ROZDZIAŁ 1
Wewnętrzna dobroć
Pozwól, że podzielę się z tobą pewnym założeniem na temat ciebie i twojego dziecka: wszyscy macie w sobie dobroć. Kiedy nazywasz swoje dziecko rozpieszczonym bachorem, też masz w sobie dobroć. Kiedy twój syn wypiera się, jakoby zburzył wieżę z klocków swojej siostry (mimo że stało się to przy tobie), wciąż ma w sobie dobroć. Mówiąc o "wewnętrznej dobroci", mam na myśli to, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy ludźmi współczującymi, kochającymi i hojnymi. Przekonanie o tym, że w głębi serca jesteśmy dobrzy, leży u podstaw wszystkiego, co robię - głęboko wierzę, że rodzice i dzieci są pełni wewnętrznej dobroci, a to pozwala mi się zastanawiać, dlaczego w takim razie źle się zachowują. Te rozważania skłaniają mnie z kolei do opracowywania sposobów, umożliwiających zmiany na lepsze. To najważniejsza rzecz w tej książce, fundament wszystkiego, czym się w niej zajmuję. Kiedy mówimy sobie: "Chwileczkę, mam w sobie dobroć... moje dziecko także ją w sobie nosi", podejmujemy inne decyzje niż wtedy, gdy pozwalamy, żeby kierowały nami gniew czy frustracja.
Sęk w tym, że wyjątkowo łatwo pozwolić, żeby kierowały nami właśnie gniew i frustracja. Mimo że żaden rodzic nie chce się uważać za cynika, pesymistę, za kogoś myślącego źle o własnym dziecku, bardzo często działamy pod wpływem przekonania (w znacznym stopniu nieuświadomionego), że nosi ono w sobie zło. Zadajemy sobie pytanie: "Czy ten dzieciak naprawdę uważa, że ujdzie mu to na sucho?", ponieważ zakładamy, że nasza pociecha próbuje nas wykorzystać. Mówimy: "Co cię napadło?", bo przypuszczamy, że w naszym dziecku tkwi jakiś defekt. Krzyczymy: "Przecież wiesz, że tak nie wolno!", bo zakładamy, iż dziecko specjalnie nam się sprzeciwia lub nas prowokuje. A potem mamy pretensje do samych siebie i wyrażamy je w podobny sposób: "Co mnie napadło? Przecież wiem, że tak nie wolno!", po czym wpadamy w czarną rozpacz, nienawidzimy samych siebie i czujemy się winni.
Wiele porad dla rodziców bazuje na przekonaniu o istnieniu wewnętrznego zła. Ci, którzy ich udzielają, zalecają kontrolowanie dzieci zamiast zaufania, zamykanie ich w pokoju zamiast przytulania czy przyklejanie im etykietki manipulatorów zamiast rozpoznawania ich potrzeb. Ja głęboko wierzę, że wszyscy mamy w sobie wewnętrzną dobroć. Ale wyjaśnijmy jedno: dostrzeganie w dziecku dobroci nie usprawiedliwia jego złego zachowania ani nie prowadzi do tego, że stajemy się pobłażliwymi rodzicami. Często niesłusznie uważa się, że wychowanie oparte na uznaniu wewnętrznej dobroci prowadzi do pozwalania dzieciom na wszystko, co sprawia, że nie sposób nad nimi zapanować i nabywają przekonania, iż wszystko im się należy. Nie znam jednak nikogo, kto mówiłby: "Moje dziecko jest z natury dobre, więc nieważne, czy opluje kolegę" albo: "Moje dziecko jest z natury dobre, więc kogo obchodzi, jeśli obrzuci siostrę wyzwiskami".
Zrozumienie, że wszyscy jesteśmy z natury dobrzy, pozwala dostrzec różnicę między osobą (którą jest twoje dziecko) a zachowaniem (nieuprzejmością, biciem, przykrymi słowami). Odróżnianie tego, kim ktoś jest, od tego, co robi, to decydujący czynnik pozwalający interweniować w sposób, który nie niszczy relacji z dzieckiem, a przy tym prowadzi do zmian na lepsze.
Przekonanie o istnieniu wrodzonej dobroci sprawia, że możemy być dla bliskich oparciem i drogowskazem. Dajemy własnemu dziecku kredyt zaufania: wierzymy, że będzie się zachowywać "dobrze" i podejmować słuszne decyzje. Jak długo wierzysz, że twoje dziecko jest do tego zdolne, tak długo będziesz w stanie wskazać mu właściwą drogę. Każde dziecko potrzebuje takiego przewodnika. Daje mu to poczucie bezpieczeństwa i spokój, sprawia, że potrafi regulować swoje emocje i znosić przeciwności losu. Jeśli zapewnisz dziecku bezpieczną przestrzeń, w której będzie mogło ponosić porażki bez obawy, że zostanie uznane za "niedobre", umożliwisz mu naukę i rozwój, a także pogłębisz waszą więź.
Może to brzmi jak oczywistość: dzieci są z natury dobre! Przecież kochasz swoje pociechy - nie sięgnęłabyś po tę książkę, gdyby nie zależało ci na pobudzaniu ich wrodzonej dobroci. Ale opieranie się na przekonaniu o istnieniu wewnętrznej dobroci może się okazać trudniejsze, niżby się mogło wydawać, szczególnie w trudnych albo emocjonalnie wyczerpujących chwilach. Łatwo nam wtedy przychodzi powrót do mniej miłosiernego poglądu - robimy to niemal odruchowo - z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze natura w toku ewolucji wyposażyła nas w skłonność do odrzucania pozytywów, co oznacza, że w relacjach z dziećmi (a także z samymi sobą, z partnerem, z resztą świata) baczniejszą uwagę zwracamy na to, co sprawia nam trudność, a nie na to, co działa bez zarzutu. Po drugie to, jak postrzegamy i jak reagujemy na zachowania dziecka, wynika z naszych doświadczeń z dzieciństwa. Wiele z nas wychowywali rodzice, którzy oceniali zamiast rozbudzać ciekawość, krytykowali zamiast wykazywać się zrozumieniem, karali zamiast rozmawiać (ich rodzice zapewne traktowali ich w ten sam sposób). Jeśli nie podejmuje się wysiłku, żeby skorygować ten kurs, historia się powtarza. To dlatego rodzice postrzegają zachowanie dziecka jako wykładnię tego, kim ono jest, zamiast dostrzegać w nim wskazówkę, czego może potrzebować. A jeśli spojrzymy na zachowanie dziecka jak na wyznacznik jego potrzeb, a nie cech charakteru? Może wtedy uda nam się mu pomóc odnaleźć w sobie dobro i przy okazji skłonić do zmiany zachowania, zamiast zawstydzać je, gdy nas rozczarowuje, i sprawiać, że czuje się samotne i niezauważane. Nie jest łatwo zmienić perspektywę, ale naprawdę warto to zrobić.
ZMIANA PODEJŚCIA
Przypomnij sobie własne dzieciństwo. Wyobraź sobie, jak zareagowaliby twoi rodzice w następujących sytuacjach:
- Masz trzy lata i nowo narodzoną siostrę. Wszyscy się nad nią rozpływają, uważają, że jest cudowna. Tobie trudno się odnaleźć w nowej sytuacji, mimo że rodzina powtarza ci, iż powinieneś się cieszyć, że masz rodzeństwo. Często zdarzają ci się wybuchy złości, zabierasz siostrze zabawki, aż w końcu nie wytrzymujesz i wybuchasz: "Odeślijcie ją z powrotem do szpitala! Nienawidzę jej!". Co się stanie później? Jak reagują rodzice?
- Masz siedem lat i bardzo chcesz zjeść ciasteczko, mimo że ojciec jasno ci zakomunikował, iż go nie dostaniesz. Masz dosyć tego, że cały czas mówi ci się, co masz robić, i cały czas odmawia tego, czego chcesz, więc gdy zostajesz w kuchni sama, sięgasz po ciastko. Tata przyłapuje cię z nim w ręku. Co się stanie później? Co zrobi ojciec?
- Masz trzynaście lat i problem z napisaniem wypracowania. Mówisz rodzicom, że je napisałaś, a potem nauczyciel dzwoni do nich i mówi, że tego nie zrobiłaś. Co się stanie później? Co powiedzą rodzice, gdy wrócisz do domu?
A teraz zastanówmy się nad pewną kwestią: każdemu z nas zdarza się coś zawalić. Wszyscy, w każdym wieku, doświadczamy trudnych chwil i zachowujemy się w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Doświadczenia najmłodszych lat są jednak szczególnie ważne, gdyż w tym okresie w naszych ciałach utrwalają się schematy myślenia i zachowania w trudnych sytuacjach - bazujące na tym, co myślą i jak zachowują się wobec nas rodzice w trudnych dla nas sytuacjach. Ujmijmy to inaczej: wewnętrzny dialog, który prowadzimy, gdy jest nam ciężko (gdy mówimy sobie: "Nie bądź taka wrażliwa", "Za bardzo się unoszę", "Dureń ze mnie" albo przeciwnie: "Staram się jak mogę" albo "Chcę tylko zostać zauważona"), opiera się na tym, co nasi rodzice mówili i jak odnosili się do nas w trudnych dla nas chwilach. Oznacza to, że odpowiedzi na pytanie: "Co się dzieje później?" są najważniejsze. Dzięki nim możemy zrozumieć, jak nasze ciała utrwaliły sobie pewne wzorce.
Co rozumiem przez utrwalanie wzorców? Otóż we wczesnym dzieciństwie ciało uczy się, w jakich okolicznościach obdarza się nas miłością, uwagą, zrozumieniem, czułością, a w jakich zostajemy odrzuceni, ukarani, opuszczeni. Zebrane w trakcie tych doświadczeń dane mają ogromne znaczenie: decydują o naszym przetrwaniu, bo z punktu widzenia bezbronnych, bezradnych małych dzieci najważniejsze jest utrzymanie jak najmocniejszej więzi z opiekunami. To, czego się wtedy uczymy, wpływa na nasz rozwój. Szybko przyswajamy sobie to, co przynosi nam miłość i uwagę, a wypieramy i zaczynamy uważać za złe to, za co jesteśmy przez rodziców odrzucani, krytykowani albo lekceważeni.
Rzecz w tym, że nic w nas nie jest naprawdę złe. Dziecko, które krzyczy: "Odeślijcie ją z powrotem do szpitala! Nienawidzę jej!", tak naprawdę cierpi, bo straszliwie się boi, że zostanie opuszczone, i czuje, iż inny członek rodziny stanowi dla niego zagrożenie. Dziecko, które sięga po zakazane ciastko, nie robi tego w akcie nieposłuszeństwa, ale dlatego, że czuje się niezauważane i kontrolowane w innych dziedzinach życia. Dziecko, które nie odrobiło lekcji, z czymś się zmaga i prawdopodobnie czuje się niepewnie. Pod warstwą "złego zachowania" zawsze kryje się z natury dobre dziecko. Gdy jednak rodzice bezustannie starają się te zachowania ukrócić, nie zauważając dobrego z natury dziecka, nabiera ono przekonania, że jest złe. Zło trzeba zaś za wszelką cenę stłumić. Dlatego dziecko opracowuje metody karania samego siebie, także przez krytyczny monolog wewnętrzny, starając się w ten sposób zabić w sobie "niedobre dziecko" i zachowywać się dobrze - tak, żeby spotykać się z akceptacją i ocalić więź z opiekunem.
Czego nauczyłaś się jako dziecko o konsekwencjach "złego" zachowania? Czy twoje ciało nauczyło się reagować na osądzanie, karanie i opuszczenie, czy na wyznaczanie granic, empatię i więź? Mówiąc prościej: teraz, kiedy już wiesz, że "złe zachowanie" to znak, że dana osoba się z czymś zmaga, jak reagujesz na problemy? Krytykujesz czy współczujesz? Szukasz winnych czy okazujesz zainteresowanie?
Sposób, w jaki traktowali nas opiekunowie, wpływa na to, jak traktujemy samych siebie, a to z kolei decyduje o tym, jak traktujemy własne dzieci. To dlatego tak łatwo nabrać międzypokoleniowego przekonania, że jesteśmy "z natury źli". Gdy było mi ciężko, rodzice byli surowi i krytyczni ? nauczyłem się wątpić w swoją wewnętrzną dobroć, kiedy jest mi ciężko ? jako osoba dorosła w trudnych chwilach obwiniam się i krytykuję ? kiedy moje dziecko jest niegrzeczne, uruchamia to w moim ciele te same mechanizmy ? czuję, że muszę być surowy, kiedy moje dziecko się z czymś zmaga ? przyczyniam się do powstania w ciele dziecka tych samych mechanizmów, a w rezultacie uczy się ono wątpić w swoją wewnętrzną dobroć, kiedy jest mu ciężko ? i tak dalej.
No dobrze, zatrzymajmy się tutaj. Połóż dłoń na sercu i przekaż sobie ważną wiadomość: "Jestem tu, bo chcę się zmienić. Chcę stać się punktem zwrotnym w historii mojej rodziny i zmienić model zachowania obowiązujący od pokoleń. Chcę zacząć od nowa: chcę, żeby moje dziecko miało poczucie wewnętrznej harmonii, żeby uważało, że jest wartościowe, że zasługuje na miłość, że jest ważne - także wtedy, gdy się z czymś zmaga. Muszę zacząć... od przyjrzenia się samej sobie i zauważenia dobroci, która jest we mnie od zawsze". Nie ponosisz winy za międzypokoleniowe wzorce zachowań. Wręcz przeciwnie - skoro czytasz tę książkę, chcesz się stać kimś, kto przerwie to błędne koło. Zamierzasz być ostatnią osobą, która poznała szkodliwy wzorzec. Chcesz zrzucić z siebie ciężar pokoleń i zmienić kierunek dla tych, które przyjdą po tobie. Brawo.
Pamiętaj, że nie ponosisz winy, przeciwnie: masz dość odwagi i śmiałości, by się zmienić. Kochasz swoje dziecko nad życie. Przerwanie tego błędnego koła to długa batalia. Jesteś kimś niezwykłym, jeśli potrafisz się na nią zdobyć.
NAJŻYCZLIWSZA INTERPRETACJA
Niejednokrotnie odnalezienie wewnętrznej dobroci zaczyna się od zadania sobie prostego pytania: jak najżyczliwiej zinterpretować to, co się właśnie stało? Często pytam o to samą siebie w odniesieniu do dzieci i przyjaciół. Staram się też pytać o to, kiedy chodzi o moje małżeństwo i o mnie samą. Za każdym razem gdy wypowiadam te słowa, choćby tylko w myślach, zauważam, że moje ciało się rozluźnia, a interakcje z innymi ludźmi stają się dużo przyjemniejsze.
Omówmy to na konkretnym przykładzie. Powiedzmy, że w dniu urodzin najstarszego syna planujecie zabrać go - i tylko jego - na lunch. Zdecydowałaś, że kilka dni wcześniej zaczniesz powoli przygotowywać na to młodszego syna. Mówisz mu: "Chcę ci opowiedzieć o naszych planach na niedzielę. Tata i ja zabieramy Nico na lunch. To jego urodziny. Zostaniesz z babcią. Nie będzie nas przez jakąś godzinę". A on odpowiada: "Idziecie z tatą i z Nico, ale beze mnie? Nienawidzę cię! Jesteś najgorszą mamą na świecie!".
No... nieźle. Co się właśnie stało? Jak na to odpowiedzieć? Masz kilka możliwości: 1) "Najgorszą na świecie? Przecież dopiero co kupiłam ci zabawkę, niewdzięczny bachorze!"; 2) "Mamie jest przykro, kiedy tak mówisz"; 3) Zignorować i odejść; 4) "Ojej, to mocne słowa. Daj mi pomyśleć... Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany. Powiedz coś więcej o tym, jak się czujesz".
Podoba mi się czwarta możliwość. Ma sens, bo zanim to powiedziałaś, rozważyłaś, jaka interpretacja zachowania twojego dziecka będzie najżyczliwsza. Pierwsza wypowiedź wynikałaby z przekonania, że twój syn jest rozpieszczony i niewdzięczny. Druga nauczyłaby go, że jego uczucia są zbyt mocne i przerażające, żeby sobie z nimi poradzić, że ranią innych i zagrażają więzi z nimi (gdy skupiamy się na tym, czym dla nas skutkuje zachowanie dziecka, zachęcamy je do współzależności, nie do panowania nad emocjami czy empatii; więcej o budowaniu więzi w Rozdziale 4). Trzecia wypowiedź oznaczałaby, że uważasz zachowanie syna za nierozsądne, a jego problem nie ma dla ciebie znaczenia. Moja najżyczliwsza interpretacja brzmi tak: "Hmm... naprawdę chce iść z nami na ten lunch. Rozumiem to. Smutno mu. Jest zazdrosny. Dla jego małego ciałka te uczucia są tak silne, że eksplodują w wielkich, przykrych słowach, ale pod nimi kryją się szczere, bolesne uczucia". To, co potem mówisz - gdy z empatią dowodzisz, że uważasz swoje dziecko za dobre z natury - wskazuje, iż wiesz, że za jego słowami kryje się wielki ból, i nie uważasz go za "niedobre dziecko".
Wybieranie najżyczliwszej interpretacji uczy rodziców odnosić się do tego, co się dzieje z ich dzieckiem (gdy targają nim silne uczucia i doznania, gdy ma wielkie zmartwienia, gdy kierują nim potężne popędy, gdy reaguje gwałtownie), a nie do zewnętrznych objawów (wielkich słów, czasami przesadnych reakcji). Kiedy patrzymy z takiej perspektywy, uczymy dziecko robić to samo. Uczymy je skupiać się na tym, czego doświadcza: na myślach, uczuciach i doznaniach, popędach i wspomnieniach. Żeby umieć nad sobą panować, trzeba umieć rozpoznawać to, czego się doświadcza, więc skupiając się na tym, co wewnątrz, a nie na zewnątrz, zapewniamy dziecku fundament dla zdrowych reakcji. To, że wybieramy najżyczliwszą interpretację zachowania dziecka, nie oznacza jednak, że mu "odpuszczamy". Przeciwnie - pokazujemy mu schematy, które pozwolą mu nauczyć się panować nad emocjami, a jednocześnie nie niszczymy wzajemnego poczucia bliskości i więzi.
Lubię się zastanawiać nad najżyczliwszą interpretacją z jeszcze jednego powodu: gdy dziecko chce coś zrozumieć, zawsze - ale szczególnie, kiedy traci emocjonalną równowagę, czyli wtedy, gdy emocje przerastają jego umiejętności radzenia sobie z nimi - zwraca się do rodziców. "Kim teraz jestem? Złym dzieckiem, które robi źle... czy dobrym dzieckiem, któremu jest ciężko?". Dzieci kształtują wizję samych siebie na podstawie odpowiedzi, których udzielają im rodzice. Jeśli chcesz, żeby twoje dziecko wierzyło w siebie i dobrze o sobie myślało, nie wolno ci zapominać, że to dobre dziecko - bez względu na to, jak zachowuje się w trudnych chwilach.
Często myślę o tym, że dzieci kierują się wizją samych siebie, którą tworzą na podstawie reakcji rodziców, i zachowują się zgodnie z tym, co widzą. Gdy mówimy dziecku, że jest samolubne, zachowuje się jak egoista. Kiedy mówimy synowi, że jego siostra zachowuje się lepiej - zgadnijcie, co się dzieje? Nadal jest niegrzeczny. Ale to działa również w drugą stronę. Gdy mówimy mu: "Dobre z ciebie dziecko, tylko jest ci ciężko... jestem przy tobie", prawdopodobnie w trudnych chwilach znajdzie dla siebie więcej empatii, a to pomoże mu zapanować nad emocjami i podejmować lepsze decyzje.
Pamiętam, jak przyglądałam się swojemu starszemu synowi, kiedy rozmyślał o tym, czy podzielić się z siostrą słodyczami. Miałam ochotę powiedzieć: "Hej, ona by się z tobą podzieliła! Zachowaj się jak należy", ale głos w mojej głowie zawołał: "Najżyczliwiej! Najżyczliwiej!" i powiedziałam: "Doskonale wiem, że umiesz się dzielić tak samo jak cała reszta naszej rodziny. Pójdę sobie, a wy załatwcie to między sobą". Usłyszałam, jak mój syn mówi siostrze, że nie dostanie krakersa, o którego prosiła, ale może sobie wziąć kilka precelków. Czy to było idealne rozwiązanie? Nie, ale jeśli poszukuje się ideału, umyka rozwój... a ja uwielbiam rozwój. Mój syn zdecydował się na małe poświęcenie. Uznałam, że to dobre rozwiązanie.
Nie ma nic cenniejszego niż nauka znajdywania dobroci podczas trudnych chwil, bo to ona prowadzi nas do refleksji i zmiany. Wszystkie dobre decyzje wywodzą się z poczucia bezpieczeństwa - z samym sobą i w danym otoczeniu - a nic nie daje takiego poczucia bezpieczeństwa jak świadomość, że jesteśmy postrzegani jako tak dobrzy, jak w gruncie rzeczy jesteśmy. Jeśli więc masz zapamiętać z tej książki tylko jedną rzecz, zapamiętaj to: jesteś z natury dobra. Twoje dziecko też. Jeśli wrócisz do tej prawdy, zanim zaczniesz coś zmieniać, jesteś na właściwej drodze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki