ROZDZIAŁ PIERWSZY
Każda nastolatka myśli, że jest wyjątkowa, ale ja naprawdę miałam ku temu niezłe przesłanki. Bóg śmierci i bydła we własnej osobie udawał, że mu na mnie zależy, i dopiero w lutym odkryłam, jaka to była całkowita ściema.
Przyznaję, moje ego potrzebowało chwili, żeby się po tym pozbierać.
A co było jeszcze gorsze? Weles urządził to całe przedstawienie dla Witka. Dla innego faceta. Potrzebował Witka tak bardzo, że gdy chłopak popełnił karygodny błąd i podjął decyzję niezgodną z preferencjami boga, ten prawie wyszedł z siebie, by uchronić go przed konsekwencjami własnych działań.
A że przypadkiem odbyło się to moim kosztem? Drobiazg.
Przez ostatnich parę miesięcy, odkąd zrezygnowałam z korepetycji u niego, widywałam Witka rzadziej. Jasne, dalej umawialiśmy się na wspólne patrole i wpadaliśmy na siebie w podstawówce, gdy odbierałam Nikę, ale ogółem dobrze działało mi na głowę to, że nie widywałam go celowo. Poza moim obitym ego istotny był też fakt, że nastąpił lipiec, czyli ostatni miesiąc Witka w Brzózce. A kto by chciał się przywiązywać do człowieka, który zaraz weźmie i zniknie, prawda? Ja nie mogłam się do niego przywiązać.
A przynajmniej nie bardziej, niż już to zrobiłam.
Poza tym byłam strasznie zajęta. Na przykład parę godzin temu demony poinformowały mnie, że w lesie za domem pani Leonki grasują dzikie wiły. Skąd się wzięły i co poza grasowaniem robiły? Nikt nie wiedział albo nie chciał mi powiedzieć - brak kości kurczaka pod ręką stawiał mnie w tych dyskusjach na z góry przegranej pozycji. Uznałam jednak, że wypada to sprawdzić, i o północy wymknęłam się z domu, korzystając z nowo otrzymanej wolności. W tym tygodniu spotkało mnie największe błogosławieństwo dostępne osiemnastoletniej dziewczynie, czyli wakacje.
Przysięgam, niewiele więcej potrzebowałam do szczęścia.
Mogłam zaprowadzać sprawiedliwość wśród demonów do trzeciej nad ranem, a potem wracać do siebie i spać beztrosko do południa. Szkoła skończyła się zaledwie tydzień temu, ale Weles mi świadkiem, że już korzystałam z tej swobody w szczytnym celu do oporu.
Zsiadłam z roweru, kiedy ścieżka skręciła w las i poprowadziłam go dalej między drzewa, a piach i kamienie trzeszczały pod kołami. Przystanęłam na skrzyżowaniu. Na prawo ciemno, na lewo również ciemno. Trudny wybór.
Zdecydowałam się na ciemno z prawej i zawołałam półgłosem:
- Czaruś! Leszek!
Ktoś z pewnością kręcił się po okolicy, a mnie w tej chwili bardzo by się przydało jakiekolwiek towarzystwo. Byłam przecież niewinną nastolatką, samiuteńką w lesie pełnym potworów i kompletnie bezbronną. To znaczy poza nożem z fulgurytu, workiem soli, asortymentem butelek z gazem pieprzowym, poświęconym medalikiem z komunii i czerwoną wstążeczką na kostce.
Ach, młotek, taki nieduży, też ze sobą wzięłam.
Jak przystało na letnią noc, w lesie było głośno. W koronach drzew cały czas intensywnie huczało, ćwierkało, trzeszczało i postękiwało. Gdyby ktoś zaszedł mnie od tyłu, istniała możliwość, że nawet bym go nie usłyszała.
Poza tym byłoby miło przynajmniej mieć z kim pogadać.
- Lucynka! - zawołałam nawet w akcie desperacji.
Trzasnęło. Natychmiast przystanęłam. Czy faktycznie usłyszałam coś podejrzanego? Jeszcze przez moment nie byłam pewna, czy mi się wydawało, ale dźwięk się powtórzył: głośny trzask wysuszonego podszycia i następujący po nim jęk. Rozważyłam w myślach wszystkie możliwości i uznałam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie tarzałby się w tym królestwie kleszczy dobrowolnie. Odstawiłam rower, wyciągnęłam z plecaka fulguryt i uniosłam go na wysokość ramienia w pozycji gotowej do ataku.
Pora skończyć z udawaniem bezbronnej nastolatki.
Dopiero niedawno przyznałam przed sobą, że szczerze polubiłam robotę Welesówny. Nie miałam pojęcia, kiedy to się wydarzyło, ale chyba gdzieś zimą. Moich gorących uczuć nie ochłodził ani fakt, że bóg śmierci wykorzystał mnie do załatwienia Witkowi nieśmiertelności, a zaraz potem porzucił, ani też to, że wcześniej spędziłam przecież dobre dziesięć lat na ignorowaniu demonów i buntowaniu się przeciwko moim nietypowym umiejętnościom.
Oczywiście w życiu bym się przed nikim nie przyznała. Po pierwsze dlatego, że jeszcze rok temu z ulgą oddałabym cały ten wielki i magiczny dar. Po drugie, bo byłam nastolatką i generalnie nie miałam zamiaru deklarować publicznie, że lubię cokolwiek, bo było to trochę żenujące. Pewnych rzeczy w moim wieku robić nie wypada.
Coś mignęło mi w oddali, w miejscu, gdzie leśne ciemności częściowo rozpraszało księżycowe światło. Na widok dwóch czarnych sylwetek odruchowo przykleiłam się do pnia i wychyliłam zza niego ostrożnie.
Pośrodku polany stał Witek. Odwrócony do mnie plecami, z dłońmi w kieszeniach, sprawiał wrażenie, jakby wyszedł na spacer, by podziwiać gwiazdy na Mazurach.
Tylko że zamiast gwiazd podziwiał tańczącego demona.
Moje łobuzy dobrze podpowiedziały, że po okolicy grasuje wiła. Była szczupła i wysoka, trochę biała, a trochę bezbarwna, o twarzy uroczej dziewczyny - prawie tak uroczej jak Lucynka, ale pozbawionej lucynkowej parszywości - a gdy tańczyła wokół Witka, jej wielkie białe skrzydła o rozpiętości półtora metra z hakiem migotały w ciemności. Przyglądałam się scenie z uwagą, próbując domyślić się, na co tak właściwie patrzę. Czy ja im przeszkodziłam w schadzce? Wiła kręciła piruety i co jakiś czas lekko dotykała ramion chłopaka.
- Chodź, chodź - syczała. - Zatańcz ze mną, kochany.
Od zeszłych świąt byłam dumną właścicielką bestiariusza słowiańskiego, do którego w ramach powtórki materiału zajrzałam przed wyjściem. Wiedziałam więc, że główną robotą wił było sprowadzanie na ludzi szaleństwa. W bestiariuszu pisano, że wiły najczęściej przybierały postać olśniewająco pięknych dziewczyn o jasnych włosach i oczach błyszczących jak tafla jeziora oświetlona księżycem w pełni, ale w tej książce wszystkie opisy były równie dramatyczne. Poza tym istoty te uwielbiały tańczyć nocami na polanach, a człowiek, który usłyszał ich śpiew, wracał do domu odmieniony - albo bez pamięci zakochany, albo kompletnie obłąkany. Niektóre wiły były tylko złośliwe, inne mściwe, szczególnie gdy ktoś przerwał im zabawę albo próbował odmówić tego, czego od niego zażądały.
Było w tym opisie coś, co mnie zaniepokoiło. Przypomniałam sobie, że parę dni temu zaszłam do salonu kosmetycznego mamy i Róża Leszczyk powiedziała mi, że narzeczony ją zostawił - a jej narzeczony to był Sontowski, i tak jak wszyscy Sontowscy, nie urodził się ze zdolnością do samodzielnego myślenia. Wątpiłam, żeby na starość, czyli po trzydziestce, nagle mu się odmieniło. Ale demony? To brzmiało sensowniej.
Nasze demony nie takie rzeczy już odstawiały w Brzózce.
Zmrużyłam oczy, próbując sobie przypomnieć, czego jeszcze dowiedziałam się o wiłach. Podobno wywodziły się z dusz zmarłych młodo kobiet, które miały niedokończone sprawy na ziemi, co też mnie mocno zaintrygowało, bo nikt młody nie umarł ostatnio w Brzózce - może oprócz tego chłopaka na budowie, ale po pierwsze, nie ta płeć, więc nie pasował mi na seksowną wiłę, a po drugie, załatwiłam go fulgurytem w kilka dni po jego śmierci. Wrócił jako strzyga, a ja przyłapałam go, gdy próbował włamać się do sypialni pani Magdy Borkowej, która dopiero niedawno przeprowadziła się do Brzózki i miejscowi kawalerowie gromadnie padali jej do stóp. Tak przynajmniej mówiły mi panie w salonie.
W ogóle to sporo demonów ostatnio wracało. Miałam co robić.
- Pani Helu, pani wie, że to na mnie nie działa - powiedział Witek, przerywając moje rozważania. - Jestem opiekunem działającym w imieniu Welesa, co czyni mnie odpornym na magię i wasze uroki.
Zamarłam. I tyle by było, jeśli chodzi o rzetelne informacje z bestiariusza. Pani Hela! Emerytowana nauczycielka, która miała osiemdziesiąt parę lat, zmarła wiosną. Kojarzyłam ją, bo ciocia Marzenka czasem do niej zachodziła na herbatkę.
I ona została wiłą? Jakie niedokończone sprawy miała niby osoba w tym wieku?
Co prawda nie wszystkie demony jakieś miały. Niektóre po prostu budziły się po śmierci z planem mordu i nic z tym nie można było zrobić, poza zastosowaniem szybkiego ciosu fulgurytem w pierś. Może lokalizacja grobu na naszym urokliwym cmentarzu w Brzózce im się nie podobała? Z demonami to nigdy nie wiadomo.
- Nie chcę rzucać na ciebie uroku - powiedziała wiła.
- Nie?
- Chcę tylko zatańczyć.
- Z pracownikiem Welesa?
- Z tobą, Witku.
Wiła szeptała uwodzicielsko, a jej miękki głos rozmywał się w szumie liści. Przewróciłam oczami, bo z pewnością Witek nie byłby tak głupi, by...
Złapać wyciągniętą rękę i dołączyć do wiły.
Przyglądałam się im z niedowierzaniem i wysoce zniesmaczona, gdy koło mnie wreszcie pojawiło się towarzystwo. Czaruś, wyżłopodobny demon o skrzydłach przerośniętego nietoperza, sfrunął spomiędzy gałęzi i przysiadł mi na ramieniu.
- Dobry wieczór, pani Ted.
Ledwo zwróciłam na niego uwagę, zbyt zaabsorbowana przyglądaniem się Witkowi tańczącemu z uroczym demonem. Materiał, z którego stworzono sukienkę wiły, był półprzezroczysty, ciasno opinał jej ciało i mimo półmroku odkrywał niemal tyle samo, co zakrywał. Przewróciłam oczami.
- Skąd one wszystkie biorą te skąpe sukienki? - burknęłam. - Jestem pewna, że w niczym podobnym jej nie pochowali.
- Taki ich los, pani Ted.
- W tym wieku to nie...
- W każdym wieku wypada - przerwał mi Czaruś surowo.
Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się wokoło, bo demon brzmiał, jakby słuchał nas ktoś, kogo moje słowa mogłyby obrazić. Nikogo nie dostrzegłam, więc uznałam, że jedyną osobą, którą obraziłam, był Czaruś. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale być może więcej, niż mu się podobało.
- Racja, Czarusiu - zgodziłam się na wszelki wypadek.
- Wybierasz się na wieczerynkę u Strzygomira?
Skinęłam głową.
- Jasne, w życiu bym jej nie przegapiła. Chciałam tylko najpierw załatwić sprawę z tą wiłą, ale widzę, że nie będę chyba potrzebna. Nie będę im przeszkadzać w... czymkolwiek, co teraz robią.
Zapatrzyliśmy się bez słowa na Witka tańczącego w objęciach wiły. Kręcili na skrawku polany piruety i odstawiali jakieś skomplikowane figury akrobatyczne, o których uczestnicy studniówek mogli tylko pomarzyć. Scenę okraszał perlisty śmiech wiły.
Obrzydliwe.
- Magia demonów na nas nie działa, prawda? - upewniłam się słabo.
- Mhm.
Przechyliłam głowę.
- Nie będę im przeszkadzać - uznałam.
- Mhm.
Ja naprawdę nie żywiłam wobec Witka żadnych romantycznych uczuć. Żadnych absolutnie. Kumplowaliśmy się, ale nie zapomniałam, że przez pół zimy chłopak ściemniał mi w twarz. No dobra, może nie do końca ściemniał, może tylko nie wspomniał mi o kilku istotnych faktach, ale na jedno wychodziło - dla mnie jako kosmetyczki gadanie było obowiązkowym elementem życia, a jeśli ktoś nie gadał ze mną szczerze, to ja kogoś takiego nie chciałam. Spędziłam całą wiosnę, dochodząc do tych wniosków we własnej głowie i przypominając je sobie, gdy zdarzało mi się o nich zapomnieć.
Tylko teraz ten widok kuso odzianej wiły w objęciach Witka mnie trochę irytował i nawet nie zastanawiałam się czemu... Ale gdybym się zastanowiła, wymyśliłabym zaraz całe mnóstwo powodów - bo kto to słyszał, żeby tańczyć z wiłami po lesie bez oglądania się na kleszcze i inne obrzydliwe robaki, czające się w poszyciu.
- Jeśli będzie dłużej tańczył, spóźnimy się do Strzygo-mira - zauważyłam.
- Mhm.
Uniosłam dłoń i mocniej chwyciłam fulguryt.
- Ja mu tylko pomagam. Wiesz czemu? Bo dobra ze mnie koleżanka.
- Mhm.
Zakradłam się do nich, trzymając się linii drzew i starając się nie robić zbyt wiele hałasu. Z bliska miałam okazję przyjrzeć się ponownie pani Heli, z czego skwapliwie skorzystałam, próbując przełożyć sobie wspomnienie białowłosej, pulchnej staruszki na wiotkie dziewczę tańczące w objęciach Witka. Nie wyglądała znajomo, nic a nic, ale nagłe odmłodnienie o sześćdziesiąt lat prawdopodobnie zmienia trochę człowieka na twarzy.
Podobnie jak spotkanie w środku nocy.
Zatrzymałam się jakieś pół metra od tańczącej pary, która nadal mnie nie dostrzegała. Wiła wygięła się w męskich ramionach zdecydowanie nieprzyzwoicie, aż musiałam sobie przypomnieć, że śpieszymy się oboje, Witek i ja, na domówkę do Strzygomira. Uznałam, że nie mogę tracić czasu i podstawiłam pani Heli nogę.
Męskie ramiona opustoszały, a wiła straciła równowagę i wyrżnęła twarzą o ziemię, czym natychmiast poprawiła mi humor. Przeskoczyłam nad wyciągniętym ciałem i chciałam usiąść na niej okrakiem, ale zdążyła się odwrócić. Witek też, dzięki czemu w końcu mnie zauważył.
- O, Tosia - mruknął sennie.
Wiła powitała mnie jeszcze mniej entuzjastycznie, bo wyrzuciła w powietrze szponiaste łapy i machnęła nimi. Nie zamachnęła się na mnie - ona serio machnęła nimi przed sobą, pół metra od mojej twarzy. Właśnie w ten sposób odkryłam, że wiły potrafią kontrolować powietrze.
Kolejna rzecz, o której bestiariusz nie wspomniał. Będę musiała zgłosić reklamację, a jako dowód pokażę własne podbite oko.
Wiła machnęła łapą, a pęd wiatru zwalił mnie z nóg, przeturlał kilka metrów i przycisnął do ziemi. Udało mi się nie wypuścić fulgurytu z dłoni. Ledwie się zatrzymałam, spróbowałam unieść się na łokciach, ale wiła zachichotała i machnęła łapą raz jeszcze, unieruchamiając mnie w miejscu.
- Pani Helu, naprawdę nie ma takiej potrzeby - mruknął Witek i wyciągnął do niej rękę. - Wróćmy do tańca. To tylko jakiś dzieciak.
- Welesówna - syknęła wiła.
- Która zaraz sobie pójdzie.
Witek pomógł jej się podnieść, a gdy wiła spróbowała odwrócić się w moją stronę, chwycił ją za brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. Niewidzialny nacisk na moje ciało zelżał. Podniosłam się i odruchowo zacisnęłam palce na fulgurycie. Tak długo, jak go miałam, czułam się bezpieczna.
- Chciałaś zatańczyć - mruknął Witek.
- Nie przy Welesównie. Ja jej...
- Nie. Zatańcz ze mną.
Głos Witka nie brzmiał ani trochę zapraszająco; rozkaz był zimny i ostry, wiła nie mogła mu odmówić. Chłopak zaczął się cofać, nadal trzymając wiłę w żelaznym uścisku. Drugą ręką złapał jej dłoń.
Odchodzili ode mnie.
- Nie chcę z tobą tańczyć - odkryła nagle pani Hela. - Chcę zabijać.
- Później.
Wiła jednak podjęła już decyzję. Uniosła łapy i rozprostowała palce, a powietrze odepchnęło Witka z takim impetem, że skończył na pobliskim pniu drzewa. Wreszcie przestał udawać. Ledwo dostrzegalnym gestem wyciągnął z kieszeni fulguryt i schował dłoń za plecami.
Zerwałam się na nogi.
- Pani Helu? - zaćwierkałam, żeby odwrócić jej uwagę. - Pani Helu, bo ja muszę pani coś ważnego powiedzieć, moja ciocia Marzenka by chciała pani przekazać... Pamięta pani ciocię Marzenkę? Chodziła do pani na kawkę?
Wiła odwróciła się do mnie i zatrzepotała białymi skrzydłami. Uniosła dłoń i nagle tuż przed nią w powietrzu zawisł drewniany, ostro zakończony pal. Wisiał pół metra od niej i mnie stresował, bo takie pale mają to do siebie, że w łapach demonów kończą zwykle wbite w kogoś.
Rzuciłam kontrolne spojrzenie na Witka znajdującego się za jej plecami. Musiałam działać, to była moja szansa.
To znaczy szansa dla Witka, żeby zakończył ten temat.
- Czego? - burknęła pani Hela.
Tak daleko nie planowałam. W panice szukałam tematu, którym mogłabym ją zagadać. Musiałam trochę poszczebiotać, żeby dać Witkowi czas na odklejenie się od pnia i zamachnięcie fulgurytem.
- Ma pani coś na nosie - palnęłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Nie znajduję dla siebie żadnej wymówki poza tą, że mnie również było wstyd za słowa, które padły z moich ust. Jestem starszą siostrą, a Oskar ma trzynaście lat i jak czasem powie coś głupiego, to takie teksty zostają z człowiekiem na długo i wracają w najmniej odpowiednich momentach. Na przykład kiedy szuka się mądrego zdania, a głowa pustoszeje tak, że prawie słychać, jak wiatr w niej świszczy.
Wiła dała się na to nabrać.
- Co? Co mam na nosie?
Wyciągnęłam dłoń w stronę jej twarzy, jakbym chciała ściągnąć niewidzialny pyłek, a gdy zamarła, złapałam ją za kark.
- Moje kolano - powiedziałam życzliwie.
Szarpnęłam ją w dół, gdzie jej głowa napotkała uniesioną przeze mnie nogę. Tak jak już mówiłam, w chwilach paniki ratowało mnie zwykle posiadanie młodszego rodzeństwa.
Pewne rzeczy trzeba w życiu zaakceptować.
Pani Hela zawyła i złapała się za twarz, jakbym jej coś złamała, co było niemożliwe z racji jej martwoty. Zamachnęła się na mnie łapą, ale na tym repertuar ciosów się skończył, bo Witek unieruchomił jej ramiona za plecami. Nie wypuścił nawet noża z ręki. Pomyślałam z zazdrością, że najwyraźniej w tym fachu bardzo opłaca się mieć duże dłonie.
- Chcesz czynić honory? - zagadnął.
Wiła szarpała się w uścisku Witka. Uniosłam fulguryt i przymierzyłam się do ciosu. Tak naprawdę celność nie miała żadnego znaczenia, każde wbicie noża z fulgurytu w ciało demona powodowało unicestwienie, a nawet najmniejsze draśnięcie skutkowało odpadającymi kończynami, ale lubiłam precyzję.
- Za momencik - powiedziałam. - Pani Helu, dlaczego pani tak brzydko robi? Może chce pani pogadać? Coś panią dręczy? Możemy jakoś z Witkiem pomóc?
Chłopak przymknął oczy i jęknął głośno.
Wiła przestała się szarpać. Zamiast tego rozchyliła usta i przyglądała mi się z niedowierzaniem spod zmarszczonych brwi.
- Co? - spytała z niedowierzaniem.
- Mówię tylko - spróbowałam jeszcze raz - że gdyby pani mordercze żądze miały swoje źródło w jakichś rozwiązywalnych problemach, to my bardzo chętnie pani pomożemy. Prawda, Witku?
Uśmiechnął się krzywo, w mroku jego oczy błyszczały morderczym blaskiem. Wiła szarpnęła się w uścisku, ale jej nie puścił. Dobry był z niego kolega.
- Cokolwiek sobie życzysz, Tosiu.
- Życzę sobie - potwierdziłam. - Więc, pani Helu, dlaczego pani zabija?
Wiła wydęła usta.
- Bo mogę.
- Żadnych dodatkowych powodów?
Zastanowiła się.
- I...
- No? - naciskałam z przejęciem.
- Bo to lubię.
Westchnęłam ciężko. Moje próby resocjalizacji demonów Welesa rzadko kończyły się sukcesem, ale starałam się każdemu dać szansę. Nawet jeśli pomagałam jednemu demonowi na dziesięć.
- Nie rób takiej zawiedzionej miny - pocieszył mnie Witek. - Jestem pewien, że znajdziesz mnóstwo innych demonów, na których będziesz mogła przeprowadzić terap...
Jego ciałem nagle szarpnęło. Zesztywniał, wywrócił oczami tak, że widać było same białka, a powietrze przeszył chrupot łamanych kości. Wiła jednym mocnym ruchem wyrwała mu się z uścisku i uwolnioną ręką cisnęła we mnie powietrze. Zaryłam brodą w ziemię praktycznie w tym samym momencie co Witek, który bezładnie runął obok mnie. Z brzucha wystawał mu pal, który przeszył jego ciało na wylot. Na szarej bluzie rozlewała się czarna plama. Nie ruszał się. Może stracił przytomność? Tak byłoby mu z pewnością milej umierać.
Wile to nie wystarczyło. Uniosła dłonie i ostrym podmuchem wykręciła głowę Witka tyłem do przodu z głośnym, absolutnie obrzydliwym chrupnięciem łamanego kręgosłupa. O ile wcześniej miałam jeszcze jakąś nadzieję, to właśnie mi przeszło. Nawet pracownicy Welesa nie mogą przeżyć skręconego karku.
Wiła machnięciem dłoni ściągnęła sobie chmurę z nieba. Wyciągnęła do niej rękę, jakby łapała taksówkę. Osłupiałam - no ale co, miałam nie osłupieć? Każdy by się zdziwił, gdyby zobaczył szarawy obłoczek zstępujący z niebios na łąkę i zatrzymujący się przy demonie akurat na wysokości kolan.
Ocknęłam się dopiero, gdy wiła zaczęła się na niego gramolić. Poderwałam się z ziemi i pobiegłam. Dotarłam do niej, kiedy akurat obracała się w moją stronę, i wskoczyłam jej na plecy, przykładając fulguryt do szyi. Myślałam naiwnie, że jeśli będę w tej pozycji, z nogami skrzyżowanymi w kostkach na jej brzuchu, to już mi nie ucieknie. Gdy Nika w ten sposób wisiała na mnie, żadna siła nie była w stanie jej zrzucić.
Niestety, wiła miała w zanadrzu jeszcze jedną niespo-dziankę.
- Pani Ted, uważaj! - zawołał Czaruś nad moją głową.
Zrobił to odrobinę za późno. Ktoś złapał mnie za włosy i siłą ściągnął z pleców pani Heli. W obawie o zdrowie moich cebulek rozplotłam kostki i pozwoliłam wytrzeć sobą ziemię. Ledwie uścisk osłabł, przeturlałam się i trochę na oślep przyłożyłam komuś w... chyba w brzuch? Ale komu?
Demon jęknął, a ja poderwałam się do klęczek, odgarnęłam włosy z twarzy i uniosłam rękę z fulgurytem do ataku.
Przede mną stała wiła.
Nie pani Hela, tylko zupełnie nowa, nieznana mi wiła.
Zmarszczyłam brwi. Nie, ale serio, o co w tym chodziło? Brzózka liczyła sobie kilka tysięcy mieszkańców, nowe demony pojawiały się tu może raz na rok, a większość stałych nieumarłych żyła w spokoju od stuleci. Czemu tak ostatnio obrodziło? Naprawdę chciałabym się dowiedzieć, jakie warunki i koniunktura gwiazd są potrzebne, żeby z trupa zrobić demona, bo Brzózka miała do tego wyjątkowe szczęście.
- Ona chce cię zabić, pani Ted - poinformował mnie Czaruś z przejęciem. Przysiadł na gałęzi niedaleko nas, wczuwając się w rolę komentatora sportowego.
- Nie zauważyłam.
- Jak dobrze, że mnie masz.
Zerknęłam mimochodem na leżące wciąż nieruchomo ciało Witka i przewróciłam oczami. To było po prostu nieuprzejme z jego strony, żeby tak mnie zostawić. Miałam prawo się irytować.
- Już nie wiedział, kiedy umrzeć - mruknęłam.
Wiła zaczęła się wycofywać w kierunku pani Heli, a ja uświadomiłam sobie, że przez nieuprzejmość Witka przeciwnik zyskał nade mną przewagę liczebną. I nie miał ani jednego powodu, by się teraz tak łagodnie wycofywać ku czekającej nieopodal chmurze.
Ruszyłam za demonami z fulgurytem w dłoni.
- Jestem pewien, że gdyby mógł, to dla pani by nie umarł, pani Ted - zapewnił mnie gorąco Czaruś. - On dla pani to by wszystko zrobił.
Wiły cofały się powoli, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Wszystko oprócz pozostania w Brzózce - mruknęłam.
- A, pani Ted... jakby mu tak nogi razem i łapy razem i siup, do krypty Strzygomira?
- Co?
- Nawet pani dałaby mu radę - zapewnił mnie ciepło.
- Chcesz, żebym związała Witka i zatrzymała go siłą w Brzózce?
- Wtedy nigdzie by nie odszedł.
Nie mogłam walczyć z objawem tak żelaznej logiki.
Ponieważ wciąż szłam w stronę demonów, wiły wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i zmieniły taktykę. Rozdzieliły się i otoczyły mnie w trzech skokach. Przenosiłam wzrok z jednej na drugą, nie opuszczając ręki z fulgurytem.
Nieco dłużej przyglądałam się nowej wile. Działałam jako lokalna opiekunka demonów od listopada i poznałam większość moich podopiecznych. Jej wcześniej nie spotkałam, a po nieporadności ruchów i po problemach z poskromieniem żywiołu powietrza zgadywałam, że dopiero uczyła się kontroli nad swoim ciałem i mocami.
Co oznaczało, że tak samo jak ja, była nowa.
- Skąd wy się tutaj bierzecie? - spytałam z zacieka-wieniem.
- A skąd ty się wzięłaś? Miałyśmy ochotę, to se przyszłyśmy. Nie moja wina, że próbujecie nas załatwić za niewinne spacery po lesie.
- Nie, mam na myśli: co robicie w Brzózce?
- Jesteśmy z Brzózki - wyjaśniła pani Hela cierpliwym tonem, jakby zwracała się do dziecka. - To jest nasz dom.
Westchnęłam głęboko. Brałam na siebie winę za to nieporozumienie - powinnam pytać dokładniej, komunikacja z demonami jest wymagająca.
- Dlaczego wstałyście po śmierci jako demony? - spróbowałam jeszcze raz.
Pani Hela wzruszyła ramionami.
- Takie się obudziłyśmy i tyle.
- Po mnie przyszedł ten ciemny - wtrąciła druga. - Ale przyszedł za późno, bo już i tak byłam wiłą. Nic nie mógł zrobić, więc sobie poszedł.
- Co? Kto, o kim mówicie?
Nadstawiłam uszu, ale pani Hela najwyraźniej uznała, że starczy wyjaśnień. Wskazała coś drugiej wile i zwróciła się do mnie:
- Zostaw nas w spokoju. Poważnie mówię. Wy nie będziecie się mieszać, to i my nie będziemy przeszkadzać. Tu pola i lasu jest dużo, pomieścimy się wszyscy.
Rozłożyłam ręce z frustracją.
- Dopiero co zabiłyście człowieka! Pracownika Welesa!
Pani Hela prychnęła.
- A co, takich to niby zabijać nie wolno? Bo kto tak powiedział?
- No przecież Weles!
- Nikt nam nic nie mówił, a w ogóle to była jego wina, bo sam się podłożył. Trzeba było mnie zostawić w spokoju, to i wszyscy byliby teraz cali. Dobrze, my teraz pójdziemy. Nie ścigaj nas.
- Chwila, poczekajcie...!
Żeby mieć pewność, że zostawię je w spokoju, wiła wyciągnęła łapę i znowu powaliła mnie na plecy. Z poziomu kleszczowej metropolii przyglądałam się, jak obca wiła wskakuje na chmurę, a pani Hela rozpościera białe skrzydła i obie odlatują w ciemną noc. Prawdę mówiąc, wciąż nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Chmury do transportu. I po co one im właściwie, skoro mają skrzydła? Żeby się afiszować, ot co. Mój sąsiad, Marecki, tak samo się chwalił ściągniętym od Niemca BMW, więc coś o tym wiem.
Leżałam chwilę na plecach, żeby dojść do siebie. Musiałam z żalem przyznać, że nie popisałam się dzisiaj. Nie dość, że nie powstrzymałam demonów przed mordowaniem, to jeszcze poobijałam sobie wszystkie kości.
Zerknęłam w stronę leżących nieopodal zwłok Witka.
A, no i straciłam drugiego opiekuna demonów.
Westchnęłam ciężko. Musiałam wstać. Nawet gdybym nie miała żadnych obowiązków, to i tak musiałam. Tarzałam się przecież w wilgotnej ściółce pełnej wszelkiego obrzydlistwa.
Obraz przesłoniły mi nagle przerośnięte trochę kurze, trochę psie łapy, a zaraz po tym brzydki pysk Czarusia. Pochylił się i zajrzał mi w oczy. Myślałam, że może się o mnie zaniepokoił albo nawet sprawdzał, czy żyję, ale byłam w błędzie - Czaruś potrzebował skończyć swój monolog.
- Wracając do tematu, być może powinna pani powiedzieć Witoldowi, że go potrzebuje i chce, żeby został - ciągnął, jakby ostatnich parę minut się nie wydarzyło. - Nie była pani dla niego w ostatnim czasie zbyt miła.
Uniosłam się na łokciach.
- Ja? Niemiła? Naprawdę nie wiem, o czym mówisz, Czarusiu.