Rozdział 3"Ostania szansa"
- Mój Boże! - krzyknęła Jesse otwierając drzwi, w korytarzu stał Tom.
- Mnie też miło cię widzieć - blondyn przytulił ją mocno.
- Nie mogę uwierzyć, że to ty.
- We własnej osobie, chłopcy w domu?
- Travis...gdzieś się włóczy, a Max poszedł na zakupy. W sobotę jemy razem śniadanie, napijesz się kawy?
- Chętnie - zdjął kurtkę i usiadł za stołem, Jesse podała mu filiżankę z kawą.
***
Kelly spieszyła się jak mogła, aby zdążyć tylko na umówione spotkanie z przyjaciółką. Znały się z Andreą od dziecka, ale odkąd miała więcej dyżurów w szpitalu nie spotykały się często. Szatynka wbiegła do kawiarni i podeszła do stolika przyjaciółki.
- Hej, przepraszam za spóźnienie.
- Nic nie szkodzi, zamówiłam ci kawę - wskazała na kubek z cappuccino.
- Dziękuję, co tam u ciebie słychać?
- W porządku, dużo pracy, ale jakoś daję radę - uśmiechnęła się lekko.
- To dobrze.
- A u ciebie, jak sytuacja z Tomem?
- Jest teraz u brata w Nowym Yorku - wypiła łyk chłodnej już kawy - Nie wiem kiedy wróci i jakoś mało mnie to interesuje.
- No tak.
- Co? - spytała widząc dziwne spojrzenie blondynki.
- Kelly ty nadal go kochasz.
- Andrea...
- Nie musisz nic mówić... i tak znam prawdę...
***
Tom i Jesse nadrabiali rozmową czas, który się nie widzieli, mężczyzna opowiadał jej o Miami, co jej się bardzo podobało. Max wrócił z zakupów, w rękach trzymał dwie duże torby z zakupami. Wszedł do mieszkania swobodnie, zamurowało go dopiero jak zobaczył brata.
- No proszę - rzucił podchodząc do lodówki - Kogo ja widzę.
- Cześć Max - Tom spojrzał na niego.
- Cześć - pokręcił głową.
- To ja... pójdę kupić gazetę, trzeba być przecież na bieżąco, miło było cię zobaczyć Tom.
- Nawzajem.
Przez moment w kuchni panowała głucha cisza, którą mąciły jedynie odgłosy przewracanych zakupów. Młody Jones wcale nie był zainteresowany obecnością brata. Tom przyszedł tam, by porozmawiać z nim na konkretny temat, ale nie miał pojęcia, jak zacząć. Coś mówiło mu, że Max nie zareaguje entuzjastycznie na jego przyjazd. Bardzo obawiała się gniewu z jej strony. Po jakiś dziesięciu minutach szatyn w końcu zebrał się na odwagę, oderwał się od lodówki i usiadł naprzeciw starszego brata. Spojrzał na siedzącą po drugiej stronie Toma i przez dłuższą chwilę tylko na niego patrzył, uśmiechając się ironicznie pod nosem, zapalił papierosa.
- Nadal palisz?
- Nie twoja sprawa - puścił dwa kółka z dymu - No...to po co przyjechałeś?
- A musi być jakiś powód?
- Musi - zmierzył go wzrokiem.
- Dużo nad tym wszystkim myślałem, chcę odzyskać to co straciłem.
- Czyli?
- Rodzinę.
- Jesteś chory?
- Co? - Tom aż podskoczył z wrażenia.
- Umierasz i chcesz mieć czyste sumienie przed śmiercią.
- Nie, nie jestem chory.
- To dobrze, bo nie mam pieniędzy na wieniec.
- Masz problemy finansowe? - spytał z troską.
- Nie jestem milionerem, ale radzę sobie... sprzedaje obrazy.
- Nadal malujesz?
- Czasem się zdarza - Max stukał palcami nerwowo w stół.
- Cieszę się, zawsze byłeś w tym dobry.
Zapadła cisza. Do mieszkania wróciła Jesse w ręku trzymała gazetę.
- Nie uwierzycie, ale kupiłam ostatnią - powiedziała zdyszana.
- To miałaś szczęście - Tom się uśmiechnął.