Wendeta - Damian Śwircz

-
Proszę czekać

Prolog

Sta­łem i przy­glą­da­łem się. Z każ­dą ko­lej­ną wol­no ska­pu­ją­cą se­kun­dą na­ra­sta­ło we mnie roz­kosz­ne uczu­cie bło­go­sta­nu. Na mo­jej twa­rzy bez­wied­nie ma­lo­wał się co­raz szer­szy uśmiech po­gar­dy. Kwi­tła we mnie duma, gdy ob­ser­wo­wa­łem jego wy­krzy­wio­ną w śmier­tel­nym gry­ma­sie szka­rad­ną gębę. Z jego ust wy­do­by­wa­ła się ciem­no­czer­wo­na pia­na (po­dob­na do tej, któ­ra kie­dyś w trak­cie go­to­wa­nia bu­ra­ków ki­pia­ła ma­mie z po­obi­ja­ne­go garn­ka), biał­ka oczu pod­cho­dzi­ły krwi­stym za­bar­wie­niem, a ich mo­dry błę­kit z wol­na ukry­wał się za mgłą. Po­marsz­czo­ne dło­nie z za­żół­co­ny­mi pa­znok­cia­mi, pod­ry­wa­ne ostat­ni­mi im­pul­sa­mi tego plu­ga­we­go ciel­ska, drża­ły jesz­cze lek­ko, a z kro­cza prze­sią­kał smród od­cho­dów. Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­łem, jak śle­pym, już pra­wie mar­twym wzro­kiem błą­dził po su­fi­cie. Z ką­ci­ków jego oczu po­cie­kły po­je­dyn­cze, już chy­ba ostat­nie łzy.

- No i co, ta­tu­siu, nę­dzo obrzy­dli­wa? - Gu­mo­wy­mi rę­ka­wicz­ka­mi zła­pa­łem go za czo­ło i ob­ró­ci­łem jego gło­wę w moją stro­nę. - Wresz­cie twój par­szy­wy ży­wot do­bie­ga koń­ca. Już ni­g­dy wię­cej nas nie zra­nisz. - Splu­ną­łem na nie­go. - Wiesz, cze­go te­raz naj­bar­dziej ża­łu­ję, pa­trząc na cie­bie, śmier­dzą­cy skur­wy­sy­nu? - Przy­bli­ży­łem swo­ją twarz do jego. - Że za­bi­jam cię do­pie­ro dziś - wy­sy­cza­łem. - Mo­głem to zro­bić już parę lat temu, może wte­dy nie był­bym taki ze­psu­ty. Mo­głem to zro­bić, gdy tyl­ko doj­rza­łem, a wte­dy Agniesz­ka by żyła, To­mek nie tkwił­by w łóż­ku jak mar­chew­ka w zie­mi. Za chwi­lę tu spło­niesz i mam na­dzie­ję, że zro­bisz to jesz­cze żyw­cem. Świat o to­bie szyb­ko za­po­mni, bo o ta­kich skur­wy­sy­nach jak ty nie moż­na pa­mię­tać - wy­rzu­ci­łem z sie­bie jak z ka­ra­bi­nu i od­sze­dłem od nie­go, a na mo­jej twa­rzy ma­lo­wał się lek­ki uśmiech.

Jego od­dech zmie­nił się w char­cze­nie, te­raz już wie­dzia­łem, jak brzmi grze­chot­ka śmier­ci. Mia­łem świa­do­mość, że ten stan nie po­trwa dłu­go. Wzią­łem ze sto­ją­ce­go obok sta­re­go drew­nia­ne­go sto­łu bu­tel­kę wód­ki i roz­la­łem po jego cie­le, a pu­stą rzu­ci­łem na wer­sal­kę, któ­ra sta­ła nie­opo­dal. Prze­sze­dłem do kuch­ni, od­krę­ci­łem ku­rek ku­chen­ki za­si­la­nej ga­zem pro­pan bu­tan z bu­tli i wró­ci­łem do łóż­ka, na któ­rym umie­rał.

- To tyle. Wie­rzę, że tam, do­kąd tra­fisz, bę­dziesz do­świad­czał znacz­nie gor­sze­go pie­kła od tego, któ­re zgo­to­wa­łeś nam we wła­snym domu - po­wie­dzia­łem bez­na­mięt­nie, po czym zo­sta­wi­łem na ka­na­pie od­pa­lo­ne­go przez nie­go parę chwil wcze­śniej pa­pie­ro­sa. - A owoc spra­wie­dli­wo­ści jest sia­ny w po­ko­ju przez tych, któ­rzy czy­nią po­kój. Amen, by­dla­ku! - krzyk­ną­łem, od­cho­dząc od ko­na­ją­ce­go cia­ła.

Sze­dłem pew­nie przed sie­bie, zo­sta­wia­jąc z tyłu opusz­czo­ny drew­nia­ny dom jego mat­ki, w któ­rym ostat­ni­mi cza­sy tak bar­dzo lu­bił wle­wać w sie­bie wód­kę. Za­mkną­łem za sobą drzwi, na­stęp­nie furt­kę i po­sze­dłem do za­par­ko­wa­ne­go dwie­ście me­trów da­lej, na skra­ju lasu, sta­re­go Opla Astry. Opar­łem się o tył auta, zdją­łem z dło­ni gra­na­to­we ni­try­lo­we rę­ka­wicz­ki, po czym wy­ją­łem z kie­sze­ni zmię­tą pacz­kę pa­pie­ro­sów i za­pal­nicz­kę. Od­pa­li­łem jed­ne­go i nie­spiesz­nie zer­ka­łem w stro­nę domu, chcąc się upew­nić, czy w cią­gu kil­ku mi­nut zo­ba­czę uno­szą­ce się z nie­go kłę­by dymu. Kie­dy bra­łem ostat­nie­go bu­cha, w od­da­li po­ja­wi­ły się pierw­sze czar­ne ob­ło­ki, a za­raz po tym usły­sza­łem gło­śny wy­buch bu­tli ga­zo­wej. Zga­si­łem bu­tem nie­do­pa­łek, wsia­dłem do auta i od­je­cha­łem do swo­je­go smut­ne­go, po­nu­re­go mia­sta. Tam­te­go dnia na­praw­dę wie­rzy­łem, że ży­cie bez oso­by, któ­ra spra­wi­ła nam tyle obrzy­dli­we­go bólu, bę­dzie już tyl­ko lep­sze.

Rozdział 1

- Pro­szę wejść, pa­nie Zbysz­ku - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, kie­dy nie­pew­nie za­pu­ka­łem do drzwi.

- Dzień do­bry pani - od­po­wie­dzia­łem, ostroż­nie wcho­dząc do ga­bi­ne­tu.

Jego wnę­trze ro­bi­ło po­nu­re wra­że­nie. Ścia­ny, któ­re za­pew­ne kie­dyś były bia­łe, te­raz za­cho­dzi­ły grzy­bem i sza­ro­ścią mi­nio­nych lat. Na środ­ku sta­ło brą­zo­we biur­ko, któ­re­go wy­dra­pa­ne ple­cy były pierw­szym, co zwra­ca­ło uwa­gę wcho­dzą­cych. Bez wąt­pie­nia sia­da­li przy nim tacy jak ja. Oprócz spra­co­wa­ne­go me­bla cze­ka­ło na nich też wy­słu­żo­ne ciem­no­zie­lo­ne krze­sło. Z dru­giej stro­ny biur­ka sie­dzia­ła ko­bie­ta. Trud­no było okre­ślić jej wiek. Mo­gła mieć pięć­dzie­siąt lat, a może sześć­dzie­siąt. Wy­glą­da­ła tak samo po­nu­ro i bez­na­mięt­nie jak całe to po­miesz­cze­nie. Krót­ko ob­cię­te si­wie­ją­ce wło­sy, pod­krą­żo­ne oczy, uwi­docz­nio­ne ko­ści po­licz­ko­we i usta, któ­re ra­czej już od daw­na się nie uśmie­cha­ły. Na czar­ną ko­szul­kę mia­ła za­ło­żo­ny bor­do­wy swe­ter. Za jej ple­ca­mi znaj­do­wa­ło się okno za­sło­nię­te ża­lu­zja­mi usta­wio­ny­mi tak, by wpusz­cza­ły tyl­ko odro­bi­nę świa­tła ze­wnętrz­ne­go. W pra­wym rogu sta­ła sta­ra juka, z któ­rej zwi­sa­ło kil­ka su­chych li­ści. Po­kój wy­peł­nio­ny był za­pa­chem ta­nie­go od­świe­ża­cza po­wie­trza, któ­ry nie­udol­nie ma­sko­wał pa­pie­ro­so­wy smród.

- Jak się pan dziś czu­je? Nie wi­dzie­li­śmy się bli­sko trzy mie­sią­ce. Może opo­wie pan, co w tym cza­sie pana spo­tka­ło, co pan czuł? - za­gad­nę­ła, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie. - Może uda­ło się panu prze­pra­co­wać ja­kiś pro­blem?

- A jak ja się mogę czuć? Tkwię w po­czu­ciu bez ce­lo­we­go ist­nie­nia w tym pier­dzi­sze­wie, jak ro­bak na wy­sy­pi­sku śmie­ci. Bo czym in­nym my niby je­ste­śmy, co? Na­le­żę do spo­łe­czeń­stwa, jak w su­mie każ­dy, cho­dzę po tych smut­nych, sza­rych uli­cach, kie­dy trze­ba, to wy­mu­szam z sie­bie uśmiech, a jak in­nym ra­zem wy­pa­da, to po­wiem dzię­ku­ję lub do wi­dze­nia. Jem śnia­da­nie, mniej piję, ale za to nie palę wca­le, ka­to­lik ze mnie mar­ny, kie­dyś może wie­rzą­cy nie­prak­ty­ku­ją­cy, a dziś po pro­stu bę­dą­cy. Tkwię w tym po­wta­rza­ją­cym się cy­klu ży­cia, sta­ra­jąc się, na ile mogę, ukryć swo­ją twarz, swo­ją złość i fru­stra­cję. Po czę­ści dla­te­go je­stem dziś u pani. Nie przy­sze­dłem dla­te­go, że chcia­łem. Je­stem tu, bo tak wy­pa­da, bo wiem, za ja­kie­go wa­ria­ta mnie pani ma. - Nie­pew­nie spoj­rza­łem na le­kar­kę, jed­nak ona nie za­re­ago­wa­ła w ża­den spo­sób. No­to­wa­ła coś skru­pu­lat­nie, a ja za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy w ogó­le mnie słu­cha. - Ale po­wiem pani coś jesz­cze - kon­ty­nu­owa­łem, chy­ba bar­dziej dla sie­bie niż dla niej - cały ten po­pie­przo­ny świat jest wa­ria­tem. My wszy­scy je­ste­śmy wa­ria­ta­mi i pani rów­nież, i na­wet swo­imi le­ka­mi pani tego nie zmie­ni. - Smut­no opu­ści­łem gło­wę i za­czą­łem dra­pać ob­dra­pa­ne już wcze­śniej ple­cy biur­ka.

- Nie po­wi­nien pan tak my­śleć - od­po­wie­dzia­ła jak­by me­cha­nicz­nie. - A czy przyj­mu­je pan leki, któ­re prze­pi­sa­łam na ostat­niej wi­zy­cie? - Spoj­rza­ła na ze­gar wi­szą­cy tuż nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi za mo­imi ple­ca­mi.

- Te, po któ­rych czu­łem się jak żuk gno­jow­nik na jesz­cze bar­dziej śmier­dzą­cym wy­sy­pi­sku? - Za­śmia­łem się smut­no, cał­kiem za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go pseu­do­po­etyc­kie­go po­rów­na­nia. - Nie, nie przyj­mu­ję ich. Nic nie zmie­nia­ły, a je­dy­nie mnie usy­pia­ły, cięż­ko było mi po nich nor­mal­nie - po­ka­za­łem pal­ca­mi gest cu­dzy­sło­wu - funk­cjo­no­wać. - Dra­pa­łem da­lej me­bel.

- No tak... - wes­tchnę­ła gło­śno, po czym się­gnę­ła po ra­żą­co żół­ty ku­bek z kawą i na­pi­ła się. W ga­bi­ne­cie za­pa­dło mil­cze­nie.

- Czy to już ko­niec wi­zy­ty? Chy­ba w ogó­le nie­po­trzeb­nie tu przy­cho­dzi­łem - za­py­ta­łem po chwi­li. Prze­sta­łem skro­bać biur­ko. Ukry­łem dło­nie we wło­sach, ma­su­jąc gło­wę.

- Nie, pa­nie Zbysz­ku, jesz­cze nie koń­czy­my. My­ślę nad tym, co mogę panu za­pro­po­no­wać. Nie będę ukry­wać, że naj­chęt­niej skie­ro­wa­ła­bym pana do sie­bie na od­dział, tam mie­li­by­śmy naj­lep­szy wpływ na le­cze­nie, prze­szedł­by pan wresz­cie te­ra­pię.

- Wy­klu­czo­ne - wark­ną­łem. - Prze­cież wie pani, że nie mogę zo­sta­wić bra­ta sa­me­go w domu, on nie ma ni­ko­go poza mną.

- Wiem i póki co to jest je­dy­na rzecz, któ­ra trzy­ma pana poza szpi­ta­lem. Pro­szę mi opo­wie­dzieć o swo­ich kon­tak­tach spo­łecz­nych. Może tu coś się zmie­ni­ło? - Spoj­rza­ła na mnie z na­dzie­ją zmie­sza­ną z ża­lem.

- Nie lu­bię lu­dzi, to pani do­sko­na­le wie, nie ak­cep­tu­ję ich za­cho­wań, tego ich ubó­stwia­ne­go ego­izmu przy­kry­te­go chę­cią pseu­do­po­mo­cy i eg­zal­to­wa­nej wia­ry. Ale wie pani co? - Po­pa­trzy­łem na nią, mru­żąc oczy. - Los naj­praw­do­po­dob­niej chciał ze mnie za­drwić, po­nie­waż od nie­daw­na pra­cu­ję jako ochro­niarz w dys­kon­cie i kil­ka­na­ście dni temu coś się zmie­ni­ło. - Ką­cik ust drgnął mi lek­ko, ukła­da­jąc usta w lek­ki uśmiech. - Szef przy­jął nową ka­sjer­kę, sta­ra wresz­cie po­szła na eme­ry­tu­rę. Ma na imię An­dże­li­ka, mło­da dziew­czy­na. Chce pani wie­dzieć, co jest w niej ta­kie­go wy­jąt­ko­we­go, że przy niej czu­ję się le­piej, że inni lu­dzie w tym cza­sie mi nie prze­szka­dza­ją?

- Po­wiedz, pro­szę. - Zło­ży­ła dło­nie na biur­ku. Chy­ba pierw­szy raz zwró­ci­ła się do mnie bez­po­śred­nio i ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Moja sio­stra zmar­ła pra­wie dzie­sięć lat temu. Nie wiem, jak wy­glą­da­ła­by dziś, ale An­dże­li­ka jest jak jej sio­stra bliź­niacz­ka. Ma iden­tycz­ny uśmiech, ko­lor oczu i wło­sów, to tro­chę tak, jak­by ist­nia­ła ludz­ka kse­ro­ko­piar­ka. Na­wet uro­dzi­ła się w tym sa­mym roku. - Psy­chia­tra przy­glą­da­ła mi się uważ­nie. - Mam wra­że­nie, że mnie lubi, w prze­ci­wień­stwie do in­nych nie trak­tu­je mnie jak po­wie­trze, jak dzi­wa­ka, któ­ry krę­ci się bez celu po tym cho­ler­nym skle­pie. Wita się ze mną, roz­ma­wia­my, cza­sem opo­wie mi, jak mi­nął jej po­przed­ni dzień. - Na chwi­lę się za­my­śli­łem. - Kie­dy nie pa­trzy, ob­ser­wu­ję ją. Czu­ję, jak­by była w niej Agniesz­ka.

- Ro­zu­miem. - Psy­chia­tra wy­da­wa­ła się lek­ko za­sko­czo­na moim zwie­rze­niem. - To bar­dzo waż­ne, że po­zna­łeś ko­goś ta­kie­go, ale pa­mię­taj, że ona nie jest two­ją sio­strą. Może zo­stać two­ją przy­ja­ciół­ką, ale nie po­wi­nie­neś jej trak­to­wać jak sio­stry. Pa­mię­taj też, żeby nie wy­wie­rać na nią na­ci­sku. Ciesz się tą re­la­cją i dbaj, by była ona zdro­wa. - Po chwi­li spoj­rza­ła mi pro­sto w oczy. - Po­do­ba ci się?

- Jest bar­dzo ład­na, ale tu nie o to cho­dzi. - Za­wsty­dzo­ny lek­ko spu­ści­łem wzrok. - Ja po pro­stu czu­ję się przy niej le­piej, spo­koj­niej. Jest lep­sza niż te wszyst­kie dur­ne leki i pu­ste zda­nia, któ­re od pani do­sta­łem.

- A poza pra­cą i An­dże­li­ką? Jak wy­glą­da­ją two­je re­la­cje z in­ny­mi? - Pa­trzy­ła na mnie, jak­by chcia­ła czy­tać z mo­ich ru­chów. Ta wi­zy­ta za­czy­na­ła mnie już mę­czyć, mia­łem ocho­tę trza­snąć drzwia­mi i wró­cić do domu.

- Do­brze - prych­ną­łem. - Jak niby mają wy­glą­dać, kie­dy więk­szość ma mnie w du­pie? Lu­bię ro­bić za­ku­py w swo­im ma­łym osie­dlo­wym skle­pi­ku, pro­wa­dzi go prze­mi­ła pani Ela. Poza tym do Tom­ka przy­cho­dzi fi­zjo­te­ra­peu­ta, do­ga­du­je­my się, cza­sem nam po­ma­ga. Mo­że­my już koń­czyć? - Za­czą­łem się nie­cier­pli­wić. - Chy­ba nie mam nic wię­cej do po­wie­dze­nia. - Po­now­nie za­czą­łem dra­pać ple­cy biur­ka.

- W po­rząd­ku - wes­tchnę­ła. - Prze­pi­szę ci jesz­cze leki, tym ra­zem inne. Wy­kup je i, pro­szę, przyj­muj sys­te­ma­tycz­nie cho­ciaż przez mie­siąc. Wte­dy po­wi­nie­neś po­czuć róż­ni­cę. Pa­mię­taj, że gdy­byś zmie­nił zda­nie co do szpi­ta­la, to je­stem otwar­ta oraz na­dal moc­no na­ma­wiam cię do roz­po­czę­cia te­ra­pii. Jest wie­le moż­li­wo­ści jej po­pro­wa­dze­nia. Na­praw­dę ży­czę ci od­na­le­zie­nia spo­ko­ju i nie pod­da­waj się w sta­ra­niach. Two­je ży­cie jest bar­dzo cen­ne. - Le­kar­ka pró­bo­wa­ła się uśmie­chać. Ewi­dent­nie chcia­ła, żeby te wy­tar­te fra­ze­sy za­brzmia­ły prze­ko­nu­ją­co, ale jej nie wy­szło.

- Do wi­dze­nia. - Wy­sze­dłem szyb­ko, moc­no za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Zbie­głem scho­da­mi na par­ter i po­spiesz­nie wy­sze­dłem z bu­dyn­ku, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na in­nych. Na ze­wnątrz było zim­no, na­wet przy­jem­nie zim­no, co było do­brym im­pul­sem do wy­ci­sze­nia mo­je­go gnie­wu. Łap­czy­wie na­bra­łem chłod­ne­go po­wie­trza w płu­ca, żeby po­zbyć się uczu­cia du­sze­nia.

Rozdział 2

Dziś, w ten prze­klę­ty brud­ny po­nie­dzia­łek, mija dzie­sięć lat od sa­mo­bój­czej śmier­ci mo­jej ko­cha­nej sio­strzycz­ki Agniesz­ki i pięć od upra­gnio­nej śmier­ci tego sta­re­go skur­wy­sy­na, zwa­ne­go oj­cem. On zmarł śmier­cią, na jaką za­słu­żył, w prze­ci­wień­stwie do pięć lat młod­szej ode mnie Agniesz­ki. Po­wie­si­ła się w par­ku tuż za na­szym blo­kiem, mia­ła za­le­d­wie czter­na­ście lat. Do­pie­ro po czte­rech la­tach przy­pad­kiem do­wie­dzia­łem się o pie­kle, ja­kie zgo­to­wał jej ta­tuś ra­zem ze swo­im ko­le­gą, któ­ry swój ży­wot skoń­czył po­dob­nie do nie­go, tyl­ko znacz­nie wcze­śniej, bo za­raz po tym, jak od­kry­łem, co ci dwaj ro­bi­li Agniesz­ce. Sto­ję wła­śnie nad jej gro­bem, jak co roku o tej mar­twej po­rze, kie­dy przez wy­peł­nia­ją­cy at­mos­fe­rę smog bra­ku­je słoń­ca i po­wie­trza. Przez te wszyst­kie lata nie mo­głem po­zbyć się wy­rzu­tów su­mie­nia, że nie za­dba­łem o nią wy­star­cza­ją­co, że tam­te­go dnia, kie­dy chcia­ła ze mną po­roz­ma­wiać, mnie za­bra­kło. Wte­dy nie wie­dzia­łem, z jak wiel­ki­mi de­mo­na­mi się zma­ga­ła. Była skry­ta, nie lu­bi­ła mó­wić o swo­ich pro­ble­mach, a mi trud­no było się prze­bić przez mur, któ­ry zbu­do­wa­ła wo­kół swo­je­go dra­ma­tu. Ow­szem, nie była ra­do­sną dziew­czy­ną jak jej ró­wie­śnicz­ki, nie bie­ga­ła z nimi za chło­pa­ka­mi, ale by­łem prze­ko­na­ny, że ro­zu­miem, dla­cze­go tak się za­cho­wu­je... Prze­cież wy­cho­wa­ła się bez mat­ki, w domu peł­nym smut­ku i wód­ki.

- Prze­pra­szam cię, sio­strzycz­ko. Ni­g­dy so­bie nie wy­ba­czę, że cię zo­sta­wi­łem tam­te­go dnia. Tak bar­dzo chciał­bym cof­nąć czas i cię ochro­nić. Dziś nie boję się śmier­ci, je­stem sil­niej­szy, zdep­tał­bym wszyst­kie te gni­dy, by tyl­ko cię od­zy­skać - mó­wi­łem do sie­bie ci­cho, sto­jąc nad gro­bem i pa­trząc na jej zdję­cie przy­bi­te do drew­nia­ne­go krzy­ża.

Czu­łem, jak moje dło­nie drżą, a po kar­ku prze­cho­dzi mi całe mro­wi­sko ką­sa­ją­cych mró­wek. Od­pa­li­łem gli­nia­ny znicz, obok któ­re­go po­ło­ży­łem czer­wo­ną różę, i od­sze­dłem. Wra­ca­jąc do auta, prze­sze­dłem na tył cmen­ta­rza, gdzie za­ko­pa­ny zo­stał oj­ciec. Nie miał gro­bow­ca jak inni. W miej­scu po­chów­ku ro­sły same chwa­sty, któ­re prze­ko­pa­łem tu z wy­sy­pi­ska cmen­tar­nych śmie­ci. Kuc­ną­łem przed resz­tą wbi­te­go w zie­mię krzy­ża, z któ­re­go za­czę­ła już scho­dzić far­ba, i roz­sy­pa­łem ze­bra­ne od­cho­dy mo­jej Per­ły.

- Gnij da­lej, sta­ry skur­wy­sy­nu - po­wie­dzia­łem, po czym splu­ną­łem, a na­stęp­nie skie­ro­wa­łem się do auta, któ­re mimo upły­wa­ją­ce­go cza­su i po­chła­nia­ją­cej je rdzy ja­kimś cu­dem jesz­cze słu­ży­ło.

By­łem już przy drzwiach swo­je­go rum­pla, kie­dy tuż obok za­par­ko­wa­ła An­dże­li­ka. Przy­je­cha­ła ja­kimś ma­łym czer­wo­nym mo­de­lem Ci­tro­ena. Wy­sia­dła szyb­ko i mach­nę­ła do mnie ręką. Z gło­śni­ków ucie­kło po­wta­rza­ne przez Korę kil­ka razy "chcę Ci po­wie­dzieć coś". Wy­glą­da­ła, jak­by wró­ci­ła z wa­ka­cji. Do­oko­ła sza­ro, brud­no i po­nu­ro, a ona w lek­kim płasz­czu w ja­sno­zie­lo­ne li­ście i w czer­wo­nych spodniach, z błę­kit­ną bejs­bo­lów­ką Adi­da­sa na wło­sach.

- Cześć, Zby­szek! - krzyk­nę­ła ra­do­śnie.

- Hej, An­dże­li­ka, co tu ro­bisz? - za­py­ta­łem au­to­ma­tycz­nie i od razu, jak tyl­ko usły­sza­łem swo­je sło­wa, zro­bi­ło mi się wstyd. Rany, co za py­ta­nie!

- Przy­szłam w od­wie­dzi­ny do bra­ta. - Nie tra­ci­ła po­czu­cia hu­mo­ru.

- Słu­cham? Miesz­ka tu?

- Moż­na tak po­wie­dzieć, sek­tor G, rząd 12. - Pu­ści­ła mi oczko.

- Jezu, prze­pra­szam, przy­kro mi. - Na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się gry­mas nie­zręcz­no­ści.

- Nic się nie sta­ło. To już w su­mie sta­ra spra­wa, kie­dyś nie mo­głam so­bie z tym po­ra­dzić. By­łam wście­kła na cały świat, ob­wi­nia­łam wszyst­kich, szu­ka­łam ze­msty. Dziś po pro­stu lu­bię go od­wie­dzać.

- Ro­zu­miem - skła­ma­łem. - Ja przy­cho­dzę do sio­stry. - O ojcu nie za­mie­rza­łem wspo­mi­nać. - Ale mimo upły­wu lat nie po­tra­fię so­bie po­ra­dzić ze stra­tą. - Spu­ści­łem wzrok.

- Przy­kro mi. - Było wi­dać, że mówi to szcze­rze.

- Jak zmarł? - wy­pa­li­łem, nie wie­dzieć cze­mu. Mia­łem wra­że­nie, że strze­lam jed­ną gafę za dru­gą.

- Nie po­wiem, za­sko­czy­łeś mnie swo­ją bez­po­śred­nio­ścią. - Za­śmia­ła się de­li­kat­nie i ner­wo­wo od­gar­nę­ła wło­sy z twa­rzy, jed­nak jej mięk­kie pu­kle nie chcia­ły zo­stać z tyłu i wra­ca­ły wciąż, mio­ta­ne wia­trem. - Dzie­sięć lat temu za­gi­nął bez śla­du. Zo­stał zna­le­zio­ny przez psa, któ­ry ze­rwał się ze smy­czy kil­ka ty­go­dni póź­niej. Po­ćwiar­to­wa­ny, spa­ko­wa­ny w wor­ki po ziem­nia­kach, za­ko­pa­ny w le­sie. Po­li­cji nie uda­ło się nic usta­lić - wy­re­cy­to­wa­ła jed­nym tchem. Wi­dzia­łem, jak jej oczy za­le­wa smu­tek.

- Bar­dzo mi przy­kro. Nie będę cię już za­trzy­my­wał, miło było cię spo­tkać - po­wie­dzia­łem i otwo­rzy­łem drzwi swo­je­go auta, ma­jąc na­dzie­ję, że nie za­li­czę już żad­nej wpad­ki.

- Mnie rów­nież. Może kie­dyś uda nam się spo­tkać w in­nym miej­scu niż cmen­tarz lub mar­ket. - Uśmiech­nę­ła się, po­ma­cha­ła ręką i ode­szła.

- Chciał­bym... jak­by-sio­stro - wes­tchną­łem sam do sie­bie, wsia­da­jąc do bor­do­wej Astry.

Od­pa­le­nie sta­re­go Opla za­wsze było nie­wia­do­mą. Sta­ra nie­miec­ka pre­cy­zja dla ludu spra­wia­ła, że ni­g­dy nie wie­dzia­łem, czy w sil­nik tego sub­sty­tu­tu sa­mo­cho­du wstą­pi ży­cie za pierw­szym czy za pią­tym ra­zem. Już kil­ka razy obie­cy­wa­łem mu ze­zło­mo­wa­nie, jed­nak kie­dy prze­li­czy­łem so­bie, ile mo­jej cie­cio­wej pen­sji idzie na utrzy­ma­nie mnie i opie­kę nad moim spa­ra­li­żo­wa­nym bra­tem, wie­dzia­łem, że mu­si­my się da­lej ja­koś do­ga­dy­wać. Za­le­tę miał taką, że jego na­pra­wy były ta­nie i pro­ste, a by je­chać przed sie­bie, nie po­trze­bo­wał hek­to­li­trów pa­li­wa.

Rozdział 3

Sza­ry i bury li­sto­pad do­bit­nie pod­kre­ślał styl eg­zy­sten­cji w na­szym smut­nym i ni­ja­kim mie­ście. Wsta­łem rano, wyj­rza­łem przez okno po­ko­ju na czwar­tym pię­trze na­sze­go blo­ku i, jak co ra­nek, zo­ba­czy­łem ten sam po­nu­ry ob­ra­zek. Nie był to Lu­blin, nie był to Kra­ków, So­pot, War­sza­wa, a na­wet nie był to Ra­dom czy Zwo­leń. Sza­re blo­ki, w brzu­chach któ­rych ukry­te były ludz­kie ży­wo­ty, la­tar­nie roz­świe­tla­ją­ce dziu­ra­we uli­ce, drze­wa, z któ­rych już daw­no spa­dły li­ście, nie­co w od­da­li ró­żo­wy neon dys­kon­tu, w któ­rym pra­co­wa­łem i któ­ry w mgli­sty i desz­czo­wy po­ra­nek swo­ją po­świa­tą spra­wiał wra­że­nie, jak­by­śmy wszy­scy miesz­ka­li w wiel­kim bur­de­lu. Nie­na­wi­dzi­łem tego brud­ne­go mia­sta, miej­sca, w któ­rym mu­sia­łem miesz­kać, oraz tego obok, w któ­rym pra­co­wa­łem. Nie mo­głem znieść lu­dzi, któ­rzy z po­czu­ciem wyż­szo­ści ro­bi­li tam za­ku­py.

Nie­ste­ty od ja­kie­goś cza­su ta ro­bo­ta była dla mnie i Tom­ka głów­nym źró­dłem do­cho­du. Ow­szem, on do­sta­wał ren­tę, ale ta była obrzy­dli­wie po­ni­ża­ją­ca. Opie­ko­wa­łem się nim naj­le­piej, jak tyl­ko umia­łem, cho­ciaż czę­sto było to cho­ler­nie trud­ne. O od­da­niu bra­ta do domu opie­ki nie było mowy, a na sta­łą opie­kę pie­lę­gniar­ską nie było nas stać. Co dru­gi dzień przy­cho­dził do nie­go re­ha­bi­li­tant z fun­da­cji, któ­ra za­opie­ko­wa­ła się nim za­raz po wy­pad­ku, a raz w ty­go­dniu za­glą­da­ła do nas opie­kun­ka so­cjal­na, któ­rej po­moc była nie­ste­ty cał­ko­wi­cie nie­od­czu­wal­na. To­mek był ode mnie młod­szy o trzy lata, a w obec­nym sta­nie znaj­do­wał się od sied­miu lat. Le­ka­rze po ura­zie rdze­nia krę­go­we­go na po­zio­mie C4 i wy­stą­pie­niu sta­łej te­tra­ple­gii da­wa­li mu góra rok ży­cia.

- Da­aaj miii wo­oody­yy. - Z za­my­śle­nia i wpa­try­wa­nia się w ró­żo­wy neon wy­rwał mnie znie­kształ­co­ny i roz­cią­gnię­ty głos Tom­ka.

Od­wró­ci­łem się, pod­sze­dłem do jego łóż­ka. Pod­wyż­szy­łem opar­cie, a na­stęp­nie po­da­łem mu ku­bek z pla­sti­ko­wą słom­ką.

- Cześć, brat, na­pij się i śpij da­lej. Jest wcze­śnie, do­pie­ro pią­ta - po­wie­dzia­łem, jed­ną ręką trzy­ma­jąc na­czy­nie, a dru­gą przy­trzy­mu­jąc mu gło­wę. - Wyj­dę za chwi­lę do osie­dla­ka po pie­czy­wo i co tam bę­dzie nam jesz­cze po­trzeb­ne i za­raz do cie­bie wra­cam - do­da­łem.

Jak każ­de­go dnia rano wy­sze­dłem z miesz­ka­nia do osie­dlo­we­go skle­pi­ku, któ­ry był ni­czym we­hi­kuł cza­su prze­no­szą­cy czło­wie­ka dwa­dzie­ścia, a może na­wet trzy­dzie­ści lat wstecz. Wzią­łem ze sobą Per­łę, mo­je­go brą­zo­we­go kun­del­ka, któ­re­go zna­la­złem po­nad mie­siąc temu przy­wią­za­ne­go koło wej­ścia do dys­kon­tu. Skoń­czy­łem wte­dy zmia­nę, sklep był już za­mknię­ty, a w po­bli­żu bied­ne­go, mo­kre­go i pła­czą­ce­go psa ni­ko­go nie było. Wy­ją­łem z ple­ca­ka buł­kę z szyn­ką, któ­rej nie zja­dłem w pra­cy, i wę­dli­ną po­czę­sto­wa­łem zwie­rza­ka. Rzu­cił się na nią łap­czy­wie, po­my­śla­łem więc, że musi tu być od wie­lu go­dzin. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, od­wią­za­łem smycz i za­bra­łem psa ze sobą. Imię Per­ła za­wdzię­cza­ła pusz­kom po pi­wie, któ­re le­ża­ły obok niej. Nikt ni­g­dy w skle­pie nie za­py­tał o nią, więc zo­sta­ła ze mną na sta­łe. Poza tym na­wet gdy­by ktoś py­tał, to wąt­pi­łem, czy bym ją od­dał. W moim miesz­ka­niu szyb­ko na­bra­ła sił, jej sierść zro­bi­ła się przy­jem­nie po­ły­sku­ją­ca. Była drob­na, nie się­ga­ła mi na­wet ko­lan, i nie­mal­że cała brą­zo­wa - je­dy­nie pra­we ucho mia­ła czar­ne, dzię­ki cze­mu zy­ski­wa­ła na uro­ku. Bar­dzo szyb­ko się do sie­bie przy­wią­za­li­śmy, sta­ła się moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. Cho­dzi­li­śmy ze sobą nie­mal wszę­dzie, poza moją pra­cą, oczy­wi­ście. Kie­dy nie było mnie w domu, lu­bi­ła wska­ki­wać do Tom­ka na łóż­ko i naj­czę­ściej tam za­sy­pia­ła. Jemu jej obec­ność też do­brze zro­bi­ła.

Kie­dy wy­sze­dłem z klat­ki, moją uwa­gę zwró­cił pla­kat wi­szą­cy na drzwiach. Nie wie­rzę - prze­szło mi przez gło­wę. Sta­łem i pa­trzy­łem na re­kla­mę na­sze­go po­żal się Boże mar­ke­ci­ku, w któ­rym pra­co­wa­łem, a w za­sa­dzie na zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce wiel­ki ka­wał szyn­ki, kieł­ba­sę i pa­rów­ki z uwiel­bia­nej tu przez więk­szość ma­sar­ni "Od te­ścio­wej". Nad wszyst­kim kró­lo­wał wiel­ki na­pis "pro­mo­cja". Ja pier­do­lę, gów­no ta­kie, że psy i koty tego nie chcą jeść, a i tak całe osie­dle się rzu­ci, jak­by płat­ki zło­ta z tym mie­sza­li - po­my­śla­łem. Kie­dy ja mar­no­wa­łem czas, roz­my­śla­jąc o che­micz­nych wy­ro­bach z ko­ści, skór i pew­nie kar­to­nu, Per­ła od razu po­bie­gła pod naj­bliż­szą thu­ję, żeby za­ła­twić po­ran­ne po­trze­by, a na­stęp­nie po­szli­śmy do skle­pu. Wy­star­czy­ło, że zbli­ży­li­śmy się do nie­go na kil­ka me­trów, a ona już wście­kle war­cza­ła. Po­dob­nie jak ja nie­na­wi­dzi­ła wy­sta­ją­cych tam od sa­me­go rana do póź­ne­go wie­czo­ra al­ko­ho­li­ków. Za­wsze, gdy tyl­ko się do nich zbli­ża­li­śmy, szcze­ka­ła gło­śno i ska­ka­ła w ich stro­nę, szcze­rząc kły.

- Mó­wi­łem ci, że­byś tu z nią nie przy­cho­dził, bo jak mnie któ­re­goś dnia dziab­nie, to jej ten pu­sty łeb ukrę­cę, zro­zu­miesz to wresz­cie?! - wy­krzy­czał je­den z męż­czyzn.

Zna­łem go bar­dzo do­brze, chlał, co po­pa­dło, od­kąd pa­mię­ta­łem. Miał kie­dyś żonę i dziec­ko, ale bę­dzie już z pięć lat, jak od nie­go ucie­kli. Od tam­tej pory ta łaj­za prak­tycz­nie za­miesz­ka­ła pod skle­pem, za­cze­pia­jąc pra­wie wszyst­kich klien­tów. Chy­ba za­wsze był w tych sa­mych śmier­dzą­cych i brud­nych ciu­chach, na któ­rych, poza pla­ma­mi, przy­by­wa­ło tyl­ko dziur. Twarz opuch­nię­ta, oszpe­co­na bli­zna­mi i ra­na­mi, siwe, dłu­gie i po­plą­ta­ne wło­sy, po­dob­na do nich bro­da. Dło­nie brud­ne, buty dziu­ra­we. Po­dob­no kie­dyś pra­co­wał jako kon­ser­wa­tor w po­bli­skiej szko­le pod­sta­wo­wej, ale wy­rzu­ci­li go za na­pa­sto­wa­nie na­uczy­cie­lek.

- Wiesz co, Ja­ro­sław? Prze­proś ją le­piej, bo pew­ne­go dnia to twój kark może zo­stać skrę­co­ny, śmier­dzą­cy pi­ju­sie. Za mało jesz­cze w ży­ciu stra­ci­łeś, co? - Od­sze­dłem, nie wda­jąc się w nie­po­trzeb­ne dys­ku­sje, któ­re i tak nic by nie zmie­ni­ły.

Wzią­łem Per­łę na ręce i we­szli­śmy ra­zem do skle­pu, któ­ry swo­im wy­glą­dem i usy­tu­owa­niem za­wsze przy­po­mi­nał mi dom Car­la ze zna­nej di­sne­jow­skiej ani­ma­cji. Ten, któ­rym sta­ry męż­czy­zna od­le­ciał w po­szu­ki­wa­niu speł­nie­nia ma­rze­nia.

Sklep znaj­do­wał się w sta­rym drew­nia­nym domu, ostat­nim, któ­ry ja­kimś cu­dem nie zo­stał zbu­rzo­ny i te­raz stał sa­mot­nie po­mię­dzy blo­ka­mi. W przed­niej, mniej­szej czę­ści bu­dyn­ku znaj­do­wa­ły się dwa po­miesz­cze­nia prze­zna­czo­ne na pro­wa­dze­nie sprze­da­ży. W więk­szym był sklep, a tuż obok nie­go - małe za­ple­cze. Resz­ta sta­no­wi­ła dom Elż­bie­ty Mar­kow­skiej, wła­ści­ciel­ki tego in­te­re­su.

Za­raz po otwo­rze­niu drzwi do noz­drzy do­sta­wał się cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach sta­re­go drew­na, a tuż po nim aro­mat wa­rzyw, któ­re po­ukła­da­ne były na ma­łym re­ga­li­ku pod ścia­ną, za­raz za drzwia­mi. Woń zie­le­ni­ny po chwi­li mie­sza­ła się ze świe­żym pie­czy­wem, wy­ło­żo­nym tuż obok. Wcho­dząc głę­biej, moż­na było zna­leźć, i nie­kie­dy też po­czuć, przy­pra­wy, zio­ła, sosy, ma­ka­ro­ny i inne tego typu pro­duk­ty, do któ­rych co­raz moc­niej do­łą­czał się za­pach che­mii umiesz­czo­nej w rogu po­miesz­cze­nia. Po dru­giej stro­nie sta­ła lo­dów­ka z na­po­ja­mi, a obok niej, na ma­łym re­ga­li­ku, wy­ło­żo­ne były po­je­dyn­cze pi­sma dla ko­biet, szu­ka­ją­ce tan­det­nych sen­sa­cji ta­blo­idy i pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, któ­re wśród star­szych miesz­ka­nek mia­sta da­lej cie­szy­ły się ogrom­nym po­wo­dze­niem. Pod nimi uło­żo­ne były jesz­cze ko­lo­ro­wan­ki i cza­so­pi­sma dzie­cię­ce. To, co mnie naj­bar­dziej cie­szy­ło u pani Eli, to brak ogrom­nej tę­czo­wej wi­try­ny na całą ścia­nę, na któ­rej pie­czo­ło­wi­cie usta­wio­ne by­ło­by al­ko­ho­lo­we gów­no. Tu, za­miast tego, była mała pół­ka z do­słow­nie kil­ko­ma bu­tel­ka­mi wód­ki, pusz­ka­mi piwa i dwo­ma ro­dza­ja­mi wina. Wła­ści­ciel­ka skle­pu wo­la­ła pie­lę­gno­wać pięk­ną ścia­nę kwia­tów do­nicz­ko­wych. Były to ro­śli­ny pro­ste, któ­re w więk­szo­ści spo­tka­li­by­śmy w pra­wie każ­dym po­bli­skim miesz­ka­niu. Zaj­mo­wa­ła się nimi hob­by­stycz­nie, ale je­śli któ­raś wpa­dła ko­muś w oko, mógł ją od­ku­pić za do­wol­ną kwo­tę, a na­wet wziąć za dar­mo. Do­strze­głem tam dwa kak­tu­sy i alo­es, fi­ku­sy, kil­ka pa­pro­ci, ja­kiś nie­zna­ny mi kwia­tek z du­ży­mi zie­lo­ny­mi li­ść­mi, jukę i trzy gar­de­nie, a na koń­cu drzew­ko cy­try­no­we.

- Dzień do­bry, pa­nie Zbysz­ku i na­sza pięk­na Pe­reł­ko! Zo­bacz, co cio­cia ma dla cie­bie! - po­wi­ta­ła nas jak za­wsze prze­słod­ko skle­po­wa, wy­cią­ga­jąc spod lady za­pa­ko­wa­ne sta­ran­nie w pa­pier skraw­ki wę­dli­ny i mięs, któ­re, nie wiem cze­mu, zwy­kła nam da­wać za dar­mo.

- Dzień do­bry, pani Elu. Jak za­wsze ser­decz­nie dzię­ku­je­my. - Uśmiech­ną­łem się do niej w ge­ście wdzięcz­no­ści. Lu­bi­łem tę ko­bie­tę. Nie mia­ła w ży­ciu ła­two, a mimo to nie stra­ci­ła swo­jej po­god­nej i życz­li­wej du­szy.

- Oj, pa­nie Zbysz­ku. Pan wie naj­le­piej, że do­brym lu­dziom to za­wsze trze­ba po­ma­gać, w prze­ci­wień­stwie do tych szu­mo­win, co to tam cały dzień wy­sta­ją. - Mach­nę­ła za­ci­śnię­tą pię­ścią w stro­nę wyj­ścia, w po­bli­żu któ­re­go sta­li męż­czyź­ni. Moż­na było za­uwa­żyć, jak za­ci­ska zęby ze zło­ści.

- Pani też do­ku­cza­ją? - za­py­ta­łem szcze­rze za­in­te­re­so­wa­ny i zde­ner­wo­wa­ny, opie­ra­jąc za­ci­śnię­tą pięść na la­dzie.

- Bo mało to razy któ­ryś na­si­kał mi na ścia­nę? Ba­ła­gan cały czas zo­sta­wia­ją, bu­tel­ki tłu­ką. Po po­li­cję dzwo­ni­łam nie­raz, ale oni się po­li­cji nie boją, bo man­da­tów i tak nie za­pła­cą, a na doł­ku jesz­cze się prze­śpią albo po­je­dzą. Za to póź­niej się tyl­ko na­słu­cham, jaka to ja kon­fi­dent­ka je­stem. - Ko­bie­ta, mó­wiąc te sło­wa, zro­bi­ła się cała czer­wo­na na twa­rzy. Mia­łem wra­że­nie, że gdzieś w jej oczach po­ja­wi­ły się ma­lut­kie łzy bez­rad­no­ści.

- Przy­kro mi. Jak pani chce, to może spró­bu­ję ich prze­go­nić. - Szcze­rze wąt­pi­łem, by co­kol­wiek to dało, ale wie­dzia­łem, że pro­po­zy­cja wspar­cia ko­bie­ty bę­dzie mile ode­bra­na. - Szko­da, że pod dys­kon­tem nie są tacy cwa­ni. Ile by­ło­by z nich po­żyt­ku, gdy­by cho­ciaż raz w ty­go­dniu po­sprzą­ta­li po so­bie, ale prze­cież dla ta­kich jak oni to już za cięż­ka pra­ca - do­rzu­ci­łem.

- Ko­cha­ny pan jest, pa­nie Zbysz­ku, ale nie trze­ba, niech się le­piej pan swo­im zdro­wiem zaj­mie, za­miast tra­cić czas na tę pa­to­lo­gię. - Krę­ci­ła gło­wą zre­zy­gno­wa­na.

- Pani zdro­wie tak samo waż­ne. - Uśmiech­ną­łem się do niej.

Ko­bie­ta mia­ła na oko sześć­dzie­siąt lat, od oko­ło dwu­dzie­stu była wdo­wą, nie mia­ła dzie­ci. Ca­łym jej świa­tem był jej sklep i jego klien­ci. Co­dzien­nie od lat sta­ła za ladą, nie­zmien­nie w tym sa­mym gra­na­to­wym far­tu­chu w czer­wo­ne maki. Po­dob­nie czer­wo­ne były jej krót­ko ob­cię­te wło­sy. Twarz zdą­ży­ła się już moc­no po­marsz­czyć, a cia­ło okrop­nie wy­chu­dzić przez na­ło­go­wo pa­lo­ne pa­pie­ro­sy. W uszach no­si­ła lek­kie kol­czy­ki z ru­skie­go zło­ta, na pra­wym nad­garst­ku ze­ga­rek na czer­wo­nym pa­sku. Sta­ła tu tro­chę jak di­no­zaur. Kie­dy do­oko­ła, jak prze­rzu­ty raka, wy­ra­sta­ły róż­ne po­pu­lar­ne dys­kon­ty, a na­wet wiel­ki hi­per­mar­ket, inne po­dob­ne skle­pi­ki sys­te­ma­tycz­nie upa­da­ły, prze­gry­wa­jąc wal­kę o klien­ta z więk­szy­mi, ku­szą­cy­mi cią­gły­mi pro­mo­cja­mi mo­lo­cha­mi. Spo­żyw­czak pani Eli jako je­dy­ny trwał. Nie mia­łem po­ję­cia, czy ona ma z nie­go ja­kie­kol­wiek zy­ski, ale je­śli mia­łem iść na ja­kie­kol­wiek za­ku­py, to tyl­ko do niej. Ni­g­dy nie zro­bi­łem ich w miej­scu, gdzie pra­co­wa­łem. Mia­łem wra­że­nie, że wszyst­kie pro­duk­ty prze­sią­kły pod­ło­ścią lu­dzi, któ­rzy ro­bi­li tam za­ku­py i tych, któ­rzy chcie­li za­ro­bić na nich swo­ją chci­wo­ścią.

- Pani Elu, co mi dziś pani po­ra­dzi na śnia­da­nie? - za­py­ta­łem z uśmie­chem, chcąc zmie­nić te­mat zwią­za­ny z pa­so­ży­ta­mi de­lek­tu­ją­cy­mi się na ze­wnątrz ta­nią go­rzał­ką czy in­ny­mi si­ka­mi.

- Może ja­jecz­ni­ca z ja­jek od Strze­lec­kiej? Do tego szczy­pio­rek, po­mi­dor, kieł­ba­ska i praw­dzi­we ma­sło. Oczy­wi­ście do tego wszyst­kie­go bu­łecz­ki, któ­re być może będą jesz­cze cie­płe - za­pro­po­no­wa­ła, pro­mie­nie­jąc.

- I to jest plan na ide­al­ny po­ra­nek. To do tego wszyst­kie­go we­zmę jesz­cze ziem­nia­ki oraz krzy­żów­ki. - Uśmiech­ną­łem się i po­sze­dłem spa­ko­wać wa­rzy­wa, a ko­bie­ta w tym cza­sie za­czę­ła szy­ko­wać resz­tę pro­duk­tów. Na bla­cie obok resz­tek dla psa po­ło­ży­ła jesz­cze ze­szyt z krzy­żów­ka­mi.

- Osiem­dzie­siąt czte­ry pięć­dzie­siąt po­pro­szę, pa­nie Zbysz­ku.

Po­da­łem ko­bie­cie bank­not stu­zło­to­wy, spa­ko­wa­łem za­ku­py w swo­ją ma­te­ria­ło­wą tor­bę w sto­krot­ki i ode­bra­łem resz­tę.

- Do wi­dze­nia i mi­łe­go dnia. Dzię­ku­je­my za pa­ku­nek dla Per­ły.

Wy­cho­dząc ze skle­pu, po­ma­cha­łem wła­ści­ciel­ce, a za ple­ca­mi usły­sza­łem ser­decz­ne po­zdro­wie­nia.

Za­mkną­łem za sobą drzwi i sta­ną­łem przed nimi, w jed­nym ręku trzy­ma­jąc swo­ją sucz­kę, a w dru­gim - to­reb­kę z za­ku­pa­mi. Ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu uciąż­li­wych i nie­chcia­nych go­ści. Nie mu­sia­łem ich dłu­go wy­pa­try­wać. Czte­rech bu­me­lan­tów ku­ca­ło, opie­ra­jąc się o ścia­nę bu­dyn­ku. Wszy­scy trzy­ma­li w jed­nym ręku bu­tel­kę z al­ko­ho­lem, a w dru­gim od­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. Z tego, co sły­sza­łem, roz­ma­wia­li in­ten­syw­nie o żo­nie jed­ne­go z nich, któ­ra nie ro­zu­mia­ła, jak trud­no zna­leźć mu pra­cę w obec­nych cza­sach. Czu­łem, jak fala zło­ści roz­le­wa się po moim cie­le. Zna­łem tę men­dę. Bie­da­kiem nie­ro­zu­mia­nym przez żonę był Wal­dek Ja­rec­ki. Cho­dzi­łem z nim do pod­sta­wów­ki, któ­rej on ni­g­dy nie skoń­czył. Miał piąt­kę dzie­ci w wie­ku od trzech do dzie­się­ciu lat. Żyli głów­nie z za­sił­ków, bo Wal­dek dziw­nym tra­fem gdzie nie za­czął pra­co­wać, tam zda­rzał się za­wsze ja­kiś wy­pa­dek, po któ­rym zni­kał. Jego żona, Anna, któ­ra kie­dyś sza­le­nie się w nim ko­cha­ła, dziś szcze­rze go nie­na­wi­dzi­ła, jed­nak nie mia­ła na tyle od­wa­gi, by go wy­rzu­cić z domu. Je­dy­ne, co go ra­to­wa­ło i trzy­ma­ło na tym świe­cie, to to, że chy­ba ni­g­dy nie pod­niósł ręki na swo­je dzie­ci. Przy­naj­mniej tak są­dzi­łem. Gdy­by zro­bił to cho­ciaż raz, a ja za­uwa­żył­bym na cie­le któ­re­goś z nich ja­kie­go­kol­wiek si­nia­ka, to nie sie­dział­by te­raz pod tym skle­pem.

Fakt pro­wa­dze­nia prze­ze mnie ob­ser­wa­cji wy­rwał na­gle wy­glą­da­ją­ce­go na naj­więk­sze­go z nich i je­dy­ne­go nie­zna­ne­go mi męż­czy­znę z udzia­łu w roz­mo­wie. Fa­cet z ca­łej ich czwór­ki pre­zen­to­wał się naj­le­piej. Był do­brze zbu­do­wa­ny, miał czy­ste ubra­nie, wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu i uło­żo­ne na żel. Jako je­dy­ny po pro­stu nie śmier­dział. Pew­ne było jed­no: on nie był z ich baj­ki.

- A ty cze­go się ga­pisz, mor­da, e? Nie mamy drob­nych, żeby ci dać, a bu­tel­ki też nie od­da­my. - Za­re­cho­tał, po­ka­zu­jąc przy tym ubyt­ki w uzę­bie­niu, któ­rych wcze­śniej nie za­uwa­ży­łem. - Więc jak mo­żesz, to spier­da­laj z tym kun­dlem, bo nie po­trze­bu­je­my tu do­dat­ko­we­go kom­pa­na.

- Po­wiem krót­ko i nie będę wam tego po­wta­rzał w ko­lej­nych dniach. Ser­decz­nie sza­now­nych klien­tów pro­szę o usza­no­wa­nie tego miej­sca i oka­zy­wa­nie sza­cun­ku pani Elż­bie­cie. - Sta­ra­łem się mak­sy­mal­nie nad sobą za­pa­no­wać, ma­jąc na uwa­dze trzy­ma­ną na rę­kach Per­łę i cze­ka­ją­ce­go w domu Tom­ka. Za­sta­na­wia­łem się, jaki in­te­res miał ten obcy typ do tych pi­ja­ków.

- Trzy­maj­cie mnie, bo nie wy­trzy­mam. Prze­pra­sza­my, pa­nie ad­wo­ka­cie skle­pi­ko­wej. - Po­chy­lił się, oparł wiel­kie dło­nie na ko­la­nach. Śmiał się gło­śno.

- Zo­staw go, Bo­rys, to nasz osie­dlo­wy nie­szko­dli­wy świr, idio­ta cho­ler­ny - po­wie­dział spo­koj­nie je­den z męż­czyzn opar­tych o sklep, jed­nak przez wiel­kie­go Bo­ry­sa nie za­uwa­ży­łem któ­ry.

Bo­rys zbli­żył się do mnie na od­le­głość oko­ło trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów. Per­ła za­czę­ła war­czeć i wy­ry­wać się z rąk.

- Idź­cie już do domu, zrób so­bie śnia­da­nie i nie wpier­da­laj się nam do to­wa­rzy­stwa. Te­raz ja grzecz­nie pro­szę, e. - Po­chy­lił się nie­co w moją stro­nę i zni­żył głos. - Nie chciał­byś mieć ze mną do czy­nie­nia, uwierz mi, pro­szę, to może skoń­czysz zdro­wy - wy­ce­dził wprost do mo­je­go ucha. Te­raz upew­ni­łem się, że z jego ust nie było czuć al­ko­ho­lu. Poza tym na szyi za­uwa­ży­łem frag­ment ja­kie­goś dziw­ne­go ta­tu­ażu, przy­po­mi­na­ją­ce­go pa­ję­czy­nę i frag­ment czasz­ki.

- Ja­sne, już idzie­my. Pro­szę je­dy­nie, aby pana ko­le­dzy dba­li o po­rzą­dek w tym miej­scu, to wszyst­ko - od­po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się wciąż brzmieć pew­nie, i od­sze­dłem, nie da­jąc Bo­ry­so­wi szan­sy na re­ak­cję.

Po kil­ku mi­nu­tach wsze­dłem do swo­je­go miesz­ka­nia na czwar­tym pię­trze. Pod­sze­dłem do okna, z któ­re­go wi­dać było frag­ment skle­pu, otwo­rzy­łem je i wy­chy­li­łem się moc­no, by doj­rzeć szem­ra­ne to­wa­rzy­stwo. Sie­dzie­li w tych sa­mych po­zy­cjach, w któ­rych ich za­sta­łem, nie było już jed­nak z nimi fa­ce­ta zwa­ne­go Bo­ry­sem. Nie mo­głem prze­stać o nim my­śleć, bu­dził we mnie nie­przy­jem­ne uczu­cie lęku. Na pew­no nie był jed­nym z nich.

Wró­ci­łem do kuch­ni, wy­pa­ko­wa­łem za­ku­py, na­kar­mi­łem Per­łę i zo­rien­to­wa­łem się, że zo­sta­ło mi tyl­ko pół go­dzi­ny do roz­po­czę­cia mo­jej nie­szczę­snej ro­bo­ty, w któ­rej w go­dzi­nach po­ran­nych moje głów­ne obo­wiąz­ki po­le­ga­ły na pil­no­wa­niu klien­tów, żeby nie kra­dli świe­żych bu­łek i szkla­nych mał­pek. Wy­rzu­ci­łem z gło­wy sy­tu­ację sprzed pa­ru­na­stu mi­nut i po­sta­no­wi­łem szyb­ko przy­go­to­wać śnia­da­nie dla bra­ta, żeby zdą­żyć go jesz­cze na­kar­mić przed wyj­ściem. Wy­ją­łem z szaf­ki nad bla­tem ku­chen­nym płat­ki owsia­ne, któ­re wsy­pa­łem do gar­nusz­ka, za­la­łem je wodą, po czym wsta­wi­łem na ku­chen­kę ga­zo­wą. Z lo­dów­ki wy­ją­łem jego ulu­bio­ny se­rek ho­mo­ge­ni­zo­wa­ny o sma­ku tru­skaw­ko­wym z krów­ką na wiecz­ku, a z ko­sza z owo­ca­mi wzią­łem doj­rza­łe­go ba­na­na, któ­re­go roz­gnio­tłem wi­del­cem i zmie­sza­łem z po­zo­sta­ły­mi skład­ni­ka­mi. Wziąw­szy jesz­cze z szaf­ki ścier­kę z mi­kro­fi­bry, po­sze­dłem do bra­ta. Dziś ja­jecz­ni­cę mu­sia­łem od­pu­ścić.

Usia­dłem przy me­dycz­nym łóż­ku, na któ­rym le­żał To­mek, pod­nio­słem opar­cie do po­zy­cji pół­sie­dzą­cej, a pod bro­dą roz­ło­ży­łem mu ście­recz­kę. Za­nim za­czą­łem go kar­mić, włą­czy­łem jesz­cze sta­ry ra­dio­ma­gne­to­fon, w któ­re­go kie­sze­ni tkwi­ła moc­no już zu­ży­ta ka­se­ta ze­spo­łu U2. Ra­zem po­zwo­li­li­śmy, by Bono wraz z po­zo­sta­ły­mi mu­zy­ka­mi kon­ty­nu­owa­li pio­sen­kę With or wi­tho­ut You, któ­rej nie uda­ło mu się skoń­czyć wczo­raj. Z szaf­ki obok łóż­ka wzią­łem na­szy­ko­wa­ne wcze­śniej ta­blet­ki i ra­zem ze śnia­da­niem po­da­łem je bra­tu.

- Prze­my­śla­łeś wresz­cie moją proś­bę, bra­aat? - ode­zwał się do mnie, kie­dy skoń­czył jeść. - Bła­gam cię, po­móż mi - do­dał, pa­trząc cier­pią­cy­mi ocza­mi pro­sto na mnie. Mia­łem wra­że­nie, że Bono usły­szał jego py­ta­nie i zszo­ko­wa­ny prze­stał śpie­wać, jed­nak po chwi­li, jak­by dla żar­tu albo kpi­ny z na­szej sy­tu­acji, za­in­to­no­wał pio­sen­kę Be­au­ti­ful Day.

- Kur­wa, To­mek! Zwa­rio­wa­łeś do resz­ty? Co jak co, ale gło­wę to ty po­dob­no masz względ­nie zdro­wą - wście­kłem się na nie­go. - Zo­sta­łeś mi tyl­ko ty! Jak mam ci niby po­zwo­lić odejść, co? Mat­ko je­dy­na, o co ty mnie pro­sisz, ja pier­do­lę?! Tyle lat nie mogę so­bie wy­ba­czyć, że nie uda­ło mi się po­móc Agniesz­ce. - Rzu­ci­łem łyż­ką o ścia­nę i wy­sze­dłem do kuch­ni.

- Pro­szę cię o ra­tu­nek. Mam już dość tego je­ba­ne­go łóż­ka, tej śmier­dzą­cej i nic nie­zna­czą­cej eg­zy­sten­cji. Tych pie­lę­gnia­rek, któ­re przy­cho­dzą tu je­dy­nie z przy­mu­su. - Sły­sza­łem wciąż jego głos, choć lek­ko nie­wy­raź­nie. Po­czu­łem, jak mię­śnie ra­mion spi­na­ją mi się moc­no, a ser­ce przy­spie­szy­ło swo­ją pra­cę ni­czym lo­ko­mo­ty­wa, któ­rej do­rzu­co­no wę­gla do pie­ca. - Zby­szek, bła­gam... Dziś zno­wu śni­łem o jeź­dzie ro­we­rem, ja już dłu­żej tak nie chcę.

- Na ra­zie prze­stań wał­ko­wać te głu­po­ty, ni­g­dzie się nie wy­bie­rasz. Da­waj dupę, bo mu­szę ci za­ło­żyć świe­że­go pam­per­sa i wy­cho­dzę do pra­cy. - Wró­ci­łem do jego łóż­ka i wy­ją­łem spod spodu pie­lu­chy, mo­kre chu­s­tecz­ki i pian­kę do to­a­le­ty.

- Zby­szek, pro­szę cię, jak ty byś się czuł, gdy­bym ja to­bie mył dupę od sied­miu lat? Wiem, że się sta­rasz, je­steś naj­lep­szym bra­tem, ja­kie­go mo­głem mieć, ale ja na­praw­dę chcę już umrzeć. Pro­szę cię, zro­zum mnie! Gdy­bym mógł, to zro­bił­bym to sam, ale wi­dzisz, że poza sra­niem pod sie­bie to ja nie­wie­le mogę. Nie boję się śmier­ci, nie boję się jej! Cze­kam na nią każ­de­go dnia! Przy­nieś mi ulgę! - Na jego po­licz­kach po­ja­wi­ły się łzy.

- To­mek... - Za­mil­kłem na chwi­lę, my­śląc, jak mu mą­drze od­po­wie­dzieć. Pod­ło­ży­łem pod nie­go czy­stą pie­lu­chę, za­pią­łem ją, po czym na­cią­gną­łem spodnie. - To­mek, może...

- Tyl­ko mi nie pieprz, że za­mó­wisz mi ko­lej­ne­go psy­chia­trę do domu. Oni tu nie po­mo­gą, ich leki też. Zresz­tą tak jak i to­bie. My­ślisz, że nie wiem? - prze­rwał mi, co­raz bar­dziej po­bu­dzo­ny, jego twarz zro­bi­ła się czer­wo­na ze zło­ści.

- Przy­kro mi, brat. Nie po­mo­gę ci, nie w ten spo­sób. Zni­kam do pra­cy, po­sta­ram się zaj­rzeć do cie­bie w prze­rwie - rzu­ci­łem i sta­ra­łem się jak naj­szyb­ciej wyjść z domu, by uciec od tej roz­mo­wy.

Wy­sze­dłem z klat­ki i pierw­sze, co po­czu­łem, to ude­rza­ją­cy zim­ny po­wiew po­wie­trza, któ­re­go wcze­śniej nie od­no­to­wa­łem. Drze­wa były już gołe, stra­szy­ły te­raz swo­imi ły­sy­mi ga­łę­zia­mi, na ze­wnątrz było nie­przy­jem­nie ciem­no i po­nu­ro. Za­po­wia­dał się ko­lej­ny pa­skud­ny dzień. Idąc do pra­cy, wy­bra­łem nie­co dłuż­szą dro­gę, chcąc zo­ba­czyć, czy pod skle­pem pani Eli na­dal ster­czy pi­jac­ka eki­pa. Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu było tam pu­sto. Za skle­pem skrę­ci­łem w osie­dlo­wą alej­kę po pra­wej stro­nie, skąd mo­głem już do­strzec cha­rak­te­ry­stycz­ną po­świa­tę neo­nu mar­ke­tu. Moje miej­sce pra­cy, poza wie­lo­ma mi­nu­sa­mi, mia­ło dwa plu­sy, któ­re w mo­jej obec­nej sy­tu­acji prze­wa­ża­ły: bli­skość miesz­ka­nia i fakt, że kie­row­nik, któ­ry do­brze znał moją sy­tu­ację, przy­my­kał oko na moje kil­ku­na­sto­mi­nu­to­we znik­nię­cia ze skle­pu. Za­zwy­czaj na zmia­nie dwa, trzy razy wy­my­ka­łem się do Tom­ka, by zo­ba­czyć, czy wszyst­ko u nie­go w po­rząd­ku, na­kar­mić go i wy­ko­nać to­a­le­tę.

- Dzień do­bry, pa­nie Zby­niu. - Usły­sza­łem po dro­dze zna­jo­my skrze­kli­wy głos jed­nej z ka­sje­rek. - A co to się sta­ło, że dziś pan jest o cza­sie? - Za­śmia­ła się ko­bie­ta.

- Czy do­bry, to się jesz­cze oka­że, ale wi­tam ser­decz­nie, pani Ka­siu - od­po­wie­dzia­łem jej z lek­kim sar­ka­zmem.

Ka­sia Kwiat­kow­ska była dziw­ną ko­bie­tą. Na oko czter­dzie­sto-lat­ka, w rze­czy­wi­sto­ści mia­ła le­d­wo trzy­dziest­kę. Była nie­umie­jęt­nie far­bo­wa­ną blon­dyn­ką z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi do ra­mion, srebr­nym kol­czy­kiem z uda­wa­nym bry­lan­tem w no­sie i cha­rak­te­ry­stycz­nym od­sta­ją­cym pie­przy­kiem na szyi. Na jej te­mat krą­ży­ło wie­le plo­tek. Jed­ni mó­wi­li, że czas wol­ny w domu po­świę­ca na pi­cie wina i pa­le­nie fa­jek. Kie­dyś sły­sza­łem, jak jed­na z klien­tek twier­dzi­ła, że w mło­do­ści była dziw­ką uza­leż­nio­ną od bia­łe­go prosz­ku. A któ­raś z jej są­sia­dek w blo­ku twier­dzi­ła, że sprze­da­je swo­je dzie­ci za­raz po uro­dze­niu. Czę­sto mnie iry­to­wa­ła swo­im pi­skli­wym gło­sem i trud­ny­mi do znie­sie­nia zdrob­nie­nia­mi na­wet do nie­zna­jo­mych, ale mimo to biło od niej cie­pło i żad­na z tych dziw­nych plo­tek do niej nie pa­so­wa­ła. Była za­prze­cze­niem ich wszyst­kich, mimo że ży­cie ewi­dent­nie nie­jed­no­krot­nie ją do­świad­czy­ło.

Kie­dy by­li­śmy już pod skle­pem, za­uwa­ży­łem par­ku­ją­ce auto na­sze­go dy­rek­to­ra. Luk­su­so­wy czar­ny Mer­ce­des za­wsze sta­wał na miej­scu dla osób nie­peł­no­spraw­nych.

- Skur­wy­syn je­ba­ny, ka­le­ka umy­sło­wa - wy­sy­cza­łem sam do sie­bie.

- Do mnie pan coś szep­tał? - za­py­ta­ła zdzi­wio­na ka­sjer­ka.

- Mat­ko je­dy­na prze­naj­święt­sza, Ky­rie ele­ison! Mu­szę to za­pi­sać w moim ka­len­da­rzu. Hej, Mer­ce­des, za­pisz, że nasz pan Zby­szek przy­szedł do pra­cy na czas! - Za­śmiał się prze­ko­na­ny o swo­jej do­sko­na­ło­ści i bły­sko­tli­wo­ści umy­słu Zię­biń­ski.

- Przy­kro mi, nie mogę te­raz speł­nić two­jej proś­by - od­po­wie­dział mu me­ta­licz­ny dam­ski głos z gło­śni­ków.

- Pie­przo­na tech­no­lo­gia - rzu­cił, wy­sia­da­jąc z auta. - To co, mam ro­zu­mieć, że ko­le­dze wresz­cie za­czę­ło za­le­żeć na pra­cy? - Wy­szcze­rzył swo­je bia­łe jak świe­ży śnieg zęby.

- Po two­im tru­pie, mą­dra­lo - po­wie­dzia­łem ci­cho do sie­bie, po czym we trój­kę ru­szy­li­śmy w stro­nę bu­dyn­ku. Po chwi­li za ple­ca­mi usły­sza­łem wo­ła­nie:

- Hej! Po­cze­kaj­cie na mnie! - Od­wró­ci­łem się i uj­rza­łem zbli­ża­ją­cą się do nas bie­giem, lek­ko za­sa­pa­ną An­dże­li­kę.

- Da­waj, da­waj, ko­cha­niu­nia! - krzyk­nę­ła pi­skli­wie Ka­sia.

- Oj, dzię­ki. Czo­łem, moja ulu­bio­na zmia­no i miły pa­nie kie­row­ni­ku - przy­wi­ta­ła nas ra­do­śnie, wle­wa­jąc na twarz każ­de­go z nas odro­bi­nę uśmie­chu.

Rozdział 4

Kwie­cień 2001 r.

To był pięk­ny kwiet­nio­wy po­ra­nek. Unio­sła gło­wę i spoj­rza­ła nad drzwi dy­żur­ki. Na ze­ga­rze było pięt­na­ście mi­nut po szó­stej rano. Wsta­ła z fo­te­la, wsta­wi­ła wodę w czaj­ni­ku, a do kub­ka na­sy­pa­ła ły­żecz­kę cu­kru i dwie ły­żecz­ki kawy roz­pusz­czal­nej, któ­rą do­sta­ły od pa­cjen­ta. Na od­dzia­le więk­szość cho­rych wła­śnie się bu­dzi­ła. Nie była to dla niej spo­koj­na noc, głów­nie z po­wo­du pa­cjen­ta z pią­te­go łóż­ka, któ­re­go ser­ce chwi­lę po pół­no­cy prze­sta­ło pra­co­wać. Re­ani­ma­cja trwa­ła pra­wie dwie go­dzi­ny, osta­tecz­nie ze­spół przy­wró­cił pra­wi­dło­wy rytm, jed­nak za­nim uda­ło się póź­niej po­sprzą­tać, spo­rzą­dzić do­ku­men­ta­cję, roz­pi­sać i uzu­peł­nić zu­ży­te leki oraz sprzęt, zbli­ża­ła się już go­dzi­na czwar­ta. Ko­le­żan­ka, z któ­rą dzie­li­ła dy­żur, za­pro­po­no­wa­ła jej, by po­szła od­po­cząć, wie­dząc, że w domu będą na nią cze­ka­ły trój­ka dzie­ci i mnó­stwo obo­wiąz­ków. Uda­ło się jej zdrzem­nąć bli­sko dwie go­dzi­ny. Nie wpły­nę­ło to od­czu­wal­nie na wzrost sił, ale ener­gii do­da­ło jej po­ran­ne wio­sen­ne słoń­ce. Uwiel­bia­ła wio­snę, kie­dy wszyst­ko wko­ło bu­dzi­ło się do ży­cia. Eks­plo­du­ją­ca pa­le­ta ży­wych barw, któ­ra wresz­cie prze­ga­nia­ła sza­ro­ści po zi­mie, była dla niej ni­czym woda dla spra­gnio­ne­go wę­drow­ca. Sta­ła z kub­kiem kawy w ręku przed uchy­lo­nym oknem na pią­tym pię­trze swo­je­go od­dzia­łu. Mia­sto bu­dzi­ło się do ży­cia, ale to, co naj­bar­dziej jej się po­do­ba­ło, to wi­dzia­ny z góry las za­raz za ogro­dze­niem. Wy­chy­li­ła się, żeby ze śpie­wu pta­ków i po­wie­wu rześ­kie­go po­wie­trza czer­pać siłę na bez­li­to­śnie cze­ka­ją­cy na nią dzień. Za­wsze, kie­dy wra­ca­ła po noc­ce do domu, uwiel­bia­ła wśli­zgi­wać się do łóż­ka, gdzie jesz­cze spa­ły jej dzie­ci. Mo­gła każ­de z nich przy­tu­lić i uca­ło­wać. Była ich trój­ka: ma­leń­ka Agniesz­ka, na któ­rą lu­bi­ła mó­wić Agnes, śred­niak To­ma­szek i naj­star­szy Zby­nio. So­bo­ty da­rzy­ła szcze­gól­ną es­ty­mą, po­nie­waż mie­li tego dnia swój mały ro­dzin­ny ry­tu­ał, ja­kim było wspól­ne sma­że­nie na­le­śni­ków. Chłop­cy naj­pierw po­ma­ga­li w szy­ko­wa­niu cia­sta, ro­biąc przy tym okrop­ny ba­ła­gan, a na­stęp­nie czym prę­dzej zja­da­li jesz­cze cie­płe plac­ki. Za­wsze kłó­ci­li się o to, któ­ry z nich ma do­stać pierw­sze­go, mimo że naj­czę­ściej - jak to zwy­kle bywa przy na­le­śni­kach - każ­dy pierw­szy nada­wał się do wy­rzu­ce­nia. Sma­ro­wa­li je do­mo­wej ro­bo­ty dże­mem tru­skaw­ko­wym lub twa­ro­giem z ma­li­na­mi.

Ten so­bot­ni po­ra­nek był przy­jem­ny jak każ­dy inny. Po wyj­ściu z łóż­ka od razu ru­szy­li do kuch­ni, by po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­oko­ła sto­łu bie­li­ła się roz­sy­pa­na mąka, a na sto­le czer­wie­nił roz­pać­ka­ny dżem. Kie­dy na­le­śni­ki były już usma­żo­ne i w więk­szo­ści zje­dzo­ne, To­mek i Zby­szek po­bie­gli myć rącz­ki i bu­zie. Do­ro­ta w tym cza­sie bra­ła na ręce swo­ją małą Agnes, przy­sta­wia­ła ją do pier­si i kie­dy mała za­sy­sa­ła mle­ko, ona gła­ska­ła ją czu­le po gło­wie. Po kil­ku mi­nu­tach na­je­dzo­na có­recz­ka le­ża­ła w le­ci­wym wóz­ku, a mama szyb­ko sprzą­ta­ła kuch­nię, piła dru­gą kawę i szy­ko­wa­ła się na za­ku­py.

- A co to za małe ośmior­ni­ce za­la­ły pół ła­zien­ki? - Usły­sza­ła ra­do­sne po­krzy­ki­wa­nie męża i śmiech chłop­ców do­bie­ga­ją­ce z ła­zien­ki.

Do­ro­ta, jak w każ­dą so­bo­tę po śnia­da­niu, wy­bie­ra­ła się na targ, któ­ry był głów­nym miej­scem spra­wun­ków, ale tak­że plo­tek i han­dlo­wych ro­man­sów. Spa­ko­wa­ła do ple­ca­ka kil­ka ma­te­ria­ło­wych to­re­bek, port­fel i pacz­kę lan­dry­nek, bez któ­rych mało gdzie się ru­sza­ła.

- Adam, wy­cho­dzę na za­ku­py, wró­cę pew­nie za ja­kieś dwie go­dzi­ny. Za­raz mam au­to­bus, więc mu­szę się tro­chę po­spie­szyć. Pa­mię­taj dać ma­łej mle­ko, jest ścią­gnię­te w bu­tel­ce - mó­wi­ła, za­kła­da­jąc dżin­so­wą kurt­kę i skó­rza­ne buty. - Ośmior­nicz­ki moje ko­cha­ne, pro­szę nie za­mę­czyć taty i szyb­ko ma­sze­ro­wać się ubrać, nie­dłu­go do was wró­cę. Pa­mię­taj­cie, że bar­dzo was ko­cham - do­koń­czy­ła, za­kła­da­jąc ple­cak, uca­ło­wa­ła każ­de­go i wy­szła z domu.

Żeby dojść na przy­sta­nek, po­trze­bo­wa­ła oko­ło pię­ciu mi­nut szyb­kim mar­szem, a au­to­bus miał być za czte­ry, dla­te­go za­czę­ła truch­tać. Do­tar­ła o cza­sie, w prze­ci­wień­stwie do sta­re­go Jel­cza li­nii osiem, któ­ry przy­je­chał prze­peł­nio­ny i spóź­nio­ny o pięć mi­nut. Wci­snę­ła się ja­koś do wnę­trza i prze­ci­snę­ła do ka­sow­ni­ka, żeby ska­so­wać bi­let. Mimo nie­prze­spa­nej nocy była peł­na ener­gii. Pod­skór­nie czu­ła, że to bę­dzie jej ko­lej­na cu­dow­na so­bo­ta, tym bar­dziej że za­po­wia­da­ła się ona wy­jąt­ko­wo pięk­nie, wio­sen­nie.

- Cześć, Do­rot­ka, czyż­by wol­na so­bo­ta peł­na pra­cy? [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.