Rozdział II
W ciągu następnych kilku dni nic nie zastąpiło tamtego ekscytującego widoku taboru. Grand Island, gdzie dotarliśmy pewnej nocy po zmroku, wyglądało jak wszystkie inne przystanki w Nebrasce - tyle tylko, że było tam więcej budynków, więcej świateł i więcej ludzi. W tamtym miejscu wstąpiliśmy na Oregon Trail, który był głębszy i szerszy.
Naszym następnym przystankiem okazał się Fort Kearney, gdzie wysiedli nasi pasażerowie-żołnierze. Miejsce to wyglądało tylko na koszary i poczułem się rozczarowany.
Jechaliśmy dalej na zachód od Kearney. Pewnego dnia zauważyłem ruchomy punkt wzdłuż drogi i słabe kłęby kurzu tak daleko, że nie mogłem stwierdzić, co to było.
- Woźnico, co nadjeżdża? - spytałem.
- No, jeśli się nie mylę - odpowiedział po długim mrużeniu oczu i wpatrywaniu się w drogę - to będzie Jed Schwartz. Zwykle tutaj mnie mija. Jeździ dla Pony Express.
Moja ciekawość wzrosła odpowiednio. Słyszałem o bohaterstwie jeźdźców Pony Express, a teraz jednego zobaczyłem. Szybko zmierzał w naszą stronę. W tym rozrzedzonym zachodnim powietrzu obiekty wydawały się dużo bliżej niż w rzeczywistości. To było niesamowite, jak ta ruchoma, czarna kropka się powiększała, aż wreszcie widoczny stał się słaby zarys konia i jeźdźca. Gdy się zbliżyli, zobaczyłem, że koń jest wyciągnięty, biegnie nisko i równo, jego grzywa i ogon powiewają, a chusta jeźdźca płonie w słońcu i unosi się za nim na wietrze.
Hawkins skierował swój zaprzęg w prawo i dał jeźdźcowi Pony Express wolną drogę. Zbliżył się do nas jak wiatr, a gdy przemknął obok - zbyt szybko, bym mógł cokolwiek wyraźnie zobaczyć - pomachał ręką w rękawiczce do Hawkinsa i krzyknął na powitanie. Woźnica odpowiedział równie krzepko.
Odwróciłem się, by popatrzeć na pędzącego drogą konia. Było to duże, smukłe zwierzę, szybkie i silne, a sposób, w jaki pokonywało dystans od dyliżansu, wydawał się czymś niezwykłym. To było moje pierwsze doświadczenie z galopującym koniem na Zachodzie - w miejscu, gdzie konie miały kluczowe znaczenie. Następnie w odpowiedzi na moje dociekliwe pytania Hawkins rzekł:
- Sądzę, że ta linia telegraficzna, którą zamierzasz pomóc zbudować, oznacza koniec Pony Express. Wielu naprawdę zacnych ludzi straci pracę, ale myślę, że będą zadowoleni, zachowując swe skalpy na głowie. Przewożą pocztę. To kosztuje pięć dolarów za uncję44. Jeźdźcy zmieniają konie co jakieś dziesięć mil i utrzymują swe wierzchowce w biegu w stałej szybkości od jednej stacji do drugiej. Przejazd z Saint Jo45 w Missouri na wybrzeże zajmuje im osiem dni. Znałem kilku naprawdę świetnych facetów z Pony Express. Jed Schwartz jest chyba najlepszy z nich wszystkich. To twardy, nieustraszony jeździec. Ma przy sobie dwa pistolety i mówię ci, że potrafi zrobić z nich użytek!
- Chciałbym zostać jeźdźcem Pony Express - powiedziałem niemal do siebie.
- No, jest już trochę za późno - odparł woźnica, który najwyraźniej mnie usłyszał. - Jeszcze będziesz miał dość jeżdżenia i strzelania w tym Western Union, jeśli się nie mylę.
Hawkins był na tyle gadatliwy, że mógł zaspokoić ciekawość nawet tak nienasyconego żółtodzioba jak ja. Zadałem mu z tysiąc pytań, ale jedno zostawiłem na koniec, gdy już lepiej mnie pozna. Brzmiało: jak się zachowywać, skoro już zdecydowałem się wyruszyć na Dziki Zachód? Jeszcze nie miałem odwagi, żeby go o to zapytać.
Następnego dnia dogoniliśmy mały tabor wozów transportujących słupy telegraficzne. Byłem podekscytowany, bo wiedziałem, że w końcu zbliżamy się do celu. Dotarliśmy do Gothenburga na długo po zmroku. Te same przyćmione żółte światła, ta sama zakurzona droga, te same chaty i namioty oraz wysokie, drewniane fasady, do których zdążyłem się już przyzwyczaić - zdawało się, że to wszystko tworzy miasto Gothenburg.
- Synu, to dość intensywne miejsce - ostrzegł Hawkins, tłumiąc śmiech. - Radziłbym ci się rozejrzeć, ale zachowuj się odpowiednio do sytuacji. Myślę, że obóz budowy jest gdzieś tutaj lub w pobliżu, a w miasteczku będzie gwarno. Najprawdopodobniej zostaniesz wzięty za żółtodzioba. Nie pozwól, by ktoś ci pyskował. Jeśli masz jakieś pieniądze, w jaskini hazardu Reda Pierce'a uważaj na rozwiązłe damy i trzymaj się z daleka od stołów gry.
Karczma, w której zatrzymali się podróżni, nie prezentowała się zachęcająco z zewnątrz, ale w środku okazała się wygodna - z czystym pokojem, łóżkiem i kolacją, której z pewnością oddałem sprawiedliwość. Dwie dziewczyny usługiwały przy stołach, a jedna z nich była zdecydowanie ładna. Miała parę łobuzerskich oczu i nie bała się ich używać. Przypomniała mi dziewczynę z taboru, która się uśmiechnęła i zamachała do mnie. Zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że im bardziej będę się od niej oddalał, tym większy będzie mój żal.
Po kolacji pomyślałem, że przejdę się ulicą i rozejrzę. Gdy wychodziłem, Williamson zaczepił mnie i rzekł z serdeczną satysfakcją:
- No, Cameron, jesteśmy na miejscu. Budowa i przenośny obóz Creightona są zaledwie kilka mil stąd. Miasteczko jest pełne robotników. Będę wypatrywać Creightona i powiem mu o tobie, jeśli przyjedzie do miasta.
Podziękowałem mu, a potem wyszedłem na deptak i próbowałem przyzwyczaić wzrok do gęstej ciemności, słabo oświetlonej żółtymi lampami. Pod karczmą stały konie pod wierzch, przywiązane do balustrad i kilka wozów, w tym jednego buckboard46. Widziałem paru przechodniów, jednak nie tak wielu, by mogli stanowić przyczynę hałasu, który - jak się zdawało - dochodził z głównego placu na końcu ulicy.
Po chwili ruszyłem w tamtym kierunku i natknąłem się na barwny tłumek mężczyzn, dwudziestu lub więcej. Wśród nich byli hodowcy bydła i kowboje, jednak większość z nich wyglądała na robotników.
Trochę dalej dotarłem do dużego, prymitywnie wyglądającego gmachu, zbudowanego z desek, z szeroko otwartymi drzwiami, z których lały się jasne strumienie świateł i przez które wchodzili i wychodzili ludzie. Nad tymi drzwiami zobaczyłem namalowany prostymi literami napis głoszący: "Red Pierce".
Ze zdecydowanie przyspieszonym pulsem wkroczyłem do mojej pierwszej sali gier hazardowych na Zachodzie. Czegokolwiek się spodziewałem, okazało się to nieco inne od rzeczywistości, ale w żadnym razie się nie rozczarowałem. Była to ogromna sala z trzema wielkimi lampami wiszącymi pośrodku i długim barem po lewej stronie, przy którym stały dwa lub trzy rzędy mężczyzn, pijących, śmiejących się i rozmawiających ze sobą.
Po prawej stronie, naprzeciwko baru, znajdowało się kilka stolików, przy których siedzieli i stali gracze. Słyszałem grzechot koła ruletki i dźwięczny brzęk monet, ale jeśli wśród graczy rozlegały się jakieś głosy, to zostały one zagłuszone przez głośniejszy zgiełk dochodzący z baru.
W tym momencie rozniósł się silny zapach piżma i spojrzałem na koniec sali, gdzie mężczyźni stali wokół pustawego parkietu, na którym tańczyło kilka par. Z tej odległości dziewczęta wyglądały atrakcyjnie. Miały białe twarze, szkarłatne usta i nagie ramiona.
Przy stołach do gry stali obserwatorzy; dołączyłem do nich, żeby popatrzeć przez chwilę. Gdy poczułem znudzenie, wróciłem na koniec sali i przyglądałem się tancerzom. Z pewnością wyróżniałem się w tym tłumie, ale zupełnie nie przychodziło mi to do głowy aż do momentu, gdy jedna z dziewcząt zwróciła na mnie uwagę w szczególny sposób, obrzucając mnie od stóp do głów bystrym spojrzeniem. Zirytowałem się tym, ale pamiętając radę Hawkinsa, postanowiłem się nie dać. Pożałowałem tej decyzji, gdy taniec się skończył i jedna z dziewczyn podeszła do mnie. Z pewnością nie przypominałem sobie, żeby ktoś kiedykolwiek tak na mnie patrzył.
- Chciałbyś zatańczyć? - zapytała dziewczyna, uśmiechając się do mnie. Miała miły głos i wcale nie wyglądała na dancehall girl47.
- Tak - odparłem niepewnie - ale jestem tu zupełnie obcy, dopiero co przyjechałem i czuję się...
Gdy się zawahałem, ona wzięła mnie pod ramię i powiedziała:
- Jesteś obcy, w porządku, ale to nic. Obcy przyjeżdżają tu każdego dnia. Zatańczmy. Zaraz sprawię, że poczujesz się jak w domu.
Już miałem poddać się jej sugestii, nie bez przyjemnych doznań, gdy dziewczyna została brutalnie ode mnie oderwana przez wysokiego, ciemnego, młodego człowieka o awanturniczym wyglądzie i z pewnością pod wpływem alkoholu.
- No dalej, Ruby - powiedział zachrypłym głosem. - Po co zaczepiasz tego żółtodzioba? Mnie obiecałaś ten taniec.
I odciągnął ją, nim zdążyłem zdać sobie sprawę, że dziewczyna przyjęła to z niechęcią. Obdarzyła mnie kolejnym uśmiechem, który był, delikatnie mówiąc, uspokajający. Nie miałem nic przeciwko temu wtrąceniu się, bo tak naprawdę wolałbym nie tańczyć, ale rozwścieczyła mnie grubiańska aluzja do tego, że jestem żółtodziobem, i pomyślałem, że lepiej się stąd zabiorę. Już wychodziłem, gdy nagle coś mnie powstrzymało i powiedziałem do siebie:
- Nie, niech mnie diabli, jeśli to zrobię! Takie rzeczy się zdarzają, więc równie dobrze mogę wytrzymać i się do tego przyzwyczaić.
Przez chwilę obserwowałem graczy. Podeszło do mnie kilku mężczyzn, z pewnością nie robotników - zmierzyli mnie bystrymi spojrzeniami, będącymi w stanie przebić się przez moje ubranie aż do kieszeni. Zapytali, czy dołączę się do gry. Odmówiłem.
Zmieniłem pozycję, ustawiając się za kilkoma widzami przy stole do ruletki i przez jakiś czas nikt mnie nie zaczepiał. Potem przyglądałem się grze w pokera przy innym stole, gdzie przed każdym graczem leżały złote dwudziestodolarówki i rolki banknotów. To była poważna gra, a trzej mężczyźni siedzący z dwoma ubranymi na czarno hazardzistami z pewnością nie byli robotnikami.
Następnie moja uwaga, podobnie jak wszystkich na sali, została rozproszona przez walkę na zewnątrz, na chodniku. Słychać było głośne głosy, szuranie butów i strzał - po którym zapadła cisza. Wkrótce gracze powrócili do gry, a kilku mężczyzn opuściło bar, by wyjrzeć przez drzwi i sprawdzić, co wywołało to podekscytowanie. Dołączyłem do nich, ale nie mogłem dopatrzyć się żadnych śladów tego, co z pewnością było walką.
Najwyraźniej tego typu zamieszanie postrzegano w Gothenburgu jako coś normalnego. Równie powszechne, jak zdołałem zauważyć, było to, że większość mężczyzn nosiła przy sobie broń. Spytałem przypadkowego człowieka, czy w tym mieście są jacyś funkcjonariusze prawa, a on się tylko roześmiał. To nie było przyjemne. Zastanawiałem się, czy powinienem skorzystać z rady, którą dał mi woźnica, Hawkins, odnośnie do zakupu broni. Gdy odchodziłem właśnie od stołów do gry, zaczepiło mnie trzech mężczyzn; jeden z nich był awanturnikiem, który wyrwał mi dziewczynę z ramion. Powiedział coś do osobnika stojącego w środku na temat tego, że to ja jestem "tym facetem". Centralną postacią w danego trio był niski, prymitywny mężczyzna o wyłupiastych oczach i łypiącym spojrzeniu.
- Obcy w tych stronach, co? - zapytał. - Co cię tu sprowadza?
- To moja sprawa - odparłem krótko.
- Posłuchaj, nieznajomy, nie opłaca się nowo przybyłemu, zwłaszcza żółtodziobowi, bycie niegrzecznym w tym miejscu.
- Nie chciałem być niegrzeczny. Odpowiedziałem ci tylko w tonie, w jakim ty zwróciłeś się do mnie.
- No, jankes wychodzi z ciebie z każdej strony, młody człowieku. A gdyby nawet nie rzucało się to w oczy, to z pewnością byśmy usłyszeli, w czym rzecz.
- To prawda, jestem jankesem - odpowiedziałem, czując, jak krew gotuje mi się w żyłach.
- Załóżmy, że to ty stawiasz drinki - zasugerował bezczelnie.
- Nie zrobię niczego takiego. Jeśli postawię drinki, to wybiorę tych, z którymi będę chciał się napić.
- Widzisz, żółtodziobie - przerwał awanturnik o śniadej twarzy. - Odbieram to jako zniewagę. A to trochę za dużo po tym, jak przystawiałeś się do mojej dziewczyny.
- Jesteś pijany albo szalony - rzuciłem gwałtownie w odpowiedzi. - Nie przystawiałem się do twojej dziewczyny.
Potem, bez dalszych, zbędnych ceregieli, uderzył mnie w twarz - i to bynajmniej nie lekko. Cios mnie zaskoczył i momentalnie rozwścieczył. Rzuciłem się do przodu i powaliłem go na podłogę. Niektórzy gracze zauważyli ten incydent, po czym powrócili do swej gry; tymczasem inni gapie zaczęli się śmiać. Obserwując kątem oka, jak mój napastnik powoli podnosi się z podłogi, dostrzegłem dwie postacie wchodzące przez drzwi i przemykające bokami. Jedna z nich była wysoka i szczupła, a druga niska, o pałąkowatych nogach. Zniknęli mi z pola widzenia, ale miałem wrażenie, że zainteresowało ich moje spotkanie z tą trójką i martwiło mnie, że znaleźli się za moimi plecami. Nie mogłem się jednak odwrócić, bo mężczyzna w środku - ten, który zaczepił mnie pierwszy - wyciągnął broń i trzymał ją nisko, niemal celując w moje stopy.
- Żółtodziobie, zamówisz nam drinki i trochę potańczysz.
- Nie zrobię nic z tych rzeczy, proszę pana! - wrzasnąłem do niego w odpowiedzi.
- O, tak, zrobisz. Zacznij robić jakieś wymyślne kroki albo mogę trafić cię w nogę.
- Idź do diabła! Czy to nie jest wolny kraj? Co z ciebie za człowiek, żeby grozić mi bronią tylko dlatego, że nie chcę się ośmieszyć?
- Tańcz, żółtodziobie! - zawył z diaboliczną radością, a jego broń plunęła czerwienią i huknęła w moje stopy.
Poczułem, jak kula muska mnie powyżej kostki. Byłem oszołomiony i nagle rozdarty pomiędzy wściekłością a przerażeniem. Mężczyzna przyciągnął uwagę wszystkich i stało się jasne, że znów strzeli. Nie wiedziałem, co robić.
Nie miałem pojęcia, jak dalej postąpiłbym w tej sytuacji, ale oszczędzono mi podejmowania bolesnej decyzji. Usłyszałem chłodny głos, jedno dźwięczne, donośne słowo, którego w swym zdenerwowaniu nie byłem w stanie zrozumieć. Wtem za mną rozległ się ostry strzał. Zbir głośno wrzasnął i z brzękiem upuścił broń na podłogę, po czym złapał się za ramię. Zobaczyłem, jak krew tryska między jego palcami. Nagle zmienił się w innego człowieka, na jego twarzy malowało się cierpienie i skrajnego przerażenie.
Wtedy w moim polu widzenia z tej samej strony pojawiły się dwie postacie, które wcześniej dostrzegłem kątem oka. Ta wysoka trzymała w ręku dymiącą broń i robiąc krok, poruszyła nią lekko, wskazując na drzwi.
- Hombre48, już drugi raz zawracasz mi dzisiaj głowę - mruknął swobodnie łagodnym i spokojnym głosem z akcentem charakterystycznym dla Południa. - Strzeż się trzeciego!
I znów dymiąca broń wykonała ten oczywisty, bardzo wyraźny ruch w stronę drzwi. Trzej desperadoes49, jeśli rzeczywiście nimi byli, szybko pojęli aluzję. Jeden z nich podniósł rewolwer z podłogi i cała trójka w pośpiechu zniknęła z saloonu. A wtedy nagłą ciszę na nowo przerwały dźwięki głosów i terkot koła ruletki.
Gdy napastnicy zniknęli z zasięgu wzroku, odwróciłem się, by stanąć twarzą w twarz z moim wybawcą. Chował właśnie swą długą broń, a jego osobliwie jasne oczy utkwione były w stojących przy barze mężczyznach, z których niektórzy protestowali głośno przeciwko bójce.
- Jestem bardzo zobowiązany, wyświadczyłeś mi wielką przysługę - wybuchnąłem, gdy odwrócił się do mnie.
Miał młodą, wciąż gładką twarz, opaloną na złoty odcień, i pomyślałem, że była niemal dziewczęca w swym niezwykłym uroku. Wtem jego towarzysz zwrócił się do mnie.
- Ten hombre musiał cię trafić - powiedział. - Noga trochę ci drży. Pozwolisz, że rzucę okiem.
I ukląkł na jedno kolano, żeby przesunąć dłonią po mojej lewej nodze.
- Aha, tu jest dziura w spodniach... Ale nie czuję żadnej krwi... Tylko cię drasnął. Z pewnością masz szczęście. Mógł ci rozwalić kość.
Podniósł się na nogi, a jego rumiane, pospolite oblicze rozjaśnił szeroki uśmiech.
- To chyba pierwszy raz, gdy poczułeś gorący ołów, co?
- To prawda - odparłem z wielką ulgą.
- O mały włos - ciągnął dalej. - Zazwyczaj żółtodziób musi zapłacić o wiele większą cenę, by wydostać się ze złego miejsca.
- Panowie, jestem świadomy, że żółtodziób ze mnie, to prawda, ale po prostu nie wiedziałem, jak zareagować w tej sytuacji.
- Nie poszło ci tak źle - stwierdził życzliwie mały facet. - Słuchaliśmy i przyglądaliśmy się. Dobrze przygadałeś temu nikczemnemu hombre, a ja zacząłem szaleć z radości, kiedy zobaczyłem, jak dostaje za swoje. Jemu się wydaje, że posiada na własność tę dziewczynę z sali tanecznej, Ruby, ale grubo się myli. Była miła dla mnie, a szczególnie miła była dla Vance'a.
- Przybyszu, może się z nami napijesz? - zapytał wysoki facet.
- Tak. Z pewnością potrzebuję kieliszka na wzmocnienie.
Poprowadził nas do baru, na jednym z jego końców klienci najwyraźniej byli gotowi do ustąpienia mu miejsca i po chwili staliśmy już naprzeciwko siebie z kieliszkami w dłoniach. Pomyślałem, że nadszedł czas, by się przedstawić.
- Nazywam się Wayne Cameron, z Bostonu. Przyjechałem tu, żeby pracować przy linii telegraficznej.
- No, Cameron, nie musiałeś nam mówić, że jesteś jankesem - odparł ten mały ze śmiechem. - Lepiej tu tego nie robić. Mój druh, Vance Shaw, jest zatwardziałym rebeliantem, a ja pochodzę z Missouri. Ale może się dogadamy. Zupełnie zapomniałem, nazywam się Jack Lowden.
Uścisnąłem mu dłoń, a potem Shawowi. Ich uściski wydawały się podobne, ale wyraźna różnica tkwiła w samych dłoniach. Ręka Lowdena była szorstka i zrogowaciała, a jej uścisk silny i przyjazny. Shawa okazała się szczupła i gładka, niemal jak u dziewczyny, ale miał uścisk, jakby jego dłoń była stalą pokrytą aksamitem. Następnie przystąpiliśmy do picia naszych drinków.
- Domyślam się, że jesteście kowbojami? - zapytałem.
- Aha, po prostu zwyczajnymi kowbojami, jeśli chodzi o strzelanie i jazdę na koniu.
- Pozwolicie postawić sobie jeszcze po drinku? - spytałem.
- Nie, dzięki. Jeden wystarczy - odpowiedział Shaw. - Wynośmy się stąd. Ruby mnie zauważyła i coś mi się wydaje, że zaraz się tutaj zjawi. Jeśli jeszcze raz ze mną zatańczy, będę musiał odpowiednio zająć się tym wrednym hombre.
- No, do diabła! - wykrzyknął Lowden. - Powinieneś był zrobić to wczoraj. Przez tego zazdrosnego kolesia chcesz dać tej dziewczynie kosza? Podobała ci się, prawda?
- Tak sądzę - odparł Shaw, zamyślony. - Bardziej niż facet powinien lubić dziewczynę z sali tanecznej. Ale ona ma dopiero szesnaście lat; jest jeszcze świeża i niewinna i żal mi jej. Mówiłem ci, Jack, nie podoba mi się ta cała sytuacja z salą taneczną. Jeśli zostanę tu dłużej... Znasz mnie, przyjacielu. Po prostu nie umiem trzymać się z dala od rzeczy.
- Może to jest taka sytuacja, od której nie powinieneś trzymać się z daleka - rzekł krótko Lowden. - Chodźmy, przejdziemy się.
Wyszliśmy na zewnątrz i stanęliśmy w jasnym świetle po prawej stronie szerokich drzwi. Poprosiłem moich nowych znajomych, żeby poszli ze mną do gospody, zapalili papierosa i porozmawiali.
- Jasne, chcielibyśmy - rzekł Shaw. - Ale zostańmy tu jeszcze przez chwilę. Szukam kogoś.
- Do diabła, przyjacielu, szukasz tego hombre z Teksasu50, odkąd opuściliśmy Rio Grande - odezwał się lekceważąco Lowden. - Nigdy nie natkniemy się na niego tutaj, na tym końcu świata.
Staliśmy sobie spokojnie, odprężeni, a podczas gdy moi przyjaciele kowboje bacznie przyglądali się mijającym nas przechodniom, ja wykorzystałem okazję, by obejrzeć ich sobie z zainteresowaniem, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłem, poznając kogoś.
Shaw był wysoki i szczupły, ale po bliższej obserwacji wydał mi się wspaniale zbudowanym jeźdźcem, szerokim w ramionach, wąskim w biodrach, umięśnionym, bo kiedy się poruszał, mięśnie jego ramion i nóg uwidaczniały się przez ubrania. Miał na sobie ciemnoniebieskie dżinsy, znoszone i zakurzone. Pachniał skórą, końmi i dymem papierosowym. Nosił wysokie buty na obcasie, praktycznie zużyte.
Jego pas z bronią miał ciemny kolor - z wyjątkiem miejsc, gdzie widoczne były błyszczące końcówki naboi, a futerał, również ciemny, krył wszystko z wyjątkiem czarnej kolby jego wielkiego pistoletu. Ów futerał i owa broń zwisały niepozornie, dyskretnie, dość nisko na jego prawym biodrze i zauważyłem, że pas z bronią krzyżował się z przodu nieco poniżej paska, który podtrzymywał jego spodnie. Na koszulę miał nałożoną jakąś cienką kamizelkę, również ciemną, a jego sombrero z połamanym rondem było zakurzone i pełne dziur. To szerokie rondo nie zakrywało jednak jego jasnych, bujnych i niesfornych włosów.
Pomimo jego imponującego wyglądu to jego twarz zafascynowała mnie najbardziej. Z boku była wyraźna jak kamea51, ciemna, chłodna, jednocześnie młodzieńcza, ale zdawało się, że w cieniu spod gładkiej skóry wyłaniają zmarszczki, rysy pewnej dewastacji, spustoszenia. Co więcej, zauważyłem, że miał najbardziej niezwykłe oczy, w jakie kiedykolwiek patrzyłem. Stwierdziłem, że musiał być równie wspaniały, na jakiego wyglądał, i poczułem do niego niezwykłą sympatię.
Lowden również prezentował się niesamowicie, choć w zestawieniu ze swym towarzyszem stanowił pod każdym względem ostry kontrast. Był niskiego wzrostu, silny i krzepki, z ramionami zbyt długimi w stosunku do całego ciała i nogami najwyraźniej łukowatymi od długiego siedzenia w siodle. W spoczynku jego brzydka twarz zdawała się twarda i pocięta bruzdami. Jego oczy były niebieskie i miały to samo spojrzenie, które charakteryzowało spojrzenie Shawa - tyle, że nie wyglądały na tak skupione, głębokie i zdeterminowane.
Gdy tak przyglądałem się tym ludziom Zachodu, coraz bardziej byłem zdecydowany, by spróbować się z nimi zaprzyjaźnić. Shaw milczał, podczas gdy jego towarzysz, prowadzący równie uważną obserwację, rzucał uszczypliwe uwagi na temat przechodniów. Nagle w głosie Lowdena zabrzmiało coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie.
- Patrz, przyjacielu. Widzisz tego kowboja, co tu idzie? Ma zamiar do nas podejść. O rany, wygląda kiepsko. Obszarpany, wyczerpany, zarośnięty; spał pod gołym niebem.
Szybko zareagowałem na tak bezdyskusyjny opis osobnika. Zbliżał się do nas, początkowo niepewnie, a następnie - jakby znajdując nasze spojrzenia przychylnymi - z większą pewnością siebie. Mógł być mniej więcej w naszym wieku, ale jego wymizerowana twarz nie pozwalała na trafny osąd. Miał żywe, ciemne oczy, w których dostrzegłem cień nadziei. Zatrzymał się obok nas.
- Jak się macie, kowboje? - powiedział. - Wybaczcie moją śmiałość, ale jesteście pierwszymi przystępnymi jeźdźcami, jakich widziałem.
- A jak ty się masz? - odpowiedział dość przyjacielsko Jack. - Jasne, jesteśmy przystępni.
Shaw obrzucił pytającego uważnym spojrzeniem.
- Chciałem spytać, czy nie kupilibyście świetnego konia?
- Co jest nie tak z kowbojem, który sprzedaje swego świetnego konia? - spytał krótko Shaw.
- Co masz na myśli, człowieku? - rzucił porywczo kowboj, jakby zirytowany tą aluzją. - Długo szukałem jedzenia i uwierz mi, nieliczne obozowiska i rancza są bardzo rozproszone wzdłuż tamtego starego szlaku, którym przybyłem. Prawie umarłem z głodu.
- No, jest to wystarczający powód - odparł Shaw w zamyśleniu. - Nie kupimy twojego wspaniałego konia, ale dopilnujemy, żebyś się najadł. Czy to wszystko, czego szukasz?
- Dziękuję, kowboju... Dobry Boże, minęło tyle czasu, odkąd szukałem czegokolwiek innego, że zapomniałem, czego jeszcze można by szukać.
Gdy ci dwaj mężczyźni, mniej więcej tego samego wzrostu, spojrzeli sobie w oczy, Lowden zrobił krok naprzód i rzucił:
- Kowboju, powiedzmy, że mógłbyś trafić na gorszych niż my. Opowiesz nam albo nie, jak wolisz. Mój przyjaciel pochodzi z Teksasu, a ja jestem jego towarzyszem. Ten wielki chłopak z nami to jankes ze Wschodu, ale uważamy, że jest w porządku.
- Nie miałbym nic przeciwko rozmowie, jak już coś zjem i się napiję - odparł nieznajomy.
- Proszę, wybacz naszą tępotę. Weź te pieniądze. Tuż obok jest całkiem niezła knajpa. Idź tam i się najedz. Będziemy tu jeszcze przez chwilę. Jeśli chcesz, wróć.
Kowboj wziął pieniądze ze spojrzeniem pełnym wdzięczności; bez słowa pospieszył do drzwi restauracji i wszedł do środka.
- Vance, co o tym sądzisz? - spytał Lowden z wielkim zainteresowaniem.
- O czym? - odpowiedział pytaniem jego towarzysz.
- Ty cholerny głupcze, czy zwykła ludzka uprzejmość jest ci zupełnie obca?
- Nie, Jack, chyba nie, ale nabiera trochę gorzkiego posmaku.
- Do diabła z tobą, kłamiesz - odparł Lowden. - Cameron, co pomyślałeś o tym hombre, który do nas podszedł?
Zapytany, szczerze opowiedziałem o moich wrażeniach na temat tego człowieka. Lowden prychnął z zadowolenia.
- Widzisz, przyjacielu, nasz jankeski żółtodziób jest całkiem bystry. Tamten facet to dość smutny przypadek. Czy nie powiedziałbyś, że jest na bakier z prawem?
- Też mam takie przeczucie. Ten kowboj zabił kogoś nie tak dawno temu, ale nie uważałbym go za szemranego.
- Ja też nie, przyjacielu, ale musisz wiedzieć, że my, kowboje o czułych sercach, popełnialiśmy już wcześniej błędy. Jakkolwiek by było, zaryzykujmy, zaczekajmy na niego i zobaczmy, jak wypadnie.
Od tej chwili nie powiedziano już nic więcej i kowboje powrócili do obserwowania przechodniów, a ja poszedłem w ich ślady. Miałem trudności z tym, co uważałem za racjonalne w moim stosunku do nowych towarzyszy, czasu i miejsca. Moje żywe i głębokie zainteresowanie kłóciło się z nowoangielskimi cechami, powściągliwością i rozsądkiem, ale stało się tak, jakbym nagle odkrył w sobie instynkty i uczucia, o których istnieniu nie wiedziałem. Próbowałem umiejscowić każdą pojawiającą się osobę i zidentyfikować ją jako robotnika lub hodowcę bydła, woźnicę, hazardzistę i tak dalej. Teraz nie było już tak wielu przechodniów jak wcześniejszym wieczorem.
Wkrótce wielką przyjemność sprawił mi widok zbliżających się kilku Indian. Dalecy byli od dostojnych, romantycznych jednostek, dyktowanych mi przez wyobraźnię. Ich niskie, krępe sylwetki okryte były kocami, ich czarne włosy opadały na ramiona, a ich śniade rysy twarzy okazały się interesujące, ale nieatrakcyjne. Szurali nogami obutymi w mokasyny52, krzywymi, pałąkowatymi, widocznymi pod kocami. Gdy nas mijali, Lowden mruknął pod nosem:
- Parszywe dzikusy.
Przez te pół godziny, które staliśmy w tamtym miejscu, nie zauważyłem na ulicy ani jednej kobiety. Prawdopodobnie w mieście było niewiele kobiet. Poczułem, że chcę zobaczyć raz jeszcze dziewczynę z sali tanecznej, Ruby, ale wówczas nagle w moim umyśle pojawiło się wspomnienie dziewczyny z taboru, której niezwykła twarz intrygowała mnie coraz bardziej. W tym momencie nieszczęsny kowboj wyszedł z karczmy i podszedł do nas.
- Koledzy, cieszę się, że zaczekaliście. Czuję się teraz innym człowiekiem.
- No, kiedy głodny człowiek naje się znów do syta, rzeczywiście robi to różnicę. Rozumiem to.
W tym momencie zaproponowałem, żebyśmy wszyscy poszli do mojej kwatery, gdzie moglibyśmy się napić, zapalić i porozmawiać.
- Gdzie jest twój koń? - spytał Shaw kowboja.
- Zostawiłem go kawałek za miastem. Ma tam tylko skrawek trawy, ale wystarczy mu na noc. Wrócę po niego wkrótce.
Gdy szliśmy zatłoczoną ulicą do mojego zakwaterowania, skupiałem się bardziej na swoich towarzyszach niż na mijanych ludziach i otoczeniu. Duża sala w gospodzie przypominającej stodołę była wypełniona po brzegi, zabrałem więc znajomych do swych kwater. Był to duży pokój, pusty, z czterema piętrowymi pryczami i bardzo małą liczbą mebli, a lampa dawała raczej niewystarczającą ilość światła. Powiedziałem towarzyszom, żeby się rozgościli, podczas gdy ja próbowałem znaleźć inną lampę oraz coś do picia i palenia. Właściciel oświadczył mi, że nie było nikogo, kto zająłby ten pokój oprócz mnie, a ja odparłem, że mogę poprosić moich przyjaciół, by zostali tu na noc. Wróciłem z artykułami, a nowa lampa stworzyła przyjemniejszą atmosferę, jeśli cokolwiek mogło to zrobić.
- No, koledzy - powiedziałem radośnie. - Tu jest trochę papierosów i drinków. Mam nadzieję, że się lepiej poznamy.
- Co chcesz wiedzieć? - zapytał sucho Lowden. - Gdybyś znał ludzi z Zachodu, wiedziałbyś, że poznaliśmy się już dawno temu.
Nawiązując przy okazji do tematu, opowiedziałem im krótko o sobie i na koniec nadmieniłem, jak bardzo się cieszę, że ich poznałem, nie wspominając już o tym, jak wdzięczny jestem za ich pomoc.
- No, Wayne - powiedział półgębkiem kowboj Shaw i uśmiechnął się po raz pierwszy. Była to rozświetlająca przemiana i zdawało się, że odsłoniła ona jego drugą naturę. - Jeśli tylko uda mi się jakoś przełknąć fakt, że jesteś jankesem, to myślę, że będziemy świetnie się dogadywać.
- Do diabła, przyjacielu, jeszcze nie ma tu żadnej wojny - rzekł Jack Lowden - i może nigdy nie będzie.
- O, to pewne jak sama śmierć. Gdybyś był z Teksasu, a nie z Missouri, wiedziałbyś to już dawno temu.
- Słuchaj, Shaw - przerwałem. - Zapomniałem wspomnieć w mojej krótkiej opowieści, że mój dom jest podzielony. Moja matka jest jankeską, a ojciec południowcem. Interesy trzymają go na Północy, ale jego serce zostało w ojczyźnie.
- O, cholera! - wykrzyknął Lowden. - To czyni cię na wpół rebeliantem.
- Cóż, chłopaki, to rzuca zupełnie inne światło na Camerona - rzekł Shaw. - I myślę, że będziemy się całkiem nieźle dogadywać. A teraz, Jack, powiedz mu i naszemu nowemu towarzyszowi, kim jesteśmy i co tu robimy.
- To proste - odparł Jack, wypuszczając wielką chmurę dymu. - I mogę to zrobić krótko i zwięźle. Jesteśmy po prostu dwoma nic niewartymi kowbojami z Rio Grande. Żadnych domów i żadnych krewnych, o których warto by wspomnieć; żadnych pieniędzy ani ukochanych, tylko te ubrania, które mamy na naszych grzbietach, i broń. I, nie wolno mi zapomnieć, dwa najlepsze konie, których kowboje kiedykolwiek dosiadali. W mieście zrobiło się dla nas trochę za gorąco, a ponieważ nie było tam żadnej pracy za wynagrodzenie, uznaliśmy, że dobrze będzie pojechać za żarciem na północ. Wyruszyliśmy miesiące temu i już zdążyłem zapomnieć, co wydarzyło się po drodze. W Panhandle53 usłyszeliśmy pogłoskę, że linia telegraficzna ma zostać poprowadzona przez równiny i jakie piekielnie wielkie będzie to zadanie, udaliśmy się zatem na północ, no i jesteśmy.
- Przyjaciele, Jack zawsze potrafił sprytnie pomijać pewne rzeczy - przerwał Shaw. - Powinien był wspomnieć, że musieliśmy uciekać z Teksasu. A wszystko, co zrobiliśmy, to zastrzelenie kilku złych hombres, którzy mieli wielu groźnych krewnych.
- Jak długo tu już jesteście, Vance, i co wiecie o tej robocie w Western Union? - spytałem.
- Jesteśmy tu dopiero od kilku dni, ale to wystarczająco długo, żeby zadrzeć z paroma niebezpiecznymi hombres z powodu tamtej dziewczyny, Ruby. I żeby dowiedzieć się, że położenie linii telegraficznej przebije każdą umowę, jaką kiedykolwiek zawarto na Zachodzie, jeśli uda się zrealizować to zadanie. Widziałem tego człowieka, Creightona. Słyszałem, jak przemawiał. I stwierdzam, że brzmiał przekonująco. Creighton jest bardzo ważny i wpływowy. Jest typem człowieka, za którym ludzie poszliby w ogień.
- Też tak pomyślałem - odpowiedziałem. - Może wszyscy znajdziemy u niego pracę.
- To będzie proste - dodał Jack. - Słyszeliśmy, że Creighton ma problem ze znalezieniem ludzi, a jeszcze większy z ich zatrzymaniem. Mam wątpliwości co do Vance'a i mnie. Po prostu nienawidzimy pracy, to znaczy kopania dziur pod płoty, pracy na stojąco, na obolałych stopach, cięcia i piłowania drewna i tym podobnych.
- Nie martw się, przyjacielu - rzekł Vance. - Creighton nigdy nie zbuduje tej linii bez jeźdźców, myśliwych i pogromców Indian. I tu właśnie kwalifikujemy się my i mogę szybko mu to uświadomić.
- To znaczy, że jest nas trzech - powiedziałem i spojrzałem pytająco na czwartego członka naszej grupy.
Siedział trochę z tyłu i nie włączył się do naszej rozmowy. W tym momencie wstał i podszedł do światła. Jego ruchy były niespokojne i nerwowe, a jego wychudzona twarz zdradzała poruszenie. Moim zdaniem byłby przystojnym facetem, gdyby pozbył się tej brody, a ślady podróży, kłopotów i niedoli zniknęły z jego twarzy. Popatrzył na nas uważnie ciemnymi oczami, jakby chciał pokazać, że może stanąć twarzą w twarz z każdym. To jego spojrzenie spotęgowało moje współczucie i zrozumienie.
- Towarzysze - zaczął ochrypłym głosem - zadaliście mi cios poniżej pasa. Miałem przeczucie od momentu, kiedy was poznałem, ale nie wiem, czy powinienem się przyznać... czy jechać dalej.
- Kowboju, powiedz nam albo nie, jak chcesz - odezwał się Shaw. - Myślę, że mogę przemówić w imieniu Camerona i mojego druha, Jacka, i oczywiście w swoim własnym. Przyłącz się do nas i pomóżmy temu wielkiemu facetowi Creightonowi pokonać to diabelstwo, z którym się zmaga.
- Jestem bardzo wdzięczny, Shaw - odpowiedział kowboj niepewnie, walcząc z emocjami. Widziałem, jak jego twarz się zmienia, a gardło zaciska. - Tego się obawiałem. Jestem tak cholernie zniszczony, że nie mam odporności na kilka dobrych słów. Mój Boże, jak ja bym chciał się do was przyłączyć...! Gdybym się tylko odważył...
- Myślę, że miałeś przeczucie, którego akurat potrzebowałeś - przerwał Shaw donośnym głosem, a to, jak przy tym wyglądał, sprawiło, że przez chwilę poczułem, jak by to było mieć go za przyjaciela.
- Spójrzcie na to - powiedział kowboj niemal gwałtownie.
Stanąwszy przed nami w świetle lampy, zrzucił swój płaszcz, rozpiął poszarpaną i brudną koszulę i odrzucił ją jednym szybkim ruchem. Zaprezentował wspaniałe mięśnie, ale był zbyt chudy, jak na swój wzrost. Potem, ze smutnym i zawstydzonym spojrzeniem, zachrypniętym z emocji głosem dodał:
- To nie takie łatwe.
Obracając się raptownie, pokazał nam swoje plecy. Były jedną masą czarnych i obrzmiałych śladów po uderzeniach oraz skaleczeń, niektórych jeszcze niezagojonych. Wstrząśnięty gwałtownie nabrałem powietrza - uświadomiłem sobie, że ten młody człowiek został dotkliwie przez kogoś pobity i że wstyd oraz powód tego zdarzenia musiały być przyczyną niedoli, o której opowiadał. Utkwiłem wzrok w tych wielkich, rozległych pasach, z których niektóre były tak opuchnięte, że odstawały co najmniej na cal54 od jego pleców. Nikt z nas się nie odezwał. Tymczasem on odwrócił się z głębokim westchnieniem i szybko założył z powrotem koszulę.
- Do diabła, człowieku! - wykrzyknął Jack niemal piskliwym głosem. - Nic dziwnego, że kiepsko się prezentowałeś. Jak, do cholery, mamy cię zapytać, skąd to masz?
- Kowboju, powieszenie nie mogłoby być gorsze - dodał Shaw przejmująco.
Pytania cisnęły mi się na usta, ale nie mogłem wykrztusić ani jednego z nich.
- Chłopaki, cieszę się, że miałem odwagę, żeby wam to pokazać - odezwał się kowboj z ulgą. - I widzę po waszych twarzach, że po prostu zakładacie, że na to nie zasłużyłem, bo inaczej nie pozwoliłbym wam tego zobaczyć.
- Tak mi się wydaje - rzekł Lowden. - Ale, do cholery, kolego, nigdy byś nam tego nie pokazał, gdybyś nie miał zamiaru o tym opowiedzieć.
- Pewnie tak - przyznał kowboj. - Ale nie wiedziałem tego od razu. Odczuwam jednak straszną ulgę, gdy o tym mówię. Czasem myślałem, że wykituję, jeśli wszystkiego z siebie nie wyrzucę. Teraz to zrobię, a potem zobaczymy. Sądzę, że powinienem jechać najdalej, jak tylko się da. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale chciałbym zatrzymać się gdzieś, gdzie mógłbym znów pracować, jeść i spać.
- Cóż, to, co nam do tej pory pokazałeś i powiedziałeś, sprawia, że jeszcze bardziej niż wcześniej chcę, żebyś tu z nami został - powiedział szczerze Shaw.
- Czterysta czy pięćset mil to długa droga w tym kraju. Może to wystarczająco daleko, by poczuć się bezpiecznie - odparł kowboj. - Może okazałem się tchórzem, jadąc tak daleko... W porządku. Słuchajcie. Założę się, że wy, Teksańczycy, nigdy nie słyszeliście jeszcze czegoś takiego. Nazywam się Darnell. Zaledwie od kilku lat mieszkałem w Wyoming55, u źródła rzeki Sweetwater, w zachodniej części tego terytorium. Najlepsze pastwisko dla bydła na całym Zachodzie... i to słynące z wydobycia złota miasteczko South Pass, o którym na pewno słyszeliście i które stało się ostatnio najbogatszym, najdzikszym i najkrwawszym miastem w historii... Opowiem wam o tym wszystkim później. Pasmo przy Sweetwater zostało najpierw zaludnione przez pionierów z taboru; dostrzegli jego możliwości i osiedli tam, by je rozwijać. Za nimi podążyli hodowcy bydła i ranczerzy, aż pasmo Sweetwater zostało zajęte na odcinku stu mil. Dopiero co się wzbogacili, ale ten kraj dalej będzie tak zasobny w bydło, jak South Pass w złoto. Wśród tych hodowców był tylko jeden Teksańczyk, o którym wiem. To dobry ranczer, ale surowy dla kowbojów i myślę, że w wojnie, która toczy się między kowbojami i hodowcami bydła, zostanie zastrzelony. W Sweetwater dopiero co zaczęli działać złodzieje bydła. Ich grabieże okażą się tam wielką sprawą, ale stanie się to nieprędko. Co ważne, wszyscy znani mi kowboje kradli mavericks56. To zły nawyk, rozjuszał hodowców bydła najbardziej, a ja zostałem schwytany na gorącym uczynku. Uwięzili mnie i trzymali związanego i zamkniętego przez wiele dni. Nie miałem nic do jedzenia prócz chleba i wody. Nie chciałem im wyjawić tego, co chcieli wiedzieć, bo wiązało się to z honorem kobiety. W końcu dwaj szefowie ekip do bydła na naszym pastwisku zabrali mnie nocą między wierzby przy rzece, związali i rozebrali. Rozpalili ognisko, żeby móc lepiej widzieć. Przynajmniej sześciu mężczyzn, których zatrudniono do brudnej roboty, miało założone maski; nie odzywali się, więc ich nie rozpoznałem, ale ci dwaj ranczerzy nie zakryli twarzy. Rozciągnęli mi ramiona linami i stwierdzili, że jeśli nie powiem im tego, co chcą wiedzieć, to zatłuką mnie na śmierć. Zaśmiałem się im w twarze i ich skląłem. Potem mnie zbili. Bił mnie jeden człowiek po drugim, aż grube na cal wierzbowe witki połamały im się w rękach, ale nie puściłem pary z ust. Zrobili przerwę w biciu i dali mi kolejną szansę na skamlenie. Wszystko, co z siebie wyrzuciłem, było obietnicą, że jak Bóg mi świadkiem, zabiję tych dwóch hodowców bydła. Potem znowu mnie bili, aż moja krew obryzgała ich twarze, aż w końcu zaczęli mieć dosyć i przestali. Zostałem zabrany z powrotem do piwnicy, gdzie mnie przetrzymywali, i trzy dni później uciekłem. Ukradłem konia i wyjechałem na nim na oklep z doliny do South Pass. Było rano, kiedy tam dotarłem. Ludzie widzieli, jak jechałem przez miasto z moimi krwawiącymi plecami niczym z czerwonym sztandarem. Wpadłem na dwóch znajomych kowbojów, a oni pożyczyli mi broń i ubrania, które mam ze sobą. I powiedzieli mi, że w mieście odbywa się akurat zjazd hodowców bydła. Spytałem, czy byli na nim ci dwaj ranczerzy, których poprzysiągłem zabić. Byli. Kowboje powiedzieli, gdzie mam jechać, i życzyli mi szczęścia. Ruszyłem w stronę miasteczka, rozpędziłem tłum przed wejściem i wpadłem do środka, żeby zabić tych dwóch hodowców. Nie musiałem wiele, ale moje czyny były wystarczające. Zabiłem ich obu i wyjechałem z miasta, i od tamtej pory jadę. Nigdy bym się nie zatrzymał, gdyby nie chodziło o mojego konia. Zapomniałem wspomnieć, że ci dwaj kowboje dali mi siodło. Nie wiem, ile minęło dni od czasu, gdy opuściłem South Pass, ale mógłbym wam powiedzieć, ile razy coś jadłem... Oto moja historia, koledzy, i przysięgam, że to prawda.
Po chwili głębokiej ciszy Vance Shaw odezwał się chłodno i spokojnie:
- Uważam, że trzeba się napić.
Posłuchaliśmy jego sugestii i sytuacja wydała się znośniejsza.
Lowden rzekł:
- Równie mocno jak drinka, potrzebuję świeżego powietrza. Darnell, co powiesz na to, że wyjdę z tobą i obejrzę twojego konia? Jest tu stajnia, którą można wynająć, a ten koń z pewnością zasługuje na to, żeby się porządnie najeść i odpocząć.
- O tak - odpowiedział Darnell. - Zapomniałem o nim. Chętnie. Możesz tak zrobić.
Wtedy odezwałem się ja.
- Są tu cztery łózka. Może zostaniecie tu wszyscy, albo chociaż niektórzy z was, dziś na noc?
Wszyscy dość chętnie się zgodzili i poczułem zadowolenie. Shaw i ja wyszliśmy na ulicę i patrzyliśmy, jak Lowden z Darnellem znikają nam z oczu. Potem wróciliśmy do mojego pokoju.
- Wiedziałem, że coś strasznego spotkało tego kowboja - rzekł Shaw, zamyślony. - Nigdy jeszcze nie widziałem tylu siniaków i śladów od uderzeń u jednego człowieka. Musiał wiele wycierpieć. Również psychicznie. Kowboje to zabawne stworzenia. Może byś w to nie uwierzył, ale mają swą dumę i ducha.
I nie czekając na mój komentarz, mówił dalej:
- Jeśli uda nam się sprawić, by ten facet został tu z nami, wyświadczymy mu przysługę, a może i sobie samym. Zbyt długo był samotny. Wstydził się wrażenia, iż wszyscy są przeciwko niemu.
- Coś mnie zastanawia. Oczywiście nie rozumiem zachodnich spraw. Powiedział, że został przyłapany na kradzieży... Co on powiedział? Czego?
- Mavericks. To nieoznakowane cielęta, które możesz znaleźć na pastwisku. A jeśli znajdziesz takie bez matki i sam się nim zajmiesz, nie kradniesz. My, kowboje, nigdy nie uważamy, że chwytanie mavericks dla siebie to kradzież.
- Ale żeby tak go zbić! Powiedział, że nie chciał kogoś wydać, że chodziło o honor kobiety. Co o tym sądzisz?
- Bóg jeden wie. Jeszcze nie mam zdania na ten temat, ale mam za to przeczucie, że w Sweetwater Valley panuje piekielny chaos, a my wpadniemy w sam jego środek. Droga jednak jeszcze długa. Może tak długo nie przetrwamy.
- Przetrwamy - odparłem zdecydowanie. - Mam prorocze przekonanie, coś, co wy, przyjaciele, nazywacie przeczuciem. Myślę, że to przetrwamy.
- No, tak trzymać - odpowiedział Shaw. - Widzę, że próbujesz skręcić papierosa w kowbojskim stylu. Wyszło okropnie. Pokażę ci, jak to się robi. Jeśli jest coś, co wyróżnia żółtodzioba, to sposób, w jaki skręca papierosa.
Potem Shaw zaczął poważnie i z mozołem uczyć mnie sztuki skręcania papierosa lewą ręką. Pochlebiałem sobie, że nie jestem wcale taki niezręczny, ale zmarnowałem tuzin papierosów, nim w końcu załapałem sztuczkę. Kowboj był na tyle uprzejmy, by stwierdzić, że się nadaję. Zadawałem mnóstwo pytań o prace budowlane i na większość z nich był w stanie mi odpowiedzieć. I wkrótce powrócił Jack Lowden z Darnellem.
- Słuchaj, przyjacielu - wyrzucił z siebie Jack - ten poganiacz krów z Wyoming ma konia równie dobrego jak mój i założę się, że da twojemu Range'owi nieźle popalić.
- Jack, zwariowałeś? Range to najlepszy koń na równinach - powiedział stanowczo Shaw. - Przyprowadziłeś go do miasta?
- Zostawiliśmy go tutaj w stodole - odpowiedział Darnell - i uwierz mi, Wingfoot57 zachowywał się tak, jakby to doceniał.
- Wingfoot? To dość pochlebne imię. No, zobaczymy.
- Uhm - mruknął Darnell. - Nie mam zamiaru ryzykować, że Wingfoot zostanie pokonany, nie mówiąc już o wszczynaniu kłótni z wami, chłopaki.
Shaw szybko na to zareagował.
- Myślisz o dołączeniu do nas?
- Byłbym głupcem, gdybym tego nie zrobił.
- Słuchaj, przyjacielu, co twoim zdaniem mu powiedziałem, żeby go przekonać? - spytał Jack, promieniejąc.
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Założę się, że znowu coś nawymyślałeś.
- Powiedziałem mu, że nie można jechać w nieskończoność. Powiedziałem mu, że gdyby to ciebie tak pobito, zostałbyś tam i zabił wszystkich tych cholernych facetów. Powiedziałem mu, że naturalnym biegiem wydarzeń jest to, że musi stawić czoło problemom. No, jest tu trzech kumpli gotowych do niego dołączyć. Powiedziałem mu coś o naszym żółtodziobie, że przyłożył facetowi. Powiedziałem mu, że ja jestem cholernie przydatnym człowiekiem, którego dobrze mieć pod ręką w czasie walki. W końcu powiedziałem mu, że jesteś najzręczniejszym człowiekiem noszącym broń i najlepszym strzelcem, jaki kiedykolwiek pochodził z Teksasu.
- No, to wszystko? - wycedził sucho Shaw. - Bałem się, że możesz trochę przesadzić.
Nawet poważny wyraz twarzy Darnella uległ zmianie.
- Chłopaki, dołączam do was i przysięgam na Boga, że tego nie pożałujecie.
- Zaryzykujemy - odpowiedział Shaw z jeszcze jednym z tych swoich inspirujących uśmiechów. - A teraz wszyscy kładźmy się spać. Jesteśmy zmęczeni, a Darnell ledwo stoi na nogach. Jutro będzie kolejny dzień pełen wrażeń.
Niewiele więcej zostało po tym powiedziane. Nim zgasły obie lampy zaobserwowałem, że przygotowania kowbojów do snu polegały tylko na zdjęciu butów i ostróg. Ja jednak, zgodnie ze starym zwyczajem, rozebrałem się i zdmuchnąwszy ostatnią lampę, wpełzłem do swego łóżka pomiędzy koce. Ledwie rozciągnąłem się wygodnie, a już dokonałem niezwykłego odkrycia, że ci trzej kowboje zdążyli zasnąć. Leżeli jak kłody, oddychając wolno i regularnie. Lowden zaczął trochę chrapać. Ale ja byłem zbyt podekscytowany, by spać.
Leżałem tam w chłodnej ciemności, umoszczony wygodnie, było mi ciepło pod kocami, i przysłuchiwałem się dochodzącym z zewnątrz słabym dźwiękom. Teraz, gdy w pokoju zapadła cisza, mogłem usłyszeć brzęk monet i kieliszków, grzechot koła ruletki, gwar głosów, między którymi można było rozróżnić cichy, słodki śmiech kobiety. To skierowało moje rozbiegane myśli na inny tor.
W swych kalkulacjach związanych z przyszłym, zachodnim życiem pominąłem zupełnie kobiety, ale nie dało się tego uniknąć. Było coś fascynującego w tej dziewczynie z sali tanecznej, Ruby. Nie chodziło o to, że była taka młoda i ładna. To musiało mieć związek z tym, że wydawała się nieszczęśliwa i niemoralna. Potem pomyślałem o dziewczynie z taboru i przypomniałem sobie jej uważne spojrzenie, jej falujące, kasztanowe włosy, ruch ręki, gdy do mnie zamachała, i postanowiłem, że jeśli kiedykolwiek uda mi się ją jeszcze spotkać, to właśnie ona zostanie tą jedyną.
Trudno mi było uświadomić sobie, że moja obecność w tym miejscu jest rzeczywistością - teraz i tutaj, na Dzikim Zachodzie, kiedy jestem już zaznajomiony z awanturniczymi charakterami, a wkrótce mam spotkać Indian i bizony; gdzie moja odwaga zostanie wystawiona na próbę. Pomyślałem o moich trzech towarzyszach śpiących tam, w ciemności.
Ja byłem mieszkańcem Nowej Anglii, człowiekiem z dobrze sytuowanej rodziny, o religijnych zasadach, i nie mogłem powstrzymać wzdrygnięcia się na myśl o tak szybkim zaprzyjaźnieniu się z ludźmi, którzy zabili jakiegokolwiek człowieka. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek będę zmuszony kogoś zastrzelić. Doświadczenie z sali tanecznej pokazało mi, że nie musiałbym posunąć się dużo dalej w gwałtownym gniewie, gdy uderzyłem tamtego zbira. Wtedy zdałem sobie sprawę, że mężczyźni i kobiety, których tu spotkałem, stworzą odpowiednią sytuację. Będzie potrzeba większej przyjaźni, silniejszych więzi i uwolnienia stłumionego ducha.
Zamierzałem przekonać się i zatrzymać tych trzech kowbojów bez względu na cenę. Przyrzekłem sobie, że będę spodziewał się różnych rzeczy i postaram się być na nie przygotowany. I w końcu, gdy moje powieki się zamknęły i ogarnęła mnie senność, rozmywające się myśli zlały się w jedno ze snem.
44 Uncja (ang. ounce) - jednostka miary używana do wyrażania masy, objętości, a czasem także wartości metali szlachetnych, zależnie od kontekstu; istnieją różne rodzaje uncji w różnych krajach i systemach miar; uncja międzynarodowa to najczęściej stosowana jednostka masy w systemie anglosaskim, równa 28,35 g.
45 Saint Jo - miasto w Stanach Zjednoczonych, w stanie Teksas, w hrabstwie Montague.
46 Buckboard (ang.) - prosty, lekki wóz konny, popularny w Ameryce Północnej w XIX w. i na początku XX.
47 Dancehall girl (ang.) - dziewczyna, której zadaniem było "rozjaśnianie" wieczorów samotnych mężczyzn z miasteczek Dzikiego Zachodu w saloonie lub dancehallu; choć "szanowane" damy uważały dziewczęta z saloonu za "upadłe", większość owych dziewcząt spaliłaby się ze wstydu, jeśli kojarzono by je z prawdziwymi prostytutkami.
48 Hombre (hiszp.) - człowiek.
49 Desperado (ang.) - przestępca.
50 Teksas (ang. Texas) - jeden z największych stanów w USA, zarówno pod względem powierzchni, jak i liczby ludności; teren leżący na południu kraju i graniczący z czterema stanami: Nowym Meksykiem, Oklahomą, Arkansas i Luizjaną, na południu graniczy również z Meksykiem.
51 Kamea - kamień szlachetny lub półszlachetny z wyrytą na nim wypukłą płaskorzeźbą, często będącą portretem.
52 Mokasyny - buty indiańskie; każdy wykonany z dwóch płatów jeleniej skóry.
53 Panhandle (z ang. pan "patelnia" i handle "uchwyt") - tu: Texas Panhandle, czyli prostokątny obszar na północy stanu Teksas.
54 Cal (ang. inch) - inaczej cal angielski; jednostka miary długości stosowana w systemie anglosaskim, równa ???? stopy, czyli 2,54 cm; szeroko używana w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i innych krajach.
55 Wyoming - stan w zachodnich Stanach Zjednoczonych, znany z pięknych krajobrazów, rozległych terenów górskich i niskiej gęstości zaludnienia.
56 Maverick (ang.) - nieoznakowane cielę; roczniak.
57 Wingfoot (z ang. wing "skrzydło" i foot "stopa") - miano odnoszące się dosłownie do posiadania uskrzydlonych stóp lub do bycia szybkim i zwinnym, jak mityczna postać greckiego Hermesa (w mitologii rzymskiej Merkurego), który nosił uskrzydlone sandały, symbolizujące m.in. wolność.