Weronika postanawia umrzeć - Paulo Coelho

Kup ebooka

42.00 zł
35.26 zł (34,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

"Wsze­dłem do małego pomiesz­cze­nia, któ­rego ściany wyło­żone były kafel­kami. Stała tam leżanka przy­kryta gumo­wym prze­ście­ra­dłem, a u wez­gło­wia znaj­do­wała się apa­ra­tura z korbką.

-?Będę miał elek­trow­strząsy, prawda? -?spy­ta­łem dok­tora Ben­ja­mina Gaspara Gomesa.

-?Niech się pan nie mar­twi. To tylko strasz­nie wygląda, ale nic nie boli.

Kiedy poło­ży­łem się na leżance, pie­lę­gniarz wetknął mi mię­dzy usta coś w kształ­cie rurki, żeby unie­ru­cho­mić mi język i przy­ło­żył do skroni dwie koń­cówki apa­ratu przy­po­mi­na­jące słu­chawki.

Utkwi­łem wzrok w sufi­cie z łusz­czącą się farbą. Usły­sza­łem dźwięk korbki i wpa­dłem w ciem­ność, jakby ktoś spu­ścił czarną kur­tynę. Wszystko spo­wił mrok.

Lekarz miał rację. Nic nie bolało".

Przy­to­czona powy­żej scena nie pocho­dzi z mojej książki Wero­nika posta­na­wia umrzeć.

To frag­ment z dzien­nika, który pisa­łem pod­czas dru­giego pobytu w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. Był rok 1966. W Bra­zy­lii trwał ponury okres dyk­ta­tury woj­sko­wej (1964-1989) i mecha­ni­zmy spo­łeczne spra­wiły, że repre­sje, które sto­so­wano w życiu zewnętrz­nym prze­ro­dziły się w repre­sje w życiu wewnętrz­nym jed­nostki (co obec­nie dzieje się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, gdzie nie można spoj­rzeć na kobietę, jeśli obok nie stoi adwo­kat). Dla­tego w rodzi­nach klasy śred­niej było nie do pomy­śle­nia, żeby dzieci czy wnuki zosta­wały "arty­stami". W tam­tych cza­sach w Bra­zy­lii słowo to było rów­no­znaczne z homo­sek­su­ali­stą, komu­ni­stą, nar­ko­ma­nem lub włó­częgą.

Mia­łem osiem­na­ście lat i wie­rzy­łem, że mój świat może współ­ist­nieć ze świa­tem moich rodzi­ców. Cho­dzi­łem do jezu­ic­kiej szkoły, sta­ra­łem się mieć dobre oceny, popo­łu­dniami uczy­łem się, ale wie­czo­rami pró­bo­wa­łem wpro­wa­dzać w życie sen o byciu "arty­stą". Nie za bar­dzo wie­dzia­łem, od czego zacząć, więc zaan­ga­żo­wa­łem się w dzia­łal­ność ama­tor­skiego teatru. Ni­gdy nie marzy­łem o karie­rze pro­fe­sjo­nal­nego aktora, ale przy­naj­mniej mogłem prze­by­wać wśród ludzi o podob­nych zain­te­re­so­wa­niach.

Nie­stety moi rodzice nie podzie­lali mojego poglądu, że te dwa tak różne światy mogą ist­nieć obok sie­bie. Pew­nego dnia, gdy obu­dzi­łem się rano ska­co­wany po poprzed­niej nocy, ujrza­łem wpa­tru­ją­cych się we mnie dwóch pie­lę­gnia­rzy.

-?Pój­dziesz z nami -?oznaj­mił jeden z nich.

Matka pła­kała, ojciec pró­bo­wał zacho­wać kamienną twarz.

-?To dla two­jego dobra -?dodał męż­czy­zna. -?Zro­bimy ci bada­nia.

I tak zaczęła się moja wędrówka przez kolejne szpi­tale psy­chia­tryczne. Przyj­mo­wano mnie na oddział, pod­da­wano naj­róż­niej­szym bada­niom, w końcu ucie­ka­łem, podró­żo­wa­łem do czasu, aż mia­łem dosyć i wra­ca­łem do rodzin­nego domu na krótki "mie­siąc mio­dowy". Cho­dzi­łem przy­kład­nie do szkoły, szybko jed­nak zaczy­na­łem znów spo­ty­kać się z gro­nem zna­jo­mych, któ­rych rodzice nazy­wali "złym towa­rzy­stwem", i znów poja­wiali się pie­lę­gnia­rze.

Cza­sem w życiu toczymy bitwy, które mogą nas albo znisz­czyć, albo wzmoc­nić. Pobyt w szpi­talu psy­chia­trycz­nym był dla mnie jed­nym z takich prze­żyć.

Któ­re­goś wie­czora, roz­ma­wia­jąc z pew­nym pacjen­tem, powie­dzia­łem:

-?Wiesz co? Jestem pewien, że każdy, przy­naj­mniej raz w życiu, marzył, żeby zostać pre­zy­den­tem repu­bliki. Nie­stety ani ja, ani ty nie możemy zre­ali­zo­wać tego marze­nia, bo mamy nie­od­po­wied­nie życio­rysy.

-?A więc nie mamy nic do stra­ce­nia. Możemy robić, co nam przyj­dzie do głowy -?odpo­wie­dział.

Miał rację. Sytu­acja, w któ­rej się zna­la­złem, była tak nie­zwy­kła, tak skrajna, że nio­sła ze sobą coś, czego wcze­śniej nie zazna­łem - nie­ogra­ni­czoną wol­ność. Wysiłki mojej rodziny, żebym stał się jak inni, przy­nio­sły odwrotny sku­tek. Sta­łem się cał­kiem odmienny od moich rówie­śni­ków.

Tam­tej nocy dokład­nie prze­my­śla­łem swoją przy­szłość. Mogłem zostać pisa­rzem albo, co wów­czas wyda­wało mi się bar­dziej praw­do­po­dobne, praw­dzi­wym waria­tem. Był­bym na utrzy­ma­niu pań­stwa, już ni­gdy nie musiał­bym pra­co­wać ani być za cokol­wiek odpo­wie­dzialny. Oczy­wi­ście wią­zało się to z dłu­gimi poby­tami w szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych. Jed­nak z wła­snego doświad­cze­nia wie­dzia­łem, że pacjenci nie zacho­wy­wali się tak jak w hol­ly­wo­odz­kich fil­mach, chyba że w skraj­nych przy­pad­kach kata­to­nii lub schi­zo­fre­nii. Zazwy­czaj potra­fili pro­wa­dzić cie­kawe i ory­gi­nalne dys­ku­sje o życiu. Co prawda mie­wali ataki paniki, apa­tii lub agre­sji, ale one zazwy­czaj szybko mijały.

Naj­więk­sze zagro­że­nie zwią­zane z poby­tem w szpi­talu psy­chia­trycz­nym nie pole­gało na utra­cie szansy na fotel pre­zy­denta ani na tym, że zosta­łem wyklu­czony i nie­spra­wie­dli­wie osą­dzony przez rodzinę. W głębi serca rozu­mia­łem, że zamknię­cie mnie w szpi­talu było despe­rac­kim aktem miło­ści, skut­kiem nado­pie­kuń­czo­ści. Naj­więk­szym zagro­że­niem było uzna­nie, że sytu­acja, w któ­rej się zna­la­złem, jest nor­malna.

Gdy opu­ści­łem szpi­tal po raz trzeci, powta­rza­jąc znany cykl: ucieczka, podróż, powrót do domu, zamknię­cie w psy­chia­tryku, mia­łem pra­wie dwa­dzie­ścia lat. Zdą­ży­łem się przy­zwy­czaić do tego trybu życia. Jed­nak tym razem coś się zmie­niło.

Mimo że znów wpa­dłem w "złe towa­rzy­stwo", rodzice z nie­chę­cią myśleli o ponow­nym umiesz­cze­niu mnie w zakła­dzie psy­chia­trycz­nym. Jesz­cze tego nie wie­dzia­łem, ale uznali mój przy­pa­dek za bez­na­dziejny. Woleli mieć mnie na oku i utrzy­my­wać do końca życia.

Zacho­wy­wa­łem się coraz gorzej, coraz bar­dziej agre­syw­nie i nie stało się nic -?nie zamknęli mnie. Wpa­dłem w eufo­rię. Szu­ka­łem róż­nych spo­so­bów wyra­że­nia tak zwa­nej wol­no­ści, która miała dopro­wa­dzić mnie do życia praw­dzi­wego "arty­sty". Rzu­ci­łem pracę, którą rodzice mi zała­twili, prze­sta­łem się uczyć, cał­ko­wi­cie pochło­nęły mnie teatr i życie inte­lek­tu­alne w noc­nych barach. Przez cały długi rok robi­łem, co chcia­łem. Wresz­cie poli­cja poli­tyczna roz­wią­zała naszą trupę teatralną, w barach poja­wili się taj­niacy, a wydawcy po raz kolejny odrzu­cili moje opo­wia­da­nia. Żadna dziew­czyna nie chciała ze mną cho­dzić -?byłem face­tem bez przy­szło­ści, bez per­spek­tyw na zawo­dową karierę. Nie zaczą­łem nawet żad­nych stu­diów.

Dla­tego pew­nego dnia posta­no­wi­łem zde­mo­lo­wać mój pokój. Był to jedyny spo­sób wyra­że­nia bez słów mojego ówcze­snego stanu umy­słu. "Czy nie rozu­mie­cie, że nie mogę dłu­żej tak żyć? Nie jestem w sta­nie zna­leźć pracy, nie potra­fię zre­ali­zo­wać marzeń. Mie­li­ście rację! Jestem waria­tem i chcę wró­cić do szpi­tala!".

Jed­nak los potrafi pła­tać figle. Gdy zde­wa­sto­wa­łem pokój, z ulgą usły­sza­łem, jak rodzice dzwo­nią do szpi­tala. Oka­zało się, że lekarz, który się mną zaj­mo­wał, był na urlo­pie. Przy­słali więc mło­dego sta­ży­stę w towa­rzy­stwie dwóch pie­lę­gnia­rzy. Sta­ży­sta zastał mnie sie­dzą­cego pośród sterty poszar­pa­nych ksią­żek, poła­ma­nych płyt, roz­dar­tych zasłon. Wypro­sił rodzi­ców i pie­lę­gnia­rzy z pokoju.

-?Co się dzieje? -?spy­tał.

Nie odpo­wie­dzia­łem. Wariat powi­nien zacho­wy­wać się, jakby był nie­obecny.

-?Prze­stań się wygłu­piać -?powie­dział nie­zra­żony moim mil­cze­niem. - Przej­rza­łem twoją kartę pacjenta. Nie jesteś żad­nym waria­tem. Nie zabiorę cię do szpi­tala.

Wyszedł, zapi­sał mi tabletki uspo­ka­ja­jące i (o czym dowie­dzia­łem się dużo póź­niej) powie­dział rodzi­com, że mam "syn­drom hospi­ta­li­za­cji", syn­drom osoby cał­kiem nor­mal­nej, która za wszelką cenę chce być zamknięta w szpi­talu, ponie­waż prze­żywa nie­co­dzienną sytu­ację - depre­sję, napad gniewu czy paniki. Wybiera cho­robę, gdyż bycie "nor­mal­nym" wymaga zbyt wiele zachodu -?"nor­mal­ność" go prze­ra­sta. Rodzice wysłu­chali jego dia­gnozy i już ni­gdy nie pró­bo­wali zamknąć mnie w szpi­talu psy­chia­trycz­nym.

Od tam­tego dnia mogłem zapo­mnieć o kom­for­cie życia wariata. Sam musia­łem wyli­zać się z ran, prze­gra­łem nie­jedną bitwę, kilka wygra­łem, nie­raz rezy­gno­wa­łem z nie­re­al­nych marzeń, by wresz­cie któ­re­goś dnia po raz kolejny rzu­cić wszystko i udać się na piel­grzymkę do San­tiago de Com­po­stela. Zro­zu­mia­łem, że nie mogę dłu­żej ucie­kać przed prze­zna­cze­niem, muszę zostać "arty­stą", czyli w moim przy­padku pisa­rzem. W wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat posta­no­wi­łem napi­sać pierw­szą książkę, tym samym roz­po­czy­na­jąc walkę, któ­rej pod­świa­do­mie tak się oba­wia­łem -?walkę o wła­sne marze­nia.

Zna­la­złem wydawcę i po książce zaty­tu­ło­wa­nej Piel­grzym, która była rela­cją z moich prze­żyć pod­czas piel­grzymki do San­tiago de Com­po­stela, napi­sa­łem kolejną -?Alche­mika. Po niej poja­wiły się następne, a wraz z nimi prze­kłady na języki obce. Zaczą­łem jeź­dzić po całym świe­cie na spo­tka­nia autor­skie i odczyty. Choć wciąż było mi daleko do speł­nie­nia marzeń, ich osią­gnię­cie wyda­wało mi się nieco bar­dziej realne. Prze­ko­na­łem się, że Wszech­świat wspiera tych, któ­rzy wal­czą o swoje marze­nia. Był rok 1997. Koń­czy­łem długą i męczącą podróż przez trzy kon­ty­nenty, pod­czas któ­rej pro­mo­wa­łem moje książki. Zauwa­ży­łem oso­bliwą rzecz -?moje marze­nia z cza­sów, gdy zde­mo­lo­wa­łem swój pokój, były podobne do marzeń wielu innych ludzi. Mimo to woleli żyć na oddziale zamknię­tym szpi­tala psy­chia­trycz­nego, wier­nie wypeł­nia­jąc nakazy stwo­rzone przez nie wia­domo kogo, zamiast wal­czyć o prawo do bycia sobą. Pod­czas lotu do Tokio natkną­łem się na cie­kawy arty­kuł:

"Według Głów­nego Urzędu Sta­ty­stycz­nego Kanady 40% osób mię­dzy 15 a 34 rokiem życia, 33% mię­dzy 35 a 54 rokiem życia i 20% mię­dzy 55 a 64 rokiem życia prze­szło cho­robę psy­chiczną. Według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa jedna osoba na pięć doświad­czyła w swoim życiu zabu­rzeń psy­chicz­nych".

Pomy­śla­łem sobie: jak to moż­liwe, że w Kana­dzie, która nie prze­szła przez kosz­mar woj­sko­wej dyk­ta­tury i jest kra­jem, gdzie panuje jeden z naj­więk­szych dobro­by­tów na świe­cie, jest tylu waria­tów i dla­czego nie są oni leczeni?

Pyta­nie to spro­wo­ko­wało następne. Czym wła­ści­wie jest sza­leń­stwo?

Zna­la­złem odpo­wiedź na oba pyta­nia. Po pierw­sze, ludzi nie zamyka się w szpi­ta­lach psy­chia­trycz­nych, ponie­waż są spo­łecz­nie przy­datni. Dopóki jesteś w sta­nie zja­wić się w pracy o godzi­nie 9:00 i wyjść o 17:00, w odczu­ciu spo­łecz­nym jesteś zdrowy psy­chicz­nie. I nie ma zna­cze­nia, czy mię­dzy godziną 17:01 a 8:59 sie­dzisz przed tele­wi­zo­rem w sta­nie kata­to­nii, prze­ży­wasz naj­bar­dziej per­wer­syjne fan­ta­zje sek­su­alne w Inter­ne­cie, gapisz się w ścianę, obwi­nia­jąc świat za nie­spra­wie­dli­wo­ści, które cię spo­tkały, wpa­dasz w panikę na myśl o wyj­ściu z domu, poświę­casz zbyt wiele lub zbyt mało uwagi higie­nie oso­bi­stej, czu­jesz apa­tię albo masz nie­kon­tro­lo­wane napady pła­czu. Dopóki zja­wiasz się w pracy i dajesz coś spo­łe­czeń­stwu, nie sta­no­wisz zagro­że­nia. Sta­jesz się nim dopiero, gdy kro­pla prze­pełni czarę. Wtedy nagle, w jed­nej chwili wycho­dzisz na ulicę z kara­bi­nem maszy­no­wym, wkra­czasz do sali kino­wej na seans dla dzieci i zabi­jasz pięt­na­ścioro malu­chów, bo chcesz zwró­cić uwagę świata na zgubny wpływ Toma i Jerry'ego w pro­ce­sie edu­ka­cji. Dopóki tego nie zro­bisz, jesteś uwa­żany za nor­mal­nego czło­wieka.

A sza­leń­stwo? Sza­leń­stwo to nie­moż­ność komu­ni­ko­wa­nia się.

Pomię­dzy nor­mal­no­ścią i sza­leń­stwem, które w rze­czy­wi­sto­ści są jed­nym i tym samym, ist­nieje stan przej­ściowy -?"bycie innym". Ludzie coraz czę­ściej boją się "inno­ści". Już w Japo­nii, prze­my­śla­łem arty­kuł o kana­dyj­skich sta­ty­sty­kach i wpa­dłem na pomysł książki opar­tej na moich wła­snych doświad­cze­niach. Napi­sa­łem powieść Wero­nika posta­na­wia umrzeć w trze­ciej oso­bie, wyko­rzy­stu­jąc kobiecy pier­wia­stek mojej oso­bo­wo­ści. Zda­wa­łem sobie sprawę, że znacz­nie waż­niej­sze od doświad­cze­nia pobytu w szpi­talu jest ryzyko bycia innym i kosz­mar bycia takim jak inni.

Dopiero kiedy ręko­pis był gotowy do druku, odby­łem roz­mowę z ojcem. Kiedy już minął trudny okres mojego doj­rze­wa­nia, rodzice ni­gdy nie wyba­czyli sobie tego, co zro­bili. Powta­rza­łem im, że to nie było tak tra­giczne, jak myśleli, że znacz­nie gorzej prze­ży­łem wię­zie­nie (z powo­dów poli­tycz­nych byłem aresz­to­wany trzy razy). Jed­nak nie chcieli mi uwie­rzyć i długo żyli w poczu­ciu winy.

-?Napi­sa­łem książkę o poby­cie w szpi­talu psy­chia­trycz­nym -?powie­dzia­łem ojcu, który wła­śnie skoń­czył osiem­dzie­siąt pięć lat. -?To powieść, fik­cja, ale poja­wiam się jako postać na dwóch stro­nach książki. Ludzie dowie­dzą się, że byłem pacjen­tem szpi­tala psy­chia­trycz­nego.

Ojciec spoj­rzał mi w oczy i spy­tał:

-?Jesteś pewien, że to ci nie zaszko­dzi?

-?Jestem pewien, tato.

-?Wobec tego zrób to. Jestem już zmę­czony dusze­niem tego w sobie.

Wero­nika posta­na­wia umrzeć uka­zała się w Bra­zy­lii w sierp­niu 1998 roku. We wrze­śniu otrzy­ma­łem ponad 1200 e-maili i listów, któ­rych auto­rzy opi­sy­wali swoje doświad­cze­nia tak bar­dzo podobne do moich. W paź­dzier­niku tego samego roku pro­ble­mom poru­szo­nym w książce, takim jak depre­sja, napady paniki, ten­den­cje samo­bój­cze poświę­cono w Bra­zy­lii semi­na­rium, które odbiło się sze­ro­kim echem w całym kraju. 22 stycz­nia 1999 roku pod­czas wal­nego zgro­ma­dze­nia sena­tor Edu­ardo Suplicy przy­to­czył frag­menty mojej książki, dopro­wa­dza­jąc do przy­ję­cia ustawy o zaka­zie nie­uza­sad­nio­nej hospi­ta­li­za­cji, któ­rej pro­jekt na dzie­sięć lat utknął w Kon­gre­sie Naro­do­wym.

Paulo Coelho tłum. Zofia Sta­ni­sław­ska

Weronika postanawia umrzeć

Dwu­dzie­stego pierw­szego listo­pada 1997 roku Wero­nika uznała, że nad­szedł w końcu czas, by popeł­nić samo­bój­stwo. Dokład­nie posprzą­tała wynaj­mo­wany u zakon­nic w klasz­to­rze pokój, wyłą­czyła ogrze­wa­nie, umyła zęby i poło­żyła się do łóżka.

Z blatu noc­nego sto­lika wzięła cztery opa­ko­wa­nia table­tek nasen­nych. Zamiast roz­kru­szyć je i roz­pu­ścić w wodzie, posta­no­wiła brać jedną po dru­giej, bo zamiar to jedno, a nie­od­wra­cal­ność czynu to dru­gie i chciała zosta­wić sobie moż­li­wość wyco­fa­nia się. Jed­nak z każdą poły­kaną tabletką utwier­dzała się w słusz­no­ści swo­jej decy­zji i po pię­ciu minu­tach opa­ko­wa­nia były puste.

Ponie­waż nie wie­działa dokład­nie, ile czasu upły­nie, zanim straci przy­tom­ność, wzięła do ręki leżący przy łóżku, wła­śnie nade­słany do biblio­teki, w któ­rej pra­co­wała, ostatni numer fran­cu­skiego cza­so­pi­sma "Homme". Kart­ku­jąc je, zwró­ciła uwagę na arty­kuł o grze kom­pu­te­ro­wej napi­sa­nej przez Paula Coelho, bra­zy­lij­skiego pisa­rza, któ­rego miała oka­zję poznać pod­czas jakiejś kon­fe­ren­cji w kawiarni hotelu Grand Union. Zamie­nili wtedy parę słów i Wero­nika została zapro­szona na kola­cję orga­ni­zo­waną przez jego wydawcę. Na przy­ję­ciu było zbyt dużo ludzi, by udało im się naprawdę poroz­ma­wiać.

Jed­nak dzięki temu, że znała autora, pomy­ślała o nim jakby o kimś bli­skim, a lek­tura repor­tażu o jego pracy mogła wypeł­nić ocze­ki­wa­nie na śmierć. Zaczęła czy­tać arty­kuł o infor­ma­tyce, która wcale jej nie inte­re­so­wała. Dokład­nie tak postę­po­wała przez całe życie -?zawsze szła na łatwi­znę albo zado­wa­lała się tym, co było w zasięgu ręki, jak choćby to cza­so­pi­smo.

Jed­nak już pierw­sza linijka arty­kułu wytrą­ciła ją z natu­ral­nego stanu bier­no­ści i po raz pierw­szy w życiu musiała przy­znać, że ulu­bione zda­nie jej przy­ja­ciół -?"Nic na świe­cie nie zda­rza się przez przy­pa­dek" -?coś jed­nak zna­czy.

Dla­czego dostrze­gła pośród tylu innych wła­śnie te słowa? I to w chwili gdy zaczęła umie­rać? Jakie tajne prze­sła­nie nio­sły ze sobą, jeśli tajne prze­sła­nia w ogóle ist­nieją, bo może to, co się za nie uznaje, to tylko zwy­kłe zbiegi oko­licz­no­ści?

Otóż dzien­ni­karz roz­po­czy­nał swój arty­kuł pyta­niem: "Gdzie leży Sło­we­nia?".

"Nikt nie wie, gdzie leży Sło­we­nia, pomy­ślała. Nikt".

A prze­cież Sło­we­nia ist­niała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w szczy­tach gór na hory­zon­cie i na placu, który widziała z okna swo­jego pokoju. Sło­we­nia to był jej kraj.

Odło­żyła cza­so­pi­smo. Cóż ją teraz mogła obcho­dzić pogarda świata, który lek­ce­wa­żył ist­nie­nie Sło­weń­ców -?nie miała już nic wspól­nego z tym wzgar­dzo­nym naro­dem. Teraz była dumna z sie­bie, że w końcu zdo­była się na odwagę, by poże­gnać się z życiem. Co za radość! I że zro­biła to w spo­sób, o jakim marzyła -?poły­ka­jąc tabletki.

Poszu­ki­wała tych table­tek od pra­wie sze­ściu mie­sięcy. Sądząc, że ni­gdy nie zdoła ich zdo­być, zaczęła nawet myśleć o pod­cię­ciu sobie żył, lecz wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i wystra­szy­łaby zakon­nice. Spra­wi­łaby im tylko kło­pot. Ale decy­zja o samo­bój­stwie zmu­sza do myśle­nia przede wszyst­kim o sobie, inni scho­dzą na drugi plan. Zro­bi­łaby wszystko, byle jej śmierć nie wywo­łała zbyt wiele zamie­sza­nia, ale jeśli pod­cię­cie żył mia­łoby się oka­zać jedy­nym wyj­ściem, to cóż -?zakon­nice musia­łyby to prze­bo­leć i posprzą­tać pokój, ina­czej nie uda­łoby się wyna­jąć go nikomu, bo ludzie, choć to już schy­łek dwu­dzie­stego wieku, wciąż jesz­cze wie­rzą w duchy.

Oczy­wi­ście, mogła się rów­nież rzu­cić z dachu jed­nego z nie­licz­nych wie­żow­ców Lublany, ale ileż nie­po­trzeb­nego cier­pie­nia przy­spo­rzy­łaby rodzi­com! Prócz szoku na wieść o śmierci córki musie­liby jesz­cze prze­żyć iden­ty­fi­ka­cję zma­sa­kro­wa­nych zwłok. Nie, takie roz­wią­za­nie byłoby gor­sze od otwar­cia sobie żył, zosta­wi­łoby nie­za­bliź­nione rany w pamięci istot, które pra­gnęły jedy­nie jej dobra.

"Ze śmier­cią córki będą się w sta­nie z cza­sem pogo­dzić, ale ni­gdy nie zapo­mną widoku roz­trza­ska­nej czaszki" -?myślała.

Mogła strze­lić sobie w skroń, sko­czyć z okna czy się powie­sić -?ale żaden z tych warian­tów nie odpo­wia­dał jej kobie­cej natu­rze. Gdy kobiety decy­dują się na śmierć, wybie­rają bar­dziej roman­tyczne spo­soby - otwie­rają sobie żyły albo przedaw­ko­wują środki nasenne. Opusz­czone księż­niczki czy aktorki Hol­ly­wo­odu dały tego roz­liczne dowody.

Wero­nika wie­działa, że zawsze trzeba cze­kać na wła­ściwy moment. Wresz­cie się docze­kała. Dwaj przy­ja­ciele, poru­szeni jej cią­głym uskar­ża­niem się na bez­sen­ność, zdo­byli od muzy­ków z miej­sco­wej dys­ko­teki po dwa pudełka table­tek nasen­nych. Poło­żyła je na noc­nym sto­liku i przez tydzień flir­to­wała ze śmier­cią, żegna­jąc się bez zbęd­nego sen­ty­men­ta­li­zmu z tym, co zwie się Życiem.

Teraz była szczę­śliwa, że nie cof­nęła się, ale i znu­żona, bo nie wie­działa, co począć z resztką czasu, który jej pozo­stał.

Wró­ciła myślami do dopiero co prze­czy­ta­nych nie­do­rzecz­no­ści. Jak arty­kuł o kom­pu­te­rach może zaczy­nać się tak idio­tycz­nym zda­niem: "Gdzie leży Sło­we­nia?".

Nie znaj­du­jąc nic cie­kaw­szego, czym mogłaby się zająć, posta­no­wiła prze­czy­tać go do końca. Oka­zało się, że wspo­mniana gra kom­pu­te­rowa pro­du­ko­wana jest w Sło­we­nii -?w tym dziw­nym kraju, o któ­rym nikt prócz jego miesz­kań­ców nic nie wie -?ponie­waż siła robo­cza jest tu bar­dzo tania. Fran­cu­ska firma, wpro­wa­dza­jąc przed kil­koma mie­sią­cami ten pro­dukt na rynek, wydała na zamku w Ble­dzie przy­ję­cie dla dzien­ni­ka­rzy z całego świata.

Wero­nika przy­po­mniała sobie, że coś obiło jej się o uszy na temat tego ban­kietu. Był wiel­kim wyda­rze­niem w mie­ście nie tylko dla­tego, że zamek został spe­cjal­nie przy­stro­jony na tę oko­licz­ność, by przy­dał śre­dnio­wiecz­nej aury grze kom­pu­te­ro­wej, ale rów­nież dla­tego, iż w lokal­nej pra­sie roz­go­rzała awan­tura o to, że na przy­ję­cie zostali zapro­szeni dzien­ni­ka­rze z Nie­miec, Fran­cji, Anglii, Włoch i Hisz­pa­nii, ale ze Sło­we­nii nie zapro­szono nikogo.

Autor arty­kułu -?który do Sło­we­nii przy­je­chał po raz pierw­szy, z pew­no­ścią na koszt orga­ni­za­tora, i zamie­rzał spę­dzić miło czas, ocza­ro­wu­jąc kole­gów po fachu i wygła­sza­jąc z pozoru tylko inte­re­su­jące kwe­stie, pijąc i jedząc, nie się­ga­jąc do wła­snej kie­szeni -?roz­po­czął swój arty­kuł żar­tem, który miał chyba zro­bić wra­że­nie na prze­mą­drza­łych inte­lek­tu­ali­stach z jego kraju. Po powro­cie opo­wie­dział zapewne swoim redak­cyj­nym kole­gom kilka zmy­ślo­nych histo­rii o miej­sco­wych oby­cza­jach albo o tym, jak bez fan­ta­zji ubie­rają się Sło­wenki.

Ale to już był jego pro­blem. Wero­nika umie­rała i miała na gło­wie inne zmar­twie­nia. Cho­ciażby czy ist­nieje życie po śmierci albo kiedy znajdą jej ciało. Mimo to -?a może wła­śnie dla­tego -?ten arty­kuł nie dawał jej spo­koju.

Wyj­rzała przez klasz­torne okno wycho­dzące na mały plac w Lubla­nie. "Skoro nikt nie wie, gdzie leży Sło­we­nia -?pomy­ślała -?to Lublana musi być dla ludzi jakimś mitycz­nym mia­stem". Niczym Atlan­tyda, Lemu­ria czy inne zagu­bione lądy, które nie­sa­mo­wi­cie pobu­dzają ludzką wyobraź­nię. Nikt na świe­cie nie ośmie­liłby się roz­po­cząć arty­kułu pyta­niem, gdzie leży Mount Eve­rest. Ale w samym środku Europy dzien­ni­karz sza­nu­ją­cego się cza­so­pi­sma może bez cie­nia wstydu zapy­tać o Sło­we­nię, bo więk­szość czy­tel­ni­ków nie ma poję­cia ani gdzie leży ten kraj, ani tym bar­dziej jego sto­lica Lublana.

Nagle Wero­nika odkryła spo­sób na spę­dze­nie czasu, który jej pozo­stał. Minęło już dzie­sięć minut, a ona wciąż nie czuła żad­nych nie­po­ko­ją­cych obja­wów. Ostat­nim dzie­łem jej życia będzie list do redak­cji tego cza­so­pi­sma, wyja­śnia­jący, że Sło­we­nia jest jed­nym z pię­ciu kra­jów, które powstały na sku­tek roz­padu daw­nej Jugo­sła­wii. To będzie jej list poże­gnalny, choć nie wyjawi w nim praw­dzi­wych przy­czyn swo­jego samo­bój­stwa.

Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wnio­sku, że ode­brała sobie życie, bo w jakiejś gaze­cie nie wie­dzieli, gdzie leży jej kraj. Roze­śmiała się, bo oczyma wyobraźni ujrzała już w pra­sie arty­kuły na temat jej śmierci za naro­dową sprawę. Zdu­miało ją, jak szybko i dia­me­tral­nie zmie­niła zda­nie, bo prze­cież jesz­cze przed chwilą myślała, że wcale nie obcho­dzi jej ten świat i jego geo­po­li­tyczne pro­blemy. Napi­sała list. W przy­pły­wie dobrego humoru nie­mal posta­wiła pod zna­kiem zapy­ta­nia koniecz­ność swo­jej śmierci, ale połknęła już tabletki i było za późno, by się wyco­fać.

Nie zabi­jała się dla­tego, że była wiecz­nie smutna, zgorzk­niała czy przy­gnę­biona. Czę­sto popo­łu­dniami z przy­jem­no­ścią spa­ce­ro­wała uli­cami Lublany lub obser­wo­wała z klasz­tor­nego okna swego pokoju płatki śniegu spa­da­jące na mały plac, na któ­rym stał pomnik poety. Pew­nego razu przez mie­siąc bujała w obło­kach, bo wła­śnie na tym placu jakiś nie­zna­jomy poda­ro­wał jej bukiet kwia­tów.

Uwa­żała się za osobę cał­ko­wi­cie nor­malną. A samo­bój­stwo popeł­niała z dwóch pro­stych powo­dów. Była pewna, że gdyby obja­śniła w liście poże­gnal­nym te powody, wielu ludzi przy­zna­łoby jej rację.

Po pierw­sze, jej życie było mono­tonne. Jej mło­dość szybko prze­mi­nie i powoli sta­nie się zgorzk­niałą, scho­ro­waną sta­ruszką. Wtedy opusz­czą ją przy­ja­ciele. Nie ma co kur­czowo trzy­mać się życia, które może przy­nieść tylko cier­pie­nia.

Po dru­gie, czy­tała gazety i oglą­dała tele­wi­zję, śle­dziła na bie­żąco wyda­rze­nia na świe­cie. Wszystko było okropne, a ona nie mogła temu zara­dzić i czuła się cał­ko­wi­cie bez­silna i bez­u­ży­teczna.

Teraz, za chwilę zazna osta­tecz­nego, śmierci. Po niej nastąpi coś abso­lut­nie innego. Skoń­czyła pisać swój list i sku­piła się na spra­wach istot­niej­szych i bar­dziej przy­sta­ją­cych do chwili, którą wła­śnie żyła, czy też raczej w któ­rej umie­rała.

Sta­rała się wyobra­zić sobie śmierć, ale na próżno. Zresztą nie musiała się nią kło­po­tać, doświad­czy jej nie­ba­wem. Za ile minut? Nie miała poję­cia. Cie­szyło ją, że już wkrótce pozna odpo­wiedź na pyta­nie, które sta­wiali sobie wszy­scy: czy Bóg ist­nieje?

W prze­ci­wień­stwie do wielu ludzi nie był to dla niej ważny dyle­mat. Za cza­sów komu­ni­zmu gło­szono, że życie koń­czy się wraz ze śmier­cią, więc przy­wy­kła do tej myśli. Jed­nak ludzie z poko­le­nia jej rodzi­ców i dziad­ków wciąż cho­dzili do kościoła, odby­wali piel­grzymki, modlili się i żyli w świę­tym prze­ko­na­niu, że Bóg przy­kłada wagę do ich słów.

W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, prze­żyw­szy to, co było jej dane prze­żyć -?a było tego sporo! -?Wero­nika była nie­mal pewna, że wszystko skoń­czy się wraz ze śmier­cią. Dla­tego wybrała samo­bój­stwo -?naresz­cie uwol­nie­nie i wieczna nie­pa­mięć.

Jed­nak w głębi serca koła­tała się jesz­cze wąt­pli­wość: a jeśli Bóg ist­nieje? Tysiące lat cywi­li­za­cji uczy­niło z samo­bój­stwa tabu, obrazę wszel­kich reli­gij­nych przy­ka­zań. Czło­wiek wal­czy, by prze­trwać, a nie po to, by się pod­dać. Ludzie powinni się mno­żyć. Spo­łe­czeń­stwu potrzeba rąk do pracy. Kobieta i męż­czy­zna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre i złe, nawet kiedy ich miłość już wyga­sła. Pań­stwu potrzebni są żoł­nie­rze, poli­tycy i arty­ści. Myślała tak: "Jeśli Bóg ist­nieje -?w co szcze­rze wąt­pię -?zro­zu­mie, że ist­nieją gra­nice ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści. To On stwo­rzył cały ten nie­ład, gdzie panuje nędza, nie­spra­wie­dli­wość, chci­wość, samot­ność. Jego zamiary były wpraw­dzie wspa­niałe, ale rezul­taty oka­zały się opła­kane. Jeśli Bóg ist­nieje, będzie zapewne wspa­nia­ło­myślny wobec istot, które zechciały prę­dzej opu­ścić ten padół, a może nawet prze­prosi za to, że zmu­sił nas do odby­cia ziem­skiej wędrówki".

Precz z tabu! Precz z prze­są­dami! Jej głę­boko wie­rząca matka mawiała, że Bóg zna prze­szłość, teraź­niej­szość i przy­szłość. A zatem powo­łał ją na ten świat w pełni świa­dom, że ona pew­nego dnia odbie­rze sobie życie, i Jego ten czyn nie zaszo­kuje.

Poczuła mdło­ści, które szybko zaczęły nasi­lać. Po paru minu­tach nie potra­fiła już się sku­pić na widoku z okna. Była zima, około czwar­tej po połu­dniu, słońce już zacho­dziło. Dla innych życie będzie toczyć się dalej. Wła­śnie jakiś chło­pak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie przy­szło, że ona umiera. Grupa boli­wij­skich muzy­ków (gdzie leży Boli­wia? Dla­czego arty­kuły w gaze­tach nie zaczy­nają się od takiego pyta­nia?) grała przed pomni­kiem France Prešerena, wiel­kiego sło­weń­skiego poety, który odci­snął swój ślad w duszy jej narodu.

Czy uda jej się wysłu­chać do końca melo­dii docho­dzą­cej z placu? Byłoby to piękne poże­gna­nie z życiem -?zapa­da­jący zmierzch, melo­dia nio­sąca marze­nia z dru­giego krańca świata, przy­tulny i cie­pły pokój, piękny i pełen życia chło­pak, który wła­śnie zatrzy­mał się i na nią patrzył. Środki nasenne zaczęły dzia­łać. Ten prze­cho­dzień był ostat­nim czło­wie­kiem, jakiego widzi.

Uśmiech­nął się. Odwza­jem­niła uśmiech -?nie miała nic do stra­ce­nia. Poma­chał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwa­lał sobie na zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.

Wero­nika poczuła się szczę­śliwa, że znów kogoś ocza­ro­wała. Ale prze­cież nie z powodu braku miło­ści tar­gnęła się na swoje życie, nie z braku czu­ło­ści w rodzi­nie, nie przez kło­poty finan­sowe czy nie­ule­czalną cho­robę.

Wero­nika umie­rała pięk­nego popo­łu­dnia w Lubla­nie, w takt boli­wij­skiej muzyki docho­dzą­cej z placu, patrząc na mło­dego czło­wieka prze­cho­dzą­cego pod jej oknem. Cie­szyła się tym, co widziała i sły­szała. A jesz­cze bar­dziej tym, że nie będzie musiała uczest­ni­czyć w takim samym spek­ta­klu przez kolej­nych trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści czy pięć­dzie­siąt lat -?bo stałby się tra­ge­dią jej życia, tra­ge­dią, w któ­rej wszystko się powta­rza, a każdy dzień podobny jest do poprzed­niego.

Żołą­dek zaczął już pod­cho­dzić jej do gar­dła i poczuła się bar­dzo źle. "To dziwne, sądzi­łam, że po takiej dawce zasnę natych­miast". A tym­cza­sem szu­miało jej w uszach i zbie­rało się na wymioty.

"Jeśli zwy­mio­tuję, nie umrę".

Posta­no­wiła zapo­mnieć o mdło­ściach. Usi­ło­wała sku­pić uwagę na szybko zapa­da­ją­cej nocy, na Boli­wij­czy­kach, na ludziach, któ­rzy zamy­kali swoje sklepy i odcho­dzili do swo­ich spraw. Szum w uszach sta­wał się coraz bar­dziej nie­zno­śny i Wero­nika po raz pierw­szy od chwili zaży­cia prosz­ków poczuła strach, prze­raź­liwy strach przed nie­zna­nym.

Ale trwało to tylko krótką chwilę, bo zaraz potem stra­ciła przy­tom­ność.