Werka Rozterka i fretka w ukryciu - Patricia Hermes

Reflow text when sidebars are open.
W pokoju Werki panował bałagan. Ogromny bałagan. Dużo większy niż zazwyczaj.
"Czarujący pokój z osobowością" - tak mawiała o nim ukochana niania Werki - Ania.
"Dżungla" - a tak czasami mówiła mama.
Werka zdmuchnęła grzywkę znad oczu, usiadła na kanapie pod oknem i rozejrzała się. Tym razem mama była bliższa prawdy niż Ania - ten pokój przypominał dżunglę. Dżinsy, koszulki, szorty, stroje kąpielowe, bluzy i bielizna były porozrzucane po całym łóżku. Na stercie tego wszystkiego spał smacznie wielki pudel Wafel. Książki, które Werka chciała zabrać ze sobą na wakacje, leżały w nieładzie na podłodze. Fredek, jedna z fretek Werki, wspiął się na górę półki z książkami, skąd obserwował cały ten bałagan. Druga fretka Werki Margola obwąchiwała plecak, szukając resztek słodyczy. Zwykle na dnie plecaka było ich wiele. Werka posmutniała, kiedy pomyślała o spędzeniu całych wakacji bez swoich fretek, które kochała bardziej niż cokolwiek na świecie.
Pochyliła się, delikatnie sięgnęła po Margolę i położyła ją sobie na kolanach. Mały nosek fretki poruszył się, kiedy patrzyła na swoją panią błyszczącymi, czarnymi oczkami. Werka podniosła Margolę, żeby pupilka mogła się rozejrzeć, po czym postawiła ją na parapecie.
Od rana cała rodzina się pakowała - mama, tata, Wera, jej starszy brat Tymek oraz młodsze rodzeństwo - Klara, Irek i Liza. W pakowaniu pomagała im Ania, najlepsza niania świata. Nazajutrz mieli wyjechać na wakacje do letniego domku w Maine.
Werka go uwielbiała. Był zupełnie inny niż dom, w którym mieszkali na co dzień, gdzie musiała mówić dorosłym o wszystkim, co chciała robić albo dokąd pójść - wszystko jedno, czy szła do parku, czy do koleżanki.
W Maine mogła bawić się w lesie z innymi dziećmi, a często nawet sama. Miała tam swoje ulubione wielkie drzewo, stojące przy ścieżce, którą chodziły jelenie. Spędzała na nim całe godziny, czytając lub obserwując w ciszy zwierzęta, przechodzące w dole. Czasami rozrzucała dla nich jabłka wokół drzewa. Ze swojego miejsca w rozwidleniu konarów mogła widzieć i słyszeć, jak wcinają je ze smakiem.
Nieraz w nocy całą rodziną leżeli na pomoście i patrzyli w niebo, obserwując deszcz meteorytów. Jeśli nie było zbyt zimno, kąpali się nawet po ciemku. Werka świetnie pływała i uwielbiała wodę.
W Maine było jeszcze coś super, a raczej ktoś - Maks, kuzyn Werki. On i jego rodzice - wujek Marek i ciocia Lucynka, która była bliźniaczką mamy, również mieli własny letni dom nad jeziorem w Maine, całkiem niedaleko od nich. Maks był w wieku Werki i lubił dokładnie to samo co ona. Czasami mama i tata nazywali go Nieznośnym Maksem, ale bez złości, raczej żartobliwie. Chodziło im o to, że Maks często wpadał w kłopoty, przeważnie razem z Werką.
Sama myśl o drzewach, jeziorze, jeleniach i cudownej wieczornej ciszy sprawiła, że Werka aż zadrżała ze szczęścia. Podniosła głowę i się uśmiechnęła, przypominając sobie zapach sosen. Jutro. Już jutro tam będzie.
Jedyną przykrą rzeczą związaną z wyjazdem była myśl, że będzie musiała zostawić Margolę i Fredka. Fretki bez przerwy rozrabiają. Na przykład Margola utknęła w rozkładanej kanapie i tata musiał rozkręcać mebel, żeby bezpiecznie wyciągnąć fretkę ze środka. W chwilę potem Fredek przegryzł wąż od pralki i woda wylała się na mieszkanie. Takich katastrof było jeszcze wiele. Dlatego mama ustaliła zasadę: żadnych fretek w Maine.
Przyjaciółka Werki Luiza zgodziła się zaopiekować Fredkiem, za którym przepadała. Zawsze, kiedy przychodziła do Werki, Fredek wślizgiwał się pod jej koszulkę, co oznaczało, że bardzo lubi Luizę i czuje się przy niej bezpieczny. Niestety, mama Luizy nie zgodziła się na wzięcie dwóch fretek. Dlatego postanowiono, że Margola zostanie w domu i codziennie będzie przychodził do niej Gil - chłopiec mieszkający w sąsiednim domu, który miał bawić się z fretką, karmić ją i czyścić jej klatkę.
Biedna Margola, sama w pustym domu! Werka czule przytuliła pupilkę. Zrobiła to chyba zbyt mocno, ponieważ fretka zaczęła się wiercić.
- Przepraszam - szepnęła.
Delikatnie wypuściła zwierzątko na podłogę i spojrzała na swój bałagan. Pokój wyglądał tak beznadziejnie, że Werka wolała zająć się czytaniem, przynajmniej przez chwilę. Sięgnęła po ulubioną książkę: Tajemniczy ogród. Trzymała ją wysoko na półce ze względu na fretki, które uwielbiały gryźć papier. Kiedyś Margola zniszczyła bardzo ważną książkę, którą Werka ukradła, a właściwie pożyczyła. Spowodowało to spory zamęt.
Werka czytała już Tajemniczy ogród chyba tysiąc razy. Otworzyła książkę na ulubionym rozdziale, w którym dzieci odkrywają tajemniczy ogród, ukryty za wysokim murem. Pomyślała o Maine, ścieżce jeleni i swoim własnym drzewie.
- Werko! - zawołał tata ze schodów. - Jak ci idzie pakowanie?
Werka udała, że nie usłyszała. Dotarła do ulubionego fragmentu książki, w którym rudzik odnajduje klucz do ogrodu.
- Werko! - zawołał ponownie tata, tym razem nieco głośniej. - Zaczynam pakować bagaże do samochodu. Skończyłaś już?
Werka z westchnieniem zamknęła książkę.
- Prawie! - zawołała.
Wierutne kłamstwo.
- Tymku, a co u ciebie? Jesteś gotowy?! - wołał tata.
- Prawie! - odkrzyknął Tymek.
On nie kłamał. Werka była tego pewna. Tymek, choć tylko dziesięć i pół miesiąca starszy od Werki, w przeciwieństwie do swojej siostry, był trochę nieśmiały i bojaźliwy, ale za to bardzo mądry, dobrze zorganizowany i do tego przemiły. Werka uważała Tymka za swojego najlepszego przyjaciela. Na pewno miał już wszystko spakowane i gotowe do wyjazdu.
Westchnęła. Trudno, nie ma wyjścia, trzeba się brać do roboty. Przegoniła Wafla z łóżka i zgarnęła wszystkie ubrania na podłogę. Mama rozdała dzieciom torby podróżne, każdemu w innym kolorze. Werka dostała szarą, więc użyła swoich magicznych markerów, żeby ją nieco ożywić. Pomalowała torbę w różowe i czerwone kropki i teraz, gdy torba leżała na podłodze, wyglądała jak rozpłaszczony słoń, chory na ospę.
Werka zaczęła upychać do niej rzeczy - książki, ubrania i trampki. Deskorolka leżała na podłodze obok łóżka i przez chwilę Wera miała ochotę także i ją włożyć do torby. Ale mama nie pozwoliła zabrać im deskorolek do Maine. Głupi zakaz! Werka wsunęła deskorolkę pod łóżko i dalej wpychała rzeczy do torby. To była bardzo ciężka praca. Aż się zasapała. Wepchnęła jeszcze kilka i usiadła na torbie. Bagaż przechylił się, ale na szczęście nic z niego nie wypadło. Werka spojrzała na torbę, bo sama nie wiedziała, co właściwie spakowała.
Margola też była ciekawa. Wetknęła nos do torby i zaczęła się wciskać pomiędzy ciasno ułożone ubrania.
- O nie! - krzyknęła Werka i już chciała wyciągnąć pupilkę, kiedy nagle pomyślała... A gdybym tak nie zauważyła, że wślizguje się do torby... przecież jej wcale nie przeszkadzają ciasne miejsca... często śpi w poszewkach poduszek albo w moim plecaku. Może... Nie. Tak nie można. To byłoby nie w porządku - skarciła się w myślach.
Ale właściwie co w tym złego? Margola sama próbowała wejść do torby. Werka wcale nie musiała jej zauważyć. Prawda?
Nazajutrz rano wszystkie dzieci były już spakowane. Zniesiono resztę bagaży do samochodu i mama zamknęła dom. Rodzina była gotowa do podróży.
Została już tylko jedna rzecz do zrobienia... no, może dwie - pomyślała Werka.
Jedną z nich było zrobienie rodzinnej fotografii. Każdego roku przed wyjazdem do Maine i potem, po powrocie, tata cykał wszystkim zdjęcie. Lubił porównywać fotki, żeby zobaczyć, jak bardzo się zmienili przez rok i jacy byli opaleni i wypoczęci po wakacjach.
Nikt nie zmieniał się tak bardzo jak tata. Podczas pobytu w Maine nie golił się i zapuszczał śmieszną, rudą brodę. Werce nie podobał się ten zwyczaj i nie lubiła dawać tacie buziaków, kiedy broda była już gęsta i drapiąca.
Tata zajął się ustawianiem aparatu, a wszyscy zebrali się na schodach przed wejściem do domu. Mama usiadła pośrodku górnego stopnia, a Tymek i Werka zajęli miejsca po obu jej stronach.
Na niższym stopniu usiadła Klara, pięcioletnia siostra Werki, przytulając swoją kotkę o imieniu Kitka. Obok Klary siedziało najmłodsze rodzeństwo Werki - bliźniaki Irek i Liza, a z nimi niania Ania. Bliźniaki nie miały jeszcze trzech lat, ale potrafiły już wymówić prawie każde słowo. Mama powiedziała kiedyś, że jak raz zaczęły mówić, to nie mogą przestać.
Mama jednym ramieniem objęła Werkę, a drugim Tymka. Uśmiechnęła się do nich.
- Cieszycie się z wyjazdu? - zapytała.
Tymek ochoczo skinął głową.
- Nie mogę się doczekać! - powiedział. - Jak tylko dojedziemy, rozstawię mój teleskop.
Werka również kiwnęła głową, ale nic nie powiedziała. Serce jej dziwnie łomotało i ledwie mogła przełknąć ślinę. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem, kiedy przyszła Luiza ze swoją mamą, żeby zabrać Fredka, omal nie pękło jej serce. Fredek wskoczył Luizie na ramiona i ani razu, nawet kiedy byli już w samochodzie i odjeżdżali, nie spojrzał na Werkę. A Margola została sama w domu. Jedynym jej towarzyszem przez całe wakacje będzie Gil, niestety tylko raz na dzień.
- Werko? - zagadnęła z troską mama. - Wszystko w porządku? Jesteś taka cicha.
- W porządku - zapewniła Werka.
- U mnie też w porządku! - wtrąciła Klara. - Nawet więcej niż w porządku. Jestem strasznie szczęśliwa! Klara odchyliła głowę do tyłu, kładąc ją na kolanach Werki. Siostra pogłaskała jej gęste loki. Klara potrafiła być bardzo nieznośna i często miewała fochy. Zamykała się wtedy w swoim pokoju i ciskała rzeczami. Była bardzo uparta i kiedy coś nie szło po jej myśli, rzucała się na podłogę. Na szczęście szybko jej przechodziło. Nigdy jednak nie była złośliwa. Werka uwielbiała swoją młodszą siostrę.
Klara usiadła prosto i przycisnęła brodą Kitkę, która wyglądała, jakby była wypchanym zwierzakiem. Kotce najwyraźniej to nie przeszkadzało.
Jakie to niesprawiedliwe, że Kitka może jechać z nimi do Maine, a Margola i Fredek muszą zostać - pomyślała Werka.
Irek i Liza wiercili się na kolanach Ani. Wkładali jej do buzi swoje paluszki, a ona udawała, że chce je odgryźć. Maluchy chichotały jak szalone. Ania udawała dzikie zwierzę i warczała.
Werka westchnęła. Czasami nadal chciała być maluchem.
- Uwaga! - zawołał tata. - Uśmiech! Powiedzcie: "ser"!
- Nie, tato! - krzyknął Irek. - Kaz nam powiedzieć "malmolada".
- Naprawdę? - zdziwił się tata. - W porządku, powiedzcie: "mozzarella"!
- Taaato! - wydarła się Liza.
- Poczekaj! - krzyknęła Klara. - Wafel! Gdzie jest Wafel?
Kiedy pies usłyszał swoje imię, w te pędy przybiegł zza domu. Stanął i patrzył to na dzieci, to na dorosłych, jakby zastanawiał się, o co chodzi. Po chwili chyba się domyślił, bo usiadł na samym środku, z wysoko uniesioną głową i postawionymi uszami, zupełnie jakby pozował do reklamy karmy dla psów.
- W porządku, Wafel! - powiedział tata. - Powiedz: "pyszna wątróbeczka"!
Wafel zaszczekał i wszyscy się roześmiali. Tata pstryknął kilka zdjęć. Później mama przejęła aparat, żeby i tata został uwieczniony na fotografii. W końcu nadeszła pora odjazdu.
Z góry było ustalone, kto będzie podróżował w którym samochodzie. Tymek i bliźniaki mieli jechać w minibusie taty, razem z bagażami, sprzętem wędkarskim oraz posłaniem Wafla i innymi drobiazgami. Klarę z Kitką w klatce, część bagażu i poduszki wiozła mama. Ania do swojego małego samochodu miała zabrać Werkę i Wafla.
Werka uprosiła o to mamę i tatę ostatniego wieczoru przed wyjazdem. Zgodzili się bez zastrzeżeń. Ania opiekowała się dziećmi od niecałego roku i po raz pierwszy wybierała się z nimi do Maine. Dom był położony z dala od głównej szosy. Prowadziła do niego wyboista leśna droga. Werka dobrze znała tę drogę i mogła poprowadzić Anię.
Wszyscy rozeszli się do samochodów i zajęli miejsca. Tylko Werka nadal stała na chodniku. Tak? Nie? Tak! Serce waliło jej jak szalone. Wzięła głęboki wdech.
- Tato! - krzyknęła. - Tato, poczekaj! Zapomniałam o czymś. Muszę wrócić do domu.
- Och, Wero! - jęknął tata. - Co znowu? Dom jest już zamknięty. Włączyłem alarm.
- Tato, ja muszę. Zapomniałam plecaka. Mam w nim ważne rzeczy... książki, iPoda... wszystko.
Tata westchnął i pokręcił głową.
- W porządku, rozumiem - powiedział. - Pójdę po niego. Gdzie on jest?
- Nie, sama po niego pójdę - powiedziała szybko Werka. - Muszę wziąć jeszcze jedną rzecz. To znaczy, potrzebuję...
Tata zrobił gniewną minę i znowu pokręcił głową. Wyjął klucze od domu i ruszył po schodach. Werka deptała mu po piętach. Tata otworzył drzwi i wyłączył alarm.
- Zaraz wracam! - zawołała. Wyprzedziła go w wejściu i popędziła na piętro.
Kiedy znalazła się w swoim pokoju, klęknęła na podłodze przed klatką Margoli i wyjęła z kieszeni list, który wcześniej napisała do Gila. Wygładziła kartkę, na której grubym flamastrem nagryzmoliła wielkimi literami:
Hej Gil!
Zmieniliśmy zdanie. Zabieramy z sobom Margolę. Itak ci zapłacimy za opiekę.
Jak wrucimy.
Werka ostatni raz spojrzała na tekst. Niektóre słowa wyglądały jakoś dziwnie. Nie była najlepsza z ortografii. Ale Gil powinien zrozumieć.
Położyła kartkę na podłodze przed klatką fretek. Po cichu otworzyła drzwiczki i delikatnie wyjęła z niej Margolę. Plecak leżał obok - tam gdzie go wcześniej zostawiła. Wsunęła do niego Margolę. Fretka chętnie wśliznęła się do środka. Uwielbiała plecak Werki.
- W porządku, Margolciu - szepnęła Wera. - Muszę teraz zamknąć plecak, ale tylko na chwilkę. Otworzę go, kiedy wsiądziemy do samochodu. Jesteś gotowa?
- Wero! - zawołał tata. - Czemu to trwa tak długo? Czekamy.
Usłyszała jego kroki na schodach.
- Nie wchodź! - krzyknęła. - Idę już, idę! - Szybko zasunęła plecak. Chwyciła go i zbiegła na dół. - Już wszystko mam, już mam! - oznajmiła. Wyminęła tatę i pobiegła prosto do samochodu Ani.
Teraz naprawdę miała już wszystko. Miała Margolę.
Kiedy mama i tata znajdą fretkę, będzie katastrofa.