Wehikuł czasu - Herbert George Wells

Kup ebooka

31.00 zł
25.73 zł (26,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

Podróż­nik w Cza­sie (tak wypada go nazwać) opo­wia­dał nam o spra­wach tajem­ni­czych. Jego szare oczy świe­ciły i błysz­czały, a na twarz, bladą zazwy­czaj, wystą­pił żywy rumie­niec. Ogień w kominku pło­nął jasno, a deli­katne pro­mie­nio­wa­nie świa­teł ze srebr­nych lamp uro­czo pod­świe­tlało bąbelki, które powsta­wały i zni­kały w naszych szklan­kach. Fotele, w któ­rych sie­dzie­li­śmy, zapro­jek­to­wane przez niego, za mało powie­dzieć, że dawały wygodne sie­dze­nie, one nas obej­mo­wały i otu­lały. Owie­wała nas też poobied­nia atmos­fera dobro­stanu, gdy myśli bie­gną z pew­nym wdzię­kiem wolne od wię­zów ści­sło­ści. I tak też wiła się nar­ra­cja mówią­cego, który główne punkty swego prze­mó­wie­nia pod­kre­ślał ruchem szczu­płego wska­zu­ją­cego palca, pod­czas gdy my sie­dzie­li­śmy nie­dbale, podzi­wia­jąc para­dok­sal­ność jego myśli, a jesz­cze bar­dziej - nie­zwy­kłą sze­ro­kość hory­zon­tów.

- Pro­szę zauwa­żyć - mówił - że moje tezy są w sprzecz­no­ści z jedną lub dwiema teo­riami powszech­nie powta­rza­nymi. Geo­me­tria, na przy­kład, któ­rej uczy­li­ście się w szko­łach, jest oparta na błęd­nym zało­że­niu.

- Czy nie jest to kwe­stia zbyt wielka, aby­śmy się nią tutaj zaj­mo­wać mogli? - zapy­tał rudo­włosy Filby, czło­wiek nie­zwy­kle wyga­dany.

- Nie myślę od was żądać, aby­ście przyj­mo­wali cokol­wiek bez prze­ko­na­nia. Wkrótce zgo­dzi­cie się przy­naj­mniej o tyle, o ile jest to mi potrzebne. Wie­cie z pew­no­ścią, że linia mate­ma­tyczna, linia o wymia­rach zero, w rze­czy­wi­sto­ści nie ist­nieje. Uczy­li­ście się prze­cież tego? Rów­nież nie ist­nieje płasz­czy­zna mate­ma­tyczna. Te rze­czy to tylko czy­ste abs­trak­cje.

- Wszystko to prawda - rzekł Psy­cho­log.

- Nie ist­nieje rów­nież sze­ścian, który ma tylko dłu­gość, sze­ro­kość i gru­bość, czyli wyso­kość.

- Na to się już nie zga­dzam - powie­dział Filby. - Bryła z pew­no­ścią może ist­nieć. Wszyst­kie ciała rze­czy­wi­ste...

- Tak wszy­scy uwa­żają. Ale pocze­kaj chwilkę. Czy może ist­nieć sze­ścian momen­talny?

- Nie rozu­miem - rzekł Filby.

- Czy może ist­nieć sze­ścian, który nie trwałby ani jed­nej chwili?

Filby zamy­ślił się.

- Oczy­wi­ście - cią­gnął dalej Podróż­nik w Cza­sie - każde ciało mate­rialne musi ist­nieć w czte­rech wymia­rach: to zna­czy posia­dać dłu­gość, sze­ro­kość, wyso­kość i trwać w cza­sie; lecz przy­ro­dzone ogra­ni­cze­nia naszego ciała, które wam natych­miast wyja­śnię, skła­niają nas do prze­ocza­nia tego faktu. W isto­cie są cztery wymiary: trzy, które nazy­wamy trzema płasz­czy­znami prze­strzeni, i czwarty - czas. Ist­nieje wszakże ten­den­cja do kre­śle­nia bez­za­sad­nej gra­nicy pomię­dzy trzema pierw­szymi wymia­rami a ostat­nim; ponie­waż tak się dzieje, że nasza świa­do­mość bie­gnie bez prze­rwy w jed­nym kie­runku, wzdłuż tego wła­śnie ostat­niego wymiaru, od początku do końca naszego życia.

- Jest to... - ode­zwał się Bar­dzo Młody Czło­wiek, czy­niąc spa­zma­tyczne wysiłki dla zapa­le­nia cygara nad świecą - jest to w samej rze­czy naj­zu­peł­niej jasne.

- Otóż na szcze­gólną uwagę zasłu­guje to, że tak powszech­nie fakt ten jest lek­ce­wa­żony - cią­gnął dalej Podróż­nik w Cza­sie z odcie­niem lek­kiej weso­ło­ści. - Tak naprawdę to, o czym mówię, jest tym samym, co zwy­kle rozu­mie się jako czwarty wymiar. Wielu ludzi mówią­cych o tym czwar­tym wymia­rze nie wie nawet, że nie ma na myśli nic innego wła­śnie, jak tylko to poję­cie przeze mnie tu wyra­żone. Jest to tylko inny punkt patrze­nia na czas. Nie ma innej zgoła róż­nicy pomię­dzy cza­sem a któ­rym­kol­wiek z trzech wymia­rów prze­strzeni oprócz tej, że nasza świa­do­mość poru­sza się wzdłuż tego wła­śnie czwar­tego wymiaru. Lecz nie­któ­rzy głupcy uwi­kłali się w fał­szywy pogląd na to poję­cie. Sły­sze­li­ście wszy­scy, co oni powia­dają o czwar­tym wymia­rze...

- Ja nie - rzekł Bur­mistrz z pro­win­cji.

- Rzecz się ma tak. Prze­strzeń, według zda­nia naszych mate­ma­ty­ków, ma mieć trzy wymiary, które można nazwać: dłu­go­ścią, sze­ro­ko­ścią i wyso­ko­ścią, i daje się zawsze okre­ślić sto­sun­kiem do trzech płasz­czyzn, z któ­rych każda leży pod kątem pro­stym do pozo­sta­łych. Lecz nie­któ­rzy ludzie filo­zo­fu­jący zapy­tali: dla­czego tylko trzy wymiary, dla­czego nie inny jesz­cze jakiś kie­ru­nek pod kątem pro­stym do trzech pozo­sta­łych? I sta­rali się nawet zbu­do­wać geo­me­trię czte­ro­wy­mia­rową. Może mie­siąc temu pro­fe­sor Szy­mon New­comb miał na ten temat wykład w Nowo­jor­skim Towa­rzy­stwie Mate­ma­tycz­nym. Wie­cie, jak na pła­skiej powierzchni, która ma tylko dwa wymiary, możemy przed­sta­wić rysu­nek bryły trój­wy­mia­ro­wej. Otóż, ana­lo­gicz­nie, nie­któ­rzy sądzą, że za pomocą modeli trój­wy­mia­ro­wych będą mogli przed­sta­wić ciała czte­ro­wy­mia­rowe - jeżeli tylko owładną per­spek­tywą przed­miotu. Czy nie tak?

- Tak sądzę - mruk­nął Bur­mistrz z pro­win­cji i, marsz­cząc brwi, wpadł w stan zadumy wewnętrz­nej i poru­szał ustami jak czło­wiek, który wyma­wia mistyczne jakieś wyrazy. - Tak, zdaje mi się, że teraz już rozu­miem - powie­dział po nie­ja­kim cza­sie z twa­rzą na chwilę wypo­go­dzoną.

- Dobrze... Nie przy­po­mi­nam sobie, czy wam mówi­łem, że czas jakiś zaj­mo­wa­łem się tą geo­me­trią czte­ro­wy­mia­rową. Nie­które z moich rezul­ta­tów są cie­kawe. Na przy­kład oto por­tret jed­nego i tego samego czło­wieka, jeden w ósmym roku życia, drugi - w pięt­na­stym, inny - w sie­dem­na­stym, trzy­dzie­stym trze­cim i tak dalej. Wszystko to są prze­kroje, jakby trój­wy­mia­rowe wyobra­że­nia istoty czte­ro­wy­mia­ro­wej, która jest przed­mio­tem sta­łym i nie­zmien­nym. Uczeni - mówił dalej Podróż­nik z pew­nym namy­słem dla lep­szego uchwy­ce­nia przed­miotu - wie­dzą dobrze, że czas jest tylko rodza­jem prze­strzeni. Oto jest znany powszech­nie dia­gram naukowy - spra­woz­da­nie ze stanu pogody. Linia, którą poka­zuję pal­cem, ma wska­zy­wać ruch baro­me­tru. Wczo­raj rtęć stała tak wysoko, w ciągu nocy opa­dła, dziś z rana pod­nio­sła się znowu, i tak dalej pod­nosi się stale aż do chwili obec­nej. Z pew­no­ścią rtęć nie kre­śli tej linii w jed­nym z wymia­rów prze­strzeni zna­nych dotych­czas, lecz nie­wąt­pli­wie linię samą nakre­śliła, a ta linia, jak musimy wnio­sko­wać, poszła w kie­runku wymiaru czasu.

- Ale - ode­zwał się Lekarz, patrząc upo­rczy­wie na pło­nące węgle - jeżeli czas jest rze­czy­wi­ście czwar­tym wymia­rem prze­strzeni, to dla­czego obec­nie jest, a daw­niej był, uwa­żany za coś zupeł­nie odręb­nego? I dla­czego nie możemy się poru­szać wzdłuż czasu tak, jak się poru­szamy wzdłuż każ­dego innego wymiaru prze­strzeni?

Podróż­nik uśmiech­nął się.

- Czy jesteś pan pewny, że możemy swo­bod­nie poru­szać się w prze­strzeni? Możemy poru­szać się w prawo i lewo, w tył i naprzód, ile chcemy, i tak ludzie poru­szali się zawsze. Przy­pusz­czam, że mamy swo­bodę ruchów w dwóch wymia­rach. Ale co powie­dzieć o ruchu w górę i w dół? Tu krę­puje nas cią­że­nie.

- Nie­zu­peł­nie - rzekł Lekarz. - Mamy prze­cież balony.

- Ale przed wyna­le­zie­niem balo­nów, jeżeli pomi­niemy spa­zma­tyczne pod­skoki oraz nie­rów­no­ści gruntu, czło­wiek nie miał wcale swo­body ruchów w kie­runku pio­no­wym.

- Zawsze jed­nak mógł poru­szać się cokol­wiek w górę i w dół - rzekł Lekarz.

- Łatwiej, daleko łatwiej w dół niż w górę.

- Ale pan nie zdo­łasz poru­szyć się w cza­sie, wyjść z chwili obec­nej.

- Kochany panie, w tym wła­śnie się mylisz. Cały świat ma mylne wyobra­że­nie pod tym wzglę­dem. Usta­wicz­nie ucie­kamy od chwili bie­żą­cej. Nasz byt umy­słowy, który jest nie­ma­te­rialny i nie ma wymia­rów, poru­sza się w kie­runku czasu z jed­no­stajną szyb­ko­ścią, od kolebki do grobu, zupeł­nie tak, jak­by­śmy musieli zejść na dół, gdy­by­śmy roz­po­częli ist­nie­nie nasze na wyso­ko­ści 80 kilo­me­trów nad zie­mią.

- Naj­więk­sza jed­nak trud­ność w tym - prze­rwał Psy­cho­log - że możesz się pan poru­szać w każ­dym kie­runku prze­strzeni, lecz nie możesz się poru­szyć w cza­sie.

- W tym tkwi jądro mojego wiel­kiego odkry­cia. Lecz nie masz pan racji, mówiąc, że nie możemy poru­szać się w cza­sie. Jeżeli na przy­kład żywo przy­po­mi­nam sobie jakiś wypa­dek, to wra­cam w myśli do chwili, w któ­rej się wyda­rzył: staję się, jak mówią, nie­obecny duchem, na chwilę odska­kuję w tył. Zapewne nie możemy zatrzy­mać się w cza­sie na prze­ciąg dłuż­szy, podob­nie jak czło­wiek dziki lub zwie­rzę nie może się utrzy­mać na wyso­ko­ści dwóch metrów nad zie­mią; lecz czło­wiek cywi­li­zo­wany stoi pod tym wzglę­dem wyżej od dzi­kiego. Wbrew sile cią­że­nia może wznieść się w górę balo­nem: to i dla­cze­góż nie miałby mieć nadziei, że wresz­cie zdoła zatrzy­my­wać lub przy­spie­szać swój bieg wzdłuż wymiaru czasu, lub nawet zawra­cać i pusz­czać się w inną drogę?

- O, co to... - zaczął Filby - to już jest...

- Dla­czego nie? - prze­rwał mu Podróż­nik w Cza­sie.

- Sprze­ci­wia się to rozu­mowi - rzekł Filby...

- Jakiemu rozu­mowi? - zagad­nął Podróż­nik.

- Argu­men­tami możesz pan dowieść nawet, że czarne jest bia­łym - rzekł Filby - lecz nie zdo­łasz mnie pan ni­gdy prze­ko­nać.

- Być może - rzekł Podróż­nik - lecz zaczy­na­cie już teraz spo­strze­gać przed­miot moich docie­kań w geo­me­trii czte­ro­wy­mia­ro­wej? Od dawna już świ­tał mi pomysł machiny...

- Do poru­sza­nia się w cza­sie?! - wykrzyk­nął Mło­dzie­niec.

- Tak, do odby­wa­nia podróży w każ­dym kie­runku czasu i prze­strzeni, w jakim tylko jadący poru­szyć się zechce...

Filby ledwo się wstrzy­mał od śmie­chu.

- Ale ja mam spraw­dzian doświad­czalny! - rzekł Podróż­nik.

- O, jak­żeby się taka machina przy­dała histo­ry­kowi! - zauwa­żył Psy­cho­log. - Nie­je­den mógłby cof­nąć się daleko w prze­szłość i spraw­dzić powszech­nie przy­jętą opo­wieść o bitwie pod Hastings!

- Sądzisz, że zwró­ciłby kto na cie­bie uwagę? - rzekł Lekarz. - Przod­ko­wie nasi nie bar­dzo się rwali do ana­chro­ni­zmów.

- Nie­je­den mógłby tę grekę, któ­rej dru­gich naucza, wziąć z wła­snych ust Homera lub Pla­tona - zauwa­żył Mło­dzie­niec.

- W tym wypadku był­byś uwa­ża­nym za drep­cą­cego małym krocz­kiem pedanta. Eru­dyci nie­mieccy tak już prze­cież wydo­sko­na­lili zna­jo­mość gre­czy­zny.

- W każ­dym razie na tej dro­dze jest przy­szłość - powie­dział Mło­dzie­niec. - Dobra myśl! Można by zebrać swoje kapi­tały, zło­żyć na pro­cent skła­dany i puścić się na zła­ma­nie karku!

- Aby zna­leźć spo­łe­czeń­stwo - zauwa­ży­łem - zbu­do­wane na pod­sta­wie ści­śle komu­ni­stycz­nej.

- Co za sza­lone dzi­wac­twa! - zaczął Psy­cho­log.

- Tak, i mnie się to samo zda­wało; toteż posta­no­wi­łem nikomu nic nie mówić, dopóki bym...

- Nie spraw­dził doświad­cze­niem... - pod­chwy­ci­łem.

- Więc istot­nie myślisz o eks­pe­ry­men­cie?

- Eks­pe­ry­ment! - krzyk­nął Filby, który już czuł, że mózg mu schnąć zaczyna.

- Pokaż w jaki­kol­wiek spo­sób swoje doświad­cze­nie - powie­dział Psy­cho­log. - Cho­ciaż, wie­cie, wszystko to jakieś szal­bier­stwo.

Podróż­nik w Cza­sie się do nas uśmiech­nął. Następ­nie, cią­gle mając roz­pro­mie­nioną twarz, zagłę­bił ręce w kie­sze­niach spodni i wyszedł z wolna z pokoju. Sły­sze­li­śmy tylko jego pan­to­fle, jak kla­pały w dłu­gim kory­ta­rzu, który pro­wa­dził do labo­ra­to­rium.

Psy­cho­log spoj­rzał na obec­nych.

- Cie­kaw jestem, co też zmaj­stro­wał.

- Jakaś sztuczka kuglar­ska lub coś podob­nego - rzekł Lekarz.

Filby zaś zaczął opo­wia­dać o magiku, któ­rego widział w Bur­slem, lecz nim zakoń­czył wstęp do opo­wie­ści, Podróż­nik w Cza­sie wró­cił i aneg­dota Filby'ego prze­pa­dła.

Podróż­nik w Cza­sie trzy­mał w ręku jakiś przed­miot poły­sku­jący. Był to mecha­nizm meta­lowy, nie­wiele więk­szy od małego zegarka, a wyko­nany bar­dzo pre­cy­zyj­nie z kości sło­nio­wej i jakie­goś prze­zro­czy­stego ciała kry­sta­licz­nego. Teraz muszę się bar­dzo jasno tłu­ma­czyć, gdyż to, co nastę­puje - jeżeli w ogóle uznamy obja­śnie­nie przy­rządu za moż­liwe - jest czymś, czego opo­wie­dzieć się nie da.

Podróż­nik w Cza­sie wziął jeden z ośmio­kąt­nych sto­li­ków, jakich kilka było w pokoju, i umie­ścił go przed ogni­skiem, obiema zaś nogami sta­nął na dywa­nie przed komin­kiem. Na sto­liku posta­wił mecha­nizm, przy­su­nął krze­sło i usiadł.

Na stole, oprócz przy­rządu, była tylko nie­wielka lampa z przy­ciemką; jasne jej świa­tło oświe­cało model. Było jesz­cze nadto może ze 12 świec, z któ­rych dwie - w brą­zo­wych lich­ta­rzach na kominku, a inne - w srebr­nych kan­de­la­brach, tak iż pokój był oświe­tlony rzę­si­ście.

Sie­dzia­łem w niskim fotelu, jak naj­bli­żej ognia, i wysu­ną­łem się naprzód, aby zna­leźć się pomię­dzy ogni­skiem a Podróż­ni­kiem w Cza­sie. Za nim sie­dział Filby, patrząc mu przez ramię. Lekarz i Bur­mistrz z pro­win­cji widzieli go z pro­filu, ze strony pra­wej, Psy­cho­log - z lewej, a Mło­dzie­niec stał za Psy­cho­logiem. Byli­śmy wszy­scy na straży. Wyda­wało się nie­po­dob­nym do uwie­rze­nia, aby można było ode­grać przed nami jaką­kol­wiek sztuczkę, choćby naj­sub­tel­niej obmy­śloną i wyko­naną naj­zręcz­niej.

Podróż­nik w Cza­sie spo­glą­dał kolejno na nas i na mecha­nizm.

- No cóż? - spy­tał Psy­cho­log.

- Ten mały przy­rząd - odrzekł Podróż­nik w Cza­sie, opie­ra­jąc łok­cie na sto­liku i ści­ska­jąc apa­rat w rękach - jest tylko mode­lem, pomy­słem machiny do podró­żo­wa­nia w cza­sie. Widzi­cie, że wygląda dość dzi­wacz­nie. Ten drą­żek ma dziw­nie migo­cącą powierzch­nię, jak coś, co by nie miało bytu real­nego. - Wska­zał przy tym pal­cem na daną część przy­rządu. - Tu znowu jest jedna nie­wielka dźwi­gnia biała, tam druga.

Lekarz pod­niósł się z krze­sła i spoj­rzał na przed­miot.

- Jak to ślicz­nie wyko­nane! - zawo­łał.

- Ten przy­rząd zabrał mi dwa lata pracy - odparł Podróż­nik w Cza­sie, a gdy­śmy wszy­scy poszli za przy­kła­dem Leka­rza, mówił dalej: - Teraz chciał­bym, aby­ście pojęli jasno, że gdy naci­śniemy tę dźwi­gnię, machina zosta­nie wpra­wioną w ruch postę­pu­jący w przy­szłość. Ta druga dźwi­gnia nadaje ruch w kie­runku odwrot­nym. To sio­dełko przed­sta­wia sie­dze­nie Podróż­nika w Cza­sie. Obec­nie naci­snę sprę­żynę i maszyna pój­dzie naprzód; znik­nie, przej­dzie do przy­szło­ści i sta­nie się nie­wi­dzialna. Patrz­cie bacz­nie na przy­rząd. Patrz­cie rów­nież na sto­lik i bądź­cie pewni, że tu nie ma żad­nych sztu­czek. Nie potrze­buję roz­myśl­nie pozby­wać się tego modelu: ucho­dził­bym potem za szar­la­tana.

Nastała jed­no­mi­nu­towa prze­rwa. Zda­wało się, że Psy­cho­log chciał coś mówić do mnie, lecz zmie­nił zamiar. Podróż­nik w Cza­sie wycią­gnął palec ku dźwi­gni.

- Nie - rzekł. - Daj rękę - zwra­ca­jąc się do Psy­cho­loga, wziął jego rękę w swoją i kazał mu wygiąć wska­zu­jący palec tak, by Psy­cho­log sam puścił model machiny czasu w nie­skoń­czoną podróż.

Ujrze­li­śmy wszy­scy obrót dźwi­gni. Jestem naj­zu­peł­niej pewny, że nie było w tym oszu­stwa. Uczu­li­śmy powiew wia­tru, a pło­mień lampy wybuch­nął w górę. Zga­sła jedna świeca na kominku, a mała machina zaczęła nagle wiro­wać, stała się nie­wy­raźna, w ciągu sekundy było ją widać tylko jak widmo, jako wir poły­sku­ją­cego z lekka brązu i kości sło­nio­wej, aż wresz­cie prze­pa­dła - zni­kła! Na stole nie było nic prócz lampy.

Na chwilę wszy­scy onie­mieli. Pierw­szy Filby uznał się pobi­tym.

Psy­cho­log ock­nął się z podziwu i nagle spoj­rzał pod stół. Wów­czas Podróż­nik w Cza­sie wesoło się roze­śmiał.

- No cóż? - zapy­tał, powta­rza­jąc słowa Psy­cho­loga. Następ­nie, pod­nió­sł­szy się, pod­szedł do pudełka z tyto­niem na kominku i, odwró­cony tyłem, zaczął nabi­jać fajkę.

Patrzy­li­śmy w osłu­pie­niu jedni na dru­gich.

- Spójrz - rzekł Lekarz. - Czy mówisz poważ­nie? Czy istot­nie sądzisz, że maszynka roz­po­częła już podróż w cza­sie?

- Z pew­no­ścią - odpo­wie­dział, nachy­la­jąc się, by zapa­lić dre­wienko przy ogniu. Następ­nie obró­cił się, odpa­la­jąc fajkę, i spoj­rzał w twarz Psy­cho­lo­gowi (Psy­cho­log dla oka­za­nia, że się nie czuje wcale wytrą­cony z rów­no­wagi, szu­kał ratunku w cyga­rze i miał już je zapa­lić, zapo­mniał tylko obciąć).

- Co wię­cej, mam dużą machinę na ukoń­cze­niu, tam. - Tu wska­zał w stronę labo­ra­to­rium. - Gdy ją złożę w całość, sądzę, że będę mógł odbyć podróż już sam we wła­snej oso­bie.

- Sądzisz pan, że machina powę­dro­wała w przy­szłość? - spy­tał Filby.

- W przy­szłość lub prze­szłość: nie wiem z pew­no­ścią, w któ­rym kie­runku.

Po chwili Psy­cho­log wpadł na nowy pomysł.

- Musiała powę­dro­wać w prze­szłość, jeżeli w ogóle dokąd­kol­wiek poszła - rzekł.

- Dla­czego? - zagad­nął Podróż­nik w Cza­sie.

- Ponie­waż przy­pusz­czam, że nie poru­szyła się w prze­strzeni, a gdyby powę­dro­wała w przy­szłość, to byłaby tutaj cią­gle przez cały czas.

- Lecz - rze­kłem - gdyby pomknęła w prze­szłość, musia­łaby być widoczna wtedy, gdy­śmy po raz pierw­szy weszli do tego pokoju, i w ostatni czwar­tek, gdy­śmy tu byli, i w przed­po­koju, i tak dalej!

- Poważne zarzuty - zauwa­żył Bur­mistrz z pro­win­cji z miną bez­in­te­re­sowną, zwra­ca­jąc się do Podróż­nika w Cza­sie.

- Ani na źdźbło - odparł Podróż­nik w Cza­sie, a następ­nie zwró­ciw­szy się do Psy­cho­loga, dodał: - Pomyśl pan. Pan możesz to obja­śnić. Jest to wyobra­że­nie sprzed progu świa­do­mo­ści, wyobra­że­nie roz­cień­czone, można powie­dzieć.

- W rze­czy samej - rzekł Psy­cho­log i przy­wró­cił nam pew­ność. - Jest to kwe­stia pro­sta w psy­cho­lo­gii. Powi­nie­nem był o tym pomy­śleć. To wystar­cza i prze­pysz­nie pod­piera para­doks. Nie możemy widzieć, nie możemy roz­po­znać machiny, tak jak nie możemy zauwa­żyć szpry­chy krę­cą­cego się koła lub poci­sku prze­ci­na­ją­cego powie­trze. Jeżeli ta machina prze­biega czas 50 lub 100 razy szyb­ciej niż my, jeżeli w naszą sekundę prze­bywa minutę, to wra­że­nie, jakie może wywo­łać, będzie z pew­no­ścią jedną pięć­dzie­siątą lub jedną setną tego, jakie wywo­ła­łaby, gdyby nie prze­biegała czasu. To dość jasne. - Prze­su­nął ręką przez to miej­sce, w któ­rym przed­tem stała machina. - Czy widzi­cie? - zapy­tał, uśmie­cha­jąc się.

Sie­dzie­li­śmy może minutę, patrząc na pusty stół. Następ­nie Podróż­nik w Cza­sie zapy­tał nas, co myślimy o tym wszyst­kim.

- Łatwo w to uwie­rzyć wie­czo­rem - powie­dział Lekarz. - Lecz pocze­kajmy do jutra. Pocze­kajmy na zdrowy roz­są­dek poranku.

- A czy nie chcie­li­by­ście zoba­czyć samej machiny czasu? - zapy­tał Podróż­nik. Następ­nie, wziąw­szy lampę do rąk, popro­wa­dził nas dłu­gim ciem­nym kory­ta­rzem do swego labo­ra­to­rium.

Żywo przy­po­mi­nam sobie drżące świa­tło, syl­wetkę jego ory­gi­nal­nej dużej głowy, tań­czące po ścia­nach cie­nie. Pamię­tam, jak szli­śmy za nim, zakło­po­tani, pełni nie­uf­no­ści, i jak w labo­ra­to­rium ujrze­li­śmy więk­sze wyda­nie tego samego małego mecha­ni­zmu, który roz­wiał się nam był w oczach. Jedne czę­ści były z niklu, inne - z kości sło­nio­wej, kolejne znowu nie­za­wod­nie wypi­ło­wane z krysz­tału gór­nego. W ogóle przy­rząd był już gotowy, tylko pookrę­cane pałeczki krysz­ta­łowe leżały na ławce jesz­cze nie­wy­koń­czone obok kilku arku­szy rysun­ków; wzią­łem jedną z nich do rąk, aby się lepiej przyj­rzeć.

- Tak, zdaje się, że to kwarc.

- Spójrz - rzekł Lekarz. - Czy mówisz naprawdę, poważ­nie? Czy też jest to tylko sztuczka podobna do tego ducha, któ­rego nam poka­zy­wa­łeś w ostat­nie święta Bożego Naro­dze­nia?

- Na tej machi­nie - rzekł Podróż­nik, pod­no­sząc do góry lampę - zamie­rzam zwie­dzić czas. Rozu­mie­cie? Ni­gdy w życiu nie mówi­łem z więk­szą powagą.

Nikt z nas nie wie­dział, co o tym myśleć.

Pochwy­ci­łem wzrok Filby'ego poprzez ramię Leka­rza; nie­do­wia­rek mru­gnął na mnie zna­cząco.