Rozdział pierwszy. Imigrant
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Imigrant
Zawsze byłem i pozostałem Niemcem.
Wernher von Braun, 10 czerwca 1945 r.1
Młody człowiek, który wysiadł z samolotu
transportowego C-54, uważał się za takiego samego imigranta, jak wielu
innych, którzy przed nim przybywali do Ameryki, by realizować swoje
marzenia, budować nowe życie, zostawiając za sobą zbrodnie przeszłości.
Przylatując 18 września 1945 roku do wojskowej bazy lotniczej w Wilmington w stanie Delaware jakby narodził się na nowo, a oficjalne
okoliczności tego przyjazdu stanowiły chrzest, który zmył grzech
pierworodny jego wcześniejszego życia2.
Przybywał jednak nie jako człowiek wolny, lecz pod strażą Armii Stanów
Zjednoczonych. Należał do grupy pierwszych siedmiu niemieckich ekspertów
rakietowych, po których zjawił się następny, większy zespół ludzi
ściągniętych w ramach operacji "Pochmurne Niebo" (Overcast),
przemianowanej później na projekt "Spinacz" (Paperclip). Celem tej
operacji było wykorzystanie niemieckiej wiedzy technicznej, a młody
człowiek był najważniejszym, choć wcale nie najstarszym członkiem grupy,
którą kierował w Niemczech od samego początku, zanim jeszcze naziści
doszli do władzy. Nazywał się Wernher von Braun3.
Następnego dnia siedmiu Niemców weszło na pokład samolotu DC-3, by
odbyć stosunkowo krótki przelot do Boston's Logan Field4. Z lotniska dotarli wojskowym samochodem do
portu w Bostonie, a stamtąd statkiem przebyli osiem kilometrów do Fort
Strong na Long Island.
Fort Strong był placówką wywiadu Wojsk Lądowych Stanów Zjednoczonych.
Grupa Niemców miała tam przejść badania i przesłuchania, zresztą już po
raz drugi; pierwszy raz przesłuchiwano ich kilka miesięcy wcześniej w Niemczech, gdy poddali się armii amerykańskiej. Po zamknięciu całej
procedury przesłuchań w wojsku sporządzono "Podstawowe teczki
personalne". Z akt Wernhera von Brauna wynika, że miał trzydzieści
cztery lata, 186 cm wzrostu, 78 kg wagi, niebieskie oczy, blond włosy i jasną cerę. Jako znaki szczególne zanotowano bliznę pooperacyjną na
lewym przedramieniu i bliznę na górnej wardze5.
Von Braun z pewnością cieszył się z przyjazdu do Ameryki, ale jego stan
fizyczny był marny. Poprzedniej zimy, w ostatnich dniach wojny, uległ
wypadkowi samochodowemu, po którym pozostały blizny wyliczone potem w aktach personalnych. Miał zgruchotany bark, a lewe ramię, złamane w dwóch miejscach, nie zostało prawidłowo złożone6. Nie nosił już wprawdzie paraliżującego
ruchy opatrunku gipsowego, ale ręka wciąż go bolała, szczególnie przy
złej pogodzie. Na domiar złego przypuszczalnie jeszcze przed
opuszczeniem Europy nabawił się zapalenia wątroby3.
Dla zabicia czasu Niemcy grali w nieskończoność w monopoly albo odbywali
długie jesienne spacery po plażach Long Island3. Nudne interludium w Forcie Strong
skończyło się 1 października 1945 roku, kiedy nadzór nad siedmioma
Niemcami przejął major James P. Hamill. Tego samego dnia Departament
Wojny w specjalnym komunikacie prasowym poinformował społeczeństwo
Ameryki o obecności w Stanach Zjednoczonych niemieckich ekspertów w dziedzinie rakiet, a także innych specjalistów objętych operacją
"Pochmurne Niebo".
WYBITNI NIEMIECCY NAUKOWCY
SPROWADZENI DO USA
Sekretarz wojny zaaprobował plan, na podstawie którego do naszego kraju
sprowadzani są wybitni naukowcy i technicy niemieccy. Operacja ta ma nam
umożliwić pełne wykorzystanie istotnych osiągnięć mających żywotne
znaczenie dla naszego bezpieczeństwa narodowego.
Przesłuchania oraz analiza dokumentów, urządzeń i obiektów stanowią
sposób wykorzystania niemieckich osiągnięć naukowych i technicznych. Aby
nasz kraj mógł z tych zasobów w pełni korzystać, przewozi się do Stanów
Zjednoczonych - na zasadzie dobrowolności - pewną grupę starannie
wybranych naukowców i techników. Są to osoby zajmujące się dziedzinami,
w których niemieckie osiągnięcia mają dla nas szczególne znaczenie i w których ci właśnie specjaliści odegrali decydującą rolę.
W trakcie swego czasowego pobytu [podkreślenie w oryginale] w Stanach Zjednoczonych niemieccy naukowcy i eksperci techniczni objęci
zostaną nadzorem Departamentu Wojny i będą wykorzystywani w odpowiednich
projektach militarnych sił lądowych i morskich7.
Oświadczenie to przeszło w amerykańskiej prasie praktycznie nie
zauważone. Dopiero rok później, kiedy wojsko ujawniło szczegóły i podało
nazwiska niemieckich naukowców, Amerykanie zareagowali - i to zarówno
pozytywnie, jak negatywnie.
Zadaniem majora Hamilla było zapoczątkowanie pierwszego w dziejach sił
lądowych programu budowy pocisków kierowanych; miał więc już pierwszych
siedmiu pracowników. Hamill zabrał von Brauna do Waszyngtonu, na
spotkanie z wyższymi oficerami służb uzbrojenia sił lądowych.
Pozostałych sześciu Niemców wysłał na poligon doświadczalny w Aberdeen w stanie Maryland. Na początek mieli przejrzeć i uporządkować siedem ton
dokumentów technicznych, które w pośpiechu spakowali i zabrali ze sobą z dowództwa operacyjnego w Peenemünde w trakcie zorganizowanego odwrotu
przed zbliżającą się Armią Sowiecką4.
Hamill i von Braun spędzili w Waszyngtonie kilka dni, dyskutując o rakietach z wojskowymi dostojnikami, po czym udali się na Union Station,
skąd rozpoczęli pierwszy, kolejowy etap swej podróży do El Paso w Teksasie przez St. Louis. W St. Louis Hamill zorientował się, że dostał
bilety na pociąg wiozący jedynie rannych weteranów 101 i 82 Dywizji
Powietrznodesantowej. Umieszczanie von Brauna pomiędzy ludźmi, którzy
odnieśli rany w walkach z Niemcami, wydało mu się nierozsądne, zdołał
więc, choć nie bez kłopotów, zdobyć miejsca w zwykłym pociągu
pasażerskim.
Kiedy Hamill i von Braun wsiedli, okazało się, że pociąg jest pełny, a ich miejsca znajdują się w przeciwległych końcach przedziału. Zmartwiło
to majora, który miał rozkaz nadzorować von Brauna i nie zezwalać mu na
żadne rozmowy z postronnymi osobami. Ponieważ jednak von Braun
pozostawał w zasięgu wzroku, Hamill pogodził się z sytuacją, jako że był
to najszybszy sposób dotarcia do celu.
Mężczyzna siedzący w pullmanowskim wagonie obok von Brauna o coś go
zagadnął i Niemiec, jako osoba towarzyska, wdał się w rozmowę. Akcent
von Brauna łatwo było rozpoznać, zaintrygowany sąsiad spytał go więc,
skąd pochodzi.
-?Ze Szwajcarii - skłamał von Braun.
Okazało się, że sąsiad dobrze zna Szwajcarię. Zapytał von Brauna, czym
się zajmował.
Niemiec wymijająco odparł, że pracował w branży stalowej.
Ku rozpaczy von Brauna Amerykanin zajmował się tą samą branżą i wyraźnie
chciał dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu i pracy w Szwajcarii.
Von Braun improwizował na tyle, na ile pozwalała mu skromna wiedza
zdobyta w czasie półrocznego pobytu na studiach w Zurychu i podczas
wypraw turystycznych.
Czym konkretnie zajmował się w metalurgii?
-?Łożyskami kulkowymi.
Sąsiad von Brauna znał się i na łożyskach kulkowych.
Na szczęście dla von Brauna i Hamilla pociąg dotarł do Teksarkany, gdzie
wysiadał rozmówca Niemca. Podając rękę na pożegnanie, powiedział:
-?Gdyby nie wy, Szwajcarzy, wątpię, czy zdołalibyśmy pobić Niemców8.
Major Hamill i Wernher von Braun przybyli do El Paso w Teksasie 3
października 1945 roku. Ich baza znajdowała się w El Paso, w Forcie
Bliss2. Von Brauna zakwaterowano na noc
w kwaterze młodszych oficerów, gdzie przebywał i Hamill, który mógł tym
samym formalnie sprawować nad nim nadzór. Następnego ranka u von Brauna
wystąpiły wyraźne objawy zaostrzenia stanu zapalnego wątroby i został
przyjęty do wojskowego szpitala im. Williama Beaumonta. Major Hamill
przekazał szpitalnemu chirurgowi odpowiedzialność za nadzór nad von
Braunem i mógł swobodnie poświęcić się swemu właściwemu zajęciu, czyli
pracy nad programem pocisków kierowanych dla wojsk lądowych9.
Lekarze wojskowego szpitala im. Williama Beaumonta zalecili von Braunowi
beztłuszczową dietę i kilka tygodni odpoczynku. Pobyt w szpitalu stał
się dla niego zaskakująco przyjemną odmianą. Tak o tym pisał:
Sądziłem, że spotkam się z wrogością jako ekswróg, a w dodatku "gruba
ryba". Nic takiego nie nastąpiło. W Ameryce, jak się zdaje, niedawni
wrogowie nie żywią do siebie urazy, jak to często bywa u Europejczyków.
[...] Urzędnicy radzili mi zatajać swą tożsamość, ale nie mogłem ukryć
swej koślawej angielszczyzny. Żołnierze zorientowali się, że jestem
cudzoziemcem, ale mówili o mnie "ten Holender" i zapraszali do gry w karty10.
Miasto El Paso leży na najdalej na zachód wysuniętym skrawku Teksasu,
gdzie wijąca się między Teksasem i Starym Meksykiem rzeka Rio Grande
dociera do stanu Nowy Meksyk. Rejon El Paso szczyci się najstarszą w Teksasie osadą, misją Nuestra Se?ora del Carmen leżącą w Ysleta, a założoną w 1682 roku dla hiszpańskich imigrantów i indiańskich tubylców.
Teksas wszedł w skład Stanów Zjednoczonych w wyniku aneksji w 1845 roku,
a w roku 1848 w El Paso wojsko założyło Fort Bliss. Kiedy sto lat
później przybył tam Wernher von Braun, El Paso było niewielkim miastem
położonym w środku rzadko zaludnionego i słabo rozwiniętego
amerykańskiego Zachodu.
Dla Wernhera von Brauna tamtejszy krajobraz był mniej przyjazny niż
ludzie. Oto jak opisywał swoje pierwsze wrażenia z pustyni:
Pewnego wieczoru [...] patrzyłem na słońce, które ponad ogromną
przestrzenią pustyni zachodziło za góry Sacramento. Pasmo górskie było
oddalone ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, ale w czystym powietrzu
pustyni wydawało się bardzo bliskie, niemal o rzut kamieniem. Dla mych
kontynentalnych oczu, nawykłych do zielonych dolin i wzgórz środkowej
Europy, był to widok oszałamiający i wspaniały, w głębi serca czułem
jednak, że bardzo trudno byłoby mi wzbudzić w sobie szczere, emocjonalne
przywiązanie do tego bezlitosnego, noszącego ledwie ślady wegetacji
krajobrazu, który przytłacza człowieka swymi rozmiarami11.
Wojsko wybrało Fort Bliss jako ośrodek dla badań rakietowych, ale
potrzebny był też poligon doświadczalny, zdecydowano więc, że rakiety
będą wystrzeliwane na poligonie White Sands w dolinie Tularosa, w stanie
Nowy Meksyk. Wyrzutnia rakiet leżała prawie sześćdziesiąt kilometrów na
północ od El Paso w linii prostej; dojazd drogą liczył około
osiemdziesięciu kilometrów. White Sands było dość odległe, ale otaczały
je ważne miejsca historyczne. Dokładnie na północ, w odległości
niespełna stu czterdziestu kilometrów, na pustynnym odludziu leżało
Trinity Site, gdzie w czerwcu poprzedniego roku zespół fizyków
nuklearnych kierowany przez Jacoba Roberta Oppenheimera zdetonował
pierwszą bombę atomową. Sto dziewięćdziesiąt kilometrów na północny
wschód od wyrzutni, w pobliżu Roswell, znajdowało się Mescalero Ranch,
skąd w latach trzydziestych odpalał swoje rakiety pionier amerykańskich
badań rakietowych Robert Hutchings Goddard12.
Kiedy von Braun w szpitalu wracał do zdrowia, major Hamill czynił
przygotowania do przyjęcia niemieckich pracowników. Pojechał sprawdzić,
jak wyglądają prace przygotowawcze w White Sands, ale znalazł tam
jedynie dwie chałupy i niewiele ponadto8. Nie było to nowoczesne centrum techniczne,
jakim dysponowali Niemcy w Peenemünde, ale Peenemünde już nie istniało,
bo zostało zbombardowane przez RAF w sierpniu 1943 roku13, a na początku 1945 roku Niemcy ogołocili
je ze wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość14. Kilka dni później Hamill uznał, że
idealną siedzibą dla niemieckich specjalistów rakietowych byłby zespół
pawilonów szpitala im. Williama Beaumonta. Były to dość przyjemne,
koszarowe budynki położone jeszcze w obrębie strefy bezpieczeństwa. Po
negocjacjach przekazano je do dyspozycji majora9.
23 lutego 1946 roku przybył do El Paso ostatni ze 118 niemieckich
specjalistów rakietowych, przewiezionych do Stanów Zjednoczonych w ramach operacji "Pochmurne Niebo". (Jeden z członków grupy, wkrótce po
przyjeździe niestety zmarł; tym samym zespół zmalał do 117 osób). Grupa
otrzymała nazwę wydziału specjalnych pracowników wojska (Department of
the Army Special Employees - DASE)15.
Większość niemieckich członków DASE zakwaterowano w Forcie Bliss; grupę
liczącą dwanaście do piętnastu osób wysłano nieco dalej na północ, do
White Sands, polecając im montowanie rakiet16. The Team, Zespół, jak ich nazywano,
znów był w komplecie, gotów do działania w nowym kraju17. Miał funkcjonować w ten sposób - jako
wyizolowana grupa, szanowana, ale nie darzona sympatią - aż do chwili,
kiedy pierwsi ludzie, rodowici Amerykanie, stanęli na Księżycu.
Wprawdzie grupa niemieckich ekspertów rakietowych nie miała oficjalnej
nazwy, jej członkowie, przyjaciele i krytycy określali ją w późniejszych
latach jako The Team (Zespół), The Rocket Team (Zespół Rakietowy),
The Peenemünde Team (Zespół z Peenemünde) albo von Braun's Team
(Zespół von Brauna). Poza operacją "Pochmurne Niebo" i innymi
przedsięwzięciami rządowymi, stanowiącymi jej kontynuację, grupa Niemców
nie miała żadnej formalnej organizacji. W rzeczywistości jednak członków
zespołu obowiązywały surowe prawa i feudalna zależność. Wszyscy byli
rodowitymi Niemcami. Wszyscy wchodzili w skład działającego w niemieckiej armii i kierowanego przez von Brauna zespołu do spraw badań
rakietowych, a niektórzy pracowali tam od jego powstania na początku lat
trzydziestych. Wszyscy byli szczęśliwi mogąc żyć w cieniu swego
przywódcy i rzecznika, Wernhera von Brauna, wobec którego zachowywali
całkowitą lojalność.
Zespół powstał w październiku 1932 roku, gdy jego pierwszy członek i lider, dwudziestojednoletni Wernher von Braun rozpoczął pracę w istniejącej w niemieckiej armii grupie do spraw balistyki i amunicji.
Zadaniem grupy było wykorzystanie rakiet na paliwo ciekłe do celów
militarnych. Z ramienia armii grupą kierował pułkownik, później generał,
Walter Domberger18. Przez następne
trzynaście lat do zespołu, którego dyrektorem technicznym był młody von
Braun, trafiło kilka tysięcy naukowców i inżynierów. Pod koniec II wojny
światowej zespół rozproszył się, a centrum techniczne w Peenemünde
uległo zniszczeniu; jednak niewielka grupa pod kierownictwem von Brauna
poddała się Armii Stanów Zjednoczonych i zaoferowała swoje usługi
zwycięzcom. Armia amerykańska przyjęła ofertę i zaproponowała
sześciomiesięczne kontrakty dla 118 osób19.
Ponieważ Stany Zjednoczone miały skromne doświadczenie w kwestii rakiet,
a żadnego w zakresie dużych pocisków rakietowych w rodzaju V-2,
zadanie wyłonienia najlepszych fachowców z zespołu ekspertów, którzy
mogliby przekazać Amerykanom wiedzę techniczną, powierzono liderowi
grupy. Wybór, jakiego dokonał von Braun, dowodzi zarówno jego
lojalności, jak i zrozumienia potrzeb wojska. Wśród 118 członków
zespołu, którzy przybyli do Fortu Bliss, znaleźli się:
-?Walter Riedel, inżynier uczestniczący w amatorskich próbach
rakietowych w Niemczech pod koniec lat dwudziestych i na początku
trzydziestych. Jako jeden z pierwszych rozpoczął współpracę z von
Braunem w badaniach nad rakietami dla armii niemieckiej18.
-?Arthur Rudolph, również uczestnik amatorskich prób rakietowych w Niemczech, niemal od początku pracujący w zespole von Brauna w armii
niemieckiej20. Rudolph był dyrektorem
technicznym w zakładach Mittelwerk w Niemczech, produkujących pociski
V-2.
-?Herbert Axster, w cywilu prawnik; podpułkownik zwyciężonej armii
niemieckiej21. Axster był szefem sztabu
generała Waltera Dombergera, który przez trzynaście lat kierował
programem budowy rakiet. Do zespołu z Peenemünde doszedł pod koniec II
wojny światowej22.
-?Magnus von Braun, młodszy brat Wernhera von Brauna; chemik z wykształcenia, odpowiadał za produkcję żyroskopów do pocisków V-223.
Niemcy, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych na czasowe kontrakty w ramach operacji "Pochmurne Niebo", pozostawili za oceanem swoje rodziny
i najbliższych. Ich żony, dzieci i rodziców umieszczono w zarządzanym
przez wojsko amerykańskie obozie w bawarskim mieście Landshut. Standard
życia był tam wyższy niż gdzie indziej, a okoliczni mieszkańcy,
niewpuszczani do obozu, uważali to za jawną dyskryminację. Operacja
"Pochmurne Niebo" (Overcast) była, czemu trudno się dziwić, publiczną
tajemnicą; siedzibę osób bliskich naukowcom powszechnie nazywano więc
obozem Overcast. Na skutek przecieków sytuacja stała się dość krępująca,
poza tym program się rozwijał i konkretyzował, tak więc 13 marca 1946
roku operacja "Pochmurne Niebo" przekształciła się w projekt "Spinacz"
(Paperclip)24.
Przyjazd na inny kontynent, odmienny klimat i dieta na amerykańskiej
pustyni mogły niemieckim naukowcom przysporzyć nieco kłopotów, od
początku jednak byli gotowi pracować dla Armii Stanów Zjednoczonych.
Poza tym ich sytuacja nie tak bardzo się zmieniła, ponieważ w Niemczech
większość z nich stanowili cywile, zatrudnieni przez wojsko, dla którego
prowadzili badania rakietowe. Przez lata słuchali rozkazów i gotowi byli
robić to nadal. Zmienił się tylko rozkazodawca25.
Szef działu technicznego w biurze szefa uzbrojenia armii postawił przed
niemieckimi specjalistami trzy zadania. Przede wszystkim mieli
przeszkolić personel wojskowy, przemysłowy i naukowy w projektowaniu,
konstrukcji i eksploatacji rakiet i pocisków kierowanych. Po drugie,
zmontować pociski V-2 z części przewiezionych drogą morską z fabryki
Mittelwerk w środkowych Niemczech i wystrzelić je na poligonie White
Sands. Po trzecie, niemiecki zespół miał zbadać możliwości wykorzystania
rakiet do celów wojskowych i badawczych. Wojsko zawarło umowę z General
Electric Company w sprawie pomocy technicznej, a także po to, by uzyskać
pewność, że w pełni wykorzystano kwalifikacje nowych pracowników26.
Personel amerykański miał wprawdzie sprawować kontrolę nad całością
operacji, jednak to Niemcy, obeznani z funkcjonowaniem rakiet,
przeprowadzali próby na poligonie. 15 marca 1946 roku, podczas testu
naziemnego, ich pierwsza rakieta działała przez pięćdziesiąt siedem
sekund, aż do wyczerpania paliwa. Miesiąc później, 16 kwietnia,
wystrzelono drugi V-2, ale jego silnik wyłączono sygnałem radiowym po
dziewiętnastu sekundach, kiedy gwałtownie odpadła brzechwa stabilizująca
(statecznik)27,28. Pocisk osiągnął
wysokość około ośmiu kilometrów. Pierwszy zakończony sukcesem lot V-2
z poligonu White Sands nastąpił 10 maja 1946 roku. Pocisk dotarł na
zaplanowaną wysokość ponad stu dwunastu kilometrów i pokonał odległość
około pięćdziesięciu kilometrów27.
29 maja 1946 roku okazało się, że V-2 może wyrządzić nie tylko
fizyczne, ale i polityczne szkody28.
Pocisk wystrzelony z poligonu White Sands wzniósł się zgodnie z planem,
ale zamiast zatoczyć łuk na północ, ku najdalszej części poligonu,
skierował się na południe. Było jasne, że zawiódł system sterowania
żyroskopowego. Zwykła procedura przewidywała, że w takim wypadku oficer
odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas prób wyłącza sygnałem radiowym
dopływ paliwa. Oficerem do spraw bezpieczeństwa był Ernst Steinhoff,
członek niemieckiego zespołu von Brauna. Powinien był wydać polecenie
przerwania dopływu paliwa obsługującemu przekaźnik marynarzowi z laboratorium badawczego marynarki wojennej. Steinhoff zdawał sobie
jednak sprawę, że jeśli V-2 zbyt wcześnie przerwie lot, spadnie na
ziemię z ogromnym zapasem wybuchowego paliwa, które rozpryśnie się w dużym promieniu na południe od White Sands, w rejonie miast El Paso lub
Ciudad Juarez, jeszcze dalej na południe od Rio Grande. Zdecydował więc,
że pocisk będzie leciał dalej aż do wyczerpania paliwa, po czym spadnie
na ziemię w bezludnym terenie na południe od Juarez, nie czyniąc żadnych
szkód. Udało się, choć niewiele brakowało, by finał był inny.
V-2 rozbiło się o skaliste wzgórze sąsiadujące z cmentarzem Tepayec,
dwa i pół kilometra na południe od Juarez. Energia kinetyczna pustego
pocisku była jeszcze tak wielka, że w miejscu upadku powstał lej o głębokości ponad dziewięciu i średnicy piętnastu metrów.
Podpułkownik Harold R. Turner, dowódca poligonu doświadczalnego White
Sands, natychmiast przystąpił do badania strat. Skontaktował się z dowódcą meksykańskiego stanu Chihuahua i dowiedział się, że nie było
żadnych ofiar, a poza lejem w ziemi - żadnych zniszczeń. Meksykański
generał miał zająć się ewentualnymi problemami natury dyplomatycznej,
gdyby takie zaistniały ze strony władz w Meksyku - Waszyngton wykazał
mniej wyrozumiałości. Turner rychło musiał tłumaczyć się z tego
incydentu przed szefem sztabu armii amerykańskiej gen. Dwightem D.
Eisenhowerem i sekretarzem stanu Georgem C. Marshallem. Później sprawę
wypadku badała oficjalna komisja śledcza, która potwierdziła słuszność
decyzji Steinhoffa.
Mniejszy zakres odpowiedzialności pozwalał na uproszczone oceny
wydarzenia. Pewien porucznik z White Sands chełpił się, że był członkiem
pierwszej jednostki armii amerykańskiej, która wystrzeliła pocisk
rakietowy w kierunku obcego państwa. Po drugiej stronie Rio Grande
przedsiębiorcy meksykańscy robili pieniądze na V-2, zanim jeszcze
ostygły jego szczątki. Jak donoszono, już niespełna dziesięć minut po
runięciu pocisku można było kupić niezidentyfikowane kawałki metalu,
jako pamiątki po V-2. Ernst Steinhoff oszacował, że handlarze
meksykańscy sprzedali co najmniej dziesięć do piętnastu ton fragmentów
pocisku (często podejrzanie przypominających kawałki puszek), który
pusty, bez paliwa, ważył cztery tony29.
Głównym celem projektu "Spinacz" było oczywiście przejęcie technologii
zwyciężonych Niemców przez ich nowych, amerykańskich zwierzchników.
Oprócz prowadzonych w White Sands praktycznych pokazów montażu rakiet i ich odpalania, Niemcy w imponującym tempie porządkowali dokumenty i sporządzali raporty. Do 19 kwietnia 1946 roku major James Hamill
nadzorował przygotowanie dwunastu raportów, które później rozsyłał do
instytucji wojskowych - od dowództwa w Waszyngtonie aż po laboratorium
napędu odrzutowego w Pasadenie w stanie Kalifornia30. A kiedy wojsku brakowało własnych nowych
pomysłów w kwestii rakiet, dostarczał ich Wernher von Braun31.
W połowie 1946 roku mijał pierwszy rok pobytu w Stanach Zjednoczonych
wielu niemieckich ekspertów i inżynierów rakietowych. Ze względów
bezpieczeństwa, a także dlatego, że byli formalnie, jak to później
określono, "cudzoziemcami bez dokumentów", wojsko surowo ograniczało ich
podróże. Grupa przebywająca w Forcie Bliss mogła się poruszać tylko w obrębie zamkniętego terenu o powierzchni około dwóch i pół hektara.
Wszelkie wyjazdy były możliwe jedynie pod eskortą wojska32. Z początkiem września restrykcje wojskowe
nieco zelżały; Niemcy otrzymali przepustki DASE, dzięki którym mogli
swobodnie podróżować po całym rejonie El Paso. Pod koniec listopada
wojsko przysłało im do podpisu kontrakty, przedłużające ich zatrudnienie
na następny rok33. Początkowo siły
lądowe zamierzały zdobyć technologię budowy rakiet na paliwo ciekłe, a przede wszystkim poznać pociski V-2. Minął pierwszy rok, minął
następny, a potem zaczęły się długie lata zimnej wojny. Stany
Zjednoczone zatrzymały Niemców jako stałych pracowników.
Obecność niemieckich ekspertów rakietowych w Forcie Bliss i w White
Sands była od początku publiczną tajemnicą, ale istniała realna groźba,
że po przyjeździe z Niemiec rodzin naukowców, co będzie oznaczało dwu-,
a nawet trzykrotne powiększenie niemieckiej kolonii, sprawa stanie się
nie tylko powszechnie znana, lecz także kłopotliwa i krępująca. Armia
przejęła inicjatywę, przedstawiając mediom swych ekspertów rakietowych
jako prawomyślnych pracowników instytucji rządowej, walczących o pokój i przeciwdziałających komunizmowi.
Media chętnie podjęły temat. Wkrótce mieszkańcy El Paso, a być może
całych Stanów Zjednoczonych wiedzieli o imigrantach więcej niż zapewne
chcieliby wiedzieć, choć docierały do nich wyłącznie informacje
zatwierdzone przez wojsko. Zmasowana medialna ofensywa była ćwiczeniem
starannie obliczonej jawności:
"Niemieccy naukowcy udzielą wywiadu. Niemieccy naukowcy, o których
funkcjonariusze Fortu Bliss mówią szeptem, odpowiedzą wkrótce na pytania
reporterów" ("El Paso Herald Post", 13 listopada 1946 roku)34. W latach Trzeciej Rzeszy osoba Wernhera
von Brauna i jego badania objęte były tajemnicą państwową. Społeczeństwo
niemieckie dowiedziało się o istnieniu pocisku rakietowego V-2 dopiero
w ostatnich miesiącach wojny i nikt z osób niepowołanych nie słyszał
nigdy ani o Wernherze von Braunie, ani o jego zespole. (Kiedy z końcem
wojny von Braun oddał się w ręce Armii Stanów Zjednoczonych, reporterzy
rozmawiali z nim i robili mu zdjęcia, szybko jednak o tym zapomniano. W Stanach Zjednoczonych jego osoba ponownie została objęta tajemnicą
państwową).
Wernher von Braun był bez wątpienia poruszony tą jawnością amerykańskiej
armii, ponieważ potrzebował uznania i miał własne plany. Miał wystąpić w świetle reflektorów, jak dyrygent przed swą orkiestrą.
"118 czołowych niemieckich ekspertów od V-2 przebywa w E.P. -
konstruktorzy tajnej broni nazistów pracują w USA" ("El Paso Times", 4
grudnia 1946 roku)34. Tego samego dnia
"El Paso Herald Post" zamieścił tekst ilustrowany zdjęciami
przedstawiającymi uzupełnianie paliwa w pocisku V-2.
"Niemieccy naukowcy opowiadają, jak z małej, eksperymentalnej rakiety
powstał pocisk V-2" ("El Paso Herald Post", 5 grudnia 1946 roku). W opublikowanym na pierwszej stronie artykule Wernher von Braun wyjaśniał
dziennikarzom historię budowy V-2 i poddania się całego jego zespołu
amerykańskiej armii. Na temat wykorzystania pocisków w czasie wojny
niewiele miał do powiedzenia35.
"Próby V-2 udane w 33%" ("El Paso Times", 6 grudnia 1946 roku). Treść
artykułu korygowała informację zawartą w tytule; stwierdzono w niej
mianowicie, że 33 procent prób wystrzelenia pocisków V-2 z poligonu
White Sands nie udało się, co oznaczało, że pozostałe 67 procent
zakończyło się sukcesem. Wernher von Braun spędził trzy godziny w ogniu
pytań reporterów na temat rakiet, po czym zapowiedział swój rychły ślub
z Marią Luizą von Quistorp. Zdaniem Niemców ceremonia miałaby się odbyć
pod "skrzyżowanymi rakietami"36.
"Pocisk rakietowy V-2 ustanawia nowy rekord prędkości". W tym samym
numerze "El Paso Times" doniósł o udanej próbie odpalenia V-2, podczas
której pocisk osiągnął prędkość ponad 1500 metrów na sekundę (prawie
5500 kilometrów na godzinę). W krótkim artykule zapowiedziano też
odpalenie 17 grudnia rakiety, która wyrzuci "wykonane przez człowieka
meteoryty", czyli sztuczne ognie dla mieszkańców Teksasu i Nowego
Meksyku37.
"Niemieccy naukowcy ustanowili własny sąd, który zajmuje się wypadkami
naruszeń kontraktów" ("El Paso Herald Post", 6 grudnia 1946 roku)38. Przebywając w Stanach Zjednoczonych bez
wiz i paszportów niemieccy eksperci rakietowi dopuszczali się naruszeń
prawa, choć byli opłacani i nadzorowani przez wojsko. Pozornie niewinne
zdarzenia w rodzaju wyjazdu poza teren objęty kontrolą armii mogły stać
się dla wojska powodem poważnych komplikacji, zagrozić pobytowi Niemców
i ich nadziejom na pracę i karierę przy budowie rakiet. Major Hamill
poprosił von Brauna o ustanowienie wewnętrznego organu utrzymującego
porządek w grupie. Ten "sąd ludowy", jak nazwali go Niemcy, rozpatrywał
przypadki działań mogących narazić na szwank dobrą reputację lub zgoła
naruszenia prawa i określał wymiar kary. Funkcję sędziego von Braun
powierzył Dieterowi Huzelowi, wyznaczył też kilku przysięgłych39.
W przechowywanych przez FBI aktach Wernhera von Brauna znaleziono
niezwykle ciekawy przykład sprawy, z jakimi miewał do czynienia "sąd
ludowy", a także sposobu wymierzania sprawiedliwości:
Major James Hamill poinformował, że w czerwcu 1946 r. Magnus von Braun,
brat Wernhera, sprzedał jubilerowi w El Paso w Teksasie sztabkę platyny
za sto tysięcy dolarów. Magnus von Braun powiedział przy tym, że platynę
przywiózł z Holandii do Stanów Zjednoczonych jego ojciec, który służył w Europie podczas I wojny światowej. (Ojciec von Braunów przybył do Stanów
Zjednoczonych dopiero w końcu marca 1947 roku, dziewięć miesięcy po tym
incydencie). Tożsamość von Brauna ustalono na podstawie jego nazwiska i numeru telefonu, jakie zostawił jubilerowi. Przesłuchiwany w tej sprawie
przez majora Hamilla Magnus von Braun z miejsca przyznał, że wwiózł
sztabkę platyny do Stanów Zjednoczonych z naruszeniem przepisów celnych.
Major Hamill oznajmił, że powiadomiony o incydencie Wernher von Braun,
kierownik zespołu niemieckich ekspertów, skazał swego brata na
chłostę40.
"Niemieccy naukowcy planują budowę stacji paliwowej na niebie w drodze
na Księżyc" ("El Paso Herald Post", grudzień 1946 roku). Rzeczywiście,
niemieccy naukowcy stawiali sobie pokojowe, choć niezbyt praktyczne
cele34.
"Jesteśmy z Zachodem" ("Time", 9 grudnia 1946 roku). "Time", jako
pierwszy tygodnik o ogólnokrajowym zasięgu opublikował reportaż z pobytu
von Brauna i jego zespołu w Forcie Bliss. Tekst zilustrowano fotografią,
na której von Braun stoi na tle elementów pocisku rakietowego V-2;
trzyma ręce w kieszeniach, wygląda na człowieka pewnego siebie, dumnego,
może lekko aroganckiego, w każdym razie kogoś, kto odnosi sukcesy,
pracując po stronie zwycięzców - co faktycznie właśnie robił. "Time"
donosił, że Niemcy są "cywilami czasowo zatrudnionymi [podkreślenie
autora] w USA przez wydział europejski Departamentu Wojny Stanów
Zjednoczonych". Według informacji gazety zarobki niemieckich
specjalistów wynosiły od 2 do 11 dolarów dziennie plus 6 dolarów za
każdy dzień rozłąki z rodziną. Artykuł kończył się słowami: "Powiedziano
im, że pewnego dnia być może zostaną obywatelami USA. Sprowadzenie przez
państwo ich rodzin [do Fortu Bliss] wydaje się czymś w rodzaju
gwarancji, pozwalającej to traktować jako obietnicę"41.
Klub rotariański w El Paso zaprosił Wernhera von Brauna, znanego już
lidera grupy niemieckich konstruktorów rakiet, by wystąpił na klubowym
spotkaniu 16 stycznia 1947 roku42. Von
Braun, trzymany w cieniu przez piętnaście lat najpierw przez
nazistowskie Niemcy, a potem przez wojsko Stanów Zjednoczonych, był
zachwycony perspektywą publicznego występu. Przygotował się na tę
okazję; przygotował także opowieść o sobie.
Von Braun doskonale wiedział, że musi pokonać barierę językową.
Szlifował swoją angielszczyznę nagrywając własny głos na taśmę
magnetofonową, którą później odtwarzał, by sprawdzić jego brzmienie.
Starał się nabrać biegłości i pozbyć się obcego akcentu. Uczył się
slangu i kolokwializmów i stosował je w rozmowie43.
Wernher von Braun nie mógł oczywiście opowiedzieć członkom klubu
rotariańskiego o swych objętych klauzulą tajności pracach dla Sił
Lądowych Stanów Zjednoczonych. Mógł jednak poruszyć temat "Rakiety
przyszłości". Przedstawił więc własny plan wypraw kosmicznych wraz ze
szczegółowym opisem urządzeń, które chciał zbudować. Oto jego punkty:
-?powiększona rakieta V-2 jako "statek kosmiczny";
-?projekt trójstopniowej rakiety, która wyniesie na orbitę sztucznego
satelitę;
-?rakieta zaopatrzona w skrzydła, dzięki którym zdoła powrócić do
atmosfery i bezpiecznie wylądować;
-?stacja kosmiczna w kształcie koła, które wirując będzie wytwarzało
sztuczną grawitację;
-?wykorzystanie stacji kosmicznej jako bazy do podróży na Księżyc i do
planet42.
Von Braunowi mogło się zapewne marzyć bardziej wpływowe forum, jego
przesłanie zaś znacznie wyprzedzało ówczesną epokę. W swym pierwszym
publicznym wystąpieniu w Ameryce nakreślił jednak kierunek swej
przyszłej pracy - i kariery. Swoją koncepcję będzie mógł jeszcze
przedstawić ponownie, ale społeczeństwo amerykańskie dowie się o niej
dopiero za pięć lat.
Dla wykształconych Europejczyków, żyjących z dala od swych domów i borykających się z nową dla nich kulturą, południowy wschód Ameryki był
odludziem. Tęsknili do swoich bliskich, wojsko uznało więc, że ma wobec
nich pewne zobowiązania. W marcu 1947 roku do El Paso przybyły żony i rodziny niemieckich naukowców44. W miarę jak członkowie rakietowego zespołu Wernhera von Brauna osiedlali
się na stałe i zakładali domy, nie można było pominąć i jego samego.
Poprzedniej jesieni, 7 listopada 1946 roku, von Braun poinformował o swych zaręczynach z Marią Luizą von Quistorp i zwrócił się z prośbą o wyrażenie zgody na przyjazd narzeczonej i jej rodziców z Landshut w Niemczech do Fortu Bliss, gdzie małżeństwo miało zostać zawarte45.
Maria von Quistorp była osiemnastoletnią siostrą cioteczną Wernhera von
Brauna. Jej ojciec, dr Alexander von Quistorp, był bratem matki von
Brauna, Emmy z domu von Quistorp46.
Maria była atrakcyjną, niebieskooką blondynką, obdarzoną wdziękiem
właściwym niemieckiej arystokracji, do której oboje z Wernherem
należeli. Po raz ostatni spotkali się zimą 1945 roku, kiedy Maria miała
szesnaście lat, a jej rodzina uciekając przed nadciągającą armią
sowiecką w pośpiechu przygotowywała się do opuszczenia swego domu nad
Bałtykiem w północnych Niemczech i wyjazdu do miasteczka w pobliżu
granicy holenderskiej. Nie była to pora na romantyczne rozmowy47.
W późniejszych latach von Braun opowiadał, jak to w wieku lat
siedemnastu trzymał w ramionach swą nowo narodzoną kuzynkę podczas
uroczystości chrztu w kościele luterańskim. "W tej właśnie chwili -
mówił - popatrzyłem w jej oczy i postanowiłem, że zostanie moją
żoną"48. Była to piękna historia, ale z rodzaju tych, jakie się opowiada wnukom. Wprawdzie von Braun w wieku
trzydziestu czterech lat nie był jeszcze żonaty, nie ominęły go jednak
romantyczne związki. Był czas, kiedy przechwalał się, że jego
przyjaciółką jest legendarna niemiecka pilotka Hanna Reitsch49. Spotkali się jako nastolatkowie latem
1932 roku na szkoleniu szybowcowym w ośrodku treningowym Grunau (Jeżów
Sudecki) na Śląsku50. Pozostali
przyjaciółmi do końca życia, Hanna związała się jednak z generałem
Luftwaffe, Robertem Ritterem von Greimem, a w ostatnich dniach wojny
znalazła się w najbliższym kręgu Hitlera51,
52.
Najpoważniejszy chyba związek łączył von Brauna z Dorothee Brill,
dwudziestosiedmioletnią mieszkanką Berlina, urodzoną w Tybindze, w południowo-zachodnich Niemczech. 5 kwietnia 1943 r. von Braun złożył
oficjalne podanie do SS-Rasse-und Siedlungshauptamt (SS-RuSHA, Centralny
Urząd SS do spraw Rasy i Osiedlenia) o zgodę na małżeństwo z Dorothee53. W aktach von Brauna jest to
pierwsza i jedyna o niej wzmianka.
Czy wśród przodków Dorothee SS-RuSHA doszukało się Żydów, co z genetycznego punktu widzenia czyniłoby ją osobą niewłaściwą do
poślubienia von Brauna? Czy zawarli małżeństwo? Czy Dorothee padła
ofiarą ciągłych nalotów na Berlin? A może po prostu miłość wygasła?
Odpowiedź pozostaje tajemnicą, podobnie jak wiele innych spraw z życia
Wernhera von Brauna przed jego przybyciem do Ameryki; tak postanowił on
sam, a przyjaciele i koledzy okazali się dyskretni. Na dodatek w wyniku
wojny i następującego po niej podziału Niemiec tamtejsze archiwa uległy
zniszczeniu.
W pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny rodzice Wernhera von Brauna
zdołali przedostać się z sowieckiej strefy okupacyjnej Niemiec do obozu
Overcast w Landshut, w strefie amerykańskiej. Maria von Quistorp
znalazła się w strefie brytyjskiej, ale miała kontakt z von Braunami
przebywającymi w Landshut54. Los jej
ojca nie był znany aż do września 1948 roku55; później poinformowano, że Alexander von
Quistorp przebywa w obozie jenieckim we wschodniej strefie Niemiec56. Starszy z braci von Braunów stał się
opiekunem Marii. Jego ojciec pośredniczył w planowaniu ich związku,
który miał zapewnić bezpieczeństwo Marii, a synowi szczęście54, 57.
Wśród Niemców przewiezionych do Stanów Zjednoczonych prócz von Brauna
było wielu ludzi samotnych, którym też marzyły się przyjemności domowego
życia na łonie rodziny. W zniszczonych, pobitych i podzielonych między
zwycięzców Niemczech nie brakowało z kolei samotnych, młodych i pozbawionych szans kobiet, które chętnie wyjechałyby do Stanów
Zjednoczonych i poślubiły praktycznie nieznanych im mężczyzn, byle tylko
uniknąć ponurej przyszłości. Wojsko nie zamierzało jednak zajmować się
wysyłką narzeczonych dla swych niemieckich DASE, nie wyłączając von
Brauna. Jeżeli von Braun lub ktokolwiek inny chce się żenić, może to
zrobić w Niemczech i przywieźć żonę do Teksasu.
Wernher von Braun wyruszył do Niemiec 14 lutego 1947 roku58. Pobrali się z Marią 1 marca 1947 roku w kościele luterańskim w Landshut59. W El
Paso dowiedziano się o tym dwa dni później, kiedy "El Paso Herald Post"
opublikował tekst pt. "Historia małżeństwa Wernhera von Brauna, jego
osiągnięcia w budowie rakiet w Niemczech oraz przeszłość jego
rodziny"44.
26 marca 1947 roku Wernher von Braun wrócił do Fortu Bliss w towarzystwie swej młodej żony i rodziców. Był tam już jego brat Magnus,
a więc większość członków rodziny von Braunów stała się imigrantami.
Jedynie brat Sigismund, były przedstawiciel dyplomatyczny w Watykanie,
pozostał w Niemczech, gdzie pracował jako tłumacz w Międzynarodowym
Trybunale Wojskowym w Norymberdze60.
Maria wniosła szczęście w życie von Brauna, ale i z punktu widzenia jej
osobistej kariery małżeństwo było posunięciem znakomitym. Jeden z kolegów Wernhera z niemieckiego zespołu, Ernst Stuhlinger, powiedział o niej: "Od samego początku wszyscy uwielbiali Marię za jej młodzieńczą
urodę i wdzięk, ale też głęboko ją szanowali, gdyż rolę pierwszej damy
pełniła z wielką godnością"48.
Historia niemieckich ekspertów rakietowych, tak jak przedstawiano ją w gazetach wydawanych w El Paso, zaczynała przybierać zdumiewający obrót:
"Niemieccy uczniowie śpiewają Eyes of Texas; chętnie recytują
ślubowanie na amerykański sztandar" ("El Paso Herald Post", 5 sierpnia
1947 roku)61.
"Konkursy Speak English (Mów po angielsku) pomagają w amerykanizacji
niemieckich dzieci" ("El Paso Herald Post", 6 sierpnia 1947 roku)62.
"Naukowcy nie ubiegają się o obywatelstwo" ("El Paso Times", 27 lipca
1947 roku). W odpowiedzi na krytyczne uwagi, że niemieccy eksperci
rakietowi starają się o obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, rzecznik
Departamentu Stanu oznajmił, że nikt z nich takiego wniosku nie składał
i w ciągu najbliższych dwóch lat nikt nie będzie miał prawa tego
zrobić63. Sytuacja miała ulec zmianie
już po trzech miesiącach.
"72 spośród niemieckich naukowców pracujących nad V-2 ubiega się o obywatelstwo" ("El Paso Times", 5 listopada 1947 roku). 72 Niemców
objętych projektem "Spinacz" złożyło podania o obywatelstwo
amerykańskie. Major Hamill poinformował, że zrobili to wszyscy Niemcy z Fortu Bliss uprawnieni do złożenia takiego wniosku, a pozostali, którzy
jeszcze nie nabyli takiego prawa, zadeklarowali wolę zrzeczenia się
obywatelstwa niemieckiego64.
W ciągu niespełna roku w oczach prasy, a zwłaszcza gazet wydawanych w El
Paso, von Braun i jego rakietowi specjaliści przestali być grupą wrogich
cudzoziemców, stając się szanowanymi, otoczonymi rodziną imigrantami
oraz kandydatami na obywateli USA. Byli to już konkretni ludzie,
normalni faceci, przynajmniej na tyle, na ile normalnym facetem może być
ekscentryczny geniusz.
Oczywiście nie wszyscy Amerykanie mieli ochotę wybaczyć i zapomnieć, że
Niemcy, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych pod ochronnym parasolem
projektu "Spinacz", byli pupilami nazistów. Gwałtowne protesty
rozpoczęły się wkrótce po pierwszym spotkaniu Niemców z dziennikarzami.
30 grudnia 1946 roku grupa wybitnych postaci, a wśród nich Albert
Einstein, polityk Richard Neuberger, działacz związkowy Philip Murray
oraz przywódcy religijni - rabbi Stephen Wise i Norman Vincent Peale,
przekazała prezydentowi Harry'emu S. Trumanowi protest: "Uważamy, że
ludzie ci mogą stać się potencjalnie niebezpiecznymi nosicielami
nienawiści rasowej i religijnej. Wysoka pozycja, jaką zajmowali jako
członkowie i zwolennicy partii nazistowskiej, każe podać w wątpliwość
stosowność przyznania im obywatelstwa amerykańskiego i powierzania
kluczowych stanowisk w amerykańskich instytucjach przemysłowych,
naukowych i edukacyjnych"65.
24 marca 1947 roku sekretarz wykonawczy Federacji Amerykańskich Uczonych
W. A. Higenbotham także zwrócił się do prezydenta Trumana z żądaniem, by
naukowców pracujących nad projektem "Spinacz" nie zatrudniano w przemyśle prywatnym i w szkolnictwie wyższym. "Wszelka przychylność
okazana tego rodzaju jednostkom, nawet ze względów militarnych, jest
zniewagą wobec ludzi wszystkich krajów, którzy tak niedawno walczyli
ramię w ramię z nami; wobec uchodźców, których życie zrujnował nazizm;
wobec naszych kolegów ze środowiska naukowego ziem do niedawna
okupowanych oraz wszystkich tych, którzy cierpieli pod jarzmem
narzucanym z pomocą tych właśnie ludzi" - pisał66. Zdaniem Federacji Amerykańskich Uczonych
"masowy import naukowców jest niezgodny z dobrze pojmowanymi celami
amerykańskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej"67.
1 lipca 1947 roku "El Paso Times" donosił: "Niemieccy naukowcy z El Paso
pod obstrzałem". Kongresmen John D. Dingell, demokrata z Detroit,
poinformował Izbę Reprezentantów o projekcie "Spinacz" i osobach, które
w związku z nim znalazły się w Stanach Zjednoczonych.
-?Nigdy nie przypuszczałem - powiedział Dingell - że ten kraj jest tak
słaby intelektualnie, iż budując własny system obrony musi szukać pomocy
u nazistowskich morderców.
Niemiec oznacza nazistę, nazista oznacza Niemca. Te dwa pojęcia są
synonimami.
Z perspektywy półwiecza słowa Dingella mogą wydawać się surowe, wówczas
jednak odzwierciedlały powszechne przekonanie, a niespełna dwa lata
wcześniej wyrażały politykę państwa.
Nieco dalej komentarz "El Paso Times" brzmiał niepokojąco:
Brytyjska prasa ostrzegła, że niektórzy z naukowców budowali pociski
rakietowe, które zabijały brytyjskie kobiety i dzieci; są i tacy,
których obciążają zbrodnie wojenne poważniejsze niż te, za które gdzie
indziej nazistów posyłano na szubienicę.
Przez kilka miesięcy w publikacjach zamieszczonych w "New York Times"
ostrzegano Amerykanów, że wśród naukowców z El Paso znajdują się także
niezwykle aktywni członkowie partii nazistowskiej68.
W tekście nie przytoczono konkretnych przykładów zbrodni wojennych. Nie
podano też nazwisk aktywnych członków NSDAP.
Dla równowagi przedstawiono stanowisko wojska: eksperci rakietowi są
zatrudnieni w siłach lądowych od ponad roku i "z technicznego oraz
moralnego punktu widzenia w ocenie Departamentu Wojny wypadają
zadowalająco". Wskutek tego "stworzono im szersze możliwości badań
naukowych"68.
Dla wojska sprawa stała się jasna: jeśli armia chce zatrzymać swych
niemieckich naukowców w Stanach Zjednoczonych, musi pokazać, że są
wzorowymi imigrantami, a przynajmniej zatrzeć ich nazistowską
przeszłość.
Rozdział drugi. Autoryzowana biografia
ROZDZIAŁ DRUGI
Autoryzowana biografia
Byłem młodym chłopakiem, miałem dwadzieścia parę lat i po prostu nie
zdawałem sobie sprawy z tego, co oznaczają zmiany we władzach
politycznych. Mój ojciec okazał się mądrzejszy. Był przedtem
odpowiednikiem sekretarza do spraw rolnictwa przy prezydencie
Hindenburgu, ale gdy do władzy doszedł Hitler, zrezygnował ze wszelkich
publicznych stanowisk. Ostrzegał mnie, że wszystko to skończy się
tragicznie dla Niemiec i nie tylko dla nich. Byłem jednak zbyt
pochłonięty rakietami, by zważać na jego ostrzeżenia.
Wernher von Braun1
Jak wiele znanych osobistości, Wernher von
Braun bacznie kontrolował przedostające się do wiadomości publicznej
informacje na temat jego przeszłości. Historię von Brauna opowiadano
wiele razy. On sam gorliwie współpracował ze swymi licznymi biografami i przeglądał ich rękopisy, by uniknąć niedokładności. Kilkakrotnie też
osobiście opowiadał o swoim życiu1, 2, 3, 4,
5. W razie potrzeby naginał fakty, od czasu do czasu wtrącał
wygodne kłamstwa, ale czemuż miał tego nie robić, skoro zawsze tak
postępowali politycy, gwiazdy filmowe, a także imigranci?
Prawie wszystko, co wiedziano na temat przybyłego do Ameryki Wernhera
von Brauna, jego przodków oraz działalności na rzecz nazistowskich
Niemiec, pochodziło od niego samego, jego przyjaciół i współpracowników,
a także z ocalałych pozostałości archiwów państwowych. Wiele spraw
pozostało nieznanych, ponieważ część archiwów zniszczyła wojna; inne
zapewne świadomie niszczono później. Jeśli nawet przetrwały jakieś
dokumenty, dla Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych były one nieosiągalne,
jako że powstały i znajdowały się w sowieckiej strefie okupacyjnej. W Ameryce von Braun zaczął swoje życie na nowo; w jego opowieściach o przeszłości najbardziej intrygujące jest nie to, co opowiadał albo
wysnuł z własnej wyobraźni, lecz to, co pominął.
Amerykański imigrant był najczęściej człowiekiem z ludu, chłopem,
Murzynem, którego sprzedano w niewolę. Rzadko zdarzało się, by szczęścia
na nowej ziemi szukał arystokrata, który popadł w kłopoty. Wernhera von
Brauna spotkało właśnie coś takiego.
Nazwisko rodowe von Braunów wywodzono od rycerza Henimanusa de Bruno,
który w 1285 roku mieszkał w bawarskim mieście Branau. W następnych
wiekach nazwisko przybierało formę Bruno, Brunowe, Bronav, de Bronne,
Brawnaw oraz Braun. Potomkowie de Bruna przez setki lat byli
właścicielami majątków ziemskich na Śląsku i w Prusach Wschodnich.
Ojciec Wernhera von Brauna, Magnus Alexander Maksymilian baron von Braun
(1878-1972) zgodnie z rodzinną tradycją posiadał majątki w obu
prowincjach.
Matką Wernhera von Brauna była Emma von Quistorp (1886-1959). Jej
przodków nie można wprawdzie wywieść z przeszłości równie odległej, jak
w wypadku von Braunów, była to jednak rodzina w Niemczech bardzo znana.
Von Quistorpowie pochodzili ze Szwecji, ale od kilkuset lat żyli na
Pomorzu i w Meklemburgii; wśród członków rodu byli pastorzy luterańscy,
profesorowie uniwersytetów, bankierzy i właściciele ziemscy.
Magnus baron von Braun poślubił Emmę von Quistorp w roku 1910. W następnym roku Emma urodziła pierworodnego syna Sigismunda. 23 marca
1912 roku w Wyrzysku k. Nakla w prowincji poznańskiej przyszedł na świat
Wernher Magnus Maksymilian baron von Braun. W 1919 roku von Braunom
urodził się trzeci syn, Magnus6.
Wernher urodził się dwa lata przed wybuchem I wojny światowej. Baron von
Braun zajmował się w tym czasie swymi dobrami ziemskimi oraz pełnił
urząd poznańskiego landrata. Dla Niemiec i dla von Braunów wojna
zakończyła się katastrofą. Należącą do Niemiec prowincję poznańską w końcowym postanowieniu przyznano Polsce, to samo oczywiście spotkało
położone w niej majątki barona von Brauna3. Główną siedzibą rodu stała się wtedy
posiadłość barona koło Lwówka Śląskiego. Z dala od stołecznego Berlina
von Braunowie wiedli tam życie spokojne, chronieni przed politycznymi i ekonomicznymi zamieszkami, które w latach dwudziestych przetaczały się
przez miasta. W ciągu dziesięciu lat po zakończeniu I wojny światowej
baron von Braun zdobywał wpływy polityczne; wreszcie otrzymał tekę
ministra rolnictwa Republiki Weimarskiej. Spakował wtedy rodzinę i przeniósł się do Berlina6.
Zainteresowanie nauką i inżynierią Wernher von Braun wiązał z dniem swej
konfirmacji w kościele luterańskim. W prezencie od matki dostał wtedy,
na pamiątkę tego dnia, teleskop. Jak później pisał, ciąg dalszy był
nieunikniony: "Stałem się więc astronomem amatorem, potem
zainteresowałem się wszechświatem, a w ślad za tym - statkiem, który
pewnego dnia zawiezie człowieka na Księżyc"3. Statkiem tym była oczywiście rakieta.
Z rakietą zaznajomili Wernhera von Brauna dwaj Niemcy, którym zależało
na reklamie, Max Valier i Fritz von Opel. Valier pisał o podróży
kosmicznej i napędzie rakietowym. Opel był konstruktorem samochodów, ale
miał przy tym wyczucie dramaturgii i doceniał dobre chwyty reklamowe.
Valier pozyskał Opla jako sponsora swych eksperymentów rakietowych.
Rakiet na paliwo stałe lub prochowych używano w połowie lat dwudziestych
do wystrzeliwania sygnałów świetlnych lub przerzucania lin w akcjach
ratowniczych na morzu. Valier i Opel kupili gotowe rakiety prochowe i montowali je w samochodach wyścigowych, szybowcach i bojerach, dzięki
czemu ustanawiali rekordy prędkości, robiąc jednocześnie reklamę
samochodom Opla i pojazdowi kosmicznemu Valiera7.
Kiedy młody Wernher usłyszał o wyczynach Valiera i Opla, kupił w Berlinie u pobliskiego sprzedawcy ogni sztucznych pół tuzina rakiet.
Przymocował je do wózka i takim pojazdem wybrał się na Tiergarten Allee,
czyli na główną arterię komunikacyjną Berlina. Tam podpalił rakiety i natychmiast stracił kontrolę nad pojazdem, który pędził ulicą ciągnąc za
sobą ogon płomieni. Przechodnie rozpierzchli się w panice, a początkującego eksperta rakietowego aresztowała policja. Na szczęście
obyło się bez ofiar, a młody von Braun został oddany pod opiekę swego
ojca, ministra rolnictwa.
Majątek i pozycja ojca oraz pobyt w stolicy otwarły przed młodym
Wernherem dostęp do najlepszego wykształcenia, jakie mogły zaoferować
Niemcy. Rodzice wysłali go do mieszczącego się w Berlinie gimnazjum z językiem wykładowym francuskim. Francuskiego nauczył się szybko,
twierdząc, że zdolności językowe odziedziczył po matce. Oblał jednak
matematykę i fizykę. Baron von Braun nie ukrywał niezadowolenia i zawiedziony przez syna, który nie spełnił jego nadziei, wysłał go do
szkoły Hermanna Leitza. Szkoła leżała w pobliżu Weimaru, miała internat
i znana była z wprowadzania nowych metod nauczania, bliskich kontaktów
między uczniami i nauczycielami oraz wysokich wymagań.
W tej właśnie szkole, w czasopiśmie poświęconym astronomii, Wernher
zobaczył kiedyś reklamę książki, którą zapamiętał jako Drogę ku
planetom (była to przypuszczalnie Wege zur Raumschiffahrt
opublikowana w 1929 roku) autorstwa Hermanna Obertha. Reklamę wypełniały
obrazy ogromnej rakiety i odległego Księżyca. Wernher zamówił sobie
egzemplarz, pewien, że dowie się w ten sposób, jak odbyć podróż w przestrzeń międzyplanetarną. Kiedy zajrzał do otrzymanej książki,
osłupiał. Wypełniały ją równania matematyczne i tabele danych. Nigdy nie
dowie się, jak dotrzeć w kosmos, chyba że nauczy się matematyki i fizyki. Bodziec był silny, a zastosowanie obu nauk oczywiste, Wernher
zagłębił się więc w studiach i pomyślnie ukończył szkolną edukację3.
Wiosną 1930 roku Wernher von Braun wrócił do Berlina i zapisał się na
studia inżynieryjne na berlińskiej politechnice (Technische Hochschule)
w dzielnicy Charlottenburg8. Pod koniec
lat dwudziestych w Niemczech, a zwłaszcza w Berlinie, więcej było
młodych ludzi marzących o podróżach w kosmos i planujących budowę
rakiet, które by ich tam zaniosły. W zrealizowaniu tych marzeń pomóc im
miało założone przez nich Stowarzyszenie Podróży Kosmicznych (Verein kür
Raumschiffahrt) czyli VfR. Po przyjeździe do Berlina Wernher aktywnie
włączył się w działalność VfR. Tam też poznał młodego literata
nazwiskiem Willy Ley. W późniejszych latach Ley, pierwszy historyk
niemieckich badań rakietowych, tak zwięźle opisywał Wernhera von Brauna
z czasów studenckich: "Fizycznie był wręcz doskonałym przykładem typu
określanego niewiele lat później przez nazistów jako "aryjsko-nordycki".
Miał jasnoniebieskie oczy i jasnoblond włosy, a jedna z moich krewnych
porównywała go do słynnej fotografii lorda Alfreda Douglasa, otoczonego
rozgłosem w stylu Oscara Wilde'a. Jego maniery, ukształtowane przez
surowe wychowanie, były doskonałe"9.
Willy Ley znał w Niemczech każdego, kto poważnie interesował się
rakietami; przedstawił też Wernhera patriarsze niemieckich badań
rakietowych, Hermannowi Oberthowi, którego książka rozpaliła wyobraźnię
von Brauna w ostatnim roku jego pobytu w szkole średniej. Oberth był
akurat w Berlinie, ponieważ testował zaprojektowany przez siebie silnik
rakietowy. Pierwsza rozmowa odbyła się przypuszczalnie przez telefon i von Braun natychmiast wykorzystał okazję.
-?Jestem jeszcze studentem politechniki - powiedział Oberthowi - i mogę
ofiarować jedynie wolny czas i entuzjazm, ale może przydałbym się na
coś?
Oberth, który finansował swoje badania nie z własnej kieszeni, lecz
dzięki dotacjom, też skorzystał z okazji. - Oczywiście. - Proszę przyjść
-?powiedział i w taki sposób Wernher von Braun zyskał w osobie Hermanna
Obertha swego pierwszego nauczyciela techniki rakietowej3.
Hermann Oberth urodził się w 1894 roku w Siedmiogrodzie, w odległym
zakątku cesarstwa austro-węgierskiego. Podobnie jak jego ojciec,
zdecydował się na studia medyczne i wstąpił na uniwersytet w Monachium.
Pierwsza wojna światowa przerwała jego edukację, a kiedy zakończył
służbę w jednostce ambulansów polowych, rozstał się z medycyną. Ponadto
po zakończeniu wojny Siedmiogród stał się częścią Rumunii, czyli strony
nieprzyjacielskiej wobec Niemiec; dla Niemiec, choć nie dla kultury
niemieckiej, Oberth stał się więc cudzoziemcem. Wrócił jednak do
Niemiec, by kontynuować studia matematyczno-fizyczne. Pisząc swą
rozprawę doktorską przeprowadził samodzielne, teoretyczne studia nad
rakietami jako statkami kosmicznymi. Był to temat, który fascynował go
od dzieciństwa. Na uniwersytecie w Heidelbergu jego pracę odrzucono, na
czym zaważyły zapewne niedostatki samej teorii Obertha; można jednak
sądzić, że i tamtejszemu środowisku naukowemu zabrakło wyobraźni, by ją
zaakceptować.
Oberth nigdy nie zapomniał, że niemieckie autorytety naukowe nie chciały
go bezstronnie wysłuchać; nie pozwolił jednak, by jego koncepcja podróży
kosmicznych poszła w zapomnienie. Własnym sumptem wydał swoją pracę pod
tytułem Die Rakete zu den Planetenraumen (Rakietą w przestrzenie
międzyplanetarne). Cienka książeczka zdobyła zdumiewającą popularność, a Obertha otoczyła grupa młodych członków VfR, którzy marzyli o budowaniu
rakiet. Zainteresowanie ze strony środowisk spoza głównego nurtu nauki
było dla Obertha bardzo ważne; w 1929 r. opublikował znacznie
rozszerzoną wersję swej książki, zatytułowaną Wege zur Raumschiffahrt
(Drogi do podróży w kosmos), która zwróciła uwagę młodego Wernhera von
Brauna10.
W tym samym 1929 roku Oberth, który dotychczas był nauczycielem w szkole
średniej w Rumunii, wziął urlop i wyjechał do Berlina, gdzie wszedł w dość osobliwą spółkę z wielkim niemieckim reżyserem Fritzem Langiem.
Lang kręcił film Frau im Mond (Kobieta na Księżycu) o podróży załogową
rakietą na Księżyc. W celu dodania filmowi posmaku autentyczności Lang
zatrudnił Obertha i Willy'ego Leya jako doradców technicznych i namówił
Obertha, by zbudował rakietę i odpalił ją 15 października 1929 roku, w dniu premierowego pokazu filmu. Film Frau im Mond odniósł wielki
sukces, jednak rakieta nigdy nie została ukończona. Oberth był
wspaniałym teoretykiem, ale do skonstruowania rakiety zabrakło mu
praktycznych umiejętności11.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki