Rozdział 8
8
Wenus
- Przyjadę po ciebie po szkole i pójdziemy na lody - poinformował tata,
więc mruknęłam niewyraźnie "mhm" i wysiadłam z auta, spóźniona na
pierwszą lekcję. Jakim cudem dałam mu się namówić na powrót do tego
piekła? Pozornej normalności?
Szkolny dziedziniec był niemal pusty. Tylko pojedyncze osoby siedziały
na ławkach w pełnym słońcu i tak jak ja nie miały co ze sobą zrobić.
Kiedy szłam wzdłuż ściany frontowej szkolnego budynku, czułam na sobie
ich spojrzenia. Były lekko zdziwione, a może zszokowane, bo nie
wyglądałam jak wcześniej? Nie byłam ubrana w krótką spódniczkę i top,
ale w zwykły szary dres i białą koszulkę. Nie zrobiłam pełnego makijażu
i fryzury. Związałam włosy w kucyk, a twarz tylko przemyłam zimną wodą.
Czułam się niczym intruz, ale czy miało to dla mnie jakiekolwiek
znaczenie?
Poprawiłam torbę na ramieniu i weszłam do budynku. Wcześniej bym
zareagowała. Nie pozwoliła, aby tak bezczelnie się na mnie gapili.
Jednak dziś sytuacja była inna. Wszystko było inne. Kroczyłam leniwie w stronę sali, w której miałam mieć kolejne zajęcia, a moje myśli
wkraczały na niebezpieczny teren. A co jeśli oszukałabym przeznaczenie i umarła wcześniej, niż to mi zapisano?
Minęłam czerwone szafki, coraz intensywniej rozmyślając nad tym
pomysłem. Co za różnica, kiedy wyzionę ducha? Umierałam, liczył się
tylko ten niezaprzeczalny fakt. I co najgorsze i wcale nie nietypowe - w ogóle mi się on nie podobał. Do jasnej anielki, miałam niecałe
osiemnaście lat. To nie jest wiek na umieranie.
Ścisnęłam w dłoni pasek torby i głośno odetchnęłam, po czym szybko
zamrugałam powiekami, żeby pozbyć się łez. Nie, nie mogłam znów płakać.
Rozpaść się i pozwolić emocjom przejąć nad sobą kontrolę. Podeszłam pod
salę, oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy, gdy po kilku długich
sekundach dotarł do mnie czyjś męski głos. Głos mojego największego
wroga - Troya Campbella.
- Wenus, to ty? - zapytał, nie ukrywając swojego rozbawienia. Jednak w tonie jego głosu dostrzegłam również odrobinę niepokoju. - Coś się
stało?
Otworzyłam oczy i zmierzyłam chłopaka obojętnym wzrokiem.
- Tak - odpowiedziałam ze znużeniem, na co ten podszedł bliżej. -
Zobaczyłam ciebie.
Troy był tak blisko, że czułam jego oddech na policzku.
- Ha, ha, ha, pomyliłaś dni tygodnia? - parsknął.
Patrzył na mnie prowokująco, a jedyne, czego wtedy pragnęłam, to zmyć z jego twarzy ten parszywy uśmiech. Zamiast tego odepchnęłam czarnookiego
chłopaka od siebie, a potem skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Nie jestem taka głupia jak ty, Campbell - uśmiechnęłam się ironicznie.
Chłopak się zaśmiał, ale po tym, jak nerwowo oblizał wargi, poznałam, że
uraziłam jego dumę. I byłam z tego cholernie zadowolona.
Denerwowanie Troya było moim ulubionym zajęciem. Znaliśmy się od
dziecka, bo był moim sąsiadem, przyjacielem moich przyjaciół, ba, MOIM
byłym przyjacielem. Normalnie złote dziecko Green Valley. Mojego miasta.
Za każdym razem, kiedy się pojawiał obok, traciłam energię. Nie żebym od
kilku dni miała jej jakoś szczególnie wiele, ale wtedy poczułam, jak
nogi się pode mną uginają, a oczy zamykają. Przetarłam twarz dłońmi,
ziewając. To był zdecydowanie zły pomysł, aby się tu pojawić. Troy stał
kilka kroków ode mnie, świdrując mnie wzrokiem. Nie wydawał się zły, ale
zmartwiony. Co to, to nie, nie mogłam dać mu okazji do zgrywania
bohatera. Dlatego nim otworzył usta, aby coś powiedzieć, zostawiłam go
samego.
Wylądowałam w łazience z głową w kiblu. Jeśli to ma tak wyglądać przez
cały rok, to ja już dziś podziękuję. Nie zamierzam się męczyć dla
trzystu sześćdziesięciu pięciu dni obecności na świecie, który mnie nie
chce.
Rozbrzmiał dzwonek, więc sprawdziłam, czy zamknęłam się w ubikacji na
zamek. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś zobaczył mnie w takim
stanie. Przed śmiercią nikt nie mógł widzieć, jaka byłam słaba, bo
słabość to nie była cecha, która mnie opisywała. I nie taką ludzie mieli
mnie zapamiętać.
Chociaż... czy zostanę w ogóle zapamiętana? Przecież byłam jedną z miliardów ludzi. Kroplą w oceanie. Nikim specjalnym.
Ktoś zapukał do drzwi, potem chwycił za klamkę. Zachrypniętym głosem
krzyknęłam, że zajęte. Osoba po drugiej stronie wypuściła głośno
powietrze z ust.
- Tylko nie podsłuchuj. Kimkolwiek jesteś, znajdę cię, gdy tylko ktoś
dowie się, o czym rozmawiamy, rozumiesz? - usłyszałam.
To Mia. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to rzeczywiście ona,
ponieważ nie miała w zwyczaju być tak niemiła dla innych, ale tak, nie
miałam żadnych wątpliwości. Ten głos... Znałam go zbyt dobrze.
- Rozumiesz? - szarpnęła za klamkę zdenerwowana. Chyba miała zły dzień.
Postanowiłam, że jak wyjdę, porozmawiam z nią. Wtedy wykrzyknęłam, że
rozumiem.
Nie odpowiedziała mi więcej. Odetchnęłam z ulgą, słysząc, jak odkręca
kran.
- Nie możemy dopuścić, żeby Wenus została królową balu - szeptała. -
Musimy coś wymyślić, bo denerwuje mnie, że ona ma wszystko, czego ja
pragnę! Wszystko mi zabiera. Mam dość życia w jej cieniu!
Zrobiło mi się potwornie przykro, żołądek ścisnął się w kamień, a łzy,
nad którymi nie mogłam już zapanować, potoczyły się ciurkiem po
policzkach. Z kim ona rozmawiała? Brzmiała tak podle i arogancko, jak
gdybym nic dla niej nie znaczyła, a przecież mogła przyjść z tym do
mnie. Zrobiłabym wszystko, żeby to ona została królową. Mnie na tym
tytule nie zależało. Czemu tego nie zrobiła? Czemu wolała mnie
oszukiwać?
- Nienawidzę jej - dodała twardo.
Po chwili zorientowałam się, że wychodzi. Natomiast ja już nie miałam
żadnych oporów, żeby zrobić to, o czym wcześniej pomyślałam. Na tym
świecie już nic i nikt mnie nie trzymał.
Rozdział 9
9
Wenus
Weszłam do klasy długo po drugim dzwonku, co spotykało się z reakcją nie
tylko nauczyciela, lecz także wszystkich uczniów. Zdawało mi się, że
byli oni tak samo jak ci przed szkołą lekko zszokowani moim wyglądem.
Słyszałam tylko ich szepty, czując na sobie przelotne spojrzenia. Miałam
dość, choć wcześniej uwielbiałam się znajdować w centrum uwagi.
Tylko Mia na mnie nie patrzyła, za to Troy nie potrafił spuścić ze mnie
wzroku. Przeprosiłam za spóźnienie, po czym usiadłam w pierwszej wolnej
ławce. I znowu ciche głosy. Ciche śmiechy. Zerknęłam na osobę obok i już
zrozumiałam dlaczego. Usiadłam przy Joy Carter, najbiedniejszej
dziewczynie w szkole, o której krążyło mnóstwo plotek.
- Boże - szepnęłam z dezaprobatą, a następnie oparłam głowę na łokciach.
- Jakiś problem, Wenus? - nauczyciel czuł się w obowiązku interweniować.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, lecz ktoś z tyłu był ode mnie
szybszy.
- Pewnie boi się, że zaśmierdnie.
I cała klasa wybuchnęła śmiechem.
Trudno było mi się z tym nie zgodzić, aczkolwiek w przeciwieństwie do
innych milczałam. To znaczy, nie czułam żadnego nieprzyjemnego zapachu
od strony Joy i to byłoby w stosunku do niej nie fair, gdybym razem z nimi się śmiała, lecz plotki robiły swoje. Były jak etykiety, których
ciężko się pozbyć. Definiowały cię i nieważne, jak bardzo starałbyś się
je zdementować, one już na zawsze zostawały z tobą.
Odsunęłam się od Joy, co wszyscy jednoznacznie zinterpretowali. Było mi
z tego powodu głupio, ale co innego mogłam zrobić? Nie chciałam przed
śmiercią stracić własnej reputacji. Nauczyciel przechylił głowę z wyrazem niezadowolenia, obserwując to, co robię, a Michaelowi za niemiłe
komentarze na temat Joy wpisał uwagę do dziennika.
- Uważajcie, bo z czasem słowa obrócą się przeciwko wam - powiedział z przestrogą.
Jednak nikt nie brał do siebie jego słów. Cóż, ja również. Zostało mi
więc zaczekać na koniec zajęć. Pozostali zaczęli buczeć na mężczyznę,
więc ten machnął ręką, widocznie zdenerwowany, i wrócił do przerwanej
lekcji. Joy natomiast niespodziewanie wstała i wybiegła z sali.
- Jesteście z siebie zadowoleni? - profesor Tanner nagle wybuchnął,
rzucając czarny marker na biurko. Wzdrygnęłam się, a on kontynuował. -
Co z was za klasa? Za ludzie? To nie wina tej biednej dziewczyny!
Jesteście okrutni, dlatego wszyscy dostajecie uwagi! - wrzeszczał.
Gdyby mi zależało, protestowałabym, bo niczego złego nie zrobiłam. Teraz
jednak tylko wzruszyłam ramionami, a pan Tanner został wybuczany. Nie
zostawił tego bez konsekwencji.
- Jutro piszecie z dzisiejszego tematu kartkówkę - dodał ze złością w głosie.
Jutro to piękna data. Szkoda, że dla mnie owo jutro już nigdy miało nie
nadejść.
- A teraz, Wenus, proszę, przyprowadź koleżankę z powrotem do klasy -
usłyszałam. Wytrzeszczyłam oczy z niedowierzaniem i zmarszczyłam czoło.
- Dlaczego ja? Ja nic nie zrobiłam - zaprotestowałam. Wkurzyłam się, bo
miałam swoje problemy, i to na nich chciałam się skupić, a nie na
jakiejś dziewczynie, która nie potrafiła trzymać na wodzy emocji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 2
2
Wenus
Głucha cisza. Biel, jakbym znajdowała się w chmurach. Nie byłam w stanie
się ruszyć. Dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, gdzie jestem i co
się stało. Mrugałam powiekami, a świadomość pomału wracała. Upadłam.
Leżałam teraz w jakimś niewygodnym łóżku, przykryta kołdrą w zgniłozielonym kolorze. Tuż obok stała aparatura, do której mnie
podłączono. Słyszałam świdrujące dźwięki. Pikanie. Kapanie kroplówki.
Próbowałam się podnieść, ale szybko opadłam z powrotem na materac. Auć.
Mała, wręcz klaustrofobiczna szpitalna sala, w której wszystko było
mdłe, przyprawiała mnie o ból głowy. Przypomniałam sobie o nim, gdy
wspomnienia zaczęły wracać. Kurde, byłam tak blisko mety. Gdybym tylko
jeszcze trochę przyspieszyła... Auć. Zawładnęła mną totalna bezsilność i zrobiło mi się niedobrze.
Chciałam też kogoś zawołać, lecz jedyny dźwięk, jaki wydostał się z mojego gardła, był marnym jękiem bólu. Czekałam, zaciskając pięści, a paznokcie wbijały mi się we wnętrza dłoni. Ile jeszcze? Pytanie
powracało jak echo, wypełniając moje myśli niczym upiorny refren.
Drżałam cała, a serce biło tak gwałtownie, jakby w każdej chwili mogło
wyskoczyć z mojej klatki piersiowej.
Wskazówki zegara monotonnie przesuwały się po tarczy. Wgapiona w nie,
czułam coraz większe znużenie. Oczy same mi się zamykały. Stłumione
głosy wabiły do siebie.
- Wenus, Wenus, kochanie, chodź do mnie.
Mama?
Czułam w ustach słony smak łez. Gdzie byłam? Czemu było tam tak jasno?
Pusto? Mrużyłam oczy, podążając za wołającym mnie głosem.
- Wenus, chodź do mnie!
Nie miałam wątpliwości, głos należał do mojej mamy, ale przecież ona
zginęła kilka lat temu w wypadku samochodowym. Czy to oznaczało, że ja
też nie żyję? Starałam się otworzyć oczy, bez skutku. Dźwięk mojego
imienia był coraz głośniejszy. I zobaczyłam ją. Widziałam moją mamę.
Stała w oddali, w śnieżnobiałej halce, rozświetlona jak anioł, wyciągała
do mnie bladą dłoń. Zaczęłam do niej biec. Byłam bardzo blisko jej
uśmiechu.
I nagle znowu zadzwoniło mi w uszach. Pustka zniknęła. Z powrotem
znalazłam się w szpitalnej sali, jednak już nie byłam w niej sama. Przez
zmrużone powieki dostrzegłam tatę i mężczyznę w białym kitlu.
Rozmawiali, wpatrzeni w stos kartek. Chyba nie mieli pojęcia, że
odzyskałam świadomość. Ponownie próbowałam ich zawołać i ponownie mi to
nie wyszło. Tata zaś wyglądał, jakby miał za chwilę się rozpaść na
milion drobnych kawałków. Lekarz poklepał go po ramieniu, po czym
zbolałym głosem powiedział:
- Bardzo mi przykro. To wszystko, co jesteśmy w stanie zrobić. Jeśli
mogę coś poradzić, to proszę spędzić z córką jej ostatnie chwile
najlepiej, jak potraficie - po czym opuścił salę, pozostawiając mojego
ojca zalanego łzami.
Tata przez chwilę wpatrywał się we mnie, wzruszył ramionami z wyrazem
bezradności i wybiegł za doktorem. Ja zaś, starając się utrzymać
przytomność, negowałam wszystko, co usłyszałam. To nie mogła być prawda.
Musiałam coś źle zrozumieć. Jednak wraz z upływem kolejnych sekund
traciłam wiarę w to, że mogło to być jedynie nieporozumienie. Kolejna
fala bólu przeszyła moje ciało, przypominając mi o brutalnej
rzeczywistości.
Aua. Nie wiedziałam, co boli bardziej. Ja, Wenus Villanueva, nie
chciałam umierać. Nie teraz, nie w ten sposób. Chciałam jeszcze poczuć
ciepłe promienie słońca na swojej skórze, usłyszeć śmiech moich
najbliższych, dotknąć marzeń, których jeszcze nie zdążyłam zrealizować.
Jednak teraz to wszystko zdawało się tak daleko, tak nierealne.
Wszystko, co czułam, to pulsujący ból i strach, który paraliżował mnie
coraz bardziej. Te dwie emocje były jak ciężki łańcuch, ściskający moje
serce coraz mocniej z każdym uderzeniem, jakbym topiła się w ciemnych
głębinach, gdzie powietrze stawało się coraz rzadsze, a ciało traciło
każdą iskierkę siły. Pustka wypełniała moje wnętrze, wypierając zeń
nawet najmniejszą drobinkę nadziei. Moja dusza krzyczała z bólu,
próbując dotrzeć do kogoś, kto mógłby mnie uratować od tej ciemności.
Ale wszystko, co mogłam usłyszeć, to echo własnego cierpienia, które
odbijało się od niewidzialnych murów obejmującej mnie rozpaczy.
Moje życie nie mogło tak szybko się kończyć.
Rozdział 3
3
Troy
Od śmierci Emily minęły cztery lata, a mimo to nadal czułem tę samą
pustkę. Ten sam przeszywający ból na każde wspomnienie jej imienia. I choć obiecałem, gdy mnie o to prosiła, nie potrafiłem ruszyć dalej. I po
raz kolejny za to przepraszałem, stojąc nad jej grobem, patrząc na
zdjęcie, na którym szeroko się uśmiecha. Miała czternaście lat, kiedy
postanowiła odebrać sobie życie.
Dziś razem ze mną świętowałaby osiemnaste urodziny, lecz wybrała inną
drogę. Jej śmierć pozostawiła we mnie głęboką ranę, która nie chciała
się zabliźnić. Codziennie musiałem się zmagać z myślami, dlaczego nie
zauważyłem jej cierpienia, dlaczego nie zdołałem jej uratować.
Wielokrotnie odwiedzałem miejsce, gdzie znalazła swój spokój wieczny, i próbowałem zrozumieć, co pchnęło ją do tak desperackiego kroku.
Zrobiła to w swoim pokoju, bezboleśnie, zażywając kilkanaście silnych
tabletek przeciwbólowych. Wspomnienie tego dnia wciąż wracało jak
upiorny koszmar, nawiedzając moje sny i odbierając spokój. Patrzyłem na
jej zdjęcie, bezsilny i winny. Winny, że nie mogłem zapobiec jej
śmierci, że nie mogłem dać jej powodu, by żyć.
Trzymałem w ręku białą różę, jej ulubiony kwiat. Mama powiedziała, żebym
położył go razem z innymi kwiatami, ale jej nie posłuchałem, aż w końcu
sama wyrywała mi roślinę z dłoni i położyła na jasnym marmurze.
Nie zareagowałem. Czekałem jedynie na koniec tego ,,rodzinnego
spotkania", na to, kiedy zostanę z Emily sam na sam i opowiem jej o tym,
co wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca, podczas którego nie
odwiedziłem jej ani razu. Ale zdawało się, że matka i ojciec nie mieli w planach tak szybko odchodzić. Tulili się i zaczęli nucić Sto lat,
zapominając chyba, że to też i moje święto. Nie byłem na nich zły, bo
wiedziałem, że nie robią tego specjalnie. Mnie też kochali, ale to Em
nie żyła.
Więc znowu nici z rozmowy.
Czas mijał i słońce powoli zasłaniały chmury. Nie było mnie w szkole,
ale na treningu siatkówki musiałem być. Obawiałem się jednak, że ojciec
nie będzie w stanie usiąść za kółko. Dlatego nieśmiało odchrząknąłem,
aby zwrócić na siebie uwagę rodziców.
- Mogę pożyczyć samochód? - spytałem, gdy w końcu mnie zauważyli. -
Muszę jechać na trening - wytłumaczyłem, wpatrując się w opuchnięte od
płaczu oczy taty. Drżał cały, on, który chciał być dla nas wsparciem. -
A po drodze zadzwonię do wujka, żeby po was przyjechał? - zaproponowałem
nieśmiało, zakładając rękę na kark.
Tata bez słowa wsadził dłoń do kieszeni, wyciągnął z niej kluczyki z zawieszką cholernej białej róży i po krótkiej chwili podał mi je.
- Tylko jedź ostrożnie - poprosił cicho.
- Jasne - odparłem i odwróciłem się, żeby odejść. Wtedy mama podbiegła
do mnie i najmocniej, jak umiała, objęła mnie swoimi delikatnymi
ramionami.
- Wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastych urodzin, synku -
szepnęła płaczliwie, na co tata dodał, że gdy wrócę do domu, otrzymam
prezent, o jakim marzyłem od dziecka.
Tymczasem moje marzenie cztery lata temu zostało zastąpione innym...
dziś już nie do spełnienia. Otworzyłem usta, by podziękować, ale słowa
zamarły mi w gardle. Nie mogłem udawać radości, kiedy w moim sercu
tkwiła tak głęboka, bolesna pustka. Czułem, jak ból znów zaciska mi
klatkę piersiową niczym imadło, przypominając o tym, że nawet najmilsze
gesty i słowa nie są w stanie zagoić tej rany. Moje marzenia, które
kiedyś były tak jasne i wyraźne, teraz wydawały się mglistymi
wspomnieniami, które przestały mieć znaczenie, bo mojej siostry nie było
obok. Mimo to, w głębi serca, nadal tkwiła iskra nadziei. Nadziei na
lepsze jutro, na możliwość odnalezienia sensu w życiu po stracie, na
odnalezienie szczęścia, choćby w najmniejszych codziennych momentach. Bo
nawet w najgłębszej ciemności nadal istniał promyk światła, który
czekał, by mnie oświecić. Tego właśnie chciałaby Emily.
Moja siostra była osobą o delikatnej duszy, łatwo angażującą się
emocjonalnie. Wrażliwość pozwalała jej dostrzegać niuanse w relacjach i otaczającym ją świecie. Miała niezwykły dar wyrażania siebie poprzez
sztukę. Była utalentowaną artystką, która oddawała emocje i przeżycia za
pomocą różnych form wyrazu. Szczególnie za pomocą muzyki, którą obydwoje
uwielbialiśmy. Była też silna i zdeterminowana, lecz czasami zbyt
podatna na wahania nastroju. Jej emocje momentami były intensywne i zmienne, co sprawiało, że trudno było jej nad nimi zapanować. I to ją
zgubiło. Oddało w sidła śmierci.
Tak bardzo bym chciał, żeby była teraz obok. Tak bardzo za nią
tęskniłem.
Rozdział 4
4
Wenus
Nie miałam siły wstać z łóżka. Psychicznej siły. Przecież to nie miało
sensu. Leżałam, a łzy ciurkiem płynęły mi po twarzy. To koniec.
Umierałam. Dlaczego nikt nie potrafi tego uszanować? A już szczególnie
Jupiter, moja młodsza siostra, która co chwilę dobijała się do drzwi
mojego pokoju.
Dosłownie co chwilę, więc miałam ochotę wrzeszczeć, żeby w końcu się
odczepiła. Mimo to zaciskałam zęby, tłumacząc sobie, że to jeszcze
dziecko. Bardzo irytujące dziecko.
Po śmierci mamy myślałam, że nie będę miała rodzeństwa, bo tata
strasznie się załamał, a tu proszę, kilka lat później przyprowadził do
domu ciężarną kobietę o imieniu Caroline. I szczerze? W sumie nic do
niej nie miałam i nawet ją lubiłam, ale mogła mnie posłuchać, kiedy
mówiłam, żeby nie farbowała włosów w ciąży, bo urodzi rudą wiewiórę
zamiast dziecka. Nie posłuchała.
Zatem po domu biegał mały rudzielec i wrzeszczał wniebogłosy, podczas
gdy ja potrzebowałam ciszy. Wykrzykiwała moje imię, które zaczynałam
powoli nienawidzić.
- Wenus! Wenus!
Z jękiem schowałam się pod kołdrę, błagając w myślach, żeby się
uciszyła. Po kim odziedziczyła ten ognisty temperament? Bo na pewno nie
po ojcu ani matce. Caroline była spokojną, wyważoną kobietą, a jej
córka? Istny huragan.
- Wenus! Wenus! - wołała i pukała coraz mocniej. - Psysła twoja
kolezanka. Ta, co wygląda jak Balbie.
Zgięłam się wpół, niegotowa na żadne odwiedziny. Co ona tutaj robi? I czemu nie raczyła napisać, że przyjeżdża? Machinalnie złapałam telefon
leżący na szafce nocnej. Odblokowałam ekran. Pisała. I to bardzo dużo.
Cholera, nie miałam teraz ochoty na spotkania i pogawędki. Zawyłam
cichutko i podniosłam się z trudem do siadu, a następnie spuściłam stopy
na podłogę. Przez myśl mi nie przeszło, że Mia Miller, moja najlepsza
przyjaciółka, mogłaby się o mnie martwić. Nie była taka. Nie okazywała
uczuć, a okazuje się, że jej wiadomości są pełne troski i zaniepokojenia. W tamtym momencie chciałam zniknąć z powierzchni ziemi,
ponieważ czułam, jak niezręczność i wstyd za własną niezdolność do
otwarcia się na wsparcie przeszywają całe moje ciało. Nie byłam do tego
przyzwyczajona. Nie, jeśli dotyczyło to Mii. Mia była chłodna. Zazwyczaj
nie obchodził jej drugi człowiek, a tylko to, co może jej zaoferować.
Nie rozumiałam więc, czemu mnie odwiedza. Zrzuciłam cienki koc, którym
byłam przykryta, i ruszyłam w kierunku drzwi.
- Już idę - krzyknęłam, próbując przez tę krótką chwilę doprowadzić się
do ładu.
Oczy miałam opuchnięte od łez, bladą skórę, a ubrania pogniecione. Odkąd
wróciłam ze szpitala, nie widziałam się z prysznicem. Trudno. Mia
musiała to zrozumieć, chociaż oczyma wyobraźni widziałam już, jak na mój
widok wykrzywia swoją nieskazitelną buzię. Dla pewności sprawdziłam, czy
nie śmierdzę. Odetchnęłam z ulgą, kiedy niczego nie poczułam, a następnie otworzyłam drzwi, za którymi stała dziewczyna. I Jupiter,
która natychmiast objęła mnie za nogi i przytuliła się. Była taka
malutka.
- Idź do siebie - powiedziałam jej, krzywiąc się, na co buzia
dziewczynki wygięła się w podkówkę i popatrzyła na mnie z dołu tymi
swoimi ogromnymi ślepiami. - No już! - ponagliłam ją.
Puściła mnie i bez słowa uciekła, więc mogłam skupić uwagę na Mii, która
właśnie zarzuciła swoimi blond włosami i wyminęła mnie w progu, po czym
usiadła na bocianie, domowym bujaczku. Wyglądała, jakby wróciła z wybiegu dla modelek, nie ze szkoły. Co ciekawe, moje obawy wobec niej
okazały się niesłuszne, ponieważ dziewczyna w żaden sposób nie
skomentowała mojego wyglądu.
Jeszcze.
- Twój ojciec mówił, że jesteś chora, ale nie spodziewałam się, że aż
tak. Nie powinnam przychodzić, bo jeszcze mnie zarazisz - odezwała się w końcu, lustrując mnie od góry do dołu.
Chciałam odpowiedzieć, że nieuleczalną wadą serca nie da się zarazić,
ale ugryzłam się w język i smutno się uśmiechnęłam.
- Tak wyszło - wzruszyłam ramionami. - Ale spoko, nie zarazisz się -
usiadłam na krawędzi łóżka.
- OK... - kiwnęła głową niepewnie. - Więc co ci jest? Pisałam do ciebie
chyba z milion razy - wydęła usta i przewróciła oczami.
Powstrzymałam się przed zrobieniem takiej samej miny. Nie miałam ochoty
się tłumaczyć, choć niewątpliwie powinnam. Niemniej jej pretensjonalny
ton, do którego oczywiście miała prawo, bo spieprzyłam, mącił tak, że
chciałam, żeby usłyszała coś innego zamiast wyjaśnień. Bardzo nie
lubiłam w niej tej pretensjonalności.
Nastała chwila ciszy, podczas której miałam czas na zastanowienie się,
co powiedzieć. Prawda nie wchodziła w grę. Przeciągnęłam się
ostentacyjnie i wymyśliłam kłamstwo na poczekaniu.
- Przemęczenie.
- Tylko? - Mia uniosła do góry swoje grube brwi. - Na boisku wyglądałaś,
jakbyś zaraz miała umrzeć.
Już niedługo. Zaśmiałam się i lekceważąco machnęłam ręką.
- No niestety. Jeszcze trochę będziesz musiała się ze mną pomęczyć.
Na te słowa w jej oczach pojawiło się coś, czego nie potrafiłam
odgadnąć. Dziwny błysk, który wywołał dreszcz na całej mojej skórze.
Sama zresztą miałam wrażenie, że mówiąc te słowa, wbijam sobie w plecy
ostrze noża. Świadomość, że umieram, powodowała, że natychmiast chciało
mi się płakać.
- Weź, nawet tak nie mów - blondynka zdenerwowała się, wstając. -
Strasznie się martwiłam, więc nigdy więcej mnie tak nie strasz -
podeszła do mnie i ku mojemu zdziwieniu rozpostarła ramiona, w których
po chwili ukryłam się, zastygając na kilka długich sekund. Coś
podpowiadało mi, żeby nie wierzyć Mii, a przecież już cztery lata
byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Nasza przyjaźń zaczęła się pierwszego dnia w pierwszej klasie liceum. Ja
wtedy nie byłam sobą. Przeżywałam śmierć Emily, najbliższej mi w tamtym
czasie osoby, i to, że kolejna najbliższa mi osoba, Troy, zostawiła
mnie, chociaż obiecał, że zawsze będzie. Wściekłość i smutek wypełniały
każdy kawałek mojego serca, a ja czułam się jak korek, dryfujący bez
celu po morzu własnych emocji. Wtedy pojawiła się Mia. Jej uśmiech był
promieniem światła w mojej ciemności. Na początku nie byłam pewna, czy
mogę jej zaufać, czy otworzyć się przed nią, tak jak przed Emily i Troyem, lecz Mia potrafiła dotknąć mojej duszy w sposób, którego nikt
inny nie umiał. Była ze mną, kiedy jej potrzebowałam, słuchała i na swój
sposób wspierała mnie, nawet gdy nie potrafiłam wyrazić swoich uczuć
słowami. Nasza przyjaźń rozkwitła w cieniu mojego smutku i gniewu,
stając się dla mnie podporą i nadzieją na lepsze jutro. To właśnie Mia
pokazała mi, że nie muszę być sama w swojej walce z demonami
przeszłości, że mogę liczyć na kogoś, kto będzie ze mną na dobre i złe.
To była ona. I to właśnie Mia sprawiła, że zaczęłam wierzyć w siebie i stawać się tą osobą, którą byłam dziś. To dzięki niej byłam popularna.
To dzięki niej ta popularność z miesiąca na miesiąc przysłaniała mi
wszystko inne.
Ponieważ byłyśmy aktywne społecznie i często pojawiałyśmy się na różnych
imprezach szkolnych, wydarzeniach sportowych i szkolnych festiwalach,
szybko zostałyśmy królowymi szkoły. Ludziom podobała się nasza pewność
siebie i to, że nie miałyśmy sobie równych. Wygrywałyśmy również tym, że
zawsze byłyśmy zadbane i modnie ubrane, a to, nie ukrywajmy, dla
nastolatków jest dosyć istotne.
Stałyśmy się nierozłączne. Nasza przyjaźń z każdym dniem stawała się
coraz silniejsza, a ludzie zaczęli nas kojarzyć jako pakiet. Nie mogli
sobie wyobrazić jednej bez drugiej. Razem działałyśmy jak zgrany duet,
uzupełniając się nawzajem w każdej sytuacji. Miałyśmy tę mocną więź,
która sprawiała, że nic nie było w stanie nas rozdzielić. Tą mocą była
wiedza, że bez siebie nawzajem w szkole nie znaczymy tyle co razem.
Może to właśnie oznaczał ten błysk w oku Mii? To, że bardziej niż o mnie
martwiła się o swoją pozycję w szkole? Bardzo prawdopodobne.
Rozdział 5
5
Troy
Miałem najlepszych przyjaciół w całym Green Valley, najlepszych na
świecie, którzy teraz ustawieni w jeden równy rządek pod siatką śpiewali
mi Sto lat. Oczywiście nie mogłem zapomnieć o trenerze.
Mimo że to rocznica śmierci Emily, radość i uśmiech nie schodził mi z twarzy. Wzruszyłem się wbrew przysłowiu, że chłopaki nie płaczą. Płaczą,
i to nawet częściej, niż się wszystkim wydaje. Nie spodziewałem się
takiej niespodzianki. Takiego przywitania i dekoracji zdobiących halę
sportową. Było bardzo kolorowo - wszędzie porozwieszane serpentyny,
balony, litery z moim imieniem i nazwiskiem, a chłopaki i pan Brown na
głowach mieli urodzinowe czapeczki. Zacząłem śpiewać razem z nimi i udawać, że jestem dyrygentem. Było świetnie i nie miałem ochoty wracać
do domu.
- Dziękuję! - krzyknąłem, kiedy skończyli, po czym rzuciłem się im
wszystkim w ramiona. - Dzięki za pamięć, chłopaki!
- Dzięki, że jesteś, Troy - odpowiedział mi Conrad.
Z nim byłem najbliżej, ponieważ znaliśmy się już od początku szkoły
podstawowej. Nasza przyjaźń rozpoczęła się, kiedy nauczycielka posadziła
nas w jednej ławce. Od tamtej pory jesteśmy prawie nierozłączni.
Chodzimy do tej samej klasy i trenujemy ten sam sport.
- I mamy nadzieję, że wejście w dorosłość cię nie zmieni - dodał trener.
- Bądź tak dobrym człowiekiem, jakim byłeś do tej pory.
Pociągnąłem nosem i wytarłem kilka łez.
- Będę. Nie widzę żadnej innej opcji.
- Ale wiesz, czasami jakieś piwko lub coś mocniejszego możesz wypić -
rzucił któryś z kolegów.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kiwnąłem głową na znak zgody, aczkolwiek
alkohol nie był czymś, za czym przepadałem. Po śmierci Em miałem z nim
niemały problem, który ciągnął się niemal przez cały rok.
Michael podał mi plastikowy kubek z bezalkoholowym szampanem dla dzieci.
Wznieśliśmy toast.
- Wszystkiego najlepszego, Troy! - zawołali wszyscy.
Wszystkiego najlepszego, Emily, pomyślałem i wziąłem łyk napoju.
Poczułem posmak wódki, więc lekko się skrzywiłem. Zerknąłem na Michaela,
który puścił do mnie oczko. Ponownie się uśmiechnąłem, ale nie dopiłem
szampana. Odstawiłem kubek na trybuny. Musiałem się skupić na siatkówce.
Zawody stanowe zbliżały sięmilowymi krokami, a na widowni mieli zasiąść
łowcy talentów. Chciałem się pokazać i dostać miejsce w jednej z najlepszych drużyn w Luizjanie, by móc budować swoją karierę. Wyjechać i zacząć życie na nowo tam, gdzie nie będzie mnie dopadać ból po stracie
siostry i miłość do niewłaściwej osoby.
Po kilku minutach stałem na środku boiska, otoczony szumem rozmów i dźwiękami krążącej piłki. Świat wokół mnie zniknął, gdy moje oczy
skupiły się na tej jednej rzeczy - piłce do siatkówki. To nie było tylko
zwykłe zainteresowanie czy hobby. Dla mnie siatkówka to coś więcej. To
pasja, która płonęła we mnie od wczesnego dzieciństwa. Każdy ruch, każdy
dotyk piłki przynosił mi nieopisaną przyjemność. To były chwile, kiedy
mogłem się oderwać od codzienności i całkowicie oddać się grze. Gdy
piłka wzbijała się w powietrze, a ja z determinacją odbijałem ją z największą precyzją, czułem się wolny i niczym nieskrępowany. Czułem, że
mogę osiągnąć wszystko, co tylko chcę. W mojej pasji do siatkówki nie
chodziło tylko o samą grę. Uwielbiałem też całą atmosferę związaną z tym
sportem - współpracę z zespołem, rywalizację na boisku, radość z każdego
punktu zdobytego dla swojej drużyny. To była ta emocja, która
towarzyszyła mi podczas każdego meczu, ta ekscytacja i napięcie przed
pierwszym serwisem, ta duma po wygranej. Prawdziwa miłość, która trwała
przez lata, a każdy moment spędzony na boisku był dla mnie
najcenniejszym skarbem, który nosiłem w sercu z dumą i wdzięcznością.
Siatkówka pomagała mi zapomnieć o Emily, natomiast muzyka, którą równie
mocno kochałem, przypominała mi o niej. Kiedy tylko zaczynałem grać na
gitarze, wspomnienia o mojej siostrze wracały. Były niczym wyraźny
kolorowy film wyświetlany w mojej głowie. Dźwięki, które wychodziły spod
moich palców, pomagały mi pielęgnować wyraźny obraz Em. Były ekspresją
moich uczuć, myśli i emocji, które trudno wyrazić słowami. Muzyka
chroniła mnie przed tęsknotą. Każdy dźwięk, każdy akord, który dobywał
się z mojego instrumentu, był jak plaster na krwawiące rany. Kiedy
grałem, mogłem znowu ją zobaczyć. Jej uśmiech, błękitne oczy. Ją całą.
Rozdział 6
6
Wenus
Miałam wrażenie, że każdy dzień jest taki sam. Codzienność stawała się
monotonna, a życie wydawało się płynąć bez celu. Budzący się poranek
przypominał poprzedni, jakbyśmy tkwili w niekończącym się cyklu rutyny.
Sęk w tym, że tej rutyny nie było. Po prostu leżałam w swoim łóżku, nie
mogąc się pogodzić, że za chwilę mnie nie będzie. To było dziwne
uczucie, jakby czas przepływał mi między palcami, a ja nie mogłam nic
zrobić, by go zatrzymać. Patrzyłam w sufit, próbując zebrać myśli, ale
one krążyły w mojej głowie bezładnie, jak rozsypane puzzle, których nie
potrafiłam poskładać. Nagle poczułam wszechogarniającą falę beznadziei.
Nie chciałam myśleć o przyszłości, bo wiedziałam, że dla mnie przyszłość
nie istnieje. Każdy plan, każde marzenie, każda nadzieja - wszystko to
nie miało już sensu, ponieważ wiedziałam, że nie będę już miała okazji
ich zrealizować. Tonęłam w ciemnościach bezradna w obliczu nieuchronnej
klęski. Czułam się jak osierocona dusza dryfująca w przestrzeni bez celu
i sensu. Jakże marny był ten koniec, jakże bezradne moje serce, które
przestało wierzyć w cokolwiek.
Miałam przecież tyle planów na przyszłość. Tyle ambicji. Chciałam zostać
najlepszą projektantką mody w kraju, tworzyć dzieła sztuki, które
poruszą ludzkie serca i umysły. Marzyłam, by moje kolekcje stały się
ikonami stylu, by moje kreacje wyznaczały nowe trendy i standardy w świecie mody. Jednak teraz to wszystko odpłynęło w niebyt. Czy miałam
jeszcze w sobie siłę, by podjąć wyzwanie, by walczyć o to, w co
wierzyłam? Czy mogłam odzyskać wiarę w siebie i swoje możliwości, gdy
wydawało się, że wszystko straciłam?
Patrzyłam na sufit w poszukiwaniu odpowiedzi. Ale nie spłynęło na mnie
żadne oświecenie. Z każdą chwilą coraz bardziej zatracałam się w bezdennej otchłani własnych myśli i obaw. Czy była jeszcze nadzieja? Czy
mogłam znaleźć wyjście z tej ciemności, która ze wszystkich stron
spowijała mnie coraz ciaśniej? Chciałam w to wierzyć, lecz nie
potrafiłam.
- Wenus, tata mówi, ze spóźnisz się do skoły! - przez drewniane drzwi
słyszałam seplenienie Jupiter.
Naciągnęłam więc koc na głowę i udałam, że śpię, żeby tylko dała mi
spokój, ale dziewczynka nie przestawała krzyczeć. I im dłużej to robiła,
tym bardziej nie byłam w stanie znieść jej głosu. Był przeraźliwie
piskliwy, świdrował w uszach, czym mnie okropnie denerwował, dlatego nie
minęła chwila, a zrzuciłam z siebie ciepłe okrycie i ruszyłam w stronę
drzwi.
Kiedy dotknęłam bosymi stopami zimnej podłogi, zadrżałam i przeklęłam
moment urodzenia się tej małej wiewiórki. Otworzyłam drzwi, za którymi
stała, słodko się szczerząc, więc obdarzyłam ją najsurowszym
spojrzeniem, na które było mnie w tamtym momencie stać.
- Ile razy mam ci mówić, żebyś się tak nie darła? - warknęłam z wyrzutem, przez co Jupiter posmutniała, a jej oczy zaszły łzami.
Miałam to gdzieś i nie przestawałam się wpatrywać w nią groźnie, więc
pod naciskiem mojego twardego wzroku dziewczynka uciekła. Odetchnęłam z ulgą, odwróciłam się na pięcie z zamiarem zamknięcia za sobą drzwi, te
zaś nagle się zablokowały. Jak gdyby ktoś specjalnie nie pozwalał mi ich
zamknąć. Bluzgnęłam, czując narastającą irytację, bo jeszcze sekundę
temu nikogo tu nie było.
Zacisnęłam dłonie w pięści, nabrałam głęboko powietrza i już miałam się
odwrócić, kiedy dotarł do mnie cichy śmiech taty i wszystko legło w gruzach. Wszystko, to znaczy mój spokój. Odczułam przypływ frustracji i rzuciłam się na łóżko, a on już wchodził do środka.
- Nie możesz spędzić tu całego dnia - powiedział, rozglądając się
dookoła. - Kolejnych dni.
Wyglądał lepiej niż wczoraj czy przedwczoraj. Jego twarz już nie była
taka blada, a oczy opuchnięte. Pomimo to były pełne smutku. Za każdym
razem, kiedy tata na mnie patrzył, musiałam mrugać, żeby powstrzymać
cisnące się łzy. To tylko przypominało mi o chorobie i czasie, którego
miałam coraz mniej.
Schowałam twarz w poduszkę, a ojciec usiadł na rogu materaca i czekał.
Znałam to jego zagranie. Chciał mnie pokonać moją własną bronią, bo
wiedział, że nienawidziłam ciszy. No może nie bardziej od piszczenia
Jupiter, ale jednak. Walczyliśmy. Byłam coraz słabsza i czułam, że tę
batalię przegrywam. Aż w końcu po chyba pięciu minutach z moich ust
wydobył się cierpiętniczy jęk.
- Pozwól mi jeszcze dziś zostać w domu, tato.
- Pozwoliłem wczoraj.
- Zajmę się Jupi. Ty i Caroline będziecie mogli w spokoju pracować -
zaczęłam błagać, na co tata nerwowo się poruszył.
- Twoja siostra obecnie się ciebie boi - przypomniał mi, ale nie brzmiał
na złego.
W ogóle, odkąd wiedział o mojej wadzie serca, nie bywał na mnie zły.
Jakby ta jedna ułomność zasłaniała wszystkie inne. A było ich naprawdę
sporo.
Jęknęłam kolejny raz i mocniej wcisnęłam twarz w śnieżnobiałą podszewkę.
- Proszę cię, Wenus. Już czas - materac wrócił do swojego kształtu, gdy
tata wstał.
Chciałam krzyczeć i płakać. Mimo to wydusiłam z siebie krótkie: po co?
Bo serio, po co miałam chodzić do szkoły? Po co miałam się spotykać z przyjaciółmi? Robić te inne rzeczy, skoro nie miały one celu? Mój los
został przesądzony już dawno. Jedyne, co mi pozostało, to czekanie na
śmierć. Na to zaś najwygodniej czekało mi się we własnym łóżku. Jednakże
ojciec nie podzielał mojego zdania. Usłyszałam pomruk niezadowolenia, po
czym ściągnął ze mnie koc.
- Bo nie wszystko jeszcze skończone! - podsumował.
Podniosłam głowę. Tata spoważniał, zmarszczył brwi, a ja nie miałam
zamiaru się z nim kłócić. Jęknęłam, lecz mimo to wstałam.
- Wisisz mi lody - burknęłam.
Rozdział 7
7
Troy
Od kilku dni zastanawiałem się, co się dzieje z Wenus. Niestety, nie
było nikogo, kogo mógłbym poprosić o informację o niej. Mia czy inne jej
koleżanki na pewno by jej przekazały, że się nią interesowałem, a ja nie
chciałem, żeby o tym wiedziała. Status naszej relacji był skomplikowany.
Ona mnie nienawidziła, a ja ją kochałem. Gdyby moje życie potoczyło się
inaczej, kto wie, może bylibyśmy szczęśliwą parą? Nie musiałbym udawać,
że jej nie lubię. Nie musiałbym się z tym tak męczyć.
Rozglądałem się po klasie z nadzieją, że dziewczyna zaraz się w niej
pojawi. Patrzyłem na drzwi, które co rusz otwierały się i zamykały, lecz
za każdym razem ktoś inny wchodził do klasy. Wydobyłem z siebie dźwięk
znużenia, a potem oparłem głowę na ławce.
- Wyluzuj, stary, może jeszcze przyjdzie - odezwał się Conrad, o którego
obecności tuż obok całkiem zapomniałem.
Był jedyną osobą, która wiedziała, że skrycie kocham się w Villanuevie,
i choć trochę rozumiał, dlaczego chciałem się dowiedzieć, co jej jest.
Natomiast ona się nie zjawiała. Zupełnie jakby przestała istnieć. Kiedy
nie odpowiedziałem przyjacielowi, ten klepnął mnie po ramieniu w ramach
otuchy. To wcale nie pomogło.
- Jak nie, to ja do niej pójdę - mruknąłem, na co Conrad parsknął
śmiechem.
- I co jej powiesz? Hej, zgubiłem psa, nie widziałaś go może? Przecież
nawet nie wiesz, czy jest w domu, czy w szpitalu.
- Ale co mi szkodzi? - podniosłem się i spojrzałem na niego.
Conrad był barczystym kolesiem, który nosił bluzę od kompletu naszego
stroju siatkarskiego. Miał okrągłą i nieco pucołowatą twarz z małym
nosem i brązowymi oczami. Jego bujne, kręcone włosy zawsze zdawały się
nieco nieokiełznane i dodawały mu uroku i nonszalancji.
- Mieszkam przecież pięć kroków od niej - dodałem.
- To nie znaczy, że możesz tak po prostu do niej pójść.
Zmarszczyłem brwi, wyrażając niezrozumienie.
- Niby dlaczego? - spytałem, a Fisher rozsiadał się wygodnie na krześle.
Robił tak zawsze, gdy miał zamiar wygłosić jakiś mądry monolog. Ale
akurat teraz nie miałem ochoty go słuchać. - Albo dobra, nie odpowiadaj
- zreflektowałem się szybko. - Mam dość.
Conrad przewrócił oczami.
- Po prostu się z nią umów.
- Serio? No, nie wpadłem na to - sarknąłem, lekko podnosząc głos. -
Wenus... - znowu mówiłem szeptem. - Ona nigdy się ze mną nie umówi. Nie
po tym, co jej obiecywałem.
A obiecałem jej wiele, jednak wiedziałem, że ze wszystkich obietnic w sercu nosiła jedną, tę najważniejszą - miałem nie odchodzić, aż gwiazdy
zgasną. One jednak nadal świecą, a mnie przy niej nie ma.
Złamałem obietnice i przysięgi. Przepełniało mnie ciężkie poczucie winy
i przez wszystkie te lata nie chciało mnie opuścić. Każda myśl o Wenus
przypominała mi, jak bardzo ją zraniłem, jak bardzo zawiodłem jej
zaufanie i miłość. Nie potrafiłem patrzeć na siebie w lustrze, bo jak
miałbym spojrzeć sobie w oczy, wiedząc, że zdradziłem najważniejszą
osobę w moim życiu. Ale czy teraz jeszcze mogłem coś naprawić? Czy była
szansa na wybaczenie, na odbudowanie tego, co zniszczyłem? Czy mogłem
znów zjednać sobie jej serce, które tak brutalnie złamałem? Szczerze w to wątpiłem. Zostawiłem ją, kiedy obydwoje najbardziej potrzebowaliśmy
swojej obecności. Dzień, w którym wszystko, co między nami było,
zakończyłem, prześladował mnie w snach.
Była końcówka lata, za chwilę mieliśmy zacząć nowy etap w naszym życiu,
jakim było liceum. Poprosiłem Wenus, żebyśmy spotkali się w naszym
ulubionym miejscu nad rzeką, a kiedy przyszła, bez zbędnych wstępów,
prosto z mostu powiedziałem jej, że nasza przyjaźń właśnie się kończy,
że nie chcę już być z nią tak blisko, jak byliśmy dotychczas. Że za
bardzo przypomina mi o Emily. To były najtrudniejsze i najbrutalniejsze
słowa, jakie kiedykolwiek powiedziałem, lecz czułem, że musiałem to
zrobić, musiałem się w tamtym momencie od niej odsunąć. Wenus wówczas
spojrzała na mnie z rozpaczą w oczach, a następnie, po bardzo długiej
chwili, połykając łzy, odparła:
- Ale... przecież mi obiecałeś... - łkała. - Nie możesz...
Zdołałem tylko wydukać jakieś nędzne "przepraszam".
Wenus uciekła, a potem mnie znienawidziła. Ja zaś byłem wtedy zbyt
zraniony, zbyt oszołomiony, żeby być z kimś. Potrzebowałem czasu, żeby
uporać się z tym ciosem, żeby pozbierać się z gruzów mojego życia. I wiedziałem, że nie mogłem tego zrobić, dopóki Villanueva byłaby obok
mnie.
Cztery lata później, za każdym razem, kiedy patrzyłem na tę blondynkę,
coraz bardziej uświadamiałem sobie, co straciłem, a raczej kogo.
Zrozumiałem, że moja decyzja o zerwaniu przyjaźni była błędem. Podjąłem
ją pod wpływem emocji. Nie przemyślałem jej i każdego dnia ogromnie tego
żałowałem. Wenus była tą, która zawsze była dla mnie, niezależnie od
okoliczności. Była moim wsparciem i zrozumieniem, a ja zbagatelizowałem
to, zaniedbałem i zostawiłem ją w cierpieniu. Nie mogłem sobie wybaczyć,
że pozwoliłem, by moja własna rozpacz pociągnęła naszą przyjaźń na dno.
Cztery lata później pojąłem, że Wenus nigdy nie była tylko moją
przyjaciółką. Była kimś więcej. Kimś, komu oddałbym serce. Kimś, o kim
skrycie marzyłem, kogo kochałem.