Węgrzy. Tysiąc lat zwycięstw w klęskach - Paul Lendvai

Kup ebooka

35.00 zł
29.33 zł (29,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Najazd Mongołów w 1241 roku i jego konsekwencje

Najazd Mongołów w 1241 roku i jego konsekwencje

W rocznikach swojego klasztoru Hermann von Niederaltaich rok 1241 określił lapidarnie: "W tym roku Tatarzy zniszczyli istniejące od 350 lat królestwo Węgier". Bawarski mnich był tym równie wstrząśnięty jak cesarz Fryderyk II, który niemal w tym samym czasie pisał w liście do króla angielskiego: "Całe to szlachetne królestwo zostało wyludnione, spustoszone i obrócone w pustkowie". Ówcześni świadkowie i kronikarze określali jeszcze azjatyckich napastników mianem "Tatarów", jakkolwiek oni sami nazywali już siebie Mongołami1.

Wprawdzie w Azji i w Europie Wschodniej "najazd Mongołów" trwał już od niemal dziesięciolecia i ciężko dotknął Rusinów, Kumanów oraz Polaków, jednak główne uderzenie następców Czyngis-chana z całym impetem spadło dopiero na Węgrów. 11 kwietnia 1241 roku u zbiegu rzek Sajó i Hernád na równinie Mohi prowadzeni przez Batu-chana mongolscy jeźdźcy zniszczyli wojska węgierskie -?wprawdzie przeważające liczebnie, ale źle dowodzone, chroniące się w swym otoczonym wozami obozie warownym -?i w nieopisanym chaosie wręcz zmasakrowali kościelnych i świeckich dostojników kraju. Król i niektórzy młodzi rycerze jakimś cudem zdołali się uratować. Mongołowie poszli jednak tropem Beli aż do Klosterneuburga i w końcu zaczęli oblegać dalmatyńskie miasto portowe Trogir (węg. i niem. Trau), gdzie schronił się król. Mongołowie bowiem dopóty nie uważali kraju za ostatecznie zdobyty, dopóki żył jego prawowity władca.

Atakowanego w Trogirze przez długie miesiące króla -?a wraz z nim Węgry i być może wręcz cały Zachód -?uratowała nagła śmierć wielkiego chana Ugedeja w odległym Karakorum. Gdy wiosną 1242 roku Batu dowiedział się o jego śmierci, niezwłocznie zarządził odwrót, by wziąć udział w wyborze nowego wielkiego chana. Mongołowie wycofali się z Węgier, zgarniając bogate łupy i uprowadzając licznych jeńców. Jeszcze trzynaście lat później misjonarze Jan di Piano Carpini i Wilhelm z Rubruk podczas swojej podróży przez Karakorum natykali się tam na węgierskich niewolników.

Dla ludności madziarskiej rok najazdu Mongołów oznaczał głęboką cezurę. Znawcy średniowiecznego świata, jak na przykład historyk György Györffy, uważają nawet, że po tym straszliwym upuście krwi Węgrzy nigdy już nie powrócili do pełni sił.

Według wyliczeń Györffyego na Wielkiej Nizinie Węgierskiej zniszczonych zostało około sześćdziesięciu procent osiedli. Kto z mieszkańców zdołał ujść rzezi lub uprowadzeniu przez Mongołów, temu groziła śmierć z powodu głodu lub zarazy. Do tego doszły katastrofalnie niskie plony, niekiedy nawet przez dwa lata z rzędu, ponieważ wszystko było zniszczone i nie było jak i komu uprawiać pól.

Nieco lepiej sytuacja wyglądała w rejonach na zachód od Dunaju. Mongołowie w czasie swego przemarszu wprawdzie plądrowali i podpalali te ziemie, ale w całości ich nie okupowali. Na tych terenach straty ludności wyniosły około dwudziestu procent. W dużej mierze oszczędzona została także słowiańska ludność Górnych Węgier, jak też Seklerzy i Rumuni z górzystych okolic Siedmiogrodu. Według starszych szacunków ofiarą bezpośrednich lub pośrednich konsekwencji mongolskiego najazdu mogła w sumie paść niemal połowa z dwóch milionów ludzi, którzy żyli na Węgrzech około 1240 roku2.

Dla Beli IV atak nie był zaskoczeniem. Król przypuszczalnie jako jedyny na Węgrzech, a być może na całym Zachodzie, dostrzegł śmiertelne zagrożenie, jakim dla chrześcijańskiej Europy była ekspansja Mongołów porwanych ideą zawładnięcia całym światem. Dzięki nigdy do końca nie zerwanym stosunkom z księstwami ruskimi na Węgry szybko dotarły wiarygodne informacje o wydarzeniach na Wschodzie, a także o druzgocącej klęsce Rusinów i Kumanów (Połowców) w starciu z mongolskimi jeźdźcami w 1223 roku.

Ponadto Bela, jeszcze jako następca tronu, wysłał na Wschód grupę dominikanów, aby nawrócić na chrześcijaństwo współplemieńców, którzy według przekazów wciąż jeszcze przebywali w pradawnej ojczyźnie. W poszukiwaniach kraju wczesnych Madziarów, nazywanego Magna Hungaria, czyli Wielkie Węgry, brat Julian rzeczywiście natrafił nad Wołgą na ludzi, z którymi mógł się porozumieć w języku węgierskim. Od tych "krewniaków" usłyszał o niepowstrzymanym naporze straszliwych Mongołów w kierunku zachodnim. Jeden z braci zakonnych po powrocie w 1237 roku spisał relację z podróży i przesłał ją do Kurii Rzymskiej. Gdy Julian po raz drugi udał się w karkołomną podróż na Wschód, by zdobyć informacje o zamiarach Mongołów, nie zdołał już dotrzeć do spustoszonego w międzyczasie matecznika dalekich współplemieńców, ponieważ ci zostali podbici. Julian pospiesznie wrócił na Węgry z przerażającą wiadomością i dokładnymi informacjami o przygotowaniach wojennych. Przywiózł także list od Batu-chana do króla Beli z żądaniami poddania się i wydania "kumańskich pachołków", którzy schronili się na Węgrzech. Bela nie odpowiedział na to wezwanie, ale poważnie potraktował groźby Mongołów. W odróżnieniu od papieża i cesarza, od lat uwikłanych w zaciekły spór o prymat Rzymu, wiedział, że w tej sytuacji, po oskarżeniach i żądaniach, które zostały zignorowane lub odrzucone, zawsze następowała wyniszczająca wyprawa wojenna.

Bela IV przeczuwał, co nadciągało nad jego kraj, i przygotowywał się do wojny. Osobiście wizytował obszary przygraniczne; na przełęczach polecił zbudować umocnienia obronne i próbował zgromadzić silną armię. Nie było zatem przede wszystkim winą króla, że mimo przedsięwziętych przez niego przygotowań i ostrzeżeń skierowanych do węgierskiej szlachty, jak też jego apeli do papieża, cesarza Fryderyka II i władców zachodniej Europy, najazd Mongołów runął na Węgry niczym klęska żywiołowa i że Mongołowie, po zwycięstwie pod Mohi, wedle własnego uznania mogli pustoszyć kraj wzdłuż i wszerz. Pomimo inteligencji i odwagi Bela nie był wodzem. Nie miał także bitnej, zawodowej armii. Jeszcze przed ogłoszeniem przez jego ojca Złotej Bulli gotowi niegdyś w każdej chwili do walki zawodowi wojownicy stali się "wygodnickimi właścicielami ziemskimi"3. Nie byli już równorzędnym przeciwnikiem dla mongolskich oddziałów jeźdźców, działających ze zdumiewającą precyzją i posługujących się wręcz planowym terrorem.

Decydującą rolę odegrały tu jednak inne czynniki, na których znaczenie niemal nie zwrócili uwagi zachodni historycy, niewładający swobodnie językiem węgierskim. A to one również później były przyczyną wielkich załamań w węgierskiej historii -?klęsk w walkach przeciwko Turkom i Habsburgom. Mowa o dwojakim stosunku do wszystkiego, co obce, co dobitnie się objawiło już we wczesnym okresie istnienia państwa węgierskiego. Wahanie między otwieraniem się a zamykaniem, między wspaniałomyślną tolerancją a strachliwą nieufnością, było główną przyczyną wręcz tragicznego konfliktu z tą grupą narodową, która kiedyś miała tworzyć kręgosłup węgierskiego wojska. Co prawda w przeszłości turecki lud Kumanów (Połowców) kilkakrotnie atakował Węgry, jednak później, w obliczu niepowstrzymanej inwazji Mongołów, szukał u Madziarów schronienia i oparcia. Bela, jeszcze jako następca tronu, dążył do nawrócenia Kumanów przez dominikanów i przyjął hołd lenny jednego z chanów, ochrzczonego wraz z piętnastoma tysiącami współplemieńców. Dla tych tak zwanych zachodnich Kumanów założono nawet biskupstwo. Dziesięć lat później przed Mongołami uciekli przez Karpaty także "wschodni" Kumanowie. Przed ich przyjęciem król Bela polecił ich ochrzcić, a w obliczu grożącej inwazji z Azji liczył na wsparcie czterdziestu tysięcy połowieckich jeźdźców. Jednak integracja koczowniczego ludu z węgierską społecznością, przekształconą już na modłę chrześcijańsko-zachodnią, prowadziła do napięć i krwawych ekscesów. Akurat w momencie, gdy mongolska ofensywa była już w pełnym toku, grupa nieufnej węgierskiej szlachty napadła na kumańskiego chana Kutena (Kocjana) i zamordowała go. W konsekwencji jego wojownicy, przysięgając zemstę, mordując i zostawiając za sobą pas zniszczeń, udali się do Bułgarii. W ten sposób na cztery tygodnie przed decydującą bitwą na równinie Mohi król stracił swojego najsilniejszego sojusznika.

Te grupy szlachty, które we wczesnej fazie asymilacji Kumanów czyniły wszystko, by doprowadzić do eskalacji realnie istniejącego napięcia, były tymi samymi, które potem bardzo niezdecydowanie i niechętnie zastosowały się do wezwań króla, by były gotowe wraz ze swoimi drużynami. Dwaj najważniejsi świadkowie najazdu Mongołów, mistrz Roger i Tomasz ze Splitu, w swoich relacjach wyraźnie dali do zrozumienia, że między królem a częścią możnowładców panowała głęboko zakorzeniona niezgoda. Według przekazu francuskiego kronikarza Batu-chan miał przed bitwą pod Mohi zagrzewać swych wojowników pogardliwym zapewnieniem: "Węgrzy pogubieni przez ducha niezgody i zuchwalstwa nie będą w stanie was pokonać".

Magnaci, jak już wspomniano, byli przede wszystkim oburzeni, że Bela chciał cofnąć rozrzutne darowizny swojego ojca i że, nie zważając na opór szlachty, wpuścił do kraju Kumanów. Zazdrośnie wyrzucali mu, że obcych woli od Węgrów. Rozpowszechniali nawet pogłoski, jakoby Kumanowie przybyli na Węgry jako sojusznicy Mongołów, by następnie przy pierwszej nadarzającej się okazji zaatakować Węgrów.

Włoski duchowny, mistrz Roger, który przeżył najazd Mongołów i spędził rok w niewoli, przedstawił to jednak nieco inaczej. Wychwalał Belę IV jako jednego z najznamienitszych władców Węgier -?według niego król, nawracając pogańskie ludy, poczynił wielkie zasługi dla Kościoła; słusznie starał się poskromić "bezczelną zuchwałość" podległych mu magnatów, którzy w swojej niesubordynacji nie cofali się nawet przed zdradą. Roger bronił Belę także przed zarzutem, jakoby we właściwym czasie nie podjął odpowiednich kroków, by uniknąć zagrożenia, jakim byli dla kraju Mongołowie. Podkreślał, że wielkim panom bardzo wcześnie i wielokrotnie przypominano, że mają zebrać swoje oddziały i wraz z nimi pospieszyć pod królewskie sztandary. Pomimo oczywistej nieudolności króla w zaprowadzeniu porządku w wojsku, główną winę za klęskę ponosiła zdaniem Rogera ta część węgierskiej szlachty, która z wrogości wobec króla nie tylko odmówiła mu wsparcia w walce, lecz wręcz życzyła sobie porażki Beli: "ponieważ wierzyli, że klęska dotknie jedynie niektórych z nich, a nie wszystkich".

Do nieufności wobec obcych oraz niezgody i waśni we własnych szeregach doszły jeszcze obojętność i milczenie zachodniego świata. Duchowny kronikarz zarzuca europejskim książętom chrześcijańskiego świata, że zawiedli, ponieważ nie odpowiedzieli na wołanie węgierskiego króla o pomoc. Nikt spośród wszystkich przyjaciół Węgier nie pomógł krajowi w nieszczęściu. Z tej współwiny Roger nie oczyszcza ani papieża, ani cesarza. Wszyscy żałośnie zawiedli. W 1253 roku Bela tak pisał w liście do papieża Innocentego IV: "(...) ze wszystkich stron docierają do nas (...) tylko słowa (...) W naszej wielkiej potrzebie nie otrzymaliśmy jakiegokolwiek wsparcia od żadnego chrześcijańskiego władcy lub narodu Europy".

Mongolski koszmar, w uświadomiony lub nieuświadomiony sposób, wpływał na korespondencję króla z najróżniejszymi papieżami i możnowładcami, a także na jego działalność na arenie międzynarodowej. Zdecydowanie najważniejszym i najtrwalszym psychologicznym skutkiem najazdu Mongołów była historyczna konkluzja: "My Węgrzy jesteśmy osamotnieni". Poczucie izolacji, tak charakterystyczne dla Węgrów, skondensowało się odtąd w kompleksie osamotnienia, stając się determinującym składnikiem węgierskiej historiozofii. A katastrofy XVI, XIX i XX stulecia zamieniły to odczucie wręcz w skamielinę.

Lęk przed powtórnym najazdem Mongołów znalazł dziwaczny przejaw nawet w prowadzonej przez króla Belę polityce małżeństw dynastycznych. W liście do papieża pisał: "W interesie chrześcijaństwa, z ujmą dla naszej królewskiej godności, wydaliśmy nawet dwie nasze córki za ruskich książąt, natomiast trzecią za polskiego, by za pośrednictwem tych i innych obcych na wschodzie otrzymywać informacje o tajemniczych Tatarach"4. Jeszcze większym poświęceniem było oczywiście, wspomniane w tym samym liście, małżeństwo pierworodnego syna z dziewczyną z rodu kumańskiego. Ten mariaż miał jeszcze ściślej związać dynastię Arpadów z wojowniczym ludem koczowników, których już kilka lat po najeździe Mongołów znów przywołano i osiedlono na wyludnionych obszarach równiny między Dunajem a Cisą. Intensywniejsza miała też być jego asymilacja ze wspólnotą zachodniego chrześcijaństwa.

Tłem pierwszej wielkiej katastrofy w dziejach chrześcijańskiego królestwa Węgier była nieufność w stosunku do obcych, także wtedy gdy byli pilnie potrzebni jako sojusznicy, waśnie we własnych szeregach, nawet w momentach wielkiego zagrożenia, a w końcu uzasadnione poczucie osamotnienia i pozostawienia samym sobie. Jednak fakt, że Węgrzy czuli się niedocenieni, zdradzeni i otoczeni przez wrogów, wynikał zapewne także, a być może wręcz przede wszystkim, z jednomyślnie krytykowanego w międzynarodowej historiografii "bezwstydnego szantażu". Austriacki książę z rodu Babenbergów Fryderyk II, kuzyn i sąsiad uciekającego króla węgierskiego, zwabił go w pułapkę, obrabował i uwięził. Austriakowi już współcześni nadali przydomek "Kłótliwy" (po polsku niezbyt trafnie nazywany jest "Bitnym"), ponieważ poróżnił się z niemal wszystkimi swoimi sąsiadami, a w 1236 roku cesarz przejściowo skazał go nawet na banicję i odebrał mu godność lennika Rzeszy.

Roger tak opisał ten haniebny czyn w 32. rozdziale swojej relacji:

Król po swojej ucieczce, porzuciwszy armię, jechał dniem i nocą, aż dotarł na polskie tereny przygraniczne; stamtąd pospieszył, tak szybko jak tylko był w stanie, bezpośrednią drogą do królowej, która przebywała w rejonie graniczącym z Austrią. Na wieść o tym przybył, kryjąc w sercu zło, ale pod pozorem przyjaźni, książę Austrii. Król akurat odłożył swoją broń i podczas gdy przygotowywano śniadanie, po tym jak podczas długiej ucieczki zrządzeniem boskim zdołał wymknąć się tak wielu straszliwym strzałom i mieczom, położył się nad brzegiem wody, by się przespać, gdy znów go obudzono. Gdy tylko ujrzał księcia, bardzo się ucieszył. Z kolei książę, wypowiadając między innymi pełne troski słowa, zasugerował królowi, że powinien przeprawić się przez Dunaj, by wypocząć na drugim brzegu w bezpieczniejszym miejscu. Kiedy król to usłyszał, nie przeczuwając niczego złego, zgodził się ze słowami księcia. Książę zapewniał bowiem, że ma po drugiej stronie rzeki zamek, gdzie mógłby króla ugościć w bardziej godnych warunkach. Nie miał jednak zamiaru go ugościć, lecz zniszczyć. Podczas gdy królowi wciąż wydawało się, że zdołał wymknąć się Scylli, padł ofiarą Charybdy. I tak jak ryba, która chce wydostać się z cebra z lodem, by nie zamarznąć, skacze na żar i zostaje upieczona, tak i on wierząc, że zdołał uniknąć katastrofy, znalazł się w jeszcze bardziej zatrważającym położeniu. Bowiem książę Austrii podstępem zawładnął nim i postępował z nim wedle własnego uznania. Zażądał od niego pewnej kwoty pieniędzy, którą, jak twierdził, król niegdyś od niego wymusił. Co było dalej? Król nie zdołał się uwolnić, dopóki nie wypłacił części pieniędzy w gotówce, części w złotych i srebrnych naczyniach, a za resztę w końcu nie przekazał mu w zastaw trzech sąsiednich komitatów swojego królestwa5.

Poza tym według Rogera książę obrabował jeszcze węgierskich uciekinierów i najechał bezbronny kraj. Fryderyk II Babenberg (nie należy go mylić z cesarzem z dynastii Hohenstaufów) próbował nawet jeszcze zdobyć Preszburg i Jawaryn (węg. Győr, niem. Raab). Jednak obydwa miasta zdołały się obronić. Kronikarz nie wiedział, że w ten sposób zostały wyrównane stare rachunki między Fryderykiem II a Belą IV. Babenberg od 1233 roku wielokrotnie najeżdżał Węgry, a ponadto wsparł powstanie węgierskich magnatów przeciwko ich królowi. Po tym jak Andrzej II i jego synowie, Bela i Koloman, przepędzili księcia i ścigali go aż do Wiednia, Fryderykowi II udało się wynegocjować zawarcie pokoju tylko w zamian za wysoką nawiązkę. Nigdy jednak nie zapomniał tego upokorzenia i -?raczej nie w duchu zachodniej solidarności oraz wbrew upomnieniom papieża Grzegorza IX - wykorzystał rozpaczliwe położenie Węgrów.

Historyk Günther Stökl wskazał na "ze zrozumiałych względów bardzo negatywne wrażenie", jakie "zdrada zachodniego sąsiada pozostawiła w węgierskiej świadomości historycznej". We wszystkich krajach Europy Środkowej i Wschodniej podręczniki szkolne nie są jak wiadomo świetlanym przykładem wyważonego traktowania własnej i regionalnej historii. Jednak rzadko kiedy przepaść jest tak wyraźna jak w przedstawianiu epizodu opisanego przez Rogera. I tak węgierski historyk Bálint Hóman (1935) pisał: "Fryderyk (...) haniebne pogwałcenie prawa gościnności przedstawił jako chwalebny przejaw chrześcijańskiej solidarności, po czym ukoronował to atakiem na kraj cierpiący pod jarzmem Tatarów". Natomiast zupełnie inaczej rolę Babenberga widział austriacki historyk Hugo Hantsch (1947): "Fryderyk (...) zagrodził Tatarom drogę do Niemiec (...) Austria znów spełniła oczekiwania jako bastion Zachodu, jako tarcza cesarstwa"6.

Ironią losu było to, że akurat uznane za upadłe królestwo węgierskie później pomyślnie przeciwstawiało się próbom ekspansji księcia Fryderyka II Bitnego. A po jego śmierci, w bitwie nad rzeką Litawą w czerwcu 1246 roku, Bela włączył się nawet w walkę o sukcesję Babenbergów i na pewien czas zdobył kontrolę nad Styrią. Syn Beli i następca tronu węgierskiego Stefan (István) przez kilka lat był księciem Styrii. Jednak po klęsce w bitwie przeciwko Przemysłowi II Ottokarowi z Czech pod Kressenbrunn w Austrii Węgrzy nie zdołali obronić zdobyczy. Do "zniszczenia królestwa Węgier", które w swojej krótkiej notatce stwierdził cytowany na początku tego rozdziału bawarski mnich, mimo wszystko jednak nie doszło. Król Bela IV po swoim powrocie z jeszcze większą energią, niemałą inteligencją, żelazną konsekwencją i imponującą odwagą poświęcił się ogromnemu zadaniu odbudowy spustoszonego, a na Wielkiej Nizinie i zwłaszcza na wschodzie wyludnionego kraju.

Po wycofaniu się Mongołów Bela panował jeszcze przez dwadzieścia osiem lat i ze względu na swoje sukcesy polityczne uzyskał honorowy tytuł drugiego po świętym Stefanie założyciela państwa. Tak jak Stefan Bela był władcą otwartości i twórcą szeroko zakrojonej polityki osadniczej. Jego suwerenne państwo rozciągało się na całe terytorium Kotliny Panońskiej, a ponadto obejmowało Chorwację-Slawonię i Dalmację oraz część Bośni. Niezwykle szybkie odzyskanie zdolności działania politycznego można po części tłumaczyć tym, że najazd Mongołów w niewielkim stopniu wyniszczył akurat najgęściej zaludnione zachodnie rejony kraju. Mimo to pozostaje wrażenie, że król w swojej polityce, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, nigdy nie zdołał się wyzwolić z traumy i obawy przed ponowną mongolską inwazją. Nacisk na zwiększanie sił zbrojnych kraju doprowadził do powstania zupełnie nowego systemu obronnego. Wniosek z tego, że tylko niektóre zamki zdołały się oprzeć mongolskiej nawale, był jednoznaczny -?wyłącznie silnie ufortyfikowane miejscowości zapewniały wystarczające bezpieczeństwo -?dlatego Bela dążył do tego, by jak najwięcej miast i miejscowości w jego królestwie zostało otoczonych kamiennymi murami. Prócz tego wystawił nowe, bitne wojsko, zastępując lekkich łuczników ciężką kawalerią.

Udało mu się także ponownie sprowadzić i na wielkiej nizinie osiedlić Kumanów, którzy następnie odgrywali znaczącą rolę w nowo organizowanej armii. Bela IV zwracał na to uwagę w cytowanym już liście do papieża Innocentego: "Niestety pozwoliliśmy na to, by naszego kraju bronili teraz poganie, i dzięki ich pomocy powstrzymujemy wrogów Kościoła". Wraz z Kumanami osiedleni zostali także alańscy Jasowie (węg. Jász), niegdyś również stepowi wojownicy ze wschodu.

W dokumencie datowanym na rok 1267 król oznajmił, że aby zaludnić Węgry, wezwał do kraju chłopów i żołnierzy ze wszystkich części świata. I tak poza niemieckimi kolonistami na Górne Węgry napłynęli także Słowacy, Polacy i Rusini; do Siedmiogrodu przybyli natomiast Niemcy i Rumuni, a także liczni Węgrzy. W miastach wkrótce pojawiło się również wielu Francuzów, głównie Walonów, Włochów i Greków. Po roku 1250 rozpoczęła się imigracja Żydów z Austrii. Żydowskie gminy z nowej ufortyfikowanej rezydencji królewskiej -?miasta Buda, a także z Ostrzyhomia i Preszburga -?znalazły się pod osobistą ochroną króla. Zresztą według Magyaroszág történeti kronológiája (Historycznej Chronologii Węgier) Kálmána Bendy Ostrzyhom już około 1050 roku był ośrodkiem żydowskich kupców, którzy pośredniczyli w handlu między Rusią i Ratyzboną oraz prawdopodobnie zbudowali w mieście synagogę. Arcybiskupstwu w Ostrzyhomiu zostało przyznane prawo bicia monety, a zadanie to z kolei powierzono przybyłemu z Wiednia Żydowi imieniem Henszel.

Za zadziwiająco szybką odbudowę kraju, popieranie zakładania nowych miast i priorytetowe traktowanie armii królowi Beli przyszło jednak zapłacić wysoką polityczną cenę -?nienaruszona pozostała fatalna koncentracja władzy w rękach tępych i dbających tylko o własne interesy (pomijając nieliczne wyjątki) możnowładców. Pomimo radykalnych kroków Beli i reform -?przed najazdem Mongołów tylko po części wdrożonych - magnaci zdołali obronić swe dawne przywileje; ponadto, co miało przynieść jeszcze gorsze konsekwencje, nie musieli już zwracać otrzymanych królewszczyzn i zamków, lecz na dodatek otrzymali nowe darowizny. Wszystko to w niedługim czasie miało doprowadzić do chaosu.

W ostatnim dziesięcioleciu swoich rządów król Bela wdał się w poważny konflikt ze swoim synem, późniejszym Stefanem V, który co prawda był zdolnym wodzem, ale też nazbyt żądnym władzy. Jego późniejsze samodzielne panowanie trwało zaledwie dwa lata. Nie umiał przeciwdziałać narastaniu napięć między dysponującymi pełnią władzy magnatami -?na dodatek uwikłanymi między sobą i z wieloma wysokimi dostojnikami kościelnymi w krwawe zatargi -?a drobną szlachtą, która miała być przeciwwagą i będąc popieraną przez króla Belę, uzyskiwała kolejne przywileje. Na rodzie królewskim po raz kolejny fatalnie się też odbiła szczególnie drażliwa i wciąż jeszcze nierozwiązana kwestia włączenia kumańskich jeźdźców w węgierskie środowisko. Kumańska kawaleria była wprawdzie nieodzowną podporą zreorganizowanego wojska, zwłaszcza podczas wypraw poza granice Węgier, jednak całkowita społeczno-kościelna i językowa asymilacja dziesiątków tysięcy dawnych koczowników wymagała jeszcze od dwóch do trzech stuleci.

Małżeństwo Stefana, syna Beli, z Elżbietą, córką podstępnie zamordowanego chana Kutena, miało przypieczętować trwałe pojednanie z tą grupą. Planowano zrównanie Kumanów ze szlachtą. Wczesna śmierć Stefana położyła jednak kres wszystkim tym staraniom.

Syn Stefana, Władysław (László) IV (1272-1290), był jeszcze dzieckiem, a królową matkę -?Elżbietę, która nazywała siebie "królową Węgier, córką cesarza Kumanów", całkowicie przerosła rola regentki -?stała się marionetką w rękach żądnych władzy możnowładców i gotowych na wszystko faworytów. Ona i jej syn w zasadzie wierzyli tylko Kumanom, a poprzez przesadne i demonstracyjne wyróżnianie stepowych wojowników raczej zaszkodzili, niż pomogli drażliwemu procesowi asymilacji.

Młody król Władysław IV tylko raz dokonał historycznego czynu, za to w momencie decydującym dla przyszłości Austrii. Zdarzyło się to na polu bitwy pod Suchymi Krutami (Dürnkrut), gdzie wojska Węgrów i Kumanów -?ich liczebność szacuje się na piętnaście tysięcy -?rozstrzygnęły o wyniku bitwy między Rudolfem Habsburgiem a Przemysłem II Ottokarem z Czech. Jak opisał to budapeszteński historyk Péter Hanák: "W bitwie na Morawskim Polu węgierski oręż pomógł zbudować fundament potęgi dynastii i cesarski autorytet Habsburgów".

Der Mongolensturm. Berichte von Augenzeugen und Zeitgenossen 1235/1250, red. Thomas von Bogyay, Graz 1985. [wróć]

Ibidem' s. 43-48; Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen 1988, s. 31-34; zob. także: Jenő Szűcs' Nemzet és történelem, Budapest 1984. [wróć]

Der Mongolensturm, op. cit., s. 42; Ferenc Glatz, A magyarok krónikája, Budapest 1996, s. 98 i n. (według źródła straty wyniosły od 300 do 400 tysięcy ludzi). [wróć]

Wydaną za polskiego księcia córką Beli IV była Kinga (zwana także Kunegundą), święta Kościoła katolickiego, która przybyła do Polski w 1239 roku, a siedem lat później poślubiła księcia krakowskiego i sandomierskiego Bolesława Wstydliwego (zmarła w 1292 roku) (przyp. red.). [wróć]

Der Mongolensturm, op. cit., s. 168-170. [wróć]

Günther Stökl, Osteuropa und die Deutschen, Oldenburg -?Hamburg 1967, s. 86. Co się tyczy Hómana zob. ibidem, t. 2, s. 147 i n.; Hantsch zob. Hugo Hantsch, Die Geschichte Österreichs bis 1648' t. 1, Graz 1959, s. 90. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Do polskich czytelników i czytelniczek

Do polskich czytelników i czytelniczek

Ze wzruszeniem, ale i z zadumą kieruję te słowa do polskich czytelników i czytelniczek. Cieszy mnie, że trzymają państwo w ręce moją opowieść o węgierskiej historii. Polaków i Węgrów łączą silne więzi przyjaźni i -?na szczęście -?niewiele wzajemnych zbrojnych konfliktów. Nie chcę jeszcze raz powtarzać znanego powiedzenia o dwóch bratankach, choć rzeczywiście jest wiele podobieństw w polskiej i węgierskiej mentalności. A ostatnio -?mimo wszystkich różnic -?oba kraje są, niestety, dość podobnie postrzegane w Europie.

W mojej długiej karierze dziennikarskiej Polska zawsze odgrywała ważną rolę. Pochodzę z Węgier. Tylko szczęśliwym trafem przetrwałem w 1944 roku jako dziecko niemieckie "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej", w którym uczestniczyli również węgierscy faszyści, mordując dziesiątki tysięcy węgierskich Żydów. Jednak to w Polsce w moim życiu nastąpił decydujący zwrot.

Jeszcze w grudniu 1956 roku -?gdy czołgi radzieckie już zmiażdżyły węgierskie powstanie -?miałem nadzieję, będąc dziennikarzem budapeszteńskiej gazety "Esti Hírlap", że wspólny opór intelektualistów i robotników, nacisk światowej opinii publicznej i mocarstw zachodnich, jak i fala sympatii do Węgier w Jugosławii i w Polsce utorują drogę do kompromisu i zapobiegną akcjom odwetowym stalinowców.

W styczniu 1957 roku polscy dziennikarze zaprosili mnie do Warszawy, abym opisał wyznaczone na 20 stycznia wybory do Sejmu, które wtedy postrzegano jako swego rodzaju test sukcesu reformatorskiego skrzydła partii kierowanego przez Władysława Gomułkę. Dzięki pośrednictwu między innymi kolegów z "Po Prostu" koszty mojego pobytu wzięła na siebie "Trybuna Ludu" (wtedy także prowadzona przez reformatorów). Mój wyjazd do Polski był swoistą misją polityczną, uzgodnioną z węgierskimi zwolennikami reform. Dla naszego zdruzgotanego przez radzieckie czołgi i zakneblowanego kraju Polska pozostała jeszcze iskierką nadziei. Była krajem, któremu -?jak nam się wtedy wydawało -?w październiku 1956 udało się to, co nie udało się na Węgrzech: pokojowe przejście od stalinizmu do reform.

Miałem 27 lat i czekała mnie pierwsza w życiu podróż za granicę, jeśli pominąć wizyty w latach czterdziestych u krewnych w należącym do Rumunii Siedmiogrodzie. Redakcja wystąpiła o paszport dla mnie, pozwalający na podróż do Polski, z wizami tranzytowymi w Czechosłowacji i Austrii. Do dzisiaj przechowuję pożółkły bilet linii lotniczej Malev: Budapeszt-Warszawa-Praga-Wiedeń-Budapeszt wystawiony 10 stycznia 1957 roku.

Osiemnaście dni spędzonych w Warszawie zmieniło całe moje życie. Nigdy nie prowadziłem dziennika, mam jednak do dziś mój warszawski kalendarz z zapisanymi spotkaniami, udostępniono mi także niedawno kopie moich ówczesnych korespondencji z Warszawy dla "Esti Hírlap". Od pierwszej do ostatniej chwili odczuwałem solidarność polskich dziennikarzy i intelektualistów z Węgrami. To polscy koledzy, którzy po części na zaproszenie węgierskich gazet z wielką sympatią relacjonowali dramatyczne wydarzenia na Węgrzech, zorganizowali cały mój pobyt.

Tradycyjna przyjaźń między obydwoma krajami, które miały nawet wspólnych władców, bliskie losy po drugiej wojnie światowej (na przełomie 1939 i 1940 roku ponad 100 000 Polaków, uciekając przed okupacją niemiecko-radziecką, znalazło schronienie na Węgrzech) oraz podobne zagrożenie równolegle rozwijających się ruchów reformatorskich, jakie w Warszawie doprowadziły do władzy Gomułkę, a w Budapeszcie Imre Nagya, wszystko to sprawiało, że to chyba w Polsce solidarność z Węgrami była najsilniejsza. Fakt, że Polsce udało się uniknąć okrutnej akcji radzieckiej i wprowadzać reformy drogą pokojową, podczas gdy Węgry przechodziły przez krwawą tragedię, spowodował, że intensywnie nasiliły się dawne sympatie.

Moje relacje prasowe i komentarze radiowe z Warszawy zawierały - niekiedy zakamuflowane w formie wywiadów -?nadzieje, że polska "wiosna w październiku" byłaby możliwa także na Węgrzech. Dwukrotnie zdołałem z Warszawy wnieść mój skromny wkład na rzecz węgierskiej rewolucji. Gdy 19 stycznia aresztowano Gyulę Háya oraz trzech innych pisarzy i dwóch dziennikarzy, rozwiązując zarazem związek literatów i stowarzyszenie dziennikarzy, udało mi się poprzez moich polskich przyjaciół spowodować co prawda ustny, ale jednak oficjalny, protest w węgierskim przedstawicielstwie. Z kolei 23 stycznia zdołałem przekonać ambasadora Indii w Warszawie K. P. S. Menona, by w obliczu represji w Budapeszcie rząd Indii zajął stanowisko, po czym premier Jawaharlal Nehru złożył w Moskwie formalny protest.

Tamtego stycznia stało się jednak jasne, że po budapeszteńskim spotkaniu przedstawicieli komunistycznych państw -?w którym tylko Polska i Jugosławia nie wzięły udziału, rząd Kádára nie jest zainteresowany rozwiązaniami kompromisowymi i przyjmuje pod każdym względem twardy kurs. Najpierw dwóch znanych przywódców powstania zostało straconych, a następnie nadeszła hiobowa wieść o masowych zwolnieniach dziennikarzy, w tym wielu moich najlepszych przyjaciół. Przeciwko wielu wszczęto postępowania przygotowawcze.

Z ociąganiem zacząłem zastanawiać się nad sobą. Po pięciu po części bardzo trudnych latach miałem wreszcie dobre stanowisko jako szef działu zagranicznego uznanego dziennika i po raz pierwszy w życiu posiadałem nawet swoje małe mieszkanie. Miałem szansę na zrobienie kariery. Jako dawny lewicowy socjalista, aresztowany w 1953 roku i objęty zakazem publikacji, ale nie "skompromitowany" podczas powstania, bez problemu mogłem piąć się w górę. (Jeden z moich dobrych znajomych był od lat sześćdziesiątych do końca życia członkiem Biura Politycznego). Poza tym na Węgrzech mieszkali moi ukochani rodzice, z którymi nigdy nie rozmawiałem o moim ewentualnym wyjeździe na Zachód.

Wciąż utrzymujący się w Polsce nastrój przełomu i podziw niemal wszystkich Polaków dla węgierskiej rewolucji napełniały mnie wielką satysfakcją. Dawało się już jednak odczuć, że pełne informowanie o wydarzeniach także w Warszawie przestaje być możliwe. Dowodem było to, że krótko po wyborach do sejmu zakazano publikacji reportaży z Węgier autorstwa Hanki Adamieckiej i Wiktora Woroszylskiego. Mimo to różnica między zakneblowanymi Węgrami a wciąż jeszcze pełną nadziei Polską była uderzająca. Oczywiście na wszystko patrzyłem wtedy nadal przez różowe okulary powszechnego wówczas idealizowania Polski. Nie mogłem przewidzieć, że także i polskie reformy niebawem ugrzęzną w piaskach neostalinizmu ogarniającego cały radziecki blok.

Dzięki gościnności polskich przyjaciół zakwaterowany byłem w szacownym hotelu Bristol, w którym mieszkało także wielu spośród ponad setki zagranicznych korespondentów z całego świata. Spotykaliśmy się regularnie w centrum prasowym, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, w restauracjach i barach nielicznych hoteli. Nagle mogłem spotkać się twarzą w twarz z ludźmi, których artykuły we fragmentach słyszałem na krótkich falach w audycjach zachodnich stacji radiowych albo niegdyś czytałem w biuletynie specjalnym węgierskiej agencji prasowej.

Kiedyś powiedziałem Sydneyowi Grusonowi, wówczas korespondentowi "New York Timesa" w Warszawie, i jego żonie Florze Lewis, że Radio Wolna Europa judziło przeciwko Imre Nagyowi, a prezydent Eisenhower wydał - dla nas w Budapeszcie kompletnie niepojęte -?pojednawcze oświadczenie. Sydney głośno westchnął: "Zawsze wiedziałem, że Eisenhower to w gruncie rzeczy facet ograniczony". Jakby mnie raził piorun. Oto przedstawiciel najbardziej wpływowej amerykańskiej gazety w takim tonie głośno wypowiada się o szefie swego państwa i to w obecności korespondenta nominalnie komunistycznej gazety z nominalnie komunistycznego kraju! Był to początek trwającej przez całe życie przyjaźni z obojgiem: Sydney był później redaktorem naczelnym paryskiej redakcji "Herald Tribune" a następnie współwydawcą "New York Timesa".

Ta uwaga Sydneya, a także liczne nocne rozmowy z innymi -?między innymi z Ernstem Halperinem, przez długi czas zatrudnionym w "Neuen Zürcher Zeitung", następnie profesorem uniwersyteckim w Bostonie, z kolegami z Wiednia Hugonem Portischem i Adamem Wandruszką; z korespondentem londyńskiego "Timesa" Ronniem Prestonem czy z Seymourem Freidinem, reporterem wielkich amerykańskich gazet i magazynów -?powoli, ale nieuchronnie zmieniały moje spojrzenie. Moje myśli coraz bardziej kierowały się ku nieodwołalnej decyzji: nie mogę już dłużej żyć w kłamstwie!

W latach stalinowskich, gdy ja i wielu innych byliśmy więzieni lub internowani, nasi przyjaciele lub koledzy mogli jeszcze jakoś wypierać to ze świadomości lub po prostu się oszukiwać. Ten czas jednak skończył się na Węgrzech 23 października 1956 roku. Przynajmniej dla mnie!

Żaden z zachodnich kolegów, którym wyjawiłem powoli dojrzewającą we mnie decyzję, nie zachęcał mnie do niczego ani nie oferował konkretnej pomocy. Wręcz przeciwnie! Jeden z nich powiedział tylko, że szkoda będzie, jeśli nieliczni liberalni dziennikarze opuszczą Węgry -?być może miał na uwadze ewentualny przydatny kontakt w Budapeszcie.

Głównym powodem mojej -?zaskakującej rodziców i przyjaciół -?decyzji, by nie wracać do Budapesztu, był zarysowujący się rozwój sytuacji na Węgrzech. Na rachunek moich polskich gospodarzy prowadziłem liczne rozmowy międzynarodowe z kolegami w Budapeszcie, z krewnymi w Bratysławie i Tel Awiwie. Nie zastanawiałem się nad moją przyszłością. Bez zamożnych krewnych lub przyjaciół, bez wyuczonego zawodu, wprawdzie znając język angielski i niemiecki, ale bynajmniej nie na poziomie wymaganym od dziennikarza, w wieku 27 lat nie miałem szans na pozbawione akcentu opanowanie języka obcego, porywałem się zatem dosłownie na skok w nieznane. Czy miałem jednak jakąś alternatywę? Czy mogłem pisać o przyszłości Kenii lub sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii, podczas gdy przyjaciele, którzy w 1953 roku wyciągnęli mnie z obozu, teraz sami siedzieli w więzieniu, a tak podziwiani przeze mnie pisarze byli zagrożeni wieloletnimi wyrokami?

Gdy w ambasadzie austriackiej odbierałem wizę tranzytową, ówczesny szef misji Stephan Verosta, uznany ekspert prawa międzynarodowego, rozmawiał ze mną po przyjacielsku, dla ostrożności jednak pogłaśniając radio. Potem naszemu wspólnemu przyjacielowi, Adamowi Wandruszce, wtedy komentatorowi wiedeńskiej gazety "Die Presse", później profesorowi historii na Uniwersytecie Kolońskim, powiedział krótko: "Byłem pewny, że on nie wróci do Budapesztu". I ja także byłem już tego na tyle pewny, że musiałem uważać, by się z tym zamiarem nie zdradzić.

W samolocie do Pragi myślałem o tym spojrzeniu, które prześladowało mnie od tygodni. Przed wyjazdem z Budapesztu po zebraniu redakcyjnym naczelny "Esti Hírlap" podrzucił mnie swoim czarnym służbowym samochodem -?nie pamiętam już, czy był to produkt radziecki czy mercedes -?do mieszkania mojej ciotki. Przed nami przez dłuższy czas jechała ciężarówka, na której siedziało czterech czy pięciu robotników. W ich oczach widziałem nienawiść, ślepą nienawiść wobec nas w tym aucie. Nienawidzili nas jako najwidoczniej wysoko postawionych przedstawicieli pogardzanej przez nich, a chronionej przez obce wojska, starej i nowej zarazem władzy. To było coś, co zarówno w Budapeszcie, jak i później w Warszawie wielokrotnie odczuwałem jako palącą ranę. Już nigdy więcej nie chciałem widzieć takich oczu. Kiedy około 10 lat później podróżowałem z moją żoną własnym samochodem po Węgrzech, tej nienawiści już nie było. Ludzie byli do nas nastawieni przyjaźnie, ciekawi, niekiedy być może widać było po nich zazdrość, ale nie nienawiść.

Dni w Pradze były krótkie i niezbyt bezpieczne. Musiałem przedłużyć pozwolenia na pobyt, ponieważ następny lot do Wiednia był możliwy dopiero w poniedziałek 4 lutego. Jednak w ambasadzie węgierskiej nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać i skierowano mnie do czechosłowackiej policji ds. obcokrajowców. Tam poinformowano mnie, że moja wiza tranzytowa jest ważna tylko na Warszawę, a nie na Wiedeń. Poradzono mi, bym najpierw wrócił do Budapesztu, a dopiero później do Wiednia... Wtedy przypomniał mi się tak często słyszany warszawski dowcip: W październiku 1956 Węgrzy zachowali się jak Polacy, Polacy jak Czesi, a Czesi jak świnie... Cud praskiej wiosny nad Wełtawą 1968 roku pokazał jednak, jak puste i głęboko niesprawiedliwe są takie stereotypy. Aby nie wzbudzić podejrzeń, w sobotę przekazałem mojej gazecie reportaż o życiu codziennym w Pradze. I 4 lutego 1957 roku zjawiłem się na praskim lotnisku z jedną nową, kupioną w Pradze walizką i jedną starą, własnością moich budapeszteńskich przyjaciół. Wiedziałem, że będę ją im musiał odesłać. Mając ważną austriacką wizę w węgierskim paszporcie, bez trudności przeszedłem kontrolę graniczną i celną. Kilka godzin później wylądowaliśmy na lotnisku Schwechat...

Od 28 września 1959 roku jestem obywatelem austriackim. Od niemal sześćdziesięciu lat zajmując się problemami Europy Środkowo-Wschodniej, współpracuję z licznymi zachodnioeuropejskimi gazetami takimi jak "Die Presse" czy "Der Standard" w Wiedniu, londyński "Financial Times", szwajcarska "Neue Zürcher Zeitung". W 1982 roku zostałem dyrektorem austriackiej telewizji i wydawcą kwartalnika "Europäische Rundschau". Wielokrotnie odwiedzałem kraje środkowo- i wschodnioeuropejskie. Prowadziłem wywiady z szefami partii i z przedstawicielami demokratycznej opozycji. Wśród wielu odznaczeń, jakie otrzymałem, szczególnie sobie cenię przyznany mi w 1999 roku Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.

Dzięki temu, że od 10 lat mam węgierską żonę, często bywam na Węgrzech, wczuwając się w atmosferę kraju. W 2010 roku opublikowałem gorzki bilans węgierskich przemian po roku 1989, zatytułowany Mein verspieltes Land (Mój przegrany kraj).

Cóż, w Europie obraz Węgier od pokoleń kształtują dwa traumatyczne wydarzenia: dwa przegrane zrywy wolnościowe 1848 i 1956 roku. Dopiero później doszedł do tego mit "najweselszego baraku w obozie" i "gulaszowego komunizmu", a w końcu -?w roku 1989 -?przecięcie zasieków z drutu kolczastego w żelaznej kurtynie między Wschodem a Zachodem.

To smutne, że po roku 2010 węgierski wkład w rewolucję roku 1989 został w Europie przyćmiony przez budowę "demokracji nieliberalnej".

Polski czytelnik mojej opowieści o węgierskich dziejach rychło zauważy, że Węgrzy -?zapewne nie inaczej niż Polacy -?ze względu na swoją historię uważają się za wyjątkowych. Amerykański znawca umysłowości austro-węgierskiej William M. Johnston tłumaczył przed laty tę madziarską osobliwość węgierskim słowem délibáb, które znaczy tyle co złudzenie, fatamorgana, samooszustwo. Poczucie wyjątkowości wielu ludzi skłania do myślenia życzeniowego, "magicznego". Często także powoduje odruchową niechęć do świata zewnętrznego, do użalania się nad sobą i samoizolacji. Psychiatra Ferenc Erős to poczucie wyjątkowości i zamykania się w sobie nazwał "narodowym narcyzmem". I rzeczywiście - stąd się bierze skłonność władz do przyjmowania wszelkiej krytyki rządu węgierskiego jako napaści na węgierski naród.

Polscy odbiorcy tej książki szybko dostrzegą wiele podobieństw historii Węgier i historii Polski: w dużej mierze szlachecko-chłopski charakter kultury, liczne mniejszości, rozbiory kraju i długotrwałe obce rządy, wolnościowe "zwycięstwa w klęsce".

Ale są też wyraźne różnice -?zwłaszcza w XX wieku, w który Polska weszła bez własnego państwa, Węgry zaś jako dumny drugi filar habsburskiej "cekanii". Potem jednak Węgry były wielkim przegranym, a Polska wielkim wygranym traktatów pokojowych w Wersalu i Trianon. Podczas gdy Węgry przeszły przez węgierską Republikę Rad Béli Kuna, Polska pokonała Armię Czerwoną. I mimo wszelkich podobieństw w autorytarnym stylu marszałka Piłsudskiego i admirała Horthyego, Polska i Węgry poszły w czasie drugiej wojny światowej całkiem innymi drogami. W 1939 roku Polska padła ofiarą niemieckiej i radzieckiej napaści, podczas gdy Węgry w 1941 były sojusznikiem Hitlera. Również po roku 1945 Węgrzy i Polacy -?mimo stalinowskiej urawniłowki "bratnich krajów" i polsko-węgierskich sympatii w roku 1956 -?zupełnie inaczej odnosili się do narzuconego systemu. Na Węgrzech Kádár był u władzy bez przerwy od roku 1956 do 1988, podczas gdy w Polsce każdy pierwszy sekretarz KC PZPR, od Gomułki po Rakowskiego -?ustępował ze stanowiska w wyniku oddolnego nacisku.

I tak też przyszłość pokaże, jak ułożą się polsko-węgierskie "powinowactwa z wyboru".

Mimo zawirowań i Polakom, i Węgrom wypada chyba życzyć dobrego zadomowienia w zjednoczonej Europie. I dobrej znajomości sąsiadów. Dlatego z radością oddaję tę książkę polskim czytelnikom i czytelniczkom.

Paul Lendvai Wiedeń, styczeń 2016

Wprowadzenie

Wprowadzenie

Istnienie, a właściwie przetrwanie narodu węgierskiego i jego państwa narodowego w Kotlinie Panońskiej jest cudem europejskiej historii. Nie ma drugiego narodu, którego wizerunek w ciągu stuleci i epok byłby naznaczony tak wieloma i tak dalece sprzecznymi stereotypami jak Madziarzy. W jaki sposób "pożerający dzieci ludożercy" i "ociekający krwią Hunowie" stali się obrońcami chrześcijańskiego Zachodu i bohaterskimi bojownikami o wolność, walczącymi z Mongołami, Turkami i Rosjanami? Kim byli ci "azjatyccy barbarzyńcy", którzy swoimi łupieżczymi rajdami od Szwajcarii po Francję, od Niemiec po Włochy budzili powszechne przerażenie, i dlaczego jako ostatnia z wielkich fal ludów przybyłych z Azji nie przepadli bez śladu?

Do dziś toczą się spory o ustalenie praojczyzny Madziarów i korzeni ich języka, o przyczyny wędrówek i osiedlenia się nad Dunajem. W zasadzie jednak niepodobna podawać w wątpliwość, że Madziarowie -?pominąwszy Albańczyków -?są najbardziej osamotnionym ludem Europy, z jedynym w swoim rodzaju językiem i osobliwą historią. Arthur Koestler, który śnił po węgiersku, jednak swoje książki pisał po niemiecku, a później po angielsku, pewnego razu powiedział: "Być może z tego nadzwyczajnego osamotnienia wynika niezwykła intensywność egzystencji. Bycie Węgrem to zbiorowa neuroza".

Od zajęcia ojczyzny około roku 896 to osamotnienie, w jego licznych aspektach, pozostało decydującym czynnikiem węgierskiej historii. Strach przed powolnym umieraniem małego narodu, przed zanikiem węgierskości i przed konsekwencjami spowodowanej przez przegrane wojny amputacji całych grup ludności (co trzeci Węgier żyje za granicą) jest tłem dominujących w węgierskiej poezji i prozie obrazów śmierci.

Sagi, legendy i przekazy ludowe przesłoniły lub zniekształciły rzeczywistość. Równocześnie jednak to te mity modelowały historię regionu i kształtowały wyobrażenie narodu. Pod koroną świętego Stefana, jako symbolem tak zwanego narodu politycznego, kształtowały się zmienne, niekiedy pełne wspaniałych sukcesów, a niekiedy naznaczone tragicznymi konfliktami, relacje między rdzennymi mieszkańcami a zdobywcami, przybyszami a wykluczonymi. Wzajemne oddziaływanie otwierania się i zamykania w sobie, kosmopolityzmu i nacjonalizmu, wrażenia osamotnienia i poczucia misji, oscylacja między lękiem przed śmiercią a buntem przeciwko silniejszym, znalazły imponujące odzwierciedlenie w zmiennych fazach kultury i historii Węgier. Długi łańcuch klęsk rozstrzygających o dalszym losie Węgrów wzmocnił ich poczucie pozostawienia na pastwę losu ("Ze wszystkich ludów na ziemi jesteśmy tym najbardziej osamotnionym", twierdził Sándor Petőfi, narodowy poeta), a niemal wszystkie pokolenia Madziarów przepełniał głęboko zakorzeniony egzystencjalny pesymizm. Poczucie osamotnienia podsycały wciąż powtarzające się katastrofy: spustoszenie podczas najazdu Mongołów w 1241 roku kraju pozostawionego przez Zachód na łasce losu, klęska pod Mohaczem w 1526 roku i spowodowana przez nią trwająca półtora wieku okupacja turecka, zdławienie przez zjednoczone siły Habsburgów i rosyjskiego cara walki o niepodległość z lat 1848-1849, zniszczenie historycznych Węgier w 1920 roku traktatem z Trianon, cztery dziesięciolecia komunizmu i podporządkowania Związkowi Radzieckiemu po drugiej wojnie światowej wraz z krwawym stłumieniem powstania w październiku 1956 roku. Czy można zatem zaprzeczyć niewyobrażalnej odporności tego narodu i jego twórczej umiejętności przetrwania?

Pomimo podziału kraju na trzy części i całych stuleci obcych rządów Węgrzy zdołali zachować swoją tożsamość narodową. To gorąca miłość do ojczyzny dała im, odseparowanym przez "chiński mur" języka i pozbawionym oparcia w krewniakach, siłę przetrwania między Niemcami a Słowianami, pozwoliła przetrzymać katastrofy. Jeden z kluczy do zrozumienia wzlotu i upadku Węgier, od zajęcia ojczyzny aż po koniec pierwszej wojny światowej, ale także w następujących szybko po sobie przełomowych wydarzeniach między rokiem 1920 a 1990, można znaleźć w spisanych około 1030 roku (prawdopodobnie przez niemieckiego duchownego) przestrogach pierwszego chrześcijańskiego króla z dynastii Arpadów, Stefana I Świętego, dla swego syna:

To dlatego Cesarstwo Rzymskie zyskało takie znaczenie, a jego książęta stali się sławni i potężni, że zebrało się tam wielu szlachetnych i mądrych mężów z licznych krajów (...) Jak osadnicy przybywający z różnych krajów i prowincji, tak i oni przynieśli ze sobą najróżniejsze języki i obyczaje, rozmaite pouczające idee i uzbrojenie, które jest chwalebną ozdobą królewskiego dworu, budząc zarazem postrach obcych potęg. Kraj, który ma tylko jeden język i tylko jedne obyczaje, jest słaby i niedołężny. Dlatego, mój synu, nakazuję ci, spotykaj się z nimi i traktuj ich przyzwoicie, aby chętniej zatrzymywali się u ciebie niż gdzie indziej, ponieważ gdybyś chciał zburzyć to, co ja zbudowałem, i rozsypać to, co ja zebrałem, to twoje państwo niewątpliwie poniesie znaczące uszczerbki.

I tak już w XI wieku na zaproszenie Arpadów na Górne Węgry i do Siedmiogrodu przybyli Niemcy. Można powiedzieć, że w ciągu stuleci zostały przez żywioł węgierski wręcz wchłonięte, a nie tylko pokonane, koczownicze plemiona, jak choćby Pieczyngów i Kumanów (Połowców), lecz także Niemcy i Słowacy, Rumuni i Chorwaci, Serbowie i Żydzi. Do najbardziej frapujących, a później wypartych z pamięci lub jawnie przemilczanych przez nacjonalistycznych kronikarzy, aspektów węgierskiej historii należy to, że twórcy mitu narodowego, często opiewani bohaterowie wojen przeciwko Turkom, polityczni i wojskowi przywódcy zrywów niepodległościowych przeciwko Habsburgom, wybitni przedstawiciele świata literatury i nauki, byli całkowicie lub po części pochodzenia niemieckiego lub chorwackiego, słowackiego, rumuńskiego lub serbskiego. Zważywszy, że w czasach cesarza Józefa II Madziarowie stanowili niespełna jedną trzecią ówczesnej ludności Węgier, a do 1910 roku ich udział wzrósł do 54,5 procenta, można niewątpliwie mówić o sensacyjnej wręcz dynamice asymilacji językowej i politycznej na terenach dawnych Węgier. Według szacunków liczba nowych Niemców przyznających się do węgierskości przekraczała 600 tysięcy, populacja zasymilowanych Słowaków dochodziła do ponad pół miliona, natomiast liczba Żydów, którzy stali się Madziarami, mogła osiągnąć około 700 tysięcy. W sumie szacowano, że już przed pierwszą wojną światową asymilujący się Niemcy, Słowianie i Żydzi stanowili więcej niż jedną czwartą ustalonej statystycznie populacji madziarskiej.

Węgierska idea państwowa, łącznie z uciskiem innych narodowości pod hasłami całkiem nierealistycznej wizji przyszłej roli wielkiego państwa Korony Świętego Stefana w Kotlinie Panońskiej (zwanej też Kotliną Naddunajską), nie była rasistowska, lecz pojmowana wyłącznie kulturowo. Każdy, kto przyznawał się do węgierskości, miał takie same szanse awansu. To oczywiście dotyczyło tych Żydów, którzy jako żydowscy Węgrzy już w czasach rewolucji z 1848 roku utożsamiali się z węgierskim ruchem narodowym, a w następnych dziesięcioleciach z węgierskim językiem i węgierską kulturą. Ponadto Węgry potrzebowały ludzi lojalnych, którzy zasilaliby węgierski żywioł w krajach Korony Świętego Stefana i zarazem byli gotowi podjąć (wraz z Grekami), wciąż odrzucaną przez drobną i średnią szlachtę węgierską, działalność zarówno w dziedzinie gospodarki i finansów, jak i w profesjach umysłowych. Jedyne w swoim rodzaju relacje między Żydami i Madziarami odcisnęły wyraźne piętno na gospodarczym i kulturowym przełomie, który przyniosły dekady po ugodzie z Austrią.

Los Żydów pozytywnie nastawionych do asymilacji należy do najwspanialszych, a później -?w okresie międzywojennym, a zwłaszcza po wkroczeniu Niemców w 1944 roku -?do najbardziej ponurych rozdziałów węgierskiej historii. Jedną z absurdalnych i mimo wszystko logicznych konsekwencji popieranego przez państwo antyżydowskiego prawodawstwa było to, że wielu niezwykle uzdolnionych ludzi, między innymi ośmiu noblistów, swoje przełomowe sukcesy w nauce i sztuce, finansach i przemyśle, odniosło nie we własnej ojczyźnie, lecz przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Także relacje między Węgrami a Niemcami, od zawartego w 996 roku małżeństwa Stefana I Świętego z bawarską księżniczką Gizelą, siostrą późniejszego cesarza Henryka II, były pod pewnymi względami jedyne w swoim rodzaju. Przybyli w orszaku Gizeli niemieccy kapłani, rycerze i arystokraci odgrywali czołowe role na dworze pierwszego króla Węgrów, dla którego germańskie instytucje były wzorem do naśladowania. Jego następcy z dynastii Arpadów również planowo wspierali tworzenie większych niemieckich kolonii -?zgodnie ze słowami węgierskiego dziewiętnastowiecznego historyka: "Węgrzy stworzyli państwo, a Niemcy - miasta". Nastrój madziarskiej warstwy rządzącej wahał się między bezgranicznym podziwem a głęboko zakorzenioną nieufnością.

Co się tyczy Niemców, to wolne miasta królewskie, zdominowane przez niemieckie mieszczaństwo, bez większych uszczerbków zdołały przetrwać wojny z Turkami. Podczas gdy pierwsze duże grupy zostały osiedlone przez węgierskich królów w północnych rejonach kraju, a Sasi w Siedmiogrodzie, to w XVIII wieku Habsburgowie zasiedlali przede wszystkim regiony Baczka i Banat w południowej części Węgier. Przysługujące niemieckim mieszczanom przywileje budziły częściowo niechęć poszkodowanych Węgrów. Politycznie jednak większe znaczenie miał na początku XIX wieku ruch na rzecz zachowania i odnowy zagrożonego przez germanizację języka węgierskiego, któremu przewodzili narodowo usposobieni literaci i arystokracja. Ponieważ w wielu węgierskich rodzinach uważano już, że rozmawianie w języku ojczystym lub wspominanie o węgierskiej twórczości nie należy do dobrego tonu, poeta Károly Kisfaludy, który początkowo nawet z bratem korespondował po niemiecku i który poniekąd swego języka ojczystego musiał się uczyć od nowa, przestrzegał: "Naród, który nie ma języka ojczystego, nie ma też ojczyzny". W przededniu rewolucji 1848 roku pisarz József Bajza wygłosił płomienną mowę w budapeszteńskiej Akademii Nauk:

Niemiecki język i kultura są zagrożeniem dla naszego narodu. Powinniśmy w końcu otrzeźwieć i dostrzec, że ta moda prowadzi nas do zguby i że zwłaszcza wdzierająca się niemczyzna oznacza dla nas koniec (...) Nie powinniśmy języka niemieckiego nienawidzić, ale musimy się przed nim chronić (...) Nie jestem barbarzyńcą i nie potępiam wykształcenia (...) Uważam jednak mimo wszystko za grzech, gdy naród płaci za wykształcenie swoim własnym istnieniem.

Gdy po ugodzie z Austrią (1867) powstała monarchia austro-węgierska i Węgry w ramach tego, co było wówczas możliwe, osiągnęły daleko idącą samodzielność, pośpiesznie i z zaślepieniem podążono drogą coraz bardziej niepohamowanej madziaryzacji. Franz von Löher, w niezwykle agresywnym pamflecie, zarzucił Węgrom, że są "narodem pozbawionym kultury", ponieważ "jałowa pustka pokrywa całą tysiącletnią historię Madziarów. Pomocny na Węgrzech może być tylko niemiecki duch z jego pracowitością i jego kulturą".

Odtąd wzajemne stosunki znaczyło rozdarcie między współpracą a konfliktem, przymierzem a rozłamem, między wspólnotą interesów a szukaniem własnej drogi. Licząca pół miliona ludzi mniejszość niemiecka na okrojonych w 1920 roku Węgrzech w czasach Trzeciej Rzeszy stała się najpierw pozornie uprzywilejowanym narzędziem reżimu nazistowskiego, a następnie -?w czasie zmierzania macierzystego narodu państwowego i całej ludności Węgier ku katastrofie -?ofiarą, ponieważ połowę węgierskich Niemców po roku 1945 wypędzono, a tych, którzy pozostali na Węgrzech, poddano trwającej całe dziesięciolecia dyskryminacji.

Nic dziwnego więc, że w tysiącletniej historii Madziarów nieustannie pojawiają się pytania "Kim jest Węgier?" albo "Czym jest Węgier?". Odpowiedzi nigdy nie były jednoznaczne. Zdarzało się także, zwłaszcza w niemieckim obszarze językowym, że ten sam często cytowany historyk literatury, zależnie od ogólnej sytuacji politycznej, wyrażał się niezwykle pochlebnie o wielkich węgierskich pisarzach i naukowcach, by kilka lat później wykluczać ich z węgierskości ze względu na ich "rasową obcość" i "szkodliwy wpływ" na naród. To, że wykluczeni lub potępieni jako "antywęgierscy" literaci często posługiwali się w piśmie znacznie lepszym węgierskim niż ich tendencyjni krytycy, należy tak samo do cech charakterystycznych węgierskiej historii, jak fakt, że na Węgrzech rasizm w literaturze i w polityce przejawiały niemal wyłącznie osoby całkowicie lub częściowo "rasowo obce".

Wskazywał na to już Antal Szerb, autor do dziś niezrównanej książki Magyar irodalomtörténet (Historia literatury węgierskiej). Posłużył się on przykładem hrabiego Nikoli Zrinskiego (węg. Miklós Zrínyi) - słynnego generała i poety. Zrinski z urodzenia był Chorwatem, ale deklarował, że jest Węgrem (w przeciwieństwie do młodszego brata Pétera, który jego wspaniałe wiersze tłumaczył na chorwacki). W ten sposób jeden z największych bohaterów węgierskiej historii dowiódł, że narodowość to postawa, kwestia woli -?podkreślał Szerb. On sam padł ofiarą Holokaustu...

Któż zdaje sobie dziś sprawę z tego, że bez węgierskich pionierów okresu modernizmu przypuszczalnie nie byłoby ani bomby atomowej, ani komputerów, ani Hollywoodu, że węgierski geniusz, niezależnie od pochodzenia etnicznego czy religijnego, wywarł wielki, często decydujący wpływ na światową naukę i sztukę, ekonomię i przemysł? Sprzeczność między genialnymi indywidualnymi osiągnięciami i powtarzającymi się zbiorowymi klęskami narodu to jeden z najbardziej fascynujących aspektów burzliwej historii niegdysiejszych koczowników. Czy zatem Węgrzy jako wieczni przegrani są dziś pozbawieni nadziei na pokojowe zjednoczenie macierzystego narodu z diasporą jednej trzeciej rodaków pod obcymi rządami? Czy też może objawią się jednak ponownie jako zwycięzcy w klęsce, jako ofiary i zarazem artyści życia, romantycy i realiści? Pisarz Tibor Déry powiedział po stłumieniu rewolucji 1956 roku: "Czym jest węgierskość? Żartem tańca nad katastrofami".

W kolażu historycznego eseju, szkiców biograficznych i opowieści środowiskowych staram się przybliżyć Węgry i ich zmienne losy zagranicznym czytelnikom, którzy nie znają języka węgierskiego. Jako Węgier żydowskiego pochodzenia, który po czterdziestu latach życia w Wiedniu stał się Austriakiem, mam nadzieję, że nie muszę zwracać uwagi na żadne tabu i mogę opisać Madziarów z życzliwym, ale również krytycznym dystansem.

"Pogańscy barbarzyńcy" biorą szturmem Europę. Świadectwa z Sankt Gallen

"Pogańscy barbarzyńcy" biorą szturmem Europę. Świadectwa z Sankt Gallen

Przez pół wieku, między 898 a 955 rokiem, Węgrów uważano w Europie za bicz boży. W trakcie około pięćdziesięciu łupieżczych wypraw stratowali oni wszystko, co znalazło się na ich drodze. Zastępy jeźdźców, plądrując, paląc i mordując, najeżdżały kraje niemieckie, a także północną Italię i rozległe obszary Francji. Złupili i splądrowali między innymi Bremę i Bazyleę, Orlean i Otranto. Najazdy, podejmowane zwykle na żołdzie któregoś z walczących ze sobą europejskich książąt, doprowadziły ich aż do Morza Północnego i wybrzeża Atlantyku. Raz galopowali przeciwko włoskiemu królowi Berengarowi, a raz dla niego, walczyli przeciwko Arnulfowi z Bawarii, następnie w jego sprawie, najpierw przeciwko interesom Bizancjum, a potem w ich obronie.

W starofrancuskiej Pieśni o Rolandzie nazwano ich "diabelskim pomiotem". Madziarzy pojawiają się tam wraz z Hunami i Saracenami, którzy pozostawiali krwawy ślad wszędzie, gdzie tylko się pojawili. Kronikarze donoszą o niesłychanych okrucieństwach, przy czym Madziarów - lub Węgrów, jak ich potem nazywano -?często mylili z Hunami. W końcu większość tych mocnych w piśmie mężów nigdy żadnego Węgra nie widziała, lecz jedynie przekazywała dalej ustne podania, które wraz z oddaleniem w czasie i przestrzeni coraz bardziej przerażały, zadowalając się ogólnym przypisywaniem im wszelkich win. Tak powstał całościowy obraz "budzącego zgrozę, okrutnego plemienia" oraz "potwornych krwiopijców i ludożerczych potworów ze Scytii", wszędzie budzących postrach.

Dobrze udokumentowany i ze względu na szczegółowe opisy niezwykle interesujący dla potomków tych intruzów jest łupieżczy najazd z 926 roku. Aż trzech kronikarzy w swoich opracowaniach, spisanych między 970 a 1075 rokiem, w różnych wersjach przedstawiło napad na klasztor Sankt Gallen i jego okolice. Przemierzając Bawarię i Szwabię, "pogańscy barbarzyńcy" błyskawicznie dotarli nad Jezioro Bodeńskie. Wyrządzili ogromne szkody w klasztorze, mordując przy tym alemańską szlachciankę, która dziesięć lat wcześniej kazała się zamknąć w celi -?pobożną Wiboradę zabito kilkoma uderzeniami topora, dzięki czemu przeszła do historii Kościoła jako męczennica. Podatną na mistyczne uniesienia i słynącą także z bogobojnego, ascetycznego żywota "rekluzę" papież Klemens II w 1047 roku uznał, jako pierwszą kobietę, za świętą.

Wiborada już wiosną 926 roku przepowiedziała opatowi Sankt Gallen dokładny moment najazdu wojowniczej nawały ze Wschodu i naciskała na niego, by mnichów, skarbiec kościelny oraz cenną bibliotekę klasztorną zawczasu wywiózł w bezpieczne miejsce. W Vita Sanctae Wiboradae (Żywocie świętej Wiborady) tak opisano, co się stało: "Pogłoski o zbrojnej napaści wrogów nasilały się z dnia na dzień. Mimo to zwrócono na nią uwagę dopiero wtedy, gdy barbarzyński lud z dobytym mieczem doprowadził okolice Jeziora Bodeńskiego na skraj przepaści, wybijając moc ludzi, wszystkie wioski i domy niszcząc ogniem"1. Dopiero wtedy posłuchano jasnowidzącej. Dzięki temu udało się uratować wielu ludzi i bezcenne księgi. Sama Wiborada nie dała się jednak nakłonić do ucieczki. Zginęła 2 maja 926 roku.

Życie i śmierć świętej Wiborady, która jest czczona jako patronka bibliotek, a także kroniki mnichów Ekkeharta I, Ekkeharta IV i Herimannusa wiele razy rozbudzały fantazję następnych pokoleń. Inspirowały poetów i pisarzy aż po nasze czasy -?szwajcarska pisarka Doris Schifferli opublikowała w 1998 roku powieść o Wiboradzie. Z kolei w 1992 roku węgierski lekarz, który po rewolucji 1956 roku uciekł do Szwajcarii i osiedlił się w Sankt Gallen, wydał dwujęzyczną publikację o dziejach najazdu węgierskiego w X wieku, skupiającą się na "prastarych, początkowo wojowniczych, a dzisiaj pokojowych i przyjaznych stosunkach między Węgrami a Sankt Gallen"2.

Do dzisiaj w każdą rocznicę śmierci Wiborady przypomina się o niej w kościelnej liturgii słowa. Symbolicznym gestem była też wizyta węgierskiego kardynała w klasztornej bibliotece w 1972 roku -?dokładnie w rocznicę tamtego wydarzenia József Mindszenty, ówczesny prymas Węgier, wpisał się do złotej księgi pamiątkowej klasztoru.

Prawdą jest jednak, że zainteresowanie Węgrów, a w szczególności historyków, jest mniej związane z życiem świętej patronki klasztoru Sankt Gallen i tamtejszym biskupstwem, a bardziej z tym, że w tamtejszej bibliotece są przechowywane ważne źródła dokumentujące wczesną historię narodu węgierskiego. Wpisy w rocznikach oraz ujęte "w nowym, rozrywkowym stylu" historie kronikarza Ekkeharta IV rozjaśniają bowiem nieco mrok tamtych czasów. W Rocznikach Alemańskich, spisanych w IX i X wieku przez wielu kronikarzy, Węgrów wspomina się dziewięć razy, a w większych Rocznikach Sankt Gallen z X wieku -?aż piętnaście.

W kronice Ekkeharta znajdują się ponadto szczegółowe opisy wydarzeń z 1 i 2 maja 926 roku, które do dzisiaj są częścią obowiązkowej lektury węgierskich uczniów. To jedyny opis, w którym Madziarzy nie pojawiają się wyłącznie jako potwory. Po raz pierwszy naoczny świadek podzielił się wyczerpującym opisem obyczajów i zachowań Węgrów. Autorem był raczej "głupkowaty i ograniczony brat o imieniu Heribald, którego sposób mówienia i psoty często wyśmiewano". Kiedy nadciągnęli Madziarzy, inni mnisi mówili mu, że powinien uciekać wraz z nimi. Jednak Heribald odmówił: "Doprawdy, niech ucieka, kto tego chce! Ja nigdy nie ucieknę, ponieważ podkomorzy nie dał mi jeszcze należnej mi na ten rok skóry na buty".

Heribald przyznał potem, że wrogowie, którzy wtargnęli do nieumocnionego klasztoru ze swoimi kołczanami, groźnymi oszczepami i ostrymi strzałami, sprawiali przerażające wrażenie. Jednak mimo ich wzbudzającego trwogę sposobu bycia jemu nie spadł włos z głowy. Węgrzy mieli bowiem ze sobą tłumacza, porwanego duchownego, który im tłumaczył, co wygadywał Heribald. A gdy pojęli, że mają do czynienia z głupkiem, puścili go wolno. Pozwolono mu nawet wziąć udział w pijatyce na wewnętrznym dziedzińcu klasztoru. Według jego późniejszej opowieści Madziarzy nie jedli nożami na poły surowych płatów mięsiwa, lecz "rozdzierali" je zębami. Raczyli się także na potęgę klasztornym winem. A dla rozrywki obrzucali się ogryzionymi kośćmi. Potem słuchali śpiewów obu pojmanych mnichów.

Ku wyraźnemu niezadowoleniu Heribalda grubiańskie zabawy urządzano nie tylko na dziedzińcu klasztornym i wolnym polu, ale także w świątyni i na poświęconej ziemi. Dwóch rozochoconych młodych mężczyzn wspięło się na dzwonnicę, ponieważ sądzili, że kur na jej szczycie jest ze złota. Ten, który próbował strącić włócznią wiatrowskaz, stracił równowagę, spadł i się zabił. Drugi z kolei na najwyższej, wschodniej wieżyczce, próbował załatwić swoją potrzebę. Jednak zachwiał się przy tym do tyłu i roztrzaskał o ziemię. Jak później powiadał Heribald, ciała obu nieszczęśników wojownicy spalili między filarami wrót. Heribald wybłagał, by oszczędzono dwie wypełnione po korek beczki wina. Zapewne na wozach z łupami już i tak było zapasów pod dostatkiem.

Kronikarz podkreślił, że "pośród wrogich mieczy i włóczni Bóg chroni właśnie upośledzonych umysłowo". Gdy po powrocie bracia zakonni zapytali Heribalda, naocznego świadka, jak mu się podobali tak liczni goście świętego Gallusa, ten dał im zaskakującą odpowiedź: "Oj, całkiem wybornie! Nie pamiętam, bym kiedyś widział w naszym klasztorze weselszych ludzi, gdyż w bród rozdawali jedzenie i napitek".

Podczas gdy w Szwajcarii, wskutek ogromnego zamętu i pomyłek w związku z przypowieściami o męczeństwie świętej Wiborady, po dziś dzień w legendach niemal bez wyjątku mówi się o przerażających czasach "najazdów Hunów", którzy położyli gwałtowny kres złotej epoce opactwa Sankt Gallen, dla węgierskich pisarzy i naukowców spisana w XI wieku historia brata Heribalda jest niezbitym dowodem ciągłości "madziarskiego charakteru narodowego". Na przykład w zainicjowanym przez następcę tronu arcyksięcia Rudolfa dwudziestoczterotomowym dziele zbiorowym Die österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild (Monarchia austro-węgierska w słowie i obrazie), którego ostatni tom ukazał się w 1902 roku, historyk Karl Szabó wyraźnie odwoływał się do zapisanego wtedy w Sankt Gallen "wziętego z życia opisu węgierskiego jeźdźca": "Niepodobna, by w tym ciekawym opisie [...] naturalnych, nieposkromionych, zapalczywych, ale równie prędkich do zgody, pogodnych, pełnych radości życia, niezdeprawowanych madziarskich młodzieńców nie dostrzec także i dzisiaj jeszcze rzucającego się w oczy rysu madziarskiego charakteru narodowego"3. Kilka dziesiątków lat później także półurzędowy historyk i wieloletni minister kultury okresu międzywojennego Bálint Hóman w napisanym wespół z Gyulą Szekfű pięciotomowym dziele Magyar Történet (Historia Węgier) przytoczył słowa brata Heribalda jako naocznego świadka tradycyjnego wizerunku Węgrów -?pogodnych, rozpitych, rozśpiewanych, serdecznych i jowialnych. W tych opowieściach można niejako rozpoznać przodków węgierskich chłopów...

Współcześni węgierscy historycy wskazują z kolei na znaczenie jak dotąd najobszerniejszego opisu surowej dyscypliny wojowniczych jeźdźców. W każdym razie opowieści brata Heribalda pozwalają sądzić, że chodziło o świetnie wyszkolony oddział, który potrafił w ciągu kilku minut utworzyć szyk bojowy, w czasie popasu lub na noc wycofywał się do pilnie strzeżonej warowni ze sprzężonych wozów, a w czasie przemarszu był chroniony przez straż przednią i tylną. Łączność pomiędzy poszczególnymi oddziałami była zapewniona dzięki kurierom oraz sygnałom świetlnym lub dźwiękom rogów. W razie zagrożenia wszyscy na komendę dosiadali koni i błyskawicznie wykonywali wszystkie polecenia. Tylko dzięki takiej wyjątkowej dyscyplinie możliwe były fantastyczne w gruncie rzeczy osiągnięcia wyśmienitych jeźdźców, którzy oddaleni o tysiące kilometrów od swojej ojczyzny, podejmowali wypady we wszystkich kierunkach.

Techniczną tajemnicą niszczycielskiej siły węgierskich łuczników konnych były strzemiona. Dzięki nim Węgrzy mogli bez wysiłku wsiadać na konia i wspierać się w siodle, co tłumaczy piorunującą zwrotność podzielonych na sotnie pododdziałów oraz o wiele lepszą celność broni. Ich osławiony ruchliwy styl walki, a przede wszystkim taktyka pozorowanej ucieczki, wprowadzały zamieszanie w ociężałych formacjach wrogich wojsk. Gardłowy, złowrogo brzmiący okrzyk bojowy dzikich, ostrzyżonych niemal na łyso jeźdźców mroził napadanym krew w żyłach. Wybicie do nogi za pomocą strzał i szabel uciekających rycerzy, którzy stracili orientację i pogubili się na polu walki, było już więc dziecinnie łatwe.

Podobnie jak w przypadku epizodu w Sankt Gallen węgierscy historycy i pisarze -?nie mówiąc już o autorach podręczników dla dzieci -?nie zajmowali się zbytnio okrucieństwami, jakich podczas swoich łupieżczych wypraw dopuszczali się zuchwali koczownicy. Te wyprawy węgierscy kronikarze taktownie nazywali "wypadami awanturniczymi". Całe pokolenia młodych Madziarów zostały wychowane w duchu nieposkromionej dumy z węgierskich sukcesów wojennych. Wszyscy oni uczyli się, że w niemieckich i włoskich, francuskich i hiszpańskich klasztorach modlono się: "De sagittis Hungarorum libera nos, Domine!" (Od strzał Węgrów wybaw nas, Panie!)

Oceny epizodu w Sankt Gallen i straszliwych spustoszeń dokonanych przez węgierskich wojowników -?skrajnie przeciwstawne w zachodnim i węgierskim piśmiennictwie historycznym -?dają drobną, ale nadzwyczaj interesującą wskazówkę, jak kształtują się stereotypy, które z czasem zagęszczają się w charakterologię narodową. Do naszych czasów -?z wielu powodów - przetrwały na Zachodzie i są przekazywane dalej obrazy wroga, utrzymuje się także sposób postrzegania siebie przez Węgrów. Coraz to nowym pokoleniom wtłaczane są do głów uprzedzenia, po części jako charakterystyki podświadome, przekazywane kulturowo, ale często także świadomie pielęgnowane. Przyjmowane bezkrytycznie i gwałtownie zderzające się ze sobą mity o początkach narodu są ważnymi składnikami emocjonalnej ksenofobii i bardzo szybko, często wręcz katastrofalnie wybuchających konfliktów etnicznych. Akurat w przypadku Węgier stereotypy odnoszące się do "innych" grup narodowościowych, ale także do własnej, od dawien dawna niezwykle mocno kształtowały stosunek do sąsiednich narodów, jak też do mniejszości etnicznych na terenie dawnych Wielkich Węgier4.

Jak się jeszcze przekonamy, w Europie Środkowej w zasadzie już nie sposób wyznaczyć granicy między piśmiennictwem historycznym, historycznymi stereotypami i mitami narodowymi. Wyobrażenia sięgają wstecz niemal aż do wczesnego średniowiecza. Wielki francuski historyk Fernand Braudel ostrzegał przed ogólnikowymi ocenami: "Aż do renesansu wszystkie państwa zachowywały się jak żądne łupu bestie... Nigdy mapa Europy nie zawierała tak wielu i tak rozległych białych plam jak przed rokiem 1000"5. Do podobnych wniosków w swych późniejszych pracach doszedł Georges Duby. Twierdził, że w średniowiecznej Europie ślady w najlepszym razie mogą być traktowane jedynie jako "podstawa mglistych przypuszczeń". "Nasze wyobrażenia o Europie roku 1000 pozostają mniej lub bardziej w sferze naszej fantazji"6. I jak najbardziej dotyczy to Kotliny Panońskiej.

Johannes Duft, Die Ungarn in Sankt Gallen, Zürich 1957; Johannes Duft, Anton Gössi, Werner Vogler, Die Benediktiner in der Schweiz. St. Gallen, w: Helvetica Sacra III/1, t. 2, 1986, s. 1180-1369; Die Kultur der Abtei Sankt Gallen, red. Werner Vogler, Zürich 1993. [wróć]

Tibor Missura, węgierski laryngolog wydał w 1992 roku, wspólnie z Johannesem Duftem książkę Die Ungarn in Sankt Gallen. Magyarok Szent Gallenben*, St. Gallen, 1992 (przyp. red.). [wróć]

Bálint Hóman, Gyula Szekfű, Magyar Történet (t. 1-5), Budapest 1936, t. 1, s. 92; Karl Szabó, Das Zeitalter der Herzoge, w: Ungarn, t. 1: Die österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild (t. 1-24), Wien 1888, s. 43-55. [wróć]

Zob. Das Bild vom Anderen, red. Valeria Heuberger, Arnold Suppan, Elisabeth Vysonzil, Frankfurt 1998, s. 18, 28 i n. [wróć]

Europa -?Bausteine seiner Geschichte, red. Fernand Braudel, Frankfurt 1989, s. 51. [wróć]

Georges Duby, Europa im Mittelalter, Stuttgart 1986, s. 9, 23. [wróć]

Zajęcie ojczyzny czy podbój? Kwestia węgierskiej tożsamości

Zajęcie ojczyzny czy podbój? Kwestia węgierskiej tożsamości

Historycy wielokrotnie wskazywali na naturalną jedność regionu Dunaju, obwiedzionego Karpatami niczym wałem ochronnym. Podczas gdy w czasach rzymskich zachodnia część Węgier -?przez Węgrów zwana Dunántul (Kraj Zadunajski) -?przez cztery stulecia tworzyła jedną jednostkę administracyjną ze wschodnią Dolną Austrią (Noricum i Panonia), to wielka równina Alföld (Wielka Nizina Węgierska), między lewym brzegiem Dunaju a przedgórzem Siedmiogrodu, była właściwą tarczą obrotową okresu wędrówki ludów. Na stałe próbowali się tutaj osiedlić Scytowie, Sarmaci, Hunowie (za Attyli), Goci i Longobardowie, Gepidzi i w końcu -?przez dwieście lat -?Awarowie. Pod koniec IX stulecia Panonia, jako prowincja graniczna, należała do państwa wschodniofrankijskiego. Wielkie Morawy pod rządami księcia Świętopełka kontrolowały tereny na północ od Dunaju, podczas gdy wielka równina na wschód od Dunaju i Siedmiogród należały do strefy wpływów książąt bułgarskich. Wielkie Morawy i państwo wschodniofrankijskie w toku procesów państwotwórczych toczyły ze sobą zaciekłe walki. Mieszkali tam w większości słowiańscy chłopi, łącznie z częściowo zeslawizowanymi klanami Awarów. Potwierdza się też obecność ludności używającej różnych idiomów słowiańskich.

Tymczasem etniczna przynależność mieszkańców Siedmiogrodu do dziś jest kością niezgody między historykami węgierskimi i rumuńskimi. Węgierscy badacze zajmujący się pradziejami i historią starożytną zdecydowanie negują zasadność nie mniej stanowczo bronionego przez Rumunów twierdzenia, że w górskich dolinach i lasach przetrwała zromanizowana ludność dakijska. Pewne jest w każdym razie, że wszystkie obszary dorzecza Dunaju były gęsto zaludnione, a góry pasma Karpat były praktycznie niezamieszkane, gdy pod koniec IX wieku konni pasterze z węgierskiego związku plemiennego, przybywający ze stepów dzisiejszej południowej Rosji, pojawili się przy bramie prowadzącej przez Karpaty. To, co niemieccy i austriaccy historycy opisują jako napór Węgrów lub nawałę Madziarów, sami Węgrzy uważają za zajęcie ojczyzny (honfoglalás). Proces wyglądający początkowo tylko jak kolejna fala wędrówki ludów, nabrał wkrótce w dorzeczu Dunaju nowego historycznego wymiaru, z konsekwencjami także dla Niemców i Słowian.

Dla swoich ofiar i przeciwników intruzi byli "mongolską zmorą azjatyckich koczowników". Już w 863 roku Roczniki alemańskie głosiły, że "lud Hunów" zaatakował chrześcijaństwo, przy czym kronikarz -?jak później powtórzył to także węgierski przekaz narodowy -?utożsamiał Węgrów z Hunami. Wszystkimi winami obciążającymi Hunów obarczano nie tylko Scytów, ale także Węgrów. Bizantyjscy i arabscy podróżnicy mówili o nich "lud turecki" -?była to zresztą teza, która znalazła odzwierciedlenie jeszcze w XIX stuleciu w słynnych relacjach z podróży orientalisty Ármina Vámbéryego.

Dzisiaj wszyscy poważni węgierscy i zagraniczni historycy, antropolodzy i etnolodzy są zgodni co do tego, że teoria ta jest fałszywa. Z braku źródeł pisanych i archeologicznych jedynym wiarygodnym naukowym świadectwem pochodzenia Węgrów pozostaje ich język. W Europie jest jedyny w swoim rodzaju, a wywodzi się z ugrofińskiej podrodziny językowej. Dalecy przodkowie Węgrów należeli do grupy ugryjskiej, z tym że badacze wciąż jeszcze spierają się o to, czy Prawęgrzy żyli na zachodnich czy wschodnich zboczach Uralu (Europa kontra Azja!). Najbliższymi językowymi krewniakami Węgrów są liczący dzisiaj mniej niż 30 tysięcy ludzi Chantowie i Mansowie, którzy do czasów nowożytnych pozostali myśliwymi i rybakami.

Węgrzy oddzielili się od grupy ludów ugryjskich w I tysiącleciu p.n.e. i wraz z innymi plemionami przemieścili się na południowy zachód. Później, pod wpływem plemion tureckich i irańskich, przyjęli sposób życia koczujących pasterzy. Lud żyjący pierwotnie z polowania i rybołówstwa w ramach szybko powstających i równie szybko znikających władztw nomadów przestawił się na uprawę roli i hodowlę. Nie wiadomo, kiedy rozpoczęły się ich późniejsze wędrówki, jak długo trwały, jakimi drogami się przemieszczali i z jakimi ludami utrzymywali bliższe kontakty. Jedynymi źródłami wiedzy o wczesnej historii dawnych Węgrów, a nawet o samym zajęciu przez nich kraju są mity i sagi, które powstały dopiero dwa lub trzy stulecia później.

Większość badaczy historii przyznaje bogatej skarbnicy legend węgierskich ziarno historycznej prawdy lub traktuje mityczne relacje przynajmniej jako pomocnicze źródło w rekonstruowaniu rzeczywistego przebiegu wydarzeń. Poza tym wraz z pieśniami bohaterskimi i sagami służyły one potem jako podstawa dla legitymizacji, dla utwierdzenia "historycznych praw" -?już nie do zajętej Panonii, lecz do zgodnego z prawem odzyskiwania starej ojczyzny.

I tak przekazywana jedynie drogą ustną saga głosi, że bracia Hunor i Magor, synowie królów Scytów -?Goga i Magoga, podczas polowania puścili się w pogoń za wspaniałym białym jeleniem i w ten sposób odkryli tereny na północ od Morza Azowskiego. Wprawdzie stracili z oczu cudowne zwierzę, jednak podczas następnej wyprawy dostrzegli przepiękne córki króla Alanów Duli. Bracia uprowadzili je i poślubili. Z tych małżeństw wywodzą się przodkowie Hunów i Węgrów, a mianowicie "słynny, wszechmocny król Attyla, a następnie książę Álmos, od którego wywodzą się królowie i książęta Węgier".

Współczesne badania nad sagami i studia językoznawcze potwierdzają, że w popularnej sadze może tkwić ziarno historycznej prawdy -?bliski związek z ludem bułgaro-tureckim oraz z Alanami. Podczas gdy określenie "Magyar", którego używają Węgrzy, wywodzi się z czasów ugryjskich, nazwy "Ungar", "Hungarus", "hongrois" mają początek w tureckiej organizacji plemiennej Onogurów, do których długo przynależeli Madziarowie. "Onogur" oznacza "dziesięć strzał", czyli plemion. Możliwe też, że przyjęta na Zachodzie od początku IX wieku nazwa odnosi się do zjednoczenia siedmiu pierwotnych, luźno ze sobą związanych plemion prawęgierskich z trzema zbuntowanymi plemionami chazarskimi, czyli Kabarami. Pewne jest w każdym razie, że Węgrzy przez dłuższy czas wchodzili w skład tureckiego państwa Chazarów między środkową Wołgą a dolnym biegiem Dunaju. Jednak Prawęgrzy nigdy nie byli, jak często utrzymywano, "ludem mongolskim". Od 830 roku Madziarowie, wraz z różnymi koczowniczymi ludami tureckimi, Alanami i Słowianami, żyli w Etelköz, czyli międzyrzeczu, na olbrzymim obszarze między Donem, Dunajem i Morzem Czarnym. Źródła bizantyjskie i orientalne najczęściej nazywają ich "Turkami". Około dwustu słów pochodzenia bułgaro-tureckiego świadczy o tym, że czynniki tureckie odegrały znaczącą rolę w procesie powstawania starowęgierskiego związku plemiennego.

Zadziwiające, że mimo mieszania się ludów na obszarze osadniczym górę wziął język ugryjski, a więc węgierski, a nazwa "Magyar" przylgnęła do całej wspólnoty. Jest to tym bardziej zdumiewające, że według relacji bizantyjskiego cesarza Konstantyna VII, pierwszego i niemal jedynego godnego zaufania źródła, tylko dwa z siedmiu prawęgierskich plemion miały nazwy ugryjskie (Megyer i Nyék), podczas gdy nazwy pozostałych pięciu były w większości tureckie. Cesarz donosił także, że przyłączone później plemiona Kabarów jeszcze w połowie X stulecia były dwujęzyczne.

W odniesieniu do wybuchowych następstw narodowo-romantycznych mitów węgierskiej historiografii i literatury, zarówno pod względem historycznym, jak i politycznym, ważne jest wskazanie na fakt, że przed zajęciem ojczyzny i w jego trakcie węgierski związek plemienny wcale nie był homogeniczny, a w gruncie rzeczy był raczej "mieszanką ludów". Niemiecko-węgierski prehistoryk Thomas von Bogyay ustalił, w pozbawionych jakiegokolwiek narodowego zaślepienia badaniach materiału antropologicznego i archeologicznego (dotyczącego pochodzenia i kształtowania się narodu węgierskiego), że węgierska tożsamość powstała w tyglu południoworosyjskich stepów.

Także węgierski historyk Jenő Szűcs w swych licznych pracach o fundamentalnym znaczeniu zwracał uwagę, że fińsko-ugryjskie grupy plemienne i różne plemiona pochodzenia tureckiego zapewne już w VIII wieku pod przywództwem któregoś dostojnika chazarskiego wyszły z chazarskiego związku państwowego i że podstawowym elementem tworzenia się węgierskiego władztwa przed IX wiekiem była jego zróżnicowana etnicznie i społecznie drużyna. Ponadto wskazał na fakt potwierdzony przez "mnóstwo nowych znalezisk", że symbioza pogańskich Węgrów z chrześcijańsko-słowiańską ludnością rozpoczęła się już w X stuleciu. Zajmująca kraj węgierska społeczność w żadnym razie nie mogła być zatem homogeniczną, koczowniczą warstwą wojowników. Jednak późniejsza węgierska tradycja przemilczała zarówno ścisłe związki z Chazarami, których elity rządzące w VIII wieku przeszły na judaizm, jak i rzeczywiste przyczyny wędrówki, prowadzącej plemiona Madziarów wraz z ich sojusznikami chazarskiego lub tureckiego pochodzenia aż na zbocza Karpat1.

Według wspomnianej już relacji cesarza Konstantyna VII wodzowie plemion, "zgodnie z chazarskim obyczajem i prawem", unieśli na tarczy Arpada, syna starego Álmosa, jako przywódcę najsilniejszego z plemion, i w stylu konnych koczowników "paktem krwi" przypieczętowali swoje porozumienie. Jednak późniejsze przekazy ukazują zarówno Álmosa, jak i Arpada już jako wybranych przez niebiosa pierwszych przywódców narodu. "Legenda nie jest jedną z form, lecz jedyną formą, w jakiej w ogóle o historii myślimy, jak ją sobie wyobrażamy, w jakiej ją możemy ponownie przeżywać. Wszelka historia jest sagą, mitem i jako taka produktem naszych umysłowych umiejętności: naszej zdolności rozumienia, naszej siły kształtowania, naszego wyczucia świata", pisał Egon Friedell w swojej Kulturgeschichte der Neuzeit (Historii kultury ery nowożytnej)2.

Dwóch niezwykle utalentowanych kronikarzy, a mianowicie Anonim, nieznany z imienia notariusz króla Beli III (1173-1196), i Szymon z Kezy (Simon Kézai), kaznodzieja dworski króla Władysława (László) IV (1272-1290), dzięki pełnym fantazji przekazom i kunsztowi narracyjnemu zadbali o to, by wczesna historia Madziarów objawiła się w "blasku i zapachu magicznych zdarzeń" i żeby tak wiele pokoleń fikcję uznawało za historię. Węgrzy, podobnie zresztą jak zwalczane przez nich sąsiednie ludy, rysowali własny obraz dziejów, który -?świadomie albo nieświadomie -?nieustannie przewartościowywali i dostosowywali do potrzeb danej epoki.

Aż do naszych czasów dążenie do historycznej legitymizacji procesu stawania się narodem i zajęcia kraju ma kluczowe znaczenie dla wszystkich narodów regionu Dunaju. Ale w szczególności dotyczy to Węgrów, z dawien dawna naznaczonych głęboko zakorzenionym poczuciem osamotnienia. Dlatego w prezentacji dramatycznych losów narodów i poszczególnych postaci mity i proces ich kształtowania się jako siły duchowo-politycznej są często ważniejsze niż suche daty i nazwiska lub drzewa genealogiczne władców.

Według Anonima przesądzające o losie narodu zajęcie ojczyzny było przepowiedziane w legendarnym śnie. Fundamentem charyzmy księcia i przywódcy plemiennego są nadnaturalne zdolności, jakimi boskim zrządzeniem został obdarzony przez święte totemiczne zwierzę. Księżna Emese, żona scytyjskiego władcy, śniła, że boskim nakazem została zapłodniona przez ptaka turula -?zależnie od wersji jastrzębia lub orła (w każdym razie drapieżnika) -?który objawił jej historyczne posłannictwo jej jeszcze nienarodzonego syna: będzie on niczym rzeka ognia i będzie władał rozległymi krajami. Dlatego syn po urodzeniu otrzymał imię Álmos (álom -?węg. "sen"). Po latach z całym swoim ludem ruszył, by odzyskać nową ojczyznę jako dziedzictwo pozostawione mu przez przodków z rodu władcy Hunów Attyli. Ptak turul wskazywał mu drogę do celu, aż do Karpat. Álmos zmarł podczas wędrówki i po cichu zniknął z kart historii.

Przywódcy plemienni unieśli na tarczy jego syna Arpada, czyniąc go władcą ich związku plemiennego. Nacięli sobie ramiona, upuścili krew do wspólnego kielicha ofiarnego i upili z niego, przyrzekając mu wierność i ślubując, że zawsze będą wybierać swojego księcia z rodu Arpadów. Równocześnie lud zobowiązał księcia Arpada, by między 108 klanów sprawiedliwie podzielił kraj, który ma być zdobyty, a potomkom przywódców plemiennych przyznał prawo do swobodnego radzenia w obecności księcia. W ten sposób, jeśli węgierską historiografię uznać za wiarygodną, powstał "fundament pierwszej konstytucji".

Stworzona przez Anonima baśń o ówczesnej konstytucji i powiązane z nią inne sagi miały sprawić wrażenie, jakoby osiedlenie się plemion węgierskich było świadomie spowodowanym aktem historycznym. Pisarz György Dalos w inspirującym eseju do katalogu berlińskiej wystawy Mity narodów (1998) zebrał charakterystyczne wyimki z dawnych węgierskich podręczników3. Pokazały one z godną uwagi wyrazistością, jak pradawne sagi były stylizowane na "historyczne prawo".

Oto jeden z wielu przykładów sugerujących historyczną legitymizację zajęcia kraju. Można go przeczytać w historii Węgier z 1864 roku, napisanej ze szczególnym "względem na rozwój edukacji i życie narodowe":

Każdy Węgier na drwiny i oszczerstwa rzucane przez obcych uczonych, którzy naszych przodków przedstawiają jako krwiopijców lub barbarzyńską hordę i z uprzedzeń, niewiedzy lub narodowej antypatii stawiają sobie za cel poniżenie naszego narodu, może z dumnym poczuciem własnej wartości wskazać na naturalną i podyktowaną przez trzeźwy rozsądek konstytucję, i to już z IX stulecia, gdy bardziej wykształcone i szczęśliwsze narody Europy nie mogły się pochwalić podobnym zjednoczeniem i obywatelską konstytucją (...) Narodowi węgierskiemu nie można zarzucać, że poprzez podbój tego kraju wywarł negatywny wpływ na jakąkolwiek zdolną do życia narodowość czy też naruszył prawa jakiegoś realnie istniejącego państwa. Nie można także narodowi węgierskiemu czynić zarzutu, że zniszczył lub choćby tylko zubożył kultury w zdobytych przez siebie krajach (...) Nasi przodkowie w zdobytych krajach nie zastali żadnego ładu społecznego lub historycznych praw. A gdyby same te okoliczności nie wystarczały, by uzasadnić instynkt poszukiwania ojczyzny, to dowodem, że sam Bóg we właściwym momencie zaprowadził Węgra do jego ojczyzny, byłaby tysiącletnia historia.

Słowo "Bóg" wymaga jednak pewnego doprecyzowania, zwłaszcza że tak naprawdę to bawarski król Arnulf był tym, który w roku 892 zaprosił plemiona węgierskie, by wzięły udział w ekspedycji karnej przeciwko jego zbuntowanemu wasalowi, księciu Moraw Świętopełkowi. W obliczu późniejszych spustoszeń dokonanych przez Węgrów w całej Panonii Wschodni Frankowie i Morawianie, także w listach do papieża, oskarżali się nawzajem o wskazanie drogi do Kotliny Panońskiej temu groźnemu wrogowi, jako sojusznikowi. Zniszczenia musiały mieć bezprzykładny wymiar, skoro dwa lata później Bawarczycy i Morawianie zdecydowali się na zawarcie pokoju, a jeszcze trochę później wręcz na wspólne działania wojenne przeciwko "krwiożerczym, pogańskim Hunom". Zresztą skrytobójstwo, do jakiego doszło w 902 (lub 904) roku, pokazuje, że także "cywilizowani" mieszkańcy Zachodu w pewnych sytuacjach posługiwali się równie barbarzyńskimi metodami, jakie przypisywano Węgrom. Bawarczycy zaprosili najwyższego władcę Węgier, nazywanego "kende", sakralnego przywódcę ich związku plemiennego, na uroczystą ucztę nad rzeką Fischa, na wschód od Wiednia. Kiedy zasiadano do stołu, ówczesny kende, książę Kurszán, i cała jego świta zostali podstępnie zamordowani. Paradoksalnie dzięki temu umocniona została pozycja księcia Arpada, zastępcy władcy (o tytule gyula), który sprawował faktyczną władzę wojskową. Mord na Kurszánie w niezamierzony sposób utorował Arpadowi drogę do jednowładztwa; z jego rodu powstała pogańsko-sakralna dynastia, która rządziła Węgrami do 1301 roku. W czasie walk ze Świętopełkiem Węgrzy przekonali się, jak słabym krajem była Panonia, i dwa lata później, w 894 roku, przedsięwzięli własną wyprawę wojenną do Kotliny Panońskiej, wyrządzając olbrzymie szkody.

Prawęgrzy przeszli zatem przez Karpaty najpierw jako sojusznicy Morawian, a następnie Wschodnich Franków. Wielkie równiny, ostatnia odnoga euroazjatyckiej strefy stepowej, wydały im się, jak już wcześniej Hunom czy Awarom, "ziemią obiecaną". Znaczenie Węgrów dla późniejszych losów Niemców i Austriaków na tym obszarze ujawniło się już w roku 881, kiedy najpierw w okolicy Wiednia doszło do starcia z oddziałami frankijskimi, a następnie w pobliżu Pöchlarn do bitwy z kabarskimi sojusznikami Madziarów. Nota na ten temat z Roczników salzburskich zawiera nie tylko po raz pierwszy (po kilkusetletniej przerwie) nazwę Wiednia, lecz także najwcześniejszą wzmiankę o Węgrach zapisaną przez bawarskiego obserwatora. Badacz prehistorii Austrii Herwig Wolfram słusznie podkreśla symboliczną wagę wspólnego pojawienia się Wiednia i Węgrów na scenie historii, ponieważ związek ten przetrwał wszystkie nawałnice wspólnych dziejów4.

Jednak już tragiczny incydent w pobliżu Stockerau w Dolnej Austrii pokazał, że początek trwającej tysiąc lat huśtawki między wrogością a partnerstwem z pewnością nie był przyjazny. Wskutek nieufnego stosunku miejscowych do wszystkich obcych niedługo po roku 1000 doszło tam do morderstwa. Irlandzki pielgrzym Koloman, syn pomniejszego celtyckiego księcia, został wzięty za węgierskiego szpiega i zabity. Kiedy -?za późno -?okazało się, że Koloman był niewinny, zwłoki przewieziono do Melku, gdzie wkrótce rozwinął się jego swoisty kult.

Decydujący impuls do zajęcia kraju, do ostatecznego przekroczenia Karpat, nie był efektem poszukiwania zielonych pastwisk dla stad, przyrostu liczby ludności czy zwykłej chęci zdobycia bogatych łupów, lecz był -?zupełnie inaczej niż opisują to bohaterskie pieśni -?przede wszystkim konsekwencją fatalnej klęski w starciu z Pieczyngami, koczowniczym ludem mówiącym językiem tureckim. Nieszczęście zaczęło się od pomocy, jakiej Madziarowie udzielili Bizantyjczykom w walkach przeciwko Bułgarom. Tym bowiem udało się w końcu nie tylko zawrzeć pokój z Bizancjum, lecz także zwyciężyć wojska węgierskie dowodzone przez syna Arpada oraz nakłonić Pieczyngów do uderzenia na Węgrów od wschodu. Ponieważ większość wojowników węgierskich walczyła na południu i na Morawach, Pieczyngowie bez trudu najechali i złupili w większości pozbawione obrony siedziby Węgrów. Pobite oddziały i ciężko doświadczony, ograbiony lud ratowali się przejściem przez Karpaty do znanej im Panonii. Była to zatem klasyczna "ucieczka do przodu".

Większość historyków jest zgodna co do tego, że jesienią 895 roku marsz węgierskich plemion ku Kotlinie Panońskiej wymusiły poważne tarapaty. Węgrzy przybyli od północnego wschodu przez Przełęcz Tucholską, od wschodu i południowego wschodu przez Wyżynę Siedmiogrodzką i przemieszczali się dalej wzdłuż Dunaju.

Prehistoria i przebieg tego ruchu na zachód były bardzo różnie przedstawiane w historiografii, a zwłaszcza w relacjach kronikarzy i w literackich opisach bezpośrednio doświadczonych ludów oraz powstałych później państw narodowych. Jak już bowiem wspomniano, zajmowany przez Węgrów kraj w owym czasie wcale nie był bezludny czy opuszczony, nawet jeśli nie było tam żadnej zwartej politycznie formy organizacyjnej. Była to raczej polityczna próżnia, a zamieszkująca ten obszar bezbronna ludność, posługująca się mieszanką rozmaitych narzeczy słowiańskich, zrobiła na nadciągających Węgrach wrażenie mniej lub bardziej zdanej na ich łaskę.

Oczywiście liczebność napływających Madziarów można jedynie szacować. Czescy, rumuńscy i rosyjscy historycy przyjmują, że było ich od 200 do 500 tysięcy, jakkolwiek są i tacy badacze, którzy nawet dolną granicę uważają za "ponad miarę przesadzoną". Współcześni historycy węgierscy, wypowiadając się w sposób wyważony, łączną liczbę Węgrów, którzy brali kraj w posiadanie, szacują na mniej więcej pół miliona, a tubylców na około 100 tysięcy. Badacze wydają się przekonani, że posługująca się językiem słowiańskim ludność była o wiele mniej liczna niż Węgrzy. W przeciwnym razie język zdobywców nie zyskałby bowiem tak łatwo przewagi, a wymieszanie się ludności nie przebiegałoby tak bezproblemowo. W każdym razie Węgrzy, wraz ze swoimi kabarskimi i innymi sojusznikami, byli liczebnie wystarczająco silni, by w okresie od pięciu do dziesięciu lat przejąć kontrolę nad wszystkimi nadającymi się do zamieszkania częściami nowej ojczyzny. Nieużytki i tereny bagniste z naturalnymi przeszkodami pozostawiono w stanie nienaruszonym, jako jedyny w swoim rodzaju system zabezpieczenia granic, zwany gyepű5.

Plemiona węgierskie -?jako pierwszy lud stepowy -?zdołały następnie przekształcić się w silny naród, ze zdolnościami asymilacyjnymi, własną tożsamością i historyczną samoświadomością. Szczegóły zajmowania kraju nie są znane, podobnie jak los tamtejszych mieszkańców. Jenő Szűcs w studium Nation und Geschichte (Naród i historia) wyraził opinię, że lokalna warstwa przywódcza zapewne została zniszczona, natomiast reszta w okresie od dwóch do trzech stuleci zasymilowana i wchłonięta przez odpowiednie warstwy społeczne -?niewolnicy weszli do grupy niewolników, wojownicy dołączyli do wojowników itd. Decydowała wspólnota trybu życia i interesów.

Historycy, niezależnie od narodowości lub nastawienia ideologicznego, w gruncie rzeczy zgadzają się, że zdobycie Kotliny Panońskiej przez Węgrów było decydującym czynnikiem kształtowania się średniowiecznej Europy. Jednak po dziś dzień to, co Węgrzy z dumą i radością przywołują jako bohaterski epos ich zwycięskich przodków, dla Niemców, Słowian i Rumunów jest "tragedią", "nieszczęściem" i "ciosem losu". Niemiecki historyk Georg Stadtmüller nazywa najazd Madziarów "katastrofą"... "Madziarowie ostatecznie unicestwili hegemonię cesarstwa niemieckiego w regionie Dunaju, zniszczyli niemiecki dorobek kolonizacyjny w zachodnich Węgrzech i na ponad półtora stulecia uniemożliwili kontynuację wspaniałej bawarskiej kolonizacji w kierunku południowo-wschodnim"6. Niektórzy węgierscy historycy, jak na przykład Szabolcs de Vajay w swoim kontrowersyjnym dziele Der Eintritt des ungarischen Stämmebundes in die europäische Geschichte (Wkroczenie związku plemion węgierskich do historii europejskiej), głoszą jednak dwojaką rolę wczesnych Węgrów: z jednej strony służyli oni w regionie Karpat jako bastion przeciwko wczesnemu "parciu Rzeszy niemieckiej na wschód", z drugiej zaś -?poprzez zawarcie dziewięcioletniego zawieszenia broni w roku 926 w dużym stopniu przyczynili się do wewnętrznej jedności Niemców, którzy zdołali się porozumieć dopiero wtedy, gdy trzeba się było bronić przed wspólnym zagrożeniem.

Jeszcze bardziej znaczące dla europejskiej historii okazało się, będące również rezultatem zajęcia ojczyzny przez Węgrów, rozszczepienie słowiańskiego świata. Poprzez osiedlenie się w Kotlinie Panońskiej Węgrzy na trwałe wbili klin między Słowian północnych i południowych. Pod koniec XIX wieku wybitny czeski historyk František Palacký doszedł do gorzkiego wniosku: "Najazd i osiedlenie się narodu węgierskiego należą do najważniejszych faktów historii powszechnej; w ciągu stuleci żadne inne uderzenie nie miało tak fatalnych konsekwencji dla słowiańskiego świata"7. W oczach Palackiego Węgrzy sprowadzili na Czechów niemal tyle samo nieszczęść co Niemcy. W każdym razie dla czeskich, słowackich i polskich historyków odwieczne rozdzielenie Słowian pozostaje najbardziej brzemiennym w skutki efektem zajęcia ojczyzny i ukształtowania się państwa węgierskiego.

Głęboko zakorzenione resentymenty między Węgrami z jednej strony a Słowianami -?Czechami, a zwłaszcza Słowakami -?z drugiej mają zatem źródło w bardzo dawnej historii i po obu stronach, poprzez odpowiednie podania lub zafałszowania, były też wtłaczane w świadomość kolejnych pokoleń. Tak zatem Czesi i Słowacy chętnie utrzymują, że nawet założyciel państwa Arpad i pierwszy król święty Stefan byli z pochodzenia Słowianami. Powołując się na rozpowszechniane jeszcze w czasach wielkiego księcia Gejzy pogłoski o "podwójnych Węgrzech", Węgrzech "białych" i "czarnych", na Słowacji przedstawiano mieszkańców tak zwanej "białej" części kraju (zachodnie i środkowe Węgry) jako Słowian, natomiast w tak zwanej "czarnej" części Węgier miały mieszkać podążające śladem wędrówki Madziarów tureckie plemiona Kabarów i Pieczyngów, jak też plemię Seklerów (węg. Székelyek), którego pochodzenie zresztą do dzisiaj nie zostało wyjaśnione8.

Z kolei Węgrzy w niektórych sagach i późniejszych eposach czy dziełach sztuki malarskiej propagowali wizję, jakoby mieszkańcy Kotliny Panońskiej przyjmowali zdobywców pod przywództwem księcia Arpada wręcz z jednomyślnym zachwytem. Twierdzenie to upowszechnia zwłaszcza monumentalny obraz słynnego malarza Mihálya Munkácsyego Zajęcie Węgier, który w budapeszteńskim parlamencie zdobi salon przyjęć, przeznaczony w dużej mierze dla dygnitarzy zagranicznych. Dzieło przedstawia Arpada w momencie triumfalnego przybycia do nowej ojczyzny - majestatycznie siedzi on na swoim siwku w otoczeniu konnej świty. Mieszkańcy, w większości pieszo, z wielką radością witają nowego władcę, wręczając mu dary.

Biały koń w węgierskich sagach jest szczególnie ważnym elementem. Książę Arpad zwyciężył Świętopełka w bitwie, jednak zanim do tego doszło, wezwał księcia Moraw do podporządkowania się -?wysłał mu w darze białego konia i jako odpowiedzi zażądał daru z ziemi, trawy i wody. U dawnych Scytów był to symbol dobrowolnego podporządkowania się. Według legendy, gdy Arpad otrzymał, czego sobie zażyczył, z całą pewnością i w dobrej wierze objął kraj w posiadanie. W rzeczywistości tego rodzaju rytuały były przyjętym elementem zawierania porozumień lub umów między koczowniczymi plemionami.

O wzajemnych oskarżeniach Bawarczyków i Morawian, że zawarli pokój z Węgrami według pogańskiego zwyczaju, składając przysięgę nad totemami wilka i psa, dowiadujemy się z listu, jaki biskup Theotmar z Salzburga w 900 roku napisał do papieża. Theotmar poległ 4 lipca 907 roku podczas przygotowanej z wielkim rozmachem wyprawy wojennej Bawarczyków, chcących odzyskać Panonię. Natarcie zakończyło się koło Preszburga (niem. Pressburg, węg. Pozsony, dziś Bratysława) druzgocącą klęską i śmiercią margrabiego Luitpolda, jak też większości bawarskiej szlachty. Saga o białym koniu znalazła swój ciąg dalszy w wymyślonej relacji o śmierci Świętopełka, który później, po przegranej bitwie, uciekał przed zwycięskimi Madziarami i miał się utopić w Dunaju. W rzeczywistości zniszczenie krótkotrwałego państwa morawskiego nastąpiło dopiero po śmierci Świętopełka, który zgodnie z obyczajem koczowników zawarł z Węgrami jedynie ugodę dotyczącą wspólnego wystąpienia przeciwko Bawarczykom (894), w żadnym razie jednak nie zawarł z nimi umowy o przekazaniu im swojego kraju.

Biały koń jako symbol zwycięskiego żywiołu madziarskiego pod rządami księcia Arpada -?obok innych motywów, jak na przykład rzekomego "paktu krwi" w Pusztaszer i chrztu świętego Stefana -?był wielkim tematem malarstwa monumentalnego w XIX wieku, przede wszystkim w powiązaniu z jubileuszem tysiąclecia zajęcia ojczyzny w roku 1896. Gdy po załamaniu komunistycznej Republiki Rad w listopadzie 1919 roku admirał i późniejszy regent Miklós Horthy wkroczył do Budapesztu ("grzesznego miasta"), jadąc na siwku na czele oddziałów kontrrewolucyjnych, ten staranie przemyślany gest został dobrze zrozumiany -?był to widoczny sygnał ostrego zwrotu na prawo, w kierunku skrajnego nacjonalizmu. Zresztą po ponad dwóch dziesięcioleciach sędziwy mąż stanu jeszcze raz dosiadł białego konia, by na czele węgierskich oddziałów wkroczyć do chwilowo odzyskanych -?dzięki wsparciu państw osi, w wyniku orzeczenia sądu arbitrażowego w Wiedniu -?Koszyc (węg. Kassa, niem. Kaschau, słow. i czes. Košice) i Klużu (węg. Kolozsvár, niem. Klausenburg, rum. Cluj). Mieszkający tam Madziarzy odebrali ten czyn jako symboliczny i powitali go frenetycznym wybuchem entuzjazmu.

Tak więc linia prosta prowadzi od przekazu do pełnych sprzeczności i ostatecznie okazujących się bumerangiem politycznym bohaterskich czynów naszych czasów. I w pewnych sytuacjach mit białego konia miał do wypełnienia jasno zarysowaną narodową funkcję.

Do dzisiaj narodowe mity zderzają się ze sobą w stosunkach rumuńsko-węgierskich, a zwłaszcza w wysuwanych przez obydwa narody historycznych prawach do Siedmiogrodu. Spór, czy to Rumuni, czy Węgrzy po węgierskim zajęciu ojczyzny byli pierwszymi osadnikami, a wtedy także decydującą siłą polityczną w Siedmiogrodzie, jako zwarta, a przynajmniej przeważająca liczebnie grupa, poróżnił całe pokolenia historyków, nie tylko w Budapeszcie i Bukareszcie. I tak na przykład brytyjski historyk R. W. Seton-Watson przed pierwszą wojną światową całym swym krasomówstwem poparł historyczne i polityczne interesy Rumunów (oraz wszystkich Słowian) w walce przeciwko węgiersko-austriackiej hegemonii, podczas gdy jego kolega C.A. Macartney zajmował bardziej wyważone stanowisko w odniesieniu do drażliwej kwestii mniejszości na Wielkich Węgrzech9.

Tego rodzaju historyczne oraz polityczne kontrowersje wielu pokoleń rumuńskich i węgierskich naukowców czy też pisarzy przetrwały wszystkie systemy i rządy. Także w epoce zjednoczonej Europy nie ma żadnych widoków na złagodzenie wymowy podręczników szkolnych czy na zasadniczy konsens wśród historyków.

Właśnie dlatego do dzisiaj niebagatelne jest oddziaływanie podań o zagadkowym pochodzeniu siedmiogrodzkich Seklerów, przekazywanych w pieśniach i podaniach ludowych, jak też w wierszach i literaturze dla młodzieży. Należą one do kręgu baśni o Attyli i Arpadzie, ptaku turulu i o białym koniu, o rzekomo prastarej tożsamości Hunów i Madziarów.

Ich sednem jest mityczna postać Csaby, najmłodszego syna króla Hunów Attyli. Gdy Csaba zobaczył,że jego ludowi grozi zguba, wyjął ze swojego kołczanu czarodziejską strzałę i wystrzelił ją, by w ten sposób wezwać na pomoc swoją matkę, czarodziejkę. Tam, gdzie wbił się grot strzały, znalazł cudowne ziele, którego sok leczył rany. Za jego pomocą wskrzesił swoich poległych wojów, ustawił ich w szyku bojowym i poprowadził na wroga. Gepidów w obliczu tej armii umarłych ogarnęła porażająca zgroza, tak że pozwolili niedobitkom ludu Csaby odejść w pokoju. Następnie Csaba poprowadził resztki narodu Hunów -?wraz ze swą armią zmarłych, wtedy już konną -?do granic Siedmiogrodu i polecił im się osiedlić w dzisiejszej Seklerszczyźnie. Potem jednak zaprowadził martwych wojów do ich dawnej ojczyzny, do kraju Attyli. Pozostawionym w Seklerszczyźnie klanom obiecał, że zawsze gdy będzie im groziło wielkie niebezpieczeństwo, on i jego wojownicy wstaną z grobu i przybędą im na ratunek. Tak powstała madziarsko-seklerska baśń ludowa Czekanie na Csabę. Mały naród seklerski wielokrotnie znajdował się w wielkim niebezpieczeństwie i za każdym razem znajdował ratunek -?według legendy wcale nie dzięki swej ofiarnej dzielności, lecz dzięki prawdziwym cudom bożym. Aby rozproszyć wrogów, Csaba i jego huńscy wojowie z łoskotem kopyt przegalopowali przez sam środek nieba. To ślady kopyt ich rumaków utworzyły na niebie połyskliwy szlak, który powszechnie nazywa się Drogą Mleczną, ale przez Węgrów do dziś jest nazywany "Szlakiem Wojsk".

We wspomnianym dziele zbiorowym, któremu patronował następca tronu Rudolf, niezwykle swego czasu popularny i nadzwyczaj płodny pisarz Mór Jókai doszedł do wniosku, że przekazywane potomnym saga i historia są tak bardzo ze sobą splecione, że albo można uznać całość za wiarygodną, jak czyni to opinia publiczna, albo trzeba wszystko odrzucić. I miał rację. Tylko że głosząc tezę o tożsamości Hunów i Madziarów, ten pełen temperamentu i aż do późnego wieku kapryśny powieściopisarz posunął się jednak za daleko.

Nawet jeśli Jókai chciałby, żeby to była prawda, to Seklerzy nie byli spokrewnieni z Hunami, a ich pochodzenie i geneza do dziś pozostają kwestia otwartą. Ostatnio przyjmuje się, że Seklerzy pierwotnie przybyli do Kotliny Panońskiej wraz z Kabarami, albo jeszcze przed Madziarami jako plemię bułgaro-tureckie, i już podczas walk przed zajęciem ojczyzny stanęli po stronie Węgrów. Niezależnie od tego, jak mogło być, pewne jest, że Seklerzy jeszcze na początku czasów nowożytnych używali wariantu pisma tureckiego. Mówili wprawdzie po węgiersku, ale przez stulecia zachowali jednak swoją odmienną strukturę społeczną i uprzywilejowaną pozycję. Już na początku XIII wieku węgierscy królowie zatrudnili ich do zabezpieczania granic Siedmiogrodu, a obszar ich osadnictwa do dnia dzisiejszego nazywa się Seklerszczyzną10.

To, co Jókai przed ponad stuleciem pisał o świadomości ścisłego huńsko-węgierskiego pokrewieństwa, o wierze w prehistoryczną tożsamość, jest rzeczywiście jedynym w swoim rodzaju zjawiskiem psychologiczno-literackim na skalę światową. To wspomniane już straszliwe wyprawy łupieżcze po zajęciu kraju ugruntowały złą sławę Madziarów. Gdy w 1939 roku ukazał się zbiór esejów pod tytułem Mi a Magyar? (Węgrze, kim jesteś?), wybitni przedstawiciele węgierskiego życia intelektualnego zajmowali się właśnie, jak po wielokroć przedtem i potem, kwestią narodowej tożsamości. I w tym kontekście historyk Sándor Eckhardt przedstawił swoje studium -?niezwykle przydatne także dla przyszłych pokoleń, napisane na podstawie solidnej kwerendy źródłowej - Das Ungarnbild in Europa (Wizerunek Węgrów w Europie)11. Ze zdumieniem stwierdził, że obraz dawnych Węgrów, przez zachodnich kronikarzy nakreślony jako negatywny, a czasami wręcz okropny i wzbudzający przerażenie, w tym także bajanie o "węgierskim kanibalizmie", przez wczesnych kronikarzy Anonima i Kézaia został przedstawiony jako zbiór niezwykle pozytywnych cech. Na początku X stulecia Regino, opat Prüm, jako pierwszy pisał, że zgodnie z "pogłoskami" Węgrzy mieli jeść mięso ludzkie i pić ludzką krew oraz wyrywać wrogowi serce z piersi, by w ten sposób wzmóc własną odwagę. Te bajki były w rzeczywistości pozostałością starożytnego stereotypu, sięgającego aż do Herodota.

Twierdzono, że Madziarowie to potomkowie legendarnych azjatyckich Scytów, że wyglądają okropnie, są na poły ludźmi, na poły małpami, spłodzonymi przez diabła pomiotami wiedźmy. Wszystkie źródła, kroniki i roczniki były odpisami, ale sporządzanymi nie na podstawie wypowiedzi naocznych świadków, lecz według charakterystyk wcześniejszych kronikarzy. Opis stworzony przez Regina był powtarzany niezliczoną ilość razy i nawet rozszerzany. Wkrótce utożsamiono "nowych barbarzyńców" z Hunami, których w Europie pamiętano aż za dobrze. Przecież Attyla stał się w oczach Zachodu uosobieniem barbarzyństwa, wręcz Antychrystem. W czasach renesansu Attyla pojawił się we włoskich legendach już jako król węgierski -?syn zamkniętej w wieży córki królewskiej, spłodzony przez charta, ma psie uszy i wszędzie węszy spisek12.

Wszystko to już wtedy i w ciągu następnych stuleci bynajmniej nie poprawiało wizerunku Węgrów na świecie. Mimo to utożsamienie ich ze Scytami i z Hunami przeniknęło z Zachodu do węgierskiej historiografii. Już pierwsi kronikarze zaczęli wywodzić dynastię Arpadów od widma Attyli. Owe importowane opowieści o Hunach głęboko i na stałe odcisnęły piętno na węgierskiej świadomości. Utożsamienie Hunów i Węgrów upowszechniło się w wierzeniach ludowych. Stopniowo żywioł węgierski z dumą zaakceptował to dziedzictwo -?bynajmniej nie tylko w średniowieczu, ale jeszcze w XIX i po części w XX wieku -?by móc utożsamić własny rodowód ze wspaniałym eposem o zagarniającym cały świat biczu bożym. Historyczne fantazje pierwszych kronikarzy dostarczyły prawnego uzasadnienia zajęcia ojczyzny -?niezwykle ważnego czynnika w świadomości historycznej wszystkich Węgrów. Można by przywoływać jeszcze wiele szczegółów o łupieżczych wyprawach Węgrów po zajęciu przez nich kraju, czy też o ich zbiorowym postrzeganiu i zapamiętaniu przez kronikarzy i historyków. W kontekście naszych rozważań istotne jest jednak tylko, że rzekome huńsko-węgierskie pokrewieństwo wraz z "mongolsko-koczowniczą twarzą Madziarów" aż po nasze dni kształtuje dialektykę między zachodnim spojrzeniem z zewnątrz a portretem własnym Węgrów.

Zob. Bálint Hóman, Gyula Szekfű, Magyar Történet (t. 1-5), Budapest 1936, t. 1, s. 1-131; György Györffy, István király és műve, Budapest 1977, s. 15-54; György Székely, Antal Bartha, Magyarország története (t. 1-10), Budapest 1987, t. 1, s. 265-575; Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen 1988, s. 1-29; C.A. Macartney, Geschichte Ungarns, Stuttgart 1971, s. 1-11; Pál Engel, Magyarok Európában. A kezdettől 1440-ig, Budapest 1990. [wróć]

Egon Friedell, Kulturgeschichte der Neuzeit, München 1996, s. 13. [wróć]

Zob. György Dalos, Mythen der Nationen, Berlin 1998, s. 531. [wróć]

Herwig Wolfram, Die Geburt Mitteleuropas. Geschichte Österreichs vor seiner Entstehung 378-907, Berlin 1987, s. 311-375 i n. [wróć]

Zob. György Györffy, A magyarok elődeiről és a honfoglalásról. Kortársak és krónikások híradásai, Budapest 1986; Thomas von Bogyay, Grundzüge der ungarischen Geschichte, Darmstadt 1990, s. 3-13; zob. także dyskusję w: "História", zeszyt specjalny o zajęciu ojczyzny, 1966, nr 2. [wróć]

Georg Stadtmüller, Geschichtliche Ostkunde, Wien -?München -Zürich 1963, t. 2, s. 31. [wróć]

Cyt. za: A honfoglalás a külföldi történetírásban, "Magyar tudomány" 1995, nr 12, s. 1407. [wróć]

B. Hóman, G. Szekfű, op. cit., t. 1, s. 123 i n.; T. Bogyay, op. cit., s. 33-36; Erdély rövid története, red. Béla Köpeczi, Budapest 1990, s. 107-240 i n. [wróć]

Zob. m.in. R. W. Seton-Watson, A History of the Roumanians, London 1934 (reprint 1963), s. 1-16. [wróć]

Die Székler, w: Magyarok a Kárpát-medencében, red. Ferenc Glatz, Budapest 1988, s. 47; Karl Szabó, Ungarn, t. 1, Die österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild (t. 1-24), Wien 1888; Erdély rövid története, red. Bela Köpeczi, Budapest 1989, s. 241-267. Zob. odnośnie do Jókaia, Ungarn. Band I, Die österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild, Wien 1888, s. 318-326. [wróć]

Sándor Eckhardt, Das Ungarnbild in Europa, w: Ungarische Jahrbücher, Berlin 1942. Niemieckie tłumaczenie eseju z tomu zbiorowego Mi a Magyar (Budapest 1938) jest zmanipulowane, to znaczy "oczyszczone" z krytycznych uwag niepasujących do okresu nazistowskiego. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Od najazdów Madziarów do chrześcijańskiego królestwa Arpadów

Od najazdów Madziarów do chrześcijańskiego królestwa Arpadów

Co najmniej sporna jest teza Vajayego, że w grabieżczych wyprawach bynajmniej nie chodziło o pozbawione skrupułów pustoszenie, bo były to "dobrze przemyślane strategiczne przedsięwzięcia, o wielkiej doniosłości i znaczeniu dla Europy". Pewne jest natomiast, że tak pomyślne wyprawy łupieżcze kryły w sobie także zalążek przyszłych klęsk. Przeciwnicy, zwłaszcza Bawarczycy, wkrótce zauważyli, że w drodze powrotnej znużone zastępy jeźdźców, obładowane zdobyczą i ciągnące za sobą jeńców, można było zaatakować z pewnymi widokami na sukces. Jednocześnie u coraz bardziej sytych Węgrów wyraźnie pogarszały się dyscyplina i ruchliwość, tak typowe dla dawnej taktyki koczowniczych jeźdźców.

W każdym razie za srebro i złoto dowódcy węgierskich zagonów byli gotowi oszczędzić pewne regiony lub ruszyć na inne z ekspedycjami karnymi. Pierwszym krajem, który Madziarom regularnie płacił trybut, były Włochy. W 899 roku oddział pięciu tysięcy węgierskich jeźdźców otoczony nad Brentą pokonał trzy razy liczniejszą armię króla Berengara I. Po kolejnych węgierskich najazdach król zdecydował się wykupić siebie i swój lud. Węgierski historyk György Györffy zdołał ustalić, że musiało chodzić o około 30 kilogramów złota.

Jedynie Niemcy, wystawiając zdyscyplinowaną, ciężkozbrojną, walczącą w zwartym szyku konnicę i potrafiąc wykorzystać słabości przeciwnika, byli w stanie w 917 i 933 roku zadać Węgrom klęskę. Następnie 10 sierpnia 955 roku udało im się osiągnąć decydujące zwycięstwo nad rzeką Lech koło Augsburga. Horka Bulcsú, trzeci najwyższy rangą dostojnik związku plemiennego, oraz książę Lél (Lehel) skończyli na szubienicy w Ratyzbonie.

Triumf Ottona I, który później przyniósł mu przydomek "Wielki", niemieccy historycy opiewali jako "przełom w dziejach powszechnych", jako uratowanie kultury chrześcijańskiej przed azjatyckimi barbarzyńcami. Według legendy z całej armii węgierskiej miało pozostać przy życiu tylko siedmiu ludzi, którzy potem, zhańbieni na całe życie, jako "żałobni Węgrzy" (gyászmagyarok) musieli wędrować po ziemi ojczystej, żebrząc o środki na utrzymanie. Jest także słynna saga o Lélu. Skazany na śmierć po przegranej bitwie Lél po raz ostatni zadął w swój ulubiony róg, po czym zabił nim zwycięskiego króla, wołając: "A jednak będziesz mi służył w zaświatach!". Rzekomy róg Léla z kości słoniowej jeszcze dziewięćset lat później pokazywano w małym miasteczku Jászberény.

Według węgierskich kronikarzy Bulcsú był niezwykle władczym i wojowniczym przywódcą, który siebie i swój lud przedstawił cesarzowi jako "zemstę i bicz boży". Natomiast rozbieżne bywają oceny rzeczywistej doniosłości zwycięstwa na nadbrzeżnej równinie Lechu. Współcześni węgierscy historycy uważają, że tamta klęska wcale nie była dotkliwsza niż obie wcześniejsze porażki. W każdym razie przekaz, jakoby 26 tysięcy Niemców miało pokonać 100 tysięcy albo wręcz 128 tysięcy Węgrów, był niewątpliwie jedynie wymysłem. Liczebność wojska węgierskiego pod Augsburgiem ocenia się dzisiaj na nie więcej niż 20 tysięcy. Decydujące było jednak stracenie Bulcsú, przywódcy o silnej osobowości, a także psychologiczne następstwa klęsk. Przede wszystkim zachodnie chrześcijaństwo miało okazję, by pozyskać dusze pogańskich Węgrów.

Nie wiemy, jak lud węgierski poradził sobie z następstwami klęski. W każdym razie decydująca o dalszych losach bitwa na Lechowym Polu otworzyła drogę do epokowego wydarzenia. Węgrzy nie zniknęli ze światowej sceny tak jak inni pobici jeźdźcy. Co więcej, przejęli zachodnią kulturę i między Rzymem a Bizancjum wybrali Kościół katolicki. Pod panowaniem wielkiego księcia Gejzy (węg. Géza), prawnuka Arpada, konni łupieżcy z pokolenia na pokolenia stawali się osiadłymi rolnikami i pasterzami, nie tracąc przy tym swojego języka czy też tożsamości politycznej, co bez wyjątku spotkało ich wszystkich poprzedników.

"Madziarowie jako pierwszy lud stepowy zostali ujęci w karby przez zastane warunki gospodarcze i osadnicze oraz przez stosunki społeczne i kulturalne towarzyszące przełomowi w chrześcijańskich ośrodkach władzy", stwierdza niemiecki historyk Klaus Zernack. Niemniej u samych Węgrów klucz do przełomu tkwił w politycznej woli Gejzy i jego syna świętego Stefana, by do końca pójść drogą od związku plemiennego do stworzenia chrześcijańskiego państwa dynastii Arpadów. To, że -?jak donosi Thietmar z Merseburga -?Gejza uważał się za wystarczająco bogatego i silnego, by składać ofiary wielu bogom, nie zmienia niczego w dokonanej zamianie ról. Podczas jego, trwającego ponad ćwierćwiecze (972-997), panowania uratował swój lud przed upadkiem. Nastąpiło ostateczne zerwanie z koczowniczym trybem życia. To, co stało się na Węgrzech w ciągu kilku dziesięcioleci po bitwie nad rzeką Lech, było nie mniejszym historycznym cudem. Ze związku plemiennego konnych koczowników szybko wyłoniło się chrześcijańskie królestwo, jakkolwiek nie obeszło się bez wstrząsów.

Terytorialna jedność chrześcijańskiego królestwa została na Węgrzech wymuszona dopiero po serii krwawych konfliktów. Po śmierci wielkiego księcia Gejzy roszczenia do objęcia władzy zgłosiło dwóch członków dynastii Arpadów. Koppány, książę Somogy, który rządził na terytorium na południe od Balatonu, powoływał się na wynikającą z prawa krwi zasadę senioralną, która przyznawała następstwo najstarszemu członkowi rodu. Kontrkandydatem tego pogańskiego wodza plemiennego był jeszcze bardzo młody syn Gejzy Vajk, który już wtedy nosił chrześcijańskie imię Stefan (István). Data jego urodzin nie jest dokładnie znana, źródła podają 967, 969 a nawet 975 rok. Nie wiemy także dokładnie, kiedy został ochrzczony. Pewne jest jednak, że Stefan swoje roszczenia oparł na nierozerwalnym związku chrześcijaństwa z państwowością oraz odwoływał się do zasady primogenitury, do prawa wielkiego księcia, ewentualnie króla, by samodzielnie określać swoich dziedziców zgodnie z zasadą pierworództwa.

Chociaż wielki książę Gejza po swoim chrzcie w roku 973 w gruncie rzeczy pozostał poganinem, to jednak zatroszczył się o to, by jego syn Stefan otrzymał chrześcijańskie wychowanie. Na krótko przed śmiercią ciężko chory wielki książę postarał się jeszcze w imieniu syna o rękę córki bawarskiego księcia. Z powodzeniem -?ślub Stefana z Gizelą, siostrą młodego bawarskiego księcia i późniejszego cesarza Henryka II, odbył się w 996 roku. Gdy Gejza zmarł rok później, Stefan był już -?przede wszystkim pod wpływem biskupa Wojciecha (niem. Adalbert) z Pragi -?wielce pobożnym władcą i w przeciwieństwie do swego ojca chrześcijaninem z przekonania, a nie ze względów taktycznych.

Wraz z bawarską córką książęcą Gizelą na Węgry przybyli liczni niemieccy misjonarze i kapłani, a także szlachetnie urodzeni rycerze i urzędnicy. Już Gejza, sprawując władzę, opierał się po części na gwardii przybocznej składającej się z bawarskich rycerzy. Teraz to nasiliło się jeszcze bardziej.

Jenő Szűcs zwrócił uwagę, że słowu i krzyżowi drogę utorował miecz. Wiele zależało jednak od tego, kto tym mieczem wymachiwał i jaką reprezentował koncepcję. Do decydującej rozprawy o przyszłość kraju doszło w 998 roku w pobliżu malowniczego miasta Veszprém w zachodnich Węgrzech. To przede wszystkim niemieccy rycerze byli tymi, którzy -?obok "rodzimych sił" Stefana z jego własnego plemienia -?doprowadzili do rozstrzygnięcia i ostatecznie pokonali wodza plemiennego Koppánya. Legendy i kroniki przedstawiają niezwykle symboliczną scenę. Przed bitwą młody Stefan zwołał ponoć niemieckich rycerzy i własną drużynę. Ukląkł wśród nich, by błagać patrona Panonii, świętego Marcina, o zwycięstwo. Następnie zgodnie z niemieckim zwyczajem polecił przypasać sobie do boku pobłogosławiony przez Kościół miecz, który miał (i chciał) podnieść w służbie dalszej chrystianizacji1.

W roli głównodowodzących wojskiem stało u boku Stefana dwóch rycerzy ze Szwabii oraz słynny Wezellin (węg. Vecellin) z Wasserburga. Wróg był określony jednoznacznie: był nim pogańsko-barbarzyński plemienny wódz tradycjonalizmu. Książę Koppány, krewniak Stefana, który zamierzał poślubić wdowę po Gejzie Saroltę, aby zgodnie z obyczajem koczowników legitymizować swoje roszczenia do następstwa tronu, przegrał bitwę z opancerzonymi rycerzami Stefana i stracił życie.

Stefanowi w istocie chodziło o to, by złamać potęgę wodzów plemiennych oraz wzbogaconych na wyprawach łupieżczych pogańskich członków ich drużyn, a także by odbudować autorytet następcy Arpada oraz władzę nad wszystkimi plemionami. Nawet jeśli w narodowej tradycji starcie koło Veszprém zostało uwiecznione jako "bitwa między Teutonami a Węgrami", to wywalczone bez litości i miłosierdzia zwycięstwo nad Koppányem i jego zwolennikami stało się punktem wyjścia do przetworzenia luźnego, na poły koczowniczego związku osób w mocno scalone chrześcijańskie państwo Węgrów.

Pokonanie przeciwnika było także wstępem do późniejszych wypraw Stefana przeciwko wielkim, działającym niemal w pełni niezależnie, książętom w Siedmiogrodzie (jak choćby jego wuj Gyula), a na południu przeciwko księciu Ajtonyowi, który miał zawrzeć sojusz z "Grekami". Militarne niszczenie krnąbrnych wodzów poszczególnych klanów postępowało równolegle z walką przeciwko tak zwanym czarnym Węgrom, których w latach od 1004 do 1006 nawrócono "przemocą i miłością", jak to określił Brunon z Kwerfurtu. "Czarnymi Węgrami" nazywano połączonych sojuszem z plemionami węgierskimi Seklerów oraz ludy tureckie, jak Kabarowie czy Pieczyngowie, których członkowie żyli w Siedmiogrodzie i na południowych Węgrzech jako żołnierze posiłkowi.

Obraz roli Stefana w węgierskiej historii jest pełen sprzeczności. Czy był dobrotliwy i "najpobożniejszy", jak go charakteryzowali jego niemieccy kronikarze dworscy, czy raczej bezlitosny i okrutny? Czy nie tylko zabił swojego krewniaka Koppánya, lecz na dodatek jeszcze poćwiartował jego ciało? Tę drugą wersję, a więc jego nieprzejednanie i twardość, zdaje się potwierdzać niesamowity przekaz, zgodnie z którym Stefan trzy części ciała księcia kazał przybić do bram pobliskiej siedziby biskupa w Veszprém oraz miast Jawarynu (węg. Győr, niem. Raab) i Stołecznego Białogrodu (węg. Székesfehérvár, niem. Stuhlweissenburg), podczas gdy czwartą miał wysłać do Białogrodu Julijskiego (Gyulafehérvár, niem. Weissenburg, w Siedmiogrodzie) jako ostrzeżenie dla swego krnąbrnego wuja Gyuli2. Czas i przebieg poszczególnych starć są równie sporne jak wiele innych kwestii z wczesnej historii węgierskiego państwa. Pewne jest tylko to, że Stefan także jako król -?i to nawet w podeszłym wieku -?szybko i bezwzględnie postępował wobec rzeczywistych lub domniemanych przeciwników.

Stefan, który w 1083 roku został ogłoszony świętym (jako pierwszy z ośmiu świętych z dynastii Arpadów), jest zarówno przez zagranicznych, jak i przez węgierskich historyków uznawany za jedną z najpopularniejszych i najszczęśliwszych postaci, być może nawet najbardziej znaczących, a w każdym razie za "odnoszącego największe sukcesy i najbardziej sumiennego rzemieślnika węgierskiej państwowości" (Gyula Szekfű). Ze względu na gorliwość, z jaką nawracał swój lud na chrześcijaństwo, porównywano go nawet z Karolem Wielkim. Stefan I był niewątpliwie osobą głęboko religijną, a jednocześnie na tyle zdeterminowaną, by z nieugiętą siłą woli uwolnić siebie i swój lud od barbarzyńskiej przeszłości i pogańskich tradycji. Jego koronacja na węgierskiego króla, przeprowadzona najprawdopodobniej pierwszego dnia roku 1001 (niektóre źródła mówią o dniu Bożego Narodzenia roku 1000), stała się punktem zwrotnym w dziejach Węgier, nawet jeśli prehistoria i międzynarodowe konteksty tego wydarzenia pozostają sporne. Jedynym powszechnie akceptowanym przez węgierską historiografię ówczesnym źródłem jest relacja niemieckiego biskupa Thietmara z Merseburga, według której Stefan, szwagier księcia Bawarii Henryka, "dzięki łasce i staraniom" cesarza Ottona III otrzymał koronę i błogosławieństwo od papieża Sylwestra II. Jeszcze kilka dziesięcioleci temu dochodziło do emocjonujących "państwowo-prawnych" debat między niemieckimi i węgierskimi naukowcami, czy korona Stefana została mu przekazana przez papieża czy cesarza. W końcu jednak osiągnięto porozumienie: Stefan otrzymał koronę od papieża, za aprobatą Ottona III.

W przeciwieństwie do Czech, Moraw i Polski królestwo węgierskie nie znalazło się zatem w stosunku lennym wobec cesarstwa rzymsko-niemieckiego, lecz faktycznie pozostało niezależne. I także przy pełnej niezależności Stefan przestawił swój kraj i swoją władzę na zasady monarchii chrześcijańskiej. Z politycznego punktu widzenia było to działanie suwerenne, czego znaczenia niepodobna przecenić.

Brytyjski naukowiec C.A. Macartney, specjalizujący się w historii Węgier, skomentował to następująco: "Nawrócenie się na chrześcijaństwo sprawiło, że lud węgierski z hordy znajdującej się poza obowiązującym wówczas prawem, przeciwko której chrześcijański książę nie tylko mógł, lecz wręcz miał obowiązek wystąpić, stał się członkiem chrześcijańskiej rodziny narodów, a jego król władcą powołanym na urząd zrządzeniem łaski bożej, którego praw inni książęta nie mogli naruszać, nie narażając się na popełnienie grzechu"3. Historyk zwrócił również uwagę, że król węgierski nie był wprawdzie równy rangą cesarzowi, ale też nie był mu poddany. Apostolskie symbole (kopia świętej włóczni i krzyż) pokazywały, że Kościół węgierski podlegał tylko autorytetowi Rzymu, co według Macartneya "ogromnie wzmocniło rzeczywistą niezależność kraju".

W ten sposób jeszcze niedawno na poły koczowniczy, pogański lud, zachowując swą odrębność polityczną i etniczną, stał się częścią chrześcijańskiej Europy. Nie tylko bezlitosne rozprawienie się ze zwolennikami pogaństwa, lecz także radykalne przekształcenie państwa pozwalają wyciągnąć wniosek, że w przypadku Stefana właściwie nie chodziło o przejęcie odziedziczonego po ojcu organizmu państwowego, lecz o jego zanegowanie (Gyula Kristó)4.

Stefan nigdy nie chciał być wasalem, lecz suwerennym władcą, a korona Stefana od czasu koronacji zawsze była symbolem węgierskiej samodzielności i wolności. Później jeszcze wrócimy do historii owej korony i do jej politycznego znaczenia -?prawnego i państwowego. Jednak już teraz można stwierdzić, że Stefan nigdy nie nosił czczonej od wieków korony, która dziś jest wystawiona na widok publiczny w budapeszteńskim Muzeum Narodowym, ponieważ jej spód, tak zwana grecka część, został wykonany dopiero w 1074 roku, a zatem prawie cztery dziesięciolecia po jego śmierci, "łacińska", górna część zaś prawdopodobnie dopiero w XIII stuleciu. Węgierscy historycy uparcie milczą o tym, że cesarz Henryk III po rozruchach na Węgrzech i po swoim zwycięstwie nad powstańcami (w 1044 roku w pobliżu miasta Jawaryn) zdobył koronę i odesłał ją do Rzymu.

Korona świętego Stefana w jej dzisiejszej formie jest mitem. Tylko dlaczego w takim razie wciąż jeszcze jest tak nazywana? Na to pytanie z ujmującą szczerością odpowiadają autorzy sztandarowego dzieła Tausend Jahre Stephanskrone (Tysiąc lat korony Stefana), profesorowie Kálmán Benda i Erik Fügedi: "Ta niezniszczalna wiara utrzymywała się przez stulecia. Historykom nie pozostało nic innego, jak to przyznać -?w tym przypadku nie jest istotne, czy korona jako przedmiot materialny rzeczywiście była koroną Stefana, ale powszechna niewzruszona wiara, że nią była"5.

W przeciwieństwie do kwestii pochodzenia korony nie ma żadnych wątpliwości co do faktu i następstw reform przeprowadzonych przez Stefana. Dotyczyły one nie tylko administracji, lecz także tworzenia organizacji kościelnej w całym kraju. W chwili koronacji Stefan stał się królem z łaski bożej i władcą nieograniczonym. Tym samym mógł według własnego uznania korzystać praktycznie ze wszystkich przysługujących średniowiecznemu królestwu prerogatyw władzy najwyższej. Zaliczała się do nich choćby polityka zagraniczna i prawo powoływania na urząd publiczny, jako przedstawiciela woli królewskiej, każdego człowieka, nawet najniższego pochodzenia, jeśli mu tylko odpowiadał. Zgodnie z własną wolą król mógł też wyznaczać i odwoływać dostojników, a także wydawać prawa. Poza tym jego autokrację charakteryzowały niezmierzony obszar królewskich gruntów oraz bezwarunkowe zwierzchnictwo nad organizacją kościelną.

W polityce zagranicznej, dzięki twardej, ale umiarkowanej postawie wobec sąsiadów, królowi udało się zbudować chrześcijański ład prawno-państwowy. Po pomyślnym odparciu Bułgarów na południu i Polaków na północy Stefan do 1018 roku zdołał odzyskać węgierską kontrolę nad całą Kotliną Panońską. Podczas jego ponadczterdziestoletniego panowania doszło do jednego poważnego konfliktu zbrojnego, gdy cesarz Konrad II w 1030 roku znaczącymi siłami najechał na Węgry. Bez wielkich strat, zachowując przewagę taktyczną, Stefan odparł atak, a w ramach odwetu zajął Wiedeń.

W polityce wewnętrznej, po zwycięstwach nad wodzami plemiennymi, autorytet korony był niepodważalny. Silna centralizacja wczesnego królestwa węgierskiego utrudniała wytworzenie się stosunków lenno-prawnych. Stefan systematycznie wywłaszczał klany, które musiały oddać większą część swoich włości -?podporządkowującym się mu wodzom pozostawiał jedynie trzecią część ich dóbr. De facto oznaczało to, że zdołał rozciągnąć prawo własności na cały obszar zamieszkany przez Węgrów. Władza przechodziła ze związków plemiennych na jednostki polityczno-wojskowe i policyjno-administracyjne. Król ustanowił około 40 komitatów (jednostek administracyjnych przypominających hrabstwa), na których czele stawali mianowani przez niego "żupanowie" (burgrabiowie, z węg. ispán, z którego wywodzi się słowiański župan).

Królewski komitat, a zatem jednostka organizacji terytorialnej z zamkiem królewskim jako ośrodkiem administracji lokalnej, w większości przypadków był identyczny z wcześniejszym obszarem osadniczym klanu. Rozbiciu tradycyjnych związków społecznych towarzyszyło zakładanie królewskich domen zamkowych, na czele których zawsze stała osoba z najbliższego otoczenia króla. Chociaż królowi za wzór służyły instytucje niemieckie i choć otrzymywał sugestie z cesarstwa niemieckiego, w praktyce wszystko było dopasowywane do specyficznych warunków węgierskich. Według Thomasa von Bogyayego "nową zasadą porządkującą chrześcijańskie społeczeństwo państwa węgierskiego stała się nie tyle feudalna hierarchia, ile bezpośrednia, osobista relacja z królem"6. Nie oznaczało to jednak bezwzględnego rozbicia starej struktury społecznej. Wspólnota "wolnych", to znaczy potomkowie pozbawionych władzy książąt plemiennych i wodzów klanów w linii męskiej, o ile nie uczestniczyli w żadnych próbach przewrotu czy nie stracili swoich osobistych praw ze względu na popełnienie przestępstwa, zachowała swoje przywileje, tak samo jak rycerze przybyli z zachodu i z sąsiednich krajów słowiańskich. Owa wspólnota "wolnych" jako uprzywilejowana warstwa była wśród całej ludności jedyną aktywną politycznie grupą. Tylko jej członkowie mogli uczestniczyć w politycznych naradach i sprawować urzędy publiczne. Jedynie oni podlegali bezpośrednio jurysdykcji królewskiej. Ponadto, poza daninami na rzecz Kościoła, nie płacili żadnych podatków. Ich obowiązkiem i przywilejem było świadczenie służby wojskowej.

Chrystianizacja nie tylko odnowiła podstawy autorytetu dynastii panującej. Nawrócenie się na chrześcijaństwo rzymskie, a tym samym przyjęcie języka i pisma łacińskiego, prowadziło poprzez zniszczenie starych pogańskich zwyczajów do włączenia Węgier w sieć językowych, kulturowych i politycznych współzależności. Koncepcje Stefana ujawniają się w zachowanym nadzwyczaj ważnym źródle bezpośrednim -?chodzi o Testament świętego Stefana: przestrogi i statuty skierowany do jego syna. Pismo to w imieniu i według instrukcji Stefana sporządził na jego dworze około 1015 roku anonimowy duchowny (według niektórych źródeł pochodzący z południowych Niemiec).

Zgodnie z tym pismem głównym zadaniem chrześcijańskiego władcy jest ochrona Kościoła i przezwyciężenie pogaństwa. "Jeśli jednak zachowasz tarczę wiary, zdobędziesz puchlerz życia wiecznego. Kiedy tak uzbroisz swoją duszę będziesz mógł prawowicie walczyć zarówno z wrogami niewidzialnymi, jak i widzialnymi"7.

Słusznie podkreślał Jenő Szűcs, że terytorialna jedność królestwa węgierskiego została pod znakiem idei wywalczona mieczem -?pojęcie "wróg" nie miało żadnego etniczno-narodowego charakteru, lecz zostało utożsamione z poganinem. W cytowanym piśmie Stefan mówi o wierze jako najważniejszym fundamencie władzy królewskiej; Kościół jest wymieniony na drugim miejscu, a kler na trzecim. Świadome podporządkowanie chrześcijańskiemu uniwersalizmowi było częścią jego sposobu pojmowania państwa. Stefan zawsze opierał się raczej na duchowieństwie niż na świeckich. Jednak kler początkowo musiał przybywać z zewnątrz. Aby móc wymienić pogańskich kapłanów na chrześcijański kler, król sprowadzał i wspierał obcych wikariuszy i mnichów, przynajmniej do czasu, aż wystarczająca liczba młodych Węgrów przyswoiła sobie niezbędną wiedzę teologiczną i administracyjną. Świadome oparcie się na instytucjach germańskich znalazło wyraz w łacińskiej terminologii w prawodawstwie i administracji, a także w dziedzinie bicia monet. I tak wzory pierwszych węgierskich monet i pracownicy mennicy zostali sprowadzeni z Ratyzbony.

Z pewnością nie było przypadkiem, że akurat w najważniejszym rozdziale Testamentu nieznany autor usprawiedliwiał zwiększający się wpływ obcego duchowieństwa i obcej szlachty. Cytowana już wcześniej, popularna maksyma głosi: "Kraj, który ma tylko jeden język i tylko jedne obyczaje, jest słaby i niedołężny". Stefan podkreślał, że "goście, jako że przybywają z rozmaitych okolic i krajów, przynoszą ze sobą rozmaite języki, rozmaite wiadomości i siłę zbrojną, a wszystko to wzbogaca kraj, podnosi autorytet dworu i podnosi zaporę przeciwko arogancji cudzoziemców". I dalej napomina: "Dlatego zwracam ci uwagę, mój synu, ażebyś otoczył ich życzliwą opieką i poszanowaniem, żeby chętniej u ciebie zostawali, niżby mieli mieszkać gdzie indziej. Jeśli bowiem dążyć będziesz do tego, by zburzyć, co zbudowałem, lub rozproszyć, co zebrałem w jedno, to bez wątpienia kraj twój poniesie ogromną szkodę"8.

Przy budowie całkowicie nowej organizacji kościelnej szczerze wierzącego króla wspierali nie tylko uczniowie świętego Wojciecha z Pragi, lecz także wielu wysokiej rangi duchownych i misjonarzy z Niemiec, Włoch, Francji i sąsiednich krajów słowiańskich. Zresztą kształcenie miejscowych kapłanów postępowało tak sprawnie, że już od 1040 roku do episkopatu zaczęli awansować Węgrzy z urodzenia. Żyjący na Węgrzech południowi Słowianie (Chorwaci i Słoweńcy) wywierali duży wpływ na język Kościoła -?za ich pośrednictwem zapożyczono wiele wyrazów pochodzenia słowiańskiego. W orszaku króla i w jego armii były zresztą reprezentowane także Anglia, Kijów i Bizancjum. Tytuł komendanta jego gwardii przybocznej brzmiał dux Ruizorum,a nazwa "Rus" (węg. orosz) pozwala domyślać się, że skład drużyny był różnorodny etnicznie.

Gdy Stefan zmarł 15 sierpnia 1038 roku, na Węgrzech istniały dwa arcybiskupstwa -?Jawaryn (węg. Györ) i Kalocsa -?oraz osiem biskupstw. Zgodnie z rozporządzeniem króla każde dziesięć wsi miało zbudować jeden kościół i zapewnić utrzymanie jednemu kapłanowi. Diecezja Veszprém mogła zostać założona jeszcze przed koronacją wielkiego księcia Gejzy. Wśród ufundowanych klasztorów zapewne najbardziej wyróżniającym się był klasztor benedyktynów Pannonhalma (niem. Martinsberg), któremu zostały przyznane znaczne przywileje, na przykład wolny wybór opata i bezpośrednie podporządkowanie arcybiskupowi z Ostrzyhomia (węg. Esztergom, niem. Gran). Stefan przekazał temu klasztorowi jedną dziesiątą ziem pokonanego i straconego kuzyna Koppánya. Diecezje i założone w czasie jego panowania klasztory należały do najbogatszych posiadaczy ziemskich Węgier. Król Stefan, który w 1083 roku został ogłoszony świętym -?wraz ze swoim przedwcześnie zmarłym synem Emerykiem i biskupem Gerardem z Csanád, męczennikiem powstania pogan z 1046 roku - zbudował "państwowo-kościelny" system na wzór karolińskiego, królestwo mocno scentralizowane i autokratyczne, które zarówno w sprawach wewnętrznych, jak i zagranicznych zdołało zachować swoją suwerenność nawet wobec cesarza.

Święty Stefan -?jako założyciel państwa, i wielki książę Arpad -?jako zdobywca, zawsze ucieleśniali pewną polaryzację, dualizm węgierskiej świadomości historycznej. Poćwiartowany książę Koppány na zawsze pozostał pierwowzorem buntowniczych Węgrów, ptak turul zaś stał się pogańskim przeciwieństwem Świętej Korony Stefana. Hasło "Stefan kontra Arpad" w różnych okresach węgierskiej historii wyrażało także konflikt między katolickim uniwersalizmem chrześcijańskiego królestwa, włączonego w krąg kultury zachodniej, a pogańskim księstwem opierającym się na własnych siłach, legitymizowanym przez zdobycie kraju i naznaczonym przez wschodni rodowód. Z jednej strony chrześcijański uniwersalizm, powiązany z testamentowym opowiedzeniem się króla Stefana za wielonarodowym i wielokulturowym charakterem wczesnego królestwa węgierskiego; z drugiej natomiast mit homogenicznego narodu, nieliczący się z mniejszościami narodowymi, z kultem Arpadów jako symbolem tego wszystkiego, co narodowe, i rzekomej ciągłości od króla Hunów Attyli9.

Jenő Szűcs, König Stephan in der Sicht der modernen ungarischen Geschichtsforschung, w: Südost-Forschungen' München 1972, t.XXXI, s. 17-35. [wróć]

Gyula jest węgierskim odpowiednikiem imienia Juliusz, a zarazem tytułem księcia-wodza w ramach węgierskiej hierarchii plemiennej (przyp. red.). [wróć]

C.A. Macartney, Geschichte Ungarns, Stuttgart 1971, s. 15. [wróć]

"Népszabadság", 19.08.1997. [wróć]

Kálmán Benda, Erik Fügedi, Tausend Jahre Stephanskrone, Budapest 1988. [wróć]

Thomas von Bogyay, Grundzüge der ungarischen Geschichte, Darmstadt 1990, s. 22. [wróć]

Testament świętego Stefana: przestrogi i statuty, tłum. Elżbieta Cygielska, Teresa Worowska, Warszawa 2004. [wróć]

Ibidem. [wróć]

Katalin Sinkó, Árpád versus Sain István. Competing Heroes and Competing Interests in the Fgurative Representation of Hungarian History, "Ethnologia Europaea" 1989, nr 29, s. 67-83. [wróć]

Zmagania o ciągłość i wolność

Zmagania o ciągłość i wolność

Ledwie król Stefan wydał ostatnie tchnienie, a już młode królestwo musiało zmierzyć się z ciężkim kryzysem, którego pierwsze objawy pojawiły się na horyzoncie jeszcze za życia władcy: nie została bowiem uregulowana kwestia sukcesji tronu. Jedyny syn Stefana zmarł w 1031 roku po nieszczęśliwym wypadku na polowaniu. W konsekwencji doszło do zawziętej walki z kuzynem Stefana Vazulem (Vászoly), który powołując się na legitymizację pogańską, zgłosił roszczenia do tronu. Stefan kazał go oślepić i wlać mu ołów do uszu, a jego trzech synów wygnać do Polski, ewentualnie do Kijowa1.

Na swojego następcę król wyznaczył wenecjanina Piotra Orseolo, syna swojej siostry i wygnanego doży. Jednak Piotr szybko został wypędzony w wyniku pałacowego przewrotu i zastąpiony przez ambitnego szwagra Stefana. Po interwencji cesarza Henryka III Piotr wrócił na tron, lecz już jako wasal niemieckiego władcy. Szeroko zakrojony ruch powstańczy ostatecznie przegnał obcego, który wobec węgierskich wielmożów nazbyt faworyzował swoją zagraniczną świtę -?"paplających Włochów i rozwrzeszczanych Niemców".

Już najstarsze kroniki, spisane na dworze potomków oślepionego Vazula, za okrutne rozprawienie się z nim odpowiedzialnością obarczały Gizelę, niemiecką żonę Stefana, Piotrowi zaś zarzucały, że pozwala na przejście całego kraju w ręce Niemców. Inne źródła utrzymywały, że król Piotr źle potraktował mieszkającą w Veszprém Gizelę.

W każdym razie wdowa po Stefanie opuściła Węgry w 1045 roku, kiedy przebywał tam cesarz Henryk III, i wraz z nim udała się do Pasawy. Została później ksienią w klasztorze żeńskim w Niederburgu. Długo wierzono, że pochowano ją w założonej przez nią katedrze w Veszprém. Dopiero w przededniu pierwszej wojny światowej monachijski archeolog odkrył grób w kościele żeńskiego klasztoru Niederburg w Pasawie. Od tej pory klasztor ten jest ulubionym miejscem pielgrzymek węgierskich wiernych2.

Przy okazji zawarcia małżeństwa Gizela otrzymała za przywianek okolice Preszburga, miasta Sopron (niem. Ödenburg) i Steinamanger (węg. Szombathely). Badacze niemiecko-węgierskich stosunków zakładają z dużym przekonaniem, że to tam osiedliło się wielu przybyłych z Niemiec rycerzy, duchownych i rzemieślników. Przodkowie wielu wytwornych rodów szlacheckich wprowadzili na węgierski dwór obyczaje niemieckiej arystokracji. Wtedy, jak i później, niemieccy rycerze dowodzili królewskim wojskiem przeciwko takim napastnikom ze wschodu jak Pieczyngowie i pod auspicjami niemieckich królów oraz austriackich margrabiów kilkakrotnie angażowali się w węgierskie zamieszki. Dla wzrostu niemieckich wpływów decydujące było jednak to, że aprobowali je władcy. Także i później węgierscy królowie popierali zasiedlanie przez Niemców niezamieszkanych regionów kraju, zyskując kolejną podporę dla ich władzy.

O reakcji na masową niemiecką imigrację od XI do XIII wieku pisze Béla Pukánszky w swoim dziele A magyarországi német irodalom története (Historia niemieckiego piśmiennictwa na Węgrzech), według niego naprzeciw przyjaznej Niemcom części narodu węgierskiego stała bez wątpienia ta druga część Węgrów, z pewnością większa, która wobec nowego ducha odczuwała jedynie niechętną podejrzliwość i początkowo zapewne podejmowała także próby sprzeciwu. W tym opublikowanym w 1926 roku fundamentalnym dziele autor zamieścił, jakże trafne akurat w odniesieniu do drugiej wojny światowej, spostrzeżenie: "To rozdwojenie cechuje stosunek narodu węgierskiego do wpływów niemieckich na całej przestrzeni dziejów". W czasie krwawych i często niejasnych walk między pretendentami do tronu, czy też w ramach waśni rodzinnych, zagrożeni, przepędzeni lub zwycięscy władcy niejednokrotnie szukali pomocy u potężnych niemieckich sąsiadów. Najstarszy syn oślepionego Vazula Andrzej po powrocie z Kijowa został ogłoszony królem. Tym samym gałąź wyjętego spod prawa księcia po raz pierwszy, ale w żadnym razie nie ostatni uratowała ciągłość dynastii Arpadów i zapewne także przyszłość Węgier. Zdetronizowany Piotr, również oślepiony, a do tego pozbawiony męskości, wkrótce zmarł.

Jednak rozpoczęty przez Andrzeja I proces konsolidacji był wciąż przerywany i zagrożony z powodu konfliktów o sukcesję tronu. Gyula Pauler, jeden z najlepszych znawców epoki Arpadów, w 1899 roku przedstawił następujący bilans tego okresu zamieszek: "W ciągu 39 lat kraj sześciokrotnie zmieniał swojego władcę. Trzej królowie -?jeśli doliczymy także Andrzeja I -?zmarli śmiercią gwałtowną. Tylko śmierć uchroniła Belę I przed tym, że nie został wypędzony niczym Salomon, który trzykrotnie musiał porzucać swój tron. Spory w rodzinie królewskiej doprowadziły do tego, że do kraju dziewięć razy wchodziły obce wojska -?Niemców, Czechów, Polaków -?Węgry na trzy lata stały się niemieckim lennem, a pięciu królów błagało i korzyło się przed tronem niemieckiego króla. A w samym kraju doszło do wyraźnego pogorszenia powszechnego bezpieczeństwa"3. Do tego doszły jeszcze dwa w ciągu trzydziestu lat powstania pogan, jak też podział królestwa.

Dopiero za Władysława (László) I, który rządził od 1077 do 1095 roku, na Węgrzech zaczął się kolejny okres rozkwitu. Król został bohaterem walk obronnych przeciwko Pieczyngom, Uzom (Oguzom) i Kumanom (Połowcom). Te nacierające przez przełęcze niemal niezamieszkanych Karpat ludy mogły zostać zatrzymane i odparte dopiero wewnątrz kraju. Władysław, jako obrońca swojego narodu i wiary, ojciec biednych i bezbronnych, po śmierci został uznany za świętego.

W XI i XII stuleciu sytuacja międzynarodowa układała się pomyślnie dla dalszego rozwoju Węgier. Poprzez małżeństwa dynastyczne królestwo nawiązało bliskie związki z mniejszymi krajami. Król Władysław I po śmierci chorwackiego króla Zwonimira, który poślubił jego siostrę Ilonę, zyskał szansę objęcia w posiadanie centralnej części Chorwacji, Slawonii, i przekształcenia jej w komitat na wzór węgierski. Założono diecezję Zagrzeb (Agram), planowano też dalsze parcie na południe. Jednak dopiero jego równie wybitnemu następcy Kolomanowi (Kálmán), który ze względu na swe wysokie wykształcenie zyskał przydomek "Könyves" (Uczony), udało się zdobyć także Dalmację. Koronacja Kolomana na króla Chorwacji rozpoczęła -?poprzetykaną przerwami i konfliktami -?trwającą 800 lat unię Węgier i Chorwacji. Jak to zazwyczaj bywa w środkowej Europie, historycy obu krajów do dzisiaj spierają się o rzeczywisty charakter i rozwój obustronnych stosunków, jak też o prawa i obowiązki stron.

Do działań zabezpieczających nowe nabytki należało także zręczne posunięcie dyplomatyczne Kolomana -?ślub córki króla Władysława Piroski z bizantyjskim następcą tronu Janem Komnenem. Przyjąwszy imię Ireny (Eiréne), została ona cesarzową Bizancjum, a po śmierci, ze względu na ofiarność i działalność dobroczynną, uznano ją za świętą Kościoła bizantyjskiego.

W wyniku ekspansji na tereny bezpośredniej strefy interesów Bizancjum i Wenecji Węgry stały się rywalem obu tych potęg. Cesarz Manuel Komnen, syn Piroski, próbował wykorzystać swoje w połowie węgierskie pochodzenie jako pretekst do zagarnięcia Węgier i w przeciągu dwudziestu dwóch lat najeżdżał ten kraj nie mniej niż dziesięć razy. Prowadzone ze zmiennym szczęściem walki nie mogły jednak poważnie zagrozić niezależności Węgier.

Stworzona jeszcze przez króla Stefana Rada Królewska, składająca się z palatyna (przedstawiciela króla), bana (namiestnika) Chorwacji, wojewody (księcia) Siedmiogrodu, biskupów i naczelników komitatów, jednym słowem -?dostojników, w czasach Władysława i Kolomana zaczęła w sytuacjach kryzysowych podejmować działania polityczne zapobiegające wojnom domowym. Niemniej w XII wieku absolutny autorytet króla pozostał jeszcze nienaruszony.

Biskup Fryzyngi Otto, szwagier Konrada III, podróżował w 1147 roku przez Węgry i nie bez zazdrości relacjonował, że każdy magnat, który dopuścił się wykroczenia przeciwko majestatowi królewskiemu, lub choćby tylko był o nie podejrzewany, na rozkaz króla mógł być przez najniższego służącego na dworze zakuty w łańcuchy w obecności własnych podwładnych i doprowadzony na tortury i przesłuchanie. Jednak biskup także wspominał, że Węgrzy w każdej sprawie mieli w zwyczaju długo się naradzać przed podjęciem decyzji. Możnowładcy królestwa, baronowie i wodzowie plemion, jak też potomkowie przybyłych rycerzy udawali się na dwór królewski, z własnymi fotelami, by obradować tam pod przewodnictwem króla. Ale akurat w związku z niemieckim wizerunkiem Węgrów żałośnie często cytowana jest jego drwiąca uwaga: że w zasadzie nie wie, czy powinien skarżyć się na los, czy raczej podziwiać dobroć Boga, że tak wspaniały kraj został oddany tak okropnemu i barbarzyńskiemu ludowi4.

Węgierscy historycy słusznie wskazują, że krwawe łupieżcze wyprawy i strach przed "azjatycką hordą" o wiele głębiej wbiły się w pamięć narodów Zachodu niż pozytywne osiągnięcia. Zapomina się choćby o tym, że dzięki pomocy niemieckich rycerzy i mnichów święty Stefan i jego niemiecka żona budowali chrześcijańskie królestwo, a także o tym, że już następcy Stefana zapraszali na Węgry niemieckich osadników jako kolonistów i że ten odległy, jedyny w swoim rodzaju kraj w coraz większym stopniu stawał się wałem obronnym chrześcijaństwa przed zalewem napierających Pieczyngów, Kumanów (Połowców), Mongołów i Turków.

Koloman jak na swoje czasy był mądrym i oświeconym władcą. To on wydał słynne prawo przeciwko procesom czarownic, ponieważ czarownice nie istnieją (quia non sunt). Zwalczał także -?wciąż jeszcze głęboko zakorzeniony wśród ludu wpływ pogańskich kapłanów ofiarnych lub szamanów (táltos). W ustnych przekazach i sagach określenie "táltos" stało się także imieniem cudotwórczego rumaka, chociaż nadal używano go jeszcze w odniesieniu do ludzi. Pomimo prawodawczych osiągnięć i złagodzenia wprowadzonych przez króla Władysława Świętego drakońskich kar za kradzież (kara śmierci za kradzież jednego kurczaka!), Koloman był też oczywiście człowiekiem swojej epoki. Jak inni z dynastii Arpadów był uwikłany w fatalny braterski zatarg i aby zapewnić następstwo tronu synowi, polecił okrutnie oślepić swojego brata oraz jego małego syna Belę. Jednak jego syn zmarł bezpotomnie i w ten sposób -?dokładnie tak jak sto lat wcześniej -?gwarantem ciągłości władztwa Arpadów znów stała się gałąź wyjętych spod prawa pretendentów do tronu.

Pomimo zamętu i będących już niemal regułą, często krwawych walk o następstwo tronu wewnątrz dynastii Arpadów najważniejsze dziedzictwo świętego Stefana: polityczno-terytorialna jedność kraju i chrześcijaństwo, przetrwało. Ocenia się, że od zajęcia ojczyzny obszar państwa węgierskiego (bez Chorwacji) niemal się podwoił, a całkowita liczba ludności około 1200 roku wzrosła do -?jak na owe czasy znaczącej ilości -?około dwóch milionów.

Na drodze do zajęcia pozycji liczącego się mocarstwa w południowej Europie trudną do przecenienia rolę odegrało świadome otwarcie kraju na Zachód. Jeśli chodzi o osiedlenia Niemców, to bynajmniej nie przybywali jedynie arystokraci, rycerze i mnisi. Już król Gejza II około 1150 roku polecił osiedlić w rejonie miasta Sybin (rum. Sibiu, węg. Nagyszeben, niem. Hermannstadt) chłopów z okolic Akwizgranu i znad Mozeli. Później na ogół nazywano ich Sasami. Królewski glejt z 1224 roku potwierdzał ich przywileje5.

Planowa kolonizacja niemiecka postępowała na Węgrzech w dwóch czasowo oddzielonych fazach: w toku polityki osiedleńczej Arpadów w północnych częściach kraju i w Siedmiogrodzie, a potem też z inicjatywy Habsburgów po zakończeniu wojen z Turkami, przede wszystkim na południu Węgier. Już na początku XIII stulecia Spisz (słow. Spiš, węg. Szepes, niem. Zips -?prawdopodobnie nazwa została przeniesiona do nowej ojczyzny z Niemiec) na Górnych Węgrzech uważano za zwartą jednostkę polityczną. Około połowy XIII wieku w górach na Górnych Węgrzech zostały założone liczne miasta, których mieszkańcy byli niemal wyłącznie Niemcami. W zapisach kronikarzy z 1217 roku można znaleźć doniesienia o szwabskich mieszkańcach w okolicach Budy (niem. Ofen) i Pesztu.

Królewskie wolne miasta były jednymi z bardziej znaczących skutków polityki osadniczej władców z dynastii Arpadów. "Węgrzy stworzyli państwo, a Niemcy -?miasta na Węgrzech. O ile ci pierwsi byli głównym czynnikiem przy zdobywaniu kraju, o tyle ci drudzy -?w rozwoju społeczeństwa i rzemiosła"6. Autorem tego twierdzenia jest historyk języka Pál Hunfalvy (z XIX wieku). Jego pogląd nie jest powszechnie akceptowany, zwłaszcza że na rozwój miast istotny wpływ miały także inne czynniki gospodarcze oraz społeczne, a w rozbudowie i kulturowym rozkwicie pierwszych ośrodków miejskich mieli swój udział także liczni Włosi, jednak w "stuleciu miast" rola Niemców była bez wątpienia decydująca.

Także w Siedmiogrodzie, gdzie "Sasi" aż do naszych czasów korzystali ze szczególnych praw politycznych, Niemcy mogli utrzymać swoją szczególną pozycję narodową i kościelną. Na Górnych Węgrzech i w Siedmiogrodzie zostali osiedleni -?podobnie jak inne grupy etniczne obcego pochodzenia -?przede wszystkim w celu zabezpieczenia granicy karpackiej. W wypadku konfliktów z węgierską arystokracją niemieccy rycerze i osadnicy niemal zawsze jednomyślnie stawali po stronie aktualnie panującego władcy. Wynikające z tego ewidentne faworyzowanie Niemców doprowadziło zresztą już w 1439 roku do krwawych starć w Budzie. Zatem przez całą historię węgierskiego państwa wielonarodowego niczym czerwona nić ciągną się wzajemne resentymenty między niemieckimi i węgierskimi mieszczanami; w czasach reform i rewolucji w pierwszej połowie XIX wieku znajdowały one ujście także w miejskich pogromach Żydów.

Tolerancyjny -?można by wręcz rzec "liberalny" -?stosunek wczesnego państwa węgierskiego do niewęgierskich grup narodowościowych nie tylko przyspieszył wtapianie się Słowian w lud węgierski, lecz także otworzył kraj dla uciekinierów z południowo-rosyjskich stepów, którzy następnie pełnili służbę wojskową lub byli osiedlani jako strażnicy granic. Już w XI i XII stuleciu dynastia Arpadów zaoferowała schronienie nawet swoim wcześniejszym wrogom, osławionym Pieczyngom, na których napierali Jazygowie, również tureckiego pochodzenia. Konni łucznicy zawsze byli serdecznie witani jako oddziały posiłkowe dla królewskich sił zbrojnych. Imigracja Kumanów (Połowców), której sprzeczne następstwa jeszcze będziemy analizować, stanowiła zakończenie masowego napływu ludów wojowniczych ze wschodu. W ciągu stuleci ich związki rozpadły się, wojownicy zostali wchłonięci przez niezwykłą siłę asymilacyjną Węgrów. Od tamtej pory ludy tureckie osiedlały się przede wszystkim między Dunajem a Cisą, na wielkiej węgierskiej nizinie.

W związku z teoriami rasistowskimi okresu narodowego socjalizmu i pojawiającymi się co jakiś czas kontrowersjami na temat "czystości" żywiołu węgierskiego, a także przepaści między tak zwanymi "głębokimi" i "płytkimi" Węgrami7, ważne jest zacytowanie niemiecko-węgierskiego historyka Denisa Silagiego, który zdecydowanie podkreślał, że "z punktu widzenia genetyki rasowej nie da się narodowego charakteru Madziarów wyprowadzić z masy dziedzicznej ich eurazjatyckich przodków. Dziedzictwo genetyczne może odgrywać znaczącą rolę; nie mniej doniosły jest jednak fakt, że zawsze było mnóstwo typowych Madziarów, których przodkowie mieli pochodzenie słowiańskie, germańskie, romańskie lub żydowskie i w żadnym razie nie byli jeźdźcami ze świata wschodnich stepów"8. Procesy rozwojowe przed zajęciem ojczyzny i po nim, fale potężnych imigracji i osadnictwa, zwłaszcza po wielkich narodowych katastrofach w XIII wieku, a następnie w XVII i XVIII stuleciu -?wszystko to rozgrywało się na otwartych równinach wewnątrz Kotliny Panońskiej, która stała się "tyglem" ludów.

Z upływem czasu nieustannie spotykamy się z przejawami tego, że Węgrów jednoczyły nie więzy krwi, lecz przede wszystkim język, wiara w kulturowe utożsamienie narodu z językiem. W przededniu drugiej wojny światowej wielki poeta Mihály Babits twierdził: "Węgierskość jest fenomenem historycznym, a to jak się rozwijała, nie jest zjawiskiem fizycznym, lecz duchowym... Węgrzy są bowiem narodem wymieszanym i nadal się mieszającym"9.

Jednym z najwybitniejszych i jednocześnie do głębi kosmopolitycznych królów dynastii Arpadów był Bela III (1172-1196)10, który został wychowany na dworze w Bizancjum. Za jego panowania Węgry przeżyły, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej, a także w życiu religijnym i kulturalnym, okres niebywałego rozkwitu. Najpierw ożenił się z Anną z Châtillon, przyrodnią siostrą bizantyjskiej cesarzowej. Za drugim razem poślubił Małgorzatę, córkę francuskiego króla Ludwika VII, co przyczyniło się do wzmocnienia związku Węgier z Zachodem. Z tym wydarzeniem związany jest interesujący dokument. W jednym z paryskich archiwów znaleziono zestawienie rocznych wpływów podatkowych, które Bela III wysłał swojemu przyszłemu teściowi w celu sporządzenia umowy małżeńskiej. Okazało się, że jego przychody były równie wysokie jak ówczesnych królów angielskiego i francuskiego, a większymi dysponowali wtedy tylko obaj cesarze.

Znamienne dla blasku panowania Beli było to, że mógł -?w przeciwieństwie do swoich poprzedników, którzy najczęściej poślubiali córki polskich lub ruskich książąt -?wejść w związek dynastyczny z francuskim rodem panującym. Dojrzałej samoświadomości absolutnego władcy dowodzi także wzniesiony przez francuskich mistrzów pełen przepychu pałac w Ostrzyhomiu, dokąd Bela z powrotem przeniósł swoją główną rezydencję, pod znakiem ścisłego związku między królestwem a Kościołem. Jednocześnie król wciąż utrzymywał bliskie kontakty z Bizancjum. Na monetach bitych za jego panowania po raz pierwszy przedstawiono podwójny krzyż bizantyński, który później miał się stać częścią składową węgierskiego godła państwowego.

Pomimo ortodoksyjnych wpływów ze Wschodu, Węgry były coraz bardziej zakotwiczane w kręgu kulturowym łacińskiego Zachodu. Król polecił zakładać klasztory cysterskie i zasiedlać je francuskimi mnichami. Znaczna część elity intelektualnej została wykształcona w Paryżu. I tak na przykład w 1192 roku Bela III wysłał do Paryża na studia muzyczne węgierskiego studenta Elvina, a dwa lata później do Oksfordu Nicolausa Hungarusa (Miklósa Magyara).

W polityce zagranicznej królowi udało się ponownie podporządkować węgierskiemu zwierzchnictwu Dalmację i Chorwację, czego konsekwencją była jednak ostra dwustuletnia rywalizacja z Wenecją. Bela, podobnie jak jego następca Andrzej (András) II, wdał się ponadto w spory z książętami ruskimi. Interwencja doprowadziła do uzyskania przez Węgry czasowej kontroli nad księstwem halickim, późniejszą Galicją. Ważniejsze niż te konflikty były jednak kroki, jakie król przedsięwziął dla wprowadzenia urzędowej kancelarii, pisemnych dokumentów i reformy systemu finansowego.

Upadek Węgier zaczął się za panowania młodszego syna Beli, króla Andrzeja II. Był on rozkochanym w przepychu królem-rycerzem zachodniego pokroju, zainteresowanym tylko głupstwami, ekstrawagancjami i sławą. Niemal coroczne wojny, między innymi o kontrolę nad Rusią Halicką, były równie kosztowne jak jego dwór, na którym decydujący głos miały kolejno królowe niemiecka, francuska oraz włoska i gdzie dochodziło nawet do zabójstw.

Jego pierwsza żona, królowa Gertruda z bawarskiego rodu Andechs-Meranien, ze względu na bezgraniczne faworyzowanie swoich braci i ludzi z ich licznych świt obudziła u węgierskiej arystokracji wrogość wobec cudzoziemców. 28 września 1213 roku, gdy król uczestniczył w kolejnej wyprawie na wschód, królowa padła ofiarą krwawego spisku. W centrum wydarzeń znajdował się Bánk, palatyn króla.

Sześćset lat później József Katona napisał dramat narodowy Bánk bán, w którym spiskowiec występuje jako obrońca swojego narodu, oskarżający "obcą" królową i jej ród o uciskanie biednego ludu, i w trakcie dramatycznej konfrontacji przebija ją sztyletem.

Dziesięć lat po Katonie ten sam temat ponownie poruszył Franz Grillparzer, nadając mu jednak zupełnie inną wymowę. W jego dziele Ein Treuer Diener seines Herrn (Wierny sługa swojego pana) królowa także zostaje zamordowana przez powstańców, jednak "Bancbanus", jako wierny, stary człowiek, pozostaje bezapelacyjnym sługą władcy. "Bánk bán jest pewnym siebie, dumnym oligarchą, zaś Bancbanus -?niezawodnym, dostojnym urzędnikiem dworskim", tak węgierski krytyk literacki charakteryzuje odmienne prezentacje tragicznej postaci Bánka z węgierskiego i z austriackiego punktu widzenia11.

Wielką sławę natomiast przyniosła Węgrom córka króla Andrzeja i królowej Gertrudy margrabina Elżbieta z Turyngii, która jeszcze dziś jest czczona jako niemiecka święta. Świat węgierskiego rycerstwa i nad wyraz pobożnego króla został opisany także przez średniowiecznego niemieckiego poetę, który donosił, jak to Klingsor, czarodziej z Węgier, przepowiedział na dworze w Eisenach małżeństwo i życie Elżbiety. To obiecujący temat dla sag i legend. Wspomina o tym Sándor Eckhardt w swoim szeroko zakrojonym eseju o wizerunku Węgier w Europie: "Być może niezwykle sympatyczne przedstawienie Attyli/Etzela i jego Hunów w Pieśni o Nibelungach odzwierciedla fakt, że niemieccy minnesingerzy byli powiązani z węgierskim dworem. Wprawdzie Hunowie Krymhildy są odważni, jednak Germanów zwyciężają tylko dzięki liczebnej przewadze"12. Pewien austriacki badacz spekuluje natomiast, że królowa Gizela, żona świętego Stefana, w późniejszych przekazach opisywana jako zła i okrutna, mogła być pierwowzorem negatywnych cech charakteru Krymhildy z Pieśni o Nibelungach. W każdym razie nawet dziś wciąż jeszcze można się zgodzić ze stwierdzeniem Pukánszkyego, że niepodobna kwestię, na ile stosunki niemiecko-węgierskie wywarły wpływ na dalszy rozwój sagi o Nibelungach, uważać za zamkniętą.

Pochwalne słowa bizantyjskiego kronikarza dowodzą z kolei, że już w czasach Beli III, zapewne także z powodu okresowych sojuszy i związków dynastycznych, Węgrzy przestali być dla Bizancjum "barbarzyńscy i podstępni". Kronikarz ten pisze o narodzie węgierskim, że "ma dobre konie i dobrą broń, nosi żelazo i pancerze... jest niezliczony niczym piasek na brzegu morza i niedościgniony pod względem odwagi, niezwyciężony w swym męstwie, nieustępliwy w walce, niezależny, wolny, kochający wolność i z uniesioną głową sam jest sobie panem"13.

Wprawdzie w węgierskiej historiografii chętnie uwypukla się tego rodzaju pochwalne adnotacje, jako "cenne przyczynki", niemniej jednak na Zachodzie, zarówno w kręgach uczonych, jak i w opinii publicznej, nadal dominowała podszyta strachem antypatia. Nikomu nie przeszkadzało, że była to kalka antycznego wizerunku barbarzyńców. W każdym razie książę Albrecht I Habsburg, późniejszy król niemiecki, po nieudanym wypadzie do sąsiedniego kraju pisał w 1291 roku, że Węgrów można porównać do Hydry -?kiedy odrąbie się im jedną głowę, to odrośnie trzydzieści. Byli jakoby źli, przebiegli i prześlizgiwali się między palcami niczym gładkie węże; po przegranej bitwie uderzali ponownie z podwójną mocą, wynurzali się z bagien niczym żaby... i tak dalej14.

W epoce Arpadów nie tylko Babenbergowie i Habsburgowie mieli okazję skrzyżować broń z Węgrami. Jednym z niewielu sukcesów Andrzeja II było skuteczne przeciwstawienie się niemieckiemu zakonowi krzyżackiemu, który przy wsparciu papieża chciał oderwać od Węgier, jako niezależne państwo zakonne, udostępnioną mu w 1211 roku w celach kolonizacyjnych ziemię Borsa w Siedmiogrodzie i graniczący z nią region kumański (w dzisiejszej Rumunii). W 1225 roku królowi udało się siłą zbrojną wypędzić zakon15.

Zdecydowanie najważniejsze przestawienie historycznej zwrotnicy, decydujące o przyszłości kraju, wymusiła w 1222 roku część arystokracji, a zwłaszcza zamożni wolni, słudzy królewscy, tak zwani serwienci (servientes regis), oraz inni pełniący służbę zbrojną w królewskich zamkach. Rebelia była wymierzona w nieumiarkowane rozdawanie dóbr i źródeł przychodu małemu kręgowi -?po części zagranicznych -?faworytów, była także ruchem protestu przeciwko niegospodarności i nadużyciom magnatów. Andrzeja II zmuszono do wydania tak zwanej Złotej Bulli. W dokumencie, którego nazwa odnosi się do zwisającej zeń złotej pieczęci, król gwarantował królewskim zbrojnym swobody wobec magnatów, między innymi zwolnienie od uczestnictwa w działaniach wojennych poza granicami kraju, i po raz pierwszy przyznawał magnatom i szlachcie prawo do zbrojnego rokoszu (ius resistendi), jeśli władca rządziłby wbrew wcześniejszym ustaleniom. Ten szczególny przywilej narodu węgierskiego funkcjonował do 1687 roku. Król obiecał także, że zrezygnuje z uciekania się do psucia monety, anuluje swoje reformy finansowe, na przykład oddanie w dzierżawę żydowskim i muzułmańskim zarządcom praw do poboru opłat celnych, bicia monety i wydobycia soli, i że bez zgody rady nie będzie przyznawał urzędów i dóbr obcokrajowcom. Do historii przeszło motto niefrasobliwego i nierozważnego Andrzeja II: "Miarą królewskiej darowizny jest nieumiarkowanie".

Ponieważ Złota Bulla została wydana zaledwie siedem lat po angielskiej Magna Charta, to z upływem stuleci stała się jednym z filarów dumy narodowej -?także obiegowym frazesem w porzekadle "my i Anglicy" -?jako zwiastun wolności i praw obywatelskich.

Główna różnica między tymi dwoma dokumentami polegała wszakże na tym, że w Anglii baronowie jako pierwsi nieodwracalnie położyli kres królewskiemu absolutyzmowi, podczas gdy na Węgrzech ludzie wolni przeciwstawili się magnatom. W Anglii chodziło o zagwarantowane na piśmie ustępstwa kosztem korony na rzecz możnowładców, natomiast na Węgrzech o ustępstwa kosztem magnatów na rzecz ludzi wolnych. Złota Bulla przyznawała takie same prawa polityczne wszystkim wolnym mieszkańcom kraju, wszystkim wolnym należącym do "narodu", co należy rozumieć jako ogół wolnej szlachty. Wprawdzie przewaga możnowładztwa nie została złamana, jednak w 1222 roku po raz pierwszy pojawił się zalążek owej szerokiej, jednorodnej pod względem prawnym szlacheckiej warstwy średniej, która aż do XIX wieku miała pozostać zasadniczym elementem tak zwanego narodu politycznego.

Osłabienie silnej pozycji króla było konsekwencją wykształcenia się niezależnej od władzy królewskiej warstwy wielkich właścicieli ziemskich. W tym kontekście trzeba też postrzegać polityczne znaczenie Gesta Hungarorum, dokumentu sporządzonego przez ówczesnego, znanego wyłącznie jako Anonim, notariusza króla Beli III. Zamieszczone w tym dziele wymyślne mityczne przekazy o odzyskaniu dziedzictwa króla Hunów Attyli służyły późniejszym pokoleniom za alibi. Kronika ta, poprzez odwołanie do czasów zajęcia ojczyzny, miała uzasadniać przywileje wielkich właścicieli ziemskich i arystokracji jako potomków wodzów klanów oraz po wieczne czasy zabezpieczyć ich prawa do urzędów i miejsc w radzie królewskiej. Projektowanie wzajemnych, wynikających z umowy, przysiąg na wcześniejsze wydarzenia -?wtedy już niemożliwe do dokładnego odtworzenia -?było zatem tylko wypróbowanym środkiem prowadzącym do celu.

W przeciwieństwie do Andrzeja II, który w swoim nieumiarkowaniu i zamiłowaniu do przepychu rozdawał pazernym arystokratom całe komitaty i dobra zamkowe, jego syn i następca Bela IV (panował w latach 1235-1270) próbował odbudować potęgę królestwa. Ten poważny i pobożny człowiek natychmiast po objęciu tronu zaczął odbierać liczne podarowane majątki, nawet Kościołowi. Jednak przedsięwzięte przez niego środki, a zapewne także surowy, niemal ponury sposób bycia spowodowały jego wyobcowanie oraz niechęć, a nawet rozdrażnienie górnych i średnich warstw posiadaczy ziemskich, tak ważnych dla obronności kraju. Niedostępność króla doprowadziła na przykład do tego, że przyjmowano już tylko podania składane w formie pisemnej. Nieszczęście polegało na tym, że wewnątrzpolityczne napięcia narosły akurat wtedy, gdy chrześcijańskiemu królestwu w Kotlinie Panońskiej zagroziło najstraszliwsze niebezpieczeństwo w jego krótkich, ale chlubnych dziejach -?nadciągająca inwazja mongolskich jeźdźców, sięgających po władzę nad światem.

Książęta Andrzej (András, późniejszy król Węgier w latach 1046-1060), Bela (Béla, na tronie węgierskim w latach 1060-1063) i Lewenta (Levente) przebywali najpierw w Czechach. Okoliczności ich pobytu w Polsce pozostają przedmiotem sporu historyków. Przybyli tu prawdopodobnie za panowania Kazimierza Odnowiciela, na przełomie lat 30. i 40. XI wieku. Według ówczesnych kronik węgierskich i polskich Bela, odznaczywszy się w wojnie z Pomorzanami, pojął za żonę nieznaną z imienia córkę Mieszka II (mogła to być Adelajda lub Rycheza). Mieli siedmioro dzieci, w tym dwóch późniejszych władców Węgier, Gejzę I i Władysława I Świętego. Bela w roku 1048 powrócił na Węgry, gdzie przy wsparciu Bolesława Śmiałego objął w 1060 roku tron (przyp. red.). [wróć]

Zob. Bayern und Ungarn. Tausend Jahre enge Beziehungen, red. Ekkehard Völkl, Regensburg 1988, s. 9-21. [wróć]

Gyula Pauler, A magyar nemzet története az Árpád-házi királyok alatt, Budapest 1899, t. 1, s. 137 i n. [wróć]

Julius von Farkas, Das Ungarbild in Deutschland, "Ungarn-Jahrbuch", Berlin 1942, s. 402-404. [wróć]

Ungarns Geschichte und Kultur in Dokumenten, red. Julius von Farkas, Wiesbaden 1955, s. 15-17. [wróć]

Paul Hunfalvy, lingwista, jego myśli cytuje i poszerza: Béla Pukánszky, Geschichte des deutschen Schrifttums in Ungarn, Münster 1933, t. 1, s. 27. [wróć]

Określenia te pochodzą z antysemickiego, a po części antyniemieckiego i "antyasymilacyjnego" dzieła pisarza i eseisty László Németha pod tytułem A minőség forradalma (Rewolucja jakości); jeśli chodzi o "płytkich" Madziarów, zob. w szczególności t. 2, reprint Budapest 1992, s. 849-852' 934-935. [wróć]

Denis Silagi, Ungarn, Hannover 1972' s. 12. [wróć]

Mihály Babits, A magyar jellemről, w: Mi a magyar?, Budapest 1938, s. 37. [wróć]

W nawiasach podawane są lata panowania poszczególnych władców (przyp. red.). [wróć]

Zob. György M. Vajda, Wien und die Literaturen in der Donaumonarchie, Wien -?Köln -?Weimar 1994, s. 15-17; Ernst Joseph Görlich' Grillparzer und Katona, "Ungarn-Jahrbuch", t. 3: 1973, s. 123-134. [wróć]

Sándor Eckhardt, Das Ungarnbild in Europa, w: Ungarische Jahrbücher, Berlin 1942. [wróć]

Cyt. za: Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen 1988' s. 29. [wróć]

S. Eckhardt, op. cit. [wróć]

Krótki pobyt Krzyżaków na ziemi Borsa (węg. Barcaság, niem. Burzenland, rum. Ţara Bârsei) poprzedzał bezpośrednio ich sprowadzenie przez Konrada Mazowieckiego do Polski. To właśnie tu członkom zakonu rycerskiego, nauczonym niepowodzeniami w Siedmiogrodzie, udało się zrealizować swoją misję, którą Henryk Samsonowicz określił jako "stworzenie władztwa terytorialnego, zależnego tylko od władz kościelnych" (przyp. red.). [wróć]