Wesele - Stanisław Wyspiański

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena 10.

POETA, MARYNA.

POETA

Żeby mi tak rze­kła która,

ser­cem już dys­po­nu­jąca,

tak po pro­stu: "no chcę cie­bie",

jak jaka wiej­ska dziew­czyna...

MARYNA

To niby ja ta dziew­czyna,

ja oświad­czyć się mająca?

Skądże taka pewna mina?

POETA

Wcale insze mia­łem plany,

jeź­lim plany miał w ogóle -

chcia­łem coś powie­dzieć czule,

chcia­łem zapu­kać w ser­duszko,

coś usły­szeć, coś pod­słu­chać:

jak się to tam musi ruchać,

jak się to tam musi palić - ?!

MARYNA

Muszę panu się poża­lić,

w ser­duszku nie napa­lone;

jak kto weź­mie mnie za żonę,

będzie sobie cie­pło chwa­lić;

muszę panu się poża­lić:

choć zimno, można się spa­rzyć.

POETA

Amor mógłby gospo­da­rzyć.

MARYNA

Amor ślepy, może zdra­dzić.

POETA

Amor: duch skrzy­dlaty, goń­czy.

MARYNA

Pre­ten­sji do skrzy­deł wiele.

POETA

Więc się na pre­ten­sjach koń­czy

MARYNA

A nie koń­czy się w kościele.

POETA

Byłby to już Amor w klatce.

MARYNA

Lis w pułapce.

POETA

Motyl w siatce.

MARYNA

Paź kró­lo­wej na usłu­gach.

POETA

Ślub po zapła­co­nych dłu­gach.

Miłość nęci roz­ma­ita.

MARYNA

A, to z nami kwita.

POETA

Kwita -

nie myśla­łem, że coś świta,

pani pra­wie obra­żona - ?

MARYNA

Cze­goż to pan jesz­cze szuka?

POETA

Że nie poszła w las nauka.

MARYNA

Któż się uczył?

POETA

Tak wza­jem­nie:

Ja od pani, pani ze mnie.

MARYNA

A na cóż mnie tej nauki?

POETA

Na nic.

MARYNA

Więc?

POETA

Sztuka dla sztuki.

MARYNA

Zawrót głowy, wielka chwała;

niech pan sztuki płata różne,

byle­bym ja spo­kój miała.

POETA

Roz­mowa z panienką młodą,

jak ją zwy­kle mło­dzi wiodą

w takim stylu skrzy­deł­ko­wym;

roz­mowa z panną upartą:

o miło­ści, o Amo­rze,

o kocha­niu, co w tym, owym

z nagła się prze­ja­wić może; -

szepty z panną cza­ru­jącą,

przez pół serio, przez pół drwiąco -

zawsze jesz­cze stu­dium warto.

MARYNA

Przez pół drwiąco, przez pół serio

bawi się pan galan­te­rią.

POETA

Ale gdzie ta, ale gdzie ta.

MARYNA

Pan poeta, pan poeta.

Coś, jak liryzm, struna brzę­kła:

ja o pana się prze­lę­kła,

że ta strzała nie­spo­dziana

może tra­fić, ale pana.

POETA

Bawię panią galan­te­rią

przez pół drwiąco, przez pół serio;

stąd się styl osobny stwa­rza:

nikt nikogo nie dosięga,

nikt nikogo nie obraża -

na łok­cie różowa wstęga -

nie pro­wa­dzi do ołta­rza. -

Tajem­nicą jest kobieta.

MARYNA

Słu­cham, co to za wymowa!

POETA

Słowa, słowa, słowa, słowa.

MARYNA

Ale gdzie ta, ale gdzie ta!

POETA

Jakaż znów reflek­sja nowa?

MARYNA

Pan poeta, pan poeta.

Scena 15.

MARYNA, POETA.

POETA

Elek­trycz­ność z oczu bije.

MARYNA

Zgrza­łam się przy tań­co­wa­niu.

POETA

Pani marzy o kocha­niu -

co tam pani serce czyje.

MARYNA

Może pań­skie serce zatem - - ?

POETA

Umie pani strze­lać batem - - ?

MARYNA

Jak to, co to - tak przez kogo?

POETA

Tak w powie­trze, a sze­roko.

MARYNA

Co tam panu serce czyje;

a umie pan kop­nąć nogą - - ?

POETA

Tak przez kogo - ?

MARYNA

Nie tak srogo -

tak w powie­trze, a wysoko.

POETA

Na co, po co?

MARYNA

Dla niczego.

POETA

To nic złego.

MARYNA

I nic z tego.

POETA

To zagadka?

MARYNA

Sfinks.

POETA

Meduza.

MARYNA

Może z tego pan odgad­nie

nowo­cze­sny styl har­buza;

tak jak ja odga­dłam snad­nie:

próż­ność na wyso­kiej skale,

w swo­jej wła­snej śpiącą chwale.

POETA

Zeus i Pan Bóg mieszka w nie­bie,

przed­się obaj są u sie­bie.

Psy­che to naj­czu­lej pie­ści. -

O tym, gdzie kto śpi wysoko,

pani wie coś z głu­chych wie­ści;

nie dosię­gło jesz­cze oko.

MARYNA

Rozu­miem coś z wielką biedą,

nie dosię­gło jesz­cze oko,

nie zawlo­kłam się na tur­nie;

tak tam dum­nie, szum­nie, chmur­nie.

Bała­muc­twa w wiel­kim stylu,

które już prze­żyło tylu,

różni więksi, mniejsi, niscy;

wszystko bar­dzo wyjąt­kowe,

bar­dzo dziwne, bar­dzo nowe,

tylko że tak robią wszy­scy.

POETA

Słu­cham, co to za wymowa - ?

MARYNA

Słowa, słowa, słowa, słowa.

POETA

To uczu­cia tak się garną;

szkoda, żeby szły na marno.

MARYNA

Ale gdzie ta, ale gdzie ta.

Pan myśli, że ja zajęta?

POETA

Widzę, że pani pamięta,

jaka komu ety­kieta

przy­le­piona i przy­pięta.

MARYNA

Szkoda, żeby szły na marno

te uczu­cia, co się garną:

pan poeta, pan poeta.

POETA

Otóż to, to ety­kieta.

Dekoracja

DEKO­RA­CJA:

Noc listo­pa­dowa; w cha­cie, w świe­tlicy. Izba wybie­lona siwo, pra­wie błę­kitna, jed­nym sza­ra­wym tonem pół­błę­kitu obej­mu­jąca i sprzęty, i ludzi, któ­rzy się przez nią prze­suną.

Przez drzwi otwarte z boku, ku sieni, sły­chać huczne wese­li­sko, buczące basy, piska­nie skrzy­piec, nie­sforny klar­net, huka­nia chło­pów i bab i przy­głu­sza­jący wszystką nutę jeden melo­dyjny szum i rumot tupo­ta­ją­cych tan­ce­rzy, co się tam kręcą w zbi­tej masie w takt jakiejś giną­cej we wrza­wie pio­senki...

I cała uwaga osób, które przez tę izbę-scenę przejdą, zwró­cona jest tam, cią­gle tam; zasłu­chani, zapa­trzeni usta­wicz­nie w ten tan, na pol­ską nutę... wiru­jący dookoła; w pół­świe­tle kuchen­nej lampy, taniec kolo­rów, kra­sych wstą­żek, pawich piór, kie­re­zyj, barw­nych kafta­nów i kaba­tów, nasza dzi­siej­sza wiej­ska Pol­ska.

A na ścia­nie głęb­nej: drzwi do alkie­rzyka, gdzie łóżka gospo­dar­stwa i koły­ska, i pośpione na łóż­kach dzieci, a górą zsze­re­go­wani Święci obraz­kowi. Na dru­giej bocz­nej ścia­nie izby: okienko przy­sło­nione białą muśli­nową fira­neczką; nad oknem wie­niec dożyn­kowy z kło­sów; - za oknem ciemno, mrok - za oknem sad, a na desz­czu i sło­cie krzew, otu­lony w słomę, w zimową ochronę okryty.

Na środku izby stół okrą­gły, pod bia­łym, sutym obru­sem, gdzie przy jarzą­cych brą­zo­wych świecz­ni­kach żydow­skich suta zastawa, tale­rze ponie­chane tak, jak dopiero co od nich cała weselna drużba wstała, w nie­ła­dzie, gdzie nikt o sprzą­ta­niu nie myśli. Około stołu pro­ste drew­niane stołki kuchenne z bia­łego drzewa; przy tym na izbie biurko, zarzu­cone mnó­stwem papie­rów; ponad biur­kiem foto­gra­fia Matej­kow­skiego "Wer­ny­hory" i lito­gra­ficzne odbi­cie Matej­kow­skich "Racła­wic". Przy ścia­nie w głębi sofa wysza­rzana; ponad nią zło­żone w krzyż sza­ble, flinty, pasy podróżne, torba skó­rzana. W innym kącie piec bie­lony, do maści z izbą; obok pieca sto­lik empire, zdobny świe­cą­cymi resz­tami brą­zów, na któ­rym zegar stary, ala­ba­stro­wymi kolu­mien­kami dźwi­ga­jący zło­cony krąg godzin; nad zega­rem por­tret pięk­nej damy w stroju z lat 1840 w lek­kim muśli­no­wym zawoju przy twa­rzy mło­dej w lokach i na ciem­nej sukni.

U boku drzwi wesel­nych skrzy­nia ogromna wyprawna wiej­ska, malo­wana w kwiatki pstre i pstre dese­nie; wytarta już i wybla­kła. Pod oknem stary grat, fotel z wyso­kim opar­ciem. Nad drzwiami wesel­nymi ogromny obraz Matki Boskiej Ostro­bram­skiej z jej sukienką srebrną i zło­tym oto­kiem pro­mieni na tle głę­bo­kiego sza­firu; a nad drzwiami alkie­rza takiż ogromny obraz Matki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, w utka­nej wzo­rzy­stej sza­cie, w kora­lach i koro­nie pol­skiej Kró­lo­wej, z Dzie­ciąt­kiem, które rączkę ku bło­go­sła­wie­niu wznio­sło. Strop drew­niany w dłu­gie belki pro­ste z wypi­sa­nym na nich Sło­wem Bożym i rokiem pobu­do­wa­nia.

RZECZ DZIEJE SIĘ W ROKU TYSIĄC DZIE­WIĘĆ­SET­NYM