to było? - wychrypiała.

Czyżby kamień wyczuł ten ruch jako atak? Czy może Bluebell miała złe intencje? Chciałam dać sobie spokój, ale czyste niedowierzanie widoczne na twarzy uzdrowicielki sprawiło, że powiedziałam:

- Spróbuj inaczej. Wyobraź sobie, że po prostu chcesz musnąć szmaragdy i zobaczyć, czy są tak gładkie, na jakie wyglądają.

Bluebell uniosła brew, zupełnie nieprzekonana do mojego pomysłu.

- Nie chcesz mnie zabić, co?

- Nie, to nie wyrządzi ci krzywdy.

Chyba, dodałam w myślach.

Bluebell wolnym krokiem podeszła bliżej i usiadła po turecku na ziemi. Przyjrzała się zawieszce, po czym przeniosła wzrok na mnie.

- Co to jest?

- Po prostu spróbuj dotknąć szmaragdów - powiedziałam, ignorując pytanie. - Proszę.

W jej oczach pojawił się cień niepewności, ale westchnęła i uniosła dłoń do złota uformowanego na kształt puzzla. Z boleśnie obijającym się o żebra sercem obserwowałam, jak smukłe palce zbliżają się do zawieszki. Strużka potu spłynęła mi po plecach, gdy został milimetr przestrzeni. Pragnęłam zacisnąć powieki, nie chcąc być świadkiem przejęcia kamienia, kiedy dłoń Bluebell się zatrzymała, a szmaragdy błysnęły.

- Nie mogę dotknąć - stwierdziła.

- Spróbuj jeszcze raz - szepnęłam natychmiast, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Bluebell posłała mi sceptyczne spojrzenie, ale spróbowała ponownie. I tak jak za pierwszym razem nie była w stanie nawet musnąć zawieszki. Jej palce zatrzymywały się tuż przed nią.

- Naprawdę nie mogę - oznajmiła po trzeciej próbie. - Blokuje mnie jakaś niewidzialna granica.

Zakotłowały się we mnie najróżniejsze emocje. Nie mogła. Bluebell nie mogła odebrać mi kamienia.

Na moją twarz powoli wypłynął szeroki uśmiech, napinając mi policzki do granicy bólu.

Nikt nie mógł zabrać mi kamienia, dopóki dobrowolnie go nie oddam.

Ja i kamień byliśmy nietykalni.

Rozdział 8

Magia puściła przytroczone do jego pleców miecze. Złapał je w locie i okręcił, sprawdzając chwyt. Nie potrzebował używać mocy ani wykorzystywać prawdziwej formy. Miał wystarczająco dużo siły i umiejętności, by pokonać każdego przeciwnika, który zapragnie przeszkodzić mu w drodze do celu.

Strażnikom strzegącym wrót zamku zauważenie go zajęło zdecydowanie dłużej, niż podejrzewał. Ich błąd. Ames ruszył na nich i zanim zdążyli wyciągnąć broń bądź sięgnąć po moc, zamachnął się synchronicznie. Złote ostrza bezproblemowo przecięły mięśnie, żyły i kości.

Dwie głowy z szeroko otwartymi oczami potoczyły się po szafirowej posadzce.

Tryskające krwią z szyi ciała upadły, a Ames kopniakiem wyważył złote drzwi. Odłamki latały wokół niego, gdy wszedł do środka niczym mściciel. Na jego widok zapanował chaos. Służba rzuciła się do ucieczki, broń strażników mignęła, a wiry powietrza uderzyły w niego, próbując go powalić. On jednak postawił barierę z magii i zniósł atak, trzymając się pewnie na nogach.

Następna wiązka mocy nadciągała w jego stronę, ale umknął i odrąbał kolejne dwie głowy. Atakował brutalnie, nie zważając na ostatnie błagalne spojrzenia. Posuwał się naprzód, wbijając miecze w ciała; przypominał postać wyjętą z horrorów. Krew zbryzgała jego twarz, z oczu przebijało zimne wyrachowanie. Część strażników na jego widok po prostu uciekła, a przerażone krzyki służby odbijały się od ścian.

- Uciekajcie! To potwór!

Odciął zbliżające się w jego stronę ręce, pozbawiając strażnika możliwości walki i wykorzystania żywiołu. Władanie powietrzem miało pewne minusy. Bez dłoni nie można było używać mocy.

Sapphira zostawiła w zamku najsłabszych strażników, ale podwoiła ich liczbę. Ames był jedynie zirytowany z tego powodu, bo choć pokonanie ich nie stanowiło żadnego problemu, zajmowało więcej czasu.

Równocześnie zatopił miecze w piersiach dwóch reptilian, przebijając serca. Wyszarpnął ostrza, zanim uciekło z nich życie, i wykonując szybki półobrót, ściął następną głowę. Szedł dalej, całkowicie nieustraszony, zostawiając za sobą ścieżkę usianą krwią, kończynami i śmiercią.

Błyskawicznie pozbył się kolejnych przeciwników, zbliżając się coraz bardziej do celu. Sala tronowa znajdowała się w najwyższej części zamku, a on doszedł już prawie na samą górę. Szkarłatna ciecz zabarwiła jego jasne włosy i spływała ścieżkami brutalności po twarzy. Odepchnął atak ostatnich strażników i rozejrzał się dookoła.

Jego krwawe dzieło miało już na zawsze splamić historię tej okazałej budowli. Okrucieństwo wsiąknęło w mury, przeniknęło do samego rdzenia. Patrzył na zmasakrowane, niedobite i drgające pośmiertnie ciała, słysząc spływającą po gładkich ścianach posokę. Nie zabił wszystkich. Prawdopodobnie większość by się uratowała, gdyby pozwolili mu przejść.

Pierwotnie król przybył po życie tylko jednej osoby.

Powietrze koło niego przecięła strzała, a po chwili dołączył do niej rój kolejnych. Spojrzał w górę. Za złotą balustradą schowało się trzech łuczników, którzy tylko podwoili jego złość, wypuszczając kolejną salwę strzał. Ames z łatwością umykał pociskom bądź przecinał je mieczami, nie pozwalając ani jednemu się skrzywdzić.

Ruszył do przodu, rozbryzgując stopami krew, która niczym morze zalała posadzkę, po czym wszedł po marmurowych stopniach, nie przejmując się śmigającymi wokół jego głowy strzałami. Jeden z łuczników rzucił się do walki, a dwaj pozostali - do ucieczki. Ames gwałtownym machnięciem wytrącił mu broń z dłoni, po czym kopnął prosto w klatkę piersiową, wysyłając go za balustradę.

Wytężył słuch i po dźwięku oddalających się kroków odnalazł pozostałych dwóch strażników. Większość sił wykorzystali w walce, przez co poruszali się niezwykle wolno jak na ich rasę. Ames przymocował miecze do pleców i używając nadludzkiej prędkości, znalazł się tuż przed łucznikami.

- Gdzieś wam się spieszy? - spytał, przekrzywiając głowę i unosząc kącik ust.

Jeden z nich upadł z przerażenia, drugi zaś zamachnął się na Amesa nogą. Król złapał go jedną ręką za kostkę, drugą umiejscowił pod kolanem, po czym rzucił go na ścianę jak szmacianą lalkę. Reptilianin uderzył w nią z hukiem tak wielkim, że dźwięk dotarł do każdej części zamku, a nieprzytomny mężczyzna osunął się na podłogę. Kawałki pokruszonego marmuru posypały się na niego, pozostawiając ścianę kompletnie zniszczoną.

Ames wcale nie wyglądał, jakby właśnie znokautował przeciwnika minimalnym wysiłkiem. Jego siła tak bardzo przeraziła ostatniego strażnika, że rzucił się na kolana.

- Błagam! Błagam, zrobię wszy...

Nie zdołał dokończyć, ponieważ Ames wkradł się do jego głowy, przejmując władzę nad ciałem, i kark strażnika samoistnie się złamał. Król nawet nie mrugnął, gdy zorientował się, że może rachować kości wyłącznie wolą.

Odwrócił się na pięcie i skierował do drzwi, za którymi skrywała się kreatura godna najgorszej kary, jaką wszechświat mógł wymierzyć. Pchnął złote wrota i wszedł do środka, a jego wzrok padł na siedzącą na tronie Sapphirę. Czekała na niego, wiedział to.

Wyglądała nieskazitelnie, ubrana w złotą ciężką suknię i w koronie wysadzanej szafirami. Na widok Amesa rozciągnęła czarne usta w uśmiechu i wstała.

- Muszę przyznać, że to było całkiem imponujące. Pozbyłeś się moich strażników w niecałe piętnaście minut. - Klasnęła w dłonie. Raz. - Popatrz tylko na siebie. Tak bardzo chciałeś uniknąć wojny, a sam ją rozpętałeś.

Oboje w tym samym momencie ruszyli przez podłużne pomieszczenie. Ona, zostawiając za sobą złoty pył z sukni, on - plamy krwi. Sapphira zatrzymała się na końcu stopni prowadzących do tronu, Ames zaś w połowie drogi do niej.

- Twoi szpiedzy przeniknęli do mojego królestwa. Punkt dla ciebie, jednak pojmałam większość z nich. - Posłała mu przepraszające spojrzenie. - Wybacz, ale niczego się nie dowiesz.

Król wzruszył ramionami. To od początku był jego plan, a Sapphira wpadła prosto w jego sidła. Pozwolił jej mówić i powoli wypuścił niewidzialne macki w stronę jej umysłu. Wiedział, że Sapphira się przygotuje i stworzy barierę wokół myśli, ale gdy na nią naparł, natychmiast go wyrzuciło. Spróbował jeszcze raz - z takim samym skutkiem.

Nie miał do niej dostępu. Nie mógł przeszukać jej myśli i odnaleźć w nich miejsca, gdzie przetrzymywano Souline. Tylko dwa razy spotkał się z tak nietypowym odrzuceniem próby wtargnięcia do umysłu - i nigdy nie udało mu się przebić do środka. Czuł, że zaraz straci rozum.

Sapphira wyczuła próbę wejścia do jej głowy, lecz tego nie skomentowała. Uśmiechnęła się tylko szeroko i oznajmiła:

- Pokonałam większość twojego kruchego wojska, ale zostawiłam Uilleama. Podoba mi się, wiesz? Brak czakry serca ma mnóstwo zalet. Nie dziwię się, że trzymałeś go taką wysoką rangą. Niestety przeszedł na moją stronę.

Ames również się uśmiechnął.

- A zaraz po tym twoi żołnierze zmienili się w proch, który rozwiał wiatr, ponosząc ich resztki w nicość. Cóż za ironia, czyż nie, Sapphiro?

Splunęła.

- Masz kolejny punkt. Nie spodziewali się Bokhaida i jego złości. Biały ogień jest potężny, ale czy warto było ratować go kosztem uzdrowicielki?

- Warto było poświęcić aż tylu swoich żołnierzy dla jednego z mojego królestwa?

- A co z bratem drogiej Souline? - spytała, na co drgnął mu mięsień na policzku. Nienawidził, gdy te plugawe usta wypowiadały imię jego wybranki. - To akurat nie moja wina. - Zaśmiała się. - Wiesz, jaka byłam zaskoczona, gdy Bibiana wepchnęła mu lek do gardła?

Ames miał już dosyć tej rozmowy.

- Gdzie ona jest? - warknął.

- Bibiana? - Zamrugała niewinnie.

Ames zrobił krok w jej stronę i odezwał się przerażająco niskim głosem:

- Porwałaś królową Ognia, Sapphiro. Twój los został przypieczętowany. Albo powiesz mi teraz, gdzie ją ukryłaś, i oszczędzę ci bólu, albo będziesz błagać o litość.

Sapphira wybuchnęła śmiechem. Sądziła, że ma przewagę. Nie zaatakowała go jeszcze, bo uważała się za lepszą, a także w tym momencie silniejszą. Poddała go próbie, sprawdzając, jak rozprawi się ze strażnikami, i wpadła w pułapkę własnej arogancji.

Bo Ames doskonale wiedział, czego się po niej spodziewać.

- Myślisz, że możesz mnie pokonać? - Wskazała na siebie palcem; na jej twarzy malowała się kpina. - Po tym, jak wypuściłeś na Podziemie całą moc? Nie masz już nic...

Ames wyrzucił z siebie dwie strugi ognia, które zajęły ręce królowej. Sapphira rozszerzyła oczy w czystym szoku i zanim zdążyła zareagować czy cokolwiek powiedzieć, Ames wysłał w jej stronę kolejny strumień zielonego płomienia.

Sapphira wrzasnęła, upadając na posadzkę, gdy z jej nóg pozostał tylko popiół.

- Jak... jak to możliwe? - wykrztusiła. - Przecież twoja moc...

- Nie doceniłaś mnie, idiotko - warknął, po czym sięgnął po miecze. Zamachnął się, a ostrza przeleciały przez salę jak pociski i wbiły się w ścianę.

Podszedł do Sapphiry, która choć próbowała, nie mogła się poruszyć, po czym sięgnął po pozbawione kończyn ciało i trzymając w garści atramentowe pukle, przeciągnął ją przez pomieszczenie.

- Pożałujesz tego, Amiasie - wysyczała, na co on puścił ją, tak że wylądowała twarzą na posadzce. Wrzasnęła ze złości.

Król odłamał rękojeści od złotych ostrzy, po czym wrócił po żałosną kupę mięśni, kości i organów. Złapał ją za ramiona, a następnie nabił na miecze. Powoli.

Sapphira nie wydała z siebie żadnego dźwięku, z całej siły zaciskając zęby, gdy ostrza zatapiały się w jej bezużytecznym ciele. Ames puścił ją, kiedy miecze przebiły się przez ramiona, i odsunął się o krok, pozostawiając ją wiszącą nad ziemią.

- I co teraz, królowo Powietrza? Gdzie się podział twój żywioł? - Ames przekrzywił głowę, unosząc kąciki ust. - Jak unikniesz śmierci z moich rąk?

- Nie możesz mnie zabić - wychrypiała. - Jeśli umrę, nigdy jej nie znajdziesz.

W oczach Amesa zapłonęła moc, wściekłość przepłynęła przez jego wnętrze. Płomienie zatańczyły między jego palcami, rozgrzewając je do granic możliwości. Podszedł do Sapphiry i złapał ją za twarz.

Cudowne skwierczenie wypełniło jego uszy, a smród przypalanej skóry napłynął do nozdrzy. Przybliżył twarz do jej parszywej gęby i wysyczał:

- Mogę torturami wyciągnąć z ciebie wszystkie informacje, jakich tylko zapragnę.

- Nie. - Zaśmiała się, obnażając zakrwawione zęby. - Nie zrobisz tego, bo Phyllon się o tym dowie i wtedy on zaopiekuje się Souline. Spróbuj go wyczuć. Jeśli nie zostawisz mnie w spokoju, ukryje się wraz z nią i nigdy, przenigdy jej nie znajdziesz. A ona umrze. Nie zostało jej dużo czasu.

- Zamknij się.

- Wiesz, że to prawda - szepnęła złowrogo. - Nie czujesz Phyllona. Choćbyś nie wiadomo ile siły w to włożył, nie jesteś w wstanie wyczuć jego obecności.

Ciało Amesa drżało ze złości, a ogień ledwo pozostawał ukryty w źródle.

- Nie przewidziałeś tego. Nie znajdziesz jej.

Ames odetchnął płytko, zachowując panowanie nad zielonym płomieniem, po czym odsunął się i patrząc prosto w szafirowe oczy, złożył obietnicę:

- Znajdę moją królową. A później zamknę cię i będę torturował przez wieki. Pamiętaj, że uczyłem się od najgorszych.

Po tych słowach odwrócił się i wyszedł, zostawiając za sobą zamek pełen trupów, krwi i strachu.