PO ODPUŚCIE
To, co teraz opowiem, zaczęło się od owego dnia 15-go sierpnia, gdy to w Nieborowie był odpust. Prawie cała wieś na odpust pojechała: ze starszych kto jeno mógł, dzieciaków też niezgorsza garstka.
Pojechała z czwartego Mańka i Julka, i Kasia-Owasia i Teofila. Pojechał Wojtek-Niedojadek, i Feliś, i Piotruś, i Józek i Kazik-Łazik.
A na drugi dzień po odpuście, przed wieczorem zebrały się starsze dzieciaki na pastwisku i nuż opowiadać tym, co we wsi zostały, jak to tam było w Nieborowie.
- Ludzi, to powiadam wam, tyle najechało!... O, jejku, jejku! Anibyś przez cały dzień ich nie przeliczył!
- I paniby nie zliczyła?
- E, nasza pani toby pewnie zliczyła, ale nikt inny na świecie.
- Na kramach, to takie różne różności, że jej!...
- I karuzela była!
- Mańka wsiadła na konia...
- A nieprawda, na koniu, tobym się nie bała, ale to takie zwierzysko...
- Niechże będzie... i jeszcze nie ruszyło, a już zaczęła strasznie krzyczeć...
- To kiedy miałam krzyczeć? Jakby mnie już doznaku roztrzęsło?
- A potem, jak się nie weźmie kłócić!
- A tak! Bo ja zaraz zsiadłam, nie ujechałam ani tyle, co czarnego za paznogciem - a on mi nie chciał oddać dziesiątki. Ja powiadam: niech pan odda - a on powiada: zapłacone, to przepadło. A ja powiadam: przecie zesiadłam - a on powiada: a czy ja kazałem zesiadać? A ja powiadam: kiedy się bałam - a on powiada: czy z bojem, czy bez boja, to tak samo kosztuje. A ja powiadam: kiedy jeszcze nie ruszyło, a już się tak kiwało - a on powiada: to kiwanie ma być za darmo? A ja powiadam: kiedy dziesiątka to przecie za te dziesięć objazdów, a ja ani razu - a on powiada: mogła panna jechać.
- I dopiero jak jej powiedział "panna", to tak na wszystkich spojrzała, jakby to jej była karuzela i zaraz przestała.
- E-e-e...
Wszystko się dzieciom w Nieborowie strasznie podobało, a już szkoły to się dzieciaki nie mogły dość nachwalić. Jaka wysoka, jakie ma duże okna, jaki ganek na słupkach! Dookoła ogród, sztachetki nowe. Kazik-Łazik przez wszystkie okna zaglądał do środka. Co tam za sale, jakie ławki, jak ślicznie przybrane ściany! Ojej!
- Nie to, co nasza szkoła! Ee, ani przyrównać!
- Nie mogę teraz patrzeć na naszą chałupę.
- Odrapane to, stare!
- Pokrzywione, brudne, zacieka!
- Jabym się zaraz lepiej uczył, jakby szkoła była ładniejsza! - zakrzyknął naostatku Stasiek.
- Zawsze wykręci, kto nie ma chęci!
Stasiek zerwał z krzaku garść łopuchowych kulek i rzucił niemi w gromadę. Porwały się dzieciaki i dalej Staśka gonić. Hyc! hyc! hyc! przez rów i po drodze... Tylko im pięty migały.
Zatrzymały się dopiero u słupka na rozstajach. Siedział tam jakiś podróżny i palił porcelanową fajkę. Musiał być nie tutejszy, bo i odziany był odmiennie: w bronzowe, aksamitne ubranie, i twarz miał obcą: okoloną ryżym zarostem.
- Jak ta wieś nazywa? - zapytał dzieci.
- Cicha Wólka! - odpowiedziały chórem.
- Cicha Wólka. Jo.
Obcy powiódł oczami w prawo i w lewo, w prawo i w lewo. A potem wpatrzył się w jeden punkt. Wyjął z ust fajkę i wskazał nią ku górze.
- A w te chalupe na górze nikogo nie mieszka?
- Chciałby pan kupić?
- Jo, jaby kupił.
Dzieci spojrzały po sobie i uśmiechnęły się. Wszystkie pomyślały toż samo:
- Dobra nasza! niechaj kupi, wystawią nam nową.
Przez chwilę nikt nic nie mówił.
Słońce zachodziło. Nad polami wisiała cisza. Z chałup szły w górę dymy, jak brunatne słupy. Stada gołębi kołowały wysoko, raz srebrne, raz zaróżowione od blasku słońca.
Na pagórku za drogą znaczyła się biedniutka szkoła.
Z nad gąszczu zdziczałych agreściaków, z za wysokich badyli ostów, pokrzyw i łopuchów sterczała jej zwichrzona strzecha, niby potargana czupryna. Jak oczy niewidzącego człowieka, patrzyły jej okienka, zaszłe mgłą pajęczyny, zasnute kurzem. Jak usta, wołające o pomoc, czerniały jej drzwi wyrwane, krzywo wiszące na jednej zawiasie.
Obcy nie przestawał wpatrywać się w górkę.
- Jo, jaby kupił. Kogo ona?
- To nasza szkoła.
- Hi-hi-hi... - zaśmiał się brodacz i wyszczerzył wielkie żótłe zęby.
- Ja myślał: psia buda.
A dzieciaki nagle jakby kto batem smagnął. Zbiły się w kupkę i zjeżyły hardo.
- To za drogie na wasze pieniądze! - krzyknął Wicek i puścił się pierwszy, a gromada za nim.
Zatrzymali się dopiero na tej piaszczystej górce, która złociła się naprzeciwko szkoły po drugiej stronie drogi.
- Psia buda! Patrzcie go, nie wiedzieć skąd przyszedł i będzie tu wydziwiał!
- Ale! - krzyknęły groźnie dzieciaki.
Poczuli teraz, że szkoła i oni to jedno. Jaka jest, taka jest - ale należy do nich. Jaka jest, taka jest - ale oni należą do niej.
Usiedli przy sobie blisko; odwrócili się tyłem do obcego brodacza.
I pierwszy zaczął Marek, ten nielubiący byle co mówić. Zaczął wolno i cicho, jakgdyby mówił sam do siebie:
- Żeby tak strzechę połatać świeżemi snopkami...
Tak za Markiem zaraz i te inne dzieci:
- Całą obielić...
- Szybki wyszorować doczysta...
- Dokoła okienek lubryką takie kwiatki...
- Zawiaski przybić...
- Pod oknami ziemię skopać...
- Barwinkiem obsadzić - całą zimę się zieleni...
- Wikliną ogrodzić...
- W klasie też ściany obielić...
- A znów te ławki...
I tak każde: niby do siebie, niby do gromady.
Brodacz ruszył z rozstajów i szedł drogą. Naprzeciwko szkoły przystanął. Wziął się pod boki i patrzył na wzgórek. Stał tyłem do dzieci. Z pewnością uśmiechał się urągliwie. Dzieci wszystkie, ile ich stało na piaszczystej górce, czuły, że ten obcy uśmiecha się urągliwie.
Julka wysunęła się z gromady.
- Nie macie co czasu tracić. Idźcie dalej. To nasza szkoła i my jej nie damy.
A potem powiedziała ciszej, nie wiedzieć do kogo:
- Nie bój się.
Słońce wychynęło z za ostatniej chmurki i wsparło się o ziemię. Szkoła na wzgórku na chwilę stanęła zróżowiona od blasku, w tem zróżowieniu jakaś młoda i wesoła. Okienka strzeliły żywemi promieniami.