Wenus - Angelika Sadkowska

Kup ebooka

42.99 zł
36.03 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

8 Wenus

- Przy­jadę po cie­bie po szkole i pój­dziemy na lody - poin­for­mo­wał tata, więc mruk­nę­łam nie­wy­raź­nie "mhm" i wysia­dłam z auta, spóź­niona na pierw­szą lek­cję. Jakim cudem dałam mu się namó­wić na powrót do tego pie­kła? Pozor­nej nor­mal­no­ści?

Szkolny dzie­dzi­niec był nie­mal pusty. Tylko poje­dyn­cze osoby sie­działy na ław­kach w peł­nym słońcu i tak jak ja nie miały co ze sobą zro­bić. Kiedy szłam wzdłuż ściany fron­to­wej szkol­nego budynku, czu­łam na sobie ich spoj­rze­nia. Były lekko zdzi­wione, a może zszo­ko­wane, bo nie wyglą­da­łam jak wcze­śniej? Nie byłam ubrana w krótką spód­niczkę i top, ale w zwy­kły szary dres i białą koszulkę. Nie zro­bi­łam peł­nego maki­jażu i fry­zury. Zwią­za­łam włosy w kucyk, a twarz tylko prze­my­łam zimną wodą. Czu­łam się niczym intruz, ale czy miało to dla mnie jakie­kol­wiek zna­cze­nie?

Popra­wi­łam torbę na ramie­niu i weszłam do budynku. Wcze­śniej bym zare­ago­wała. Nie pozwo­liła, aby tak bez­czel­nie się na mnie gapili. Jed­nak dziś sytu­acja była inna. Wszystko było inne. Kro­czy­łam leni­wie w stronę sali, w któ­rej mia­łam mieć kolejne zaję­cia, a moje myśli wkra­czały na nie­bez­pieczny teren. A co jeśli oszu­ka­ła­bym prze­zna­cze­nie i umarła wcze­śniej, niż to mi zapi­sano?

Minę­łam czer­wone szafki, coraz inten­syw­niej roz­my­śla­jąc nad tym pomy­słem. Co za róż­nica, kiedy wyzionę ducha? Umie­ra­łam, liczył się tylko ten nie­za­prze­czalny fakt. I co naj­gor­sze i wcale nie nie­ty­powe - w ogóle mi się on nie podo­bał. Do jasnej anielki, mia­łam nie­całe osiem­na­ście lat. To nie jest wiek na umie­ra­nie.

Ści­snę­łam w dłoni pasek torby i gło­śno ode­tchnę­łam, po czym szybko zamru­ga­łam powie­kami, żeby pozbyć się łez. Nie, nie mogłam znów pła­kać. Roz­paść się i pozwo­lić emo­cjom prze­jąć nad sobą kon­trolę. Pode­szłam pod salę, opar­łam się o ścianę i zamknę­łam oczy, gdy po kilku dłu­gich sekun­dach dotarł do mnie czyjś męski głos. Głos mojego naj­więk­szego wroga - Troya Camp­bella.

- Wenus, to ty? - zapy­tał, nie ukry­wa­jąc swo­jego roz­ba­wie­nia. Jed­nak w tonie jego głosu dostrze­głam rów­nież odro­binę nie­po­koju. - Coś się stało?

Otwo­rzy­łam oczy i zmie­rzy­łam chło­paka obo­jęt­nym wzro­kiem.

- Tak - odpo­wie­dzia­łam ze znu­że­niem, na co ten pod­szedł bli­żej. - Zoba­czy­łam cie­bie.

Troy był tak bli­sko, że czu­łam jego oddech na policzku.

- Ha, ha, ha, pomy­li­łaś dni tygo­dnia? - par­sk­nął.

Patrzył na mnie pro­wo­ku­jąco, a jedyne, czego wtedy pra­gnę­łam, to zmyć z jego twa­rzy ten par­szywy uśmiech. Zamiast tego ode­pchnę­łam czar­no­okiego chło­paka od sie­bie, a potem skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach.

- Nie jestem taka głu­pia jak ty, Camp­bell - uśmiech­nę­łam się iro­nicz­nie.

Chło­pak się zaśmiał, ale po tym, jak ner­wowo obli­zał wargi, pozna­łam, że ura­zi­łam jego dumę. I byłam z tego cho­ler­nie zado­wo­lona.

Dener­wo­wa­nie Troya było moim ulu­bio­nym zaję­ciem. Zna­li­śmy się od dziecka, bo był moim sąsia­dem, przy­ja­cie­lem moich przy­ja­ciół, ba, MOIM byłym przy­ja­cie­lem. Nor­mal­nie złote dziecko Green Val­ley. Mojego mia­sta.

Za każ­dym razem, kiedy się poja­wiał obok, tra­ci­łam ener­gię. Nie żebym od kilku dni miała jej jakoś szcze­gól­nie wiele, ale wtedy poczu­łam, jak nogi się pode mną ugi­nają, a oczy zamy­kają. Prze­tar­łam twarz dłońmi, zie­wa­jąc. To był zde­cy­do­wa­nie zły pomysł, aby się tu poja­wić. Troy stał kilka kro­ków ode mnie, świ­dru­jąc mnie wzro­kiem. Nie wyda­wał się zły, ale zmar­twiony. Co to, to nie, nie mogłam dać mu oka­zji do zgry­wa­nia boha­tera. Dla­tego nim otwo­rzył usta, aby coś powie­dzieć, zosta­wi­łam go samego.

Wylą­do­wa­łam w łazience z głową w kiblu. Jeśli to ma tak wyglą­dać przez cały rok, to ja już dziś podzię­kuję. Nie zamie­rzam się męczyć dla trzy­stu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu dni obec­no­ści na świe­cie, który mnie nie chce.

Roz­brzmiał dzwo­nek, więc spraw­dzi­łam, czy zamknę­łam się w ubi­ka­cji na zamek. Spa­li­ła­bym się ze wstydu, gdyby ktoś zoba­czył mnie w takim sta­nie. Przed śmier­cią nikt nie mógł widzieć, jaka byłam słaba, bo sła­bość to nie była cecha, która mnie opi­sy­wała. I nie taką ludzie mieli mnie zapa­mię­tać.

Cho­ciaż... czy zostanę w ogóle zapa­mię­tana? Prze­cież byłam jedną z miliar­dów ludzi. Kro­plą w oce­anie. Nikim spe­cjal­nym.

Ktoś zapu­kał do drzwi, potem chwy­cił za klamkę. Zachryp­nię­tym gło­sem krzyk­nę­łam, że zajęte. Osoba po dru­giej stro­nie wypu­ściła gło­śno powie­trze z ust.

- Tylko nie pod­słu­chuj. Kim­kol­wiek jesteś, znajdę cię, gdy tylko ktoś dowie się, o czym roz­ma­wiamy, rozu­miesz? - usły­sza­łam.

To Mia. Przez chwilę zasta­na­wia­łam się, czy to rze­czy­wi­ście ona, ponie­waż nie miała w zwy­czaju być tak nie­miła dla innych, ale tak, nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści. Ten głos... Zna­łam go zbyt dobrze.

- Rozu­miesz? - szarp­nęła za klamkę zde­ner­wo­wana. Chyba miała zły dzień. Posta­no­wi­łam, że jak wyjdę, poroz­ma­wiam z nią. Wtedy wykrzyk­nę­łam, że rozu­miem.

Nie odpo­wie­działa mi wię­cej. Ode­tchnę­łam z ulgą, sły­sząc, jak odkręca kran.

- Nie możemy dopu­ścić, żeby Wenus została kró­lową balu - szep­tała. - Musimy coś wymy­ślić, bo dener­wuje mnie, że ona ma wszystko, czego ja pra­gnę! Wszystko mi zabiera. Mam dość życia w jej cie­niu!

Zro­biło mi się potwor­nie przy­kro, żołą­dek ści­snął się w kamień, a łzy, nad któ­rymi nie mogłam już zapa­no­wać, poto­czyły się ciur­kiem po policz­kach. Z kim ona roz­ma­wiała? Brzmiała tak podle i aro­gancko, jak gdy­bym nic dla niej nie zna­czyła, a prze­cież mogła przyjść z tym do mnie. Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby to ona została kró­lową. Mnie na tym tytule nie zale­żało. Czemu tego nie zro­biła? Czemu wolała mnie oszu­ki­wać?

- Nie­na­wi­dzę jej - dodała twardo.

Po chwili zorien­to­wa­łam się, że wycho­dzi. Nato­miast ja już nie mia­łam żad­nych opo­rów, żeby zro­bić to, o czym wcze­śniej pomy­śla­łam. Na tym świe­cie już nic i nikt mnie nie trzy­mał.

Rozdział 9

9 Wenus

Weszłam do klasy długo po dru­gim dzwonku, co spo­ty­kało się z reak­cją nie tylko nauczy­ciela, lecz także wszyst­kich uczniów. Zda­wało mi się, że byli oni tak samo jak ci przed szkołą lekko zszo­ko­wani moim wyglą­dem. Sły­sza­łam tylko ich szepty, czu­jąc na sobie prze­lotne spoj­rze­nia. Mia­łam dość, choć wcze­śniej uwiel­bia­łam się znaj­do­wać w cen­trum uwagi.

Tylko Mia na mnie nie patrzyła, za to Troy nie potra­fił spu­ścić ze mnie wzroku. Prze­pro­si­łam za spóź­nie­nie, po czym usia­dłam w pierw­szej wol­nej ławce. I znowu ciche głosy. Ciche śmie­chy. Zer­k­nę­łam na osobę obok i już zro­zu­mia­łam dla­czego. Usia­dłam przy Joy Car­ter, naj­bied­niej­szej dziew­czy­nie w szkole, o któ­rej krą­żyło mnó­stwo plo­tek.

- Boże - szep­nę­łam z dez­apro­batą, a następ­nie opar­łam głowę na łok­ciach.

- Jakiś pro­blem, Wenus? - nauczy­ciel czuł się w obo­wiązku inter­we­nio­wać.

Otwo­rzy­łam usta, żeby coś powie­dzieć, lecz ktoś z tyłu był ode mnie szyb­szy.

- Pew­nie boi się, że zaśmierd­nie.

I cała klasa wybuch­nęła śmie­chem.

Trudno było mi się z tym nie zgo­dzić, acz­kol­wiek w prze­ci­wień­stwie do innych mil­cza­łam. To zna­czy, nie czu­łam żad­nego nie­przy­jem­nego zapa­chu od strony Joy i to byłoby w sto­sunku do niej nie fair, gdy­bym razem z nimi się śmiała, lecz plotki robiły swoje. Były jak ety­kiety, któ­rych ciężko się pozbyć. Defi­nio­wały cię i nie­ważne, jak bar­dzo sta­rał­byś się je zde­men­to­wać, one już na zawsze zosta­wały z tobą.

Odsu­nę­łam się od Joy, co wszy­scy jed­no­znacz­nie zin­ter­pre­to­wali. Było mi z tego powodu głu­pio, ale co innego mogłam zro­bić? Nie chcia­łam przed śmier­cią stra­cić wła­snej repu­ta­cji. Nauczy­ciel prze­chy­lił głowę z wyra­zem nie­za­do­wo­le­nia, obser­wu­jąc to, co robię, a Micha­elowi za nie­miłe komen­ta­rze na temat Joy wpi­sał uwagę do dzien­nika.

- Uwa­żaj­cie, bo z cza­sem słowa obrócą się prze­ciwko wam - powie­dział z prze­strogą.

Jed­nak nikt nie brał do sie­bie jego słów. Cóż, ja rów­nież. Zostało mi więc zacze­kać na koniec zajęć. Pozo­stali zaczęli buczeć na męż­czy­znę, więc ten mach­nął ręką, widocz­nie zde­ner­wo­wany, i wró­cił do prze­rwa­nej lek­cji. Joy nato­miast nie­spo­dzie­wa­nie wstała i wybie­gła z sali.

- Jeste­ście z sie­bie zado­wo­leni? - pro­fe­sor Tan­ner nagle wybuch­nął, rzu­ca­jąc czarny mar­ker na biurko. Wzdry­gnę­łam się, a on kon­ty­nu­ował. - Co z was za klasa? Za ludzie? To nie wina tej bied­nej dziew­czyny! Jeste­ście okrutni, dla­tego wszy­scy dosta­je­cie uwagi! - wrzesz­czał.

Gdyby mi zale­żało, pro­te­sto­wa­ła­bym, bo niczego złego nie zro­bi­łam. Teraz jed­nak tylko wzru­szy­łam ramio­nami, a pan Tan­ner został wybu­czany. Nie zosta­wił tego bez kon­se­kwen­cji.

- Jutro pisze­cie z dzi­siej­szego tematu kart­kówkę - dodał ze zło­ścią w gło­sie.

Jutro to piękna data. Szkoda, że dla mnie owo jutro już ni­gdy miało nie nadejść.

- A teraz, Wenus, pro­szę, przy­pro­wadź kole­żankę z powro­tem do klasy - usły­sza­łam. Wytrzesz­czy­łam oczy z nie­do­wie­rza­niem i zmarsz­czy­łam czoło.

- Dla­czego ja? Ja nic nie zro­bi­łam - zapro­te­sto­wa­łam. Wku­rzy­łam się, bo mia­łam swoje pro­blemy, i to na nich chcia­łam się sku­pić, a nie na jakiejś dziew­czy­nie, która nie potra­fiła trzy­mać na wodzy emo­cji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

2 Wenus

Głu­cha cisza. Biel, jak­bym znaj­do­wała się w chmu­rach. Nie byłam w sta­nie się ruszyć. Dopiero po kilku chwi­lach dotarło do mnie, gdzie jestem i co się stało. Mru­ga­łam powie­kami, a świa­do­mość pomału wra­cała. Upa­dłam.

Leża­łam teraz w jakimś nie­wy­god­nym łóżku, przy­kryta koł­drą w zgni­ło­zie­lo­nym kolo­rze. Tuż obok stała apa­ra­tura, do któ­rej mnie pod­łą­czono. Sły­sza­łam świ­dru­jące dźwięki. Pika­nie. Kapa­nie kro­plówki. Pró­bo­wa­łam się pod­nieść, ale szybko opa­dłam z powro­tem na mate­rac. Auć.

Mała, wręcz klau­stro­fo­biczna szpi­talna sala, w któ­rej wszystko było mdłe, przy­pra­wiała mnie o ból głowy. Przy­po­mnia­łam sobie o nim, gdy wspo­mnie­nia zaczęły wra­cać. Kurde, byłam tak bli­sko mety. Gdy­bym tylko jesz­cze tro­chę przy­spie­szyła... Auć. Zawład­nęła mną totalna bez­sil­ność i zro­biło mi się nie­do­brze.

Chcia­łam też kogoś zawo­łać, lecz jedyny dźwięk, jaki wydo­stał się z mojego gar­dła, był mar­nym jękiem bólu. Cze­ka­łam, zaci­ska­jąc pię­ści, a paznok­cie wbi­jały mi się we wnę­trza dłoni. Ile jesz­cze? Pyta­nie powra­cało jak echo, wypeł­nia­jąc moje myśli niczym upiorny refren. Drża­łam cała, a serce biło tak gwał­tow­nie, jakby w każ­dej chwili mogło wysko­czyć z mojej klatki pier­sio­wej.

Wska­zówki zegara mono­ton­nie prze­su­wały się po tar­czy. Wga­piona w nie, czu­łam coraz więk­sze znu­że­nie. Oczy same mi się zamy­kały. Stłu­mione głosy wabiły do sie­bie.

- Wenus, Wenus, kocha­nie, chodź do mnie.

Mama?

Czu­łam w ustach słony smak łez. Gdzie byłam? Czemu było tam tak jasno? Pusto? Mru­ży­łam oczy, podą­ża­jąc za woła­ją­cym mnie gło­sem.

- Wenus, chodź do mnie!

Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, głos nale­żał do mojej mamy, ale prze­cież ona zgi­nęła kilka lat temu w wypadku samo­cho­do­wym. Czy to ozna­czało, że ja też nie żyję? Sta­ra­łam się otwo­rzyć oczy, bez skutku. Dźwięk mojego imie­nia był coraz gło­śniej­szy. I zoba­czy­łam ją. Widzia­łam moją mamę. Stała w oddali, w śnież­no­bia­łej halce, roz­świe­tlona jak anioł, wycią­gała do mnie bladą dłoń. Zaczę­łam do niej biec. Byłam bar­dzo bli­sko jej uśmie­chu.

I nagle znowu zadzwo­niło mi w uszach. Pustka znik­nęła. Z powro­tem zna­la­złam się w szpi­tal­nej sali, jed­nak już nie byłam w niej sama. Przez zmru­żone powieki dostrze­głam tatę i męż­czy­znę w bia­łym kitlu. Roz­ma­wiali, wpa­trzeni w stos kar­tek. Chyba nie mieli poję­cia, że odzy­ska­łam świa­do­mość. Ponow­nie pró­bo­wa­łam ich zawo­łać i ponow­nie mi to nie wyszło. Tata zaś wyglą­dał, jakby miał za chwilę się roz­paść na milion drob­nych kawał­ków. Lekarz pokle­pał go po ramie­niu, po czym zbo­la­łym gło­sem powie­dział:

- Bar­dzo mi przy­kro. To wszystko, co jeste­śmy w sta­nie zro­bić. Jeśli mogę coś pora­dzić, to pro­szę spę­dzić z córką jej ostat­nie chwile naj­le­piej, jak potra­fi­cie - po czym opu­ścił salę, pozo­sta­wia­jąc mojego ojca zala­nego łzami.

Tata przez chwilę wpa­try­wał się we mnie, wzru­szył ramio­nami z wyra­zem bez­rad­no­ści i wybiegł za dok­to­rem. Ja zaś, sta­ra­jąc się utrzy­mać przy­tom­ność, nego­wa­łam wszystko, co usły­sza­łam. To nie mogła być prawda. Musia­łam coś źle zro­zu­mieć. Jed­nak wraz z upły­wem kolej­nych sekund tra­ci­łam wiarę w to, że mogło to być jedy­nie nie­po­ro­zu­mie­nie. Kolejna fala bólu prze­szyła moje ciało, przy­po­mi­na­jąc mi o bru­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Aua. Nie wie­dzia­łam, co boli bar­dziej. Ja, Wenus Vil­la­nu­eva, nie chcia­łam umie­rać. Nie teraz, nie w ten spo­sób. Chcia­łam jesz­cze poczuć cie­płe pro­mie­nie słońca na swo­jej skó­rze, usły­szeć śmiech moich naj­bliż­szych, dotknąć marzeń, któ­rych jesz­cze nie zdą­ży­łam zre­ali­zo­wać. Jed­nak teraz to wszystko zda­wało się tak daleko, tak nie­re­alne. Wszystko, co czu­łam, to pul­su­jący ból i strach, który para­li­żo­wał mnie coraz bar­dziej. Te dwie emo­cje były jak ciężki łań­cuch, ści­ska­jący moje serce coraz moc­niej z każ­dym ude­rze­niem, jak­bym topiła się w ciem­nych głę­bi­nach, gdzie powie­trze sta­wało się coraz rzad­sze, a ciało tra­ciło każdą iskierkę siły. Pustka wypeł­niała moje wnę­trze, wypie­ra­jąc zeń nawet naj­mniej­szą dro­binkę nadziei. Moja dusza krzy­czała z bólu, pró­bu­jąc dotrzeć do kogoś, kto mógłby mnie ura­to­wać od tej ciem­no­ści. Ale wszystko, co mogłam usły­szeć, to echo wła­snego cier­pie­nia, które odbi­jało się od nie­wi­dzial­nych murów obej­mu­ją­cej mnie roz­pa­czy.

Moje życie nie mogło tak szybko się koń­czyć.

Rozdział 3

3 Troy

Od śmierci Emily minęły cztery lata, a mimo to na­dal czu­łem tę samą pustkę. Ten sam prze­szy­wa­jący ból na każde wspo­mnie­nie jej imie­nia. I choć obie­ca­łem, gdy mnie o to pro­siła, nie potra­fi­łem ruszyć dalej. I po raz kolejny za to prze­pra­sza­łem, sto­jąc nad jej gro­bem, patrząc na zdję­cie, na któ­rym sze­roko się uśmie­cha. Miała czter­na­ście lat, kiedy posta­no­wiła ode­brać sobie życie.

Dziś razem ze mną świę­to­wa­łaby osiem­na­ste uro­dziny, lecz wybrała inną drogę. Jej śmierć pozo­sta­wiła we mnie głę­boką ranę, która nie chciała się zabliź­nić. Codzien­nie musia­łem się zma­gać z myślami, dla­czego nie zauwa­ży­łem jej cier­pie­nia, dla­czego nie zdo­ła­łem jej ura­to­wać. Wie­lo­krot­nie odwie­dza­łem miej­sce, gdzie zna­la­zła swój spo­kój wieczny, i pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, co pchnęło ją do tak despe­rac­kiego kroku.

Zro­biła to w swoim pokoju, bez­bo­le­śnie, zaży­wa­jąc kil­ka­na­ście sil­nych table­tek prze­ciw­bó­lo­wych. Wspo­mnie­nie tego dnia wciąż wra­cało jak upiorny kosz­mar, nawie­dza­jąc moje sny i odbie­ra­jąc spo­kój. Patrzy­łem na jej zdję­cie, bez­silny i winny. Winny, że nie mogłem zapo­biec jej śmierci, że nie mogłem dać jej powodu, by żyć.

Trzy­ma­łem w ręku białą różę, jej ulu­biony kwiat. Mama powie­działa, żebym poło­żył go razem z innymi kwia­tami, ale jej nie posłu­cha­łem, aż w końcu sama wyry­wała mi roślinę z dłoni i poło­żyła na jasnym mar­mu­rze.

Nie zare­ago­wa­łem. Cze­ka­łem jedy­nie na koniec tego ,,rodzin­nego spo­tka­nia", na to, kiedy zostanę z Emily sam na sam i opo­wiem jej o tym, co wyda­rzyło się w ciągu ostat­niego mie­siąca, pod­czas któ­rego nie odwie­dzi­łem jej ani razu. Ale zda­wało się, że matka i ojciec nie mieli w pla­nach tak szybko odcho­dzić. Tulili się i zaczęli nucić Sto lat, zapo­mi­na­jąc chyba, że to też i moje święto. Nie byłem na nich zły, bo wie­dzia­łem, że nie robią tego spe­cjal­nie. Mnie też kochali, ale to Em nie żyła.

Więc znowu nici z roz­mowy.

Czas mijał i słońce powoli zasła­niały chmury. Nie było mnie w szkole, ale na tre­ningu siat­kówki musia­łem być. Oba­wia­łem się jed­nak, że ojciec nie będzie w sta­nie usiąść za kółko. Dla­tego nie­śmiało odchrząk­ną­łem, aby zwró­cić na sie­bie uwagę rodzi­ców.

- Mogę poży­czyć samo­chód? - spy­ta­łem, gdy w końcu mnie zauwa­żyli. - Muszę jechać na tre­ning - wytłu­ma­czy­łem, wpa­tru­jąc się w opuch­nięte od pła­czu oczy taty. Drżał cały, on, który chciał być dla nas wspar­ciem. - A po dro­dze zadzwo­nię do wujka, żeby po was przy­je­chał? - zapro­po­no­wa­łem nie­śmiało, zakła­da­jąc rękę na kark.

Tata bez słowa wsa­dził dłoń do kie­szeni, wycią­gnął z niej klu­czyki z zawieszką cho­ler­nej bia­łej róży i po krót­kiej chwili podał mi je.

- Tylko jedź ostroż­nie - popro­sił cicho.

- Jasne - odpar­łem i odwró­ci­łem się, żeby odejść. Wtedy mama pod­bie­gła do mnie i naj­moc­niej, jak umiała, objęła mnie swo­imi deli­kat­nymi ramio­nami.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji osiem­na­stych uro­dzin, synku - szep­nęła płacz­li­wie, na co tata dodał, że gdy wrócę do domu, otrzy­mam pre­zent, o jakim marzy­łem od dziecka.

Tym­cza­sem moje marze­nie cztery lata temu zostało zastą­pione innym... dziś już nie do speł­nie­nia. Otwo­rzy­łem usta, by podzię­ko­wać, ale słowa zamarły mi w gar­dle. Nie mogłem uda­wać rado­ści, kiedy w moim sercu tkwiła tak głę­boka, bole­sna pustka. Czu­łem, jak ból znów zaci­ska mi klatkę pier­siową niczym ima­dło, przy­po­mi­na­jąc o tym, że nawet naj­mil­sze gesty i słowa nie są w sta­nie zagoić tej rany. Moje marze­nia, które kie­dyś były tak jasne i wyraźne, teraz wyda­wały się mgli­stymi wspo­mnie­niami, które prze­stały mieć zna­cze­nie, bo mojej sio­stry nie było obok. Mimo to, w głębi serca, na­dal tkwiła iskra nadziei. Nadziei na lep­sze jutro, na moż­li­wość odna­le­zie­nia sensu w życiu po stra­cie, na odna­le­zie­nie szczę­ścia, choćby w naj­mniej­szych codzien­nych momen­tach. Bo nawet w naj­głęb­szej ciem­no­ści na­dal ist­niał pro­myk świa­tła, który cze­kał, by mnie oświe­cić. Tego wła­śnie chcia­łaby Emily.

Moja sio­stra była osobą o deli­kat­nej duszy, łatwo anga­żu­jącą się emo­cjo­nal­nie. Wraż­li­wość pozwa­lała jej dostrze­gać niu­anse w rela­cjach i ota­cza­ją­cym ją świe­cie. Miała nie­zwy­kły dar wyra­ża­nia sie­bie poprzez sztukę. Była uta­len­to­waną artystką, która odda­wała emo­cje i prze­ży­cia za pomocą róż­nych form wyrazu. Szcze­gól­nie za pomocą muzyki, którą oby­dwoje uwiel­bia­li­śmy. Była też silna i zde­ter­mi­no­wana, lecz cza­sami zbyt podatna na waha­nia nastroju. Jej emo­cje momen­tami były inten­sywne i zmienne, co spra­wiało, że trudno było jej nad nimi zapa­no­wać. I to ją zgu­biło. Oddało w sidła śmierci.

Tak bar­dzo bym chciał, żeby była teraz obok. Tak bar­dzo za nią tęsk­ni­łem.

Rozdział 4

4 Wenus

Nie mia­łam siły wstać z łóżka. Psy­chicz­nej siły. Prze­cież to nie miało sensu. Leża­łam, a łzy ciur­kiem pły­nęły mi po twa­rzy. To koniec. Umie­ra­łam. Dla­czego nikt nie potrafi tego usza­no­wać? A już szcze­gól­nie Jupi­ter, moja młod­sza sio­stra, która co chwilę dobi­jała się do drzwi mojego pokoju.

Dosłow­nie co chwilę, więc mia­łam ochotę wrzesz­czeć, żeby w końcu się odcze­piła. Mimo to zaci­ska­łam zęby, tłu­ma­cząc sobie, że to jesz­cze dziecko. Bar­dzo iry­tu­jące dziecko.

Po śmierci mamy myśla­łam, że nie będę miała rodzeń­stwa, bo tata strasz­nie się zała­mał, a tu pro­szę, kilka lat póź­niej przy­pro­wa­dził do domu cię­żarną kobietę o imie­niu Caro­line. I szcze­rze? W sumie nic do niej nie mia­łam i nawet ją lubi­łam, ale mogła mnie posłu­chać, kiedy mówi­łam, żeby nie far­bo­wała wło­sów w ciąży, bo uro­dzi rudą wie­wiórę zamiast dziecka. Nie posłu­chała.

Zatem po domu bie­gał mały rudzie­lec i wrzesz­czał wnie­bo­głosy, pod­czas gdy ja potrze­bo­wa­łam ciszy. Wykrzy­ki­wała moje imię, które zaczy­na­łam powoli nie­na­wi­dzić.

- Wenus! Wenus!

Z jękiem scho­wa­łam się pod koł­drę, bła­ga­jąc w myślach, żeby się uci­szyła. Po kim odzie­dzi­czyła ten ogni­sty tem­pe­ra­ment? Bo na pewno nie po ojcu ani matce. Caro­line była spo­kojną, wywa­żoną kobietą, a jej córka? Istny hura­gan.

- Wenus! Wenus! - wołała i pukała coraz moc­niej. - Psy­sła twoja kole­zanka. Ta, co wygląda jak Bal­bie.

Zgię­łam się wpół, nie­go­towa na żadne odwie­dziny. Co ona tutaj robi? I czemu nie raczyła napi­sać, że przy­jeż­dża? Machi­nal­nie zła­pa­łam tele­fon leżący na szafce noc­nej. Odblo­ko­wa­łam ekran. Pisała. I to bar­dzo dużo. Cho­lera, nie mia­łam teraz ochoty na spo­tka­nia i poga­wędki. Zawy­łam cichutko i pod­nio­słam się z tru­dem do siadu, a następ­nie spu­ści­łam stopy na pod­łogę. Przez myśl mi nie prze­szło, że Mia Mil­ler, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, mogłaby się o mnie mar­twić. Nie była taka. Nie oka­zy­wała uczuć, a oka­zuje się, że jej wia­do­mo­ści są pełne tro­ski i zanie­po­ko­je­nia. W tam­tym momen­cie chcia­łam znik­nąć z powierzchni ziemi, ponie­waż czu­łam, jak nie­zręcz­ność i wstyd za wła­sną nie­zdol­ność do otwar­cia się na wspar­cie prze­szy­wają całe moje ciało. Nie byłam do tego przy­zwy­cza­jona. Nie, jeśli doty­czyło to Mii. Mia była chłodna. Zazwy­czaj nie obcho­dził jej drugi czło­wiek, a tylko to, co może jej zaofe­ro­wać. Nie rozumia­łam więc, czemu mnie odwie­dza. Zrzu­ci­łam cienki koc, któ­rym byłam przy­kryta, i ruszy­łam w kie­runku drzwi.

- Już idę - krzyk­nę­łam, pró­bu­jąc przez tę krótką chwilę dopro­wa­dzić się do ładu.

Oczy mia­łam opuch­nięte od łez, bladą skórę, a ubra­nia pognie­cione. Odkąd wró­ci­łam ze szpi­tala, nie widzia­łam się z prysz­ni­cem. Trudno. Mia musiała to zro­zu­mieć, cho­ciaż oczyma wyobraźni widzia­łam już, jak na mój widok wykrzy­wia swoją nie­ska­zi­telną buzię. Dla pew­no­ści spraw­dzi­łam, czy nie śmier­dzę. Ode­tchnę­łam z ulgą, kiedy niczego nie poczu­łam, a następ­nie otwo­rzy­łam drzwi, za któ­rymi stała dziew­czyna. I Jupi­ter, która natych­miast objęła mnie za nogi i przy­tu­liła się. Była taka malutka.

- Idź do sie­bie - powie­dzia­łam jej, krzy­wiąc się, na co buzia dziew­czynki wygięła się w pod­kówkę i popa­trzyła na mnie z dołu tymi swo­imi ogrom­nymi śle­piami. - No już! - pona­gli­łam ją.

Puściła mnie i bez słowa ucie­kła, więc mogłam sku­pić uwagę na Mii, która wła­śnie zarzu­ciła swo­imi blond wło­sami i wymi­nęła mnie w progu, po czym usia­dła na bocia­nie, domo­wym bujaczku. Wyglą­dała, jakby wró­ciła z wybiegu dla mode­lek, nie ze szkoły. Co cie­kawe, moje obawy wobec niej oka­zały się nie­słuszne, ponie­waż dziew­czyna w żaden spo­sób nie sko­men­to­wała mojego wyglądu.

Jesz­cze.

- Twój ojciec mówił, że jesteś chora, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że aż tak. Nie powin­nam przy­cho­dzić, bo jesz­cze mnie zara­zisz - ode­zwała się w końcu, lustru­jąc mnie od góry do dołu.

Chcia­łam odpo­wie­dzieć, że nie­ule­czalną wadą serca nie da się zara­zić, ale ugry­złam się w język i smutno się uśmiech­nę­łam.

- Tak wyszło - wzru­szy­łam ramio­nami. - Ale spoko, nie zara­zisz się - usia­dłam na kra­wę­dzi łóżka.

- OK... - kiw­nęła głową nie­pew­nie. - Więc co ci jest? Pisa­łam do cie­bie chyba z milion razy - wydęła usta i prze­wró­ciła oczami.

Powstrzy­ma­łam się przed zro­bie­niem takiej samej miny. Nie mia­łam ochoty się tłu­ma­czyć, choć nie­wąt­pli­wie powin­nam. Nie­mniej jej pre­ten­sjo­nalny ton, do któ­rego oczy­wi­ście miała prawo, bo spie­przy­łam, mącił tak, że chcia­łam, żeby usły­szała coś innego zamiast wyja­śnień. Bar­dzo nie lubi­łam w niej tej pre­ten­sjo­nal­no­ści.

Nastała chwila ciszy, pod­czas któ­rej mia­łam czas na zasta­no­wie­nie się, co powie­dzieć. Prawda nie wcho­dziła w grę. Prze­cią­gnę­łam się osten­ta­cyj­nie i wymy­śli­łam kłam­stwo na pocze­ka­niu.

- Prze­mę­cze­nie.

- Tylko? - Mia unio­sła do góry swoje grube brwi. - Na boisku wyglą­da­łaś, jak­byś zaraz miała umrzeć.

Już nie­długo. Zaśmia­łam się i lek­ce­wa­żąco mach­nę­łam ręką.

- No nie­stety. Jesz­cze tro­chę będziesz musiała się ze mną pomę­czyć.

Na te słowa w jej oczach poja­wiło się coś, czego nie potra­fi­łam odgad­nąć. Dziwny błysk, który wywo­łał dreszcz na całej mojej skó­rze. Sama zresztą mia­łam wra­że­nie, że mówiąc te słowa, wbi­jam sobie w plecy ostrze noża. Świa­do­mość, że umie­ram, powo­do­wała, że natych­miast chciało mi się pła­kać.

- Weź, nawet tak nie mów - blon­dynka zde­ner­wo­wała się, wsta­jąc. - Strasz­nie się mar­twi­łam, więc ni­gdy wię­cej mnie tak nie strasz - pode­szła do mnie i ku mojemu zdzi­wie­niu roz­po­starła ramiona, w któ­rych po chwili ukry­łam się, zasty­ga­jąc na kilka dłu­gich sekund. Coś pod­po­wia­dało mi, żeby nie wie­rzyć Mii, a prze­cież już cztery lata były­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami.

Nasza przy­jaźń zaczęła się pierw­szego dnia w pierw­szej kla­sie liceum. Ja wtedy nie byłam sobą. Prze­ży­wa­łam śmierć Emily, naj­bliż­szej mi w tam­tym cza­sie osoby, i to, że kolejna naj­bliż­sza mi osoba, Troy, zosta­wiła mnie, cho­ciaż obie­cał, że zawsze będzie. Wście­kłość i smu­tek wypeł­niały każdy kawa­łek mojego serca, a ja czu­łam się jak korek, dry­fu­jący bez celu po morzu wła­snych emo­cji. Wtedy poja­wiła się Mia. Jej uśmiech był pro­mie­niem świa­tła w mojej ciem­no­ści. Na początku nie byłam pewna, czy mogę jej zaufać, czy otwo­rzyć się przed nią, tak jak przed Emily i Troyem, lecz Mia potra­fiła dotknąć mojej duszy w spo­sób, któ­rego nikt inny nie umiał. Była ze mną, kiedy jej potrze­bo­wa­łam, słu­chała i na swój spo­sób wspie­rała mnie, nawet gdy nie potra­fiłam wyra­zić swo­ich uczuć sło­wami. Nasza przy­jaźń roz­kwi­tła w cie­niu mojego smutku i gniewu, sta­jąc się dla mnie pod­porą i nadzieją na lep­sze jutro. To wła­śnie Mia poka­zała mi, że nie muszę być sama w swo­jej walce z demo­nami prze­szło­ści, że mogę liczyć na kogoś, kto będzie ze mną na dobre i złe. To była ona. I to wła­śnie Mia spra­wiła, że zaczę­łam wie­rzyć w sie­bie i sta­wać się tą osobą, którą byłam dziś. To dzięki niej byłam popu­larna. To dzięki niej ta popu­lar­ność z mie­siąca na mie­siąc przy­sła­niała mi wszystko inne.

Ponie­waż były­śmy aktywne spo­łecz­nie i czę­sto poja­wia­ły­śmy się na róż­nych impre­zach szkol­nych, wyda­rze­niach spor­to­wych i szkol­nych festi­wa­lach, szybko zosta­ły­śmy kró­lo­wymi szkoły. Ludziom podo­bała się nasza pew­ność sie­bie i to, że nie mia­ły­śmy sobie rów­nych. Wygry­wa­ły­śmy rów­nież tym, że zawsze były­śmy zadbane i mod­nie ubrane, a to, nie ukry­wajmy, dla nasto­lat­ków jest dosyć istotne.

Sta­ły­śmy się nie­roz­łączne. Nasza przy­jaźń z każ­dym dniem sta­wała się coraz sil­niej­sza, a ludzie zaczęli nas koja­rzyć jako pakiet. Nie mogli sobie wyobra­zić jed­nej bez dru­giej. Razem dzia­ła­ły­śmy jak zgrany duet, uzu­peł­nia­jąc się nawza­jem w każ­dej sytu­acji. Mia­ły­śmy tę mocną więź, która spra­wiała, że nic nie było w sta­nie nas roz­dzie­lić. Tą mocą była wie­dza, że bez sie­bie nawza­jem w szkole nie zna­czymy tyle co razem.

Może to wła­śnie ozna­czał ten błysk w oku Mii? To, że bar­dziej niż o mnie mar­twiła się o swoją pozy­cję w szkole? Bar­dzo praw­do­po­dobne.

Rozdział 5

5 Troy

Mia­łem naj­lep­szych przy­ja­ciół w całym Green Val­ley, naj­lep­szych na świe­cie, któ­rzy teraz usta­wieni w jeden równy rzą­dek pod siatką śpie­wali mi Sto lat. Oczy­wi­ście nie mogłem zapo­mnieć o tre­ne­rze.

Mimo że to rocz­nica śmierci Emily, radość i uśmiech nie scho­dził mi z twa­rzy. Wzru­szy­łem się wbrew przy­sło­wiu, że chło­paki nie pła­czą. Pła­czą, i to nawet czę­ściej, niż się wszyst­kim wydaje. Nie spo­dzie­wa­łem się takiej nie­spo­dzianki. Takiego przy­wi­ta­nia i deko­ra­cji zdo­bią­cych halę spor­tową. Było bar­dzo kolo­rowo - wszę­dzie poroz­wie­szane ser­pen­tyny, balony, litery z moim imie­niem i nazwi­skiem, a chło­paki i pan Brown na gło­wach mieli uro­dzi­nowe cza­peczki. Zaczą­łem śpie­wać razem z nimi i uda­wać, że jestem dyry­gen­tem. Było świet­nie i nie mia­łem ochoty wra­cać do domu.

- Dzię­kuję! - krzyk­ną­łem, kiedy skoń­czyli, po czym rzu­ci­łem się im wszyst­kim w ramiona. - Dzięki za pamięć, chło­paki!

- Dzięki, że jesteś, Troy - odpo­wie­dział mi Con­rad.

Z nim byłem naj­bli­żej, ponie­waż zna­li­śmy się już od początku szkoły pod­sta­wo­wej. Nasza przy­jaźń roz­po­częła się, kiedy nauczy­cielka posa­dziła nas w jed­nej ławce. Od tam­tej pory jeste­śmy pra­wie nie­roz­łączni. Cho­dzimy do tej samej klasy i tre­nu­jemy ten sam sport.

- I mamy nadzieję, że wej­ście w doro­słość cię nie zmieni - dodał tre­ner. - Bądź tak dobrym czło­wie­kiem, jakim byłeś do tej pory.

Pocią­gną­łem nosem i wytar­łem kilka łez.

- Będę. Nie widzę żad­nej innej opcji.

- Ale wiesz, cza­sami jakieś piwko lub coś moc­niej­szego możesz wypić - rzu­cił któ­ryś z kole­gów.

Wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem. Kiw­ną­łem głową na znak zgody, acz­kol­wiek alko­hol nie był czymś, za czym prze­pa­da­łem. Po śmierci Em mia­łem z nim nie­mały pro­blem, który cią­gnął się nie­mal przez cały rok.

Michael podał mi pla­sti­kowy kubek z bez­al­ko­ho­lo­wym szam­pa­nem dla dzieci. Wznie­śli­śmy toast.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, Troy! - zawo­łali wszy­scy.

Wszyst­kiego naj­lep­szego, Emily, pomy­śla­łem i wzią­łem łyk napoju. Poczu­łem posmak wódki, więc lekko się skrzy­wi­łem. Zer­k­ną­łem na Micha­ela, który puścił do mnie oczko. Ponow­nie się uśmiech­ną­łem, ale nie dopi­łem szam­pana. Odsta­wi­łem kubek na try­buny. Musia­łem się sku­pić na siat­kówce. Zawody sta­nowe zbli­żały się­mi­lo­wymi kro­kami, a na widowni mieli zasiąść łowcy talen­tów. Chcia­łem się poka­zać i dostać miej­sce w jed­nej z naj­lep­szych dru­żyn w Luizja­nie, by móc budo­wać swoją karierę. Wyje­chać i zacząć życie na nowo tam, gdzie nie będzie mnie dopa­dać ból po stra­cie sio­stry i miłość do nie­wła­ści­wej osoby.

Po kilku minu­tach sta­łem na środku boiska, oto­czony szu­mem roz­mów i dźwię­kami krą­żą­cej piłki. Świat wokół mnie znik­nął, gdy moje oczy sku­piły się na tej jed­nej rze­czy - piłce do siat­kówki. To nie było tylko zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie czy hobby. Dla mnie siat­kówka to coś wię­cej. To pasja, która pło­nęła we mnie od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Każdy ruch, każdy dotyk piłki przy­no­sił mi nie­opi­saną przy­jem­ność. To były chwile, kiedy mogłem się ode­rwać od codzien­no­ści i cał­ko­wi­cie oddać się grze. Gdy piłka wzbi­jała się w powie­trze, a ja z deter­mi­na­cją odbi­ja­łem ją z naj­więk­szą pre­cy­zją, czu­łem się wolny i niczym nie­skrę­po­wany. Czu­łem, że mogę osią­gnąć wszystko, co tylko chcę. W mojej pasji do siat­kówki nie cho­dziło tylko o samą grę. Uwiel­bia­łem też całą atmos­ferę zwią­zaną z tym spor­tem - współ­pracę z zespo­łem, rywa­li­za­cję na boisku, radość z każ­dego punktu zdo­by­tego dla swo­jej dru­żyny. To była ta emo­cja, która towa­rzy­szyła mi pod­czas każ­dego meczu, ta eks­cy­ta­cja i napię­cie przed pierw­szym ser­wi­sem, ta duma po wygra­nej. Praw­dziwa miłość, która trwała przez lata, a każdy moment spę­dzony na boisku był dla mnie naj­cen­niej­szym skar­bem, który nosi­łem w sercu z dumą i wdzięcz­no­ścią.

Siat­kówka poma­gała mi zapo­mnieć o Emily, nato­miast muzyka, którą rów­nie mocno kocha­łem, przy­po­mi­nała mi o niej. Kiedy tylko zaczy­na­łem grać na gita­rze, wspo­mnie­nia o mojej sio­strze wra­cały. Były niczym wyraźny kolo­rowy film wyświe­tlany w mojej gło­wie. Dźwięki, które wycho­dziły spod moich pal­ców, poma­gały mi pie­lę­gno­wać wyraźny obraz Em. Były eks­pre­sją moich uczuć, myśli i emo­cji, które trudno wyra­zić sło­wami. Muzyka chro­niła mnie przed tęsk­notą. Każdy dźwięk, każdy akord, który doby­wał się z mojego instru­mentu, był jak pla­ster na krwa­wiące rany. Kiedy gra­łem, mogłem znowu ją zoba­czyć. Jej uśmiech, błę­kitne oczy. Ją całą.

Rozdział 6

6 Wenus

Mia­łam wra­że­nie, że każdy dzień jest taki sam. Codzien­ność sta­wała się mono­tonna, a życie wyda­wało się pły­nąć bez celu. Budzący się pora­nek przy­po­mi­nał poprzedni, jak­by­śmy tkwili w nie­koń­czą­cym się cyklu rutyny. Sęk w tym, że tej rutyny nie było. Po pro­stu leża­łam w swoim łóżku, nie mogąc się pogo­dzić, że za chwilę mnie nie będzie. To było dziwne uczu­cie, jakby czas prze­pły­wał mi mię­dzy pal­cami, a ja nie mogłam nic zro­bić, by go zatrzy­mać. Patrzy­łam w sufit, pró­bu­jąc zebrać myśli, ale one krą­żyły w mojej gło­wie bez­ład­nie, jak roz­sy­pane puz­zle, któ­rych nie potra­fi­łam poskła­dać. Nagle poczu­łam wszech­ogar­nia­jącą falę bez­na­dziei. Nie chcia­łam myśleć o przy­szło­ści, bo wie­dzia­łam, że dla mnie przy­szłość nie ist­nieje. Każdy plan, każde marze­nie, każda nadzieja - wszystko to nie miało już sensu, ponie­waż wie­dzia­łam, że nie będę już miała oka­zji ich zre­ali­zo­wać. Tonę­łam w ciem­no­ściach bez­radna w obli­czu nie­uchron­nej klę­ski. Czu­łam się jak osie­ro­cona dusza dry­fu­jąca w prze­strzeni bez celu i sensu. Jakże marny był ten koniec, jakże bez­radne moje serce, które prze­stało wie­rzyć w cokol­wiek.

Mia­łam prze­cież tyle pla­nów na przy­szłość. Tyle ambi­cji. Chcia­łam zostać naj­lep­szą pro­jek­tantką mody w kraju, two­rzyć dzieła sztuki, które poru­szą ludz­kie serca i umy­sły. Marzy­łam, by moje kolek­cje stały się iko­nami stylu, by moje kre­acje wyzna­czały nowe trendy i stan­dardy w świe­cie mody. Jed­nak teraz to wszystko odpły­nęło w nie­byt. Czy mia­łam jesz­cze w sobie siłę, by pod­jąć wyzwa­nie, by wal­czyć o to, w co wie­rzy­łam? Czy mogłam odzy­skać wiarę w sie­bie i swoje moż­li­wo­ści, gdy wyda­wało się, że wszystko stra­ci­łam?

Patrzy­łam na sufit w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi. Ale nie spły­nęło na mnie żadne oświe­ce­nie. Z każdą chwilą coraz bar­dziej zatra­ca­łam się w bez­den­nej otchłani wła­snych myśli i obaw. Czy była jesz­cze nadzieja? Czy mogłam zna­leźć wyj­ście z tej ciem­no­ści, która ze wszyst­kich stron spo­wi­jała mnie coraz cia­śniej? Chcia­łam w to wie­rzyć, lecz nie potra­fi­łam.

- Wenus, tata mówi, ze spóź­nisz się do skoły! - przez drew­niane drzwi sły­sza­łam seple­nie­nie Jupi­ter.

Nacią­gnę­łam więc koc na głowę i uda­łam, że śpię, żeby tylko dała mi spo­kój, ale dziew­czynka nie prze­sta­wała krzy­czeć. I im dłu­żej to robiła, tym bar­dziej nie byłam w sta­nie znieść jej głosu. Był prze­raź­li­wie piskliwy, świ­dro­wał w uszach, czym mnie okrop­nie dener­wo­wał, dla­tego nie minęła chwila, a zrzu­ci­łam z sie­bie cie­płe okry­cie i ruszy­łam w stronę drzwi.

Kiedy dotknę­łam bosymi sto­pami zim­nej pod­łogi, zadrża­łam i prze­klę­łam moment uro­dze­nia się tej małej wie­wiórki. Otwo­rzy­łam drzwi, za któ­rymi stała, słodko się szcze­rząc, więc obda­rzy­łam ją naj­su­row­szym spoj­rze­niem, na które było mnie w tam­tym momen­cie stać.

- Ile razy mam ci mówić, żebyś się tak nie darła? - wark­nę­łam z wyrzu­tem, przez co Jupi­ter posmut­niała, a jej oczy zaszły łzami.

Mia­łam to gdzieś i nie prze­sta­wa­łam się wpa­try­wać w nią groź­nie, więc pod naci­skiem mojego twar­dego wzroku dziew­czynka ucie­kła. Ode­tchnę­łam z ulgą, odwró­ci­łam się na pię­cie z zamia­rem zamknię­cia za sobą drzwi, te zaś nagle się zablo­ko­wały. Jak gdyby ktoś spe­cjal­nie nie pozwa­lał mi ich zamknąć. Blu­zgnę­łam, czu­jąc nara­sta­jącą iry­ta­cję, bo jesz­cze sekundę temu nikogo tu nie było.

Zaci­snę­łam dło­nie w pię­ści, nabra­łam głę­boko powie­trza i już mia­łam się odwró­cić, kiedy dotarł do mnie cichy śmiech taty i wszystko legło w gru­zach. Wszystko, to zna­czy mój spo­kój. Odczu­łam przy­pływ fru­stra­cji i rzu­ci­łam się na łóżko, a on już wcho­dził do środka.

- Nie możesz spę­dzić tu całego dnia - powie­dział, roz­glą­da­jąc się dookoła. - Kolej­nych dni.

Wyglą­dał lepiej niż wczo­raj czy przedwczo­raj. Jego twarz już nie była taka blada, a oczy opuch­nięte. Pomimo to były pełne smutku. Za każ­dym razem, kiedy tata na mnie patrzył, musia­łam mru­gać, żeby powstrzy­mać cisnące się łzy. To tylko przy­po­mi­nało mi o cho­ro­bie i cza­sie, któ­rego mia­łam coraz mniej.

Scho­wa­łam twarz w poduszkę, a ojciec usiadł na rogu mate­raca i cze­kał. Zna­łam to jego zagra­nie. Chciał mnie poko­nać moją wła­sną bro­nią, bo wie­dział, że nie­na­wi­dzi­łam ciszy. No może nie bar­dziej od pisz­cze­nia Jupi­ter, ale jed­nak. Wal­czy­li­śmy. Byłam coraz słab­sza i czu­łam, że tę bata­lię prze­gry­wam. Aż w końcu po chyba pię­ciu minu­tach z moich ust wydo­był się cier­pięt­ni­czy jęk.

- Pozwól mi jesz­cze dziś zostać w domu, tato.

- Pozwo­li­łem wczo­raj.

- Zajmę się Jupi. Ty i Caro­line będzie­cie mogli w spo­koju pra­co­wać - zaczę­łam bła­gać, na co tata ner­wowo się poru­szył.

- Twoja sio­stra obec­nie się cie­bie boi - przy­po­mniał mi, ale nie brzmiał na złego.

W ogóle, odkąd wie­dział o mojej wadzie serca, nie bywał na mnie zły. Jakby ta jedna ułom­ność zasła­niała wszyst­kie inne. A było ich naprawdę sporo.

Jęk­nę­łam kolejny raz i moc­niej wci­snę­łam twarz w śnież­no­białą pod­szewkę.

- Pro­szę cię, Wenus. Już czas - mate­rac wró­cił do swo­jego kształtu, gdy tata wstał.

Chcia­łam krzy­czeć i pła­kać. Mimo to wydu­si­łam z sie­bie krót­kie: po co?

Bo serio, po co mia­łam cho­dzić do szkoły? Po co mia­łam się spo­ty­kać z przy­ja­ciółmi? Robić te inne rze­czy, skoro nie miały one celu? Mój los został prze­są­dzony już dawno. Jedyne, co mi pozo­stało, to cze­ka­nie na śmierć. Na to zaś naj­wy­god­niej cze­kało mi się we wła­snym łóżku. Jed­nakże ojciec nie podzie­lał mojego zda­nia. Usły­sza­łam pomruk nie­za­do­wo­le­nia, po czym ścią­gnął ze mnie koc.

- Bo nie wszystko jesz­cze skoń­czone! - pod­su­mo­wał.

Pod­nio­słam głowę. Tata spo­waż­niał, zmarsz­czył brwi, a ja nie mia­łam zamiaru się z nim kłó­cić. Jęk­nę­łam, lecz mimo to wsta­łam.

- Wisisz mi lody - burk­nę­łam.

Rozdział 7

7 Troy

Od kilku dni zasta­na­wia­łem się, co się dzieje z Wenus. Nie­stety, nie było nikogo, kogo mógł­bym popro­sić o infor­ma­cję o niej. Mia czy inne jej kole­żanki na pewno by jej prze­ka­zały, że się nią inte­re­so­wa­łem, a ja nie chcia­łem, żeby o tym wie­działa. Sta­tus naszej rela­cji był skom­pli­ko­wany. Ona mnie nie­na­wi­dziła, a ja ją kocha­łem. Gdyby moje życie poto­czyło się ina­czej, kto wie, może byli­by­śmy szczę­śliwą parą? Nie musiał­bym uda­wać, że jej nie lubię. Nie musiał­bym się z tym tak męczyć.

Roz­glą­da­łem się po kla­sie z nadzieją, że dziew­czyna zaraz się w niej pojawi. Patrzy­łem na drzwi, które co rusz otwie­rały się i zamy­kały, lecz za każ­dym razem ktoś inny wcho­dził do klasy. Wydo­by­łem z sie­bie dźwięk znu­że­nia, a potem opar­łem głowę na ławce.

- Wylu­zuj, stary, może jesz­cze przyj­dzie - ode­zwał się Con­rad, o któ­rego obec­no­ści tuż obok cał­kiem zapo­mnia­łem.

Był jedyną osobą, która wie­działa, że skry­cie kocham się w Vil­la­nu­evie, i choć tro­chę rozu­miał, dla­czego chcia­łem się dowie­dzieć, co jej jest. Nato­miast ona się nie zja­wiała. Zupeł­nie jakby prze­stała ist­nieć. Kiedy nie odpo­wie­dzia­łem przy­ja­cie­lowi, ten klep­nął mnie po ramie­niu w ramach otu­chy. To wcale nie pomo­gło.

- Jak nie, to ja do niej pójdę - mruk­ną­łem, na co Con­rad par­sk­nął śmie­chem.

- I co jej powiesz? Hej, zgu­bi­łem psa, nie widzia­łaś go może? Prze­cież nawet nie wiesz, czy jest w domu, czy w szpi­talu.

- Ale co mi szko­dzi? - pod­nio­słem się i spoj­rza­łem na niego.

Con­rad był bar­czy­stym kole­siem, który nosił bluzę od kom­pletu naszego stroju siat­kar­skiego. Miał okrą­głą i nieco puco­ło­watą twarz z małym nosem i brą­zo­wymi oczami. Jego bujne, krę­cone włosy zawsze zda­wały się nieco nie­okieł­znane i doda­wały mu uroku i non­sza­lan­cji.

- Miesz­kam prze­cież pięć kro­ków od niej - doda­łem.

- To nie zna­czy, że możesz tak po pro­stu do niej pójść.

Zmarsz­czy­łem brwi, wyra­ża­jąc nie­zro­zu­mie­nie.

- Niby dla­czego? - spy­ta­łem, a Fisher roz­sia­dał się wygod­nie na krze­śle. Robił tak zawsze, gdy miał zamiar wygło­sić jakiś mądry mono­log. Ale aku­rat teraz nie mia­łem ochoty go słu­chać. - Albo dobra, nie odpo­wia­daj - zre­flek­to­wa­łem się szybko. - Mam dość.

Con­rad prze­wró­cił oczami.

- Po pro­stu się z nią umów.

- Serio? No, nie wpa­dłem na to - sark­ną­łem, lekko pod­no­sząc głos. - Wenus... - znowu mówi­łem szep­tem. - Ona ni­gdy się ze mną nie umówi. Nie po tym, co jej obie­cy­wa­łem.

A obie­ca­łem jej wiele, jed­nak wie­dzia­łem, że ze wszyst­kich obiet­nic w sercu nosiła jedną, tę naj­waż­niej­szą - mia­łem nie odcho­dzić, aż gwiazdy zga­sną. One jed­nak na­dal świecą, a mnie przy niej nie ma.

Zła­ma­łem obiet­nice i przy­sięgi. Prze­peł­niało mnie cięż­kie poczu­cie winy i przez wszyst­kie te lata nie chciało mnie opu­ścić. Każda myśl o Wenus przy­po­mi­nała mi, jak bar­dzo ją zra­ni­łem, jak bar­dzo zawio­dłem jej zaufa­nie i miłość. Nie potra­fi­łem patrzeć na sie­bie w lustrze, bo jak miał­bym spoj­rzeć sobie w oczy, wie­dząc, że zdra­dzi­łem naj­waż­niej­szą osobę w moim życiu. Ale czy teraz jesz­cze mogłem coś napra­wić? Czy była szansa na wyba­cze­nie, na odbu­do­wa­nie tego, co znisz­czy­łem? Czy mogłem znów zjed­nać sobie jej serce, które tak bru­tal­nie zła­ma­łem? Szcze­rze w to wąt­pi­łem. Zosta­wi­łem ją, kiedy oby­dwoje naj­bar­dziej potrze­bo­wa­li­śmy swo­jej obec­no­ści. Dzień, w któ­rym wszystko, co mię­dzy nami było, zakoń­czy­łem, prze­śla­do­wał mnie w snach.

Była koń­cówka lata, za chwilę mie­li­śmy zacząć nowy etap w naszym życiu, jakim było liceum. Popro­si­łem Wenus, żeby­śmy spo­tkali się w naszym ulu­bio­nym miej­scu nad rzeką, a kiedy przy­szła, bez zbęd­nych wstę­pów, pro­sto z mostu powie­dzia­łem jej, że nasza przy­jaźń wła­śnie się koń­czy, że nie chcę już być z nią tak bli­sko, jak byli­śmy dotych­czas. Że za bar­dzo przy­po­mina mi o Emily. To były naj­trud­niej­sze i naj­bru­tal­niej­sze słowa, jakie kie­dy­kol­wiek powie­dzia­łem, lecz czu­łem, że musia­łem to zro­bić, musia­łem się w tam­tym momen­cie od niej odsu­nąć. Wenus wów­czas spoj­rzała na mnie z roz­pa­czą w oczach, a następ­nie, po bar­dzo dłu­giej chwili, poły­ka­jąc łzy, odparła:

- Ale... prze­cież mi obie­ca­łeś... - łkała. - Nie możesz...

Zdo­ła­łem tylko wydu­kać jakieś nędzne "prze­pra­szam".

Wenus ucie­kła, a potem mnie znie­na­wi­dziła. Ja zaś byłem wtedy zbyt zra­niony, zbyt oszo­ło­miony, żeby być z kimś. Potrze­bo­wa­łem czasu, żeby upo­rać się z tym cio­sem, żeby pozbie­rać się z gru­zów mojego życia. I wie­dzia­łem, że nie mogłem tego zro­bić, dopóki Vil­la­nu­eva byłaby obok mnie.

Cztery lata póź­niej, za każ­dym razem, kiedy patrzy­łem na tę blon­dynkę, coraz bar­dziej uświa­da­mia­łem sobie, co stra­ci­łem, a raczej kogo. Zro­zu­mia­łem, że moja decy­zja o zerwa­niu przy­jaźni była błę­dem. Pod­ją­łem ją pod wpły­wem emo­cji. Nie prze­my­śla­łem jej i każ­dego dnia ogrom­nie tego żało­wa­łem. Wenus była tą, która zawsze była dla mnie, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści. Była moim wspar­ciem i zro­zu­mie­niem, a ja zba­ga­te­li­zo­wa­łem to, zanie­dba­łem i zosta­wi­łem ją w cier­pie­niu. Nie mogłem sobie wyba­czyć, że pozwo­li­łem, by moja wła­sna roz­pacz pocią­gnęła naszą przy­jaźń na dno.

Cztery lata póź­niej poją­łem, że Wenus ni­gdy nie była tylko moją przy­ja­ciółką. Była kimś wię­cej. Kimś, komu oddał­bym serce. Kimś, o kim skry­cie marzy­łem, kogo kocha­łem.