Wstęp
Już po kilku miesiącach, odkąd Alaksandr Łukaszenka podstawił nielegalnych imigrantów na granicę polsko-białoruską, można było jednoznacznie ocenić, kto miał rację w sporze o dolę i niedolę uchodźców. A spór o tę rację trwał od sierpnia do grudnia 2021 roku (gdy temat rosyjskiej presji, a potem agresji na Ukrainę zmarginalizował kwestię granicy polsko-białoruskiej) i dziennikarze, politycy oraz aktywiści nie przebierali w słowach, używając najbardziej kategorycznych określeń. Jedni porównywali polską Straż Graniczną do niemieckich strażników obozów koncentracyjnych, inni - do sowieckich mundurowych strzegących stalinowskich obozów pracy, a politykom udawało się nawet publicznie i na wizji używać wulgaryzmów. Jednocześnie zwolennicy niewpuszczania przybyszy ze Wschodu postawę tzw. humanitarną oceniali jako głupotę albo zdradę. W emocjonalnym kotle bieżącej polityki dochodziło w sali sejmowej do awantur, szantaży emocjonalnych, wyzwisk i wrzasków.
Eksperci od Europy Wschodniej już wtedy przyznawali, że dowiezienie nielegalnych imigrantów nad polską granicę wschodnią było efektem operacji "Śluza" przygotowanej przez białoruskie służby w celu destabilizacji Polski, Litwy i Łotwy, a może nawet całej Unii Europejskiej. Te informacje nie przeszkodziły jednak poważnej części polskich mediów przekazywać dwóch rodzajów treści, które rzeczywistość zweryfikowała jako niezasadne i szkodliwe. Po pierwsze, niektóre ośrodki przekazu powielały białoruską propagandę, równolegle do Alaksandra Łukaszenki czy Białoruskiej Agencji Telegraficznej nadając takie same komunikaty, a nawet pokazując nawzajem swoje materiały - dalej w tej pracy znajdziemy na to konkretne przykłady.
Po drugie, dziennikarze i politycy osobiście zaangażowali się w przedstawianie wersji sytuacji nielegalnych imigrantów, która się rozmijała z prawdą. Niektóre opowieści można było zakwestionować od razu jako absolutnie nieprawdopodobne. Sugestia portalu Onet, jakoby kot Afgańczyków przywędrował za nimi nad granicę z Polską, była szeroko komentowana jako medialna wpadka. Opowieść o 29-letniej Kongijce, którą Straż Graniczna miała przerzucić przez kilkumetrowe ogrodzenie, nie znalazła potem potwierdzenia. Reportaż programu Czarno na Białym stacji TVN24, w którym imigrant miał płynąć sześć dni przez podlaskie rzeki, został po publikacji złagodzony przez samych uczestników nagrania. W głównym wydaniu Faktów TVN wręcz odliczano godziny, które pozostały koczującym w Usnarzu Górnym imigrantom do dramatu śmierci - tysiące tych godzin upłynęły, a przybyszom w tamtym miejscu nie stała się krzywda.
Media konserwatywne, przeważnie identyfikujące się ze stanowiskiem rządu zakładającym utrzymanie szczelności granicy, wytykały te nieprawidłowości i stanowczo przedkładały bezpieczeństwo ponad argumenty humanitarne. Tym ośrodkom przekazu zarzucano, że nie broniły nawet własnych interesów (dostępu dziennikarzy do strefy przygranicznej) oraz nie informowały o dramatycznych losach uchodźców.
Opinia publiczna zaczęła się więc dzielić na zwolenników nielegalnych imigrantów apelujących o wpuszczenie ich do kraju za wszelką cenę oraz obrońców rządowej strategii umacniania i uszczelniania granicy oraz zatrzymania przybyszy.
Polsko-białoruska granica a rosyjska inwazja na Ukrainę
Pół roku po tamtym konflikcie można jednak dostrzec coś więcej niż tylko trafność lub błędy polskich mediów w ocenie ówczesnej sytuacji. Sto dziewięćdziesiąt dni po tym, jak w Polsce rozgorzała dyskusja pomiędzy zwolennikami wpuszczania nielegalnych imigrantów a popierającymi uszczelnianie granicy, Federacja Rosyjska rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę. Po pierwszym miesiącu wojny Organizacja Narodów Zjednoczonych policzyła, że w wyniku rosyjskiego ataku zginęło 1035 cywilów, w tym 90 dzieci1. Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka nie wiedziało jednak, co Rosjanie robią na terenach okupowanych, i dopiero odbicie niektórych spośród tych obszarów przez wojska ukraińskie pokazało straszliwe zbrodnie - dwa tygodnie po odzyskaniu miejscowości Bucza naliczono 360 ofiar cywilnych, w Buzowej odnaleziono masowy grób z dziesiątkami ciał, w Kramatorsku jedna rakieta zabiła 52 cywilów przebywających na dworcu, a to tylko znane przypadki, podczas gdy nawet w małych wioskach Rosjanie zabijali mieszkańców, często nie pozwalając pochować ich ciał2.
Co to ma wspólnego z kryzysem granicznym wygenerowanym przez władze białoruskie kilka miesięcy wcześniej? Wiele wskazuje na to, że prowokacje Łukaszenki na granicy polsko-białoruskiej były etapem pobocznych przygotowań do inwazji na Ukrainę.
Z każdym tygodniem widzimy nowe powiązania białoruskiej operacji "Śluza", mającej na celu przygotowanie przerzutu nielegalnych imigrantów do Europy, z rosyjską tzw. specjalną operacją wojskową na Ukrainie. Spróbujmy wymienić najważniejsze z nich, które w dalszej części książki znajdą ugruntowanie w źródłach i opracowaniach.
1. Białoruś instytucjonalnie związała swoje służby mundurowe i tajne z ich odpowiednikami w Federacji Rosyjskiej. Ten sam Łukaszenka, który przywoził nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu na granicę Rzeczypospolitej, udostępnił swoje terytorium na potrzeby zbrodniczej inwazji Władimira Putina.
2. Gdyby Mińsk zrealizował swój cel destabilizacji Polski i Europy poprzez wywołanie kryzysu imigracyjnego, Zachód miałby ograniczone możliwości wsparcia Ukrainy w czasie rosyjskiej inwazji - zwłaszcza w zakresie przyjmowania uchodźców z objętego wojną kraju.
3. Niektórzy z nielegalnych imigrantów mieli za sobą rosyjskie przygotowanie wojskowe, analogicznie do dywersantów z Rosji, którzy w czasie inwazji Putina atakowali ukraińskie obiekty wojskowe w broniących się miastach.
4. W czasie trwania kryzysu granicznego Białoruś i Rosja podpisały dokument pogłębiający uzależnienie Mińska od Moskwy i zacieśniający współpracę militarną.
5. Po podpisaniu opracowywanych przez stronę rosyjską i białoruską "Map drogowych integracji" obu krajów amerykańskie instytucje analityczne ujawniły rosyjskie plany inwazji na Ukrainę.
6. Jest nieomal pewne, że operacja "Śluza" miała przynajmniej akceptację moskiewskiego suwerena, a być może nawet była przez Kreml inspirowana.
Białoruskim służbom zależało na podsycaniu konfliktu politycznego w Polsce, czego dowiódł koncern META będący właścicielem portalu społecznościowego Facebook.
W grudniu 2021 i w kwietniu 2022 roku firma skasowała dziesiątki kont i grup zarządzanych przez białoruskie KGB, które oskarżały Polskę o powodowanie kryzysu imigracyjnego3. Jeśli tajne służby autorytarnego reżimu sterowały antypolską kampanią dezinformacyjną, to w gorszym świetle stawia tych uczestników debaty publicznej, których wypowiedzi były zbieżne z Łukaszenkowskim przekazem. To trzeba podkreślić z całą odpowiedzialnością - niektóre wypowiedzi Janiny Ochojskiej, Władysława Frasyniuka, Macieja Koniecznego czy Piotra Kraśki pokrywały się z narracją sformułowaną w Mińsku. Nie oceniając ich motywacji, można śmiało postawić tezę, że w wojnie informacyjnej, którą Łukaszenka wypowiedział Polsce, wspomniane osoby stały się użytecznym narzędziem białoruskiego reżimu.
Późniejsze wydarzenia określiły, kto miał rację
Wspieranie białoruskiej dezinformacji nie ograniczało się jednak wyłącznie do przedstawiania własnych opinii. Gazety potrafiły formułować twierdzenia sprzeczne z faktami. Część aktywistów proimigranckich, niektórzy dziennikarze, a nawet urzędnicy Biura Rzecznika Praw Obywatelskich opierali się na niezweryfikowanych informacjach od imigrantów, wykazując przynajmniej brak znajomości realiów i zaniechanie pozyskiwania danych od przynajmniej dwóch niezależnych od siebie źródeł. Niektórzy szli jeszcze dalej, opisując nieistniejącą rzeczywistość prawną. Przykładowo autorzy z "Gazety Wyborczej" czy "Rzeczpospolitej" twierdzili, że istnieje jakaś "ziemia niczyja" pomiędzy Polską i Białorusią. Marek Kozubal pisał na przykład 20 sierpnia o wydarzeniach w Usnarzu Górnym: "Wzdłuż linii pasa ziemi niczyjej towarzyszą im polscy pogranicznicy"4. Podobne określenia pojawiały się w wysokonakładowym dzienniku "Fakt". Tymczasem w stosunkach międzynarodowych i rzeczywistości prawnej nie istnieje coś takiego jak przestrzeń ziemi niczyjej na granicy lądowej.
W połowie sierpnia 2021 roku niektóre media przekonywały, że większość nielegalnych imigrantów to uchodźcy z objętego wojną domową Afganistanu. Rzeczywistość zweryfikowała te dane.
Oczywista nieprawda podawana wraz z udramatyzowanymi obrazami cierpienia imigrantów, które później okazywały się ostentacyjnie wyolbrzymione, potwierdzała tezy Łukaszenkowskich kłamstw. Media naszego wschodniego sąsiada, zwłaszcza Białoruska Agencja Telegraficzna, próbowały wykreować obraz okrutnych polskich służb zadających cierpienie uchodźcom. Osiemnastego sierpnia pogranicznicy z Grodna meldowali o "cudzoziemcu z wyraźnymi oznakami niepełnosprawności"5, który miał być przez polskie służby przepchnięty z terytorium RP z powrotem na Białoruś. Lewicowo-liberalne media w Polsce kipiały od takich łzawych historii, a niektóre z nich stały się obiektem drwin ze względu na swoją spektakularną wręcz niewiarygodność. Dziennikarze prześcigali się w przedstawianiu najbardziej sensacyjnych opowieści - tak się wykreowała jedna strona sporu o imigrantów, którą na potrzeby tej pracy można nazwać "humanitarną". Troska o bezbronnych ludzi, empatia, chęć pomagania "zwykłemu człowiekowi" mobilizowały krytyków rządu. Pomijano wielokrotną niezgodność tych zapewnień o cierpieniu z informacjami płynącymi z innych źródeł, na przykład ze zdjęć, na których widać było, jak białoruskie służby przywożą jedzenie koczującym.
Po drugiej stronie osi sporu padały argumenty dotyczące bezpieczeństwa i działalności zgodnej z prawem. Całościowo podsumował to wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz w wywiadzie, którego udzielił "Dziennikowi Gazecie Prawnej" 28 grudnia 2021 roku:
Nie mogliśmy zignorować czynnika związanego z bezpieczeństwem, bo to by spowodowało jeszcze większy napływ migrantów. Gdyby Łukaszence udało się nas rozegrać argumentami emocjonalnymi, sprowadziłby kolejne tysiące ludzi, którzy potem cierpieliby na granicy. Musieliśmy wysłać sygnał, że granica jest szczelna.
Była to oficjalna linia komunikatów rządu od samego początku kryzysu. Już 2 września na konferencji prasowej minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński przekonywał: "Jesteśmy zaatakowani przez wrogie reżimy, nasze bezpieczeństwo jest zagrożone, a my działamy adekwatnie do skali stopnia zagrożenia".
Humanitaryzm - bezpieczeństwo. Dwie narracje
Wszystkie argumenty, jakie padały w sporze o kryzys na granicy polsko-białoruskiej, obracały się wokół osi "humanitaryzm - bezpieczeństwo". Zwolennicy tej pierwszej postawy mówili o "ludzkim odruchu", "ludzkim traktowaniu" imigrantów, zwracali uwagę na to, by nie krytykować cudzoziemców, a podejrzliwość wobec przybyszy nazywali szczuciem, faszyzmem, nazizmem itp. "Humanitaryści" czasem odnotowywali, że napięcie przygraniczne jest efektem złożonej operacji tajnych służb Łukaszenki, ale nie uwzględniali tego w swoich postulatach przepuszczenia imigrantów przez zieloną granicę, nawet jeśli miałoby to oznaczać złamanie prawa. Na potrzeby naszych rozważań te postawy będziemy nazywać "humanitarystycznymi".
Druga strona sporu odwoływała się do wartości, jaką jest bezpieczeństwo, i zwracała uwagę na konieczność wzmacniania państwa przeciw próbom rozszczelnienia granicy. Pojawiały się tutaj refleksje o raczej gorzkim losie imigrantów, ale ponad ich sytuację przedkładano położenie własnej wspólnoty społecznej czy narodowej, a dodatkowo stawiano tezę, że postawa humanitarystyczna przyniesie przybyszom jedynie pozornie lepszy los - w dalszej perspektywie bowiem zachęci reżim w Mińsku do sprowadzania jeszcze większej liczby ludzi z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej.
Dyskusja przybierała różne odsłony w zależności od węzłowych zagadnień pojawiających się od sierpnia do grudnia. Można powiedzieć, że wojna informacyjna miała swoje poszczególne kampanie medialne, narracyjne bitwy rozgrywane przez obie strony sporu. Media, włącznie z głównymi serwisami informacyjnymi wszystkich stacji telewizyjnych, oddawały salwy argumentów dotyczących poszczególnej problematyki: pojawienia się przybyszy, wprowadzenia stanu wyjątkowego, rzekomego wywiezienia do lasu dzieci imigrantów przebywających w Michałowie. Jedna kampania ustępowała drugiej, kolejny temat rozpalał opinię publiczną, spychając na drugi plan wątek poprzedni.
Te węzłowe zagadnienia, niekiedy oparte na fake newsach, należy wymienić w kolejności chronologicznej:
1. Zlokalizowanie koczowiska nielegalnych imigrantów przy granicy pod Usnarzem Górnym (17-18 sierpnia).
2. Wprowadzenie przy granicy z Białorusią stanu wyjątkowego (2/3 września).
3. Postulat opozycji wezwania na pomoc unijnej agencji FRONTEX (20 września).
4. Kampania oskarżeń wobec rządu o rzekome krzywdzenie dzieci z Michałowa (1 października).
5. Szturm około 2 tysięcy imigrantów na punkt graniczny w Kuźnicy (8 listopada).
6. Dyskusja wokół włączenia się Unii Europejskiej w kryzys na granicy (październik-listopad).
Mimo obowiązywania dwóch narracji ("humanitarystycznej" i "propaństwowej") w obu obozach pojawiały się także refleksje uwzględniające argumenty drugiej strony. "Gazeta Wyborcza" piórem Michała Kokota wspomniała 26 sierpnia o operacji "Śluza" autorstwa tajnych służb Łukaszenki. Nie było to przedmiotem komentarzy, nie oddawało też skali zaangażowania białoruskiego reżimu w kryzys na granicy, a szersza informacja na ten temat została opublikowana dopiero 22 października. Wiktoria Bieliaszyn donosiła wówczas, że "w ramach operacji specjalnej "Śluza" przez białoruską granicę na teren UE migrantów bezpośrednio "przerzuca" OSAM, specjalna jednostka wojsk granicznych, specjalizująca się w zwalczaniu działalności terrorystycznej"6. Jesienna data publikacji może być zaliczana do mocno spóźnionych, skoro dziennik "Fakt" podał tę informację 25 sierpnia, a o planach Łukaszenki "zalania Europy uchodźcami" wspominano już 9 sierpnia. Dodatkowo w "Gazecie Wyborczej" napisała o tym Wiktoria Bieliaszyn, autorka zajmująca się, bez większego zaangażowania w partyjne spory w Polsce, tematyką Europy Wschodniej - pozostali autorzy w sposób najskrajniejszy ze wszystkich przeanalizowanych mediów zaangażowali się po stronie tezy "humanitaryzmu", pomijając i zniekształcając nawet podstawowe fakty dotyczące kryzysu. Bieliaszyn jeszcze 30 czerwca, a więc półtora miesiąca przed "wojną informacyjną", obszernie relacjonowała na łamach "Wyborczej" litewskie zmagania z prowokacjami Łukaszenki.
"Litewskie MSW: "Gwałtowny wzrost liczby osób o nieuregulowanym statusie usiłujących przekroczyć granicę to narzędzie wykorzystywane przez Łukaszenkę w wojnie hybrydowej z Litwą"" - pisała dziennikarka7. Jej czytelnicy mogli poznać szczegóły dotyczące całej akcji:
Tylko w ciągu ostatniej doby litewska straż graniczna zatrzymała 36 osób, które mimo braku dokumentów uprawniających do przebywania na terenie UE usiłowały przekroczyć granicę białorusko-litewską. Dwa dni wcześniej, 27 czerwca, migrantów o nieuregulowanym statusie na granicy było aż 47, a 22 czerwca - 58. We wszystkich trzech grupach przeważali obywatele Iraku, Iranu i Syrii8.
W tekście relacjonowano wywiad ministra Gabrieliusa Landsbergisa dla "Financial Times", w którym wymieniano nawet konkretne białoruskie firmy zaangażowane w działania Mińska (np. Centrkurort, Oscartur i Joodland)9.
Od połowy sierpnia o powyższych faktach komentatorzy "Gazety Wyborczej" zdawali się zupełnie nie pamiętać - łamy redakcyjne zdominowała troska o cudzoziemców i oskarżanie strony polskiej o bezduszność. Moment tej zmiany narracyjnej łatwo wskazać (zob. rozdział III: Wypowiedzenie wojny informacyjnej).
Obóz "propaństwowy" także wspominał postulaty humanitarne. Portal wPolityce.pl formułował wobec swoich czytelników przekaz, że imigranci na granicy są "żywymi tarczami" Łukaszenki10, ofiarami prowokacji dyktatora z Mińska. Media z tej strony sporu względnie zgadzały się co do tego, że część przybyszy jest tylko narzędziem białoruskich służb, ale szczelność granicy i bezpieczeństwo obywateli są ważniejsze. Autorzy tego nurtu twierdzili również, że przepuszczenie małej grupy imigrantów zachęci Łukaszenkę do nadania swojej operacji rozmachu, co z kolei spowoduje katastrofę humanitarną na większą skalę i zaszkodzi samym uciekinierom.
Przyjrzenie się ponadtrzymiesięcznej wojnie informacyjnej, zainspirowanej przez Alaksandra Łukaszenkę, pokazało, w jaki sposób służby specjalne z Europy Wschodniej mogą oddziaływać na europejskie społeczeństwo, manipulować nim i realizować swoje cele polityczne. W tym wypadku operacja "Śluza" się nie powiodła - rząd Mateusza Morawieckiego krok po kroku urzeczywistniał swoje zamierzenia: nie wpuścił do Polski członków obozowiska w Usnarzu Górnym, postawił instalację chroniącą granicę, wprowadził stan wyjątkowy na terenach przygranicznych, uchwalił odpowiednie ustawy do zbudowania muru na granicy polsko-białoruskiej. Sporna pozostaje kwestia, czy zakończenie głównej części operacji "Śluza" stanowiło efekt skuteczności egzekwowania prawa przez państwo polskie, czy też ważniejszym czynnikiem była interwencja kanclerz Niemiec Angeli Merkel i przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli van der Leyen. A jednak i ta postawa unijnych partnerów okazała się ważnym memento przed inwazją Rosji na Ukrainę.
Temat, który w Polsce stał się podstawowym narzędziem do oceniania rządu, okazał się częścią szerszego kontekstu dotyczącego bezpieczeństwa RP, Ukrainy i właściwie całej Europy - jednak w toku bieżącej walki politycznej większości autorów znaczenie kryzysu zdecydowanie umykało.
Po kilku miesiącach łatwo ocenić, czy racja leżała raczej po stronie zwolenników "humanitaryzmu", czy jednak ostrzeżenia przed większym zagrożeniem białoruskich czy rosyjskich prowokacji znajdowały oparcie w faktach.
Struktura książki
W niniejszej pracy przeanalizowano ponad tysiąc artykułów i materiałów prasowych oraz innych form przekazu (telewizyjne serwisy informacyjne), zwłaszcza najstarszych mediów w Polsce, które dostarczają swoim odbiorcom codziennych treści. Dziennik "Rzeczpospolita" powstał co prawda w 1982 roku, ale po założeniu spółki Presspublica w 1991 roku i przejęciu gazety z tytułu zdjęte zostało odium realizatora partyjnych założeń władzy państwowej. "Gazeta Wyborcza" jest nie tylko dziennikiem o ponadtrzydziestoletnim rodowodzie, lecz również jest tworzona przez postacie będące autorytetami dla sporej części Polaków11, a także poza granicami kraju. "Dziennik Gazetę Prawną" jako spadkobiercę założonej w 1994 roku "Gazety Prawnej" charakteryzuje obfita warstwa informacyjna i ekspercka, co w przypadku kryzysu o cechach mało rozpoznanego zagrożenia, jakim jest wojna hybrydowa, przynosiło zaskakujące obserwacje. Opiniotwórczym i szeroko rozpowszechnionym przekazem dysponuje stacja TVN (od 1997 roku), która realizuje jeden z najstarszych serwisów informacyjnych wydawców mediów prywatnych w Polsce - Fakty. Dziennik "Fakt" jest w Polsce wydawany co prawda dopiero od 2003 roku, ale spółka będąca jego właścicielem, niemiecka firma Ringier Axel Springer Media AG, wykształciła się w wyniku operacji finansowych kompanii Axel Springer SE założonej w latach 40. XX wieku, a jego znaczenie w Polsce potwierdzają wskaźniki opiniotwórczości. Dziś ważną część spółki stanowi serwis internetowy Onet.pl, który także brał czynny udział w debacie publicznej wokół kryzysu na polsko-białoruskiej granicy.
Objętość niniejszej pracy nie pozwoliłaby na przeanalizowanie - zwłaszcza w dobie wydawnictw internetowych - wszystkich mediów w Polsce, a jednak lektura setek tekstów w wyżej wymienionych tytułach umożliwiła dokładne prześledzenie wojny informacyjnej, jaką Łukaszenka wypowiedział Polsce.
Wspomniane tytuły, uznawane w Polsce za prestiżowe i scharakteryzowane jako najbardziej opiniotwórcze12, z łatwością uzyskiwały zgody na przeprowadzanie wywiadów z najważniejszymi urzędnikami, ekspertami i komentatorami obu stron sporu. Nawet mająca kilkumilionową widownię Telewizja Polska nie ma dostępu do niektórych osób życia publicznego ze względu na ich negatywny stosunek do mediów publicznych13.
Mamy więc w wymienionych wyżej tytułach rozmowy z jednej strony z przedstawicielami rządu, takimi jak Paweł Jabłoński, Maciej Wąsik czy Marcin Przydacz, a z drugiej - z najbardziej radykalnymi aktywistami i politykami, którzy działalność władzy oceniali jako wręcz totalitarną. Z tej perspektywy obraz wojny informacyjnej, jaką toczył Łukaszenka z Polską, jest satysfakcjonująco pełny.
Nie dałoby się uwidocznić prołukaszenkowskich tez i wypowiedzi w polskich mediach bez wskazywania ich modelowych wzorców w białoruskiej propagandzie. Głównym źródłem okazała się tutaj Białoruska Agencja Telegraficzna, która jest podstawowym punktem odniesienia dla tamtejszych komentatorów, a treści innego autorstwa recenzuje i omawia na swoich kanałach.
Choć nie można na tym etapie ocenić powodów, dla których poszczególni komentatorzy formułowali takie, a nie inne opinie, to jednak zwrócenie uwagi na ich podobieństwa z komunikatami propagandy z Mińska jest sprawą zero-jedynkową i jednoznaczną. W toku lektury polskiej i białoruskiej prasy można wręcz wskazać, jak autorzy z Warszawy wysuwali tezy dzień lub dwa dni wcześniej werbalizowane przez samego białoruskiego dyktatora. Nie sposób stwierdzić, że polscy dziennikarze czy aktywiści świadomie powtarzali wschodnią dezinformację, ale można z pewnością i odniesieniem do źródeł dowieść ich podobieństwa.
O jednym tylko obozowisku nielegalnych imigrantów w Usnarzu Górnym media internetowe wspominały prawie 3 tysiące razy14. Do tego propaganda doby internetu oddziałuje przez setki innych, słabo udokumentowanych dróg przekazu: mediami społecznościowymi, układem tytułów na stronach głównych portali informacyjnych, dźwiękami muzyki towarzyszącej reportażom telewizyjnym czy samymi wydarzeniami - ulicznymi protestami, przygranicznymi happeningami czy zaaranżowanymi wystąpieniami politycznymi, tembrem głosu i minami prezenterów telewizyjnych zapowiadających katastrofę humanitarną (która ostatecznie nie nastąpiła). O ile propagandę i dezinformację dawnych czasów można było opisać całościowo, bazując na kilku setkach tekstów i audiowizualnych nagrań, to dziś dynamika internetu i szybkość przepływu informacji wymagają od nas skoncentrowania się raczej na samych mechanizmach, aby ukazać wojnę narracji, niż na uwidocznieniu, jak poszczególne kłamstwa i półprawdy obiegały opinię publiczną. W tych refleksjach nieodzowne okażą się klasyczne teksty poświęcone dezinformacji, dzięki którym będzie można wysunąć tezę, że schemat zafałszowywania rzeczywistości może i przybrał na sile w związku z upowszechnieniem środków masowego przekazu, ale opiera się na tych samych metodach prowokacji i rezonowania zakłamanego przekazu.
Praca składa się ze wstępu, siedmiu rozdziałów i podsumowania. Rozdział o wojnie informacyjnej nie tylko przytacza najważniejsze głosy w dyskusji nad tym, czym są dezinformacja, wojna informacyjna i wojna hybrydowa, lecz także stara się uchwycić specyfikę ich prowadzenia przez państwa postsowieckie: Białoruś i Rosję. W powierzchownych przekonaniach wojna informacyjna opiera się na tzw. fake newsach, podczas gdy od przynajmniej 60 lat tajne służby w Moskwie wypracowywały wielopiętrowe narracje i pośrednie narzędzia wpływu oraz tzw. środki aktywne, czyniące z Rosji mocarstwo o specyficznie skutecznym oddziaływaniu psychologicznym i prowokatorskim. Dopiero zwrócenie uwagi na stan zaawansowania rosyjskich technik dezinformacyjnych pozwoli zrozumieć, jakimi klasycznymi dla siebie narzędziami operowano latem i jesienią 2021 roku w polskiej opinii publicznej.
Rozdział drugi przedstawia szereg argumentów i dowodów na to, że operacja "Śluza", czyli Łukaszenkowski projekt wywołania kryzysu na polsko-białoruskiej granicy, była przynajmniej uzgadniana, a być może nawet sterowana z Moskwy. W tej części pracy znajduje się również uzasadnienie, dlaczego sprawstwo Kremla w tym konflikcie ma wielkie znaczenie dla interpretacji i oceny dyskusji wokół nielegalnych imigrantów podsyłanych przez reżim w Mińsku.
Rozdział trzeci wyjaśnia, w jaki sposób doszło do zawiązania intrygi i uruchomienia w mediach kaskady dezinformacji na temat imigrantów. Przełomem była tutaj porażka ewakuacji amerykańskich współpracowników z Kabulu, po której nagłośniono (istniejący już wcześniej) problem z obozowiskiem nielegalnych przybyszy nieopodal Usnarza Górnego w województwie podlaskim.
Rozdział czwarty prezentuje konkretne założenia białorusko-rosyjskiej dezinformacji oraz jej najważniejsze cele. Wyszczególnienie dwunastu tez tej wojny informacyjnej pozwoliło łatwo wskazać, które elementy debaty publicznej w Polsce sprzyjały propagandzie Łukaszenki. Niektóre z nich są do siebie podobne (oskarżenia o faszystowskie tendencje Warszawy czy Wilna oraz łamanie praw człowieka zostały tutaj potraktowane osobno), ale zazwyczaj wiązały się one z osobnymi kampaniami medialnymi i wśród komentatorów dyktatora zajmowały oddzielne miejsca.
Zagadnienie poruszone w rozdziale piątym w wojnie informacyjnej między dwoma krajami w ogóle nie powinno się pojawić. W tej części książki pokazane są narracje i dezinformacje, w obrębie których ośrodki medialne w Polsce formułowały tezy bardziej agresywne i krytyczne wobec państwa polskiego niż same ośrodki propagandowe autorytarnego reżimu w Mińsku. Choć polskie media nie podchwyciły wszystkich argumentów Białoruskiej Agencji Telegraficznej (że np. to Zachód nasyła imigrantów na Białoruś), to jednak niektórzy dziennikarze i osoby publiczne sformułowali własne oskarżenia, idące dalej niż kłamstwa propagandystów Łukaszenki.
Rozdział szósty opisuje dylematy związane z dwiema osiami narracyjnymi - humanitaryzmem koncentrującym się na pomocy ludziom oraz bezpieczeństwem, w imię którego istnieją naciski na utrzymanie szczelności granicy.
W rozdziale siódmym zawarta została charakteryzacja poszczególnych podmiotów medialnych i opis ich stosunku do wojny informacyjnej, jaką Łukaszenka wypowiedział Polsce.
Podsumowanie doprecyzowuje, jak tezy białoruskiej propagandy czerpały z konkretnych technik tradycyjnej sowiecko-rosyjskiej dezinformacji, i jest także próbą oceny skutecznych metod ataku i obrony w wojnie informacyjnej.
Bo działań Kremla i zależnych od niego podmiotów nie można rozpatrywać jako incydentów - są one częścią długofalowych przedsięwzięć obliczonych na odbudowę Imperium i zniszczenie lub radykalne osłabienie przeciwnika - państw Zachodu. Dziś chyba nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości.