Od autora
"Wszedłem do małego pomieszczenia, którego ściany wyłożone były
kafelkami. Stała tam leżanka przykryta gumowym prześcieradłem, a u wezgłowia znajdowała się aparatura z korbką.
-?Będę miał elektrowstrząsy, prawda? -?spytałem doktora Benjamina
Gaspara Gomesa.
-?Niech się pan nie martwi. To tylko strasznie wygląda, ale nic nie
boli.
Kiedy położyłem się na leżance, pielęgniarz wetknął mi między usta coś w kształcie rurki, żeby unieruchomić mi język i przyłożył do skroni dwie
końcówki aparatu przypominające słuchawki.
Utkwiłem wzrok w suficie z łuszczącą się farbą. Usłyszałem dźwięk korbki
i wpadłem w ciemność, jakby ktoś spuścił czarną kurtynę. Wszystko spowił
mrok.
Lekarz miał rację. Nic nie bolało".
Przytoczona powyżej scena nie pochodzi z mojej książki Weronika
postanawia umrzeć.
To fragment z dziennika, który pisałem podczas drugiego pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Był rok 1966. W Brazylii trwał ponury okres
dyktatury wojskowej (1964-1989) i mechanizmy społeczne sprawiły, że
represje, które stosowano w życiu zewnętrznym przerodziły się w represje
w życiu wewnętrznym jednostki (co obecnie dzieje się w Stanach
Zjednoczonych, gdzie nie można spojrzeć na kobietę, jeśli obok nie stoi
adwokat). Dlatego w rodzinach klasy średniej było nie do pomyślenia,
żeby dzieci czy wnuki zostawały "artystami". W tamtych czasach w Brazylii słowo to było równoznaczne z homoseksualistą, komunistą,
narkomanem lub włóczęgą.
Miałem osiemnaście lat i wierzyłem, że mój świat może współistnieć ze
światem moich rodziców. Chodziłem do jezuickiej szkoły, starałem się
mieć dobre oceny, popołudniami uczyłem się, ale wieczorami próbowałem
wprowadzać w życie sen o byciu "artystą". Nie za bardzo wiedziałem, od
czego zacząć, więc zaangażowałem się w działalność amatorskiego teatru.
Nigdy nie marzyłem o karierze profesjonalnego aktora, ale przynajmniej
mogłem przebywać wśród ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Niestety moi rodzice nie podzielali mojego poglądu, że te dwa tak różne
światy mogą istnieć obok siebie. Pewnego dnia, gdy obudziłem się rano
skacowany po poprzedniej nocy, ujrzałem wpatrujących się we mnie dwóch
pielęgniarzy.
-?Pójdziesz z nami -?oznajmił jeden z nich.
Matka płakała, ojciec próbował zachować kamienną twarz.
-?To dla twojego dobra -?dodał mężczyzna. -?Zrobimy ci badania.
I tak zaczęła się moja wędrówka przez kolejne szpitale psychiatryczne.
Przyjmowano mnie na oddział, poddawano najróżniejszym badaniom, w końcu
uciekałem, podróżowałem do czasu, aż miałem dosyć i wracałem do
rodzinnego domu na krótki "miesiąc miodowy". Chodziłem przykładnie do
szkoły, szybko jednak zaczynałem znów spotykać się z gronem znajomych,
których rodzice nazywali "złym towarzystwem", i znów pojawiali się
pielęgniarze.
Czasem w życiu toczymy bitwy, które mogą nas albo zniszczyć, albo
wzmocnić. Pobyt w szpitalu psychiatrycznym był dla mnie jednym z takich
przeżyć.
Któregoś wieczora, rozmawiając z pewnym pacjentem, powiedziałem:
-?Wiesz co? Jestem pewien, że każdy, przynajmniej raz w życiu, marzył,
żeby zostać prezydentem republiki. Niestety ani ja, ani ty nie możemy
zrealizować tego marzenia, bo mamy nieodpowiednie życiorysy.
-?A więc nie mamy nic do stracenia. Możemy robić, co nam przyjdzie do
głowy -?odpowiedział.
Miał rację. Sytuacja, w której się znalazłem, była tak niezwykła, tak
skrajna, że niosła ze sobą coś, czego wcześniej nie zaznałem -
nieograniczoną wolność. Wysiłki mojej rodziny, żebym stał się jak inni,
przyniosły odwrotny skutek. Stałem się całkiem odmienny od moich
rówieśników.
Tamtej nocy dokładnie przemyślałem swoją przyszłość. Mogłem zostać
pisarzem albo, co wówczas wydawało mi się bardziej prawdopodobne,
prawdziwym wariatem. Byłbym na utrzymaniu państwa, już nigdy nie
musiałbym pracować ani być za cokolwiek odpowiedzialny. Oczywiście
wiązało się to z długimi pobytami w szpitalach psychiatrycznych. Jednak
z własnego doświadczenia wiedziałem, że pacjenci nie zachowywali się tak
jak w hollywoodzkich filmach, chyba że w skrajnych przypadkach katatonii
lub schizofrenii. Zazwyczaj potrafili prowadzić ciekawe i oryginalne
dyskusje o życiu. Co prawda miewali ataki paniki, apatii lub agresji,
ale one zazwyczaj szybko mijały.
Największe zagrożenie związane z pobytem w szpitalu psychiatrycznym nie
polegało na utracie szansy na fotel prezydenta ani na tym, że zostałem
wykluczony i niesprawiedliwie osądzony przez rodzinę. W głębi serca
rozumiałem, że zamknięcie mnie w szpitalu było desperackim aktem
miłości, skutkiem nadopiekuńczości. Największym zagrożeniem było
uznanie, że sytuacja, w której się znalazłem, jest normalna.
Gdy opuściłem szpital po raz trzeci, powtarzając znany cykl: ucieczka,
podróż, powrót do domu, zamknięcie w psychiatryku, miałem prawie
dwadzieścia lat. Zdążyłem się przyzwyczaić do tego trybu życia. Jednak
tym razem coś się zmieniło.
Mimo że znów wpadłem w "złe towarzystwo", rodzice z niechęcią myśleli o ponownym umieszczeniu mnie w zakładzie psychiatrycznym. Jeszcze tego nie
wiedziałem, ale uznali mój przypadek za beznadziejny. Woleli mieć mnie
na oku i utrzymywać do końca życia.
Zachowywałem się coraz gorzej, coraz bardziej agresywnie i nie stało się
nic -?nie zamknęli mnie. Wpadłem w euforię. Szukałem różnych sposobów
wyrażenia tak zwanej wolności, która miała doprowadzić mnie do życia
prawdziwego "artysty". Rzuciłem pracę, którą rodzice mi załatwili,
przestałem się uczyć, całkowicie pochłonęły mnie teatr i życie
intelektualne w nocnych barach. Przez cały długi rok robiłem, co
chciałem. Wreszcie policja polityczna rozwiązała naszą trupę teatralną,
w barach pojawili się tajniacy, a wydawcy po raz kolejny odrzucili moje
opowiadania. Żadna dziewczyna nie chciała ze mną chodzić -?byłem facetem
bez przyszłości, bez perspektyw na zawodową karierę. Nie zacząłem nawet
żadnych studiów.
Dlatego pewnego dnia postanowiłem zdemolować mój pokój. Był to jedyny
sposób wyrażenia bez słów mojego ówczesnego stanu umysłu. "Czy nie
rozumiecie, że nie mogę dłużej tak żyć? Nie jestem w stanie znaleźć
pracy, nie potrafię zrealizować marzeń. Mieliście rację! Jestem wariatem
i chcę wrócić do szpitala!".
Jednak los potrafi płatać figle. Gdy zdewastowałem pokój, z ulgą
usłyszałem, jak rodzice dzwonią do szpitala. Okazało się, że lekarz,
który się mną zajmował, był na urlopie. Przysłali więc młodego stażystę
w towarzystwie dwóch pielęgniarzy. Stażysta zastał mnie siedzącego
pośród sterty poszarpanych książek, połamanych płyt, rozdartych zasłon.
Wyprosił rodziców i pielęgniarzy z pokoju.
-?Co się dzieje? -?spytał.
Nie odpowiedziałem. Wariat powinien zachowywać się, jakby był nieobecny.
-?Przestań się wygłupiać -?powiedział niezrażony moim milczeniem. -
Przejrzałem twoją kartę pacjenta. Nie jesteś żadnym wariatem. Nie
zabiorę cię do szpitala.
Wyszedł, zapisał mi tabletki uspokajające i (o czym dowiedziałem się
dużo później) powiedział rodzicom, że mam "syndrom hospitalizacji",
syndrom osoby całkiem normalnej, która za wszelką cenę chce być
zamknięta w szpitalu, ponieważ przeżywa niecodzienną sytuację -
depresję, napad gniewu czy paniki. Wybiera chorobę, gdyż bycie
"normalnym" wymaga zbyt wiele zachodu -?"normalność" go przerasta.
Rodzice wysłuchali jego diagnozy i już nigdy nie próbowali zamknąć mnie
w szpitalu psychiatrycznym.
Od tamtego dnia mogłem zapomnieć o komforcie życia wariata. Sam musiałem
wylizać się z ran, przegrałem niejedną bitwę, kilka wygrałem, nieraz
rezygnowałem z nierealnych marzeń, by wreszcie któregoś dnia po raz
kolejny rzucić wszystko i udać się na pielgrzymkę do Santiago de
Compostela. Zrozumiałem, że nie mogę dłużej uciekać przed
przeznaczeniem, muszę zostać "artystą", czyli w moim przypadku
pisarzem. W wieku trzydziestu ośmiu lat postanowiłem napisać pierwszą
książkę, tym samym rozpoczynając walkę, której podświadomie tak się
obawiałem -?walkę o własne marzenia.
Znalazłem wydawcę i po książce zatytułowanej Pielgrzym, która była
relacją z moich przeżyć podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela,
napisałem kolejną -?Alchemika. Po niej pojawiły się następne, a wraz z nimi przekłady na języki obce. Zacząłem jeździć po całym świecie na
spotkania autorskie i odczyty. Choć wciąż było mi daleko do spełnienia
marzeń, ich osiągnięcie wydawało mi się nieco bardziej realne.
Przekonałem się, że Wszechświat wspiera tych, którzy walczą o swoje
marzenia. Był rok 1997. Kończyłem długą i męczącą podróż przez trzy
kontynenty, podczas której promowałem moje książki. Zauważyłem osobliwą
rzecz -?moje marzenia z czasów, gdy zdemolowałem swój pokój, były
podobne do marzeń wielu innych ludzi. Mimo to woleli żyć na oddziale
zamkniętym szpitala psychiatrycznego, wiernie wypełniając nakazy
stworzone przez nie wiadomo kogo, zamiast walczyć o prawo do bycia sobą.
Podczas lotu do Tokio natknąłem się na ciekawy artykuł:
"Według Głównego Urzędu Statystycznego Kanady 40% osób między 15 a 34
rokiem życia, 33% między 35 a 54 rokiem życia i 20% między 55 a 64
rokiem życia przeszło chorobę psychiczną. Według wszelkiego
prawdopodobieństwa jedna osoba na pięć doświadczyła w swoim życiu
zaburzeń psychicznych".
Pomyślałem sobie: jak to możliwe, że w Kanadzie, która nie przeszła
przez koszmar wojskowej dyktatury i jest krajem, gdzie panuje jeden z największych dobrobytów na świecie, jest tylu wariatów i dlaczego nie są
oni leczeni?
Pytanie to sprowokowało następne. Czym właściwie jest szaleństwo?
Znalazłem odpowiedź na oba pytania. Po pierwsze, ludzi nie zamyka się w szpitalach psychiatrycznych, ponieważ są społecznie przydatni. Dopóki
jesteś w stanie zjawić się w pracy o godzinie 9:00 i wyjść o 17:00, w odczuciu społecznym jesteś zdrowy psychicznie. I nie ma znaczenia, czy
między godziną 17:01 a 8:59 siedzisz przed telewizorem w stanie
katatonii, przeżywasz najbardziej perwersyjne fantazje seksualne w Internecie, gapisz się w ścianę, obwiniając świat za niesprawiedliwości,
które cię spotkały, wpadasz w panikę na myśl o wyjściu z domu,
poświęcasz zbyt wiele lub zbyt mało uwagi higienie osobistej, czujesz
apatię albo masz niekontrolowane napady płaczu. Dopóki zjawiasz się w pracy i dajesz coś społeczeństwu, nie stanowisz zagrożenia. Stajesz się
nim dopiero, gdy kropla przepełni czarę. Wtedy nagle, w jednej chwili
wychodzisz na ulicę z karabinem maszynowym, wkraczasz do sali kinowej na
seans dla dzieci i zabijasz piętnaścioro maluchów, bo chcesz zwrócić
uwagę świata na zgubny wpływ Toma i Jerry'ego w procesie edukacji.
Dopóki tego nie zrobisz, jesteś uważany za normalnego człowieka.
A szaleństwo? Szaleństwo to niemożność komunikowania się.
Pomiędzy normalnością i szaleństwem, które w rzeczywistości są jednym i tym samym, istnieje stan przejściowy -?"bycie innym". Ludzie coraz
częściej boją się "inności". Już w Japonii, przemyślałem artykuł o kanadyjskich statystykach i wpadłem na pomysł książki opartej na moich
własnych doświadczeniach. Napisałem powieść Weronika postanawia umrzeć
w trzeciej osobie, wykorzystując kobiecy pierwiastek mojej osobowości.
Zdawałem sobie sprawę, że znacznie ważniejsze od doświadczenia pobytu w szpitalu jest ryzyko bycia innym i koszmar bycia takim jak inni.
Dopiero kiedy rękopis był gotowy do druku, odbyłem rozmowę z ojcem.
Kiedy już minął trudny okres mojego dojrzewania, rodzice nigdy nie
wybaczyli sobie tego, co zrobili. Powtarzałem im, że to nie było tak
tragiczne, jak myśleli, że znacznie gorzej przeżyłem więzienie (z powodów politycznych byłem aresztowany trzy razy). Jednak nie chcieli mi
uwierzyć i długo żyli w poczuciu winy.
-?Napisałem książkę o pobycie w szpitalu psychiatrycznym -?powiedziałem
ojcu, który właśnie skończył osiemdziesiąt pięć lat. -?To powieść,
fikcja, ale pojawiam się jako postać na dwóch stronach książki. Ludzie
dowiedzą się, że byłem pacjentem szpitala psychiatrycznego.
Ojciec spojrzał mi w oczy i spytał:
-?Jesteś pewien, że to ci nie zaszkodzi?
-?Jestem pewien, tato.
-?Wobec tego zrób to. Jestem już zmęczony duszeniem tego w sobie.
Weronika postanawia umrzeć ukazała się w Brazylii w sierpniu 1998
roku. We wrześniu otrzymałem ponad 1200 e-maili i listów, których
autorzy opisywali swoje doświadczenia tak bardzo podobne do moich. W październiku tego samego roku problemom poruszonym w książce, takim jak
depresja, napady paniki, tendencje samobójcze poświęcono w Brazylii
seminarium, które odbiło się szerokim echem w całym kraju. 22 stycznia
1999 roku podczas walnego zgromadzenia senator Eduardo Suplicy
przytoczył fragmenty mojej książki, doprowadzając do przyjęcia ustawy o zakazie nieuzasadnionej hospitalizacji, której projekt na dziesięć lat
utknął w Kongresie Narodowym.
Paulo Coelho
tłum. Zofia Stanisławska
Weronika postanawia umrzeć
Dwudziestego pierwszego listopada 1997 roku Weronika uznała, że nadszedł
w końcu czas, by popełnić samobójstwo. Dokładnie posprzątała wynajmowany
u zakonnic w klasztorze pokój, wyłączyła ogrzewanie, umyła zęby i położyła się do łóżka.
Z blatu nocnego stolika wzięła cztery opakowania tabletek nasennych.
Zamiast rozkruszyć je i rozpuścić w wodzie, postanowiła brać jedną po
drugiej, bo zamiar to jedno, a nieodwracalność czynu to drugie i chciała
zostawić sobie możliwość wycofania się. Jednak z każdą połykaną tabletką
utwierdzała się w słuszności swojej decyzji i po pięciu minutach
opakowania były puste.
Ponieważ nie wiedziała dokładnie, ile czasu upłynie, zanim straci
przytomność, wzięła do ręki leżący przy łóżku, właśnie nadesłany do
biblioteki, w której pracowała, ostatni numer francuskiego czasopisma
"Homme". Kartkując je, zwróciła uwagę na artykuł o grze komputerowej
napisanej przez Paula Coelho, brazylijskiego pisarza, którego miała
okazję poznać podczas jakiejś konferencji w kawiarni hotelu Grand Union.
Zamienili wtedy parę słów i Weronika została zaproszona na kolację
organizowaną przez jego wydawcę. Na przyjęciu było zbyt dużo ludzi, by
udało im się naprawdę porozmawiać.
Jednak dzięki temu, że znała autora, pomyślała o nim jakby o kimś
bliskim, a lektura reportażu o jego pracy mogła wypełnić oczekiwanie na
śmierć. Zaczęła czytać artykuł o informatyce, która wcale jej nie
interesowała. Dokładnie tak postępowała przez całe życie -?zawsze szła
na łatwiznę albo zadowalała się tym, co było w zasięgu ręki, jak choćby
to czasopismo.
Jednak już pierwsza linijka artykułu wytrąciła ją z naturalnego stanu
bierności i po raz pierwszy w życiu musiała przyznać, że ulubione zdanie
jej przyjaciół -?"Nic na świecie nie zdarza się przez przypadek" -?coś
jednak znaczy.
Dlaczego dostrzegła pośród tylu innych właśnie te słowa? I to w chwili
gdy zaczęła umierać? Jakie tajne przesłanie niosły ze sobą, jeśli tajne
przesłania w ogóle istnieją, bo może to, co się za nie uznaje, to tylko
zwykłe zbiegi okoliczności?
Otóż dziennikarz rozpoczynał swój artykuł pytaniem: "Gdzie leży
Słowenia?".
"Nikt nie wie, gdzie leży Słowenia, pomyślała. Nikt".
A przecież Słowenia istniała naprawdę, tu, w tym pokoju i tam, w szczytach gór na horyzoncie i na placu, który widziała z okna swojego
pokoju. Słowenia to był jej kraj.
Odłożyła czasopismo. Cóż ją teraz mogła obchodzić pogarda świata, który
lekceważył istnienie Słoweńców -?nie miała już nic wspólnego z tym
wzgardzonym narodem. Teraz była dumna z siebie, że w końcu zdobyła się
na odwagę, by pożegnać się z życiem. Co za radość! I że zrobiła to w sposób, o jakim marzyła -?połykając tabletki.
Poszukiwała tych tabletek od prawie sześciu miesięcy. Sądząc, że nigdy
nie zdoła ich zdobyć, zaczęła nawet myśleć o podcięciu sobie żył, lecz
wtedy w pokoju byłoby pełno krwi i wystraszyłaby zakonnice. Sprawiłaby
im tylko kłopot. Ale decyzja o samobójstwie zmusza do myślenia przede
wszystkim o sobie, inni schodzą na drugi plan. Zrobiłaby wszystko, byle
jej śmierć nie wywołała zbyt wiele zamieszania, ale jeśli podcięcie żył
miałoby się okazać jedynym wyjściem, to cóż -?zakonnice musiałyby to
przeboleć i posprzątać pokój, inaczej nie udałoby się wynająć go nikomu,
bo ludzie, choć to już schyłek dwudziestego wieku, wciąż jeszcze wierzą
w duchy.
Oczywiście, mogła się również rzucić z dachu jednego z nielicznych
wieżowców Lublany, ale ileż niepotrzebnego cierpienia przysporzyłaby
rodzicom! Prócz szoku na wieść o śmierci córki musieliby jeszcze przeżyć
identyfikację zmasakrowanych zwłok. Nie, takie rozwiązanie byłoby gorsze
od otwarcia sobie żył, zostawiłoby niezabliźnione rany w pamięci istot,
które pragnęły jedynie jej dobra.
"Ze śmiercią córki będą się w stanie z czasem pogodzić, ale nigdy nie
zapomną widoku roztrzaskanej czaszki" -?myślała.
Mogła strzelić sobie w skroń, skoczyć z okna czy się powiesić -?ale
żaden z tych wariantów nie odpowiadał jej kobiecej naturze. Gdy kobiety
decydują się na śmierć, wybierają bardziej romantyczne sposoby -
otwierają sobie żyły albo przedawkowują środki nasenne. Opuszczone
księżniczki czy aktorki Hollywoodu dały tego rozliczne dowody.
Weronika wiedziała, że zawsze trzeba czekać na właściwy moment. Wreszcie
się doczekała. Dwaj przyjaciele, poruszeni jej ciągłym uskarżaniem się
na bezsenność, zdobyli od muzyków z miejscowej dyskoteki po dwa pudełka
tabletek nasennych. Położyła je na nocnym stoliku i przez tydzień
flirtowała ze śmiercią, żegnając się bez zbędnego sentymentalizmu z tym,
co zwie się Życiem.
Teraz była szczęśliwa, że nie cofnęła się, ale i znużona, bo nie
wiedziała, co począć z resztką czasu, który jej pozostał.
Wróciła myślami do dopiero co przeczytanych niedorzeczności. Jak artykuł
o komputerach może zaczynać się tak idiotycznym zdaniem: "Gdzie leży
Słowenia?".
Nie znajdując nic ciekawszego, czym mogłaby się zająć, postanowiła
przeczytać go do końca. Okazało się, że wspomniana gra komputerowa
produkowana jest w Słowenii -?w tym dziwnym kraju, o którym nikt prócz
jego mieszkańców nic nie wie -?ponieważ siła robocza jest tu bardzo
tania. Francuska firma, wprowadzając przed kilkoma miesiącami ten
produkt na rynek, wydała na zamku w Bledzie przyjęcie dla dziennikarzy z całego świata.
Weronika przypomniała sobie, że coś obiło jej się o uszy na temat tego
bankietu. Był wielkim wydarzeniem w mieście nie tylko dlatego, że zamek
został specjalnie przystrojony na tę okoliczność, by przydał
średniowiecznej aury grze komputerowej, ale również dlatego, iż w lokalnej prasie rozgorzała awantura o to, że na przyjęcie zostali
zaproszeni dziennikarze z Niemiec, Francji, Anglii, Włoch i Hiszpanii,
ale ze Słowenii nie zaproszono nikogo.
Autor artykułu -?który do Słowenii przyjechał po raz pierwszy, z pewnością na koszt organizatora, i zamierzał spędzić miło czas,
oczarowując kolegów po fachu i wygłaszając z pozoru tylko interesujące
kwestie, pijąc i jedząc, nie sięgając do własnej kieszeni -?rozpoczął
swój artykuł żartem, który miał chyba zrobić wrażenie na przemądrzałych
intelektualistach z jego kraju. Po powrocie opowiedział zapewne swoim
redakcyjnym kolegom kilka zmyślonych historii o miejscowych obyczajach
albo o tym, jak bez fantazji ubierają się Słowenki.
Ale to już był jego problem. Weronika umierała i miała na głowie inne
zmartwienia. Chociażby czy istnieje życie po śmierci albo kiedy znajdą
jej ciało. Mimo to -?a może właśnie dlatego -?ten artykuł nie dawał jej
spokoju.
Wyjrzała przez klasztorne okno wychodzące na mały plac w Lublanie.
"Skoro nikt nie wie, gdzie leży Słowenia -?pomyślała -?to Lublana musi
być dla ludzi jakimś mitycznym miastem". Niczym Atlantyda, Lemuria czy
inne zagubione lądy, które niesamowicie pobudzają ludzką wyobraźnię.
Nikt na świecie nie ośmieliłby się rozpocząć artykułu pytaniem, gdzie
leży Mount Everest. Ale w samym środku Europy dziennikarz szanującego
się czasopisma może bez cienia wstydu zapytać o Słowenię, bo większość
czytelników nie ma pojęcia ani gdzie leży ten kraj, ani tym bardziej
jego stolica Lublana.
Nagle Weronika odkryła sposób na spędzenie czasu, który jej pozostał.
Minęło już dziesięć minut, a ona wciąż nie czuła żadnych niepokojących
objawów. Ostatnim dziełem jej życia będzie list do redakcji tego
czasopisma, wyjaśniający, że Słowenia jest jednym z pięciu krajów, które
powstały na skutek rozpadu dawnej Jugosławii. To będzie jej list
pożegnalny, choć nie wyjawi w nim prawdziwych przyczyn swojego
samobójstwa.
Gdy znajdą jej ciało, dojdą do wniosku, że odebrała sobie życie, bo w jakiejś gazecie nie wiedzieli, gdzie leży jej kraj. Roześmiała się, bo
oczyma wyobraźni ujrzała już w prasie artykuły na temat jej śmierci za
narodową sprawę. Zdumiało ją, jak szybko i diametralnie zmieniła zdanie,
bo przecież jeszcze przed chwilą myślała, że wcale nie obchodzi jej ten
świat i jego geopolityczne problemy. Napisała list. W przypływie dobrego
humoru niemal postawiła pod znakiem zapytania konieczność swojej
śmierci, ale połknęła już tabletki i było za późno, by się wycofać.
Nie zabijała się dlatego, że była wiecznie smutna, zgorzkniała czy
przygnębiona. Często popołudniami z przyjemnością spacerowała ulicami
Lublany lub obserwowała z klasztornego okna swego pokoju płatki śniegu
spadające na mały plac, na którym stał pomnik poety. Pewnego razu przez
miesiąc bujała w obłokach, bo właśnie na tym placu jakiś nieznajomy
podarował jej bukiet kwiatów.
Uważała się za osobę całkowicie normalną. A samobójstwo popełniała z dwóch prostych powodów. Była pewna, że gdyby objaśniła w liście
pożegnalnym te powody, wielu ludzi przyznałoby jej rację.
Po pierwsze, jej życie było monotonne. Jej młodość szybko przeminie i powoli stanie się zgorzkniałą, schorowaną staruszką. Wtedy opuszczą ją
przyjaciele. Nie ma co kurczowo trzymać się życia, które może przynieść
tylko cierpienia.
Po drugie, czytała gazety i oglądała telewizję, śledziła na bieżąco
wydarzenia na świecie. Wszystko było okropne, a ona nie mogła temu
zaradzić i czuła się całkowicie bezsilna i bezużyteczna.
Teraz, za chwilę zazna ostatecznego, śmierci. Po niej nastąpi coś
absolutnie innego. Skończyła pisać swój list i skupiła się na sprawach
istotniejszych i bardziej przystających do chwili, którą właśnie żyła,
czy też raczej w której umierała.
Starała się wyobrazić sobie śmierć, ale na próżno. Zresztą nie musiała
się nią kłopotać, doświadczy jej niebawem. Za ile minut? Nie miała
pojęcia. Cieszyło ją, że już wkrótce pozna odpowiedź na pytanie, które
stawiali sobie wszyscy: czy Bóg istnieje?
W przeciwieństwie do wielu ludzi nie był to dla niej ważny dylemat. Za
czasów komunizmu głoszono, że życie kończy się wraz ze śmiercią, więc
przywykła do tej myśli. Jednak ludzie z pokolenia jej rodziców i dziadków wciąż chodzili do kościoła, odbywali pielgrzymki, modlili się i żyli w świętym przekonaniu, że Bóg przykłada wagę do ich słów.
W wieku dwudziestu czterech lat, przeżywszy to, co było jej dane przeżyć
-?a było tego sporo! -?Weronika była niemal pewna, że wszystko skończy
się wraz ze śmiercią. Dlatego wybrała samobójstwo -?nareszcie uwolnienie
i wieczna niepamięć.
Jednak w głębi serca kołatała się jeszcze wątpliwość: a jeśli Bóg
istnieje? Tysiące lat cywilizacji uczyniło z samobójstwa tabu, obrazę
wszelkich religijnych przykazań. Człowiek walczy, by przetrwać, a nie po
to, by się poddać. Ludzie powinni się mnożyć. Społeczeństwu potrzeba rąk
do pracy. Kobieta i mężczyzna muszą mieć powód, by trwać razem na dobre
i złe, nawet kiedy ich miłość już wygasła. Państwu potrzebni są
żołnierze, politycy i artyści. Myślała tak: "Jeśli Bóg istnieje -?w co
szczerze wątpię -?zrozumie, że istnieją granice ludzkiej wytrzymałości.
To On stworzył cały ten nieład, gdzie panuje nędza, niesprawiedliwość,
chciwość, samotność. Jego zamiary były wprawdzie wspaniałe, ale
rezultaty okazały się opłakane. Jeśli Bóg istnieje, będzie zapewne
wspaniałomyślny wobec istot, które zechciały prędzej opuścić ten padół,
a może nawet przeprosi za to, że zmusił nas do odbycia ziemskiej
wędrówki".
Precz z tabu! Precz z przesądami! Jej głęboko wierząca matka mawiała, że
Bóg zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A zatem powołał ją na
ten świat w pełni świadom, że ona pewnego dnia odbierze sobie życie, i Jego ten czyn nie zaszokuje.
Poczuła mdłości, które szybko zaczęły nasilać. Po paru minutach nie
potrafiła już się skupić na widoku z okna. Była zima, około czwartej po
południu, słońce już zachodziło. Dla innych życie będzie toczyć się
dalej. Właśnie jakiś chłopak dostrzegł ją w oknie. Nawet do głowy mu nie
przyszło, że ona umiera. Grupa boliwijskich muzyków (gdzie leży Boliwia?
Dlaczego artykuły w gazetach nie zaczynają się od takiego pytania?)
grała przed pomnikiem France Prešerena, wielkiego słoweńskiego poety,
który odcisnął swój ślad w duszy jej narodu.
Czy uda jej się wysłuchać do końca melodii dochodzącej z placu? Byłoby
to piękne pożegnanie z życiem -?zapadający zmierzch, melodia niosąca
marzenia z drugiego krańca świata, przytulny i ciepły pokój, piękny i pełen życia chłopak, który właśnie zatrzymał się i na nią patrzył.
Środki nasenne zaczęły działać. Ten przechodzień był ostatnim
człowiekiem, jakiego widzi.
Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech -?nie miała nic do stracenia.
Pomachał do niej, ale udała, że patrzy gdzie indziej. Pozwalał sobie na
zbyt wiele. Zbity z tropu poszedł w swoją stronę.
Weronika poczuła się szczęśliwa, że znów kogoś oczarowała. Ale przecież
nie z powodu braku miłości targnęła się na swoje życie, nie z braku
czułości w rodzinie, nie przez kłopoty finansowe czy nieuleczalną
chorobę.
Weronika umierała pięknego popołudnia w Lublanie, w takt boliwijskiej
muzyki dochodzącej z placu, patrząc na młodego człowieka przechodzącego
pod jej oknem. Cieszyła się tym, co widziała i słyszała. A jeszcze
bardziej tym, że nie będzie musiała uczestniczyć w takim samym spektaklu
przez kolejnych trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat -?bo
stałby się tragedią jej życia, tragedią, w której wszystko się powtarza,
a każdy dzień podobny jest do poprzedniego.
Żołądek zaczął już podchodzić jej do gardła i poczuła się bardzo źle.
"To dziwne, sądziłam, że po takiej dawce zasnę natychmiast". A tymczasem
szumiało jej w uszach i zbierało się na wymioty.
"Jeśli zwymiotuję, nie umrę".
Postanowiła zapomnieć o mdłościach. Usiłowała skupić uwagę na szybko
zapadającej nocy, na Boliwijczykach, na ludziach, którzy zamykali swoje
sklepy i odchodzili do swoich spraw. Szum w uszach stawał się coraz
bardziej nieznośny i Weronika po raz pierwszy od chwili zażycia proszków
poczuła strach, przeraźliwy strach przed nieznanym.
Ale trwało to tylko krótką chwilę, bo zaraz potem straciła przytomność.