Rozdział 6
Są z powrotem przy wodospadzie Skäkte, na szczycie góry. Na dole, za niebiesko-białą taśmą, zebrała się już grupka osób. Stoją tam, zwróceni do wodospadu pozbawionymi wyrazu twarzami, jak zombie oczekujące na ludzkie mięso, w którym będą mogły zatopić zepsute zęby. Na razie napatoczyli się tylko przypadkowi gapie, ale Anton wie, że nowina o martwej kobiecie przy Welonie Panny Młodej przyciągnie więcej ludzi. Wkrótce rozejdzie się wieść, że ofiarą jest Lisa-Marie.
Na razie na pewno wiedzą o tym Linus i Sara. Linus przyjął to lepiej, niż Anton się spodziewał, ale miał rodzinę, która się nim opiekowała. Z kolei rozmowa z Sarą była gorsza. Jej wielkie oczy i uśmiech - najpierw pytający, kiedy przyszli, a potem nierozumiejący, kiedy próbował jej wyjaśnić, do czego doszło. Kręciła głową i patrzyła na Bodil, jakby chciała powiedzieć, że żadne jego słowo nie jest prawdą. Próbowała dodzwonić się do Lisy-Marie, ale po trzech bezskutecznych próbach jej oczy wypełniły się błyszczącymi łzami, a z gardła wydobył się nieludzki krzyk.
Mimo to nie jest zupełnie pewny, że Sara naprawdę zrozumiała, co się stało. Miała dziwnie puste oczy i raz za razem powtarzała, że się mylą. Jej córka jest świeżo po ślubie. Wyszła za mąż dzień wcześniej, w kościele Västra Tunhems, i miała wesele w dworku Ronnum. Powtarzała to w kółko jak mantrę, aż lekarz zaaplikował jej coś na uspokojenie i obiecał, że zostanie z nią kilka godzin.
Kiedy wyszli, Antonowi wciąż dzwonił w uszach jej zrozpaczony krzyk. Wie, że ten dźwięk będzie go prześladował przez resztę życia.
Woda odbija się od stromej czarnej skalnej ściany. Anton cofa się o kilka kroków, wchodzi w kępy traw i paprocie, uważając, by stawiać stopy na płytkach ułożonych przez techników. Bezpieczniej jest kawałek od stromizny, bliżej techników, którzy chodzą w białych kombinezonach i miękkim obuwiu, szukając śladów w terenie. Podchodzi do My, która kucnęła w krzewie borówek i tkwi tak od dobrych dwudziestu minut. Anton nie rozumie, jak to możliwe. Sam nie umie nawet przybrać takiej pozycji, nie mówiąc już o wytrzymaniu w niej tak długo.
- Może to wypadek - mówi, myśląc o ostrych, mokrych kamieniach. - Może szła nad wodą, poślizgnęła się na mokrym kamieniu i upadła tak niefortunnie, że zakończyło się to śmiercią?
Lepiej, jeśli to wypadek, myśli, spoglądając na My. Nadal byłoby to bardzo smutne, życia Lisie-Marie nie przywróci, ale gdyby prawdziwa okazała się druga ewentualność, byłoby bez porównania gorzej.
- Ale co ona miała tu do roboty? - Bodil drapie się po głowie. - W tym czasie powinna się ruchać ze świeżo upieczonym mężem, a nie półnaga wspinać po kamieniach.
- To nie był żaden wypadek - mówi My swoim dziwnie dziecinnym, trochę ospałym głosem i zwinnie się podnosi. Zdążył już przywyknąć do jej szczególnego wyglądu. Ogromnych ciemnych oczu, okrągłych policzków i kręconych włosów, tym razem ukrytych pod białą czapką. Patrzy jej w oczy. Lewe trochę zezuje i jak zwykle Anton nie wie, w które z nich powinien patrzeć.
- Ani samobójstwo - dodaje My po chwili.
Anton przeklina w duchu. Czyli pozostała tylko jedna możliwość. Najgorsza. Oczywiście policyjny okręg Fyrbodal nie jest całkiem wolny od tego typu poważnych przestępstw, ale tym razem rzecz ma się inaczej. Lisa-Marie była taka młoda, a do tego tuż po ślubie. Nie obracała się w kręgach przestępczych, wydawała się zupełnie zwyczajna. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć ją zabić?
- Myślę, że było tak... - kontynuuje My i wchodzi na kamień, tak, że ich oczy znajdują się na równej wysokości. Poprawia kombinezon na szyi i patrzy na niego. - Sądzę, że ktoś przeniósł ją ze ścieżki tam w dole, wtaszczył najwyżej, jak to było możliwe, i zrzucił ciało, próbując upozorować samobójstwo. Sama nie weszła aż tak wysoko.
- Chcesz powiedzieć, że nie umarła tutaj, tylko gdzieś indziej? - pyta Anton i myśli, że to wyjaśniałoby słowa Granberga, jakoby jej obrażenia były zbyt rozległe, żeby mógł spowodować je tylko upadek.
- Tak. - My wskazuje głową stromiznę. - Niestety, tam na dole wszystko zostało zadeptane, więc trudno rozpoznać ślady kogoś, kto mógł ją przenieść.
Anton czuje, że pali go twarz. Jako pierwszy znalazł ją Niemiec, potem zjawiła się ekipa i musieli sprawdzić, czy żyje. Bo gdyby nadal żyła i wymagała pomocy, nie mogliby jej tak zostawić. Później przyszedł jeszcze lekarz, ale miał strój ochronny. I wreszcie on. Robił jednak, co mógł, żeby zatrzymać dalsze zacieranie śladów.
- Mamy motyw seksualny? - pyta Bodil, drapiąc się po szyi.
- Zbadamy ciało w laboratorium i zobaczymy, co uda nam się znaleźć - kontynuuje My. - Na razie nie widzę nic, co by na to wskazywało, ale wszystko się okaże.
- Nie ma też żadnego samochodu.
- Nie.
Anton marszczy czoło i patrzy na My.
- Z dworku Ronnum jest kawał drogi. Zwłaszcza w cienkiej koszuli nocnej i boso.
- W noc poślubną - dodaje My i kiwa głową.
Przez chwilę stoją w milczeniu.
- Żebym miał całkowitą pewność - odzywa się w końcu Anton. - Wykluczasz samobójstwo, prawda?
- Tak, na dziewięćdziesiąt pięć procent. Na ciele jest mnóstwo obrażeń i widać, że spadło z wysokości, ale z całą pewnością nie aż stąd. Badania wykażą, które obrażenia powstały w wyniku upadku, a które ewentualnie wcześniej.
Anton drapie się po głowie i czuje, że we włosach utkwiła mu świerkowa igła. Wyjmuje ją, ogląda i obraca w palcach. Potem patrzy na My.
- Kiedy możemy zacząć ją badać?
- Natychmiast. Tylko coś zjem i od razu jadę do laboratorium. Ale... - Na moment zawiesza głos, lecz po chwili kontynuuje: - Nie liczcie na zbyt wiele. Przepłynęły po niej takie masy wody, że większości śladów pewnie już nie ma. Podrzucenie ciała w tym miejscu to był sprytny pomysł.
Anton kiwa głową. Rozgląda się i ogarnia go głęboki niepokój. W Vargön została zamordowana młoda kobieta. Co to oznacza dla innych kobiet mieszkających w okolicy? Wkrótce ludzie zaczną na siebie krzywo patrzeć i rzucać oskarżenia. Kręci głową.
Bodil spogląda na niego.
- Jesteś zaniepokojony? - pyta.
- Martwi mnie, w jakim kierunek to wszystko się potoczy - odpowiada i kładzie dłoń na klatce piersiowej. - Nie chcę, żeby wymknęło się to spod kontroli, zmieniło się w polowanie na czarownice i oskarżenia rzucane we wszystkich kierunkach.
- To prawda - My podnosi wzrok nad wodospad i wierzchołki drzew. Kiwa głową. - Ale jak, do diabła, mielibyśmy temu zapobiec?