Wejście - Stefan Hertmans

Kup ebooka

49.00 zł
41.60 zł (39,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zdarzyło się to w pierwszym roku nowego milenium - w moje ręce trafiła książka, z której wynikało, że przez dwadzieścia lat mieszkałem w domu byłego esesmana. Nie żebym nie dostał żadnych sygnałów: nawet notariusz w dniu, w którym oglądał ze mną dom, mimochodem wspomniał o poprzednich mieszkańcach; nie zwróciłem wówczas na to uwagi. Możliwe też, że to wyparłem, od lat przesiąknięty bolesnymi wierszami Paula Celana, świadectwami Primo Leviego, niezliczonymi książkami i filmami dokumentalnymi, po których nie można było wydobyć z siebie głosu, niezdolnością całego pokolenia do opisania niewyobrażalnego. Teraz zobaczyłem, jak moje intymne wspomnienia zaczyna przenikać rzeczywistość, którą ledwo mogłem sobie wyobrazić, a której zarazem nie mogłem dłużej od siebie odpychać. Jakby w tak dobrze mi znanych pokojach pojawiły się widma; chciałem zadawać im pytania, ale te widma przechodziły przeze mnie na wskroś. Do niczego nie czułem większej niechęci niż do pisania o tym typie ludzi, którzy teraz jak duchy zaczęli błąkać się po moim własnym życiu. Przypomniałem sobie dzień, w którym dostrzegłem ten dom po raz pierwszy. To musiało być późnym latem 1979 roku. Szedłem niewielkim zakurzonym parkiem miejskim, wzdłuż którego ciągnął się rząd starych domów; ogródki na ich tyłach osłaniało ogrodzenie, można było przez nie zajrzeć do środka. Pordzewiałe pręty jednego z płotów oplatała glicynia o grubych, prawie czarnych gałęziach. Zwisało z nich kilka późnych, pokrytych pyłem kiści kwiatów, lecz ich zapach dotarł do mnie z całą mocą - przeniósł mnie do zapuszczonego ogrodu mojego dzieciństwa; zaciekawiony patrzyłem przez ogrodzenie. Widziałem zapuszczony miejski ogródek, w którym pośrodku niedających się zdefiniować rupieci wyrastał smukły klon, szopę na węgiel z resztką narąbanego drewna pokrytego warstwą czarnego kurzu, jakieś pięć metrów dalej rozbite okno zaniedbanej tylnej części domu, obok werandę z wysokim łukowym oknem, przez które dało się dostrzec daleką przednią część domu. Patrzyłem na wskroś przez ciemne, puste pokoje. Światło po frontowej stronie było skąpe i dalekie.

Ogarnęło mnie dziwne podniecenie; wyszedłem z parku, okrążyłem kwartał i znalazłem się w ponurej uliczce starej dzielnicy. Okazało się, że chodzi o dużą kamienicę z ospowatą fasadą, w którą przez dziesięciolecia wgryzała się wilgoć. Budynek z wysokimi oknami i złuszczonymi frontowymi drzwiami najlepsze czasy miał za sobą; najwyraźniej od kilku lat stał pusty. Na jednym z okien wisiała kartka z informacją o wystawieniu na sprzedaż, pomarszczona od wilgoci. Zaczęło siąpić, tak jak siąpi tylko w starych miastach; markotnie załopotała poderwana wiatrem miedziana klapka skrzynki na listy.

Dzielnica nazywa się Patershol. Swoją nazwę zawdzięcza wąskiemu przejściu do średniowiecznego klasztoru, prowadzącemu miejskim kanałem, którym ojcowie łódkami przemycali do środka żywność oraz - jak wieść niesie - dziwki. Tereny te stanowiły kiedyś własność hrabiów Flandrii; stara część miasta graniczy z dwunastowiecznym zamkiem i przez wieki zamieszkiwali ją patrycjusze oraz zamożni mieszczanie. Wraz z powstaniem proletariatu w XIX wieku wiele znamienitych budynków zastąpiono domkami robotniczymi. Pojawiła się bieda i dzielnica stopniowo zyskała złą reputację. Wąskie uliczki oraz zaułki popadały w ruinę, aż pod koniec lat sześćdziesiątych, wraz z rewoltą studencką, zaczęła je zajmować artystyczna bohema. Dom, na który patrzyłem, znajdował się na północno-wschodnim obrzeżu dzielnicy, w uliczce o nazwie Drongenhof, niedaleko miejsca, w którym Leie wolnym i ciemnym nurtem płynie wzdłuż starych, wilgotnych domów.

*

Ważne decyzje w swoim życiu rzadko podejmowałem ze świadomością celu. Stale popadałem w swego rodzaju trans, w którym doznawałem wrażenia, że jakaś niewidzialna ręka szturcha mnie w plecy i że oto ja, przysłowiowy czysty głupiec, bezmyślnie wychodzę naprzeciw własnemu losowi. Ze znoszonej wojskowej kurtki wyjąłem notes i zapisałem numer telefonu. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem do notariusza. Dwa dni później wszedłem do budynku. Stanowił on własność francuskojęzycznej rodziny De Potter, która jak najszybciej chciała się pozbyć kilku nieruchomości, ponieważ po nowym roku miał znacząco wzrosnąć dochód katastralny.

Oglądając dom, ujrzałem grzyb i wilgoć, wodę, którą podeszła piwnica, tu i ówdzie zmurszały stary mebel, ale też wysoką klatkę schodową, piękny kominek z brązowo-różowego marmuru w pokoju od frontu, długi korytarz z czarno lśniącym ardeńskim kamieniem, wykończonym wstęgą szaro żyłkowanej carrary, obszerne pokoje na piętrach z szerokimi deskami podłogowymi - siła przyciągania, jaką emanuje nieznane życie.

Przeszliśmy od piwnicy po strych - obchód zajął ponad dwie godziny, ponieważ notariusz De Potter w mojej obecności, i każdorazowo za moją wymaganą zgodą, musiał sporządzić szczegółowy opis stanu rzeczy. Na strychu dostrzegłem zwisający z zakurzonej belki kawałek sznura; w wysokim spiczastym dachu brakowało niektórych dachówek. Było widać szare niebo miasta, skądś dobiegł mnie trzepot gołębich skrzydeł.

Zawsze miałem słabość do zapachu wilgoci i rozpadu w starych domach. Może dlatego, że jako dziecko urodzone niedługo po wojnie, prowadzony za rękę przez matkę przechodziłem obok takich domów zniszczonych w wyniku bombardowań, i zapach wilgotnych kamieni i pleśni stał się dla mnie czymś takim, jak słynna magdalenka dla Prousta. Kiedy jest się dzieckiem i jeszcze nie ma się wspomnień, nawet zapach rozpadu staje się źródłem szczęścia.

Kupiłem ten dom pod wpływem impulsu, za kwotę, która dzisiaj nie wystarczyłaby na zakup nawet średniej wielkości samochodu. Ponieważ nie byłem majętny, pożyczyłem pieniądze bez odsetek od ojca, obiecawszy mu je spłacić w miesięcznych ratach najszybciej, jak to możliwe. W tamtych czasach transakcji tego typu często jeszcze dokonywano w gotówce; wciąż widzę nieskazitelne ręce ojca na leżącej na biurku notariusza podkładce z cielęcej skóry, przeliczające starannie zaoszczędzone banknoty.

*

Książka nosiła tytuł Syn "sprzeniewierzonego" Flamanda; na oszczędnej okładce od razu rzucały się w oczy krzykliwe, tak zwane niemieckie cudzysłowy. Autor, Adriaan Verhulst, był dawnym profesorem historii, do którego jeszcze ja sam chodziłem na zajęcia. W czasie kariery akademickiej cieszył się wielkim szacunkiem, pełnił funkcję przewodniczącego zarządu publicznego radia i telewizji oraz stowarzyszeń kulturalnych, miał na swoim koncie liczne artykuły naukowe i słynął zarówno z otwartych poglądów, jak i z surowego, upartego charakteru. Pod koniec życia opublikował trudne wyznanie. Przywołując gdzieś wspomnienie domu, w którym spędził młodość, wymienia mnie jako obecnego mieszkańca; z niedowierzaniem w oczach siedziałem z jego książką w rękach. Właśnie sprzedałem dom w robotniczej dzielnicy Gandawy. Postanowiłem odwiedzić Verhulsta, ale zanim do tego doszło - zmarł. Napotkane tajemnice i cisza nie napawały mnie entuzjazmem.

Dobrze, pomyślałem, niech to zatem nie będzie opowieść o esesmanie, tych jest aż nadto. Niech to będzie historia domu i jego mieszkańców. Minęły jednak lata, zanim udało mi się zebrać w całość opowieść, która tu następuje. Kilku świadków jeszcze żyje, są w bardzo podeszłym wieku, ale na tyle, na ile to było możliwe, szczegółowo przekazali mi swoje wspomnienia. Później, gdy przez wszystko się przekopałem, dotarło do mnie, że ten skrupulatny historyk dziwnym trafem nigdy nie poprosił o wgląd w akta sądowe, by stawić czoło prawdzie, choć bez trudu mógł to zrobić; gdyby tak się stało, obraz jego ojca byłby mniej łagodny.

1

Ojciec Adriaana, Willem Verhulst, urodził się 10 lipca 1898 roku w Berchem pod Antwerpią, gminie, w której po licznych tułaczkach zmarł w 1975 roku - zaledwie cztery lata przed tym, jak kupiłem w Gandawie dom, w którym on mieszkał przez dziesięciolecia.

W osobliwym autobiograficznym fragmencie zatytułowanym Młodość Wila, prawdopodobnie napisanym w więzieniu, jakimś znakiem nazywa fakt, że przyszedł na świat niemal 11 lipca - w dniu, w którym we Flandrii obchodzi się rocznicę bitwy złotych ostróg z 1302 roku, wypromowanej na nacjonalistyczny mit założycielski, w której garstka flamandzkich bojowników, nota bene z pomocą walońskich żołnierzy, pokonała wojska francuskiego króla Filipa IV na Groeningekouter pod Kortrijk.

Willem pochodził z dużej rodziny liczącej dziewięcioro pociech, czterech chłopców i pięć dziewczynek; był najmłodszym dzieckiem, a zarazem ulubieńcem matki. Jego ojciec posiadał szlifiernię diamentów niedaleko Albertpark, między Groen Kwartier a Oud-Berchem, przy Boomgaardstraat. Sto lat później jest to zwyczajna ulica z dość jeszcze młodymi drzewami, gdzie kilku mężczyzn w tradycyjnych żydowskich strojach rozładowuje dużą ciężarówkę przy położonym w głębi magazynie. Niewiele domów ma na tyłach magazyn; kto wie, pomyślałem, idąc ulicą, być może to w tym domu mieszkał szlifierz diamentów. Zapytałem jednego z mężczyzn przy ciężarówce, czy to skład koszernej żywności; spytał, dlaczego chcę to wiedzieć. Zamierzałem wyjaśnić, że szukam rodzinnego domu esesmana, ale uznałem, że lepiej zachować to dla siebie.

O dawnym sadzie przypomina jeszcze dom opieki o arkadyjskiej nazwie Ten Gaarde[1] dla osób w podeszłym wieku. Stara gospoda, w której jego ojciec regularnie wychylał o jedną szklaneczkę za dużo, Afspanning De Hand, nadal istnieje. Gdzieś w pobliżu musiał też mieszkać woźnica; nad ulicami niewątpliwie unosił się zapach końskiego łajna. Znalazłem stary sztych, na którym widać romantyczną zagrodę. Wierzby głowiaste i śnieg, dach z grubą strzechą, pola - obrazek z epoki, która przeminęła. Teraz niekończącym się wolnym sznurem przejeżdżają tędy samochody, szare jak dusze w dantejskim piekle.

Siostra Willema, Caroline, którą nazywano Carlo, prowadziła za domem "szkołę tańca salonowego"; szelakowe płyty w cienkich brązowych okładkach, na których widniał rysunek stemplowany niebieskim atramentem, leżały na stoliku obok gramofonu. W tamtych czasach były bardzo nowoczesne. Czasami dawało się słyszeć tylko szuranie stóp po świerkowych drewnianych deskach, które posypano drobnym piaskiem, i rytmiczne słowa zachęty młodej kobiety; kiedy zbliżał się koniec lekcji, a muzyka rozbrzmiała po raz ostatni, do środka wpadały dzieci i chodziły między ubranymi na czarno parami.

Wśród nich był również mały Willem.

Najpewniej jednego z tych wiosennych wieczorów czteroletni chłopczyk nagle upadł na ziemię. Jęczał i przewracał oczami, jego kanciaste ruchy przeszły w silne drgawki. Dostał piany na ustach, siostry krzyczały i wołały matkę. Szybko przybiegła, zobaczyła wyginające się dziecko, próbowała podtrzymać główkę uderzającą o podłogę i wsadziła mu palec do ust, żeby nie odgryzł sobie języka - chłopczyk wymiotuje i czka, oczy zdają się wyskakiwać mu z orbit. Matka wie, czym są drgawki gorączkowe, posyła jedną z dziewczynek po namoczony zimną wodą ręcznik i przytrzymuje dziecko, dopóki wstrząsy nie ustaną. Chłopczyk powoli dochodzi do siebie, bełkocze coś i płacze żałośnie. Matka bierze go na ręce, zanosi do środka, kładzie na kanapie. Dziecko zapada w głęboki sen. Kiedy po wielu godzinach się budzi, dostaje ciepłe mleko i kanapkę z powidłami śliwowymi. Chce mu się pić, ale rozlewa połowę i znowu zaczyna płakać. Pół godziny później próbuje pójść do toalety, lecz wpada na futrynę drzwi. Znowu płacz i ten okrzyk: Nic nie widzę. Nadbiega matka, uważnie ogląda dziecko i dostrzega oczy patrzące w pustkę. Szepcze pospieszną modlitwę, pomaga mu usiąść na desce toalety na podwórku, kładzie mu rękę na nodze, gdy chłopczyk sika na siedząco. Będzie dobrze, mój Wimusiu, mówi. Ponownie zanosi go na kanapę, ponownie dziecko zasypia, budzi się, kiedy już świta. Ojciec wrócił tymczasem do domu, od razu przesuwa ręką przed oczami obudzonego dziecka. Jedno oko Willema śledzi ruch, drugie nie; może drugie oko jutro się poprawi, mówi ojciec, na prawe w każdym razie widzi.

Drugie oko jednak się nie poprawia. Przez kolejne miesiące chłopczyk ze wszystkim się zderza, nieustannie doznaje drobnych urazów głowy, regularnie ma otarte kolana. Spada ze schodów, kiedy się spieszy; niewłaściwie ocenia odległość i potyka się o stopnie i progi; wpada na dużą skrzynię na ziemniaki w oficynie i zahacza o gwóźdź, który rozrywa mu lewe udo. Dzieci z sąsiedztwa mu dokuczają, biegną tuż przed nim i dezorientują go, chórem wołając: "Willem Zezowaty, ledwo widzi gnaty". "W każdym razie - napisze po latach z odważną ironią - tego, co powinienem był widzieć, nie widziałem; widziałem za to wiele z tego, czego lepiej, żebym nie widział, a udawanie, że niczego nie widziałem, później jeszcze niejednokrotnie mi się przydało, trudno mi było się tego oduczyć".

[1] (niderl.) W ogrodzie. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2

Willem siedzi pod szklanym zadaszeniem za domem, bawiąc się węgielkami i świńskimi kosteczkami. Ze środka dobiega stale ta sama melodia, ćwiczona na pianinie przez jedną z sióstr. Słyszy ojca śpiewającego: "Je crois en toi, Maître de la nature / Semant partout la vie et la fécondité"[2]. We Francji pieśń ta nadal jest znana jako Le Credo du paysan, chłopskie wyznanie wiary; sławi Pana za stworzenie świata i żyzność ziemi, ale z wersów czczących Boga ojciec zrobił karykaturę, systematycznie zastępując słowo Dieu słowem B?te: B?te Tout-Puissant, qui fis la créaure...[3] roznosi się echem po domu, aż żona woła, że dość już tego. Szlifierz diamentów jest zdeklarowanym darwinistą i chce ochronić dzieci przed tym, co nazywa "szaleństwem wiary", z pamięci cytuje Woltera, a księży nazywa "szwarcorami" i "karbonariuszami".

Willem dostaje napadów lęku, kiedy matki nie ma w pobliżu; nie chce kłaść się spać, nie zajrzawszy najpierw pod łóżko. Nie chce dłużej siadać na ustępowej desce na tyłach domu, śmierdząca czarna dziura przyprawia go o ataki paniki. Na widok cieni rzucanych przez światło świecy trzęsie się ze strachu, a słysząc trzeszczenie drzwi, cały drży. Kiedy się błyska, chowa się, przekonany, że demon przyjdzie po jego drugie oko. Siostry go rozpieszczają, niekiedy może kłaść się z nimi do łóżka; napisze o tym później: "Od tamtej pory kobiety mnie pocieszały, choć byłem bardzo nieśmiały, czemu niektóre z kolei zdecydowanie zaprzeczają".

Staje się małym utrapieńcem, ale dobrodusznym; co najmniej raz w tygodniu jest wysyłany do spania bez kolacji. "Gdy znowu coś zmajstrowałem, od razu kładłem się do łóżka - pisze - żeby uniknąć dalszych kar". Do szóstego roku życia nosi sukienkę, jak wtedy było w zwyczaju z powodów higienicznych; bawi się lalkami, o których pamięta, że szukał ich wnętrzności i je rozrywał. Ciągle próbuje też "naprawić ich oczy", przez co po frontowym pokoju plącze się kilka lalek bez oczu.

Do późnego wieku szczegółowo pamiętał dzień, w którym matka weszła do jego pokoju z dwoma lekarzami, potrafił nawet bezbłędnie przywołać ich nazwiska: dr Van Rechtesteen i dr Bayence. Miał, zdaje się, około sześciu lat. Van Rechtesteen niewyraźnie mówi coś do matki, rozgląda się, matka wskazuje mu jakąś rzecz na dostawianym stoliku. Lekarz bierze jedną z obrazkowych książek Willema, odrywa z niej gruby przód okładki. Willem protestuje, nie rób, woła, to moja ulubiona książka. Doktor podchodzi do niego, uspokajając go, z twardej kartki robi lejek i przystawia go do oka Willema; wlewa przez niego płyn. Willem traci świadomość.

Kiedy się budzi, leży w łóżku z zasłoniętymi oczami, z grubymi, pachnącymi środkiem odkażającym bandażami wokół głowy. Czuje przeszywający ból w całej głowie, a na wyczucie rękę matki; próbuje zerwać bandaż, matka musi uspokajać panikujące dziecko. Pod żadnym pozorem nie wolno zdejmować bandaża; lekko rdzawa plama na materiale niemal przyprawia ją o mdłości. Tygodniami będzie przy nim czuwała, podstawiała nocnik, myła go i ubierała, mówiła do niego i czytała mu na głos historyjki. Dostaje płynny pokarm i przez ponad dwa miesiące zostaje w łóżku, nic nie widząc. Kiedy matkę na parę godzin zastępuje jedna z jego sióstr, po omacku szuka matczynej ręki i rozpaczliwie krzyczy, dopóki matka nie wróci.

Po tym czasie lekarz zdejmuje bandaż; zoperowane oko jest jeszcze lekko zamglone mętnym płynem. Małą pęsetą usuwa parę strupków, chłopczyk jęczy. Na zoperowane oko zostaje założony niewielki opatrunek. Mały Wim dostaje czarne okulary. Tranquille, mon gars, uspokaja go lekarz, wszystko będzie dobrze. Zdrowe oko powoli znów przyzwyczaja się do światła. Następnego dnia lekarz przychodzi ponownie, zdejmuje opatrunek, zasłania ręką zdrowe oko Willema i pyta go: co mam w ręce? Dziecko zobaczyło kiść winogron na stole obok ręki lekarza; kiść winogron, wykrzykuje. Niestety, lekarz miał w ręce nożyczki. To jedno oko nadal jest ślepe, mówi matce. Będziemy musieli zacząć od nowa. Dziecko wpada w panikę; nie znowu, krzyczy, nie znowu, kopie nogami, kręci głową, ledwo daje się uciszyć. Matka bierze go na kolana, już dobrze, mówi, uspokój się.

Drugiej operacji nie przeprowadzono; współczucie i stanowczość oddziela u matek cienka linia.

*

Rok później jest pierwszy dzień szkoły; chłopczyk jest bojaźliwy, bez celu chodzi po budynku, myli gdzieś drzwi, trafia do biura dozorcy, który na dzień dobry wymierza mu nieszczęśliwy cios w głowę, z ucha leje się krew; chłopiec wybiega ze szkoły i żandarm musi go przyprowadzić z powrotem. Godzinę później siedzi w ławce, szlochając, z gałgankiem przyciśniętym do ucha.

Lubiłem kwitnące kasztanowce, pisze w swoich wspomnieniach, te wirujące helikopterki klonów jesienią, syczące latarnie we mgle; kradłem grube żółte gruszki z sadu i chowałem swoją zdobycz za klatkami królików.

Od dziesiątego roku jego życia zaczynają się szkolne bójki. W antwerpskiej placówce istnieje wyraźny podział na część flamandzko-francuską i całkowicie francuską, plac zabaw jest rozgraniczony, tak żeby pieniaczy po obu stronach trzymać z dala od siebie. Flamandzkojęzycznymi pogardzano, pisze, synowie burżuazji wyśmiewali nas i dokuczali nam, wymyślano nam po francusku od ulicznych śmieci, rzucaliśmy się do bójki, my, synowie zwykłych ludzi, nie mogłem znieść, że nas poniżano. Zawsze, dodaje, było mi żal brukarzy, konduktorów w tramwajach i woźniców; kiedy uciekałem ze szkoły i kradłem słodycze, dzieliłem się nimi z robotnikami. Z usprawiedliwiającą ironią pisze, że "chłopię Wil", jak sam siebie określa, nigdy nie osiągnęło wieku rozsądku, "czy to przez swoją świętą naiwność, czy przez wypisaną na buziulce głupotę".

[2] (fr.) Wierzę w ciebie, Panie Natury, siejący wokół życie i płodność.

[3] (fr.) Bestio Wszechmogąca, która stworzyłaś...

3

Szlifierz diamentów pije. Zadręcza się w warsztacie, za to matka jest przedsiębiorcza. Od dawna kupowała w mieście małe działki, które następnie z zyskiem sprzedawała, i w ten sposób zgromadziła skromny kapitał poza zasięgiem męża. Za te pieniądze buduje obszerny dom, na parceli, na której jest także miejsce na warsztat szlifierza diamentów i szkołę tańca Carlo - dom z dziewięćdziesięcioma dwoma pokojami, pisze Willem pół wieku później, prawdopodobnie mając na myśli dwadzieścia dziewięć pokoi, ale jakie to ma znaczenie, a jakaż sala sportowa, jakaż sala taneczna. Może pomagać córkom mieszczuchów, które wieczorem pobierają lekcje, w ćwiczeniu kroków tanecznych. Oczarowuje każdego: dziecko z czarną łatką na oku, które z wdziękiem pląsa po sali jak mała balerina, a od czasu do czasu wzruszająco się potyka, po czym szybko się podnosi i tańczy dalej.

Bójki w szkole stają się dramatyczne, przemoc nasila się przy każdej konfrontacji. Od czasu do czasu ktoś trzyma za plecami częściowo rozbitą butelkę albo pałkę. Rannego chłopca regularnie muszą zabierać sanitariusze. Willem nie zdaje algebry, ponieważ niewystarczająco włada francuskim, a w tym języku nauczyciel matematyki prowadzi lekcje; robi się nieznośny i arogancki, wstaje w klasie i woła, że chce lekcji po flamandzku. Flandria Lwem!, woła, i jak byk rzuca się na elegancko ubranego chłopaka, który się z niego naśmiewa. Grozi mu usunięcie ze szkoły. Jego raporty ocen z każdym dniem się pogarszają; wyrzuca je do ścieku, kradnie czysty raport z sekretariatu i sam wypełnia go wysokimi ocenami, aż ojciec nabiera podejrzeń z powodu niestarannego pisma niby to nowego nauczyciela i odkrywa oszustwo. Willem dostaje lanie, które pamięta jeszcze kilkadziesiąt lat później.

Ucieka ze szkoły, włóczy się przez parę dni, chodzi po sadach z kijem, na który nabił gwóźdź, żeby móc kraść wyżej wiszące owoce. Z bukietem polnych kwiatów staje pod bramą szkoły dla dziewcząt, ale zostaje przez zakonnicę odciągnięty za ucho na drugą stronę ulicy, aż jęczy. Próbuje zaglądać dziewczynkom pod spódnice - "Mówili, że można od tego oślepnąć, że to straszne jak uderzenie pioruna...". Ach, Mariette, wzdycha jeszcze w podeszłym wieku, i Tilly, i Eveline, mówiły po francusku i nosiły koronkowe majtki, widział to swoim zdrowym okiem.

Zimą o wpół do szóstej rano rozpala z ojcem w piecach w szlifierni i szkole tańca; nastawiana jest kawa dla pracowników, potem trzeba wyczyścić wszystkie buty do tańca. Czasami naciera buty gogusiowatego tancerza króliczymi bobkami, bawi go żartowanie sobie ze wszystkich. Zdawałem się świętym chłopcem, pisze, potrafiłem dobrze udawać, że niczego nie przeskrobałem, miałem wspaniałe dzieciństwo.

*

Potem piorun uderza naprawdę. Ma trzynaście lat, gdy niespodziewanie umiera jego matka. Okoliczności są niejasne; świadectwo Willema o latach dzieciństwa urywa się na informacji o jej przedwczesnej śmierci, bez dalszych szczegółów. "Tęskniąc, błądzę między grobami cmentarza w poszukiwaniu swojego życia" - tak mniej więcej brzmi ostatnie zdanie.

Kilkadziesiąt lat później kopia tego osobliwego świadectwa trafia w moje ręce dzięki jednemu z jego dzieci; na okładce zeszytu widnieje rysunek sportowca, a nad nim w obu językach narodowych hasło: "Postępuj jak prawdziwy sportowiec".

Mój wzrok przykuwa cień biegacza: wygląda jak bokser.

Poniżej, jak na ironię, widnieje napis: "Cahiers de Belgique".

4

Chce zostać rolnikiem, albo ogrodnikiem, kimś takim, nie wie dlaczego, byle nie szlifierzem diamentów z suchym gardłem. Jego znudzony życiem ojciec wysyła go do Tuin- & Landbouwschool, szkoły ogrodniczo-rolniczej w Melle pod Gandawą. Z nauki niewiele wychodzi. Trwa wojna, to czas uniwersytetu von Bissinga: Moritz Ferdinand Freiherr von Bissing, generalny gubernator okupowanej Belgii, wielbiciel Rilkego i Goethego, w 1916 roku założył Vlaemsche Hoogeschool, flamandzką szkołę wyższą - wbrew ustawodawstwu belgijskiemu. Spowodowało to głęboki podział w świecie akademickim: Flamenpolitik niemieckiego okupanta była przez patriotów odbierana jako prowokacja, ale przez zwolenników ruchu flamandzkiego jako spełnienie słusznego żądania uniwersytetu we własnym języku. W centrum Gandawy odbywały się manifestacje: flamandzcy profesorowie - ponieważ odmawiali kolaborowania - nosili francuskojęzyczne tabliczki z hasłami przeciwko własnemu zniderlandyzowanemu uniwersytetowi. L'université de Gand français! Większość z nich opuściła uczelnię i została zastąpiona przez kolegów aktywistów. Obrót spraw nie mógł być bardziej bolesny.

W tym czasie syn antwerpskiego szlifierza diamentów chodzi ulicami Gandawy i wagaruje. Odwiedza proflamandzkie kluby studenckie i przystępuje do osławionego Groeningerwacht, szybko rosnącego w siłę ruchu aktywistycznego. Jego charyzmatycznym przywódcą jest August Borms; 11 lutego 1917 roku przemawia do organizacji. Już wtedy w programie znajdowały się rozdział administracyjny Flandrii i Walonii oraz "wypędzenie" francuskojęzycznych. Borms jest entuzjastycznym mówcą: "Żądamy, żeby władza, która teraz spoczywa w naszych rękach, została użyta do usunięcia elementów, które na obszarze proflamandzkim są niepożądane i przez to właśnie w zakresie ogólnoduchowym i moralnym mogą być tylko i wyłącznie niezdrowe... Precz ze wszystkimi franskiljonami[4]!... Każdego, kto nam w tym jeszcze przeszkadza: za granicę! Precz ze wszystkimi, którzy stawiają nam opór!".

Willem stoi wśród podjudzanych młodych ludzi, krzyczy i skanduje razem z nimi. Do późnej nocy siedzi w knajpie, poluje na dziewczyny, żądny pioruna pod ich spódnicami, którego się boi.

Pewnego wiosennego dnia Willem jak zwykle wsiada do tramwaju; Niemcy regularnie przeprowadzają agresywne kontrole, panuje napięta atmosfera, wszyscy są nerwowi. Willem staje na tylnej platformie, paląc papierosa. W dziurce od guzika marynarki nosi znaczek, który w tamtych czasach był popularny wśród zwolenników ruchu flamandzkiego: belgijską kokardę z flamandzkim lwem pośrodku. Starszy mężczyzna dostrzega kokardę, wpada w złość, zrywa znaczek z marynarki Willema i woła: Maintenant c'est fini tout cela[5]! Agresja cywila przeraża chłopaka. Wracają wspomnienia bójek w szkole podstawowej, w głowie dudnią mu poniżające docinki po francusku, czuje napływ adrenaliny w żyłach, przez chwilę wydaje się, że straci panowanie, chce uderzyć mężczyznę, w ostatniej jednak chwili powstrzymuje młodzieńcze pięści, nagle zeskakuje z jadącego tramwaju i ląduje na bruku, skręcając stopę.

Później często będzie mówił, że w tamtej chwili zaczął nienawidzić państwo belgijskie. Mniej więcej w tym samym czasie dowiaduje się, że jego starszy brat Edward poległ na froncie, ale to wydaje mu się czymś odległym. Sam nie został zakwalifikowany do służby wojskowej z powodu ślepego oka. Taki flamandzki cyklop jak ja na nic by się nie przydał francuskojęzycznym oficerom nad Izerą, śmieje się do dziewczyny, z którą sobie grucha.

*

Wyrósł na wysokiego młodzieńca, ma ponad metr osiemdziesiąt, długie czarne włosy - z tego okresu zachowało się tylko jedno niewyraźne zdjęcie, bardziej przypomina na nim przedwcześnie urodzoną wersję Neila Younga niż przedwojennego zwolennika ruchu flamandzkiego. Zaślepka na oku przydaje mu aury tajemniczości, która przyciąga co bardziej ceniące intelekt dziewczyny, a przyjaciół trochę onieśmiela. Kiedy wchodzi do knajpy, wszyscy kierują na niego wzrok. Przeżywa fascynację filmem; idzie obejrzeć w małej sali trzeszczącą wersję Maudite soit la guerre Alfreda Machina, tydzień później ogląda niemiecki film propagandowy o wzniosłym obowiązku wojny i czuje się zdezorientowany; cieszącego się złą sławą filmu o bitwie nad Sommą jeszcze w Gandawie nie pokazano, ale wie, że się o nim mówi. Tylko niejasno zdaje sobie sprawę z tego, co w tamtej chwili dzieje się w okopach Flandrii i północnej Francji, niewiele do niego dociera z powodu zalewu sprzecznych opinii, słyszy, jak ktoś nazywa gazety "kłamliwą prasą". W takim razie żadnych gazet; na ulicy można zdobyć wystarczająco dużo mądrości.

Alianci tkwią już równie głęboko wessani w krwawą glinę co okupant, katastrofa Passendale trwa w najlepsze. Pod koniec sierpnia w rozmowach coraz częściej słyszy nazwę "Langemark". Dlaczego Langemark, co w 1914 stało się w Langemark, gdzie to leży, to Langemark, podobno istnieje też Kortemark, śmieje się. Nie powinieneś tyle pić, mówi przyjaciółka, obejmując go ramieniem. Gdy zawiera znajomości z innymi studentami, początkowo jest wycofany, a nawet onieśmielony, ale kiedy się rozkręci, gubi się w zagmatwanych teoriach i wali pięścią w stół. Widzi w gazecie doniesienia o rewolucji październikowej, wokół huczy od rozmów o mienszewikach i bolszewikach. Słyszy, że mówi się o planach, które podobno istnieją już od 1912 roku, żeby założyć "czystą Partię Flamandzką", "Blok Flamandzki". Świat zachodni chyli się ku upadkowi, rzuca ktoś, to student uniwersytetu w dziwnej czapce na głowie. Edmond Vandermeulen, z którym spędza parę pijackich nocy, pochodzi z rodziny mieszczańskiej, będzie miał z nim jeszcze później do czynienia, ale teraz nie może tego wiedzieć; Miłość i wierność[6], przedrzeźnia Willem studenta nad ranem, i Leci Niebieskonogi![7]. Znika w ostatniej nędznej knajpie wojennej, gdzie pije się jenever złej jakości, warzony z obierek zgniłych ziemniaków i buraków pastewnych, podły trunek, od którego przez wiele dni będzie miał migrenowy ból głowy.

Nauczyciele w szkole ogrodniczej rzadko go widują; woli wałęsać się po mieście, dyskutować do późnej nocy z kompanami z Groeningerwacht o flamandzkiej walce; gdy ma kaca siedzi czasem w ogrodzie botanicznym, przysypiając. Przez trudności ze zniderlandyzowanym uniwersytetem mocno spada również liczba uczniów wyższej szkoły ogrodniczej, nauczyciele przestają przychodzić, lekcje stają się nieregularne. Traci motywację, nadal nocami włóczy się po mieście, za bardzo nie wiedząc, co robić. Na parę tygodni zatrudnia się w kawiarni. Jestem przyjacielem Augusta Bormsa, przechwala się. To pomaga, gdy się szuka pracy.

Z jakiejś sali zebrań kradnie zdjęcie swojego bohatera z autografem; znajdę je później - podarte i pożółkłe, z rozbitą ramką i szybką - podczas opróżniania domu przy Drongenhof, ale w tamtej chwili nie zwracam na nie uwagi i wrzucam wraz z innymi śmieciami do kontenera ustawionego przed drzwiami.

[4] (niderl.) Franskiljon - mieszkaniec Belgii będący zwolennikiem panowania w tym kraju języka francuskiego.

[5] (fr.) To wszystko już przeszłość!

[6] Hasło z godła Gandawy, Hou ende trouw (niderl.).

[7] Studencka pień bojowa Vliegt de Blauwvoet! (niderl.).