Wendeta po śmierć - Nora Roberts

Kup ebooka

45.00 zł
35.79 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Odczu­wała wewnętrzny przy­mus zabi­ja­nia.

Prze­pro­wa­dziła dogłębny wywiad, wszystko dokład­nie prze­stu­dio­wała i zapla­no­wała: kto, kiedy, jak i dla­czego. Zajęło jej to ponad rok. Jej wybór padł na Nigela B. McEn­roya. To on miał być tym pierw­szym.

Czter­dzie­sto­trzy­la­tek, od jede­na­stu lat żonaty, dwoje dzieci - dwie dziew­czynki: lat dzie­więć i sześć. W ciągu osiem­na­stu lat udało mu się - z dwoma wspól­ni­kami - zało­żyć i roz­wi­nąć firmę headhun­tin­gową kadr zarzą­dza­ją­cych o nazwie Per­fect Pla­ce­ment, Angaż Ide­alny. Jako dyrek­tor gene­ralny miał pełną kon­trolę nad rekru­ta­cją na sta­no­wi­ska w fir­mach i na Ziemi, i poza nią.

Sie­dzibę główną zde­cy­do­wał się umiej­sco­wić w Lon­dy­nie, więc bez prze­rwy podró­żo­wał. Oddziały firma miała w Nowym Jorku, Waszyng­to­nie, Tokio, Madry­cie, Syd­ney, w Nowym Los Ange­les, Dubaju, Hong­kongu i w Vegas II, a ostat­nimi czasy otwo­rzyli nowe cen­trum nawet na Olim­pie.

Wiódł przy­jemne, dostat­nie życie, zaba­wiał się z iście kró­lew­skim prze­py­chem i wyro­bił sobie repu­ta­cję osoby umie­ją­cej nie­zwy­kle pre­cy­zyj­nie okre­ślać potrzeby klien­tów. Co do mał­żeń­stwa - robił wszystko, by było per­fek­cyjne, przy­naj­mniej w jego oce­nie.

W pracy Nigel B. McEn­roy odzna­czał się sumien­no­ścią, był rze­telny i wyma­ga­jący, dbał też o zacho­wa­nie wyso­kich stan­dar­dów etycz­nych.

Żadna z wymie­nio­nych powy­żej cech nie powstrzy­mała go jed­nakże w życiu pry­wat­nym od prze­isto­cze­nia się w kłamcę, łotra, cudzo­łoż­nika oraz seryj­nego gwał­ci­ciela.

Facet bez dwóch zdań nale­żał do oble­śnych wie­przów; nad­szedł czas krwa­wej jatki.

Z nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała odpo­wied­niej chwili. Czuła, że ide­al­nie dobrała swą pierw­szą ofiarę.

Lubił zdra­dzać żonę z rudo­wło­symi, cyca­tymi bab­kami, które zazwy­czaj stały niżej w hie­rar­chii łań­cu­cha pokar­mo­wego wła­dzy niż on. Kiedy nie wyru­szał na łowy we wła­snej fir­mie, zaba­wiał się polo­wa­niem w eks­klu­zyw­nych klu­bach.

Jakby tego nie było dość - a prze­cież miał cał­kiem udaną rodzinę - zwy­kle wrzu­cał wybra­nej ofie­rze do drinka tabletkę gwałtu, aby no cóż... dobrze współ­pra­co­wała. W pełni ska­pi­tu­lo­wała.

A co może było jesz­cze gor­sze, przy­naj­mniej raz (miała uza­sad­nione podej­rze­nia, że powtó­rzyło się to kil­ka­krot­nie) dodat­kowo odu­rzył kan­dy­datkę na pewne sta­no­wi­sko - to kon­kret­nie, przy któ­rym pod­czas rekru­ta­cji pomi­nął KOBIETY, prze­zna­cza­jąc je dla MĘŻ­CZY­ZNY - by nie dość, że skrzyw­dzić, to jesz­cze upo­ko­rzyć.

Oczy­wi­ście biedna dziew­czyna nie potra­fiła niczego udo­wod­nić i ledwo pamię­tała całe zaj­ście, zbyt prze­ra­żona, by oskar­żyć sukin­syna.

Jed­nakże wystar­cza­jąco dużo infor­ma­cji pozy­skała od innych jego ofiar - w osta­tecz­nym roz­li­cze­niu o wiele wię­cej, niżby wystar­czyło do pod­ję­cia wła­snego śledz­twa - cho­dziła więc za nim krok w krok, tro­piąc każdy ślad i obser­wu­jąc wie­prza w akcji. Dwu­krot­nie udało się jej cało­ściowo udo­ku­men­to­wać jego ruty­nowe zacho­wa­nia seryj­nego gwał­ci­ciela.

W końcu zgro­ma­dziła wszel­kie nie­zbędne dane i teraz po raz ostatni zasty­gła na dłuż­szą chwilę przed dużym lustrem, znaj­du­ją­cym się w jej pra­cowni. Pod­dała oce­nie odbi­cie swo­jej syl­wetki, widocz­nej w nim od stóp do głów.

Dłu­gie, krę­cone, ogni­sto­rude loki, powieki pokryte cie­niem w kolo­rze zja­dli­wej zie­leni, oczy sta­ran­nie obwie­dzione kredką, mocno wytu­szo­wane rzęsy. Wydatne usta grubo pocią­gnięte czer­woną pomadką o bar­wie rów­nie pło­mien­nej jak włosy.

Sporo czasu zajęło jej uzy­ska­nie efektu nieco zadar­tego noska i lekko spi­cza­stego pod­bródka.

Sztuczny obfity biust wyglą­dał cał­kiem auten­tycz­nie, i tak też się z nim czuła - w końcu dosta­jesz to, za co pła­cisz. W celu ide­al­nego wykoń­cze­nia cało­ści uwy­dat­niła jesz­cze nieco pośladki. Skórę miała nasma­ro­waną deli­kat­nie samo­opa­la­czem - tylko na tyle, by uzy­skać sub­telny zło­tawy odcień.

Suk­nia, którą wybrała - zie­lona jak jej oczy i gładka jak tafla wody - opi­nała ją jak druga skóra. Srebrne, iskrzące się w świe­tle wyso­kie szpilki doda­wały jej wzro­stu także optycz­nie, dzięki prze­dłu­ża­nym pięt­kom z wąskim pasecz­kiem.

Wie­przek Nigel miał ze sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, a ona w szpil­kach nie prze­kra­czała metra osiem­dzie­się­ciu. Ujdzie.

Pre­zen­to­wała się iście posą­gowo, zuchwale i sek­sow­nie.

W peruce, z mocno ucha­rak­te­ry­zo­waną twa­rzą - no, no! - nie roz­po­zna­łaby jej nawet wła­sna matka.

Wyko­nała jesz­cze jeden obrót przed trój­dziel­nym, wyso­kim lustrem i wzbu­rzyła nieco włosy peruki.

- Wil­ford! Uru­cha­miamy się! - zawo­łała.

Robot-droid, zapro­jek­to­wany tak, by ide­al­nie odwzo­ro­wy­wać bia­łego męż­czy­znę po sześć­dzie­siątce, z przy­strzy­żo­nym wąsem, rów­nie siwym jak jego gęste włosy, otwo­rzył nie­bie­skie oczy o spo­koj­nym wej­rze­niu.

- Jestem, pro­szę pani! Czego sobie pani życzy, madame?

Zapro­gra­mo­wała jego głos na tona­cję z mięk­kim bry­tyj­skim akcen­tem, ubrała w czarny frak, śnież­no­białą koszulę i czarny kra­wat.

- Przy­pro­wadź samo­chód - zaor­dy­no­wała. - Weź zwy­czajny miej­ski. Zawie­ziesz mnie do klubu o nazwie This Place, a potem zapar­ku­jesz i zacze­kasz na dal­sze instruk­cje.

- Jak sobie pani życzy, madame.

- Jedź windą. Odblo­ko­wa­łam dostęp.

Kiedy Wil­ford zajął się wyko­ny­wa­niem jej pole­ceń, ona spraw­dziła zawar­tość torebki, a następ­nie pode­szła do zestawu moni­to­rów.

Jej bab­cia - dzięki Bogu! - spała spo­koj­nie, pil­no­wana przez dro­idkę-pie­lę­gniarkę. Kochana, naj­droż­sza Busia (tak na nią zawsze piesz­czo­tli­wie mówiła) prze­śpi całą noc jak dziecko, wspo­ma­gana łagod­nym środ­kiem nasen­nym, który wnuczka doda­wała co wie­czór do szkla­neczki brandy, wypi­ja­nej na dobry sen przez uko­chaną Busię.

- Nie­długo wrócę. - Prze­słała całusa w stronę moni­tora i skie­ro­wała się do windy, która zawio­zła ją na główną kon­dy­gna­cję wspa­nia­łej sta­rej rezy­den­cji, uwiel­bia­nej przez nią nie­omal na równi z Busią.

Ostrożna i uważna jak zawsze, ponow­nie zablo­ko­wała dostęp do windy i dopiero wtedy ruszyła dalej wystaw­nie urzą­dzo­nym foyer, stu­ka­jąc z satys­fak­cją obca­sami. Wyszła na zewnątrz w rześką kwiet­niową noc i zamknęła za sobą drzwi, uru­cho­miw­szy uprzed­nio alarm.

Zadrżała lekko i z zimna, i z nie­cier­pli­wo­ści, jed­nakże Wil­ford już stał na pod­jeź­dzie, przy­trzy­mu­jąc otwarte drzwi samo­chodu.

Wśli­znęła się do środka i skrzy­żo­wała nogi. Jede­na­sty kwiet­nia dwa tysiące sześć­dzie­sią­tego pierw­szego roku - pomy­ślała. Zna­czący dzień w histo­rii mia­sta. Dzień naro­dzin Lady Justice, praw­dzi­wej damy wymie­rza­ją­cej spra­wie­dli­wość.

*

Nigel tym­cza­sem wpadł w fer­wor łowów, gotów cele­bro­wać zakoń­cze­nie dłu­giego, peł­nego suk­ce­sów dnia pracy. Jego żona i córki roz­ko­szo­wały się aku­rat tro­pi­kalną lekką bryzą pod­czas wio­sen­nych ferii, miał więc cały tydzień tylko dla sie­bie. Nie musiał silić się na wymy­śla­nie wykrę­tów, dla­czego znów się zasie­dział w pracy, i czuł się z tym nieco dziw­nie.

Bar­dzo lubił klub This Place za dys­kre­cję (żad­nych kamer moni­to­ringu), za znaj­du­jące się w jego wnę­trzu kap­suły dla VIP-ów, dosko­nale odizo­lo­wane od gęstych tłu­mów gawie­dzi wokół, oraz za dosko­nałe mar­tini i świetną muzykę. Ach! Prawda! Rów­nież za duży wybór atrak­cyj­nych dziew­czyn, poszu­ku­ją­cych drob­nej odmiany w swoim nud­na­wym życiu.

Oczy­wi­ście zare­zer­wo­wał uprzed­nio VIP-owską kap­sułę, lecz przez pierw­szą godzinę pobytu błą­dził tu i tam po lśnią­cych sre­brzy­ście posadz­kach, obser­wu­jąc pul­su­jące świa­tła na par­kie­cie do tańca i rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nia to w górę, to w dół po wszyst­kich trzech kon­dy­gna­cjach klubu.

Tę część wie­czoru zwał polo­wa­niem i nie­zmien­nie się nią fascy­no­wał.

Poprzed­niej nocy uzy­skał dosko­nały wynik - co za far­ciarz! - ustrze­liw­szy bliź­niaczki. Dwie tru­skaw­ko­wo­blond sio­stry z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią dzie­lące się z nim swo­imi wdzię­kami przez kilka godzin w jego gar­so­nie­rze gdzieś w Nowym Jorku.

Zasta­na­wiał się przez chwilę, czyby nie skon­tak­to­wać się z któ­rąś z nich - albo obiema? - i nie powtó­rzyć wyczy­nów z poprzed­niej nocy, ale wolał jed­nak świeże mię­sko. Na wszelki wypa­dek, jak zawsze, usu­nął numery ich tele­fo­nów.

Zda­wał sobie sprawę z tego, że wygląda sza­łowo w czar­nych, obci­słych spodniach z paskiem nabi­ja­nym ćwie­kami i w nie­bie­skim swe­trze, pasu­ją­cym do koloru jego oczu. Nosił na nad­garstku ele­gancki wie­lo­funk­cyjny zega­rek; świad­czył on o zamoż­no­ści jego posia­da­cza, o ile ktoś był wyczu­lony na takie gadżety.

Stać go było na płatne, licen­cjo­no­wane towa­rzyszki uciech z naj­wyż­szej półki - i chęt­nie korzy­stał z ich usług, jeśli brak czasu dra­stycz­nie zawę­żał mu moż­li­wość wyboru. Jed­nakże o wiele bar­dziej pasjo­no­wało go samo­dzielne polo­wa­nie oraz ustrze­lona sztuka zwie­rzyny.

W tej wła­śnie chwili jego uwagę przy­kuła rudo­włosa dziew­czyna, wijąca się wdzięcz­nie na par­kie­cie do tańca. Nieco za młoda jak na jego upodo­ba­nia, stwier­dził, a jej włosy - nastro­szone i krót­kie - nie two­rzyły zbyt wyra­fi­no­wa­nej fry­zury.

Jed­nakże te wężowe ruchy!

Po namy­śle zaczął krą­żyć na par­kie­cie, mając ją wciąż w zasięgu wzroku. Zaraz jakoś do niej zagada, a potem...

Wtem ktoś się zde­rzył z nim lekko ple­cami. Spoj­rzał przez ramię i usły­szał gar­dłowe:

- Excu­sez-moi!

Głos, lekki fran­cu­ski akcent oraz sek­sowny pomruk spra­wiły, że się cał­kiem odwró­cił.

Tan­cerka o wężo­wych ruchach natych­miast ule­ciała mu z głowy.

- Pas de quoi. - Ujął dłoń zja­wi­sko­wej kobiety i uniósł do ust. W odpo­wie­dzi został obda­ro­wany zmy­sło­wym uśmie­chem.

Zatrzy­mał dłoń, a ona nie opo­no­wała.

- ?tes-vous ici seule? - spy­tał.

- Ah, oui! - odrze­kła tonem, który odczy­tał jako jed­no­znaczne zapro­sze­nie. - Et vous?

Odwró­cił jej dłoń, musnął deli­kat­nie ustami wewnętrzną stronę nad­garstka i powie­dział już po angiel­sku:

- Mam nadzieję, że od tej chwili nie będę samotny.

- Jesteś Angli­kiem? Mówisz bar­dzo dobrze po fran­cu­sku.

- Mam nadzieję, że pozwo­lisz mi posta­wić sobie drinka i wtedy poroz­ma­wiamy w takim języku, w jakim sobie zaży­czysz.

Wolną ręką prze­cią­gnęła z góry w dół po tej swo­jej wspa­nia­łej kaska­dzie rudych loków i prze­chy­liła głowę na bok.

- Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią - powie­działa.

Mam cię! - pomy­ślał, pro­wa­dząc ją przez tłum i lawi­ru­jąc pomię­dzy sto­li­kami. Prze­szli obok jed­nego z wielu barów i zna­leźli się przy jego kap­sule.

- Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko? Wolę odro­binę pry­wat­no­ści.

Za kotarą cze­kało na nich pół­okrą­głe, czarne, plu­szowe sie­dzi­sko z obfi­to­ścią rów­nie czar­nych poduch obrze­żo­nych srebr­nymi lamów­kami. Usia­dła i skrzy­żo­waw­szy te swoje dosko­nałe nogi, odchy­liła się lekko do tyłu. Tylko na tyle, by dotknąć ple­cami opar­cia.

- Lubię kap­suły - oznaj­miła. - Widzimy przez ich ścianki wszystko, co się dzieje dookoła, a nikt z zewnątrz nie może zaj­rzeć do środka. To... działa na zmy­sły, nie­praw­daż?

- Tak. Istot­nie. - Usiadł obok, oce­nia­jąc w myślach, jak z nią postę­po­wać. Nie za szybko - zde­cy­do­wał. To zie­lo­no­okie cudo zna zasady gry i zapewne ocze­kuje nieco bar­dziej wyra­fi­no­wa­nych metod. - Co więc spra­wia ci naj­więk­szą przy­jem­ność?

- Mam wiele pomy­słów.

Poczuł pod­nie­ce­nie, ale roze­śmiał się tylko krótko.

- To tak jak i ja. A jeśli cho­dzi o coś do picia?

- Wódka i bar­dzo wytrawne mar­tini, dwie oliwki. Naj­bar­dziej lubię Roma­nov Five.

- Tak jak i ja.

- Ach, więc mamy podobne gusta.

- To zapewne pierw­sze z wielu.

Doko­nał zamó­wie­nia z auto­ma­tycz­nego menu w kap­sule. Jed­no­cze­śnie błą­dził wzro­kiem po jej kształ­tach. Cie­szył go ruch za pół­prze­pusz­czal­nymi ścian­kami kur­ty­no­wymi kap­suły, pul­su­jący rytm muzyki, dzia­ła­jący na zmy­sły.

- Nazy­wam się Nigel...

Przy­ło­żyła palec do jego ust.

- Tylko imiona, ça va? Niech będzie tajem­ni­czo. Solange.

- Solange - powtó­rzył. - Co cię spro­wa­dza do Nowego Jorku?

- Jeśli ci to zdra­dzę, czar tajem­nicy pry­śnie. Może lepiej powiem coś doty­czą­cego tej chwili. Lubię Nowy Jork za wiele przy­jem­no­ści, któ­rych dostar­cza, i za jego... - Spra­wiała wra­że­nie szu­ka­ją­cej odpo­wied­niego okre­śle­nia. - Ach, tak! Za ano­ni­mo­wość. A ty, Nigelu, co lubisz naj­bar­dziej?

- Tę chwilę.

Roze­śmiała się i potrzą­snęła lokami.

- W takim razie powin­ni­śmy się razem nią cie­szyć, tą oraz tymi, które wkrótce nadejdą. Przy­szłam tutaj dzi­siej­szego wie­czoru, żeby... tak, żeby pozbyć się... to zna­czy, och! żeby zapo­mnieć o minio­nym dniu oraz o wszyst­kim, co musi i powinno zostać zro­bione. Żeby zamiast tego uczy­nić coś, co sprawi mi przy­jem­ność. Będzie to wie­czór dla mnie, rozu­miesz?

- Tak. Ja mam to samo. Kolejne podo­bień­stwo.

- A więc... - otwo­rzyła swoją wie­czo­rową torebkę i wyjęła z niej malutką puder­niczkę - ...więc dziś wie­czo­rem będziemy cie­szyć się chwilą. Razem.

Już zaczął się skła­niać w jej stronę, gdy naraz w tym samym momen­cie okienko podaw­cze zasy­gna­li­zo­wało dostar­cze­nie drin­ków i się otwo­rzyło.

- Powin­ni­śmy wznieść toast - rzekł.

Kiedy się odwró­cił, chcąc się­gnąć po kie­liszki z kok­taj­lem zawie­ra­ją­cym mar­tini, zrzu­ciła torebkę na pod­łogę. On tym­cza­sem posta­wił kie­liszki na stole i schy­lił się, by ją pod­nieść, a wtedy kobieta wlała zawar­tość fiolki ukry­tej w puder­niczce do jego drinka.

- Merci! - Wzięła od niego torebkę, po czym scho­wała puder­niczkę i swoim kie­lisz­kiem deli­kat­nie stuk­nęła w jego szkło. - Wypijmy więc za tę chwilę! - Wznio­sła toast.

- Oraz za wiele cze­ka­ją­cych nas uciech - dodał.

Spo­glą­dała na niego roz­iskrzo­nym wzro­kiem spo­nad brzegu kie­li­cha.

- Opo­wiedz mi dokład­niej, czego pra­gniesz - zapro­po­no­wała kusząco.

- Pięk­nej kobiety, która chce tego samego co ja.

Poło­żyw­szy mu dłoń na udzie, obser­wo­wała uważ­nie, jak wychyla kie­lich. Następ­nie, draż­niąc jego zmy­sły, prze­su­nęła pal­cami w stronę wyraź­nego wznie­sie­nia w oko­licy jego kro­cza.

- Jak zamie­rzasz się­gnąć po to, na co wła­śnie natra­fi­łeś? - wymru­czała, lecz kiedy gwał­tow­nie pochy­lił się w jej stronę, zablo­ko­wała go, opie­ra­jąc wycią­gniętą rękę o jego pierś. - Mais non! Ależ nie! Wypijmy naj­pierw za tę chwilę, za przy­szłe roz­ko­sze i nie­cier­pliwe wycze­ki­wa­nie ich nadej­ścia. Widzimy je jak za zasłoną, te ruchy, dotyk, rytuał zespo­le­nia ciał, tak?... Nie­któ­rzy mogą, nie­któ­rzy nie, a my... Cóż, my możemy robić, co nam tylko przyj­dzie do głowy już tutaj, przez nikogo nie­wi­dziani.

- Pod­nie­ca­jąca per­spek­tywa - odrzekł, czu­jąc dziwny mętlik w gło­wie.

- Zatem dopij do dna i chodź ze mną. Mam dosko­nałe lokum, które będzie bar­dziej niż odpo­wied­nie dla nas dwojga. Zaznamy tam wielu uciech.

Nie mogąc się już docze­kać, pospiesz­nie wychy­lił kie­lich i ujął jej dłoń, którą wycią­gnęła ku niemu, wsta­jąc.

- Moje miesz­ka­nie jest nie­da­leko stąd - zaczął.

- Mam dosko­nałe lokum - powtó­rzyła.

Wyda­wało mu się, że prze­dziera się przez kłęby jakby pod­świe­tlo­nej sre­brzy­ście mgły i nie zdo­łał już dostrzec, jak kobieta dotyka odpo­wied­nich przy­ci­sków na wyświe­tla­czu wie­lo­funk­cyj­nego zegarka, wysy­ła­jąc infor­ma­cję do ocze­ku­ją­cego na nich dro­ida. Led­wie docie­rały do niego dźwięki muzyki, kiedy spro­wa­dzała go na pierw­szy poziom klubu, a potem powio­dła na zewnątrz, w noc.

Pchnęła go lekko, żeby wsiadł do auta. W środku zaczął dłońmi obma­cy­wać jej piersi, a jego usta pożą­dli­wie szu­kały jej warg.

Wyda­wało mu się, że usły­szał słowa kobiety: "Wil­ford! Pro­sto do domu!", wymó­wione innym zgoła tonem, ale zaczął już zapa­dać się gdzieś w głąb sie­bie, w głąb przy­jem­no­ści i cie­le­snych uciech.

Ogar­nęła go ciem­ność.

*

Ock­nął się z dud­nie­niem w gło­wie. Gar­dło paliło go żywym ogniem. Kiedy spró­bo­wał się poru­szyć, uczuł ból w mię­śniach rąk. Zamru­gał, z wysił­kiem otwie­ra­jąc oczy, i od razu je przy­mknął, ośle­piony ostrym świa­tłem.

Znaj­do­wał się w obszer­nym pomiesz­cze­niu z bla­tami robo­czymi, jaki­miś moni­to­rami i ekra­nami, z roz­bu­do­wa­nymi sta­no­wi­skami pracy. Nic z tego nie rozu­miał.

Musiała minąć dobra minuta, nim sobie uświa­do­mił, że jest cał­ko­wi­cie nagi, a ręce ma skute kaj­dan­kami w nad­garst­kach i wykrę­cone ponad głową. Okowy ktoś przy­twier­dził do łań­cu­cha zwi­sa­ją­cego z sufitu. Ledwo się­gał pod­łogi sto­pami.

Porwany? Oszo­ło­miony nar­ko­ty­kami? Spró­bo­wał się wykrę­cić mimo wię­zów, lecz zabo­lało.

Nie, nie, był w klu­bie. Ow­szem, poszedł do klubu. Ta Fran­cuzka... Solange... Coś sobie przy­po­mi­nał, lecz dość męt­nie, a gdy usi­ło­wał się głę­biej nad tym zasta­no­wić, poczuł nawrót roz­dzie­ra­ją­cego bólu czaszki.

Nie ma żad­nych okien - myślał, oble­wa­jąc się zim­nym potem ze stra­chu. Zauwa­żył schody pro­wa­dzące gdzieś na wyż­sze pię­tro, a kiedy prze­krzy­wił mak­sy­mal­nie na bok bolącą głowę, zdo­łał jedy­nie dostrzec u ich szczytu zamknięte drzwi.

Przez chwilę pró­bo­wał wołać po pomoc, ale z jego krtani wydo­był się tylko chra­pliwy szept.

Cie­le­sne ucie­chy - tak, pamię­tał te obiet­nice. Roz­ma­wiali o cze­ka­ją­cych ich przy­jem­no­ściach, a potem ona...

Wyczuł za ple­cami jakiś ruch i w tej samej chwili prze­szył go spazm nie­wy­obra­żal­nego bólu. Jego krzyk, który roz­po­czął się chrypą, prze­szedł w paniczny wrzask.

Wtedy ona prze­su­nęła się tak, by mógł ją widzieć.

Nie była to wcale poznana wczo­raj Fran­cuzka.

Kim była ta kobieta, ta kre­atura śmie­jąca się z niego, o twa­rzy zasło­nię­tej srebrną maską, o ciem­nych wło­sach lśnią­cych sre­brzy­ście na koń­cach? Ta kobieta o zgrab­nych, krą­głych kształ­tach, odziana w czerń?

Miała na sobie srebrne, wyso­kie za kolano buty i coś w rodzaju - dobry Boże! - napier­śnika z czar­nej skóry z wytło­czo­nymi lite­rami LJ, poma­lo­wa­nymi rów­nież na kolor srebrny, iden­tyczny jak buty.

- Kim jesteś? - wychry­piał. - Czego chcesz?

- Pra­gnę doznać wielu obie­ca­nych chwil przy­jem­no­ści.

- Solange? - Poczuł cienką strużkę ulgi wle­wa­jącą się w ciało skrę­cone stra­chem. - Czy...

- Czy ja ci przy­po­mi­nam Solange? - prych­nęła i sma­gnęła go tuż nad peni­sem elek­trycz­nym poskra­mia­czem na dłu­giej rączce.

Zwi­nął się z bólu, rażony palą­cym skórę impul­sem, który prze­szył jego ciało, spły­wa­jąc w dół.

- Jam jest Lady Justice, ta, która czyni spra­wie­dli­wość, ty cudzo­łożny zła­ma­sie! Wła­śnie nad­szedł dla cie­bie czas roz­ra­chunku, Nigelu McEn­royu!

- Prze­stań! Nie rób tego! Mam pie­nią­dze! Dam ci, cokol­wiek zechcesz! Zapłacę każdą cenę!

- Och, tak, wierz mi, że zapła­cisz! Ten raz za to, co robisz swo­jej żonie... - mówiąc to, sma­gnęła go na odlew przez brzuch - ...i cór­kom... - następny cios spadł na jego pierś - ...i za każdą kobietę, którą zgwał­ci­łeś. - Prze­cią­gnęła elek­trycz­nym poskra­mia­czem po jego poślad­kach.

- Nie! Nie! Nie! - Jego wrza­ski odbi­jały się od ścian. - Ni­gdy nie zgwał­ci­łem żad­nej kobiety! Popeł­niasz ogromny błąd!

- Doprawdy?! Doprawdy, Nigelu? - Musnęła go poskra­mia­czem po jądrach i przy­szło jej do głowy, że chyba jesz­cze tylko pies mógłby wyć w tak wyso­kich tona­cjach.

Za każ­dym razem, kiedy wyma­wiała następne imię - imię jed­nej z jego ofiar - wywo­ły­wała u niego kolejny wstrząs elek­tryczny.

McEn­roy beł­ko­tał coś, aż wresz­cie osu­nął się bez­wład­nie, kobieta była jed­nak nie­ustę­pliwa. Pod­su­nęła mu pod nos fiolkę, która go otrzeź­wiła, i zaczęła wszystko od początku.

Bła­gał ją - och, jak on ją bła­gał! - prze­kli­nał, łkał, darł się, aż w końcu się zlał.

Och, och, och, te chwile przy­jem­no­ści!

- Dla­czego? Dla­czego mi to robisz?!

- Msz­czę się za wszyst­kie kobiety, które zdra­dza­łeś, upo­ka­rza­łeś i które mole­sto­wa­łeś. Wyznaj, Nigelu, wyznaj teraz wszyst­kie swoje zbrod­nie!

- Ni­gdy nikogo nie skrzyw­dzi­łem!

Trza­snęła go na odlew prę­tem para­li­za­tora po poślad­kach. Kiedy odzy­skał zdol­ność mówie­nia, wyję­czał, szlo­cha­jąc:

- Kocham moją żonę. Kocham moją żonę, lecz mam więk­sze potrzeby. Tak mi przy­kro. To był tylko seks! Pro­szę! Bła­gam!

- Odu­rza­łeś kobiety.

- Ni­gdy... Tak, tak! - wrza­snął, chcąc unik­nąć bólu. - Nie zawsze, ale jest mi przy­kro z tego powodu. Prze­pra­szam za to!

- Wyko­rzy­sty­wa­łeś swoje sta­no­wi­sko do ich zastra­sza­nia. Zmu­sza­łeś kobiety, które chciały tylko pra­co­wać, do upra­wia­nia seksu.

- Nie... Tak, tak! Ale mam prze­cież swoje potrzeby. Bła­gam!

- Masz swoje potrzeby? - powtó­rzyła z prze­ką­sem, po czym wzięła do ręki meta­lowy pręt i rąb­nęła go w twarz, łamiąc mu kość policz­kową. - Twoje potrzeby były waż­niej­sze niż ich wolna wola, niż ich życze­nia, ich potrzeby? Niż słowa przy­sięgi zło­żo­nej wła­snej żonie w dniu ślubu?!

- Nie, nie! Przy­kro mi! Tak mi przy­kro! Ja... Potrzebna jest mi pomoc. Pójdę na lecze­nie. Do wszyst­kiego się przy­znam. Pójdę do wię­zie­nia. Zro­bię wszystko, co każesz!

- Powiedz, kim jestem.

- Nie wiem, kim jesteś. Bła­gam!

- Prze­cież już ci mówi­łam! - Znów pora­ziła go prą­dem, a po kon­wul­syj­nej reak­cji drgaw­ko­wej domy­śliła się, że nie­wiele mu bra­ko­wało do końca. - Zwę się Lady Justice. Powtórz!

- Lady Justice - wymam­ro­tał, zacho­wu­jąc resztki przy­tom­no­ści.

- Justice, czyli Spra­wie­dli­wość! - rze­kła z pato­sem. - I spra­wie­dli­wo­ści sta­nie się zadość!

Miała już przy­go­to­wane wia­dro i ostry szty­let. Teraz przy­nio­sła je bli­żej. Wia­dro posta­wiła mu mię­dzy nogami.

- A to po co?... Co robisz?... Prze­cież przy­zna­łem się do wszyst­kiego. Prze­pro­si­łem! O mój Boże! Boże! Pro­szę! Nieee!

- Wszystko jest w porządku, Nigelu. - Uśmiech­nęła się, patrząc w zacho­dzące łzami, prze­ra­żone oczy męż­czy­zny. - Zamie­rzam zająć się tobą i two­imi potrze­bami po raz ostatni.

Utrzy­my­wała go przy życiu tak długo, jak tylko się dało, a kiedy już było po wszyst­kim, kiedy ucichł, a jego ciało zwiot­czało, wes­tchnęła prze­cią­gle.

- A więc spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość!

*

Gdy porucz­nik Eve Dal­las sta­nęła nad zma­sa­kro­wa­nym, nagim cia­łem męż­czy­zny, mia­sto wciąż jesz­cze spo­wi­jał mrok. Wiał lekki wiatr, który wichrzył jej krótką, wystrzę­pioną fry­zurkę i szar­pał połami dłu­giego skó­rza­nego płasz­cza. Nachy­liw­szy się, odczy­ty­wała wyraź­nie wydru­ko­wane, pisane na kom­pu­te­rze słowa z kartki, przy­mo­co­wa­nej do miej­sca, w któ­rym nie­gdyś znaj­do­wały się geni­ta­lia ofiary.

Ten tutaj za nic przy­sięgi mał­żeń­skiej miał słowa:

Zdra­dzana przez niego była jego druga połowa.

Bogac­twa i wła­dzy miał nad­miary

Do twier­dzy swej bez­bronne wabił ofiary.

Gwał­cił je dla zabawy

I zdechł dziu­rawy.

Lady Justice

Eve odsta­wiła swoją wali­zeczkę oglę­dzi­nową i zwró­ciła się do poli­cjantki mun­du­ro­wej, która pierw­sza dotarła na miej­sce zna­le­zie­nia ciała.

- Co już wia­domo? - zagad­nęła.

Na co gęsto­brewa kobieta rasy mie­sza­nej wyre­cy­to­wała:

- Na numer dzie­więć­set jede­na­ście zadzwo­niono o czwar­tej trzy­dzie­ści osiem nad ranem. Z limu­zyny na rogu ulic Osiem­dzie­sią­tej Ósmej Zachod­niej oraz Colum­bus wysia­dła kobieta, Tisha Fein­stein. Utrzy­muje ona, że była na swoim wie­czo­rze panień­skim w towa­rzy­stwie czter­na­stu przy­ja­ció­łek i chciała się przejść kawa­łek dla ode­tchnię­cia świe­żym powie­trzem. Ode­tchnię­cia, jak się wyra­ziła, świe­żym powie­trzem. Prze­szła trzy kwar­tały mia­sta aż po Dzie­więć­dzie­siątą Pierw­szą i tu spo­strze­gła leżące na chod­niku zwłoki. Wbie­gła do budynku - a tu wła­śnie mieszka - i obu­dziła swo­jego narze­czo­nego, Clip­pera Vance'a. Ten wyszedł przed dom, zoba­czył ciało i zadzwo­nił na poli­cję. Wezwa­nie ode­bra­łam ja z part­ne­rem. Przy­by­li­śmy na miej­sce o czwar­tej czter­dzie­ści, zabez­pie­czy­li­śmy je taśmami i natych­miast wezwa­li­śmy wspar­cie w postaci poste­run­ko­wych-dro­idów. Poste­run­kowy Rigby jest w środku ze świad­kami.

- W porządku. Pro­szę pozo­stać na sta­no­wi­sku.

Eve zabez­pie­czyła dło­nie gumą w sprayu, kuc­nęła przy zwło­kach i otwo­rzyła swoją wali­zeczkę oglę­dzi­nową. Zaczęła od doci­śnię­cia kciuka ofiary do okienka Identi-pada. Odczy­tała z wyświe­tla­cza, co nastę­puje:

Ofiara ziden­ty­fi­ko­wana jako Nigel B. McEn­roy, rasy bia­łej kau­ka­skiej. Wiek czter­dzie­ści trzy lata, oby­wa­tel­stwo bry­tyj­skie. Wśród kilku posia­da­nych przez niego nie­ru­cho­mo­ści znaj­duje się rów­nież apar­ta­ment przy ulicy Dzie­więć­dzie­sią­tej Pierw­szej Zachod­niej, numer sto czter­dzie­ści pięć w Nowym Jorku. W budynku pod tym samym adre­sem zamiesz­kuje rów­nież Tisha Fein­stein, która zna­la­zła zwłoki.

Eve przyj­rzała się uważ­nie twa­rzy denata.

- Nic dziw­nego, że go nie roz­po­znała, nawet jeśli go znała. Pełno sinia­ków i śla­dów po przy­pie­ka­niu skóry, naj­praw­do­po­dob­niej jakimś urzą­dze­niem elek­trycz­nym, na twa­rzy i całym ciele. Nie­zwy­kle głę­bo­kie ślady po wię­zach na obu nad­garst­kach wska­zują, że zmarły był skrę­po­wany pod­czas tor­tur i bar­dzo wów­czas cier­piał - mówiła do dyk­ta­fonu.

Wyjęła mikro­go­gle i przyj­rzała się uważ­niej roz­cię­ciom i zasi­nie­niom na nad­garst­kach.

- Sądząc po kącie nachy­le­nia śla­dów, miał ręce zwią­zane nad głową i to wła­śnie nad­garstki utrzy­my­wały cały cię­żar jego ciała. Do potwier­dze­nia przez pato­loga medy­cyny sądo­wej. Geni­ta­lia zostały odcięte.

Pochy­liła się bar­dziej nad cia­łem i unió­sł­szy ostroż­nie za rożek kartkę z wier­szem, spoj­rzała na ranę pod innym kątem.

- Żad­nych oznak waha­nia. Cię­cie wyko­nane z nie­omal chi­rur­giczną pre­cy­zją. Moż­liwa sto­sowna wie­dza medyczna lub doświad­cze­nie w tej dzie­dzi­nie.

Wyjęła z wali­zeczki detek­tory.

- Czas zgonu: trze­cia dwa­dzie­ścia. Przy­pusz­czalna przy­czyna śmierci: cał­ko­wite wykrwa­wie­nie po kastra­cji. Moż­liwy zawał serca, spo­wo­do­wany wie­lo­krot­nym raże­niem prą­dem elek­trycz­nym. Być może jedno i dru­gie rów­no­cze­śnie.

Przy­kuc­nęła na pię­tach.

- A więc był zwią­zany, tor­tu­ro­wany i zamor­do­wany gdzieś indziej, bo do tego potrzeba jed­nak nieco bar­dziej odizo­lo­wa­nego miej­sca, a potem zwłoki uło­żono tutaj. I nie pod­rzu­cono, ale wła­śnie uło­żono w odpo­wiedni spo­sób tuż przy wej­ściu do budynku, w któ­rym miesz­kał. W dodatku z tą tutaj, zlo­ka­li­zo­waną w prze­my­śla­nym miej­scu, poetycz­nie zre­da­go­waną notką. - Popa­trzyła na kartkę. - Lady Justice, ta, która czyni spra­wie­dli­wość. Ktoś się na cie­bie nie­źle wku­rzył, drogi Nigelu.

Ujęła do ręki małe szczyp­czyki i wydo­była z wali­zeczki kilka tore­bek ewi­den­cyj­nych. Kiedy wycią­gała z rany pierw­sze wkle­jone w nią ciało obce, usły­szała zna­jomy stu­kot niskich obca­sów różo­wych kow­bo­jek swo­jej part­nerki, zbli­ża­ją­cej się szyb­kim kro­kiem po pobli­skim chod­niku.

Peabody zapre­zen­to­wała poste­run­ko­wym-dro­idom peł­nią­cym straż odznakę poli­cyjną i schy­liw­szy się, prze­szła pod taśmą odgra­dza­jącą miej­sce zda­rze­nia. Po czym rzu­ciła okiem na zwłoki i stwier­dziła krótko:

- Nie­źle poha­ra­tany.

- Cały tak wygląda.

Eve dobrze pamię­tała, jak jesz­cze cał­kiem nie­dawno Peabody zie­le­niała na twa­rzy od takich wido­ków. Dwa lata w wydziale zabójstw zde­cy­do­wa­nie ją uod­por­niły.

- Miał jesz­cze dołą­czony ten tutaj liścik miło­sny. Wci­śnięty tam. Peabody, wezwij z łaski swo­jej zespół z kost­nicy oraz ekipę sprzą­ta­czy. Lepiej, żeby go spa­ko­wali do worka i ozna­ko­wali, zanim miesz­kańcy tej miłej, spo­koj­nej oko­licy zaczną wypro­wa­dzać psy czy wycho­dzić na poranny jog­ging. Hej tam! Poste­run­kowy! Pomóż­cie mi odwró­cić ciało. Chcę dokoń­czyć oglę­dziny denata.

Odna­la­zła kolejne ślady przy­pa­la­nia na skó­rze: na ple­cach, poślad­kach, pod kola­nami, na łyd­kach. Wiele z nich już pod­czas tor­tur prze­kształ­ciło się w otwarte, sączące się rany.

- Musiało to zająć sporo czasu... - mruk­nęła pod nosem. - Nie da się zro­bić cze­goś podob­nego, jeśli się nie dys­po­nuje dużą ilo­ścią wol­nego czasu. A poza tym, co też mogła począć nasza Lady Justice z fiu­tem i jaj­kami?

Eve pod­nio­sła się i odwró­ciła do swo­jej part­nerki. Peabody miała na sobie nie­śmier­telny różowy płasz­czyk. Szyję owi­nęła cien­kim nie­bie­skim sza­li­kiem z wzor­kiem - o zgrozo! - w różowe kwiatki. Ciemne włosy spięła w krótki kucyk, pod­ska­ku­jący przy każ­dym jej kroku.

- Poszu­kaj­cie świad­ków w środku - zaor­dy­no­wała Eve. - Zabez­piecz­cie miej­sce zbrodni, funk­cjo­na­riuszko! Jaki ma numer apar­ta­ment panny Fen­stein?

- Sześć­set trzy, pani porucz­nik.

Razem z Peabody ruszyły w stronę wej­ścia do pięt­na­sto­pię­tro­wej dostoj­nej budowli z ele­wa­cją z cał­kiem przy­jem­nie odno­wio­nego brą­zo­wego kamie­nia. Przy wej­ściu nie było wpraw­dzie noc­nej ochrony - jak zauwa­żyła Eve - ale budy­nek miał dobry, solidny sys­tem moni­to­ringu.

Poka­zała odznakę poli­cyjną sto­ją­cemu przy drzwiach poste­run­ko­wemu-dro­idowi.

Hol wej­ściowy pre­zen­to­wał się rów­nie oka­zale, jak cały budy­nek. Jego posadzkę wyło­żono naprze­mien­nie gra­na­to­wymi i kre­mo­wymi płyt­kami. Gra­na­towe ściany zdo­bił kre­mowy szla­czek, uwagę zwra­cały dys­kret­nie usy­tu­owane biurko ochrony - chwi­lowo przez nikogo nie­ob­sa­dzone - kilka wyście­ła­nych miękko ławek i parę wyso­kich, smu­kłych wazo­nów z wyglą­da­ją­cymi na świeże wio­sen­nymi kwia­tami.

Eve wci­snęła przy­cisk windy i cze­ka­jąc na kabinę, prze­ka­zy­wała Peabody wszystko, co wie­działa.

- Świa­dek wra­cała z wie­czoru panień­skiego i zauwa­żyła ciało McEn­roya leżące na chod­niku. Wbie­gła do środka, powie­działa o tym Vance'owi, swo­jemu narze­czo­nemu. Ten wyszedł przed budy­nek, zwe­ry­fi­ko­wał słowa narze­czo­nej, a potem zadzwo­nił na poli­cję. Mamy zapis roz­mowy na numer dzie­więć­set jede­na­ście o godzi­nie czwar­tej trzy­dzie­ści osiem. Dwie minuty póź­niej na miej­scu zda­rze­nia poja­wił się pierw­szy patrol poli­cji. Denat był rów­nież miesz­kań­cem tego budynku - a raczej miał tu swój apar­ta­ment. Jest naro­do­wo­ści bry­tyj­skiej. Posiada wraz ze swo­imi rodzi­cami mię­dzy­na­ro­dową, mię­dzy­pla­ne­tarną spółkę headhun­ter­ską. Żonaty, dwoje dzieci.

- Co z żoną? - zain­te­re­so­wała się Peabody.

- Taa... - Eve weszła do kabiny windy. - Spraw­dzimy potem, czy jest w domu, ale naj­pierw spró­bujmy zna­leźć jakichś świad­ków.

- Nie dotrzy­mał słów przy­sięgi mał­żeń­skiej. - Peabody przy­po­mniała słowa wier­szyka. - Jeśli ona ich dotrzy­my­wała, ten wier­szyk miło­sny od zabój­czyni musiałby wywrzeć na niej ogromne wra­że­nie.

- Mhm... No cóż, ludzie reagują bar­dzo dziw­nie, kiedy są wku­rzeni, a ta Lady Justice, nio­sąca spra­wie­dli­wość, musiała być nie­źle wku­rzona, choć... o ile żona nie jest zwy­czajną idiotką, będzie miała cho­ler­nie mocne alibi.

Eve wyszła z windy i skie­ro­wała się szyb­kim kro­kiem w stronę cichego, spo­koj­nego kory­ta­rza. Odno­to­wała zamon­to­wane tam kamery ochrony.

- Sprawdźmy, co zare­je­stro­wano na kame­rach moni­to­ringu z pię­tra, na któ­rym miesz­kał denat, z wind, holu wej­ścio­wego, z naj­bliż­szego oto­cze­nia budynku.

Zadzwo­niła do drzwi o nume­rze sześć­set trzy i mach­nęła swoją odznaką przed nosem poli­cjan­towi mun­du­ro­wemu - mło­demu chło­pa­kowi o ufnym spoj­rze­niu - który jej otwo­rzył.

- Mam to, funk­cjo­na­riu­szu Rigby - rze­kła. - Pro­szę się skon­tak­to­wać z ochroną budynku lub zarządcą nie­ru­cho­mo­ści. Chcę przej­rzeć nagra­nia z kamer na pię­trze, gdzie miesz­kał denat, z wind, holu wej­ścio­wego do budynku oraz ze wszyst­kich kamer skie­ro­wa­nych na ulicę.

- Z jakiego prze­działu czasu, pani porucz­nik?

- Dwie doby wstecz, o ile je prze­cho­wują. Potem zacznij­cie się dobi­jać do drzwi sąsia­dów.

- Tak jest, pani porucz­nik!

Ode­słała go do wyko­na­nia powie­rzo­nych zadań, a sama szyb­kim, uważ­nym spoj­rze­niem otak­so­wała parę sku­loną w obję­ciach na dłu­giej, lśnią­cej szma­rag­dową zie­le­nią żelo­wej sofie.

Dziew­czyna - na oko dobie­ga­jąca trzy­dziestki - miała dłu­gie, krę­cone, mie­dzia­no­złote włosy. Po pod­puch­nię­tych oczach mniej wię­cej tego samego koloru widać było, że pła­kała. Gry­mas na bla­dej twa­rzy, z któ­rej zmyła dokład­nie maki­jaż - a musiała być mocno wyma­lo­wana na wie­czor­nej impre­zie - świad­czył o prze­ży­tym szoku.

Ubrana była w pro­ste, szare baweł­niane spodnie, koszulkę z dłu­gimi ręka­wami i domowe bam­bo­sze. Sie­działa wtu­lona w postaw­nego chło­paka rasy mie­sza­nej, mniej wię­cej w tym samym wieku co ona.

Chło­pak skie­ro­wał swe udu­cho­wione piwne oczy na Eve i powie­dział:

- Mam nadzieję, że nie zaj­mie to dużo czasu. Tish powinna się prze­spać.

- Oba­wiam się, że długo nie wytrzy­mam - ode­zwała się dziew­czyna. - Oczy same mi się zamy­kają. Wiem, że powin­nam ziden­ty­fi­ko­wać... - Wtu­liła twarz w sze­ro­kie ramiona Vance'a.

- Zdaję sobie sprawę, że to trudne, panno Fein­stein, posta­ramy się jed­nak zała­twić wszystko naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Jestem porucz­nik Dal­las, a to detek­tyw Peabody. Wydział zabójstw.

- Wydaje mi się, że panią roz­po­znaję. Brat mojej przy­ja­ciółki Lydii jest dziel­ni­co­wym w Queens. Mia­łam nawet do niego zadzwo­nić. W liceum cho­dzi­li­śmy ze sobą przez pewien czas, ale...

- Może lepiej opo­wiedz nam, co się wła­ści­wie wyda­rzyło - Eve prze­rwała jej wynu­rze­nia. - Zacznij od tego, gdzie byłaś wczo­raj wie­czo­rem.

- Impreza się skoń­czyła i... - zaczęła Fein­stein.

- Prze­pra­szam - wtrą­cił się Vance. - Niech panie usiądą. Mogę czymś słu­żyć? Może przy­go­tuję kawę?

- Byłoby świet­nie - powie­działa Eve. Zaj­mie go to przez pewien czas, pomy­ślała. - Dla mnie espresso, dla mojej part­nerki ame­ri­cano.

- A dla cie­bie, kocha­nie, może jesz­cze jedną her­batkę? - zwró­cił się do towa­rzyszki.

- Chęt­nie. Dzięki, Clip. - Uśmiech­nęła się do niego. - Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­biła.

- Mam nadzieję, że ni­gdy nie będziesz musiała tego spraw­dzać. Jedną chwi­leczkę. - Pod­niósł się i wyszedł bez­sze­lest­nie z pokoju.

Fein­stein sku­liła się, przyj­mu­jąc pozy­cję obronną.

- A więc jak to było z tym waszym wie­czo­rem? - pod­jęła Eve.

- Impreza się skoń­czyła. Dokład­niej: mój wie­czór panień­ski. Pobie­ramy się z Cli­pem w przy­szły pią­tek. Limu­zyna zabrała mnie spod domu około dwu­dzie­stej pierw­szej. Bawi­ły­śmy się w czter­na­ście dziew­czyn, wia­domo, jak to w klu­bie. Clip ma jutro swój wie­czór kawa­ler­ski. Nie­ważne. Zakoń­czy­ły­śmy zabawę męską rewią u Spin­nera w cen­trum. Wiem, że to brzmi tro­chę tak, jak...

- Rado­sny czas, spę­dzony w towa­rzy­stwie przy­ja­ció­łek - wtrą­ciła Peabody z uśmie­chem.

- No wła­śnie. - Oczy Fein­stein zaszły łzami. - Naprawdę tak było. Nie­które z dziew­czyn są moimi przy­ja­ciół­kami od wie­ków, a ja pierw­sza z naszej grupki wycho­dzę za mąż. Bawi­ły­śmy się świet­nie, dużo piły­śmy i śmia­ły­śmy się bez prze­rwy. Potem limu­zyna odwo­ziła nas po kolei do domów. Ja byłam ostat­nia, popro­si­łam kie­rowcę, żeby wysa­dził mnie na rogu. Chcia­łam łyk­nąć tro­chę świe­żego powie­trza i przejść się kawa­łek. Czu­łam się taka szczę­śliwa, tak roz­kosz­nie nie­mą­dra! Było mi tak dobrze! Chcia­łam nieco prze­dłu­żyć ten stan i wtedy...

Prze­rwała, kiedy Vance powró­cił z peł­nymi kub­kami usta­wio­nymi na tacy.

- Clip.

- W porządku, kocha­nie. Mów dalej. Wszystko w porządku.

Odsta­wił tacę i objął narze­czoną ramie­niem. Eve wzięła do ręki kubek z czarną kawą. Po zapa­chu skon­sta­to­wała, że pijała gor­sze. Bóg jeden wie, że pijała lep­sze, ale gor­sze też.

- Gdy­bym popro­siła Shelly, która nas odwo­ziła do domu, żeby pod­je­chała pod samo wej­ście do budynku, ona spo­strze­głaby go pierw­sza. To okropne, ale wola­ła­bym, żeby tak się stało. On zwy­czaj­nie tam sobie leżał. Przez uła­mek sekundy myśla­łam, że to jakiś ponury żart, tylko że potem zoba­czy­łam... Chyba zaczę­łam krzy­czeć. Nie jestem pewna, ale chyba zaczę­łam biec... Za nic nie mogłam prze­cią­gnąć kartą przez ska­ner ani wpro­wa­dzić popraw­nie kodu otwie­ra­ją­cego drzwi, tak bar­dzo trzę­sły mi się ręce, w końcu się jed­nak udało, od razu wje­cha­łam na górę i pobie­głam do Clipa.

- Myśla­łem, że wyda­rzył się jakiś wypa­dek. Nie była w sta­nie mi nic wytłu­ma­czyć. Potem uzna­łem, że no cóż, tro­chę wypiła, coś tam sobie ubz­du­rała, tyle że wciąż była strasz­nie roz­trzę­siona. - Mówiąc to, chło­pak obej­mo­wał plecy Tishy ochron­nym gestem, pal­cami głasz­cząc ramię, prze­cią­ga­jąc dło­nią ryt­micz­nie w górę i w dół. - Wło­ży­łem coś na sie­bie i wysze­dłem przed budy­nek. Zoba­czy­łem wtedy, że nie ściem­niała. Zadzwo­ni­łem na dzie­więć jeden jeden i zaraz przy­je­chała poli­cja.

- Roz­po­zna­li­ście denata?

- Nie. - Vance popa­trzył na Fein­stein, która pokrę­ciła prze­cząco głową.

- Przy­znam szcze­rze, że nie za bar­dzo się przy­glą­da­łam - wyja­śniła. - Pamię­tam, że leżał dokład­nie pod latar­nią, ale nawet nie spoj­rza­łam na jego twarz. Skórę na całym ciele miał... bo ja wiem... jakby czymś poprzy­pa­laną. Widzia­łam pod­pis, cały ten liścik, i zauwa­ży­łam, że dokład­nie pod nim on... - Głos się jej zała­mał i zamil­kła.

- Ja też to zauwa­ży­łem - ode­zwał się Vance. - Ktoś go wyka­stro­wał.

- Mogę spy­tać, jak długo miesz­ka­cie w tym apar­ta­men­towcu?

- Dwa i pół mie­siąca. - Dziew­czyna uśmiech­nęła się blado, ujmu­jąc dłoń narze­czo­nego. - Chcie­li­śmy mieć wła­sne gniazdko jesz­cze przed ślu­bem. Nasze pierw­sze wspólne miej­sce na ziemi.

Rozdział 2

2

- Denat miesz­kał na naj­wyż­szej kon­dy­gna­cji - Eve poin­for­mo­wała Peabody, kiedy doszły z powro­tem do windy. - Nic dziw­nego, że żadne z tych dwojga nie znało ani jego samego, ani jego żony. Miesz­kają tu od dwóch mie­sięcy, osiem pię­ter niżej, i są ponad dwa­dzie­ścia lat młodsi.

- W dodatku jest to tylko jedno z wielu miesz­kań denata - dodała Peabody - więc nie zawsze prze­by­wał w tym budynku.

- Jed­nak prze­by­wał wystar­cza­jąco długo, żeby zaro­bić na śmierć. Sprawdźmy, czy jego rodzina znaj­duje się na miej­scu.

Poje­chały na górę.

- Zabójca to kobieta lub też chce, aby myślano, że uczy­niła to kobieta - roz­my­ślała na głos Peabody. - Jeśli pozo­sta­wiona wia­do­mość mówi o kon­kret­nej gru­pie kobiet, to zapewne o tych, z któ­rymi zdra­dzał żonę. Być może je gwał­cił. Zasta­na­wia mnie jedno... Był raczej szczu­pły i wyspor­to­wany, ale i tak potrzeba sporo siły, żeby go wsa­dzić do samo­chodu... o ile oczy­wi­ście ma samo­chód... a potem go stam­tąd wytasz­czyć. A jak już się go wyj­mie z bagaż­nika, trzeba uło­żyć ciało na chod­niku. Może ona... jeżeli to kobieta... miała pomoc­nika?

- Jest to abso­lut­nie moż­liwe. Odci­śnięte uko­śnie na nad­garst­kach ślady po wię­zach wska­zują na to, że ręce miał zwią­zane nad głową i nad­garstki dźwi­gały więk­szą część jego wagi. Mógł być utrzy­my­wany w takim zawie­sze­niu siłą mię­śni lub za pomocą wie­lo­krążka. Potem został opusz­czony na coś w rodzaju jed­no­osio­wego wózka trans­por­to­wego, prze­to­czony po pochylni, prze­rzu­cony do samo­chodu i odwie­ziony tutaj. Dużo tego, ale ktoś musiał dokład­nie wszystko prze­my­śleć. Na sto pro­cent wie­dzieli, gdzie mieszka w Nowym Jorku i kiedy tutaj będzie. Nie zna­la­złam na ciele żad­nych śla­dów świad­czą­cych o tym, żeby pró­bo­wał się bro­nić.

Na ostat­niej kon­dy­gna­cji znaj­do­wało się tylko sześć prze­stron­nych apar­ta­men­tów. Ten nale­żący do McEn­roya zaj­mo­wał pół­nocno-wschodni naroż­nik. Pro­wa­dziły doń sze­ro­kie, dwu­skrzy­dłowe drzwi.

Kamera, panel alarmu, ska­ner, solidne zamki.

Eve naci­snęła guzik wide­ofonu.

Usły­szała głos auto­ma­tycz­nej sekre­tarki: McEn­roy­owie obec­nie nie przyj­mują gości. Podaj, pro­szę, swoje imię i nazwi­sko, powód wizyty oraz dane kon­tak­towe. Dzię­ku­jemy!

Unio­sła odznakę do kamery.

- Porucz­nik Dal­las Eve oraz detek­tyw Peabody Delia. W spra­wie poli­cyj­nego śledz­twa. Musimy w tej chwili poroz­ma­wiać z kim­kol­wiek znaj­du­ją­cym się w miesz­ka­niu.

- Pro­szę cze­kać! Obec­nie odznaka pod­lega wery­fi­ka­cji.

Eve cze­kała przed ska­ne­rem. Minęła dłuż­sza chwila, po któ­rej usły­szała szczęk otwie­ra­ją­cych się zam­ków.

Por­tier-droid uchy­lił przed nimi lewe skrzy­dło drzwi. Stał - jak skała - dys­tyn­go­wany, w czar­nym fraku. Widok jego ciała o musku­lar­nej budo­wie suge­ro­wał, że rów­nie dobrze mógłby być tutaj ochro­nia­rzem. Wypo­wia­dał się rów­nie dys­tyn­go­wa­nie, z bry­tyj­skim akcen­tem, patrząc na Eve i Peabody nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem błę­kit­nych oczu.

- Przy­kro mi, pani porucz­nik oraz pani detek­tyw, lecz pan McEn­roy jesz­cze nie wró­cił z wie­czor­nego spo­tka­nia. Pani McEn­roy wraz z dziećmi wyje­chała z mia­sta na waka­cje, spo­dzie­wamy się jej powrotu dopiero za pięć dni. Czy w takiej sytu­acji mogę paniom w czymś pomóc?

- O tak! Możesz nam podać miej­sce pobytu pani McEn­roy oraz dane kon­tak­towe do niej.

- Jak już mówi­łem, bar­dzo prze­pra­szam, lecz te infor­ma­cje są poufne.

- Już nie. Pan McEn­roy nie powróci z wie­czor­nego spo­tka­nia, ponie­waż znaj­duje się wła­śnie w dro­dze do kost­nicy.

Obser­wo­wała, jak nie­ru­chome oczy dro­ida nagle oży­wają, gdy zaczyna on prze­twa­rzać nie­spo­dzie­wa­nie uzy­skane infor­ma­cje.

- To bar­dzo nie­for­tunne zda­rze­nie - orzekł w końcu.

- Można to i tak okre­ślić. Wcho­dzimy! - zde­cy­do­wała Eve.

- Tak, zapra­szam. - Odsu­nął się nieco na bok i zamknął za nimi drzwi.

Sze­roki hol wej­ściowy prze­cho­dził płyn­nie w prze­stronny pokój dzienny. Przez ogromne prze­szkle­nia Eve widziała skrawki rzeki Hud­son, poły­sku­ją­cej sre­brzy­ście w świe­tle poranka.

W salo­nie nad dłu­gim, wąskim komin­kiem roz­cią­gał się ogromny, wbu­do­wany w ścianę ekran tele­wi­zora. Eks­klu­zywne meble w spo­koj­nych tona­cjach błę­ki­tów i zie­leni, kilka wido­ków mia­sta, uję­tych w ramy, tu i tam rodzinne foto­gra­fie rów­nież w ele­ganc­kich ram­kach i ni­gdzie abso­lut­nie ani śladu bała­ganu.

- O któ­rej godzi­nie pan McEn­roy opu­ścił apar­ta­ment?

- O dwu­dzie­stej pierw­szej osiem­na­ście ubie­głego wie­czoru.

- Dokąd się wybie­rał?

- Nie posia­dam takich infor­ma­cji.

- Czy był sam?

- Tak.

- W co był ubrany?

Znów zauwa­żyła błysk w oku, kiedy droid prze­szu­ki­wał zasoby pamięci.

- Miał na sobie czarne spodnie od Vin­cen­tiego, jasno­nie­bie­ski pulo­wer Box Club z mie­szanki jedwa­biu i kasz­miru, czarną skó­rzaną mary­narkę Leonardo, moka­syny z czar­nej skóry firmy Bal­dwin oraz czarny skó­rzany pasek.

Tak szcze­gó­łowy opis uświa­do­mił jej, że cza­sem i dro­idy mogą być przy­datne w śledz­twie.

- Kiedy pozo­stali człon­ko­wie rodziny opu­ścili Nowy Jork?

- Dwa dni temu o ósmej rano. Samo­chód oso­bowy przed­się­bior­stwa trans­portu miej­skiego zabrał panią McEn­roy, jej córki oraz ich guwer­nantkę w celu odwie­zie­nia ich na lot­ni­sko. Stam­tąd udali się na Tahiti i zostali zakwa­te­ro­wani w ośrodku wypo­czyn­ko­wym South Seas Resort & Spa, a kon­kret­nie w bun­ga­lo­wie przy plaży o nazwie Para­dise i tam spę­dzają czas wolny.

Taaa... - pomy­ślała Eve. - Dro­idy są doprawdy nie­zwy­kle przy­datne.

- Czy pan McEn­roy przyj­mo­wał jakichś gości pod­czas nie­obec­no­ści reszty rodziny?

- Nie posia­dam takich infor­ma­cji. Panuje zasada, że moje funk­cje są odłą­czane, kiedy pan McEn­roy wycho­dzi z domu, a ponow­nie uru­cha­miany jestem tylko wów­czas, kiedy pan McEn­roy życzy sobie, bym mu asy­sto­wał.

- Macie tutaj kamerę przy drzwiach wej­ścio­wych. Muszę przej­rzeć zapis moni­to­ringu.

- Oczy­wi­ście. Sta­cja moni­to­ringu znaj­duje się tuż za pomiesz­cze­niem kuchni.

- Zaj­mij się tym, Peabody. Popro­szę o numer kon­tak­towy do pani McEn­roy - zwró­ciła się do dro­ida.

Tym razem nie opo­no­wał i podał numer.

- Która godzina jest teraz na Tahiti?

Oczy dro­ida mru­gnęły i natych­miast otrzy­mała odpo­wiedź:

- Na Tahiti jest w tej chwili dwu­na­sta trzy­dzie­ści trzy po połu­dniu.

- To jakaś totalna bzdura - mruk­nęła pod nosem. - No nic, zate­le­fo­nuję i spraw­dzę ten czas.

- Nie rozu­miem - rzekł droid.

- Ja też nie rozu­miem. Mamy tutaj mor­der­stwo, muszę prze­szu­kać miesz­ka­nie, a ekipa wydziału tech­niki ope­ra­cyj­nej EDD spraw­dzi wszyst­kie kom­pu­tery i inne nośniki infor­ma­cji. Czy w miesz­ka­niu są jesz­cze inne dro­idy, per­so­nel zaj­mu­jący się pra­cami domo­wymi, skła­da­jący się z ludzi lub urzą­dzeń innego rodzaju?

- Są tu małe auto­ma­tyczne urzą­dze­nia do czysz­cze­nia pod­łóg i wyko­ny­wa­nia innych zadań. Jest guwer­nantka do dzieci, lecz, jak już wspo­mi­na­łem, ona rów­nież wyje­chała na urlop razem z panią McEn­roy. Asy­stentka pana McEn­roya oraz inni pra­cow­nicy jego firmy mają­cej sie­dzibę w Nowym Jorku są cza­sem wzy­wani do tutej­szego apar­ta­mentu, jed­nak ogól­nie rzecz bio­rąc, pan McEn­roy pra­cuje codzien­nie, kiedy jest na miej­scu, ze swo­jego cen­trum zarzą­dza­nia, które znaj­duje się w budynku Mid­town Roarke Tower.

- Ha! Dam ci znać, jeśli będę miała jesz­cze jakieś pyta­nia. Co tam masz, Peabody? - zwró­ciła się potem do swo­jej part­nerki, która wyło­niła się z głębi apar­ta­mentu.

- Wyszedł dokład­nie o tej godzi­nie, którą podał droid, ubrany dokład­nie w to, co opi­sał. Od tam­tej pory, dopóki my się nie poja­wi­ły­śmy, nikt nie pod­cho­dził do drzwi. Przej­rza­łam też poprzed­nie sie­dem­dzie­siąt dwie godziny, nie zauwa­ży­łam jed­nak niczego podej­rza­nego. Ci z EDD może wygrze­bią coś wię­cej.

- Napisz natych­miast do McNaba i przy­ślij tu na górę ekipę sprzą­ta­czy.

Eve zaczęła prze­szu­ka­nie od sypialni McEn­royów. Znaj­do­wały się tu jesz­cze bar­dziej mięk­kie, wysma­ko­wane barwy, wisiały też jesz­cze bar­dziej wysma­ko­wane dzieła sztuki. Choć zagłó­wek łóżka miał kształt roz­po­star­tego pawiego ogona, już pokry­wa­jące go mięk­kie, mate­ria­łowe obi­cie miało przy­jemny brzo­skwi­niowy kolor, o kilka odcieni jaśniej­szy niż puszy­sta narzuta, która z kolei była o wiele jaśniej­sza niż uło­żone na niej, zaaran­żo­wane ele­gancko poduszki.

Zasta­na­wia­jąca wydała się Eve jedy­nie obro­towa kamera, usta­wiona na trój­noż­nym sta­ty­wie pośrodku pokoju.

Spraw­dziła ją i zauwa­żyła, że była usta­wiona tak, by włą­czać się i reago­wać na pole­ce­nia gło­sowe. Nie zna­la­zła w jej pamięci żad­nych obra­zów. Wyszła z powro­tem na kory­tarz i zawo­łała do dro­ida:

- Pro­szę tutaj na górę!

- Oczy­wi­ście - odrzekł, po czym natych­miast wspiął się po scho­dach i ruszył za nią do sypialni.

Wska­zała na kamerę.

- Czy ona zawsze tutaj stoi? - spy­tała.

- Nie. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem tego urzą­dze­nia.

- Tutaj czy w ogóle?

- W ogóle, pani porucz­nik.

- Okej. Możesz wró­cić na dół. Ocze­kuj na dal­sze pole­ce­nia.

Eve spraw­dziła szu­flady w szaf­kach noc­nych z pole­ro­wa­nego metalu; zna­la­zła tam czyt­niki inter­ne­towe, które odło­żyła dla ekipy infor­ma­ty­ków EDD, w szafce bli­żej okna kon­domy, a polerkę do paznokci i emul­sję do rąk w tej bli­żej wej­ścia do łazienki.

Nie zna­la­zła ni­gdzie żad­nych zaba­wek sek­su­al­nych ani zwią­za­nych z sek­sem dodat­ków.

Inte­re­su­jące.

Zacie­ka­wiona odwi­nęła narzutę i prze­cią­gnęła ręką po pościeli, nachy­liła się nad nią, pową­chała. Wszystko świeże, pach­nące lekko lawendą.

Ponow­nie wyszła z pokoju i pode­szła do dro­ida.

- Mam pyta­nie odno­śnie do pościeli w głów­nej sypialni. Kiedy była wymie­niana?

- Wczo­raj rano. O dzie­sią­tej.

- Czy pan McEn­roy popro­sił o zmianę pościeli? Czy dzieje się tak zazwy­czaj?

- Kiedy pan McEn­roy zostaje sam w miesz­ka­niu, pościel jest zmie­niana codzien­nie.

- A wtedy, kiedy są wszy­scy?

- Dwa razy na tydzień.

- Gdzie znaj­duje się pościel zdjęta wczo­raj rano?

- Została zabrana do pralni.

- Nie­do­brze. Peabody, zaczniemy od sypialni głów­nej.

- McNab jest już w dro­dze. Ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli będzie tu na górze za dwa­dzie­ścia minut. A niech mnie!... - zaklęła poli­cjantka, kiedy weszły do sypialni i zoba­czyła kamerę.

- Ehm! Kamera obro­towa, usta­wiona na akty­wa­cję gło­sową, na samym środku sypialni. Pościel zmie­niana dwa razy w tygo­dniu, kiedy żona jest z nim, codzien­nie, gdy wyjeż­dża.

Peabody przy­gry­zła wargę zamy­ślona.

- Zwa­biał do łóżka, które dzie­lił z wła­sną żoną, jakieś swoje asy­stentki i wszystko nagry­wał? - roz­wa­żała na głos.

- Tego wła­śnie będę się musiała dowie­dzieć. Idę o zakład, że ma tu gdzieś poukry­wane sto­sowne zabawki. Zacznij szu­kać w jego gar­de­ro­bie. Ja muszę prze­pro­wa­dzić roz­mowę z żoną.

Zaczęła od wyko­na­nia tele­fonu do ośrodka wcza­so­wego, gdzie uzy­skała potwier­dze­nie, że Geena McEn­roy, jej dwie córki oraz ich guwer­nantka Fran­ces Early są obec­nie gośćmi ośrodka. Dowie­działa się też, kiedy się zamel­do­wały i kiedy zamie­rzały wyje­chać.

Następ­nie wybrała numer tele­fonu, który podał jej droid, gotowa poin­for­mo­wać naj­bliż­szych zamor­do­wa­nego o zaist­nia­łej tra­ge­dii.

Geena ode­brała po trze­cim sygnale. Miała zablo­ko­waną trans­mi­sję obrazu.

- Halo? Kto tam? - spy­tała zaspa­nym gło­sem.

- Czy roz­ma­wiam z Geeną McEn­roy?

- Tak. Przy tele­fo­nie.

- Mówi porucz­nik Eve Dal­las z nowo­jor­skiej poli­cji.

- Kto taki?! O mój Boże! - W gło­sie kobiety zabrzmiało prze­ra­że­nie. Natych­miast się włą­czył prze­kaz wideo, uka­zu­jąc bar­dzo ładną zaspaną kobietę ze zmierz­wio­nymi brą­zo­wymi wło­sami i nie­bie­skimi wystra­szo­nymi oczami. - Czy było wła­ma­nie?

- Nie. Droga pani McEn­roy, z przy­kro­ścią muszę poin­for­mo­wać, iż mąż pani nie żyje. Jego ciało zostało odna­le­zione dzi­siaj nad ranem. Pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cje z powodu straty mał­żonka.

- Co? Co takiego?! O czym pani mówi? To nie­moż­liwe! Roz­ma­wia­łam z Nige­lem wczo­raj po połu­dniu. Już będąc tutaj. T-to zna­czy tam pew­nie był już wie­czór. Musiała zajść jakaś kosz­marna pomyłka!

- Przy­kro mi, pani McEn­roy, ale taka jest prawda. Pani mąż został zamor­do­wany dzi­siej­szej nocy, mniej wię­cej o trze­ciej nad ranem, i został ofi­cjal­nie ziden­ty­fi­ko­wany.

- Ale to nie­moż­liwe. Sama pani mówiła, że nie było żad­nego wła­ma­nia. O tej godzi­nie Nigel musiał być już w domu, w swoim łóżku.

- Zgod­nie z infor­ma­cjami otrzy­ma­nymi od waszego domo­wego dro­ida oraz nagra­niami z kamer moni­to­ringu, mąż opu­ścił wasz apar­ta­ment przy ulicy Dzie­więć­dzie­sią­tej Pierw­szej Zachod­niej wczo­raj wie­czo­rem, kilka minut po dwu­dzie­stej pierw­szej. Jego ciało zostało odna­le­zione cał­kiem nie­dawno. - Nie ma potrzeby infor­mo­wa­nia jej teraz o dra­stycz­nych szcze­gó­łach, pomy­ślała Eve. - Powtó­rzę jesz­cze raz: jest mi bar­dzo przy­kro z powodu utraty przez panią współ­mał­żonka.

- Jed­nakże... - Dez­orien­ta­cja, coraz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie, cią­głe nie­do­wie­rza­nie zaczęły się mie­szać i prze­ra­dzać w szok, a ten z kolei w smu­tek i żal. - Co takiego się wła­ści­wie wyda­rzyło? Co się stało Nige­lowi? Wypa­dek?

- Nie, pani McEn­roy. Pani mąż został zamor­do­wany.

- Zamor­do­wany?... Zamor­do­wany?!... Ależ to nie­do­rzeczne! - Jej głos prze­szedł nie­omal w pisk, ale po chwili udało się jej opa­no­wać. Przy­sło­niła usta dło­nią. - Jak? Kto? Dla­czego?

- Pani McEn­roy, naj­le­piej by było, gdyby wró­ciła pani do Nowego Jorku. Dopiero roz­po­czę­li­śmy docho­dze­nie. Czy jest ktoś, z kim mogła­bym się jesz­cze skon­tak­to­wać teraz w tej spra­wie?

- Ja... Nie... Ja... Chwi­leczkę...

Obraz na wyświe­tla­czu roz­ma­zał się, kiedy Geena naj­praw­do­po­dob­niej wybie­gła z sypialni z komórką w dłoni. Eve dostrze­gła w prze­lo­cie skrawki wido­ków z pokoju dzien­nego: nasy­cone, tro­pi­kalne kolory, odro­bina księ­ży­co­wego świa­tła, odbi­ja­jąca się w szy­bach okien, a w końcu wąska, długa stopa z paznok­ciami poma­lo­wa­nymi w kolo­rze bla­do­ró­żo­wym.

- Fran­cie! - Ochry­pły szept był wstrzą­sa­jący. Łzy dopiero napły­wały, stwier­dziła Eve. - Boże mój! Fran­cie! Potrze­buję cię!

- Już nie śpię! Już wstaję! - Świa­tło się zapa­liło. - Źle się czu­jesz, kochana?

Eve mogła tylko przy­pusz­czać, że Geena rzu­ciła tele­fon na łóżko śpią­cej na nim kobiety, po czym usia­dła i zalała się łzami.

Na wyświe­tla­czu tele­fonu poja­wiło się prze­ra­żone obli­cze jej towa­rzyszki, kobiety rasy mie­sza­nej w wieku lat około pięć­dzie­się­ciu, o orze­cho­wych oczach, ciska­ją­cych wście­kłe spoj­rze­nia.

- Kto przy tele­fo­nie? - spy­tała.

- Mówi porucz­nik Eve Dal­las z Nowego Jorku...

- Och, aku­rat! Czy­ta­łam książkę i oglą­da­łam film. Dal­las jest... - Orze­chowe oczy zamru­gały, a potem zostały prze­tarte i wresz­cie zoba­czyły swoją roz­mów­czy­nię. - Dobry Boże! Co się stało?! Kto nie żyje?

Mówiąc to, prze­krę­ciła się na bok, na ekra­nie poja­wiło się moc­nej budowy ciało opięte różową - nie bla­do­ró­żową, lecz wście­kle różową - koszulą nocną z bry­ka­ją­cym bia­łym jed­no­roż­cem na piersi.

- No już dobrze, Geeno, uspo­kój się, już dobrze. Przy­niosę ci szklankę wody. Zajmę się wszyst­kim, dobrze? Co się stało? - zwró­ciła się z pyta­niem do Eve, naj­wy­raź­niej prze­miesz­cza­jąc się po pokoju.

- Nigel McEn­roy nie żyje. Został zamor­do­wany dzi­siaj nad ranem.

- O mój Boże! Jak... Albo lepiej pro­szę teraz o tym nie mówić.

Z tego, co Eve mogła dostrzec, zorien­to­wała się, że kobieta zna­la­zła się w anek­sie kuchen­nym, wrzu­ciła do szklanki kilka kostek lodu i dolała wody gazo­wa­nej do pełna.

- Ona mnie potrze­buje. Dziew­czynki mnie potrze­bują. Jakoś to prze­cze­kamy. One go kochały. Wszyst­kim się zajmę tu na miej­scu. Wró­cimy do Nowego Jorku naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Czy to się stało w miesz­ka­niu?

- Nie.

- W porządku. Wyru­szymy w drogę powrotną, jak tylko uda mi się wszystko dograć.

- Popro­szę o pani dane.

- Fran­cie... To zna­czy Fran­ces - popra­wiła się. - Fran­ces Early. Uczę dziew­czynki. Muszę się zająć Geeną.

- Pro­szę się ze mną skon­tak­to­wać, kiedy tylko przy­je­dzie­cie do Nowego Jorku.

- Geena to zrobi. Na pewno zdąży się już wtedy wziąć w garść, choćby dla dziew­czy­nek. Teraz muszę do niej iść.

Kiedy kobieta się roz­łą­czyła, Eve zmie­niła usta­wie­nia tele­fonu i wyko­nała szyb­kie roze­zna­nie co do osoby Fran­ces Early.

- Guwer­nantka... - zaczęła czy­tać, kiedy weszła do pomiesz­cze­nia będą­cego raczej czymś w rodzaju prze­bie­ralni obojga mał­żon­ków ani­żeli gar­de­robą któ­re­goś z nich. - Fran­ces Early, zamężna jeden raz, jeden roz­wód, bez­dzietna. Wiek: pięć­dzie­siąt sześć lat, zaj­muje się edu­ka­cją dzieci, dwa­dzie­ścia dwa lata nauczała w szkole publicz­nej; uro­dzona i wycho­wana w Nowym Jorku. Sie­dem lat spę­dziła jako guwer­nantka star­szej córki McEn­royów, potem obu. Podró­żuje razem z rodziną, gdzie­kol­wiek wyjeż­dżają. Zamiesz­kuje razem z McEn­roy­ami lub ze swoją sio­strą, kiedy są w Nowym Jorku, ma swoje pokoje w ich lon­dyń­skim apar­ta­men­cie, ma też miej­sce zakwa­te­ro­wa­nia w każ­dej z ich pozo­sta­łych rezy­den­cji. Jej były mąż raz był oskar­żony o napaść z pobi­ciem, lecz został unie­win­niony. Spra­wia wra­że­nie osoby solid­nej, na któ­rej można pole­gać.

- Nie zna­la­złam tutaj niczego podej­rza­nego, jedy­nie mnó­stwo naprawdę ład­nych ubrań nale­żą­cych do niej i do niego, a w czę­ści z toa­letką sporo kosme­ty­ków dosko­na­łej jako­ści. Jest tu jed­nakże jesz­cze sejf - Eve zaczęła mówić do dyk­ta­fonu.

Obej­rzała skrytkę dokład­nie, zasta­na­wia­jąc się, czy zdoła ją otwo­rzyć - a uczył ją tego mistrz wśród wła­my­wa­czy (były mistrz), który, tak się aku­rat zło­żyło, został jej mężem.

Chyba to sejf z biżu­te­rią - pomy­ślała. - Żona na pewno znała szyfr, więc on nie cho­wałby tutaj niczego, co chciałby ukryć przed jej oczami. Wspól­nie uży­wana prze­strzeń.

Dam sobie z tym spo­kój - posta­no­wiła. - Zajmę się lepiej jego gabi­ne­tem.

Ruszyła dalej kory­ta­rzem, zatrzy­mu­jąc się na chwilę przed poko­jem, który nale­żał bez wąt­pie­nia do dwóch sióstr. Cały w różach, bieli i fal­ba­nia­stych ozdób­kach. Urzą­dzony wybit­nie dziew­częco. W jed­nej jego czę­ści usta­wione były naprze­ciw sie­bie dwa biurka, w dru­giej znaj­do­wały się różne gry i zabawki.

Trzeci pokój z kolei ziden­ty­fi­ko­wała jako pokój guwer­nantki. Narzuta na łóżko w jaskrawy kwia­towy wzo­rek wska­zy­wała na upodo­ba­nie do kolo­rów - te przy­pusz­cze­nia potwier­dziła gar­de­roba z ubra­niami w jasnych, przy­jem­nych bar­wach.

Na jed­nej ze ścian wisiała duża kor­kowa tablica z przy­pię­tymi do niej wie­loma pra­cami dzieci, two­rzą­cymi całą wystawę. Na stole przy oknie stały trzy foto­gra­fie przed­sta­wia­jące sio­stry i ich nauczy­cielkę wraz z rodziną.

Zwra­cała się do pani McEn­roy po imie­niu, a nawet - jeśli tego wyma­gała sytu­acja - per kocha­nie. Sta­nowi nie­ro­ze­rwalną część rodziny - pod­su­mo­wała swoje roz­wa­ża­nia Eve - a ludzie, któ­rzy do tej czę­ści należą, znają rodzinne sekrety.

Będzie chciała prze­pro­wa­dzić roz­mowę z Fran­ces Early.

Poszła dalej. Minęła pokój, który słu­żył za klasę do nauki i miej­sce do zabawy obu córek, potem coś w rodzaju salo­niku, gdzie wspól­nie spę­dzały czas, dalej oddzielną jadal­nię, a na końcu gabi­net McEn­roya.

Nie było oddziel­nego gabi­netu dla żony ani nawet prze­zna­czo­nego dla niej kącika do pracy - jak zauwa­żyła - za to gabi­net jej męża zaj­mo­wał spek­ta­ku­larną prze­strzeń i rów­nie spek­ta­ku­lar­nie został urzą­dzony. Ten widok z okien, biurko, fotel, sofa, dzieła sztuki, zgro­ma­dzone tu urzą­dze­nia do prze­cho­wy­wa­nia danych oraz sys­temy komu­ni­ka­cji!

Wszystko z naj­wyż­szej półki - roz­my­ślała - jak przy­stoi czło­wie­kowi tak zamoż­nemu i z jego pozy­cją.

Wkrótce odna­la­zła ter­mi­narz: zła­mała kod dostępu; kom­pu­ter fir­mowy: zła­mała kod dostępu; komu­ni­ka­tory: rów­nież zła­mała kod dostępu.

Ostrożny facet, nawet w swoim wła­snym miesz­ka­niu.

Szu­flady w biurku - każda zamknięta na klucz i zako­do­wana.

Szafa z zam­kiem wyma­ga­ją­cym prze­cią­gnię­cia kartą dostępu i wpro­wa­dze­nia kodu cyfro­wego.

Zaczęła od niej.

Otwo­rzyła swoją wali­zeczkę z polo­wym zesta­wem do prze­pro­wa­dza­nia oglę­dzin miejsc powią­za­nych z prze­stęp­stwami. Wyjęła pewien przy­rząd, który dostała od Roarke'a, i zabrała się do roboty.

Sły­szała, jak ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli wcho­dzi do miesz­ka­nia, sły­szała roz­ma­wia­jącą z nimi Peabody. Zigno­ro­wała ich obec­ność.

Uda się jej to zro­bić i niech ją dia­bli, jeśli McEn­roy nie po to tak zabez­pie­czył swoje biuro, żeby ukryć tu pie­przone dyski pamięci i inne nośniki danych.

Dzie­sięć minut póź­niej, kom­plet­nie sfru­stro­wana, była o krok od pod­da­nia się i wła­śnie kop­nęła z całej siły w dia­belne drzwi. Chwilę póź­niej musiała jed­nak wziąć się w garść.

Usły­szała ser­deczne powi­ta­nie McNaba: "Cześć, dziew­czyno!", i podwo­iła wysiłki.

I niech ją szlag trafi, jeśli po tak dłu­gim dłu­ba­niu przy zamku prze­każe zada­nie zła­ma­nia szy­fru jakie­muś świ­rowi z wydziału infor­ma­tyki EDD. Już ona im pokaże!

Zaci­snęła tylko zęby, sły­sząc zbli­ża­jący się ku niej sze­lest pode­szew jego aero­bu­tów.

- Cześć, pani porucz­nik! - McNab zna­lazł się tuż przy niej.

- Zacznij od urzą­dzeń infor­ma­tycz­nych - zarzą­dziła. - Otwórz na miej­scu to, co zdo­łasz, zrób szybki prze­gląd, oznacz i sko­piuj wszystko. Szlag! Szlag! Szlag! Otwórz się, do jasnej cho­lery! - syk­nęła w stronę sejfu. - To, czego nie zdo­łasz otwo­rzyć, zabierz do sie­dziby waszego wydziału.

- Tak jest! Hej, masz ten magiczny czyt­nik kodów szy­fru­ją­cych! Czy to nie ten słynny TTS-5?

- Skąd, do dia­bła, mam to wie­dzieć? I prze­stań chu­chać mi do ucha.

- Wygląda na to, że kod został zła­many, ale...

Naraz z jej gar­dła wydo­był się taki dźwięk, że nawet wście­kły pies by się cof­nął. Ale McNab przy­su­nął się jesz­cze bli­żej.

Kiedy na urzą­dze­niu zami­go­tała zie­lona lampka, huk­nął ją otwartą dło­nią w ramię.

- Dobra robota! - pochwa­lił.

- Nie­źle, kuźwa, co? - rze­kła zado­wo­lona z sie­bie i za pomocą karty dostępu zała­twiła resztę.

Zda­wała sobie sprawę, że McNab pew­nie zro­biłby to dwa razy szyb­ciej. A Roarke? Ten pew­nie prze­biłby się przez zabez­pie­cze­nia, wyko­rzy­stu­jąc jedy­nie swój cho­lerny irlandzki czar.

Tak czy owak, udało się jej!

Otwo­rzyła drzwi, za któ­rymi kryły się karty pamięci, dyski oraz inne akce­so­ria nie­zbędne w dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nym biu­rze - a sprawa, w któ­rej pro­wa­dziła docho­dze­nie, obej­mo­wała rów­nież kamerę w sypialni, jak też zamkniętą na trzy spu­sty wewnętrzną szafkę.

- Jezu Chry­ste! Co to jest, do cho­lery? Czy on tu prze­cho­wuje pie­przone klej­noty koronne?

- Tym razem to zwy­kły zamek zapad­kowy - wtrą­cił McNab. - Wystar­czy go wyła­mać.

- Żad­nego nisz­cze­nia cudzej wła­sno­ści! - wark­nęła Eve.

Wydo­była ze swo­jej wali­zeczki zestaw wytry­chów, poda­ro­wa­nych jej przez Roarke'a. Miała zde­cy­do­wa­nie lep­szą rękę do otwie­ra­nia zam­ków na zwy­kły klucz niż tych z elek­tro­niką i odblo­ko­wała wewnętrzną szafkę w nie­całe pięć sekund.

Kiedy otwo­rzyła drzwiczki, McNab aż cicho gwizd­nął.

- Ale jazda! Raj dla miło­śni­ków wsze­la­kich per­wer­sji.

- Wie­dzia­łam!

- Gościu mógłby z tym spo­koj­nie otwo­rzyć wła­sny sex shop. - Mówiąc to, McNab wci­snął obie dło­nie do dwóch z wielu kie­szeni sze­ro­kich fio­le­to­wych spodni, wyglą­da­ją­cych jakby były wypeł­nione plu­to­nem.

Nie mogła się nie zgo­dzić. Prze­bie­gła szybko wzro­kiem po kolek­cji kaj­dan­ków wyło­żo­nych mięk­kim futer­kiem, wibra­to­rach, olej­kach i emul­sjach nawil­ża­ją­cych, pier­ście­niach nakła­da­nych na penisa, nasut­ni­kach, akce­so­riach słu­żą­cych do deli­kat­nego draż­nie­nia róż­nych czę­ści ciała, jedwab­nych sznu­rach, prze­pa­skach na oczy, piór­kach, ogrom­nym zapa­sie pre­zer­wa­tyw, wspo­ma­ga­czach erek­cji, przeróż­nych żelach i innych spe­cy­fi­kach.

Wska­zała gestem na bute­leczkę, pod­pi­saną dru­ko­wa­nymi lite­rami: ROHYP­NOL. Na innej wid­niał napis KRÓ­LI­CZEK, na następ­nej, mniej­szej: DZIWKA.

- Skur­wy­syn! Dys­po­no­wał nie­wiel­kimi podróż­nymi fiol­kami. Szedł do klubu, zabie­rał ze sobą fiolkę, po czym brał na cel jakąś dziew­czynę. Następ­nie przy­wo­ził ją tu ze sobą i robił z nią, co mu się żyw­nie podo­bało. Wiersz Lady Justice nie odbie­gał od rze­czy­wi­sto­ści.

- Wiersz...?

- Do tego też kie­dyś doj­dziemy, McNab. Teraz bierz się do kom­pu­te­rów!

- Już się robi! - Męż­czy­zna odsu­nął się od szafy. Był szczu­płym face­tem o przy­jem­nej twa­rzy i dłu­gich jasnych wło­sach spię­tych w kucyk, w płat­kach uszu nosił srebrne kółka. - Te wszyst­kie zabawki, no wiesz, to jedna sprawa. Nikomu nie wadzą ani nie szko­dzą, o ile obie strony czer­pią z tego przy­jem­ność. Jed­nakże te medy­ka­menty... To prze­srana sprawa.

- Tak. A teraz i on ma prze­srane.

Cokol­wiek McEn­roy zro­bił, gdzie­kol­wiek bywał, teraz nale­żał do niej.

Wyszła z gabi­netu, zamie­niła parę słów z dowo­dzą­cym ekipą sprzą­ta­czy, po czym pode­szła do Peabody od tyłu.

- Wezwijmy na prze­słu­cha­nie jego nowo­jor­skiego zastępcę - zaor­dy­no­wała. - To naj­lep­szy spo­sób, żeby poznać zwy­czaje McEn­roya, roz­kład jego dnia, przy­ja­ciół i zna­jo­mych oraz zaję­cia na boku, o ile był powta­rzalny w swo­ich zacho­wa­niach.

- Lance Po - prze­czy­tała Peabody z ekranu swo­jego pod­ręcz­nego kom­pu­tera, kiedy doszu­kała się odpo­wied­nich infor­ma­cji. - Lat trzy­dzie­ści osiem, męż­czy­zna rasy mie­sza­nej. Pięć lat temu oże­nił się z Westleyem Schup­pem. Pra­cuje w nowo­jor­skim oddziale od jede­na­stu lat, przez ostat­nie cztery był prawą ręką ofiary. - Kiedy już zjeż­dżały windą na dół, dodała z zachwy­tem: - Ależ luk­su­sowo i ze sma­kiem urzą­dzony apar­ta­ment!

- Taaa... Takie spra­wiał wra­że­nie. Przy­tulny, cichy, wszystko z naj­wyż­szej półki. Na biurku miał zdję­cia żony i córek. Trzy metry od zamknię­tej szafki, peł­nej zaba­wek sek­su­al­nych, fio­lek z piguł­kami gwałtu oraz bute­le­czek z róż­nymi środ­kami odu­rza­ją­cymi. A to, do cho­lery, świad­czy o cał­ko­wi­tym braku klasy.

- Więc, cho­lera jasna, gość nie tylko zdra­dzał żonę w ich wła­snym łóżku, ale też fasze­ro­wał swoje ofiary środ­kami osza­ła­mia­ją­cymi! - obu­rzyła się Peabody.

- Trudno uwie­rzyć, że posia­da­jąc te wszyst­kie medy­ka­menty... a nie każda bute­leczka była pełna... ani razu żad­nego nie użył. Musimy spraw­dzić, czy jego asy­stent wie, dokąd zamie­rzał się udać zeszłego wie­czoru i z kim, o ile w ogóle, był umó­wiony na jakieś spo­tka­nie.

Wyszły wprost na tęt­niącą życiem ulicę Nowego Jorku. Nad ich gło­wami hała­so­wały ste­rowce rekla­mowe, war­czały sil­niki samo­cho­dów, obok prze­pły­wały fale obcych ludzi. Na chod­niku nie leżało już teraz żadne ciało, nie pozo­stał nawet ślad, że kie­dy­kol­wiek tu było.

Wewnątrz budynku - zupeł­nie inna histo­ria. Do wszyst­kich drzwi pukali poli­cjanci mun­du­rowi, ekipa tech­ni­ków-czy­ści­cieli prze­cze­sy­wała miesz­ka­nie McEn­royów, a spe­cja­li­sta infor­ma­tyk prze­ko­py­wał się przez wszyst­kie udo­ku­men­to­wane i zacho­wane w pli­kach rodzinne infor­ma­cje, jak rów­nież zare­je­stro­wane roz­mowy tele­fo­niczne, przez wszystko, co wyszu­ki­wali w inter­ne­cie, przez wszyst­kie zdję­cia, które pozo­sta­wili na jakim­kol­wiek urzą­dze­niu.

Śmierć odsła­nia wszel­kie sekrety.

Kiedy Eve usia­dła za kół­kiem, Peabody podała jej adres asy­stenta.

- Dla jego żony i dzieci będzie to trudna podróż powrotna do domu - rzu­ciła poli­cjantka mimo­cho­dem.

- O tak! Czy wie­działa? - zaczęła się zasta­na­wiać Eve. - Może, a może nie wie­działa, co trzy­mał pod klu­czem w szafce w swoim gabi­ne­cie, tylko jak mu się udało ukryć przed nią te wszyst­kie zdrady? Facet nie jest aż taki sek­sowny, no może tylko w sypialni, którą dzieli ze swoją mał­żonką. Nie zdra­dzał jej przy­pad­kiem. Jak mogła o tym nie wie­dzieć?

- Nie­które kobiety po pro­stu ufają bez­gra­nicz­nie, a nie­któ­rzy faceci są mistrzami kamu­flażu.

- Nikt nie jest w tym aż tak dobry. - Eve pokrę­ciła głową.

Ruszyła szybko do przodu i wymu­siła pierw­szeń­stwo, wpy­cha­jąc się w sznur aut.

Po i jego mąż miesz­kali w cen­trum nad grecką restau­ra­cją.

- Porządny spa­cer do pracy, o ile Po wybie­rał ten rodzaj prze­miesz­cza­nia się - myślała Eve na głos.

Zadzwo­niła do drzwi znaj­du­ją­cych się na pozio­mie ulicy, i po chwili z inter­comu dobie­gło wesołe:

- Witaj­cie!

- Tu porucz­nik Dal­las i detek­tyw Peabody, nowo­jor­ska poli­cja. Musimy zamie­nić kilka słów z panem Po.

- Taa, jasne, a Roarke jest już tutaj na górze i zajada baj­gle. To ty, Car­rie?

- A jed­nak porucz­nik Dal­las. Czy roz­ma­wiam z Lance'em Po?

- Hm... No, tak. Ale że porucz­nik Dal­las? Poważ­nie?...

- Poważ­nie. Musimy poga­dać.

Eve usły­szała w tle krótką wymianę zdań i śmie­chy. "Mówi, że nazywa się Eve Dal­las. To pew­nie Car­rie".

Po chwili roz­legł się brzę­czyk domo­fonu i klik­nął odblo­ko­wany zamek drzwi wej­ścio­wych.

W wąskim, cia­snym holu zauwa­żyły drzwi do jesz­cze węż­szej windy, któ­rej Eve za nic nie powie­rzy­łaby swo­jego życia, nawet gdyby Po zamiesz­ki­wał na ostat­nim pię­trze dra­pa­cza chmur. Na górę pro­wa­dziły rów­nie wąskie schody.

Kiedy zaczęły się po nich wspi­nać, usły­szały odgłos otwie­ra­ją­cych się na pię­trze powy­żej drzwi i męski głos:

- Zabrzmiało to dość prze­ko­nu­jąco, Car­rie, ale... - Face­towi sto­ją­cemu w progu głos uwiązł w gar­dle.

Oka­zał się Azjatą, rasy mie­sza­nej, o wyspor­to­wa­nej, smu­kłej syl­wetce i wzro­ście nieco powy­żej metra sie­dem­dzie­się­ciu. Trzy­dzie­sto­ośmio­la­tek wyglą­dał znacz­nie mło­dziej, niż wska­zy­wała na to jego metryka. Miał kru­czo­czarne włosy, ucze­sane w krót­kie, skrę­cone dredy, zdo­bione zło­tymi pasem­kami. Ubrany w schludny, nie­bie­ski gar­ni­tur o meta­licz­nym poły­sku oraz czer­wony kra­wat w nie­bie­skie gro­chy.

Jego oczy, pra­wie tak samo złote jak pasemka, nie­omal wyła­ziły mu z orbit.

- A niech mnie cho­lera! A niech to... Wes! To naprawdę ta świ­ru­ska Eve Dal­las!

- Weź się uspo­kój, Lance. - Na klatkę scho­dową wyszedł drugi męż­czy­zna o czar­nej skó­rze, bar­czy­sty, z ogo­loną na łyso głową, ubrany w spło­wiałe dżinsy i czer­wony T-shirt z dłu­gimi ręka­wami. Zro­bił wiel­kie oczy, a potem poło­żył dłoń na ramie­niu Po i wes­tchnął: - No i tak, ty sukin­synu!

Przyj­rzał się Eve uważ­niej. W jego tęczów­kach poja­wił się nie­po­kój.

- Jezu! Ktoś nie żyje.

- O mój Boże! Czy ktoś zgi­nął? - zawtó­ro­wał mu Po.

- Możemy wejść?

- Boże! Moja mama! Moja mama...

- Nie o nią nam cho­dzi, panie Po, ani też o nikogo z pań­skiej rodziny. Jeste­śmy tutaj ze względu na wasze sze­fo­stwo.

- Coś się stało Sylvii?! - Męż­czy­zna uniósł nagle ręce i zła­pał dłoń swo­jego part­nera.

- Nie. Sprawa doty­czy Nigela McEn­roya.

- Pan McEn­roy nie żyje?!

- Chcia­ły­by­śmy wejść do środka.

- Ach! Tak! Prze­pra­szam, prze­pra­szam! - Męż­czy­zna odsu­nął się na bok. - Pro­szę, wejdź­cie. Twój widok zro­bił na mnie... na nas, pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Obaj jeste­śmy waszymi wiel­kimi fanami. Nie tylko książki i filmu, choć byłaś w nim magiczna, ale obaj śle­dzimy wasze poczy­na­nia, odkąd ty i Roarke jeste­ście razem... a jeste­śmy wiel­kimi fanami rów­nież jego... i to twoja praca, i to, jak super się ubie­rasz, i te wywiady z tobą, kiedy cię dopadną z kamerą! Jeste­śmy...

- Zaczy­nasz gadać od rze­czy, słonko. - Schupp dał Po kuk­sańca łok­ciem pod żebra, a potem uści­snął dłoń naj­pierw Eve, a następ­nie Peabody. - Sia­daj­cie, pro­szę! Nie mamy wpraw­dzie takiej kawy jak wasza, ale...

- Nie trzeba, dzię­ku­jemy.

Pokój dzienny, choć nie­wielki, wywarł na Eve wra­że­nie o wiele bar­dziej przy­tul­nego i wygod­niej urzą­dzo­nego niż salon McEn­royów. Jedną ścianę zaj­mo­wała gra­na­towa kanapa z wyso­kim opar­ciem, a nad nią - bez­po­śred­nio na ścia­nie - została nary­so­wana czarno-biała gra­fika, przed­sta­wia­jąca zabu­do­wa­nia Nowego Jorku. Naprze­ciw niej stały fotele z obi­ciami w wie­lo­barwne paski w żywych kolo­rach. Dzięki ławce obi­tej eko­skórą było wię­cej miej­sca do sie­dze­nia. Wnęka po lewej otwie­rała się na przy­jem­nie urzą­dzony, nie­wielki aneks kuchenny i jadal­nię.

- Chyba zadzwo­nię i popro­szę o zastęp­stwo. Uczę sztuki i jestem tre­ne­rem piłki noż­nej - wyja­śnił Schupp. - W szkole wyż­szej - dodał. - Zro­bić ci her­batę, Lance?

- Jeśli możesz, to chęt­nie. Jestem po pro­stu... To na pewno nie był wypa­dek. Jak już mówi­łem, jeste­śmy waszymi fanami, więc wiemy, że zaj­mu­je­cie się zabój­stwami. Czy to był napad rabun­kowy?

Mówiąc to, wska­zał fotel, Eve zajęła jeden, a Peabody usia­dła na sto­ją­cym obok. Po wybrał kanapę.

- Nie - odpo­wie­działa Eve. - Czy był pan asy­sten­tem pana McEn­roya?

- Mhm. Tak. Dużo podró­żuje, więc kiedy go nie ma w Nowym Jorku, czyli tak naprawdę mniej wię­cej przez pół roku, oddzia­łem zarzą­dza Sylvia Brant. Zna­czy się pan McEn­roy i jego part­ne­rzy biz­ne­sowi dalej kie­rują wszyst­kim, ale Sylvia jest jak gdyby kapi­ta­nem statku pod­czas jego nie­obec­no­ści. Czy powi­nie­nem ją poin­for­mo­wać?

- Tym też my się zaj­miemy. Czy znał pan roz­kład zajęć pana McEn­roya?

- Jasne! Na pamięć. Dzi­siaj rano o dzie­sią­tej spo­tka­nie z głów­nym kan­dy­da­tem na sta­no­wi­sko dyrek­tora działu mar­ke­tingu w fir­mie Grange Uni­ted z Nowego Jorku, o jede­na­stej...

- Co z wczo­raj­szymi?

- A, prawda. Prze­pra­szam!

Nazwi­ska, godziny spo­tkań i ich tematy padały z ust Po jak seria z kara­binu maszy­no­wego. Schupp przy­niósł mu w tym cza­sie duży kubek her­baty. Kubek i kwia­towy zapach przy­wio­dły Eve na myśl Mirę. Pomy­ślała, że już nie­długo będzie oma­wiała tę sprawę z naj­lep­szą psy­cho­lożką nowo­jor­skiej poli­cji, spo­rzą­dza­jącą por­trety psy­cho­lo­giczne mor­der­ców.

- A więc żad­nych spo­tkań z kola­cją? Żad­nych umó­wio­nych wcze­śniej wie­czor­nych zajęć? - uści­śliła.

- Dokład­nie. Skoń­czył pracę w biu­rze tuż przed osiem­na­stą. Jego żona wraz z cór­kami wyje­chały na ferie wio­senne na Tahiti. O Jezu, Wes! Te małe słod­kie dzie­wuszki!

Schupp ujął dłoń Po i uści­snął ją lekko.

- Czy mogli­by­śmy się dowie­dzieć, co się wła­ści­wie stało? - spy­tał.

- Pan McEn­roy został zamor­do­wany dzi­siaj nad ranem. Z zebra­nych do tej pory dowo­dów wynika, że opu­ścił swój apar­ta­ment tuż po dwu­dzie­stej pierw­szej. Mor­der­stwo zostało popeł­nione w innym miej­scu, a ciało pod­rzu­cono przed wej­ściem do budynku, w któ­rym miesz­kał. - Mówiąc to, bacz­nie obser­wo­wała obu męż­czyzn. - Ist­nieje domnie­ma­nie, że czynu doko­nała kobieta lub też ktoś dzia­ła­jący w imie­niu kobiet, które pan McEn­roy mógł... wyko­rzy­stać.

Po i jego part­ner wymie­nili wymowne spoj­rze­nia.

- Nie wyglą­da­cie na spe­cjal­nie tym zasko­czo­nych - rze­kła Eve. - Wyja­śnij­cie nam dla­czego.

Rozdział 3

3

- Zawsze mi to powta­rza­łeś - mruk­nął Po.

- Jak cię widzą, tak cię piszą. Miał w sobie coś... coś z gra­cza, z raso­wego gra­cza - zaczął Schupp, zwra­ca­jąc się do Eve. - Widzia­łem go tylko kilka razy, ale miał w sobie to coś. Powiedz im, Lance.

- No cóż. To tylko prze­czu­cia i głów­nie moje obser­wa­cje. Jest jed­nak pewien wyją­tek: dobrze wiem, że ude­rzał do dwóch dziew­czyn z per­so­nelu naszej firmy, zaj­mu­ją­cych niż­sze sta­no­wi­ska. Jedna z nich poskar­żyła się kie­row­niczce działu kadr i bum! prze­stała u nas pra­co­wać. Cho­dziły słu­chy, że słono jej za to zapła­cił. A co do Sylvii... Do niej zawsze się odno­sił z należ­nym respek­tem, ale... Widzi­cie, ona jest tro­chę star­sza i zapewne sko­pa­łaby mu tyłek, gdyby się do niej przy­sta­wiał. Tak czy owak, prze­mó­wiła mu do rozumu, postra­szyła, że oso­bi­ście spo­rzą­dzi skargę. Nie­źle się wów­czas ścięli... a działo się to mniej wię­cej rok temu. Cho­dził potem nabu­zo­wany, co dało się zauwa­żyć, ale prze­stał polo­wać na fir­mo­wym poletku, jeśli łapie­cie, o czym mówię.

- Jasne, łapiemy. Dla­czego Sylvia nie wnio­sła skargi?

- Sądzę, że głów­nie ze względu na jego żonę i dzieci. Zro­bi­łaby to, gdyby nie prze­stał, lecz...

- Nie jest pan nie­lo­jalny, panie Po - Peabody włą­czyła się do roz­mowy. - Do śmierci pań­skiego zwierzch­nika naj­praw­do­po­dob­niej dopro­wa­dziły jego zacho­wa­nia i zwy­czaje. Rodzina powinna się dowie­dzieć, kto był sprawcą, a to, co nam pan powie, pomoże w jego odna­le­zie­niu.

- Ni­gdy go nie lubi­łem - wypa­lił nagle Po. - Uwiel­bia­łem jed­nak swoją pracę i Sylvię, i wszyst­kich moich współ­pra­cow­ni­ków. Poza tym nie­czę­sto bywał na miej­scu. Trak­to­wał mnie dobrze. Złego słowa nie mogę na niego powie­dzieć.

- Byłeś jego asy­sten­tem, mój drogi. Lep­szego nie mógł sobie wyma­rzyć.

- Tro­chę prze­sa­dzasz. - Męż­czy­zna się uśmiech­nął. - Jestem dobry w tym, co robię, i lubię swoją pracę. On, to zna­czy pan McEn­roy, nie spraw­dził się w roli dobrego męża. Uwiel­biał dziew­czynki i było to jasne jak słońce. Sądzę, że w pewien spo­sób kochał też swoją żonę. Miał jed­nak w sobie to coś, o czym już wspo­mniał Wes. Poza tym, no cóż... Zda­rzyło się wiele takich poran­ków, zwłasz­cza kiedy jego żona i córki wyjeż­dżały z mia­sta, że wcho­dził do biura z miną "wła­śnie kolejną prze­le­cia­łem". Wcale się z tym nie krył.

- Czy kie­dy­kol­wiek pró­bo­wano się na nim ode­grać?

- W sen­sie, żeby go napaść i pobić? Nie. Chyba że ktoś go szan­ta­żo­wał, wysy­ła­jąc coś na jego pry­watny numer tele­fonu czy mejl. Do wszyst­kiego poza tym mam dostęp. Szcze­rze? Nie sądzę, żeby kie­dy­kol­wiek czuł się zastra­szany. Zawsze wyglą­dał na... na zado­wo­lo­nego z sie­bie, w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego. Jedyny raz, kiedy go widzia­łem nabu­zo­wa­nego, to wtedy z Sylvią. Mógł­bym przy­siąc, że ona ni­gdy nikogo nie skrzyw­dziła. Roz­pra­wiła się z nim w pełni pro­fe­sjo­nal­nie, a pod­dał się tylko dla­tego, jak sądzę, że wie­dział, że była gotowa to zro­bić.

- Zna pan może jakieś kluby, do któ­rych cha­dzał po pracy?

- Może i tak. - Popra­wił się na sie­dze­niu, naj­wy­raź­niej czu­jąc się nie­kom­for­towo. - Orga­ni­zo­wa­nie mu czasu po pracy rów­nież należy... nale­żało do moich obo­wiąz­ków. Wtedy, kiedy był w Nowym Jorku i kiedy gdzieś wyjeż­dżał. Nie­które lokale dają małe upo­minki lub pro­po­nują udo­god­nie­nia, szcze­gól­nie jeśli wymaga się pry­wat­no­ści czy zama­wia lożę dla VIP-a. Prze­cho­wy­wał pamiąt­kowe łupy z kilku miejsc w szu­fla­dzie swo­jego biurka.

- Pro­si­łam o kon­kretne nazwy, jeśli pan pamięta.

- Lola's Lair, Seekers, This Place, Fer­nando's. Z tego, co pamię­tam, zazwy­czaj cha­dzał do tych. Mogło być ich wię­cej, ale nie widzia­łem suwe­ni­rów z innych klu­bów.

- Bar­dzo nam to pomoże w śledz­twie.

- Nie wiem, co powi­nie­nem teraz zro­bić? - Męż­czy­zna roz­ło­żył ręce, a potem zła­pał się za łok­cie. - Czy powi­nie­nem iść do pracy?

- Zabie­ramy wszyst­kie kom­pu­tery i inne urzą­dze­nia pana McEn­roya do ana­lizy.

- Wydaje mi się, że trzyma ... trzy­mał tele­fon, drugi, pry­watny, w zamknię­tej na klucz lewej gór­nej szu­fla­dzie biurka. Nie mam do niej dostępu, ale widzia­łem, jak kilka razy roz­ma­wiał w swoim gabi­ne­cie z innego tele­fonu. Ach! Miał tam też kilka ubrań na zmianę. Cza­sem mnie pro­sił, żebym mu zaniósł noszone poprzed­niego dnia do pralni, wie­dzia­łem więc, że prze­bie­rał się w pracy.

- Wie pan może, czy przy­pro­wa­dzał dziew­czyny wie­czo­rami do swo­jego gabi­netu?

- Nie sądzę. Mamy tam ochronę, firmę, która zaj­muje się sprzą­ta­niem. Zda­rzało się, że dawał mi do roz­li­cze­nia fak­tury za pokój w hotelu. Wpły­wały od czasu do czasu, kiedy pani McEn­roy prze­by­wała aku­rat w Nowym Jorku. Wie­dzia­łem, co wypra­wiał - przy­znał Po, wpa­tru­jąc się w kubek z her­batą. - Był jed­nakże moim sze­fem.

- Panie Po, a może pod­wie­ziemy pana do pracy? Wła­ści­wie jest to nasz kolejny przy­sta­nek.

Męż­czy­zna spoj­rzał na Eve, potem na swego part­nera i spy­tał:

- Czy na pewno powi­nie­nem to zro­bić? Powi­nie­nem tam jechać?

- Prawdę mówiąc, panie Po - rze­kła Peabody - mógłby nam pan pomóc, opro­wa­dza­jąc nas po biu­rze.

Na twa­rzy prze­słu­chi­wa­nego odma­lo­wała się ulga, jak gdyby dzięki wyty­cze­niu mu kie­runku dal­szych dzia­łań mógł ze spo­ko­jem przy­stą­pić do wyko­na­nia zada­nia.

- Okej, niech więc i tak będzie - zgo­dził się.

- Jadę z wami! - Schupp wytrzy­mał spoj­rze­nie Eve bez mru­gnię­cia okiem. - Nie tylko znam ludzi, z któ­rymi pra­cuje Lance, ale też z wie­loma z nich się zaprzy­jaź­ni­łem. Mogę być pomocny.

Eve doszła do wnio­sku, że jest on rów­nie solidny i opa­no­wany, jak jego spoj­rze­nie, i ski­nęła przy­zwa­la­jąco głową.

- W porządku. Jest pan gotów jechać teraz zaraz? - zwró­ciła się do Po.

- Mhm, jasne. Tak sądzę. - Męż­czy­zna pod­szedł do drzwi, pod­niósł leżącą tam skó­rzaną torbę na ramię i prze­ło­żył pasek przez głowę. - Dzięki, Wes.

- Nie ma sprawy.

Kiedy wszy­scy zna­leźli się na dole, już w aucie, Schupp wes­tchnął ciężko.

- Może w obec­nej sytu­acji nie powi­nie­nem tego mówić, ale aż mi skóra cierp­nie na karku na samą myśl o jeź­dzie z Dal­las i Peabody.

- W dodatku w poli­cyj­nym radio­wo­zie. - Na ustach Po igrał blady uśmiech. - Nawet jeśli jest mi tro­chę nie­do­brze... nie żeby od razu miało mnie skrę­cić, ale...

- W porządku. - Peabody odwró­ciła się lekko do tyłu i posłała mu wspie­ra­jący uśmiech. - Jesteś w szoku, więc to zupeł­nie nor­malne. Ale skoro jedziesz radio­wo­zem, powi­nie­neś jakoś to prze­trzy­mać.

Gdy tylko poli­cjantka skoń­czyła mówić, Eve ruszyła z miej­sca i wbiła się w sznur wolno jadą­cych aut, po czym wyprze­dziła cia­snym łukiem wlo­kący się maxi­bus miej­ski i prze­le­ciała na żół­tym świe­tle w ostat­nim ułamku sekundy, nim zapa­liło się czer­wone.

Twa­rze kilku pie­szych, któ­rzy już mieli wejść na pasy, wykrzy­wiały gry­masy wście­kło­ści.

- Ja cię!... - chciał zakląć Schupp pod nosem i zła­pał Po za rękę.

Eve wci­snęła się na żyletkę pomię­dzy dwie tak­sówki eks­pre­sowe, prze­le­ciała tuż obok roweru, zapewne obrzu­cona pro­po­zy­cją doko­na­nia żywota w męczar­niach, aż wresz­cie wto­czyła się na par­king pod­ziemny wieży ze szkła i stali, gdzie mie­ściła się kwa­tera główna Roarke'a.

Tablice reje­stra­cyjne jej samo­chodu zostały zeska­no­wane przez czyt­nik sys­temu ochrony, szla­ban się otwo­rzył i mono­ton­nym gło­sem poin­for­mo­wał, na któ­rym pozio­mie znaj­duje się miej­sce zare­zer­wo­wane dla poli­cji.

Zapar­ko­wała na wyzna­czo­nym postoju kilka minut po tym, jak ruszyła spod domu Po i Schuppa.

- Ale jazda! - wyrwało się Po; zachi­cho­tał i dodał: - To lep­sze niż film.

- Witaj w naszym świe­cie - powie­działa do niego Peabody.

- Nasza firma mie­ści się na dwu­dzie­stym dru­gim pię­trze. Mam kartę dostępu, dzięki któ­rej możemy się tam dostać bez zatrzy­my­wa­nia.

Ja też mam - pomy­ślała Eve, ale ski­nęła głową przy­zwa­la­jąco.

- To się dobrze składa. Musimy prze­szu­kać gabi­net pana McEn­roya i poroz­ma­wiać z panią Brant. Potrzebne mi są nazwi­ska obu kobiet, o któ­rych pan wspo­mniał. Tych, które były mole­sto­wane przez pań­skiego szefa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki