ROZDZIAŁ TRZECI
Rozbrzmiał dzwonek na ostatnią lekcję. Agata zemdlała, Michalska musiała wrócić do pokoju nauczycielskiego po dziennik i najwyraźniej zagubioną gdzieś chęć do życia, a ja stwierdziłam, że tak się po prostu nie robi. I nie mówię tu o tym szczeniaku, który łaził za mną wszędzie cały dzień i na każdej lekcji dosiadał się do mnie bez pytania - choć tak też się nie robi, zwłaszcza, gdy czyjaś przyjaciółka ledwo uszła z życiem po dwutygodniowym zaginięciu, po czym spontanicznie zmieniła szkołę.
Jest to po prostu dość podłe, żeby tak z samego rana rzucać enigmatyczną uwagą i znikać w szkolnej kanalizacji.
Cały dzień przesiedziałam jak na szpilkach, zastanawiając się, co mogło wymagać mojej natychmiastowej interwencji nad jeziorem. Na drugiej lekcji rozważałam sprzeczki w lokalnej społeczności demonów wodnych (podobno topiki zawiązały frakcję oporu, gdy któraś z rusałek przesadziła z użyciem ich jako armii bojowej). Na czwartej stwierdziłam, że Brzezin albo któreś z jego podopiecznych zachorowało (ale czy nieumarli mogą chorować? Warto się dowiedzieć). Na ostatniej lekcji byłam już przekonana, że coś wybiło pół jeziora i nim tam dojdę, zostaną po nich tylko mokre zgliszcza.
No, kałuże.
Gdy po ostatnim dzwonku Michalska pozwoliła nam się rozejść, natychmiast wstałam. Wrzuciłam książki do plecaka i wypadłam z sali, zanim reszta uczniów zdążyła się podnieść. Maurycy dogonił mnie w drzwiach szatni. Pisnęłam zaskoczona, gdy dotknął mojego ramienia.
- Co się stało? - spytałam, walcząc z zamkiem kurtki.
Chłopak wykrzywił cienkie usta w zakłopotaniu.
- Chciałem spytać, czy mogę cię odprowadzić do domu. Albo czy chciałabyś iść na spacer. Moglibyśmy pogadać, no wiesz...
- Pogadać o czym? - zdziwiłam się.
Na to pytanie nie miał przemyślanej odpowiedzi - nie spodziewał się chyba, że dotrze tak daleko. Zagapił się na mnie, więc zmarszczyłam brwi i odczekałam chwilę, ale chłopak nie wykrztusił z siebie ani słowa, a mnie paliło się pod nogami.
- Porozmawiamy jutro w szkole, dobra? - obiecałam. - Śpieszę się, na razie!
Brzózka jest jedną z tych miejscowości na Mazurach, której uroku trzeba się naprawdę długo doszukiwać i czasem nawet lornetka nie wystarczy, by go dostrzec. W lutym na przykład, gdy niebo jest szare i błoto pod nogami jest szare, a budynki dla odmiany także są szare, trudno jest znaleźć w niej cokolwiek godnego zachwytu.
Buty zimowe ślizgały mi się na ścieżce, a okoliczne krzaki straszyły golizną i ostrymi gałęziami. W dni takie jak ten marzyłam, że gdy skończę szkołę, wyjadę sobie na trochę do Australii czy gdzieś, gdzie choćby czasem zza chmur wychodzi słońce, a ja będę mogła spróbować życia w świecie, który nie jest szary. Może to były tylko puste fantazje, może nigdy tak naprawdę nie odważę się, by opuścić tę szarość.
A może jednak mi się uda.
Do jeziora miałam kilka minut spacerem od szkoły, dogodniej by się nie dało. Podczas gdy wszyscy moi towarzysze niedoli po wyjściu ze szkoły skręcili w lewo, ja poszłam na tyły budynku, przecięłam boisko, kilka płotów, ze dwa podwórka i jeden ogródek przy domku letniskowym - i jezioro wyrosło tuż przede mną.
Ucieszyłam się trochę zbyt wcześnie, bo parę kroków za domkiem letniskowym, na podwyższeniu, wjechałam w rozmokłe bagienko pełnym poślizgiem buta, straciłam równowagę i resztę drogi z górki pokonałam, zjeżdżając na czterech literach.
Dobrze, że spodnie miałam ciemne, bo byłby przypał tak wracać przez wioskę.
Pozbierałam się, otrzepałam z ziemi i poprzeklinałam pod nosem, bo błoto było zimne, mokre i nieprzyjemnie lepkie. Na wszelki wypadek wyjęłam fulguryt z plecaka i wsunęłam go do kieszeni kurtki. Na trawie oczyściłam też buty - w końcu nie mogłam sobie pozwolić na brak przyczepności, gdyby przyszło mi stanąć teraz do walki.
Przed wizytą u Brzezina rozważałam jeszcze, czy nie zadzwonić do Witka - tak na wszelki wypadek, gdyby coś mu się odwidziało i postanowił zainteresować się życiem naszych podopiecznych - ale po namyśle stwierdziłam, że nie będę siać paniki, bo jeśli okaże się, że chodzi o kłótnię pająków czy honor utopców, to następnym razem Witek tym bardziej nie weźmie mnie na poważnie.
Weszłam na pomost, a gdy od strony jeziora dotarł lodowaty wiatr, przeszywający mnie na wskroś, raz jeszcze pożałowałam, że wybrałam drogę na skróty.
Chwilę później jednak przestałam o tym myśleć.
Brzezin nie kazał na siebie długo czekać. Dziesięć minut dla szefa jeziora to nie jest długo. Czy zdarzało mu się przychodzić szybciej? Owszem. Czy czas oczekiwania był w jakikolwiek sposób zależny od tego, jak pilna była sprawa? Zupełnie nie.
Pomarszczona od wiatru tafla wody zadrżała, rozstąpiła się jak przed Mojżeszem, a z głębin jeziora wymaszerował wodnik. Wyszedł z wody i stanął przede mną na pomoście. Na wszelki wypadek cofnęłam się o krok, bo ociekał wodą, a pod jego stopami szybko wykwitała kałuża.
- Pani Ted. - Skłonił mi się. - Dziękuję, że pani przybyła, choć na przyszłość nie chciałbym znowu tyle czekać. To ważne. Wie pani, że to ważne, bo inaczej nie pokwapiłbym się do kwater wieśniaków.
- Mam szkołę, musisz ustawić się w kolejce.
- Twoje obowiązki Welesówny powinny zawsze mieć pierwszeństwo.
Przechyliłam głowę. Nie miałam zamiaru angażować się w tę dyskusję. Jestem silna, jestem ponad to, jestem spokojnym płatkiem śniegu, który nie wdaje się w byle pyskówki, powtarzałam w myślach, zaciskając i rozluźniając dłonie. Tym, co tak naprawdę przekonało mnie do porzucenia myśli o wprawieniu pięści w ruch - co, chciałabym zaznaczyć, było postępem, bo zwykle pięści zaczynały robotę, a mózg dopiero odkrywał, co się dzieje - był rozmiar Brzezina i szerokość jego ramion. I wszystkie mięśnie, na których mogłabym się uczyć anatomii. Nie że w nieprzyzwoity sposób, wyłącznie ze względu na to, jak wyraźnie były zarysowane.
- No to co się stało?
- Moje podopieczne zaginęły.
Czekałam na ciąg dalszy, a Brzezin czekał na moją reakcję i pewnie czekalibyśmy sobie tak jeszcze długo, bo ja po siedmiu lekcjach nie miałam już siły na dalsze zdobywanie wiedzy.
- Rusałki - dodał w obliczu braku mojej aktywności. - Dwie rusałki. Adela i Sabina. Normalnie przebywają w północnym rejonie jeziora, w swoim lęgowisku, razem z jeszcze kilkoma dziewczętami. Tam jest świetne miejsce na polowanie latem, dużo młodych chłopaków chodzi się kąpać za gospodarstwo Bryskich. Ale zimą moje dziewczęta całymi dniami śpią.
Zmarszczyłam brwi. Od wody ciągnęło zimną wilgocią, pod stopami trzeszczał mi zbutwiały pomost i nawet wciskanie dłoni głęboko w kieszenie nie chroniło ich przed lutowym chłodem. I choć postronny turysta nie zauważyłby może różnicy między listopadem a lutym na Mazurach, bo było tu tak samo szaro, błotniście i ponuro, to ja tę różnicę czułam.
Czułam ją w potrzebie chowania dłoni w kieszenie i marzeniu o ciepłej herbacie.
W przemijającej woli do życia też ją czułam.
- Naprawdę nie musisz tłumaczyć mi, jak funkcjonują rusałki - powiedziałam, pociągając nosem.
Nie dlatego, że tak mnie wzruszył los morderczyń, po prostu miałam katar.
- Muszę. Rusałki spały przez wiele dni, więc nie wiemy, jak dawno temu zaginęły Adela i Sabina. To mogło być wczoraj, ale mogło być tydzień temu. Dlatego jest to tak ważne.
Potrząsnęłam głową.
- Nie rozumiem. Czy nie są dorosłe? Nie mogą... Nie wiem, wyskoczyć do znajomych do jeziora w Grabiszycach?
- Rozpytaliśmy. Nikt ich nie widział.
- Ale sam mówiłeś, że zimą wszyscy tylko śpią.
Nie byłam pewna, czy mogę brać to zaginięcie na poważnie. Gdy zaginęła moja przyjaciółka, okazało się, że to jedynie cwany plan Welesa, by zagonić mnie do roboty. Martynie pomogłam, ale w sumie dałam się jej zmanipulować i przyłożyłam rękę do usiłowania zabójstwa wikarego. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby zaginięcie Adeli i Sabiny było tą samą sztuczką, tylko w wersji uno reverse i miało na celu zagnanie do roboty Kościkiewicza.
- To poważna sprawa, pani Ted.
- Nie ściemniasz mi? - zapytałam ostrożnie.
Brzezin pokręcił głową.
- Nie.
- Nie próbujesz mnie wmanipulować w wojenkę, którą powinniście sami naprostować?
- Pani Ted!
Wodnik machnął dłonią. Poczułam kropelki wody na policzkach.
- Wiem o stronnictwie między utopcami i wiem, że kombinują, jak przeprowadzić wybory na nowego szefa jeziora - wyjaśniłam. - Po prostu muszę mieć pewność, że nie próbujecie mnie zrobić jak jakiejś naiwnej nastolatki. Znowu.
Wiatr szalał, jakby miał płacone za dręczenie mieszkańców Brzózki, więc przenieśliśmy się do stojącej nieopodal wiaty. Schowałam fulguryt do plecaka, w którym na dnie zauważyłam jedną rękawiczkę Oskara. Jak się tam znalazła? Nikt się tego nigdy nie dowiedział. Pary do tej rękawiczki szukaliśmy jeszcze potem wielokrotnie, ale nie została odnaleziona, co z perspektywy czasu można brać za symbol tego, jak dobrze idzie mi poszukiwanie zaginionych bytów. Na razie jednak skorzystałam z uprzejmości losu i założyłam rękawiczkę na zziębniętą dłoń.
- Sytuacja jest niekorzystna - przyznał Brzezin. - Słyszę szumy o buncie, które niosą się nad taflą wody. Prowadzę rozmowy, przekonuję do swoich racji, ale... Wszystko zmieniło się po sprawie z Martyną. Rusałki stały się bardziej czubate. Utopcy ostrożniejsi. Wczoraj pająki powiedziały mi, że jeden z demonów chce mnie wyzwać na pojedynek... Mówią, że nie potrafię zapewnić im opieki, i może mają rację? Sprawuję rządy na tych wodach od prawie dwustu lat. Jestem już stary. Pani Ted, co jeśli ja naprawdę nie powinienem już się tym zajmować?
Zaczęłam panikować.
Jest coś przerażającego w pocieszaniu dorosłych, jakiś prawie namacalny koniec dzieciństwa, kres niewinności. Przez pierwszych kilkanaście lat życia człowiek myśli, że dorośli wszystko potrafią, wszystko mają ogarnięte, i nagle odkrywa... że nie.
Że nikt nie ogarnia.
Za tym idzie konkluzja, że nieogarnięcie to nie jest stan przejściowy, a po niej traci się nadzieję, że pewnego dnia nareszcie człowiek wszystko zrozumie i nauczy się dobrze żyć. Że wszystko będzie pięknie.
Nie byłam na to gotowa w pierwszy poniedziałek po feriach.
- No, a emerytury jakiejś tam nie masz? - spytałam zachęcająco.
- Emerytury?
Zastanowiłam się.
- Czy nie możesz abdykować? Zrzec się szefostwa? Przejść na permanentny urlop?
Mokre cielsko wodnika wypełniało wiatę. Gdy Brzezin schował twarz w dłoniach, a moje policzki spryskała woda, pożałowałam ewakuacji znad jeziora.
- Przestać być panem jezior? - upewnił się.
- Właśnie.
- Jedyny sposób, by zrzec się władzy, to umrzeć - wyjaśnił. - Czy to naturalnie, czy w wyniku pojedynku, na który wyzwać mnie może każdy, kto chce przejąć władzę w jeziorze. Nieważne, kto mnie wyzwie, nie wolno mi odmówić.
- No to dobrze, że tak pracujesz nad mięśniami - stwierdziłam pokrzepiająco. - Więc mówisz, że jeśli nie znajdę tych twoich zaginionych rusałek, grozi nam wojna, rewolucja i wprowadzenie gilotyny?
Brzezin uniósł głowę i spojrzał na mnie z zakłopotaniem. W zielonych oczach błysnął niepokój. Przypomniały mi się usłyszane parę miesięcy temu słowa, że Witek zawsze mówił do demonów tak, żeby go rozumiały.
No cóż, ja nie.
- Gilo-co?
- Nieważne, nie martw się tym. - Machnęłam dłonią. - Poszukam twoich rusałek.
Zebrałam już wszystkie potrzebne informacje, zrozumiałam stawkę, o którą toczyła się gra, wszystko miałam obcykane na medal. Witek by sobie lepiej nie poradził - choć będzie miał szansę się wykazać, bo prędzej umrę, niż zachowam informację o tym śledztwie dla siebie.
Podniosłam się i założyłam plecak.
- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale wpadnę do ciebie za parę dni i obejrzę lęgowisko rusałek - obiecałam. - Na filmach zawsze zaczynają od oględzin miejsca zbrodni. To jest, o ile wcześniej same nie wrócą. Może po prostu imprezują, prawda?
Brzezin nie wstał z ławeczki. Przyglądał mi się z niepokojem, marszcząc zielone brwi.
- Pani Ted, rusałki bez wody ze swojego jeziora szybko umierają - powiedział.
Być może słyszałam w jego głosie dezaprobatę, być może ją sobie wyobraziłam. W każdym razie zasłużyłam. Trudno będzie mi prowadzić śledztwo z takimi lukami w wiedzy na temat moich podopiecznych.
- Co?
- Adela i Sabina nie opuściły tego jeziora z własnej woli. To zwyczajnie niemożliwe. Rusałki bez swojej wody umierają, więc moje dziewczęta nie mogłyby tego zrobić dobrowolnie, chyba że chciały umrzeć.
Co to ja mówiłam o zebraniu wszystkich potrzebnych informacji?
Sprawa była poważniejsza, niż sądziłam.
Maszerowałam drogą wzdłuż jeziora, która kilka metrów dalej łączyła się z główną drogą wiodącą do naszego liceum. Gdybym wcześniej pomyślała, to właśnie tędy poszłabym po szkole na spotkanie z Brzezinem, a moje spodnie nie byłyby teraz przesiąknięte wilgocią i sztywne od błota.
Intensywnie zastanawiałam się nad rozwiązaniem zagadki zaginięcia Adeli i Sabiny, jednak miałam w głowie pustkę. To znaczy miałam w głowie wiele myśli, ale żadnych na temat zaginięcia rusałek. Myślałam na przykład, jak łatwo znikają demony w Brzózce. I że gdybym była bogata, to bym im kupiła urządzenia śledzące na kostkę, jak amerykańskim kryminalistom. Albo chipy pod skórę, jakie wszczepia się miastowym psom. Tyle możliwości!
Myślałam też, choć trochę mniej, że w świecie demonów brzózkowych dużo się dzieje. Więcej, niżbym się spodziewała po kilkusetletnich bytach. I że ciekawe, czy ma to jakiś związek z powołaniem mnie do roboty, czy wcześniej też się tyle działo. Bo jeśli tak, to rozumiałam, czemu Weles tak nalegał na aktywizację swojej Welesówny. Nie aprobowałam technik aktywizacji, ale rozumiałam powody.
Doszłam na skrzyżowanie z drogą do liceum. Było całkiem pusto, nie licząc jakiegoś chudzielca, który urwał się chyba z podstawówki. Rzeczony chudzielec zauważył mnie, zamachał z oddali i wtedy rozpoznałam w nim znajomą postać.
- Co ty robiłeś w szkole tyle czasu? - spytałam, gdy Maurycy do mnie doczłapał.
Chłopak uśmiechnął się szeroko. Okulary miał zaparowane od przyśpieszonego oddechu, a z głowy zjeżdżała mu czarna czapka. Z bliska nie wyglądał na ucznia podstawówki, mój błąd. Z bliska wyglądał jak ofiara klęski żywiołowej.
Co na upartego można podciągnąć pod dorastanie.
- Zagadałem się z dziewczynami z naszej klasy w szatni - obwieścił wesoło, jakby plotkowanie z Anetą stanowiło dla niego powód do dumy. - A potem musiałem się cofnąć, bo zapomniałem odnieść świadectwa do sekretariatu.
Głupio byłoby nie wracać ze szkoły razem, skoro i tak szliśmy w jednym kierunku, więc ruszyliśmy powoli przed siebie. Jeśli Maurycy zauważył katastrofę, która spotkała mnie na górce za domkiem letniskowym, to słowem tego nie skomentował.
- Opowiadały mi o tobie - dodał chłopak z niepokojącym entuzjazmem.
Na wolności zachowywał się zupełnie inaczej niż w szkole, co chyba nie powinno mnie dziwić, bo kto nie byłby zahukany i wystraszony pierwszego dnia w nowym miejscu, w otoczeniu dwudziestu obcych, zżytych ze sobą nastolatków. Maurycy szedł obok mnie lekko, niemal podskakując, a na pryszczatej twarzy miał szeroki uśmiech.
- Już się boję - mruknęłam. - Na wszelki wypadek cię uprzedzę. Wszystko, co powiedziały ci dziewczyny na mój temat, jest prawdą.
- Bijesz się jak chłopak - poinformował mnie Maurycy.
- Biję się jak dziewczyna - poprawiłam go, bo nie miałam zamiaru utwierdzać szkodliwych stereotypów.
Dziewczyny też mogą się bić. Co prawda te normalne raczej tego nie robią, bo mają inne metody rozwiązywania konfliktów, ale nie można zaraz mówić, że biję się jak chłopak. Mogłabym się założyć, że jeden na jednego załatwiłabym większość chłopaków z mojej klasy. No dobrze, przynajmniej, dopóki nie weszliśmy w okres dojrzewania. Teraz przetrzepałabym cztery litery tylko połowie towarzystwa.
- Dziewczyny powiedziały mi, żeby na ciebie uważać, bo potrafisz nieźle przyłożyć.
- Dramatyzują. Nie pobiłam nikogo od podstawówki.
To znaczy jeśli chodzi o ludzi, ale to o tym mówiły moje koleżanki.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wylądowaliśmy w jednej ławce - paplał chłopak. - Dokładnie kogoś takiego jak ty mi potrzeba, żeby przeżyć resztę szkoły w spokoju. Spadłaś mi z nieba.
Spojrzałam na niego podejrzliwie i na wszelki wypadek z lekkim niesmakiem.
- Niepokoisz mnie.
Dobrze, że do kolejnego skrzyżowania, koło figurki, zostało nam już tylko kilkanaście metrów. Cieszyłam się szczęściem Maurycego, naprawdę, ale mógł to szczęście przeżywać w samotności, nie musiał się zaraz tak obnosić.
A może jednak...?
- Nie, czekaj, daj mi to wszystko wyjaśnić. - Maurycy zreflektował się na widok mojej miny. - Ja jestem kujonem. Nie będę się wypierał, urodziłem się kujonem i pewnie kułbym do śmierci, gdyby była taka możliwość, bo mam z tego przyjemność i lubię się uczyć. Ale chłopcy, szczególnie na wsi, nie lubią kujonów.
- Okej?
Skłamałabym, mówiąc, że wiedziałam, dokąd z tym zmierzał.
- Więc ty mi pomożesz.
- Jeśli chcesz ochroniarza, to nie są tanie usługi - zażartowałam.
Maurycy zacisnął usta i potrząsnął głową, a do mnie powolutku i z oporami zaczęło docierać, że trafiłam w dziesiątkę, że właśnie o to mu chodziło.
- Raczej bufora - tłumaczył. - No wiesz, towarzystwo na przerwach i do ławki, żeby nie być całkiem odciętym od społeczności klasowej, ale też nie musieć wkładać w to żadnego wysiłku. Nie powinno ci to robić wielkiej różnicy, i tak nie masz znajomych.
Prychnęłam z oburzeniem, bo jak on śmiał tak śmieć?
I w dodatku miał rację.
- Bezczelny jesteś.
- Wiesz, że mówię prawdę. Dziewczyny mi powiedziały, że jesteś trochę dziwna.
Zmrużyłam oczy.
- Jak na kogoś, kto chce ze mnie zrobić swojego ochroniarza, jesteś na dobrej drodze, żeby dostać w nos.
Doszliśmy do figurki. Powinnam była krzyknąć "Cześć!" i odbić w lewo, zanim Maurycy zdążyłby mnie zatrzymać - on szedł w stronę wioski, w przeciwnym kierunku. Naprawdę powinnam była. Ale... Maurycy okazał się całkiem zabawny. Przynajmniej jak na kujona, który w każdym zdaniu niechcący mnie obrażał.
Przystanęliśmy na chodniku.
- Ale ja też jestem dziwny. Widzisz, jesteśmy stworzeni dla siebie.
Może jednak powinnam zachować zasadę ograniczonego zaufania.
- Mam gaz pieprzowy w plecaku - ostrzegłam go.
- A ja chłopaka.
Przechyliłam głowę.
- Nie zarywasz do mnie? - upewniłam się i westchnęłam z ulgą. - Rany, trzeba było tak od razu. Co ty chcesz w takim razie?
Maurycy rozpromienił się na nowo.
- Barter. Trzymasz się ze mną w szkole, a w zamian za to ja pozwolę ci spisywać wszystko na sprawdzianach. Wszystko. Przyda ci się. Wiem, że nie ogarniasz.
Rozchyliłam usta z wrażenia.
- Wszystko? - powtórzyłam.
- Prace domowe też. A jestem kujonem, więc wiesz, że możesz na mnie liczyć.
Wolno wypuściłam powietrze. Czy byłam gotowa się tak sprzedać?
Mama jeszcze tego nie wiedziała, ale na następnej wywiadówce odkryje kilka niefortunnych ocen, które wpadły do dziennika tuż przed feriami. Gdyby tak udało mi się je czymś odratować...
Oczywiście gdybym mogła wybierać, wolałabym, żeby Zuza wróciła. Mało tego, miałam zamiar aktywnie ją do tego namawiać przy następnym spotkaniu (i każdym kolejnym też). Tęskniłam za przyjaciółką. Tęskniłam za Zuzią i jej suchymi żartami, które nikogo poza nami nie bawiły. I nie widziałam w jej roli Maurycego.
Nie, to byłaby wymiana biznesowa. Czysty interes, przynoszący korzyści nam obojgu. Druga prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać, zaraz po powrocie Zuzy do liceum w Brzózce.
No więc odpowiadając na pytanie, czy byłam gotowa się sprzedać...
Oczywiście, że tak.
Gdyby Weles złożył mi podobną propozycję, ostatnie dziesięć lat spędziłabym na bieganiu po polu i łapaniu zbuntowanych demonów.
- Umowa stoi - powiedziałam zdecydowanie.
By przypieczętować porozumienie, uścisnęliśmy sobie dłonie.
Miałam ambitne plany na następnych kilka dni:
Znaleźć zaginione rusałki. Naprawić Witka. Wykuć funkcje na poprawę sprawdzianu.
Wszystko to jednak posypało się jeszcze tego samego popołudnia, niedługo po przyjściu do domu. Do zamknięcia salonu i powrotu mamy z pracy mieliśmy jeszcze godzinę, ale na kuchence stał już garnek zupy, a Nika i Oskar urzędowali na chacie, jakby rodzicielski gniew był im niestraszny.
Oskar czekał w progu kuchni.
- Ja nie jestem za to odpowiedzialny - powiedział, ledwie mnie zobaczył. - To nie moja wina. Ja miałem tylko pilnować, żeby się nie zabiła.
Zmrużyłam oczy. Już po samym takim wstępie wiedziałam, że wkrótce zobaczę coś, co mi się nie spodoba.
- To nieprawda, Oskar mi pomagał! - zawołała moja siostra z kuchni.
- Ale już nie muszę, bo Ted wróciła - powiedział szybko chłopak i wystrzelił po schodach na piętro.
Chciałam się przebrać, ciekawość wygrała jednak z rozsądkiem. Zrzuciłam buty i przeszłam korytarzem, zatrzymując się gwałtownie w progu kuchni. Nie miałam odwagi zrobić choćby jednego kroku dalej.
Pomieszczenie przedstawiało sobą obraz nędzy i rozpaczy, z mąką rozsypaną na blatach, meblach i... chyba nawet na żyrandolu? Na stole stała miska, w której dojrzewała niebezpiecznie wyglądająca breja, a pod oknem Kropka wsuwała coś pośpiesznie - tak pośpiesznie, jak to robią psy przyłapane na gorącym uczynku.
- Robiliśmy z Oskarem pierniczki - wyjaśniła Nika. - Chcesz też?
Gdy mama wróciła z pracy, zastała kuchnię w nieskazitelnym stanie. Stół był nakryty, zupa odgrzana i nigdy nie wyjdzie na jaw, jak z szafki zniknął cały kilogram mąki pszennej - starannie usunęłyśmy z Niką wszystkie dowody zbrodni.
- Mamooo, a pan Wituś nie wraca po wakacjach do szkoły - poskarżyła się Nika, gdy tylko mama usiadła za stołem. - Tak mówiła pani Tereska. Czy to prawda?
- Ojej, to straszne - mruknęła mama, operując chochelką, ale coś innego zaprzątało jej głowę.
Milczałam. Oczywiście słyszałam już wcześniej, że Witek został zatrudniony tylko na rok, choć w Brzózce różnie gadali, nie było wiadomo, czy to on nie chce siedzieć na zesłaniu dłużej, czy dyrektorka znalazła kogoś innego na jego miejsce.
Ja w każdym razie z całych sił starałam się udawać, że nic mnie to nie obchodzi.
- Może Tosia będzie wiedziała, czy to prawda - dodała mama.
Zdziwiłam się tak naturalnie, wdzięcznie i przekonująco, że z miejsca zaczęłam rozpatrywać swoje szanse na karierę aktorską.
- Ja?! A niby skąd? Nic nie wiem. Nic.
Problem w tym, że ta trójka znała mnie od lat. I choć ledwo tolerowaliśmy się przez większość życia, nie było w Brzózce ludzi, którzy wiedzieliby o mnie więcej.
- Czy to prawda, że pan Wituś dał kosza Ted? - dopytywał Oskar. - Bo tak gadali.
- Kto tak gadał?
- Pan Wituś dał kosza Ted? - powtórzyła w szoku Nika.
- Kto tak gadał?! - naciskałam.
Oskar nareszcie zauważył, jak się wkopał.
- Nikt nie gadał - powiedział ze zdziwioną miną. - O czym ty mówisz, Ted?
- A mogłabyś go poprosić, żeby został, Ted? - dopytywała Nika.
- Zupę jedz, bo ci stygnie - mruknęłam w odpowiedzi.
Przy stole panował rozgardiasz, a mama milczała. Milcząca mama to generalnie nie jest dobry znak, a już w ogóle, gdy wspomniana mama jest kosmetyczką. Kosmetyczki milkną tylko na łożu śmierci. Albo wtedy, gdy są całkowicie zaabsorbowane jakimś problemem, którego nie mogą rozgryźć.
Tym problemem - miałam jakieś przeczucie - byłam ja.
Odkąd się urodziłam, ale wydawało mi się, że ostatnio trochę się polepszyło. Przynajmniej próbowałam nie zawracać jej głowy bardziej, niż to było konieczne. Oceny miałam... Cóż, umiarkowane, ale przecież sama powtarzała mi od dziecka, że oceny o niczym nie świadczą, bo liczy się matura.
- Słyszałam, że masz nowego kolegę w klasie - zagadnęła w końcu znad pomidorowej.
Gdyby to był ktokolwiek inny, wzięłabym to za grzeczne zagajenie rozmowy, ewentualnie próbę uciszenia Niki, nadal przeżywającej zniknięcie jej ulubionego nauczyciela. Ale to była mama.
Badała teren. Zapuszczała żurawia.
Ciekawe, co zdążyła usłyszeć na jego temat w zakładzie, bo jestem przekonana, że w Brzózce mówiono o nim w każdym domu.
- My dzisiaj rysowaliśmy zamki na świetlicy - wtrąciła się Nika, która nigdy nikogo nie słuchała, ale z przyjemnością opowiadała o swoim ekscytującym życiu.
- Tak, Maurycego - przytaknęłam. - Pewnie wiesz o nim więcej niż ja. Siedzimy razem i jest chyba dość znośny jak na warszawiaka. Oskar, co dzisiaj robiłeś w szkole?
Oskar podskoczył w miejscu, a telefon, w którym próbował dyskretnie coś wystukać, spadł na podłogę. Mój brat posłał mi mściwe spojrzenie.
- Odłóż to - poleciła odruchowo mama.
- Przepadł nam angielski, bo mieliśmy próbę apelu - zameldował brat. - Potrafię już swoją rolę bezbłędnie, wyrecytować ci, mamo?
- To miło, kochanie. A jak tam ta trójka z matmy, poprawiłeś już?
Mój brat posłał mi spojrzenie, które mówiło, jak bardzo pożałuję wystawienia go na świecznik, ale co mogłam zrobić? Od tego są młodsi bracia, żeby ich składać w ofierze rodzicom.
- W zasadzie... zdecydowałem, że nie będę... No, nie będę jej poprawiać. Trójka z matematyki mnie zadowala. To był... No, to był trudny dział. Czasem trójka też jest w porządku.
- A ja dostałam piątkę! Za piosenkę - pochwaliła się Nika, po czym wydłubała z zupy kawałek mięsa i rzuciła go pod stołem psu.
Mama i Oskar mierzyli się wzrokiem. Mama rozchyliła usta i je zamknęła, i znów rozchyliła. Czekaliśmy na tyradę o braku ambicji mojego brata, ale ta nie nastąpiła.
- Rozumiem - skwitowała i znów odwróciła się do mnie. - Pani Hela do mnie dzwoniła, kochanie.
Oskar westchnął z ulgą tak głośno, że Kropka - do tej pory leżąca pod oknem - podniosła łeb i przechyliła go z zaciekawieniem. Tymczasem ja spuściłam wzrok w talerz zupy i zgarbiłam się, by zajmować przy stole jak najmniej miejsca. W myślach robiłam listę moich szkolnych występków. Listę częściowo rozmytą, bo kto by pamiętał, co się działo dwa tygodnie temu. Czyżby chodziło o to, że się dziś spóźniłam? Ale to nie był pierwszy raz.
- Tak? - spytałam ostrożnie.
A tak pięknie się ten poniedziałek zapowiadał... Tak do ósmej rano, do pierwszego dzwonka, od kiedy dzień zaczął lecieć na łeb, na szyję.
Mama nie uśmiechała się tyle, co zwykle. W zasadzie nie uśmiechnęła się od wejścia do domu, a było to dziwne, bo pierwszy raz od rana widziała trójkę swoich ukochanych dzieci, jak można się nie uśmiechać na taki widok?
- Ja skończyłam zamek pierwsza... - nawijała Nika. - Ja wam muszę pokazać, bo ten zamek, co mi wyszedł, to był taki zamek, że ojej. Julka aż mi zazdrościła.
Bez uśmiechu mama wyglądała szaro, jakby była bardzo zmęczona. Z pewnością zresztą była, kto by tam miał siłę wojować na plotki z miejscowymi paniami przez cały dzień.
Z pewnością nie była zmęczona posiadaniem najstarszej córki.
Prawda?
Poczułam, jak pocą mi się dłonie.
- Tosia, pani Hela mówi, że złapałaś parę słabszych ocen. Parę naprawdę słabych ocen. Szczególnie słabo idzie ci z matematyką. Niektórzy nauczyciele skarżą się, że jesteś nieprzytomna, jakbyś się nie wysypiała.
Westchnęłam z ulgą, bo bałam się, że słyszała, co chlapnęłam w łazience na temat Weroniki, nie wiedząc, że Weronika siedziała w tym czasie na tronie. Była z tego zasłużenie niezła afera i co się naprzepraszałam, to moje. Ale oceny? Przecież już naprawiłam ten problem poprzez przypieczętowanie umowy z Maurycym. Trzymałam rękę na pulsie! No dobrze, dopisało mi szczęście, ale dzięki temu miałam wszystko pod kontrolą.
Musiałam tylko przekonać o tym mamę.
- Ja to poprawię, przysięgam - zapewniłam ją. - Ułożyłam już plan.
Oskar ewidentnie miał nadzieję znaleźć się gdzieś daleko od kuchni, więc ledwie jego łyżka brzdęknęła w porcelanowe dno, poderwał się od stołu.
- Oskar, siadaj.
Mama była bardzo spokojna, a im bardziej spokojna była, tym bardziej mnie to martwiło. Nawet Nika przestała opowiadać o zamkach na świetlicy, a w wieku dziewięciu lat rzadko kiedy zawracała sobie głowę tym, co czują inni. Ona zagadałaby na śmierć nieumarłego.
Mój brat posłuchał. Opadł na krzesło, spuścił wzrok, i jak go znam, robił zapewne rachunek sumienia dotyczący najświeższych występków i tego, który z nich wyszedł na jaw. Coś musiało, skoro nie mógł wyjść z kuchni.
Miałam nadzieję, że szybko zmienimy temat.
- Podobno... - zaczęła znów mama.
- Jestem po prostu zmęczona - przerwałam jej. - Mam ostatnio naprawdę dużo nauki, wiesz? Zadeklarowałam się wstępnie na rozszerzenie z biologii i polskiego, i naprawdę, naprawdę jestem zasypana zadaniami. Nie mam tyle czasu, ile potrzebuję.
- Ale na spotkania z panem Kościkiewiczem masz czas? - spytała, po czym wsadziła do ust ostatnią łyżkę zupy.
Teraz byłam już jedyną osobą przy stole, która nadal jadła, więc musiałam grać na czas.
- Pan Kościkiewicz daje mi korki z matematyki i tylko dzięki niemu zaliczam wszystkie poprawy. Wiesz, że to prawda. Poza tym widuję się z nim na godzinę, raz w tygodniu. No i wyszłam raz czy dwa z Zuzą, bo były ferie. Muszę czasem wychodzić, inaczej oszaleję.
Mama westchnęła.
- Wiem, że się starasz, Tosia. Właśnie dlatego potrzebujemy w naszym domu pewnych zmian - stwierdziła, a Nika i Oskar wytrzeszczyli na nią oczy jak karpie na tłuczek, który za moment rozwali im łby. - Do matury, Tosiu, nie będziesz pracować w zakładzie. Zastąpi cię Oskar.
- No chyba nie - zaprotestowałam odruchowo.
- No chyba nie! - oburzył się mój brat. - Nie będę się babrał w mazidłach.
Nika westchnęła i położyła brodę na stole. Jej dłoń opadła na głowę Kropki, która w ramach okazywania wsparcia moralnego przeniosła się pod nogi mojej siostry. Tymczasem ja i Oskar zaczęliśmy mówić jedno przez drugie, próbując wyjaśnić, jak tragiczny był pomysł mamy. Gdy zabrakło nam argumentów i nawet Nika wydawała się przytłoczona dyskusją, mama powiedziała głosem spokojnym, jakby mówiła o popołudniowej herbatce:
- Oskar, to tylko kilka godzin w tygodniu. Nie musisz się w niczym babrać, możesz sprzątać i prowadzić kalendarz. Znajdę ci zajęcie. Tosia, do lipca nie chcę cię widzieć w pobliżu zakładu. Będziesz miała więcej czasu na naukę. A jeśli dalej będzie ci szło tak topornie, porozmawiamy o tym, co jeszcze możemy zrobić. Potrzebujesz korepetycji z tej biologii? Jesteś pewna, że... pan Kościkiewicz cię uczy?
- Jedyne, co robi, to uczy mnie matematyki - powiedziałam ponuro.
- Mamo... - jęknął Oskar.
Nie wierzyłam. Zostałam wyrzucona z pracy... przez własną matkę? Ale ja uwielbiałam zakład i ona dobrze o tym wiedziała. Co to są dwa popołudnia w tygodniu, przecież to tyle co nic! No i zwykle miałam ze sobą jakąś lekturę, żeby rzucać na nią okiem między klientkami.
Panie przychodzące do zakładu też mnie lubiły i z chęcią dzieliły się soczystymi kąskami, usłyszanymi w kolejce do fryzjera i w warzywniaku Maciejewskiej (oczywiście z cenzurą dla nieletnich, o czym dowiedziałam się dopiero niedawno, gdy wyszła na jaw sprawa z wikarym i panią Martyną).
Potrafiłam pogodzić maturę, pracę kosmetyczki i opiekę nad demonami.
Tłumaczyłam mamie to wszystko (poza byciem Welesówną), podczas gdy Oskar przytakiwał mi gorączkowo, w pierwszym tego roku zrywie pozytywnych uczuć wobec swojej starszej siostry.
- Nie zmienię zdania, Tosia - powiedziała sztywno mama. - Wczoraj przez pół godziny słuchałam monologu pani Heli na temat przymuszania nieletnich do pracy. Zakwestionowała to, czy aby na pewno jestem dobrą matką.
- I przejmujesz się jej opinią? - spytałam z rozpaczą.
Mama westchnęła.
- Nie, Tosia, ja po prostu nie mam siły walczyć z kolejną falą plotek. To ostateczna decyzja, do salonu możesz wrócić latem. Wiesz, jak to mówią, ręce pełne, głowa pusta. Mam wrażenie, że od pewnego czasu twoje ręce są zbyt pełne. Najwyższa pora z czegoś zrezygnować.
Zamknęłam się w pokoju, a członkowie mojej rodziny litościwie dali mi spokój. Tego wieczoru w domu Matejczyków panowała grobowa atmosfera. Oskar opłakiwał tragiczną przyszłość przed ekranem komputera, Nika wcisnęła się w kąt pod oknem w sypialni rodziców, w ostatnio jej ulubionym pomieszczeniu do czytania, a mama puściła cicho nowy odcinek telenoweli.
No i byłam jeszcze ja.
Usiadłam z podręcznikiem od fizyki na łóżku i skrzyżowałam nogi. Zostałam sama z myślami, które przy najmniejszym hałasie próbowały się ewakuować z pokoju. Nie mogłam się skupić. Potrzebowałam chyba trochę czasu, by przetrawić fakt, że wylądowałam na bezrobociu.
Częściowym bezrobociu, bo z opieki nad demonami też mnie jeszcze mogli wykopać. To znaczy Weles mógłby, gdyby nie wyłączył telefonu. Abonent był czasowo nieosiągalny, mimo że nie miałabym nic przeciwko odrobinie wsparcia w ciężkich chwilach. Z pewnością Weles wiedziałby, gdzie przepadły Alina i Balbina, czy jak im tam szło, pochwaliłby mnie za kreatywność w ściąganiu olsztyńskiej południcy na mazurskie ziemie i pocieszyłby po utracie pracy.
Gdyby tylko zachowywał się, jak na przyzwoitego ojca przystało.
Nie żebym miała w tym względzie jakieś doświadczenie; mój ojciec pracował w Warszawie i pojawiał się w domu wyłącznie co drugi weekend, więc w relacjach z ojcami miałam głównie niespełnione oczekiwania.
- Welesie - szepnęłam.
Książka zjechała mi z kolana prosto na podłogę, co ledwie zauważyłam.
- Welesie! - syknęłam trochę głośniej.
Czy mogłabym się wydrzeć na całe gardło? Z miłą chęcią. Gdyby to ode mnie zależało, włożyłabym w te wrzaski całą frustrację płynącą z bycia osiemnastoletnią dziewczyną, a możecie mi wierzyć na słowo, że osiemnastoletnie dziewczyny mają jej w nadmiarze.
Ale mama siedziała na dole, więc byłoby trochę głupio.
- Welesie! - zawołałam półgłosem.
I właśnie w tym momencie coś z hukiem rozbiło się o moje okno.