Wewnętrzna dobroć. Stań się rodzicem, jakim pragniesz być - dr Becky Kennedy

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

We­wnętrzna do­broć

Po­zwól, że po­dzielę się z tobą pew­nym za­ło­że­niem na te­mat cie­bie i two­jego dziecka: wszy­scy ma­cie w so­bie do­broć. Kiedy na­zy­wasz swoje dziecko roz­piesz­czo­nym ba­cho­rem, też masz w so­bie do­broć. Kiedy twój syn wy­piera się, ja­koby zbu­rzył wieżę z kloc­ków swo­jej sio­stry (mimo że stało się to przy to­bie), wciąż ma w so­bie do­broć. Mó­wiąc o "we­wnętrz­nej do­broci", mam na my­śli to, że w grun­cie rze­czy wszy­scy je­ste­śmy ludźmi współ­czu­ją­cymi, ko­cha­ją­cymi i hoj­nymi. Prze­ko­na­nie o tym, że w głębi serca je­ste­śmy do­brzy, leży u pod­staw wszyst­kiego, co ro­bię - głę­boko wie­rzę, że ro­dzice i dzieci są pełni we­wnętrz­nej do­broci, a to po­zwala mi się za­sta­na­wiać, dla­czego w ta­kim ra­zie źle się za­cho­wują. Te roz­wa­ża­nia skła­niają mnie z ko­lei do opra­co­wy­wa­nia spo­so­bów, umoż­li­wia­ją­cych zmiany na lep­sze. To naj­waż­niej­sza rzecz w tej książce, fun­da­ment wszyst­kiego, czym się w niej zaj­muję. Kiedy mó­wimy so­bie: "Chwi­leczkę, mam w so­bie do­broć... moje dziecko także ją w so­bie nosi", po­dej­mu­jemy inne de­cy­zje niż wtedy, gdy po­zwa­lamy, żeby kie­ro­wały nami gniew czy fru­stra­cja.

Sęk w tym, że wy­jąt­kowo ła­two po­zwo­lić, żeby kie­ro­wały nami wła­śnie gniew i fru­stra­cja. Mimo że ża­den ro­dzic nie chce się uwa­żać za cy­nika, pe­sy­mi­stę, za ko­goś my­ślą­cego źle o wła­snym dziecku, bar­dzo czę­sto dzia­łamy pod wpły­wem prze­ko­na­nia (w znacz­nym stop­niu nie­uświa­do­mio­nego), że nosi ono w so­bie zło. Za­da­jemy so­bie py­ta­nie: "Czy ten dzie­ciak na­prawdę uważa, że uj­dzie mu to na su­cho?", po­nie­waż za­kła­damy, że na­sza po­cie­cha pró­buje nas wy­ko­rzy­stać. Mó­wimy: "Co cię na­pa­dło?", bo przy­pusz­czamy, że w na­szym dziecku tkwi ja­kiś de­fekt. Krzy­czymy: "Prze­cież wiesz, że tak nie wolno!", bo za­kła­damy, iż dziecko spe­cjal­nie nam się sprze­ci­wia lub nas pro­wo­kuje. A po­tem mamy pre­ten­sje do sa­mych sie­bie i wy­ra­żamy je w po­dobny spo­sób: "Co mnie na­pa­dło? Prze­cież wiem, że tak nie wolno!", po czym wpa­damy w czarną roz­pacz, nie­na­wi­dzimy sa­mych sie­bie i czu­jemy się winni.

Wiele po­rad dla ro­dzi­ców ba­zuje na prze­ko­na­niu o ist­nie­niu we­wnętrz­nego zła. Ci, któ­rzy ich udzie­lają, za­le­cają kon­tro­lo­wa­nie dzieci za­miast za­ufa­nia, za­my­ka­nie ich w po­koju za­miast przy­tu­la­nia czy przy­kle­ja­nie im ety­kietki ma­ni­pu­la­to­rów za­miast roz­po­zna­wa­nia ich po­trzeb. Ja głę­boko wie­rzę, że wszy­scy mamy w so­bie we­wnętrzną do­broć. Ale wy­ja­śnijmy jedno: do­strze­ga­nie w dziecku do­broci nie uspra­wie­dli­wia jego złego za­cho­wa­nia ani nie pro­wa­dzi do tego, że sta­jemy się po­błaż­li­wymi ro­dzi­cami. Czę­sto nie­słusz­nie uważa się, że wy­cho­wa­nie oparte na uzna­niu we­wnętrz­nej do­broci pro­wa­dzi do po­zwa­la­nia dzie­ciom na wszystko, co spra­wia, że nie spo­sób nad nimi za­pa­no­wać i na­by­wają prze­ko­na­nia, iż wszystko im się na­leży. Nie znam jed­nak ni­kogo, kto mó­wiłby: "Moje dziecko jest z na­tury do­bre, więc nie­ważne, czy opluje ko­legę" albo: "Moje dziecko jest z na­tury do­bre, więc kogo ob­cho­dzi, je­śli ob­rzuci sio­strę wy­zwi­skami".

Zro­zu­mie­nie, że wszy­scy je­ste­śmy z na­tury do­brzy, po­zwala do­strzec róż­nicę mię­dzy osobą (którą jest twoje dziecko) a za­cho­wa­niem (nie­uprzej­mo­ścią, bi­ciem, przy­krymi sło­wami). Od­róż­nia­nie tego, kim ktoś jest, od tego, co robi, to de­cy­du­jący czyn­nik po­zwa­la­jący in­ter­we­nio­wać w spo­sób, który nie nisz­czy re­la­cji z dziec­kiem, a przy tym pro­wa­dzi do zmian na lep­sze.

Prze­ko­na­nie o ist­nie­niu wro­dzo­nej do­broci spra­wia, że mo­żemy być dla bli­skich opar­ciem i dro­go­wska­zem. Da­jemy wła­snemu dziecku kre­dyt za­ufa­nia: wie­rzymy, że bę­dzie się za­cho­wy­wać "do­brze" i po­dej­mo­wać słuszne de­cy­zje. Jak długo wie­rzysz, że twoje dziecko jest do tego zdolne, tak długo bę­dziesz w sta­nie wska­zać mu wła­ściwą drogę. Każde dziecko po­trze­buje ta­kiego prze­wod­nika. Daje mu to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­kój, spra­wia, że po­trafi re­gu­lo­wać swoje emo­cje i zno­sić prze­ciw­no­ści losu. Je­śli za­pew­nisz dziecku bez­pieczną prze­strzeń, w któ­rej bę­dzie mo­gło po­no­sić po­rażki bez obawy, że zo­sta­nie uznane za "nie­do­bre", umoż­li­wisz mu na­ukę i roz­wój, a także po­głę­bisz wa­szą więź.

Może to brzmi jak oczy­wi­stość: dzieci są z na­tury do­bre! Prze­cież ko­chasz swoje po­cie­chy - nie się­gnę­ła­byś po tę książkę, gdyby nie za­le­żało ci na po­bu­dza­niu ich wro­dzo­nej do­broci. Ale opie­ra­nie się na prze­ko­na­niu o ist­nie­niu we­wnętrz­nej do­broci może się oka­zać trud­niej­sze, niżby się mo­gło wy­da­wać, szcze­gól­nie w trud­nych albo emo­cjo­nal­nie wy­czer­pu­ją­cych chwi­lach. Ła­two nam wtedy przy­cho­dzi po­wrót do mniej mi­ło­sier­nego po­glądu - ro­bimy to nie­mal od­ru­chowo - z dwóch za­sad­ni­czych po­wo­dów. Po pierw­sze na­tura w toku ewo­lu­cji wy­po­sa­żyła nas w skłon­ność do od­rzu­ca­nia po­zy­ty­wów, co ozna­cza, że w re­la­cjach z dziećmi (a także z sa­mymi sobą, z part­ne­rem, z resztą świata) bacz­niej­szą uwagę zwra­camy na to, co spra­wia nam trud­ność, a nie na to, co działa bez za­rzutu. Po dru­gie to, jak po­strze­gamy i jak re­agu­jemy na za­cho­wa­nia dziecka, wy­nika z na­szych do­świad­czeń z dzie­ciń­stwa. Wiele z nas wy­cho­wy­wali ro­dzice, któ­rzy oce­niali za­miast roz­bu­dzać cie­ka­wość, kry­ty­ko­wali za­miast wy­ka­zy­wać się zro­zu­mie­niem, ka­rali za­miast roz­ma­wiać (ich ro­dzice za­pewne trak­to­wali ich w ten sam spo­sób). Je­śli nie po­dej­muje się wy­siłku, żeby sko­ry­go­wać ten kurs, hi­sto­ria się po­wta­rza. To dla­tego ro­dzice po­strze­gają za­cho­wa­nie dziecka jako wy­kład­nię tego, kim ono jest, za­miast do­strze­gać w nim wska­zówkę, czego może po­trze­bować. A je­śli spoj­rzymy na za­cho­wa­nie dziecka jak na wy­znacz­nik jego po­trzeb, a nie cech cha­rak­teru? Może wtedy uda nam się mu po­móc od­na­leźć w so­bie do­bro i przy oka­zji skło­nić do zmiany za­cho­wa­nia, za­miast za­wsty­dzać je, gdy nas roz­cza­ro­wuje, i spra­wiać, że czuje się sa­motne i nie­zau­wa­żane. Nie jest ła­two zmie­nić per­spek­tywę, ale na­prawdę warto to zro­bić.

ZMIANA PO­DEJ­ŚCIA

Przy­po­mnij so­bie wła­sne dzie­ciń­stwo. Wy­obraź so­bie, jak za­re­ago­wa­liby twoi ro­dzice w na­stę­pu­ją­cych sy­tu­acjach:

- Masz trzy lata i nowo na­ro­dzoną sio­strę. Wszy­scy się nad nią roz­pły­wają, uwa­żają, że jest cu­downa. To­bie trudno się od­na­leźć w no­wej sy­tu­acji, mimo że ro­dzina po­wta­rza ci, iż po­wi­nie­neś się cie­szyć, że masz ro­dzeń­stwo. Czę­sto zda­rzają ci się wy­bu­chy zło­ści, za­bie­rasz sio­strze za­bawki, aż w końcu nie wy­trzy­mu­jesz i wy­bu­chasz: "Ode­ślij­cie ją z po­wro­tem do szpi­tala! Nie­na­wi­dzę jej!". Co się sta­nie póź­niej? Jak re­agują ro­dzice?

- Masz sie­dem lat i bar­dzo chcesz zjeść cia­steczko, mimo że oj­ciec ja­sno ci za­ko­mu­ni­ko­wał, iż go nie do­sta­niesz. Masz do­syć tego, że cały czas mówi ci się, co masz ro­bić, i cały czas od­ma­wia tego, czego chcesz, więc gdy zo­sta­jesz w kuchni sama, się­gasz po ciastko. Tata przy­ła­puje cię z nim w ręku. Co się sta­nie póź­niej? Co zrobi oj­ciec?

- Masz trzy­na­ście lat i pro­blem z na­pi­sa­niem wy­pra­co­wa­nia. Mó­wisz ro­dzi­com, że je na­pi­sa­łaś, a po­tem na­uczy­ciel dzwoni do nich i mówi, że tego nie zro­bi­łaś. Co się sta­nie póź­niej? Co po­wie­dzą ro­dzice, gdy wró­cisz do domu?

A te­raz za­sta­nówmy się nad pewną kwe­stią: każ­demu z nas zda­rza się coś za­wa­lić. Wszy­scy, w każ­dym wieku, do­świad­czamy trud­nych chwil i za­cho­wu­jemy się w spo­sób po­zo­sta­wia­jący wiele do ży­cze­nia. Do­świad­cze­nia naj­młod­szych lat są jed­nak szcze­gól­nie ważne, gdyż w tym okre­sie w na­szych cia­łach utrwa­lają się sche­maty my­śle­nia i za­cho­wa­nia w trud­nych sy­tu­acjach - ba­zu­jące na tym, co my­ślą i jak za­cho­wują się wo­bec nas ro­dzice w trud­nych dla nas sy­tu­acjach. Uj­mijmy to ina­czej: we­wnętrzny dia­log, który pro­wa­dzimy, gdy jest nam ciężko (gdy mó­wimy so­bie: "Nie bądź taka wraż­liwa", "Za bar­dzo się uno­szę", "Du­reń ze mnie" albo prze­ciw­nie: "Sta­ram się jak mogę" albo "Chcę tylko zo­stać za­uwa­żona"), opiera się na tym, co nasi ro­dzice mó­wili i jak od­no­sili się do nas w trud­nych dla nas chwi­lach. Ozna­cza to, że od­po­wie­dzi na py­ta­nie: "Co się dzieje póź­niej?" są naj­waż­niej­sze. Dzięki nim mo­żemy zro­zu­mieć, jak na­sze ciała utrwa­liły so­bie pewne wzorce.

Co ro­zu­miem przez utrwa­la­nie wzor­ców? Otóż we wcze­snym dzie­ciń­stwie ciało uczy się, w ja­kich oko­licz­no­ściach ob­da­rza się nas mi­ło­ścią, uwagą, zro­zu­mie­niem, czu­ło­ścią, a w ja­kich zo­sta­jemy od­rzu­ceni, uka­rani, opusz­czeni. Ze­brane w trak­cie tych do­świad­czeń dane mają ogromne zna­cze­nie: de­cy­dują o na­szym prze­trwa­niu, bo z punktu wi­dze­nia bez­bron­nych, bez­rad­nych ma­łych dzieci naj­waż­niej­sze jest utrzy­ma­nie jak naj­moc­niej­szej więzi z opie­ku­nami. To, czego się wtedy uczymy, wpływa na nasz roz­wój. Szybko przy­swa­jamy so­bie to, co przy­nosi nam mi­łość i uwagę, a wy­pie­ramy i za­czy­namy uwa­żać za złe to, za co je­ste­śmy przez ro­dzi­ców od­rzu­cani, kry­ty­ko­wani albo lek­ce­wa­żeni.

Rzecz w tym, że nic w nas nie jest na­prawdę złe. Dziecko, które krzy­czy: "Ode­ślij­cie ją z po­wro­tem do szpi­tala! Nie­na­wi­dzę jej!", tak na­prawdę cierpi, bo strasz­li­wie się boi, że zo­sta­nie opusz­czone, i czuje, iż inny czło­nek ro­dziny sta­nowi dla niego za­gro­że­nie. Dziecko, które sięga po za­ka­zane ciastko, nie robi tego w ak­cie nie­po­słu­szeń­stwa, ale dla­tego, że czuje się nie­zau­wa­żane i kon­tro­lo­wane w in­nych dzie­dzi­nach ży­cia. Dziecko, które nie od­ro­biło lek­cji, z czymś się zmaga i praw­do­po­dob­nie czuje się nie­pew­nie. Pod war­stwą "złego za­cho­wa­nia" za­wsze kryje się z na­tury do­bre dziecko. Gdy jed­nak ro­dzice bez­u­stan­nie sta­rają się te za­cho­wa­nia ukró­cić, nie za­uwa­ża­jąc do­brego z na­tury dziecka, na­biera ono prze­ko­na­nia, że jest złe. Zło trzeba zaś za wszelką cenę stłu­mić. Dla­tego dziecko opra­co­wuje me­tody ka­ra­nia sa­mego sie­bie, także przez kry­tyczny mo­no­log we­wnętrzny, sta­ra­jąc się w ten spo­sób za­bić w so­bie "nie­do­bre dziecko" i za­cho­wy­wać się do­brze - tak, żeby spo­ty­kać się z ak­cep­ta­cją i oca­lić więź z opie­ku­nem.

Czego na­uczy­łaś się jako dziecko o kon­se­kwen­cjach "złego" za­cho­wa­nia? Czy twoje ciało na­uczyło się re­ago­wać na osą­dza­nie, ka­ra­nie i opusz­cze­nie, czy na wy­zna­cza­nie gra­nic, em­pa­tię i więź? Mó­wiąc pro­ściej: te­raz, kiedy już wiesz, że "złe za­cho­wa­nie" to znak, że dana osoba się z czymś zmaga, jak re­agu­jesz na pro­blemy? Kry­ty­ku­jesz czy współ­czu­jesz? Szu­kasz win­nych czy oka­zu­jesz za­in­te­re­so­wa­nie?

Spo­sób, w jaki trak­to­wali nas opie­ku­no­wie, wpływa na to, jak trak­tu­jemy sa­mych sie­bie, a to z ko­lei de­cy­duje o tym, jak trak­tu­jemy wła­sne dzieci. To dla­tego tak ła­two na­brać mię­dzy­po­ko­le­nio­wego prze­ko­na­nia, że je­ste­śmy "z na­tury źli". Gdy było mi ciężko, ro­dzice byli su­rowi i kry­tyczni ? na­uczy­łem się wąt­pić w swoją we­wnętrzną do­broć, kiedy jest mi ciężko ? jako osoba do­ro­sła w trud­nych chwi­lach ob­wi­niam się i kry­ty­kuję ? kiedy moje dziecko jest nie­grzeczne, uru­cha­mia to w moim ciele te same me­cha­ni­zmy ? czuję, że mu­szę być su­rowy, kiedy moje dziecko się z czymś zmaga ? przy­czy­niam się do po­wsta­nia w ciele dziecka tych sa­mych me­cha­ni­zmów, a w re­zul­ta­cie uczy się ono wąt­pić w swoją we­wnętrzną do­broć, kiedy jest mu ciężko ? i tak da­lej.

No do­brze, za­trzy­majmy się tu­taj. Po­łóż dłoń na sercu i prze­każ so­bie ważną wia­do­mość: "Je­stem tu, bo chcę się zmie­nić. Chcę stać się punk­tem zwrot­nym w hi­sto­rii mo­jej ro­dziny i zmie­nić mo­del za­cho­wa­nia obo­wią­zu­jący od po­ko­leń. Chcę za­cząć od nowa: chcę, żeby moje dziecko miało po­czu­cie we­wnętrz­nej har­mo­nii, żeby uwa­żało, że jest war­to­ściowe, że za­słu­guje na mi­łość, że jest ważne - także wtedy, gdy się z czymś zmaga. Mu­szę za­cząć... od przyj­rze­nia się sa­mej so­bie i za­uwa­że­nia do­broci, która jest we mnie od za­wsze". Nie po­no­sisz winy za mię­dzy­po­ko­le­niowe wzorce za­cho­wań. Wręcz prze­ciw­nie - skoro czy­tasz tę książkę, chcesz się stać kimś, kto prze­rwie to błędne koło. Za­mie­rzasz być ostat­nią osobą, która po­znała szko­dliwy wzo­rzec. Chcesz zrzu­cić z sie­bie cię­żar po­ko­leń i zmie­nić kie­ru­nek dla tych, które przyjdą po to­bie. Brawo.

Pa­mię­taj, że nie po­no­sisz winy, prze­ciw­nie: masz dość od­wagi i śmia­ło­ści, by się zmie­nić. Ko­chasz swoje dziecko nad ży­cie. Prze­rwa­nie tego błęd­nego koła to długa ba­ta­lia. Je­steś kimś nie­zwy­kłym, je­śli po­tra­fisz się na nią zdo­być.

NAJ­ŻYCZ­LIW­SZA IN­TER­PRE­TA­CJA

Nie­jed­no­krot­nie od­na­le­zie­nie we­wnętrz­nej do­broci za­czyna się od za­da­nia so­bie pro­stego py­ta­nia: jak naj­życz­li­wiej zin­ter­pre­to­wać to, co się wła­śnie stało? Czę­sto py­tam o to samą sie­bie w od­nie­sie­niu do dzieci i przy­ja­ciół. Sta­ram się też py­tać o to, kiedy cho­dzi o moje mał­żeń­stwo i o mnie samą. Za każ­dym ra­zem gdy wy­po­wia­dam te słowa, choćby tylko w my­ślach, za­uwa­żam, że moje ciało się roz­luź­nia, a in­te­rak­cje z in­nymi ludźmi stają się dużo przy­jem­niej­sze.

Omówmy to na kon­kret­nym przy­kła­dzie. Po­wiedzmy, że w dniu uro­dzin naj­star­szego syna pla­nu­je­cie za­brać go - i tylko jego - na lunch. Zde­cy­do­wa­łaś, że kilka dni wcze­śniej za­czniesz po­woli przy­go­to­wy­wać na to młod­szego syna. Mó­wisz mu: "Chcę ci opo­wie­dzieć o na­szych pla­nach na nie­dzielę. Tata i ja za­bie­ramy Nico na lunch. To jego uro­dziny. Zo­sta­niesz z bab­cią. Nie bę­dzie nas przez ja­kąś go­dzinę". A on od­po­wiada: "Idzie­cie z tatą i z Nico, ale beze mnie? Nie­na­wi­dzę cię! Je­steś naj­gor­szą mamą na świe­cie!".

No... nie­źle. Co się wła­śnie stało? Jak na to od­po­wie­dzieć? Masz kilka moż­li­wo­ści: 1) "Naj­gor­szą na świe­cie? Prze­cież do­piero co ku­pi­łam ci za­bawkę, nie­wdzięczny ba­cho­rze!"; 2) "Ma­mie jest przy­kro, kiedy tak mó­wisz"; 3) Zi­gno­ro­wać i odejść; 4) "Ojej, to mocne słowa. Daj mi po­my­śleć... Wi­dzę, że je­steś bar­dzo zde­ner­wo­wany. Po­wiedz coś wię­cej o tym, jak się czu­jesz".

Po­doba mi się czwarta moż­li­wość. Ma sens, bo za­nim to po­wie­dzia­łaś, roz­wa­ży­łaś, jaka in­ter­pre­ta­cja za­cho­wa­nia two­jego dziecka bę­dzie naj­życz­liw­sza. Pierw­sza wy­po­wiedź wy­ni­ka­łaby z prze­ko­na­nia, że twój syn jest roz­piesz­czony i nie­wdzięczny. Druga na­uczy­łaby go, że jego uczu­cia są zbyt mocne i prze­ra­ża­jące, żeby so­bie z nimi po­ra­dzić, że ra­nią in­nych i za­gra­żają więzi z nimi (gdy sku­piamy się na tym, czym dla nas skut­kuje za­cho­wa­nie dziecka, za­chę­camy je do współ­za­leż­no­ści, nie do pa­no­wa­nia nad emo­cjami czy em­pa­tii; wię­cej o bu­do­wa­niu więzi w Roz­dziale 4). Trze­cia wy­po­wiedź ozna­cza­łaby, że uwa­żasz za­cho­wa­nie syna za nie­roz­sądne, a jego pro­blem nie ma dla cie­bie zna­cze­nia. Moja naj­życz­liw­sza in­ter­pre­ta­cja brzmi tak: "Hmm... na­prawdę chce iść z nami na ten lunch. Ro­zu­miem to. Smutno mu. Jest za­zdro­sny. Dla jego ma­łego ciałka te uczu­cia są tak silne, że eks­plo­dują w wiel­kich, przy­krych sło­wach, ale pod nimi kryją się szczere, bo­le­sne uczu­cia". To, co po­tem mó­wisz - gdy z em­pa­tią do­wo­dzisz, że uwa­żasz swoje dziecko za do­bre z na­tury - wska­zuje, iż wiesz, że za jego sło­wami kryje się wielki ból, i nie uwa­żasz go za "nie­do­bre dziecko".

Wy­bie­ra­nie naj­życz­liw­szej in­ter­pre­ta­cji uczy ro­dzi­ców od­no­sić się do tego, co się dzieje z ich dziec­kiem (gdy tar­gają nim silne uczu­cia i do­zna­nia, gdy ma wiel­kie zmar­twie­nia, gdy kie­rują nim po­tężne po­pędy, gdy re­aguje gwał­tow­nie), a nie do ze­wnętrz­nych ob­ja­wów (wiel­kich słów, cza­sami prze­sad­nych re­ak­cji). Kiedy pa­trzymy z ta­kiej per­spek­tywy, uczymy dziecko ro­bić to samo. Uczymy je sku­piać się na tym, czego do­świad­cza: na my­ślach, uczu­ciach i do­zna­niach, po­pę­dach i wspo­mnie­niach. Żeby umieć nad sobą pa­no­wać, trzeba umieć roz­po­zna­wać to, czego się do­świad­cza, więc sku­pia­jąc się na tym, co we­wnątrz, a nie na ze­wnątrz, za­pew­niamy dziecku fun­da­ment dla zdro­wych re­ak­cji. To, że wy­bie­ramy naj­życz­liw­szą in­ter­pre­ta­cję za­cho­wa­nia dziecka, nie ozna­cza jed­nak, że mu "od­pusz­czamy". Prze­ciw­nie - po­ka­zu­jemy mu sche­maty, które po­zwolą mu na­uczyć się pa­no­wać nad emo­cjami, a jed­no­cze­śnie nie nisz­czymy wza­jem­nego po­czu­cia bli­sko­ści i więzi.

Lu­bię się za­sta­na­wiać nad naj­życz­liw­szą in­ter­pre­ta­cją z jesz­cze jed­nego po­wodu: gdy dziecko chce coś zro­zu­mieć, za­wsze - ale szcze­gól­nie, kiedy traci emo­cjo­nalną rów­no­wagę, czyli wtedy, gdy emo­cje prze­ra­stają jego umie­jęt­no­ści ra­dze­nia so­bie z nimi - zwraca się do ro­dzi­ców. "Kim te­raz je­stem? Złym dziec­kiem, które robi źle... czy do­brym dziec­kiem, któ­remu jest ciężko?". Dzieci kształ­tują wi­zję sa­mych sie­bie na pod­sta­wie od­po­wie­dzi, któ­rych udzie­lają im ro­dzice. Je­śli chcesz, żeby twoje dziecko wie­rzyło w sie­bie i do­brze o so­bie my­ślało, nie wolno ci za­po­mi­nać, że to do­bre dziecko - bez względu na to, jak za­cho­wuje się w trud­nych chwi­lach.

Czę­sto my­ślę o tym, że dzieci kie­rują się wi­zją sa­mych sie­bie, którą two­rzą na pod­sta­wie re­ak­cji ro­dzi­ców, i za­cho­wują się zgod­nie z tym, co wi­dzą. Gdy mó­wimy dziecku, że jest sa­mo­lubne, za­cho­wuje się jak ego­ista. Kiedy mó­wimy sy­nowi, że jego sio­stra za­cho­wuje się le­piej - zgad­nij­cie, co się dzieje? Na­dal jest nie­grzeczny. Ale to działa rów­nież w drugą stronę. Gdy mó­wimy mu: "Do­bre z cie­bie dziecko, tylko jest ci ciężko... je­stem przy to­bie", praw­do­po­dob­nie w trud­nych chwi­lach znaj­dzie dla sie­bie wię­cej em­pa­tii, a to po­może mu za­pa­no­wać nad emo­cjami i po­dej­mo­wać lep­sze de­cy­zje.

Pa­mię­tam, jak przy­glą­da­łam się swo­jemu star­szemu sy­nowi, kiedy roz­my­ślał o tym, czy po­dzie­lić się z sio­strą sło­dy­czami. Mia­łam ochotę po­wie­dzieć: "Hej, ona by się z tobą po­dzie­liła! Za­cho­waj się jak na­leży", ale głos w mo­jej gło­wie za­wo­łał: "Naj­życz­li­wiej! Naj­życz­li­wiej!" i po­wie­dzia­łam: "Do­sko­nale wiem, że umiesz się dzie­lić tak samo jak cała reszta na­szej ro­dziny. Pójdę so­bie, a wy za­ła­tw­cie to mię­dzy sobą". Usły­sza­łam, jak mój syn mówi sio­strze, że nie do­sta­nie kra­kersa, o któ­rego pro­siła, ale może so­bie wziąć kilka pre­cel­ków. Czy to było ide­alne roz­wią­za­nie? Nie, ale je­śli po­szu­kuje się ide­ału, umyka roz­wój... a ja uwiel­biam roz­wój. Mój syn zde­cy­do­wał się na małe po­świę­ce­nie. Uzna­łam, że to do­bre roz­wią­za­nie.

Nie ma nic cen­niej­szego niż na­uka znaj­dy­wa­nia do­broci pod­czas trud­nych chwil, bo to ona pro­wa­dzi nas do re­flek­sji i zmiany. Wszyst­kie do­bre de­cy­zje wy­wo­dzą się z po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa - z sa­mym sobą i w da­nym oto­cze­niu - a nic nie daje ta­kiego po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa jak świa­do­mość, że je­ste­śmy po­strze­gani jako tak do­brzy, jak w grun­cie rze­czy je­ste­śmy. Je­śli więc masz za­pa­mię­tać z tej książki tylko jedną rzecz, za­pa­mię­taj to: je­steś z na­tury do­bra. Twoje dziecko też. Je­śli wró­cisz do tej prawdy, za­nim za­czniesz coś zmie­niać, je­steś na wła­ści­wej dro­dze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wpro­wa­dze­nie

- "Pani dok­tor, mój pię­cio­la­tek prze­cho­dzi fazę by­cia nie­zno­śnym dla sio­stry, nie­grzecz­nym wo­bec nas i awan­tu­ro­wa­nia się w szkole. Nie wiemy, co ro­bić. Może nam pani po­móc?"

- "Pani dok­tor, dla­czego moje dziecko, które na­uczyło się ko­rzy­stać z to­a­lety, na­gle sika gdzie po­pad­nie? Pró­bo­wa­li­śmy sys­temu na­gród i kar, ale nic się nie zmie­niło. Może nam pani po­móc?"

- "Pani dok­tor, mój dwu­na­sto­la­tek w ogóle mnie nie słu­cha, do­pro­wa­dza mnie to do szału. Może mi pani po­móc?"

Tak. Mogę po­móc. Ra­zem wy­my­ślimy, jak to zrobić.

Od wielu lat pro­wa­dzę wła­sną prak­tykę jako psy­cho­lożka kli­niczna. Ro­dzice zwra­cają się do mnie o po­moc w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów, które spra­wiają, że czują się sfru­stro­wani, wy­czer­pani, po­zba­wieni na­dziei. Mimo że po­zor­nie każda sy­tu­acja jest inna - bez­czelny pię­cio­la­tek, ma­luch co­fa­jący się w roz­woju w kwe­stii to­a­lety, zbun­to­wany na­sto­la­tek - wszy­scy ro­dzice kie­rują się tym sa­mym pra­gnie­niem: chcą so­bie z nią po­ra­dzić jak naj­le­piej. W grun­cie rze­czy sły­szę za­wsze to samo: "Wiem, ja­kim ro­dzi­cem chcę być, ale nie wiem, jak to osią­gnąć. Pro­szę mi po­móc speł­nić moje pra­gnie­nie".

W trak­cie se­sji sta­ram się ana­li­zo­wać z ro­dzi­cami trudne za­cho­wa­nia ich dzieci. Wska­zują one, co spra­wia dziecku - a cza­sem na­wet ca­łej ro­dzi­nie - kło­pot. Zbli­ża­jąc się do sedna tych pro­ble­mów, le­piej po­zna­jemy dziecko, do­wia­du­jemy się, ja­kie ma po­trzeby, ja­kich umie­jęt­no­ści mu bra­kuje, od­kry­wamy, co wpływa na za­cho­wa­nia ro­dzi­ców, z czym mo­gli­by­śmy so­bie ra­dzić le­piej. I w końcu za­miast py­tać: "Co jest nie tak z moim dziec­kiem i jak je na­pra­wić?", za­czy­namy się za­sta­na­wiać: "Moje dziecko zmaga się z trud­no­ściami. Jak mogę mu po­móc?" i osta­tecz­nie mam na­dzieję: "Czego ja mogę się na­uczyć z tej sy­tu­acji?".

Pra­cu­jąc z ro­dzi­cami, po­ma­gam im w prze­cho­dze­niu od roz­pa­czy i fru­stra­cji do na­dziei, po­czu­cia, że mogą coś zro­bić, a na­wet do au­to­re­flek­sji - a wszystko to bez opie­ra­nia się na stra­te­giach wy­cho­wa­nia dzieci, które są po­wszech­nie pro­mo­wane. Nie przy­ła­pie­cie mnie na do­ra­dza­niu, żeby w re­ak­cji na bu­dzące za­strze­że­nia za­cho­wa­nie za­my­kać dziecko w po­koju, pro­wa­dzić ta­belę z punk­tami za do­bre za­cho­wa­nie, ka­rać, na­gra­dzać czy igno­ro­wać. Co w ta­kim ra­zie za­le­cam? Przede wszyst­kim mu­simy po­jąć, że za­cho­wa­nie to tylko wierz­cho­łek góry lo­do­wej, a pod po­wierzch­nią kryje się cały we­wnętrzny świat dziecka. Bła­ga­jący, że­by­śmy go zro­zu­mieli.

ZRÓBMY COŚ INA­CZEJ

W trak­cie stu­diów dok­to­ranc­kich z psy­cho­lo­gii kli­nicz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia pro­wa­dzi­łam te­ra­pię za­bawą. Uwiel­bia­łam pra­co­wać z dziećmi, ale fru­stro­wało mnie, że mam je­dy­nie spo­ra­dyczny kon­takt z ich ro­dzi­cami - chcia­łam roz­ma­wiać i z jed­nymi, i z dru­gimi. W tym sa­mym cza­sie pro­wa­dzi­łam także se­sje z do­ro­słymi klien­tami i za­czy­nała mnie fa­scy­no­wać pewna wy­raźna za­leż­ność: do­ro­śli do­kład­nie wie­dzą, co w ich dzie­ciń­stwie po­szło nie tak. Po­tra­fią wska­zać sy­tu­acje, w któ­rych nie za­spo­ko­jono ich po­trzeb, albo za­cho­wa­nia, które były zi­gno­ro­wa­nym wo­ła­niem o po­moc. Uświa­do­mi­łam so­bie, że je­śli przyj­rzę się temu, czego ci do­ro­śli po­trze­bo­wali, ale nie otrzy­mali, będę mo­gła wy­ko­rzy­stać tę wie­dzę w pracy z dziećmi i ro­dzi­nami.

Kiedy otwo­rzy­łam wła­sny ga­bi­net, pra­co­wa­łam wy­łącz­nie z do­ro­słymi. Pro­wa­dzi­łam te­ra­pię i kon­sul­ta­cje dla ro­dzi­ców. Gdy sama zo­sta­łam matką, za­czę­łam czę­ściej do­ra­dzać ro­dzi­com, za­równo pod­czas se­sji in­dy­wi­du­al­nych, jak i co­mie­sięcz­nych spo­tkań grupy wspar­cia. W końcu za­pi­sa­łam się na kurs re­kla­mo­wany jako "po­party do­wo­dami na­uko­wymi" i speł­nia­jący "naj­wyż­sze stan­dardy", je­śli cho­dzi o po­dej­ście do dys­cy­pliny i nie­po­ko­ją­cych za­cho­wań dzieci. Me­tody, któ­rych tam uczono, wy­glą­dały na lo­giczne i ja­sne: przy­swo­iłam so­bie za­sady do dzi­siaj za­le­cane przez eks­per­tów od wy­cho­wy­wa­nia dzieci. Ukoń­czy­łam ten kurs z prze­ko­na­niem, że po­zna­łam do­sko­nały sys­tem, po­zwa­la­jący tłu­mić nie­po­żą­dane za­cho­wa­nia i za­chę­cać do tych pro­spo­łecz­nych - czyli w grun­cie rze­czy ta­kich, które kształ­tują w dzie­ciach ule­głość i są ko­rzystne dla ro­dzi­ców. Po kilku ty­go­dniach do­tarło do mnie, że kie­ru­jąc się tymi za­sa­dami, czuję się okrop­nie. Za każ­dym ra­zem, gdy sły­sza­łam wła­sny głos pod­su­wa­jący in­nym te "po­parte do­wo­dami na­uko­wymi" wska­zówki, ro­biło mi się nie­do­brze. Nie mo­głam się po­zbyć po­dej­rze­nia, że po­dej­ście, które za­le­cam - i któ­rego z pew­no­ścią nie oce­ni­ła­bym do­brze, gdyby ktoś sto­so­wał je wo­bec mnie - nie może być wła­ści­wym po­dej­ściem do dzieci.

Ow­szem, z punktu wi­dze­nia lo­giki te me­tody były sen­sowne, ale ich sto­so­wa­nie miało na celu eli­mi­no­wa­nie "złego" za­cho­wa­nia i wy­mu­sza­nie po­słu­szeń­stwa kosz­tem re­la­cji mię­dzy ro­dzi­cem a dziec­kiem. Na przy­kład: żeby skło­nić dziecko do zmiany za­cho­wa­nia, na­le­żało je za­mknąć w po­koju... ale prze­cież w ten spo­sób dziecko zo­sta­wało samo wła­śnie wtedy, kiedy naj­bar­dziej po­trze­bo­wało ro­dzi­ców. Gdzie tu miej­sce na... no cóż: by­cie osobą?

Oto co so­bie uświa­do­mi­łam: to "po­parte do­wo­dami na­uko­wymi" po­dej­ście opie­rało się na za­sa­dach be­ha­wio­ryzmu, teo­rii kła­dą­cej na­cisk na ob­ser­wo­walne re­ak­cje, nie zaś na nie­da­jące się za­uwa­żyć stany psy­chiczne, ta­kie jak uczu­cia, my­śli, po­pędy. Be­ha­wio­ryzm fa­wo­ry­zuje kształ­to­wa­nie za­cho­wań kosz­tem ro­zu­mie­nia ich. Z be­ha­wio­ry­stycz­nego punktu wi­dze­nia za­cho­wa­nie to kom­pletny ob­raz, a nie wy­raz le­żą­cych u jego pod­staw nie­za­spo­ko­jo­nych po­trzeb. Zro­zu­mia­łam, dla­czego te "po­parte do­wo­dami na­uko­wymi" me­tody wy­da­wały mi się ta­kie złe: nie wy­ma­gały od­róż­nia­nia sy­gnału (czyli tego, co fak­tycz­nie dzieje się z dziec­kiem) od szumu in­for­ma­cyj­nego (czyli za­cho­wa­nia). Tym­cza­sem nie cho­dzi nam o to, żeby kształ­to­wać za­cho­wa­nia dzieci. Na­szym za­da­niem jest wy­cho­wa­nie lu­dzi.

Nie mo­głam prze­stać o tym my­śleć. Wie­dzia­łam, że musi ist­nieć me­toda pracy z ro­dzi­nami, która za­pew­nia ocze­ki­wane wy­niki, ale nie wy­maga po­świę­ce­nia re­la­cji dziecka z ro­dzi­cem. Za­bra­łam się więc do ro­boty: sta­ra­łam się do­wie­dzieć wszyst­kiego o przy­wią­za­niu, uważ­no­ści i sys­te­mie we­wnętrz­nej ro­dziny - o wszel­kich po­dej­ściach teo­re­tycz­nych, które miały wpływ na moją prak­tykę - i prze­kształ­cić idee w me­todę pracy z ro­dzi­cami, która by­łaby kon­kretna, przy­stępna i zro­zu­miała.

Oka­zuje się, że je­śli prze­sta­niemy dą­żyć do kon­se­kwen­cji, a za­czniemy do bli­sko­ści, wcale nie zre­zy­gnu­jemy z kon­tro­lo­wa­nia swo­ich dzieci. Mimo że uni­kam za­my­ka­nia w po­koju, wy­mie­rza­nia kar, wy­cią­ga­nia kon­se­kwen­cji czy igno­ro­wa­nia, nie je­stem ani matką chwiejną, ani taką, która na wszystko po­za­wala. Za­le­cam wy­zna­cza­nie wy­raź­nych gra­nic, za­cho­wy­wa­nie ro­dzi­ciel­skiego au­to­ry­tetu i by­cie prze­wod­ni­kiem, na któ­rym można po­le­gać, a przy tym za­cho­wy­wa­nie do­brych re­la­cji opar­tych na za­ufa­niu i sza­cunku.

GŁĘ­BO­KIE PRZE­MY­ŚLE­NIA, PRAK­TYCZNE SPO­SOBY (I JAK KO­RZY­STAĆ Z TEJ KSIĄŻKI)

Pra­cu­jąc z mo­imi klien­tami, czę­sto po­wta­rzam, że prak­tyczne spo­soby szu­ka­nia roz­wią­zań mogą sprzy­jać głę­bo­kiemu uzdro­wie­niu. Wiele spo­so­bów wy­cho­wy­wa­nia dzieci wy­maga od ro­dzi­ców, żeby wy­brali jedno z dwojga: albo skło­nili dziecko do lep­szego za­cho­wa­nia kosz­tem re­la­cji z nim, albo sku­pili się na re­la­cji, nie za­wra­ca­jąc so­bie głowy za­cho­wa­niem. Sto­su­jąc spo­soby opi­sane w tej książce, ro­dzice będą mo­gli na­uczyć dzieci za­cho­wy­wać się do­brze, a za­ra­zem czuć się do­brze. Po­zwoli im to wzmoc­nić re­la­cję z dziec­kiem, a jed­no­cze­śnie spra­wić, żeby współ­pra­co­wało i za­cho­wy­wało się le­piej.

Fun­da­men­talne dla mo­jej me­tody prze­ko­na­nie o słusz­no­ści przy­wo­ła­nego wy­żej po­glądu znaj­duje od­zwier­cie­dle­nie w więk­szo­ści za­le­ceń, o któ­rych prze­czy­ta­cie w tej książce. Opie­ram się na teo­rii, ale pod­po­wia­dam wiele kon­kret­nych roz­wią­zań. Ba­zuję na fak­tach na­uko­wych, ale nie od­rzu­cam kre­atyw­no­ści i in­tu­icji. Jako prio­ry­tet wska­zuję tro­skę ro­dzi­ców o sa­mych sie­bie i o do­bro dziecka. Klienci przy­cho­dzą do mnie w po­szu­ki­wa­niu spo­so­bów na to, żeby ich dzieci za­cho­wy­wały się le­piej, ale od­cho­dzą z czymś wię­cej: za­czy­nają ro­zu­mieć emo­cje, które leżą u pod­staw za­cho­wań. Zdo­by­wają rów­nież umie­jęt­no­ści po­zwa­la­jące wy­ko­rzy­stać tę wie­dzę w prak­tyce. Mam na­dzieję, że moja książka za­pewni to samo czy­tel­ni­kom. Mam na­dzieję, że dzięki niej od­najdą współ­czu­cie dla sa­mych sie­bie, na­uczą się re­gu­lo­wać swoje emo­cje, od­zy­skają wiarę we wła­sne moż­li­wo­ści i po­czują, iż mają na­rzę­dzia, by na­uczyć tego swoje dzieci.

Ta książka to za­pro­sze­nie do sto­so­wa­nia ta­kiego mo­delu wy­cho­wa­nia, który służy roz­wo­jowi za­równo ro­dzi­ców, jak i dzieci. Pierw­szych dzie­sięć roz­dzia­łów trak­tuje o za­sa­dach ro­dzi­ciel­stwa, któ­rymi sama się kie­ruję - w domu, wy­cho­wu­jąc troje wła­snych dzieci; w ga­bi­ne­cie, pra­cu­jąc z klien­tami i ich ro­dzi­nami; i na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych, na któ­rych przez lata na­wią­za­łam kon­takt z wie­loma ro­dzi­cami. Moje za­sady służą uzdro­wie­niu ro­dzi­ców i dzieci, a opi­sane tu spo­soby po­ma­gają w uni­ka­niu kon­flik­tów w ży­ciu ro­dzin­nym. Je­stem prze­ko­nana, że ro­zu­mie­nie emo­cjo­nal­nych po­trzeb dziecka po­zwala ro­dzi­com nie tylko po­pra­wić jego za­cho­wa­nie, lecz także kom­plet­nie zmie­nić spo­sób funk­cjo­no­wa­nia ro­dziny i re­la­cje mię­dzy jej człon­kami.

W dru­giej czę­ści książki zna­la­zły się przede wszyst­kim wska­zówki do­ty­czące tego, jak stwo­rzyć coś, co na­zy­wam ka­pi­ta­łem bli­skości. Opi­sa­łam wy­pró­bo­wane spo­soby po­zwa­la­jące ro­dzi­com zbli­żyć się do dzieci i wzmoc­nić wza­jemne re­la­cje. Nie­ważne, w czym leży pro­blem - może po pro­stu z nie­zna­nych po­wo­dów at­mos­fera w domu jest kiep­ska? - za­wsze mo­żesz sko­rzy­stać z za­war­tych w tej książce rad, by po­pra­wić sy­tu­ację. Da­lej opi­sa­łam kon­kretne trudne za­cho­wa­nia dzieci, które czę­sto spra­wiają, że ro­dzice szu­kają po­mocy psy­cho­loga: od ry­wa­li­za­cji mię­dzy ro­dzeń­stwem przez awan­tury, kłam­stwa, nie­po­kój czy brak wiary w sie­bie aż po nie­śmia­łość.

Nie każdy z opi­sa­nych przeze mnie spo­so­bów da się za­sto­so­wać w wy­padku two­jego dziecka - tylko ty znasz jego po­trzeby - ale wszyst­kie po­ma­gają zmie­nić my­śle­nie o wy­zwa­niach, przed któ­rymi sta­jemy jako ro­dzice, i ra­dzić so­bie z nimi tak, by dzieci były bez­pieczne, a ro­dzice czuli się do­brze.

- - -

Ni­kogo pew­nie nie za­sko­czy to wy­zna­nie, ale ni­gdy nie by­łam zwo­len­niczką kom­pro­mi­sów. Wie­rzę, że da się być zde­cy­do­wa­nym, ale peł­nym cie­pła, trzy­mać się wy­zna­czo­nych gra­nic i jed­no­cze­śnie da­wać dziecku swo­bodę, sku­piać się na więzi, a za­ra­zem po­zo­sta­wać au­to­ry­te­tem. Wie­rzę rów­nież, że ta­kie po­dej­ście ma sens nie tylko z punktu wi­dze­nia lo­giki, lecz także na naj­głęb­szym du­cho­wym po­zio­mie. Wszy­scy chcemy prze­cież po­strze­gać swoje dzieci jako do­bre, a sie­bie sa­mych jako do­brych ro­dzi­ców. Chcemy też pra­co­wać nad tym, by ży­cie do­mowe ukła­dało się w miarę moż­li­wo­ści har­mo­nij­nie. Każdą z tych rze­czy da się osią­gnąć. Nie mu­simy wy­bie­rać. Mo­żemy mieć wszystko.