11
Siedzieli, a raczej kwitli w siedzibie fundacji od dobrych dwudziestu minut, a wraz z upływającym czasem Bondysowi kończyła się cierpliwość. Nudził się jak mops, a do tego Barańska coraz bardziej go irytowała swoją pretensjonalną postawą i graniem na zwłokę. Wyglądała, jakby świetnie bawiła się ich kosztem, zadając mu od kilkunastu minut idiotyczne pytania w rodzaju: jaki jest jego ulubiony kolor albo czy pamięta ostatni sen.
- Niech mi pan zdradzi datę swoich urodzin, komisarzu.
- To chyba nie ma żadnego znaczenia dla tej rozmowy, prawda?
- Panie komisarzu, dla pana ważne jest śledztwo, zabójca i odkrycie prawdy, a dla mnie są ważne zakamarki ludzkiej duszy. Pan uchyli mi rąbka tajemnicy na temat, który mnie interesuje, a ja panu powiem, co wiem o mecenasie Kamińskim.
Serpenta niby od niechcenia założyła nogę na nogę, unosząc przy tym sukienkę aż do uda. Bardzo zgrabnego i ponętnego uda, które jednak zniechęciło Bondysa do tej kobiety jeszcze bardziej. Może nie samo udo, ale tanie zagranie i potraktowanie go jak bezmózgiego samca.
- Odpowiedz. - Beata próbowała załagodzić sytuację. - Chyba nie mamy nic do stracenia.
- Właśnie, panie komisarzu, proszę posłuchać rady koleżanki. Czy też może przyjaciółki? - Uśmiechnęła się zalotnie, a policjantka zalała się rumieńcem i spuściła wzrok na podłogę.
Oczywiście mógłby spróbować zmusić kobietę do zeznań, zasłaniając się utrudnianiem przez nią śledztwa w sprawie morderstwa, ale podskórnie czuł, że taka strategia przyniesie więcej szkody niż pożytku, a Barańska najpewniej nabierze wówczas wody w usta.
- Dwunasty lutego pięćdziesiątego czwartego roku.
Edyta znów uśmiechnęła się zalotnie, przechyliła lekko głowę i wpatrywała się w niego z zaciekawieniem.
- No tak, mogłam się domyślić... Zodiakalny Wodnik w połączeniu z Koniem, a właściwie Ogierem według chińskiego horoskopu! Cóż za wybuchowa mieszanka! Osoba spod znaku Konia to osoba niezależna, wolna, dzika, ale i piekielnie inteligentna, a ktoś urodzony jako Wodnik dąży do realizacji swoich pomysłów z uporem, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Wodnikami byli wielcy rewolucyjni naukowcy tego świata, jak Darwin, Galileusz...
- Super, czy możemy wrócić teraz do tematu? - Bondys próbował ukryć irytację. Kompromis jednak nie okazał się dobrym rozwiązaniem.
- Moment! - Barańska wzięła długopis do ręki i zaczęła coś gryzmolić na niewielkiej kartce wyrwanej z notesu.
Westchnął. Wolałby przesłuchiwać pięciu zbirów niż tę jedną czarownicę.
- Nie mamy całego dnia - mruknął pod nosem, aż Beata spiorunowała go wzrokiem, jakby bała się, że urażona kobieta nic im nie powie. Jej reakcja jeszcze bardziej go zirytowała, bo świadczyła o przejęciu przez tę Sybillę kontroli nad sytuacją.
- Ha! - krzyknęła Edyta i odłożyła, a właściwie rzuciła długopis na stół, kompletnie ignorując jego uwagę. - W dodatku numerologiczna szóstka! Co za niezwykła kompilacja! Szóstka ceni sobie ponad wszystko poczucie sprawiedliwości i obowiązku. W dodatku szóstki to bardzo empatyczne i ciepłe osoby, a jeśli kogoś kochają, to, nomen omen, na zabój. Wybranka pana serca to prawdziwa szczęściara. Czy takiej chwilowo nie ma? A może pana koleżanka... - Nie dokończyła, ale wymownie spojrzała na sierżant, co ponownie wymalowało policjantce pokaźne rumieńce na twarzy.
- Pani Barańska, ja udzieliłem odpowiedzi na wystarczającą liczbę pani pytań. Czy teraz odpowie pani wreszcie na nasze pytania? Jeśli nie, wystąpię o nakaz i będzie pani przesłuchiwana na komendzie, gdzie skończą się te gierki bajerki i szklane kule.
- Oczywiście, już odpowiadam. Serpenta jest słowna.
Znów obdarzyła ich tym przesłodzonym uśmiechem. A ponieważ jeszcze nie zemdliło ich od tych jej grymasów, to na deser dołożyła jeszcze jakże wkurzające mówienie o sobie w trzeciej osobie.
- A zatem? - ponaglił ją, obawiając się kolejnego uniku.
- No już mówię, panie komisarzu. Narwany jak typowy zodiakalny Koń! - Puściła do niego oko, ale Marek nie dał się sprowokować i nie zareagował. - Jak zapewne wiecie, mecenas Kamiński to mąż mojej podopiecznej Jolanty Kamińskiej.
- Może pani powiedzieć nam o niej coś więcej? - spytała Beata.
- Moja fundacja opiekuje się Jolą od blisko trzech lat. Pamiętam jak dziś, gdy zadzwoniła do mnie w pewien deszczowy jesienny wieczór i poprosiła o pomoc. Bidulka, nie miała nawet jak i za co dojechać do Prądocina, więc pojechałam po nią do Bydgoszczy. Ona właściwie uciekła z domu, ubrana tylko w sukienkę, cała przemoczona, wychudzona. Proszę mi wierzyć, to był cień człowieka. - Chwyciła się teatralnie za serce, przy okazji zgrabnie wypychając piersi do przodu, a jej głos się załamał. - Gdyby została z tym tyranem, zapewne nie dożyłaby nawet Gwiazdki!
- Mecenas Kamiński bił swoją żonę? - spytał Bondys zadowolony, że może wreszcie dowiedzą się czegoś konkretnego.
Barańska pochyliła się w jego stronę i spojrzała mu w oczy przenikliwym, groźnym wzrokiem. Albo przynajmniej chciała, żeby taki był, bo na nim nie zrobił wrażenia.
- Panie komisarzu, nie potrzeba pięści i sińców, żeby złamać komuś duszę. Mecenas Kamiński nigdy nie podniósł ręki na żonę. Za to swoimi licznymi romansami, poniżaniem jej w codziennych sytuacjach i przedmiotowym traktowaniem odebrał Jolancie poczucie własnej wartości, godność, a co najgorsze, również chęć do życia. Czyż to nie gorsze od kilku sińców?
- Zemsta to dobry motyw do zabójstwa - podsumował Bondys.
- Jola nie skrzywdziłaby nawet muchy, to anioł w ludzkiej powłoce.
- No dobrze, ale skoro Kamiński był takim złym mężem, a jego żona od trzech lat mieszka tutaj, to dlaczego nie wniosła o rozwód?
- A po co? - Barańska rozłożyła ręce. - Rozwód nie był jej do niczego potrzebny. Czy mało jeszcze wycierpiała przez tego drania? W sądzie czekałyby na nią tylko dodatkowe nerwy, a Kamiński z pewnością załatwiłby sobie świetnego prawnika i po raz kolejny ją upokorzył.
- I co, tak łatwo pozwolił żonie odejść? Nie szukał jej? Nie namawiał do powrotu?
- O dziwo nie. Kiedy tutaj trafiła, zadzwoniłam do niego w imieniu Joli i poinformowałam o całej sytuacji. Spodziewałam się awantury, straszenia policją czy próśb i gróźb o powrót żony, a Kamiński jedynie powiedział, że dziękuje mi, bo, cytuję, "wreszcie będzie miał spokój od tej nieprzydatnej idiotki".
- I później już nie próbował kontaktować się z żoną? - Bondysowi wydawało się to prawie niemożliwe, jednak zanotował wszystko skrupulatnie w swoim notesie.
- Właściwie nie. Jedynie kilka dni po odejściu żony spakował jej rzeczy i wówczas zadzwonił, że możemy je odebrać. Jola nie chciała go widzieć, więc wysłałam po nie jedną z moich Nimf.
- Przepraszam, kogo? - spytała Beata.
- Och, tak nazywam moje podopieczne - wytłumaczyła Serpenta takim tonem, jakby to było oczywiste i jakby mówiła o swoich małych dzieciach albo zwierzątkach, a nie o dorosłych kobietach. - To moje Nimfy, mityczne boginie, piękne i uosabiające siłę żywiołów, niezwykle...
- Chcielibyśmy porozmawiać z panią Kamińską - przerwał jej Bondys, nie chcąc słuchać kolejnego wywodu na kompletnie nieważny dla śledztwa temat. Wystarczająco dużo czasu zmarnowali.
- Oczywiście, panie komisarzu, czeka na państwa na dole.
- Jeszcze jedno pytanie: co robiła pani w piątek szóstego czerwca wieczorem? - Pytając, znów spojrzał na obraz na ścianie. Wyjątkowo dekoncentrował go swoją dynamiką i okrucieństwem bitwy.
- Szóstego czerwca, szóstego czerwca... - Stukała irytująco paznokciem w blat i wpatrywała się w sufit. - Już wiem, to wtedy przypadał nów księżyca!
- Ja nie pytam, co robił księżyc, tylko co pani robiła. - Bondys powrócił wzrokiem do kobiety, która odwzajemniła jego spojrzenie.
- Podczas każdego nowiu planuję nowy miesiąc, robię porządki w kalendarzu i oddaję się relaksującej kąpieli w różanych płatkach, a potem masażowi. To taki mój mały, comiesięczny rytuał dla harmonii duszy i ciała. Jednak w ten piątek wyjątkowo uczestniczyłam w konferencji psychologicznej w Gdańsku, z której wróciłam dopiero w sobotę wieczorem. Czy to wtedy zginął mąż Jolanty?
Komisarz mógłby postawić duże pieniądze, że alibi Barańskiej się potwierdzi, zapisał jednak, aby to sprawdzić. Ta kobieta drwiła z nich, śmiejąc się w żywe oczy i lawirując, a oni nic nie mogli zrobić.
- To my tutaj zadajemy pytania - syknął Bondys, czując, jak okruchy jego cierpliwości znikają z każdą minutą. Już chciał pożegnać się z kobietą, kiedy Serpenta dodała:
- Wie pan, komisarzu, różne dziwne rzeczy zdarzają się w Rosz Chodesz.
- W co takiego? - spytała cicho Beata.
- Hebrajski pierwszy dzień miesiąca księżycowego, czyli jedno-, czasem dwudniowe Święto Nowiu Księżyca.
Bondys z trudem powstrzymał grymas, gdy znów zaczęła stukać w blat. To zadziwiające, jak wiele irytujących cech może mieć jedna osoba.
- W czasach biblijnych Żydzi świętowali Rosz Chodesz, składając ofiary w Świątyni Jerozolimskiej. Może ktoś złożył ofiarę z mecenasa Kamińskiego.
- Tak pani uważa? A dlaczego akurat mecenas miałby zostać złożony w ofierze w żydowskie święto?
- Ja nic nie uważam, komisarzu. Tak wygląda historia tego święta, a przeszłości nie da się zmienić.
Bondys przypatrywał się kobiecie przez chwilę. Nie mógł nic wyczytać z jej twarzy, żadnej emocji - miał wrażenie, że patrzy na ludzki posąg.
- Dziękujemy za rozmowę. - Komisarz zapisał na marginesie notesu "Rosz Chodesz" i "nów" przy dacie szóstego czerwca, choć nie miał przekonania, że żydowskie święto ma coś tutaj do rzeczy. - Przy okazji, pozwoli pani, że wychodząc, rozejrzymy się trochę po willi. I poprosimy o listę obecnych i byłych podopiecznych fundacji. - Bardziej stwierdził, niż zapytał, po czym zamknął notes.
- Oczywiście, Serpenta nie ma nic do ukrycia, panie komisarzu. Zaraz przygotuję spis moich wspaniałych Nimf. A swoją drogą, wie pan, że szóstce patronuje Wenus? Planeta miłości i żądzy.
Bondys westchnął i wstał z kanapy. Miał powyżej uszu tych guseł, mdłych kadzideł i równie duszącej natarczywości gospodyni.
- Do widzenia - odpowiedział sucho, po czym spojrzał wymownie na Beatę, która zdawała się tak zaczarowana urokiem tej pożal się Boże wróżki-zębuszki, że nawet nie drgnęła, wpatrzona w kobietę jak w obrazek. W końcu chrząknął i policjantka poderwała się z miejsca, jakby wybudzona z głębokiego snu.
Kiedy zbliżali się do drzwi, usłyszał jeszcze głos Barańskiej:
- Mam nadzieję, że do miłego zobaczenia, panie komisarzu. A wie pan, że Rosz Chodesz dosłownie oznacza Głowę Miesiąca? Głowa mecenasa już poleciała. Oby za miesiąc sytuacja się nie powtórzyła. - Wyszczerzyła białe zęby w szerokim uśmiechu, jak z reklamy pasty do zębów. - Serpenta czuje, że się jeszcze spotkamy.
Bondys przewrócił oczami i wyszedł z pokoju, nie odwracając się.