Najazd Mongołów w 1241 roku i jego konsekwencje
Najazd Mongołów w 1241 roku
i jego konsekwencje
W rocznikach swojego klasztoru Hermann von Niederaltaich rok 1241
określił lapidarnie: "W tym roku Tatarzy zniszczyli istniejące od 350
lat królestwo Węgier". Bawarski mnich był tym równie wstrząśnięty jak
cesarz Fryderyk II, który niemal w tym
samym czasie pisał w liście do króla angielskiego: "Całe to szlachetne
królestwo zostało wyludnione, spustoszone i obrócone w pustkowie".
Ówcześni świadkowie i kronikarze określali jeszcze azjatyckich
napastników mianem "Tatarów", jakkolwiek oni sami nazywali już siebie
Mongołami1.
Wprawdzie w Azji i w Europie Wschodniej "najazd Mongołów" trwał już od
niemal dziesięciolecia i ciężko dotknął Rusinów, Kumanów oraz Polaków,
jednak główne uderzenie następców Czyngis-chana z całym impetem spadło
dopiero na Węgrów. 11 kwietnia 1241 roku u zbiegu rzek Sajó i Hernád na
równinie Mohi prowadzeni przez Batu-chana mongolscy jeźdźcy zniszczyli
wojska węgierskie -?wprawdzie przeważające liczebnie, ale źle dowodzone,
chroniące się w swym otoczonym wozami obozie warownym -?i w nieopisanym
chaosie wręcz zmasakrowali kościelnych i świeckich dostojników kraju.
Król i niektórzy młodzi rycerze jakimś cudem zdołali się uratować.
Mongołowie poszli jednak tropem Beli aż do Klosterneuburga i w końcu
zaczęli oblegać dalmatyńskie miasto portowe Trogir (węg. i niem. Trau),
gdzie schronił się król. Mongołowie bowiem dopóty nie uważali kraju za
ostatecznie zdobyty, dopóki żył jego prawowity władca.
Atakowanego w Trogirze przez długie miesiące króla -?a wraz z nim Węgry
i być może wręcz cały Zachód -?uratowała nagła śmierć wielkiego chana
Ugedeja w odległym Karakorum. Gdy wiosną 1242 roku Batu dowiedział się o jego śmierci, niezwłocznie zarządził odwrót, by wziąć udział w wyborze
nowego wielkiego chana. Mongołowie wycofali się z Węgier, zgarniając
bogate łupy i uprowadzając licznych jeńców. Jeszcze trzynaście lat
później misjonarze Jan di Piano Carpini i Wilhelm z Rubruk podczas
swojej podróży przez Karakorum natykali się tam na węgierskich
niewolników.
Dla ludności madziarskiej rok najazdu Mongołów oznaczał głęboką cezurę.
Znawcy średniowiecznego świata, jak na przykład historyk György Györffy,
uważają nawet, że po tym straszliwym upuście krwi Węgrzy nigdy już nie
powrócili do pełni sił.
Według wyliczeń Györffyego na Wielkiej Nizinie Węgierskiej zniszczonych
zostało około sześćdziesięciu procent osiedli. Kto z mieszkańców zdołał
ujść rzezi lub uprowadzeniu przez Mongołów, temu groziła śmierć z powodu
głodu lub zarazy. Do tego doszły katastrofalnie niskie plony, niekiedy
nawet przez dwa lata z rzędu, ponieważ wszystko było zniszczone i nie
było jak i komu uprawiać pól.
Nieco lepiej sytuacja wyglądała w rejonach na zachód od Dunaju.
Mongołowie w czasie swego przemarszu wprawdzie plądrowali i podpalali te
ziemie, ale w całości ich nie okupowali. Na tych terenach straty
ludności wyniosły około dwudziestu procent. W dużej mierze oszczędzona
została także słowiańska ludność Górnych Węgier, jak też Seklerzy i Rumuni z górzystych okolic Siedmiogrodu. Według starszych szacunków
ofiarą bezpośrednich lub pośrednich konsekwencji mongolskiego najazdu
mogła w sumie paść niemal połowa z dwóch milionów ludzi, którzy żyli na
Węgrzech około 1240 roku2.
Dla Beli IV atak nie był zaskoczeniem.
Król przypuszczalnie jako jedyny na Węgrzech, a być może na całym
Zachodzie, dostrzegł śmiertelne zagrożenie, jakim dla chrześcijańskiej
Europy była ekspansja Mongołów porwanych ideą zawładnięcia całym
światem. Dzięki nigdy do końca nie zerwanym stosunkom z księstwami
ruskimi na Węgry szybko dotarły wiarygodne informacje o wydarzeniach na
Wschodzie, a także o druzgocącej klęsce Rusinów i Kumanów (Połowców) w starciu z mongolskimi jeźdźcami w 1223 roku.
Ponadto Bela, jeszcze jako następca tronu, wysłał na Wschód grupę
dominikanów, aby nawrócić na chrześcijaństwo współplemieńców, którzy
według przekazów wciąż jeszcze przebywali w pradawnej ojczyźnie. W poszukiwaniach kraju wczesnych Madziarów, nazywanego Magna Hungaria,
czyli Wielkie Węgry, brat Julian rzeczywiście natrafił nad Wołgą na
ludzi, z którymi mógł się porozumieć w języku węgierskim. Od tych
"krewniaków" usłyszał o niepowstrzymanym naporze straszliwych Mongołów w kierunku zachodnim. Jeden z braci zakonnych po powrocie w 1237 roku
spisał relację z podróży i przesłał ją do Kurii Rzymskiej. Gdy Julian po
raz drugi udał się w karkołomną podróż na Wschód, by zdobyć informacje o zamiarach Mongołów, nie zdołał już dotrzeć do spustoszonego w międzyczasie matecznika dalekich współplemieńców, ponieważ ci zostali
podbici. Julian pospiesznie wrócił na Węgry z przerażającą wiadomością i dokładnymi informacjami o przygotowaniach wojennych. Przywiózł także
list od Batu-chana do króla Beli z żądaniami poddania się i wydania
"kumańskich pachołków", którzy schronili się na Węgrzech. Bela nie
odpowiedział na to wezwanie, ale poważnie potraktował groźby Mongołów. W odróżnieniu od papieża i cesarza, od lat uwikłanych w zaciekły spór o prymat Rzymu, wiedział, że w tej sytuacji, po oskarżeniach i żądaniach,
które zostały zignorowane lub odrzucone, zawsze następowała
wyniszczająca wyprawa wojenna.
Bela IV przeczuwał, co nadciągało nad
jego kraj, i przygotowywał się do wojny. Osobiście wizytował obszary
przygraniczne; na przełęczach polecił zbudować umocnienia obronne i próbował zgromadzić silną armię. Nie było zatem przede wszystkim winą
króla, że mimo przedsięwziętych przez niego przygotowań i ostrzeżeń
skierowanych do węgierskiej szlachty, jak też jego apeli do papieża,
cesarza Fryderyka II i władców
zachodniej Europy, najazd Mongołów runął na Węgry niczym klęska
żywiołowa i że Mongołowie, po zwycięstwie pod Mohi, wedle własnego
uznania mogli pustoszyć kraj wzdłuż i wszerz. Pomimo inteligencji i odwagi Bela nie był wodzem. Nie miał także bitnej, zawodowej armii.
Jeszcze przed ogłoszeniem przez jego ojca Złotej Bulli gotowi niegdyś w każdej chwili do walki zawodowi wojownicy stali się "wygodnickimi
właścicielami ziemskimi"3. Nie byli już
równorzędnym przeciwnikiem dla mongolskich oddziałów jeźdźców,
działających ze zdumiewającą precyzją i posługujących się wręcz planowym
terrorem.
Decydującą rolę odegrały tu jednak inne czynniki, na których znaczenie
niemal nie zwrócili uwagi zachodni historycy, niewładający swobodnie
językiem węgierskim. A to one również później były przyczyną wielkich
załamań w węgierskiej historii -?klęsk w walkach przeciwko Turkom i Habsburgom. Mowa o dwojakim stosunku do wszystkiego, co obce, co
dobitnie się objawiło już we wczesnym okresie istnienia państwa
węgierskiego. Wahanie między otwieraniem się a zamykaniem, między
wspaniałomyślną tolerancją a strachliwą nieufnością, było główną
przyczyną wręcz tragicznego konfliktu z tą grupą narodową, która kiedyś
miała tworzyć kręgosłup węgierskiego wojska. Co prawda w przeszłości
turecki lud Kumanów (Połowców) kilkakrotnie atakował Węgry, jednak
później, w obliczu niepowstrzymanej inwazji Mongołów, szukał u Madziarów
schronienia i oparcia. Bela, jeszcze jako następca tronu, dążył do
nawrócenia Kumanów przez dominikanów i przyjął hołd lenny jednego z chanów, ochrzczonego wraz z piętnastoma tysiącami współplemieńców. Dla
tych tak zwanych zachodnich Kumanów założono nawet biskupstwo. Dziesięć
lat później przed Mongołami uciekli przez Karpaty także "wschodni"
Kumanowie. Przed ich przyjęciem król Bela polecił ich ochrzcić, a w obliczu grożącej inwazji z Azji liczył na wsparcie czterdziestu tysięcy
połowieckich jeźdźców. Jednak integracja koczowniczego ludu z węgierską
społecznością, przekształconą już na modłę chrześcijańsko-zachodnią,
prowadziła do napięć i krwawych ekscesów. Akurat w momencie, gdy
mongolska ofensywa była już w pełnym toku, grupa nieufnej węgierskiej
szlachty napadła na kumańskiego chana Kutena (Kocjana) i zamordowała go.
W konsekwencji jego wojownicy, przysięgając zemstę, mordując i zostawiając za sobą pas zniszczeń, udali się do Bułgarii. W ten sposób
na cztery tygodnie przed decydującą bitwą na równinie Mohi król stracił
swojego najsilniejszego sojusznika.
Te grupy szlachty, które we wczesnej fazie asymilacji Kumanów czyniły
wszystko, by doprowadzić do eskalacji realnie istniejącego napięcia,
były tymi samymi, które potem bardzo niezdecydowanie i niechętnie
zastosowały się do wezwań króla, by były gotowe wraz ze swoimi
drużynami. Dwaj najważniejsi świadkowie najazdu Mongołów, mistrz Roger i Tomasz ze Splitu, w swoich relacjach wyraźnie dali do zrozumienia, że
między królem a częścią możnowładców panowała głęboko zakorzeniona
niezgoda. Według przekazu francuskiego kronikarza Batu-chan miał przed
bitwą pod Mohi zagrzewać swych wojowników pogardliwym zapewnieniem:
"Węgrzy pogubieni przez ducha niezgody i zuchwalstwa nie będą w stanie
was pokonać".
Magnaci, jak już wspomniano, byli przede wszystkim oburzeni, że Bela
chciał cofnąć rozrzutne darowizny swojego ojca i że, nie zważając na
opór szlachty, wpuścił do kraju Kumanów. Zazdrośnie wyrzucali mu, że
obcych woli od Węgrów. Rozpowszechniali nawet pogłoski, jakoby Kumanowie
przybyli na Węgry jako sojusznicy Mongołów, by następnie przy pierwszej
nadarzającej się okazji zaatakować Węgrów.
Włoski duchowny, mistrz Roger, który przeżył najazd Mongołów i spędził
rok w niewoli, przedstawił to jednak nieco inaczej. Wychwalał Belę IV jako jednego z najznamienitszych władców
Węgier -?według niego król, nawracając pogańskie ludy, poczynił wielkie
zasługi dla Kościoła; słusznie starał się poskromić "bezczelną
zuchwałość" podległych mu magnatów, którzy w swojej niesubordynacji nie
cofali się nawet przed zdradą. Roger bronił Belę także przed zarzutem,
jakoby we właściwym czasie nie podjął odpowiednich kroków, by uniknąć
zagrożenia, jakim byli dla kraju Mongołowie. Podkreślał, że wielkim
panom bardzo wcześnie i wielokrotnie przypominano, że mają zebrać swoje
oddziały i wraz z nimi pospieszyć pod królewskie sztandary. Pomimo
oczywistej nieudolności króla w zaprowadzeniu porządku w wojsku, główną
winę za klęskę ponosiła zdaniem Rogera ta część węgierskiej szlachty,
która z wrogości wobec króla nie tylko odmówiła mu wsparcia w walce,
lecz wręcz życzyła sobie porażki Beli: "ponieważ wierzyli, że klęska
dotknie jedynie niektórych z nich, a nie wszystkich".
Do nieufności wobec obcych oraz niezgody i waśni we własnych szeregach
doszły jeszcze obojętność i milczenie zachodniego świata. Duchowny
kronikarz zarzuca europejskim książętom chrześcijańskiego świata, że
zawiedli, ponieważ nie odpowiedzieli na wołanie węgierskiego króla o pomoc. Nikt spośród wszystkich przyjaciół Węgier nie pomógł krajowi w nieszczęściu. Z tej współwiny Roger nie oczyszcza ani papieża, ani
cesarza. Wszyscy żałośnie zawiedli. W 1253 roku Bela tak pisał w liście
do papieża Innocentego IV: "(...) ze
wszystkich stron docierają do nas (...) tylko słowa (...) W naszej wielkiej
potrzebie nie otrzymaliśmy jakiegokolwiek wsparcia od żadnego
chrześcijańskiego władcy lub narodu Europy".
Mongolski koszmar, w uświadomiony lub nieuświadomiony sposób, wpływał na
korespondencję króla z najróżniejszymi papieżami i możnowładcami, a także na jego działalność na arenie międzynarodowej. Zdecydowanie
najważniejszym i najtrwalszym psychologicznym skutkiem najazdu Mongołów
była historyczna konkluzja: "My Węgrzy jesteśmy osamotnieni". Poczucie
izolacji, tak charakterystyczne dla Węgrów, skondensowało się odtąd w kompleksie osamotnienia, stając się determinującym składnikiem
węgierskiej historiozofii. A katastrofy XVI, XIX i XX stulecia zamieniły to odczucie wręcz
w skamielinę.
Lęk przed powtórnym najazdem Mongołów znalazł dziwaczny przejaw nawet w prowadzonej przez króla Belę polityce małżeństw dynastycznych. W liście
do papieża pisał: "W interesie chrześcijaństwa, z ujmą dla naszej
królewskiej godności, wydaliśmy nawet dwie nasze córki za ruskich
książąt, natomiast trzecią za polskiego, by za pośrednictwem tych i innych obcych na wschodzie otrzymywać informacje o tajemniczych
Tatarach"4. Jeszcze większym poświęceniem było
oczywiście, wspomniane w tym samym liście, małżeństwo pierworodnego syna
z dziewczyną z rodu kumańskiego. Ten mariaż miał jeszcze ściślej związać
dynastię Arpadów z wojowniczym ludem koczowników, których już kilka lat
po najeździe Mongołów znów przywołano i osiedlono na wyludnionych
obszarach równiny między Dunajem a Cisą. Intensywniejsza miała też być
jego asymilacja ze wspólnotą zachodniego chrześcijaństwa.
Tłem pierwszej wielkiej katastrofy w dziejach chrześcijańskiego
królestwa Węgier była nieufność w stosunku do obcych, także wtedy gdy
byli pilnie potrzebni jako sojusznicy, waśnie we własnych szeregach,
nawet w momentach wielkiego zagrożenia, a w końcu uzasadnione poczucie
osamotnienia i pozostawienia samym sobie. Jednak fakt, że Węgrzy czuli
się niedocenieni, zdradzeni i otoczeni przez wrogów, wynikał zapewne
także, a być może wręcz przede wszystkim, z jednomyślnie krytykowanego w międzynarodowej historiografii "bezwstydnego szantażu". Austriacki
książę z rodu Babenbergów Fryderyk II,
kuzyn i sąsiad uciekającego króla węgierskiego, zwabił go w pułapkę,
obrabował i uwięził. Austriakowi już współcześni nadali przydomek
"Kłótliwy" (po polsku niezbyt trafnie nazywany jest "Bitnym"), ponieważ
poróżnił się z niemal wszystkimi swoimi sąsiadami, a w 1236 roku cesarz
przejściowo skazał go nawet na banicję i odebrał mu godność lennika
Rzeszy.
Roger tak opisał ten haniebny czyn w 32. rozdziale swojej relacji:
Król po swojej ucieczce, porzuciwszy armię, jechał dniem i nocą, aż
dotarł na polskie tereny przygraniczne; stamtąd pospieszył, tak szybko
jak tylko był w stanie, bezpośrednią drogą do królowej, która przebywała
w rejonie graniczącym z Austrią. Na wieść o tym przybył, kryjąc w sercu
zło, ale pod pozorem przyjaźni, książę Austrii. Król akurat odłożył
swoją broń i podczas gdy przygotowywano śniadanie, po tym jak podczas
długiej ucieczki zrządzeniem boskim zdołał wymknąć się tak wielu
straszliwym strzałom i mieczom, położył się nad brzegiem wody, by się
przespać, gdy znów go obudzono. Gdy tylko ujrzał księcia, bardzo się
ucieszył. Z kolei książę, wypowiadając między innymi pełne troski słowa,
zasugerował królowi, że powinien przeprawić się przez Dunaj, by wypocząć
na drugim brzegu w bezpieczniejszym miejscu. Kiedy król to usłyszał, nie
przeczuwając niczego złego, zgodził się ze słowami księcia. Książę
zapewniał bowiem, że ma po drugiej stronie rzeki zamek, gdzie mógłby
króla ugościć w bardziej godnych warunkach. Nie miał jednak zamiaru go
ugościć, lecz zniszczyć. Podczas gdy królowi wciąż wydawało się, że
zdołał wymknąć się Scylli, padł ofiarą Charybdy. I tak jak ryba, która
chce wydostać się z cebra z lodem, by nie zamarznąć, skacze na żar i zostaje upieczona, tak i on wierząc, że zdołał uniknąć katastrofy,
znalazł się w jeszcze bardziej zatrważającym położeniu. Bowiem książę
Austrii podstępem zawładnął nim i postępował z nim wedle własnego
uznania. Zażądał od niego pewnej kwoty pieniędzy, którą, jak twierdził,
król niegdyś od niego wymusił. Co było dalej? Król nie zdołał się
uwolnić, dopóki nie wypłacił części pieniędzy w gotówce, części w złotych i srebrnych naczyniach, a za resztę w końcu nie przekazał mu w zastaw trzech sąsiednich komitatów swojego
królestwa5.
Poza tym według Rogera książę obrabował jeszcze węgierskich uciekinierów
i najechał bezbronny kraj. Fryderyk II
Babenberg (nie należy go mylić z cesarzem z dynastii Hohenstaufów)
próbował nawet jeszcze zdobyć Preszburg i Jawaryn (węg. Győr, niem.
Raab). Jednak obydwa miasta zdołały się obronić. Kronikarz nie wiedział,
że w ten sposób zostały wyrównane stare rachunki między Fryderykiem
II a Belą IV. Babenberg od 1233 roku wielokrotnie
najeżdżał Węgry, a ponadto wsparł powstanie węgierskich magnatów
przeciwko ich królowi. Po tym jak Andrzej II i jego synowie, Bela i Koloman, przepędzili
księcia i ścigali go aż do Wiednia, Fryderykowi II udało się wynegocjować zawarcie pokoju
tylko w zamian za wysoką nawiązkę. Nigdy jednak nie zapomniał tego
upokorzenia i -?raczej nie w duchu zachodniej solidarności oraz wbrew
upomnieniom papieża Grzegorza IX -
wykorzystał rozpaczliwe położenie Węgrów.
Historyk Günther Stökl wskazał na "ze zrozumiałych względów bardzo
negatywne wrażenie", jakie "zdrada zachodniego sąsiada pozostawiła w węgierskiej świadomości historycznej". We wszystkich krajach Europy
Środkowej i Wschodniej podręczniki szkolne nie są jak wiadomo świetlanym
przykładem wyważonego traktowania własnej i regionalnej historii. Jednak
rzadko kiedy przepaść jest tak wyraźna jak w przedstawianiu epizodu
opisanego przez Rogera. I tak węgierski historyk Bálint Hóman (1935)
pisał: "Fryderyk (...) haniebne pogwałcenie prawa gościnności przedstawił
jako chwalebny przejaw chrześcijańskiej solidarności, po czym ukoronował
to atakiem na kraj cierpiący pod jarzmem Tatarów". Natomiast zupełnie
inaczej rolę Babenberga widział austriacki historyk Hugo Hantsch (1947):
"Fryderyk (...) zagrodził Tatarom drogę do Niemiec (...) Austria znów
spełniła oczekiwania jako bastion Zachodu, jako tarcza cesarstwa"6.
Ironią losu było to, że akurat uznane za upadłe królestwo węgierskie
później pomyślnie przeciwstawiało się próbom ekspansji księcia Fryderyka
II Bitnego. A po jego śmierci, w bitwie
nad rzeką Litawą w czerwcu 1246 roku, Bela włączył się nawet w walkę o sukcesję Babenbergów i na pewien czas zdobył kontrolę nad Styrią. Syn
Beli i następca tronu węgierskiego Stefan (István) przez kilka lat był
księciem Styrii. Jednak po klęsce w bitwie przeciwko Przemysłowi II Ottokarowi z Czech pod Kressenbrunn w Austrii Węgrzy nie zdołali obronić zdobyczy. Do "zniszczenia królestwa
Węgier", które w swojej krótkiej notatce stwierdził cytowany na początku
tego rozdziału bawarski mnich, mimo wszystko jednak nie doszło. Król
Bela IV po swoim powrocie z jeszcze
większą energią, niemałą inteligencją, żelazną konsekwencją i imponującą
odwagą poświęcił się ogromnemu zadaniu odbudowy spustoszonego, a na
Wielkiej Nizinie i zwłaszcza na wschodzie wyludnionego kraju.
Po wycofaniu się Mongołów Bela panował jeszcze przez dwadzieścia osiem
lat i ze względu na swoje sukcesy polityczne uzyskał honorowy tytuł
drugiego po świętym Stefanie założyciela państwa. Tak jak Stefan Bela
był władcą otwartości i twórcą szeroko zakrojonej polityki osadniczej.
Jego suwerenne państwo rozciągało się na całe terytorium Kotliny
Panońskiej, a ponadto obejmowało Chorwację-Slawonię i Dalmację oraz
część Bośni. Niezwykle szybkie odzyskanie zdolności działania
politycznego można po części tłumaczyć tym, że najazd Mongołów w niewielkim stopniu wyniszczył akurat najgęściej zaludnione zachodnie
rejony kraju. Mimo to pozostaje wrażenie, że król w swojej polityce,
zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, nigdy nie zdołał się wyzwolić z traumy i obawy przed ponowną mongolską inwazją. Nacisk na zwiększanie
sił zbrojnych kraju doprowadził do powstania zupełnie nowego systemu
obronnego. Wniosek z tego, że tylko niektóre zamki zdołały się oprzeć
mongolskiej nawale, był jednoznaczny -?wyłącznie silnie ufortyfikowane
miejscowości zapewniały wystarczające bezpieczeństwo -?dlatego Bela
dążył do tego, by jak najwięcej miast i miejscowości w jego królestwie
zostało otoczonych kamiennymi murami. Prócz tego wystawił nowe, bitne
wojsko, zastępując lekkich łuczników ciężką kawalerią.
Udało mu się także ponownie sprowadzić i na wielkiej nizinie osiedlić
Kumanów, którzy następnie odgrywali znaczącą rolę w nowo organizowanej
armii. Bela IV zwracał na to uwagę w cytowanym już liście do papieża Innocentego: "Niestety pozwoliliśmy na
to, by naszego kraju bronili teraz poganie, i dzięki ich pomocy
powstrzymujemy wrogów Kościoła". Wraz z Kumanami osiedleni zostali także
alańscy Jasowie (węg. Jász), niegdyś również stepowi wojownicy ze
wschodu.
W dokumencie datowanym na rok 1267 król oznajmił, że aby zaludnić Węgry,
wezwał do kraju chłopów i żołnierzy ze wszystkich części świata. I tak
poza niemieckimi kolonistami na Górne Węgry napłynęli także Słowacy,
Polacy i Rusini; do Siedmiogrodu przybyli natomiast Niemcy i Rumuni, a także liczni Węgrzy. W miastach wkrótce pojawiło się również wielu
Francuzów, głównie Walonów, Włochów i Greków. Po roku 1250 rozpoczęła
się imigracja Żydów z Austrii. Żydowskie gminy z nowej ufortyfikowanej
rezydencji królewskiej -?miasta Buda, a także z Ostrzyhomia i Preszburga
-?znalazły się pod osobistą ochroną króla. Zresztą według Magyaroszág
történeti kronológiája (Historycznej Chronologii Węgier) Kálmána Bendy
Ostrzyhom już około 1050 roku był ośrodkiem żydowskich kupców, którzy
pośredniczyli w handlu między Rusią i Ratyzboną oraz prawdopodobnie
zbudowali w mieście synagogę. Arcybiskupstwu w Ostrzyhomiu zostało
przyznane prawo bicia monety, a zadanie to z kolei powierzono przybyłemu
z Wiednia Żydowi imieniem Henszel.
Za zadziwiająco szybką odbudowę kraju, popieranie zakładania nowych
miast i priorytetowe traktowanie armii królowi Beli przyszło jednak
zapłacić wysoką polityczną cenę -?nienaruszona pozostała fatalna
koncentracja władzy w rękach tępych i dbających tylko o własne interesy
(pomijając nieliczne wyjątki) możnowładców. Pomimo radykalnych kroków
Beli i reform -?przed najazdem Mongołów tylko po części wdrożonych -
magnaci zdołali obronić swe dawne przywileje; ponadto, co miało
przynieść jeszcze gorsze konsekwencje, nie musieli już zwracać
otrzymanych królewszczyzn i zamków, lecz na dodatek otrzymali nowe
darowizny. Wszystko to w niedługim czasie miało doprowadzić do chaosu.
W ostatnim dziesięcioleciu swoich rządów król Bela wdał się w poważny
konflikt ze swoim synem, późniejszym Stefanem V, który co prawda
był zdolnym wodzem, ale też nazbyt żądnym władzy. Jego późniejsze
samodzielne panowanie trwało zaledwie dwa lata. Nie umiał przeciwdziałać
narastaniu napięć między dysponującymi pełnią władzy magnatami -?na
dodatek uwikłanymi między sobą i z wieloma wysokimi dostojnikami
kościelnymi w krwawe zatargi -?a drobną szlachtą, która miała być
przeciwwagą i będąc popieraną przez króla Belę, uzyskiwała kolejne
przywileje. Na rodzie królewskim po raz kolejny fatalnie się też odbiła
szczególnie drażliwa i wciąż jeszcze nierozwiązana kwestia włączenia
kumańskich jeźdźców w węgierskie środowisko. Kumańska kawaleria była
wprawdzie nieodzowną podporą zreorganizowanego wojska, zwłaszcza podczas
wypraw poza granice Węgier, jednak całkowita społeczno-kościelna i językowa asymilacja dziesiątków tysięcy dawnych koczowników wymagała
jeszcze od dwóch do trzech stuleci.
Małżeństwo Stefana, syna Beli, z Elżbietą, córką podstępnie
zamordowanego chana Kutena, miało przypieczętować trwałe pojednanie z tą
grupą. Planowano zrównanie Kumanów ze szlachtą. Wczesna śmierć Stefana
położyła jednak kres wszystkim tym staraniom.
Syn Stefana, Władysław (László) IV
(1272-1290), był jeszcze dzieckiem, a królową matkę -?Elżbietę, która
nazywała siebie "królową Węgier, córką cesarza Kumanów", całkowicie
przerosła rola regentki -?stała się marionetką w rękach żądnych władzy
możnowładców i gotowych na wszystko faworytów. Ona i jej syn w zasadzie
wierzyli tylko Kumanom, a poprzez przesadne i demonstracyjne wyróżnianie
stepowych wojowników raczej zaszkodzili, niż pomogli drażliwemu
procesowi asymilacji.
Młody król Władysław IV tylko raz
dokonał historycznego czynu, za to w momencie decydującym dla
przyszłości Austrii. Zdarzyło się to na polu bitwy pod Suchymi Krutami
(Dürnkrut), gdzie wojska Węgrów i Kumanów -?ich liczebność szacuje się
na piętnaście tysięcy -?rozstrzygnęły o wyniku bitwy między Rudolfem
Habsburgiem a Przemysłem II Ottokarem z Czech. Jak opisał to budapeszteński historyk Péter Hanák: "W bitwie na
Morawskim Polu węgierski oręż pomógł zbudować fundament potęgi dynastii
i cesarski autorytet Habsburgów".
Der Mongolensturm. Berichte von Augenzeugen und Zeitgenossen
1235/1250, red. Thomas von Bogyay, Graz 1985. [wróć]
Ibidem' s. 43-48; Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen
1988, s. 31-34; zob. także: Jenő Szűcs' Nemzet és történelem,
Budapest 1984. [wróć]
Der Mongolensturm, op. cit., s. 42; Ferenc Glatz, A magyarok
krónikája, Budapest 1996, s. 98 i n. (według źródła straty wyniosły
od 300 do 400 tysięcy ludzi). [wróć]
Wydaną za polskiego księcia córką Beli IV była Kinga
(zwana także Kunegundą), święta Kościoła katolickiego, która
przybyła do Polski w 1239 roku, a siedem lat później poślubiła
księcia krakowskiego i sandomierskiego Bolesława Wstydliwego (zmarła
w 1292 roku) (przyp. red.). [wróć]
Der Mongolensturm, op. cit., s. 168-170. [wróć]
Günther Stökl, Osteuropa und die Deutschen, Oldenburg -?Hamburg
1967, s. 86. Co się tyczy Hómana zob. ibidem, t. 2, s. 147 i n.;
Hantsch zob. Hugo Hantsch, Die Geschichte Österreichs bis 1648' t.
1, Graz 1959, s. 90. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Do polskich czytelników i czytelniczek
Do polskich czytelników
i czytelniczek
Ze wzruszeniem, ale i z zadumą kieruję te słowa do polskich
czytelników i czytelniczek. Cieszy mnie, że trzymają państwo w ręce moją
opowieść o węgierskiej historii. Polaków i Węgrów łączą silne więzi
przyjaźni i -?na szczęście -?niewiele wzajemnych zbrojnych konfliktów.
Nie chcę jeszcze raz powtarzać znanego powiedzenia o dwóch bratankach,
choć rzeczywiście jest wiele podobieństw w polskiej i węgierskiej
mentalności. A ostatnio -?mimo wszystkich różnic -?oba kraje są,
niestety, dość podobnie postrzegane w Europie.
W mojej długiej karierze dziennikarskiej Polska zawsze odgrywała ważną
rolę. Pochodzę z Węgier. Tylko szczęśliwym trafem przetrwałem w 1944
roku jako dziecko niemieckie "ostateczne rozwiązanie kwestii
żydowskiej", w którym uczestniczyli również węgierscy faszyści, mordując
dziesiątki tysięcy węgierskich Żydów. Jednak to w Polsce w moim życiu
nastąpił decydujący zwrot.
Jeszcze w grudniu 1956 roku -?gdy czołgi radzieckie już zmiażdżyły
węgierskie powstanie -?miałem nadzieję, będąc dziennikarzem
budapeszteńskiej gazety "Esti Hírlap", że wspólny opór intelektualistów
i robotników, nacisk światowej opinii publicznej i mocarstw zachodnich,
jak i fala sympatii do Węgier w Jugosławii i w Polsce utorują drogę do
kompromisu i zapobiegną akcjom odwetowym stalinowców.
W styczniu 1957 roku polscy dziennikarze zaprosili mnie do Warszawy,
abym opisał wyznaczone na 20 stycznia wybory do Sejmu, które wtedy
postrzegano jako swego rodzaju test sukcesu reformatorskiego skrzydła
partii kierowanego przez Władysława Gomułkę. Dzięki pośrednictwu między
innymi kolegów z "Po Prostu" koszty mojego pobytu wzięła na siebie
"Trybuna Ludu" (wtedy także prowadzona przez reformatorów). Mój wyjazd
do Polski był swoistą misją polityczną, uzgodnioną z węgierskimi
zwolennikami reform. Dla naszego zdruzgotanego przez radzieckie czołgi i zakneblowanego kraju Polska pozostała jeszcze iskierką nadziei. Była
krajem, któremu -?jak nam się wtedy wydawało -?w październiku 1956 udało
się to, co nie udało się na Węgrzech: pokojowe przejście od stalinizmu
do reform.
Miałem 27 lat i czekała mnie pierwsza w życiu podróż za granicę, jeśli
pominąć wizyty w latach czterdziestych u krewnych w należącym do Rumunii
Siedmiogrodzie. Redakcja wystąpiła o paszport dla mnie, pozwalający na
podróż do Polski, z wizami tranzytowymi w Czechosłowacji i Austrii. Do
dzisiaj przechowuję pożółkły bilet linii lotniczej Malev:
Budapeszt-Warszawa-Praga-Wiedeń-Budapeszt wystawiony 10 stycznia 1957
roku.
Osiemnaście dni spędzonych w Warszawie zmieniło całe moje życie. Nigdy
nie prowadziłem dziennika, mam jednak do dziś mój warszawski kalendarz z zapisanymi spotkaniami, udostępniono mi także niedawno kopie moich
ówczesnych korespondencji z Warszawy dla "Esti Hírlap". Od pierwszej do
ostatniej chwili odczuwałem solidarność polskich dziennikarzy i intelektualistów z Węgrami. To polscy koledzy, którzy po części na
zaproszenie węgierskich gazet z wielką sympatią relacjonowali
dramatyczne wydarzenia na Węgrzech, zorganizowali cały mój pobyt.
Tradycyjna przyjaźń między obydwoma krajami, które miały nawet wspólnych
władców, bliskie losy po drugiej wojnie światowej (na przełomie 1939 i 1940 roku ponad 100 000 Polaków, uciekając przed okupacją
niemiecko-radziecką, znalazło schronienie na Węgrzech) oraz podobne
zagrożenie równolegle rozwijających się ruchów reformatorskich, jakie w Warszawie doprowadziły do władzy Gomułkę, a w Budapeszcie Imre Nagya,
wszystko to sprawiało, że to chyba w Polsce solidarność z Węgrami była
najsilniejsza. Fakt, że Polsce udało się uniknąć okrutnej akcji
radzieckiej i wprowadzać reformy drogą pokojową, podczas gdy Węgry
przechodziły przez krwawą tragedię, spowodował, że intensywnie nasiliły
się dawne sympatie.
Moje relacje prasowe i komentarze radiowe z Warszawy zawierały -
niekiedy zakamuflowane w formie wywiadów -?nadzieje, że polska "wiosna w październiku" byłaby możliwa także na Węgrzech. Dwukrotnie zdołałem z Warszawy wnieść mój skromny wkład na rzecz węgierskiej rewolucji. Gdy 19
stycznia aresztowano Gyulę Háya oraz trzech innych pisarzy i dwóch
dziennikarzy, rozwiązując zarazem związek literatów i stowarzyszenie
dziennikarzy, udało mi się poprzez moich polskich przyjaciół spowodować
co prawda ustny, ale jednak oficjalny, protest w węgierskim
przedstawicielstwie. Z kolei 23 stycznia zdołałem przekonać ambasadora
Indii w Warszawie K. P. S. Menona, by w obliczu represji w Budapeszcie
rząd Indii zajął stanowisko, po czym premier Jawaharlal Nehru złożył w Moskwie formalny protest.
Tamtego stycznia stało się jednak jasne, że po budapeszteńskim spotkaniu
przedstawicieli komunistycznych państw -?w którym tylko Polska i Jugosławia nie wzięły udziału, rząd Kádára nie jest zainteresowany
rozwiązaniami kompromisowymi i przyjmuje pod każdym względem twardy
kurs. Najpierw dwóch znanych przywódców powstania zostało straconych, a następnie nadeszła hiobowa wieść o masowych zwolnieniach dziennikarzy, w tym wielu moich najlepszych przyjaciół. Przeciwko wielu wszczęto
postępowania przygotowawcze.
Z ociąganiem zacząłem zastanawiać się nad sobą. Po pięciu po części
bardzo trudnych latach miałem wreszcie dobre stanowisko jako szef działu
zagranicznego uznanego dziennika i po raz pierwszy w życiu posiadałem
nawet swoje małe mieszkanie. Miałem szansę na zrobienie kariery. Jako
dawny lewicowy socjalista, aresztowany w 1953 roku i objęty zakazem
publikacji, ale nie "skompromitowany" podczas powstania, bez problemu
mogłem piąć się w górę. (Jeden z moich dobrych znajomych był od lat
sześćdziesiątych do końca życia członkiem Biura Politycznego). Poza tym
na Węgrzech mieszkali moi ukochani rodzice, z którymi nigdy nie
rozmawiałem o moim ewentualnym wyjeździe na Zachód.
Wciąż utrzymujący się w Polsce nastrój przełomu i podziw niemal
wszystkich Polaków dla węgierskiej rewolucji napełniały mnie wielką
satysfakcją. Dawało się już jednak odczuć, że pełne informowanie o wydarzeniach także w Warszawie przestaje być możliwe. Dowodem było to,
że krótko po wyborach do sejmu zakazano publikacji reportaży z Węgier
autorstwa Hanki Adamieckiej i Wiktora Woroszylskiego. Mimo to różnica
między zakneblowanymi Węgrami a wciąż jeszcze pełną nadziei Polską była
uderzająca. Oczywiście na wszystko patrzyłem wtedy nadal przez różowe
okulary powszechnego wówczas idealizowania Polski. Nie mogłem
przewidzieć, że także i polskie reformy niebawem ugrzęzną w piaskach
neostalinizmu ogarniającego cały radziecki blok.
Dzięki gościnności polskich przyjaciół zakwaterowany byłem w szacownym
hotelu Bristol, w którym mieszkało także wielu spośród ponad setki
zagranicznych korespondentów z całego świata. Spotykaliśmy się
regularnie w centrum prasowym, w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, w restauracjach i barach nielicznych hoteli. Nagle mogłem spotkać się
twarzą w twarz z ludźmi, których artykuły we fragmentach słyszałem na
krótkich falach w audycjach zachodnich stacji radiowych albo niegdyś
czytałem w biuletynie specjalnym węgierskiej agencji prasowej.
Kiedyś powiedziałem Sydneyowi Grusonowi, wówczas korespondentowi "New
York Timesa" w Warszawie, i jego żonie Florze Lewis, że Radio Wolna
Europa judziło przeciwko Imre Nagyowi, a prezydent Eisenhower wydał -
dla nas w Budapeszcie kompletnie niepojęte -?pojednawcze oświadczenie.
Sydney głośno westchnął: "Zawsze wiedziałem, że Eisenhower to w gruncie
rzeczy facet ograniczony". Jakby mnie raził piorun. Oto przedstawiciel
najbardziej wpływowej amerykańskiej gazety w takim tonie głośno
wypowiada się o szefie swego państwa i to w obecności korespondenta
nominalnie komunistycznej gazety z nominalnie komunistycznego kraju! Był
to początek trwającej przez całe życie przyjaźni z obojgiem: Sydney był
później redaktorem naczelnym paryskiej redakcji "Herald Tribune" a następnie współwydawcą "New York Timesa".
Ta uwaga Sydneya, a także liczne nocne rozmowy z innymi -?między innymi
z Ernstem Halperinem, przez długi czas zatrudnionym w "Neuen Zürcher
Zeitung", następnie profesorem uniwersyteckim w Bostonie, z kolegami z Wiednia Hugonem Portischem i Adamem Wandruszką; z korespondentem
londyńskiego "Timesa" Ronniem Prestonem czy z Seymourem Freidinem,
reporterem wielkich amerykańskich gazet i magazynów -?powoli, ale
nieuchronnie zmieniały moje spojrzenie. Moje myśli coraz bardziej
kierowały się ku nieodwołalnej decyzji: nie mogę już dłużej żyć w kłamstwie!
W latach stalinowskich, gdy ja i wielu innych byliśmy więzieni lub
internowani, nasi przyjaciele lub koledzy mogli jeszcze jakoś wypierać
to ze świadomości lub po prostu się oszukiwać. Ten czas jednak skończył
się na Węgrzech 23 października 1956 roku. Przynajmniej dla mnie!
Żaden z zachodnich kolegów, którym wyjawiłem powoli dojrzewającą we mnie
decyzję, nie zachęcał mnie do niczego ani nie oferował konkretnej
pomocy. Wręcz przeciwnie! Jeden z nich powiedział tylko, że szkoda
będzie, jeśli nieliczni liberalni dziennikarze opuszczą Węgry -?być może
miał na uwadze ewentualny przydatny kontakt w Budapeszcie.
Głównym powodem mojej -?zaskakującej rodziców i przyjaciół -?decyzji, by
nie wracać do Budapesztu, był zarysowujący się rozwój sytuacji na
Węgrzech. Na rachunek moich polskich gospodarzy prowadziłem liczne
rozmowy międzynarodowe z kolegami w Budapeszcie, z krewnymi w Bratysławie i Tel Awiwie. Nie zastanawiałem się nad moją przyszłością.
Bez zamożnych krewnych lub przyjaciół, bez wyuczonego zawodu, wprawdzie
znając język angielski i niemiecki, ale bynajmniej nie na poziomie
wymaganym od dziennikarza, w wieku 27 lat nie miałem szans na pozbawione
akcentu opanowanie języka obcego, porywałem się zatem dosłownie na skok
w nieznane. Czy miałem jednak jakąś alternatywę? Czy mogłem pisać o przyszłości Kenii lub sytuacji gospodarczej w Wielkiej Brytanii, podczas
gdy przyjaciele, którzy w 1953 roku wyciągnęli mnie z obozu, teraz sami
siedzieli w więzieniu, a tak podziwiani przeze mnie pisarze byli
zagrożeni wieloletnimi wyrokami?
Gdy w ambasadzie austriackiej odbierałem wizę tranzytową, ówczesny szef
misji Stephan Verosta, uznany ekspert prawa międzynarodowego, rozmawiał
ze mną po przyjacielsku, dla ostrożności jednak pogłaśniając radio.
Potem naszemu wspólnemu przyjacielowi, Adamowi Wandruszce, wtedy
komentatorowi wiedeńskiej gazety "Die Presse", później profesorowi
historii na Uniwersytecie Kolońskim, powiedział krótko: "Byłem pewny, że
on nie wróci do Budapesztu". I ja także byłem już tego na tyle pewny, że
musiałem uważać, by się z tym zamiarem nie zdradzić.
W samolocie do Pragi myślałem o tym spojrzeniu, które prześladowało mnie
od tygodni. Przed wyjazdem z Budapesztu po zebraniu redakcyjnym naczelny
"Esti Hírlap" podrzucił mnie swoim czarnym służbowym samochodem -?nie
pamiętam już, czy był to produkt radziecki czy mercedes -?do mieszkania
mojej ciotki. Przed nami przez dłuższy czas jechała ciężarówka, na
której siedziało czterech czy pięciu robotników. W ich oczach widziałem
nienawiść, ślepą nienawiść wobec nas w tym aucie. Nienawidzili nas jako
najwidoczniej wysoko postawionych przedstawicieli pogardzanej przez
nich, a chronionej przez obce wojska, starej i nowej zarazem władzy. To
było coś, co zarówno w Budapeszcie, jak i później w Warszawie
wielokrotnie odczuwałem jako palącą ranę. Już nigdy więcej nie chciałem
widzieć takich oczu. Kiedy około 10 lat później podróżowałem z moją żoną
własnym samochodem po Węgrzech, tej nienawiści już nie było. Ludzie byli
do nas nastawieni przyjaźnie, ciekawi, niekiedy być może widać było po
nich zazdrość, ale nie nienawiść.
Dni w Pradze były krótkie i niezbyt bezpieczne. Musiałem przedłużyć
pozwolenia na pobyt, ponieważ następny lot do Wiednia był możliwy
dopiero w poniedziałek 4 lutego. Jednak w ambasadzie węgierskiej nikt
nie chciał ze mną o tym rozmawiać i skierowano mnie do czechosłowackiej
policji ds. obcokrajowców. Tam poinformowano mnie, że moja wiza
tranzytowa jest ważna tylko na Warszawę, a nie na Wiedeń. Poradzono mi,
bym najpierw wrócił do Budapesztu, a dopiero później do Wiednia... Wtedy
przypomniał mi się tak często słyszany warszawski dowcip: W październiku
1956 Węgrzy zachowali się jak Polacy, Polacy jak Czesi, a Czesi jak
świnie... Cud praskiej wiosny nad Wełtawą 1968 roku pokazał jednak, jak
puste i głęboko niesprawiedliwe są takie stereotypy. Aby nie wzbudzić
podejrzeń, w sobotę przekazałem mojej gazecie reportaż o życiu
codziennym w Pradze. I 4 lutego 1957 roku zjawiłem się na praskim
lotnisku z jedną nową, kupioną w Pradze walizką i jedną starą,
własnością moich budapeszteńskich przyjaciół. Wiedziałem, że będę ją im
musiał odesłać. Mając ważną austriacką wizę w węgierskim paszporcie, bez
trudności przeszedłem kontrolę graniczną i celną. Kilka godzin później
wylądowaliśmy na lotnisku Schwechat...
Od 28 września 1959 roku jestem obywatelem austriackim. Od niemal
sześćdziesięciu lat zajmując się problemami Europy Środkowo-Wschodniej,
współpracuję z licznymi zachodnioeuropejskimi gazetami takimi jak "Die
Presse" czy "Der Standard" w Wiedniu, londyński "Financial Times",
szwajcarska "Neue Zürcher Zeitung". W 1982 roku zostałem dyrektorem
austriackiej telewizji i wydawcą kwartalnika "Europäische Rundschau".
Wielokrotnie odwiedzałem kraje środkowo- i wschodnioeuropejskie.
Prowadziłem wywiady z szefami partii i z przedstawicielami
demokratycznej opozycji. Wśród wielu odznaczeń, jakie otrzymałem,
szczególnie sobie cenię przyznany mi w 1999 roku Krzyż Komandorski
Orderu Odrodzenia Polski.
Dzięki temu, że od 10 lat mam węgierską żonę, często bywam na Węgrzech,
wczuwając się w atmosferę kraju. W 2010 roku opublikowałem gorzki bilans
węgierskich przemian po roku 1989, zatytułowany Mein verspieltes Land
(Mój przegrany kraj).
Cóż, w Europie obraz Węgier od pokoleń kształtują dwa traumatyczne
wydarzenia: dwa przegrane zrywy wolnościowe 1848 i 1956 roku. Dopiero
później doszedł do tego mit "najweselszego baraku w obozie" i "gulaszowego komunizmu", a w końcu -?w roku 1989 -?przecięcie zasieków z drutu kolczastego w żelaznej kurtynie między Wschodem a Zachodem.
To smutne, że po roku 2010 węgierski wkład w rewolucję roku 1989 został
w Europie przyćmiony przez budowę "demokracji nieliberalnej".
Polski czytelnik mojej opowieści o węgierskich dziejach rychło zauważy,
że Węgrzy -?zapewne nie inaczej niż Polacy -?ze względu na swoją
historię uważają się za wyjątkowych. Amerykański znawca umysłowości
austro-węgierskiej William M. Johnston tłumaczył przed laty tę
madziarską osobliwość węgierskim słowem délibáb, które znaczy tyle co
złudzenie, fatamorgana, samooszustwo. Poczucie wyjątkowości wielu ludzi
skłania do myślenia życzeniowego, "magicznego". Często także powoduje
odruchową niechęć do świata zewnętrznego, do użalania się nad sobą i samoizolacji. Psychiatra Ferenc Erős to poczucie wyjątkowości i zamykania się w sobie nazwał "narodowym narcyzmem". I rzeczywiście -
stąd się bierze skłonność władz do przyjmowania wszelkiej krytyki rządu
węgierskiego jako napaści na węgierski naród.
Polscy odbiorcy tej książki szybko dostrzegą wiele podobieństw historii
Węgier i historii Polski: w dużej mierze szlachecko-chłopski charakter
kultury, liczne mniejszości, rozbiory kraju i długotrwałe obce rządy,
wolnościowe "zwycięstwa w klęsce".
Ale są też wyraźne różnice -?zwłaszcza w XX wieku, w który Polska weszła
bez własnego państwa, Węgry zaś jako dumny drugi filar habsburskiej
"cekanii". Potem jednak Węgry były wielkim przegranym, a Polska wielkim
wygranym traktatów pokojowych w Wersalu i Trianon. Podczas gdy Węgry
przeszły przez węgierską Republikę Rad Béli Kuna, Polska pokonała Armię
Czerwoną. I mimo wszelkich podobieństw w autorytarnym stylu marszałka
Piłsudskiego i admirała Horthyego, Polska i Węgry poszły w czasie
drugiej wojny światowej całkiem innymi drogami. W 1939 roku Polska padła
ofiarą niemieckiej i radzieckiej napaści, podczas gdy Węgry w 1941 były
sojusznikiem Hitlera. Również po roku 1945 Węgrzy i Polacy -?mimo
stalinowskiej urawniłowki "bratnich krajów" i polsko-węgierskich
sympatii w roku 1956 -?zupełnie inaczej odnosili się do narzuconego
systemu. Na Węgrzech Kádár był u władzy bez przerwy od roku 1956 do
1988, podczas gdy w Polsce każdy pierwszy sekretarz KC PZPR, od Gomułki
po Rakowskiego -?ustępował ze stanowiska w wyniku oddolnego nacisku.
I tak też przyszłość pokaże, jak ułożą się polsko-węgierskie
"powinowactwa z wyboru".
Mimo zawirowań i Polakom, i Węgrom wypada chyba życzyć dobrego
zadomowienia w zjednoczonej Europie. I dobrej znajomości sąsiadów.
Dlatego z radością oddaję tę książkę polskim czytelnikom i czytelniczkom.
Paul Lendvai
Wiedeń, styczeń 2016
Wprowadzenie
Wprowadzenie
Istnienie, a właściwie przetrwanie narodu węgierskiego i jego państwa
narodowego w Kotlinie Panońskiej jest cudem europejskiej historii. Nie
ma drugiego narodu, którego wizerunek w ciągu stuleci i epok byłby
naznaczony tak wieloma i tak dalece sprzecznymi stereotypami jak
Madziarzy. W jaki sposób "pożerający dzieci ludożercy" i "ociekający
krwią Hunowie" stali się obrońcami chrześcijańskiego Zachodu i bohaterskimi bojownikami o wolność, walczącymi z Mongołami, Turkami i Rosjanami? Kim byli ci "azjatyccy barbarzyńcy", którzy swoimi
łupieżczymi rajdami od Szwajcarii po Francję, od Niemiec po Włochy
budzili powszechne przerażenie, i dlaczego jako ostatnia z wielkich fal
ludów przybyłych z Azji nie przepadli bez śladu?
Do dziś toczą się spory o ustalenie praojczyzny Madziarów i korzeni ich
języka, o przyczyny wędrówek i osiedlenia się nad Dunajem. W zasadzie
jednak niepodobna podawać w wątpliwość, że Madziarowie -?pominąwszy
Albańczyków -?są najbardziej osamotnionym ludem Europy, z jedynym w swoim rodzaju językiem i osobliwą historią. Arthur Koestler, który śnił
po węgiersku, jednak swoje książki pisał po niemiecku, a później po
angielsku, pewnego razu powiedział: "Być może z tego nadzwyczajnego
osamotnienia wynika niezwykła intensywność egzystencji. Bycie Węgrem to
zbiorowa neuroza".
Od zajęcia ojczyzny około roku 896 to osamotnienie, w jego licznych
aspektach, pozostało decydującym czynnikiem węgierskiej historii. Strach
przed powolnym umieraniem małego narodu, przed zanikiem węgierskości i przed konsekwencjami spowodowanej przez przegrane wojny amputacji całych
grup ludności (co trzeci Węgier żyje za granicą) jest tłem dominujących
w węgierskiej poezji i prozie obrazów śmierci.
Sagi, legendy i przekazy ludowe przesłoniły lub zniekształciły
rzeczywistość. Równocześnie jednak to te mity modelowały historię
regionu i kształtowały wyobrażenie narodu. Pod koroną świętego Stefana,
jako symbolem tak zwanego narodu politycznego, kształtowały się zmienne,
niekiedy pełne wspaniałych sukcesów, a niekiedy naznaczone tragicznymi
konfliktami, relacje między rdzennymi mieszkańcami a zdobywcami,
przybyszami a wykluczonymi. Wzajemne oddziaływanie otwierania się i zamykania w sobie, kosmopolityzmu i nacjonalizmu, wrażenia osamotnienia
i poczucia misji, oscylacja między lękiem przed śmiercią a buntem
przeciwko silniejszym, znalazły imponujące odzwierciedlenie w zmiennych
fazach kultury i historii Węgier. Długi łańcuch klęsk rozstrzygających o dalszym losie Węgrów wzmocnił ich poczucie pozostawienia na pastwę losu
("Ze wszystkich ludów na ziemi jesteśmy tym najbardziej osamotnionym",
twierdził Sándor Petőfi, narodowy poeta), a niemal wszystkie pokolenia
Madziarów przepełniał głęboko zakorzeniony egzystencjalny pesymizm.
Poczucie osamotnienia podsycały wciąż powtarzające się katastrofy:
spustoszenie podczas najazdu Mongołów w 1241 roku kraju pozostawionego
przez Zachód na łasce losu, klęska pod Mohaczem w 1526 roku i spowodowana przez nią trwająca półtora wieku okupacja turecka,
zdławienie przez zjednoczone siły Habsburgów i rosyjskiego cara walki o niepodległość z lat 1848-1849, zniszczenie historycznych Węgier w 1920
roku traktatem z Trianon, cztery dziesięciolecia komunizmu i podporządkowania Związkowi Radzieckiemu po drugiej wojnie światowej wraz
z krwawym stłumieniem powstania w październiku 1956 roku. Czy można
zatem zaprzeczyć niewyobrażalnej odporności tego narodu i jego twórczej
umiejętności przetrwania?
Pomimo podziału kraju na trzy części i całych stuleci obcych rządów
Węgrzy zdołali zachować swoją tożsamość narodową. To gorąca miłość do
ojczyzny dała im, odseparowanym przez "chiński mur" języka i pozbawionym
oparcia w krewniakach, siłę przetrwania między Niemcami a Słowianami,
pozwoliła przetrzymać katastrofy. Jeden z kluczy do zrozumienia wzlotu i upadku Węgier, od zajęcia ojczyzny aż po koniec pierwszej wojny
światowej, ale także w następujących szybko po sobie przełomowych
wydarzeniach między rokiem 1920 a 1990, można znaleźć w spisanych około
1030 roku (prawdopodobnie przez niemieckiego duchownego) przestrogach
pierwszego chrześcijańskiego króla z dynastii Arpadów, Stefana I Świętego, dla swego syna:
To dlatego Cesarstwo Rzymskie zyskało takie znaczenie, a jego książęta
stali się sławni i potężni, że zebrało się tam wielu szlachetnych i mądrych mężów z licznych krajów (...) Jak osadnicy przybywający z różnych
krajów i prowincji, tak i oni przynieśli ze sobą najróżniejsze języki i obyczaje, rozmaite pouczające idee i uzbrojenie, które jest chwalebną
ozdobą królewskiego dworu, budząc zarazem postrach obcych potęg. Kraj,
który ma tylko jeden język i tylko jedne obyczaje, jest słaby i niedołężny. Dlatego, mój synu, nakazuję ci, spotykaj się z nimi i traktuj ich przyzwoicie, aby chętniej zatrzymywali się u ciebie niż
gdzie indziej, ponieważ gdybyś chciał zburzyć to, co ja zbudowałem, i rozsypać to, co ja zebrałem, to twoje państwo niewątpliwie poniesie
znaczące uszczerbki.
I tak już w XI wieku na zaproszenie
Arpadów na Górne Węgry i do Siedmiogrodu przybyli Niemcy. Można
powiedzieć, że w ciągu stuleci zostały przez żywioł węgierski wręcz
wchłonięte, a nie tylko pokonane, koczownicze plemiona, jak choćby
Pieczyngów i Kumanów (Połowców), lecz także Niemcy i Słowacy, Rumuni i Chorwaci, Serbowie i Żydzi. Do najbardziej frapujących, a później
wypartych z pamięci lub jawnie przemilczanych przez nacjonalistycznych
kronikarzy, aspektów węgierskiej historii należy to, że twórcy mitu
narodowego, często opiewani bohaterowie wojen przeciwko Turkom,
polityczni i wojskowi przywódcy zrywów niepodległościowych przeciwko
Habsburgom, wybitni przedstawiciele świata literatury i nauki, byli
całkowicie lub po części pochodzenia niemieckiego lub chorwackiego,
słowackiego, rumuńskiego lub serbskiego. Zważywszy, że w czasach cesarza
Józefa II Madziarowie stanowili
niespełna jedną trzecią ówczesnej ludności Węgier, a do 1910 roku ich
udział wzrósł do 54,5 procenta, można niewątpliwie mówić o sensacyjnej
wręcz dynamice asymilacji językowej i politycznej na terenach dawnych
Węgier. Według szacunków liczba nowych Niemców przyznających się do
węgierskości przekraczała 600 tysięcy, populacja zasymilowanych Słowaków
dochodziła do ponad pół miliona, natomiast liczba Żydów, którzy stali
się Madziarami, mogła osiągnąć około 700 tysięcy. W sumie szacowano, że
już przed pierwszą wojną światową asymilujący się Niemcy, Słowianie i Żydzi stanowili więcej niż jedną czwartą ustalonej statystycznie
populacji madziarskiej.
Węgierska idea państwowa, łącznie z uciskiem innych narodowości pod
hasłami całkiem nierealistycznej wizji przyszłej roli wielkiego państwa
Korony Świętego Stefana w Kotlinie Panońskiej (zwanej też Kotliną
Naddunajską), nie była rasistowska, lecz pojmowana wyłącznie kulturowo.
Każdy, kto przyznawał się do węgierskości, miał takie same szanse
awansu. To oczywiście dotyczyło tych Żydów, którzy jako żydowscy Węgrzy
już w czasach rewolucji z 1848 roku utożsamiali się z węgierskim ruchem
narodowym, a w następnych dziesięcioleciach z węgierskim językiem i węgierską kulturą. Ponadto Węgry potrzebowały ludzi lojalnych, którzy
zasilaliby węgierski żywioł w krajach Korony Świętego Stefana i zarazem
byli gotowi podjąć (wraz z Grekami), wciąż odrzucaną przez drobną i średnią szlachtę węgierską, działalność zarówno w dziedzinie gospodarki
i finansów, jak i w profesjach umysłowych. Jedyne w swoim rodzaju
relacje między Żydami i Madziarami odcisnęły wyraźne piętno na
gospodarczym i kulturowym przełomie, który przyniosły dekady po ugodzie
z Austrią.
Los Żydów pozytywnie nastawionych do asymilacji należy do
najwspanialszych, a później -?w okresie międzywojennym, a zwłaszcza po
wkroczeniu Niemców w 1944 roku -?do najbardziej ponurych rozdziałów
węgierskiej historii. Jedną z absurdalnych i mimo wszystko logicznych
konsekwencji popieranego przez państwo antyżydowskiego prawodawstwa było
to, że wielu niezwykle uzdolnionych ludzi, między innymi ośmiu
noblistów, swoje przełomowe sukcesy w nauce i sztuce, finansach i przemyśle, odniosło nie we własnej ojczyźnie, lecz przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.
Także relacje między Węgrami a Niemcami, od zawartego w 996 roku
małżeństwa Stefana I Świętego z bawarską
księżniczką Gizelą, siostrą późniejszego cesarza Henryka II, były pod pewnymi względami jedyne w swoim
rodzaju. Przybyli w orszaku Gizeli niemieccy kapłani, rycerze i arystokraci odgrywali czołowe role na dworze pierwszego króla Węgrów,
dla którego germańskie instytucje były wzorem do naśladowania. Jego
następcy z dynastii Arpadów również planowo wspierali tworzenie
większych niemieckich kolonii -?zgodnie ze słowami węgierskiego
dziewiętnastowiecznego historyka: "Węgrzy stworzyli państwo, a Niemcy -
miasta". Nastrój madziarskiej warstwy rządzącej wahał się między
bezgranicznym podziwem a głęboko zakorzenioną nieufnością.
Co się tyczy Niemców, to wolne miasta królewskie, zdominowane przez
niemieckie mieszczaństwo, bez większych uszczerbków zdołały przetrwać
wojny z Turkami. Podczas gdy pierwsze duże grupy zostały osiedlone przez
węgierskich królów w północnych rejonach kraju, a Sasi w Siedmiogrodzie,
to w XVIII wieku Habsburgowie zasiedlali
przede wszystkim regiony Baczka i Banat w południowej części Węgier.
Przysługujące niemieckim mieszczanom przywileje budziły częściowo
niechęć poszkodowanych Węgrów. Politycznie jednak większe znaczenie miał
na początku XIX wieku ruch na rzecz
zachowania i odnowy zagrożonego przez germanizację języka węgierskiego,
któremu przewodzili narodowo usposobieni literaci i arystokracja.
Ponieważ w wielu węgierskich rodzinach uważano już, że rozmawianie w języku ojczystym lub wspominanie o węgierskiej twórczości nie należy do
dobrego tonu, poeta Károly Kisfaludy, który początkowo nawet z bratem
korespondował po niemiecku i który poniekąd swego języka ojczystego
musiał się uczyć od nowa, przestrzegał: "Naród, który nie ma języka
ojczystego, nie ma też ojczyzny". W przededniu rewolucji 1848 roku
pisarz József Bajza wygłosił płomienną mowę w budapeszteńskiej Akademii
Nauk:
Niemiecki język i kultura są zagrożeniem dla naszego narodu. Powinniśmy
w końcu otrzeźwieć i dostrzec, że ta moda prowadzi nas do zguby i że
zwłaszcza wdzierająca się niemczyzna oznacza dla nas koniec (...) Nie
powinniśmy języka niemieckiego nienawidzić, ale musimy się przed nim
chronić (...) Nie jestem barbarzyńcą i nie potępiam wykształcenia (...)
Uważam jednak mimo wszystko za grzech, gdy naród płaci za wykształcenie
swoim własnym istnieniem.
Gdy po ugodzie z Austrią (1867) powstała monarchia austro-węgierska i Węgry w ramach tego, co było wówczas możliwe, osiągnęły daleko idącą
samodzielność, pośpiesznie i z zaślepieniem podążono drogą coraz
bardziej niepohamowanej madziaryzacji. Franz von Löher, w niezwykle
agresywnym pamflecie, zarzucił Węgrom, że są "narodem pozbawionym
kultury", ponieważ "jałowa pustka pokrywa całą tysiącletnią historię
Madziarów. Pomocny na Węgrzech może być tylko niemiecki duch z jego
pracowitością i jego kulturą".
Odtąd wzajemne stosunki znaczyło rozdarcie między współpracą a konfliktem, przymierzem a rozłamem, między wspólnotą interesów a szukaniem własnej drogi. Licząca pół miliona ludzi mniejszość niemiecka
na okrojonych w 1920 roku Węgrzech w czasach Trzeciej Rzeszy stała się
najpierw pozornie uprzywilejowanym narzędziem reżimu nazistowskiego, a następnie -?w czasie zmierzania macierzystego narodu państwowego i całej
ludności Węgier ku katastrofie -?ofiarą, ponieważ połowę węgierskich
Niemców po roku 1945 wypędzono, a tych, którzy pozostali na Węgrzech,
poddano trwającej całe dziesięciolecia dyskryminacji.
Nic dziwnego więc, że w tysiącletniej historii Madziarów nieustannie
pojawiają się pytania "Kim jest Węgier?" albo "Czym jest Węgier?".
Odpowiedzi nigdy nie były jednoznaczne. Zdarzało się także, zwłaszcza w niemieckim obszarze językowym, że ten sam często cytowany historyk
literatury, zależnie od ogólnej sytuacji politycznej, wyrażał się
niezwykle pochlebnie o wielkich węgierskich pisarzach i naukowcach, by
kilka lat później wykluczać ich z węgierskości ze względu na ich "rasową
obcość" i "szkodliwy wpływ" na naród. To, że wykluczeni lub potępieni
jako "antywęgierscy" literaci często posługiwali się w piśmie znacznie
lepszym węgierskim niż ich tendencyjni krytycy, należy tak samo do cech
charakterystycznych węgierskiej historii, jak fakt, że na Węgrzech
rasizm w literaturze i w polityce przejawiały niemal wyłącznie osoby
całkowicie lub częściowo "rasowo obce".
Wskazywał na to już Antal Szerb, autor do dziś niezrównanej książki
Magyar irodalomtörténet (Historia literatury węgierskiej). Posłużył
się on przykładem hrabiego Nikoli Zrinskiego (węg. Miklós Zrínyi) -
słynnego generała i poety. Zrinski z urodzenia był Chorwatem, ale
deklarował, że jest Węgrem (w przeciwieństwie do młodszego brata Pétera,
który jego wspaniałe wiersze tłumaczył na chorwacki). W ten sposób jeden
z największych bohaterów węgierskiej historii dowiódł, że narodowość to
postawa, kwestia woli -?podkreślał Szerb. On sam padł ofiarą Holokaustu...
Któż zdaje sobie dziś sprawę z tego, że bez węgierskich pionierów okresu
modernizmu przypuszczalnie nie byłoby ani bomby atomowej, ani
komputerów, ani Hollywoodu, że węgierski geniusz, niezależnie od
pochodzenia etnicznego czy religijnego, wywarł wielki, często decydujący
wpływ na światową naukę i sztukę, ekonomię i przemysł? Sprzeczność
między genialnymi indywidualnymi osiągnięciami i powtarzającymi się
zbiorowymi klęskami narodu to jeden z najbardziej fascynujących aspektów
burzliwej historii niegdysiejszych koczowników. Czy zatem Węgrzy jako
wieczni przegrani są dziś pozbawieni nadziei na pokojowe zjednoczenie
macierzystego narodu z diasporą jednej trzeciej rodaków pod obcymi
rządami? Czy też może objawią się jednak ponownie jako zwycięzcy w klęsce, jako ofiary i zarazem artyści życia, romantycy i realiści?
Pisarz Tibor Déry powiedział po stłumieniu rewolucji 1956 roku: "Czym
jest węgierskość? Żartem tańca nad katastrofami".
W kolażu historycznego eseju, szkiców biograficznych i opowieści
środowiskowych staram się przybliżyć Węgry i ich zmienne losy
zagranicznym czytelnikom, którzy nie znają języka węgierskiego. Jako
Węgier żydowskiego pochodzenia, który po czterdziestu latach życia w Wiedniu stał się Austriakiem, mam nadzieję, że nie muszę zwracać uwagi
na żadne tabu i mogę opisać Madziarów z życzliwym, ale również
krytycznym dystansem.
"Pogańscy barbarzyńcy" biorą szturmem Europę. Świadectwa z Sankt Gallen
"Pogańscy barbarzyńcy" biorą
szturmem Europę. Świadectwa
z Sankt Gallen
Przez pół wieku, między 898 a 955 rokiem, Węgrów uważano w Europie
za bicz boży. W trakcie około pięćdziesięciu łupieżczych wypraw
stratowali oni wszystko, co znalazło się na ich drodze. Zastępy
jeźdźców, plądrując, paląc i mordując, najeżdżały kraje niemieckie, a także północną Italię i rozległe obszary Francji. Złupili i splądrowali
między innymi Bremę i Bazyleę, Orlean i Otranto. Najazdy, podejmowane
zwykle na żołdzie któregoś z walczących ze sobą europejskich książąt,
doprowadziły ich aż do Morza Północnego i wybrzeża Atlantyku. Raz
galopowali przeciwko włoskiemu królowi Berengarowi, a raz dla niego,
walczyli przeciwko Arnulfowi z Bawarii, następnie w jego sprawie,
najpierw przeciwko interesom Bizancjum, a potem w ich obronie.
W starofrancuskiej Pieśni o Rolandzie nazwano ich "diabelskim
pomiotem". Madziarzy pojawiają się tam wraz z Hunami i Saracenami,
którzy pozostawiali krwawy ślad wszędzie, gdzie tylko się pojawili.
Kronikarze donoszą o niesłychanych okrucieństwach, przy czym Madziarów -
lub Węgrów, jak ich potem nazywano -?często mylili z Hunami. W końcu
większość tych mocnych w piśmie mężów nigdy żadnego Węgra nie widziała,
lecz jedynie przekazywała dalej ustne podania, które wraz z oddaleniem w czasie i przestrzeni coraz bardziej przerażały, zadowalając się ogólnym
przypisywaniem im wszelkich win. Tak powstał całościowy obraz "budzącego
zgrozę, okrutnego plemienia" oraz "potwornych krwiopijców i ludożerczych
potworów ze Scytii", wszędzie budzących postrach.
Dobrze udokumentowany i ze względu na szczegółowe opisy niezwykle
interesujący dla potomków tych intruzów jest łupieżczy najazd z 926
roku. Aż trzech kronikarzy w swoich opracowaniach, spisanych między 970
a 1075 rokiem, w różnych wersjach przedstawiło napad na klasztor Sankt
Gallen i jego okolice. Przemierzając Bawarię i Szwabię, "pogańscy
barbarzyńcy" błyskawicznie dotarli nad Jezioro Bodeńskie. Wyrządzili
ogromne szkody w klasztorze, mordując przy tym alemańską szlachciankę,
która dziesięć lat wcześniej kazała się zamknąć w celi -?pobożną
Wiboradę zabito kilkoma uderzeniami topora, dzięki czemu przeszła do
historii Kościoła jako męczennica. Podatną na mistyczne uniesienia i słynącą także z bogobojnego, ascetycznego żywota "rekluzę" papież
Klemens II w 1047 roku uznał, jako
pierwszą kobietę, za świętą.
Wiborada już wiosną 926 roku przepowiedziała opatowi Sankt Gallen
dokładny moment najazdu wojowniczej nawały ze Wschodu i naciskała na
niego, by mnichów, skarbiec kościelny oraz cenną bibliotekę klasztorną
zawczasu wywiózł w bezpieczne miejsce. W Vita Sanctae Wiboradae
(Żywocie świętej Wiborady) tak opisano, co się stało: "Pogłoski o zbrojnej napaści wrogów nasilały się z dnia na dzień. Mimo to zwrócono
na nią uwagę dopiero wtedy, gdy barbarzyński lud z dobytym mieczem
doprowadził okolice Jeziora Bodeńskiego na skraj przepaści, wybijając
moc ludzi, wszystkie wioski i domy niszcząc ogniem"1. Dopiero wtedy posłuchano jasnowidzącej. Dzięki
temu udało się uratować wielu ludzi i bezcenne księgi. Sama Wiborada nie
dała się jednak nakłonić do ucieczki. Zginęła 2 maja 926 roku.
Życie i śmierć świętej Wiborady, która jest czczona jako patronka
bibliotek, a także kroniki mnichów Ekkeharta I, Ekkeharta IV i Herimannusa wiele razy rozbudzały
fantazję następnych pokoleń. Inspirowały poetów i pisarzy aż po nasze
czasy -?szwajcarska pisarka Doris Schifferli opublikowała w 1998 roku
powieść o Wiboradzie. Z kolei w 1992 roku węgierski lekarz, który po
rewolucji 1956 roku uciekł do Szwajcarii i osiedlił się w Sankt Gallen,
wydał dwujęzyczną publikację o dziejach najazdu węgierskiego w X wieku, skupiającą się na "prastarych,
początkowo wojowniczych, a dzisiaj pokojowych i przyjaznych stosunkach
między Węgrami a Sankt Gallen"2.
Do dzisiaj w każdą rocznicę śmierci Wiborady przypomina się o niej w kościelnej liturgii słowa. Symbolicznym gestem była też wizyta
węgierskiego kardynała w klasztornej bibliotece w 1972 roku -?dokładnie
w rocznicę tamtego wydarzenia József Mindszenty, ówczesny prymas Węgier,
wpisał się do złotej księgi pamiątkowej klasztoru.
Prawdą jest jednak, że zainteresowanie Węgrów, a w szczególności
historyków, jest mniej związane z życiem świętej patronki klasztoru
Sankt Gallen i tamtejszym biskupstwem, a bardziej z tym, że w tamtejszej
bibliotece są przechowywane ważne źródła dokumentujące wczesną historię
narodu węgierskiego. Wpisy w rocznikach oraz ujęte "w nowym, rozrywkowym
stylu" historie kronikarza Ekkeharta IV
rozjaśniają bowiem nieco mrok tamtych czasów. W Rocznikach
Alemańskich, spisanych w IX i X wieku przez wielu kronikarzy, Węgrów
wspomina się dziewięć razy, a w większych Rocznikach Sankt Gallen z X wieku -?aż piętnaście.
W kronice Ekkeharta znajdują się ponadto szczegółowe opisy wydarzeń z 1
i 2 maja 926 roku, które do dzisiaj są częścią obowiązkowej lektury
węgierskich uczniów. To jedyny opis, w którym Madziarzy nie pojawiają
się wyłącznie jako potwory. Po raz pierwszy naoczny świadek podzielił
się wyczerpującym opisem obyczajów i zachowań Węgrów. Autorem był raczej
"głupkowaty i ograniczony brat o imieniu Heribald, którego sposób
mówienia i psoty często wyśmiewano". Kiedy nadciągnęli Madziarzy, inni
mnisi mówili mu, że powinien uciekać wraz z nimi. Jednak Heribald
odmówił: "Doprawdy, niech ucieka, kto tego chce! Ja nigdy nie ucieknę,
ponieważ podkomorzy nie dał mi jeszcze należnej mi na ten rok skóry na
buty".
Heribald przyznał potem, że wrogowie, którzy wtargnęli do nieumocnionego
klasztoru ze swoimi kołczanami, groźnymi oszczepami i ostrymi strzałami,
sprawiali przerażające wrażenie. Jednak mimo ich wzbudzającego trwogę
sposobu bycia jemu nie spadł włos z głowy. Węgrzy mieli bowiem ze sobą
tłumacza, porwanego duchownego, który im tłumaczył, co wygadywał
Heribald. A gdy pojęli, że mają do czynienia z głupkiem, puścili go
wolno. Pozwolono mu nawet wziąć udział w pijatyce na wewnętrznym
dziedzińcu klasztoru. Według jego późniejszej opowieści Madziarzy nie
jedli nożami na poły surowych płatów mięsiwa, lecz "rozdzierali" je
zębami. Raczyli się także na potęgę klasztornym winem. A dla rozrywki
obrzucali się ogryzionymi kośćmi. Potem słuchali śpiewów obu pojmanych
mnichów.
Ku wyraźnemu niezadowoleniu Heribalda grubiańskie zabawy urządzano nie
tylko na dziedzińcu klasztornym i wolnym polu, ale także w świątyni i na
poświęconej ziemi. Dwóch rozochoconych młodych mężczyzn wspięło się na
dzwonnicę, ponieważ sądzili, że kur na jej szczycie jest ze złota. Ten,
który próbował strącić włócznią wiatrowskaz, stracił równowagę, spadł i się zabił. Drugi z kolei na najwyższej, wschodniej wieżyczce, próbował
załatwić swoją potrzebę. Jednak zachwiał się przy tym do tyłu i roztrzaskał o ziemię. Jak później powiadał Heribald, ciała obu
nieszczęśników wojownicy spalili między filarami wrót. Heribald
wybłagał, by oszczędzono dwie wypełnione po korek beczki wina. Zapewne
na wozach z łupami już i tak było zapasów pod dostatkiem.
Kronikarz podkreślił, że "pośród wrogich mieczy i włóczni Bóg chroni
właśnie upośledzonych umysłowo". Gdy po powrocie bracia zakonni zapytali
Heribalda, naocznego świadka, jak mu się podobali tak liczni goście
świętego Gallusa, ten dał im zaskakującą odpowiedź: "Oj, całkiem
wybornie! Nie pamiętam, bym kiedyś widział w naszym klasztorze
weselszych ludzi, gdyż w bród rozdawali jedzenie i napitek".
Podczas gdy w Szwajcarii, wskutek ogromnego zamętu i pomyłek w związku z przypowieściami o męczeństwie świętej Wiborady, po dziś dzień w legendach niemal bez wyjątku mówi się o przerażających czasach "najazdów
Hunów", którzy położyli gwałtowny kres złotej epoce opactwa Sankt
Gallen, dla węgierskich pisarzy i naukowców spisana w XI wieku historia brata Heribalda jest
niezbitym dowodem ciągłości "madziarskiego charakteru narodowego". Na
przykład w zainicjowanym przez następcę tronu arcyksięcia Rudolfa
dwudziestoczterotomowym dziele zbiorowym Die österreichisch-ungarische
Monarchie in Wort und Bild (Monarchia austro-węgierska w słowie i obrazie), którego ostatni tom ukazał się w 1902 roku, historyk Karl
Szabó wyraźnie odwoływał się do zapisanego wtedy w Sankt Gallen
"wziętego z życia opisu węgierskiego jeźdźca": "Niepodobna, by w tym
ciekawym opisie [...] naturalnych, nieposkromionych, zapalczywych, ale
równie prędkich do zgody, pogodnych, pełnych radości życia,
niezdeprawowanych madziarskich młodzieńców nie dostrzec także i dzisiaj
jeszcze rzucającego się w oczy rysu madziarskiego charakteru narodowego"3. Kilka dziesiątków lat później także półurzędowy
historyk i wieloletni minister kultury okresu międzywojennego Bálint
Hóman w napisanym wespół z Gyulą Szekfű pięciotomowym dziele Magyar
Történet (Historia Węgier) przytoczył słowa brata Heribalda jako
naocznego świadka tradycyjnego wizerunku Węgrów -?pogodnych, rozpitych,
rozśpiewanych, serdecznych i jowialnych. W tych opowieściach można
niejako rozpoznać przodków węgierskich chłopów...
Współcześni węgierscy historycy wskazują z kolei na znaczenie jak dotąd
najobszerniejszego opisu surowej dyscypliny wojowniczych jeźdźców. W każdym razie opowieści brata Heribalda pozwalają sądzić, że chodziło o świetnie wyszkolony oddział, który potrafił w ciągu kilku minut utworzyć
szyk bojowy, w czasie popasu lub na noc wycofywał się do pilnie
strzeżonej warowni ze sprzężonych wozów, a w czasie przemarszu był
chroniony przez straż przednią i tylną. Łączność pomiędzy poszczególnymi
oddziałami była zapewniona dzięki kurierom oraz sygnałom świetlnym lub
dźwiękom rogów. W razie zagrożenia wszyscy na komendę dosiadali koni i błyskawicznie wykonywali wszystkie polecenia. Tylko dzięki takiej
wyjątkowej dyscyplinie możliwe były fantastyczne w gruncie rzeczy
osiągnięcia wyśmienitych jeźdźców, którzy oddaleni o tysiące kilometrów
od swojej ojczyzny, podejmowali wypady we wszystkich kierunkach.
Techniczną tajemnicą niszczycielskiej siły węgierskich łuczników konnych
były strzemiona. Dzięki nim Węgrzy mogli bez wysiłku wsiadać na konia i wspierać się w siodle, co tłumaczy piorunującą zwrotność podzielonych na
sotnie pododdziałów oraz o wiele lepszą celność broni. Ich osławiony
ruchliwy styl walki, a przede wszystkim taktyka pozorowanej ucieczki,
wprowadzały zamieszanie w ociężałych formacjach wrogich wojsk. Gardłowy,
złowrogo brzmiący okrzyk bojowy dzikich, ostrzyżonych niemal na łyso
jeźdźców mroził napadanym krew w żyłach. Wybicie do nogi za pomocą
strzał i szabel uciekających rycerzy, którzy stracili orientację i pogubili się na polu walki, było już więc dziecinnie łatwe.
Podobnie jak w przypadku epizodu w Sankt Gallen węgierscy historycy i pisarze -?nie mówiąc już o autorach podręczników dla dzieci -?nie
zajmowali się zbytnio okrucieństwami, jakich podczas swoich łupieżczych
wypraw dopuszczali się zuchwali koczownicy. Te wyprawy węgierscy
kronikarze taktownie nazywali "wypadami awanturniczymi". Całe pokolenia
młodych Madziarów zostały wychowane w duchu nieposkromionej dumy z węgierskich sukcesów wojennych. Wszyscy oni uczyli się, że w niemieckich
i włoskich, francuskich i hiszpańskich klasztorach modlono się: "De
sagittis Hungarorum libera nos, Domine!" (Od strzał Węgrów wybaw nas,
Panie!)
Oceny epizodu w Sankt Gallen i straszliwych spustoszeń dokonanych przez
węgierskich wojowników -?skrajnie przeciwstawne w zachodnim i węgierskim
piśmiennictwie historycznym -?dają drobną, ale nadzwyczaj interesującą
wskazówkę, jak kształtują się stereotypy, które z czasem zagęszczają się
w charakterologię narodową. Do naszych czasów -?z wielu powodów -
przetrwały na Zachodzie i są przekazywane dalej obrazy wroga, utrzymuje
się także sposób postrzegania siebie przez Węgrów. Coraz to nowym
pokoleniom wtłaczane są do głów uprzedzenia, po części jako
charakterystyki podświadome, przekazywane kulturowo, ale często także
świadomie pielęgnowane. Przyjmowane bezkrytycznie i gwałtownie
zderzające się ze sobą mity o początkach narodu są ważnymi składnikami
emocjonalnej ksenofobii i bardzo szybko, często wręcz katastrofalnie
wybuchających konfliktów etnicznych. Akurat w przypadku Węgier
stereotypy odnoszące się do "innych" grup narodowościowych, ale także do
własnej, od dawien dawna niezwykle mocno kształtowały stosunek do
sąsiednich narodów, jak też do mniejszości etnicznych na terenie dawnych
Wielkich Węgier4.
Jak się jeszcze przekonamy, w Europie Środkowej w zasadzie już nie
sposób wyznaczyć granicy między piśmiennictwem historycznym,
historycznymi stereotypami i mitami narodowymi. Wyobrażenia sięgają
wstecz niemal aż do wczesnego średniowiecza. Wielki francuski historyk
Fernand Braudel ostrzegał przed ogólnikowymi ocenami: "Aż do renesansu
wszystkie państwa zachowywały się jak żądne łupu bestie... Nigdy mapa
Europy nie zawierała tak wielu i tak rozległych białych plam jak przed
rokiem 1000"5. Do podobnych wniosków w swych
późniejszych pracach doszedł Georges Duby. Twierdził, że w średniowiecznej Europie ślady w najlepszym razie mogą być traktowane
jedynie jako "podstawa mglistych przypuszczeń". "Nasze wyobrażenia o Europie roku 1000 pozostają mniej lub bardziej w sferze naszej fantazji"6. I jak najbardziej dotyczy to Kotliny Panońskiej.
Johannes Duft, Die Ungarn in Sankt Gallen, Zürich 1957;
Johannes Duft, Anton Gössi, Werner Vogler, Die Benediktiner in der
Schweiz. St. Gallen, w: Helvetica Sacra III/1, t. 2, 1986, s.
1180-1369; Die Kultur der Abtei Sankt Gallen, red. Werner
Vogler, Zürich 1993. [wróć]
Tibor Missura, węgierski laryngolog wydał w 1992 roku, wspólnie z Johannesem Duftem książkę Die Ungarn in Sankt Gallen.
Magyarok Szent Gallenben*, St. Gallen, 1992 (przyp. red.). [wróć]
Bálint Hóman, Gyula Szekfű, Magyar Történet (t. 1-5), Budapest
1936, t. 1, s. 92; Karl Szabó, Das Zeitalter der Herzoge, w:
Ungarn, t. 1: Die österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und
Bild (t. 1-24), Wien 1888, s. 43-55. [wróć]
Zob. Das Bild vom Anderen, red. Valeria Heuberger, Arnold Suppan,
Elisabeth Vysonzil, Frankfurt 1998, s. 18, 28 i n. [wróć]
Europa -?Bausteine seiner Geschichte, red. Fernand Braudel,
Frankfurt 1989, s. 51. [wróć]
Georges Duby, Europa im Mittelalter, Stuttgart 1986, s. 9, 23. [wróć]
Zajęcie ojczyzny czy podbój? Kwestia węgierskiej tożsamości
Zajęcie ojczyzny czy podbój?
Kwestia węgierskiej tożsamości
Historycy wielokrotnie wskazywali na naturalną jedność regionu Dunaju,
obwiedzionego Karpatami niczym wałem ochronnym. Podczas gdy w czasach
rzymskich zachodnia część Węgier -?przez Węgrów zwana Dunántul (Kraj
Zadunajski) -?przez cztery stulecia tworzyła jedną jednostkę
administracyjną ze wschodnią Dolną Austrią (Noricum i Panonia), to
wielka równina Alföld (Wielka Nizina Węgierska), między lewym brzegiem
Dunaju a przedgórzem Siedmiogrodu, była właściwą tarczą obrotową okresu
wędrówki ludów. Na stałe próbowali się tutaj osiedlić Scytowie, Sarmaci,
Hunowie (za Attyli), Goci i Longobardowie, Gepidzi i w końcu -?przez
dwieście lat -?Awarowie. Pod koniec IX
stulecia Panonia, jako prowincja graniczna, należała do państwa
wschodniofrankijskiego. Wielkie Morawy pod rządami księcia Świętopełka
kontrolowały tereny na północ od Dunaju, podczas gdy wielka równina na
wschód od Dunaju i Siedmiogród należały do strefy wpływów książąt
bułgarskich. Wielkie Morawy i państwo wschodniofrankijskie w toku
procesów państwotwórczych toczyły ze sobą zaciekłe walki. Mieszkali tam
w większości słowiańscy chłopi, łącznie z częściowo zeslawizowanymi
klanami Awarów. Potwierdza się też obecność ludności używającej różnych
idiomów słowiańskich.
Tymczasem etniczna przynależność mieszkańców Siedmiogrodu do dziś jest
kością niezgody między historykami węgierskimi i rumuńskimi. Węgierscy
badacze zajmujący się pradziejami i historią starożytną zdecydowanie
negują zasadność nie mniej stanowczo bronionego przez Rumunów
twierdzenia, że w górskich dolinach i lasach przetrwała zromanizowana
ludność dakijska. Pewne jest w każdym razie, że wszystkie obszary
dorzecza Dunaju były gęsto zaludnione, a góry pasma Karpat były
praktycznie niezamieszkane, gdy pod koniec IX wieku konni pasterze z węgierskiego związku
plemiennego, przybywający ze stepów dzisiejszej południowej Rosji,
pojawili się przy bramie prowadzącej przez Karpaty. To, co niemieccy i austriaccy historycy opisują jako napór Węgrów lub nawałę Madziarów,
sami Węgrzy uważają za zajęcie ojczyzny (honfoglalás). Proces
wyglądający początkowo tylko jak kolejna fala wędrówki ludów, nabrał
wkrótce w dorzeczu Dunaju nowego historycznego wymiaru, z konsekwencjami
także dla Niemców i Słowian.
Dla swoich ofiar i przeciwników intruzi byli "mongolską zmorą
azjatyckich koczowników". Już w 863 roku Roczniki alemańskie głosiły,
że "lud Hunów" zaatakował chrześcijaństwo, przy czym kronikarz -?jak
później powtórzył to także węgierski przekaz narodowy -?utożsamiał
Węgrów z Hunami. Wszystkimi winami obciążającymi Hunów obarczano nie
tylko Scytów, ale także Węgrów. Bizantyjscy i arabscy podróżnicy mówili
o nich "lud turecki" -?była to zresztą teza, która znalazła
odzwierciedlenie jeszcze w XIX stuleciu
w słynnych relacjach z podróży orientalisty Ármina Vámbéryego.
Dzisiaj wszyscy poważni węgierscy i zagraniczni historycy, antropolodzy
i etnolodzy są zgodni co do tego, że teoria ta jest fałszywa. Z braku
źródeł pisanych i archeologicznych jedynym wiarygodnym naukowym
świadectwem pochodzenia Węgrów pozostaje ich język. W Europie jest
jedyny w swoim rodzaju, a wywodzi się z ugrofińskiej podrodziny
językowej. Dalecy przodkowie Węgrów należeli do grupy ugryjskiej, z tym
że badacze wciąż jeszcze spierają się o to, czy Prawęgrzy żyli na
zachodnich czy wschodnich zboczach Uralu (Europa kontra Azja!).
Najbliższymi językowymi krewniakami Węgrów są liczący dzisiaj mniej niż
30 tysięcy ludzi Chantowie i Mansowie, którzy do czasów nowożytnych
pozostali myśliwymi i rybakami.
Węgrzy oddzielili się od grupy ludów ugryjskich w I tysiącleciu p.n.e. i wraz z innymi
plemionami przemieścili się na południowy zachód. Później, pod wpływem
plemion tureckich i irańskich, przyjęli sposób życia koczujących
pasterzy. Lud żyjący pierwotnie z polowania i rybołówstwa w ramach
szybko powstających i równie szybko znikających władztw nomadów
przestawił się na uprawę roli i hodowlę. Nie wiadomo, kiedy rozpoczęły
się ich późniejsze wędrówki, jak długo trwały, jakimi drogami się
przemieszczali i z jakimi ludami utrzymywali bliższe kontakty. Jedynymi
źródłami wiedzy o wczesnej historii dawnych Węgrów, a nawet o samym
zajęciu przez nich kraju są mity i sagi, które powstały dopiero dwa lub
trzy stulecia później.
Większość badaczy historii przyznaje bogatej skarbnicy legend
węgierskich ziarno historycznej prawdy lub traktuje mityczne relacje
przynajmniej jako pomocnicze źródło w rekonstruowaniu rzeczywistego
przebiegu wydarzeń. Poza tym wraz z pieśniami bohaterskimi i sagami
służyły one potem jako podstawa dla legitymizacji, dla utwierdzenia
"historycznych praw" -?już nie do zajętej Panonii, lecz do zgodnego z prawem odzyskiwania starej ojczyzny.
I tak przekazywana jedynie drogą ustną saga głosi, że bracia Hunor i Magor, synowie królów Scytów -?Goga i Magoga, podczas polowania puścili
się w pogoń za wspaniałym białym jeleniem i w ten sposób odkryli tereny
na północ od Morza Azowskiego. Wprawdzie stracili z oczu cudowne
zwierzę, jednak podczas następnej wyprawy dostrzegli przepiękne córki
króla Alanów Duli. Bracia uprowadzili je i poślubili. Z tych małżeństw
wywodzą się przodkowie Hunów i Węgrów, a mianowicie "słynny, wszechmocny
król Attyla, a następnie książę Álmos, od którego wywodzą się królowie i książęta Węgier".
Współczesne badania nad sagami i studia językoznawcze potwierdzają, że w popularnej sadze może tkwić ziarno historycznej prawdy -?bliski związek
z ludem bułgaro-tureckim oraz z Alanami. Podczas gdy określenie
"Magyar", którego używają Węgrzy, wywodzi się z czasów ugryjskich, nazwy
"Ungar", "Hungarus", "hongrois" mają początek w tureckiej organizacji
plemiennej Onogurów, do których długo przynależeli Madziarowie. "Onogur"
oznacza "dziesięć strzał", czyli plemion. Możliwe też, że przyjęta na
Zachodzie od początku IX wieku nazwa
odnosi się do zjednoczenia siedmiu pierwotnych, luźno ze sobą związanych
plemion prawęgierskich z trzema zbuntowanymi plemionami chazarskimi,
czyli Kabarami. Pewne jest w każdym razie, że Węgrzy przez dłuższy czas
wchodzili w skład tureckiego państwa Chazarów między środkową Wołgą a dolnym biegiem Dunaju. Jednak Prawęgrzy nigdy nie byli, jak często
utrzymywano, "ludem mongolskim". Od 830 roku Madziarowie, wraz z różnymi
koczowniczymi ludami tureckimi, Alanami i Słowianami, żyli w Etelköz,
czyli międzyrzeczu, na olbrzymim obszarze między Donem, Dunajem i Morzem
Czarnym. Źródła bizantyjskie i orientalne najczęściej nazywają ich
"Turkami". Około dwustu słów pochodzenia bułgaro-tureckiego świadczy o tym, że czynniki tureckie odegrały znaczącą rolę w procesie powstawania
starowęgierskiego związku plemiennego.
Zadziwiające, że mimo mieszania się ludów na obszarze osadniczym górę
wziął język ugryjski, a więc węgierski, a nazwa "Magyar" przylgnęła do
całej wspólnoty. Jest to tym bardziej zdumiewające, że według relacji
bizantyjskiego cesarza Konstantyna VII,
pierwszego i niemal jedynego godnego zaufania źródła, tylko dwa z siedmiu prawęgierskich plemion miały nazwy ugryjskie (Megyer i Nyék),
podczas gdy nazwy pozostałych pięciu były w większości tureckie. Cesarz
donosił także, że przyłączone później plemiona Kabarów jeszcze w połowie
X stulecia były dwujęzyczne.
W odniesieniu do wybuchowych następstw narodowo-romantycznych mitów
węgierskiej historiografii i literatury, zarówno pod względem
historycznym, jak i politycznym, ważne jest wskazanie na fakt, że przed
zajęciem ojczyzny i w jego trakcie węgierski związek plemienny wcale nie
był homogeniczny, a w gruncie rzeczy był raczej "mieszanką ludów".
Niemiecko-węgierski prehistoryk Thomas von Bogyay ustalił, w pozbawionych jakiegokolwiek narodowego zaślepienia badaniach materiału
antropologicznego i archeologicznego (dotyczącego pochodzenia i kształtowania się narodu węgierskiego), że węgierska tożsamość powstała
w tyglu południoworosyjskich stepów.
Także węgierski historyk Jenő Szűcs w swych licznych pracach o fundamentalnym znaczeniu zwracał uwagę, że fińsko-ugryjskie grupy
plemienne i różne plemiona pochodzenia tureckiego zapewne już w VIII wieku pod przywództwem któregoś
dostojnika chazarskiego wyszły z chazarskiego związku państwowego i że
podstawowym elementem tworzenia się węgierskiego władztwa przed IX wiekiem była jego zróżnicowana etnicznie i społecznie drużyna. Ponadto wskazał na fakt potwierdzony przez "mnóstwo
nowych znalezisk", że symbioza pogańskich Węgrów z chrześcijańsko-słowiańską ludnością rozpoczęła się już w X stuleciu. Zajmująca kraj węgierska
społeczność w żadnym razie nie mogła być zatem homogeniczną, koczowniczą
warstwą wojowników. Jednak późniejsza węgierska tradycja przemilczała
zarówno ścisłe związki z Chazarami, których elity rządzące w VIII wieku przeszły na judaizm, jak i rzeczywiste przyczyny wędrówki, prowadzącej plemiona Madziarów wraz z ich sojusznikami chazarskiego lub tureckiego pochodzenia aż na zbocza
Karpat1.
Według wspomnianej już relacji cesarza Konstantyna VII wodzowie plemion, "zgodnie z chazarskim
obyczajem i prawem", unieśli na tarczy Arpada, syna starego Álmosa, jako
przywódcę najsilniejszego z plemion, i w stylu konnych koczowników
"paktem krwi" przypieczętowali swoje porozumienie. Jednak późniejsze
przekazy ukazują zarówno Álmosa, jak i Arpada już jako wybranych przez
niebiosa pierwszych przywódców narodu. "Legenda nie jest jedną z form,
lecz jedyną formą, w jakiej w ogóle o historii myślimy, jak ją sobie
wyobrażamy, w jakiej ją możemy ponownie przeżywać. Wszelka historia jest
sagą, mitem i jako taka produktem naszych umysłowych umiejętności:
naszej zdolności rozumienia, naszej siły kształtowania, naszego wyczucia
świata", pisał Egon Friedell w swojej Kulturgeschichte der Neuzeit
(Historii kultury ery nowożytnej)2.
Dwóch niezwykle utalentowanych kronikarzy, a mianowicie Anonim, nieznany
z imienia notariusz króla Beli III
(1173-1196), i Szymon z Kezy (Simon Kézai), kaznodzieja dworski króla
Władysława (László) IV (1272-1290),
dzięki pełnym fantazji przekazom i kunsztowi narracyjnemu zadbali o to,
by wczesna historia Madziarów objawiła się w "blasku i zapachu
magicznych zdarzeń" i żeby tak wiele pokoleń fikcję uznawało za
historię. Węgrzy, podobnie zresztą jak zwalczane przez nich sąsiednie
ludy, rysowali własny obraz dziejów, który -?świadomie albo nieświadomie
-?nieustannie przewartościowywali i dostosowywali do potrzeb danej
epoki.
Aż do naszych czasów dążenie do historycznej legitymizacji procesu
stawania się narodem i zajęcia kraju ma kluczowe znaczenie dla
wszystkich narodów regionu Dunaju. Ale w szczególności dotyczy to
Węgrów, z dawien dawna naznaczonych głęboko zakorzenionym poczuciem
osamotnienia. Dlatego w prezentacji dramatycznych losów narodów i poszczególnych postaci mity i proces ich kształtowania się jako siły
duchowo-politycznej są często ważniejsze niż suche daty i nazwiska lub
drzewa genealogiczne władców.
Według Anonima przesądzające o losie narodu zajęcie ojczyzny było
przepowiedziane w legendarnym śnie. Fundamentem charyzmy księcia i przywódcy plemiennego są nadnaturalne zdolności, jakimi boskim
zrządzeniem został obdarzony przez święte totemiczne zwierzę. Księżna
Emese, żona scytyjskiego władcy, śniła, że boskim nakazem została
zapłodniona przez ptaka turula -?zależnie od wersji jastrzębia lub orła
(w każdym razie drapieżnika) -?który objawił jej historyczne
posłannictwo jej jeszcze nienarodzonego syna: będzie on niczym rzeka
ognia i będzie władał rozległymi krajami. Dlatego syn po urodzeniu
otrzymał imię Álmos (álom -?węg. "sen"). Po latach z całym swoim ludem
ruszył, by odzyskać nową ojczyznę jako dziedzictwo pozostawione mu przez
przodków z rodu władcy Hunów Attyli. Ptak turul wskazywał mu drogę do
celu, aż do Karpat. Álmos zmarł podczas wędrówki i po cichu zniknął z kart historii.
Przywódcy plemienni unieśli na tarczy jego syna Arpada, czyniąc go
władcą ich związku plemiennego. Nacięli sobie ramiona, upuścili krew do
wspólnego kielicha ofiarnego i upili z niego, przyrzekając mu wierność i ślubując, że zawsze będą wybierać swojego księcia z rodu Arpadów.
Równocześnie lud zobowiązał księcia Arpada, by między 108 klanów
sprawiedliwie podzielił kraj, który ma być zdobyty, a potomkom
przywódców plemiennych przyznał prawo do swobodnego radzenia w obecności
księcia. W ten sposób, jeśli węgierską historiografię uznać za
wiarygodną, powstał "fundament pierwszej konstytucji".
Stworzona przez Anonima baśń o ówczesnej konstytucji i powiązane z nią
inne sagi miały sprawić wrażenie, jakoby osiedlenie się plemion
węgierskich było świadomie spowodowanym aktem historycznym. Pisarz
György Dalos w inspirującym eseju do katalogu berlińskiej wystawy Mity
narodów (1998) zebrał charakterystyczne wyimki z dawnych węgierskich
podręczników3. Pokazały one z godną uwagi
wyrazistością, jak pradawne sagi były stylizowane na "historyczne
prawo".
Oto jeden z wielu przykładów sugerujących historyczną legitymizację
zajęcia kraju. Można go przeczytać w historii Węgier z 1864 roku,
napisanej ze szczególnym "względem na rozwój edukacji i życie narodowe":
Każdy Węgier na drwiny i oszczerstwa rzucane przez obcych uczonych,
którzy naszych przodków przedstawiają jako krwiopijców lub barbarzyńską
hordę i z uprzedzeń, niewiedzy lub narodowej antypatii stawiają sobie za
cel poniżenie naszego narodu, może z dumnym poczuciem własnej wartości
wskazać na naturalną i podyktowaną przez trzeźwy rozsądek konstytucję, i to już z IX stulecia, gdy bardziej
wykształcone i szczęśliwsze narody Europy nie mogły się pochwalić
podobnym zjednoczeniem i obywatelską konstytucją (...) Narodowi
węgierskiemu nie można zarzucać, że poprzez podbój tego kraju wywarł
negatywny wpływ na jakąkolwiek zdolną do życia narodowość czy też
naruszył prawa jakiegoś realnie istniejącego państwa. Nie można także
narodowi węgierskiemu czynić zarzutu, że zniszczył lub choćby tylko
zubożył kultury w zdobytych przez siebie krajach (...) Nasi przodkowie w zdobytych krajach nie zastali żadnego ładu społecznego lub historycznych
praw. A gdyby same te okoliczności nie wystarczały, by uzasadnić
instynkt poszukiwania ojczyzny, to dowodem, że sam Bóg we właściwym
momencie zaprowadził Węgra do jego ojczyzny, byłaby tysiącletnia
historia.
Słowo "Bóg" wymaga jednak pewnego doprecyzowania, zwłaszcza że tak
naprawdę to bawarski król Arnulf był tym, który w roku 892 zaprosił
plemiona węgierskie, by wzięły udział w ekspedycji karnej przeciwko jego
zbuntowanemu wasalowi, księciu Moraw Świętopełkowi. W obliczu
późniejszych spustoszeń dokonanych przez Węgrów w całej Panonii Wschodni
Frankowie i Morawianie, także w listach do papieża, oskarżali się
nawzajem o wskazanie drogi do Kotliny Panońskiej temu groźnemu wrogowi,
jako sojusznikowi. Zniszczenia musiały mieć bezprzykładny wymiar, skoro
dwa lata później Bawarczycy i Morawianie zdecydowali się na zawarcie
pokoju, a jeszcze trochę później wręcz na wspólne działania wojenne
przeciwko "krwiożerczym, pogańskim Hunom". Zresztą skrytobójstwo, do
jakiego doszło w 902 (lub 904) roku, pokazuje, że także "cywilizowani"
mieszkańcy Zachodu w pewnych sytuacjach posługiwali się równie
barbarzyńskimi metodami, jakie przypisywano Węgrom. Bawarczycy zaprosili
najwyższego władcę Węgier, nazywanego "kende", sakralnego przywódcę ich
związku plemiennego, na uroczystą ucztę nad rzeką Fischa, na wschód od
Wiednia. Kiedy zasiadano do stołu, ówczesny kende, książę Kurszán, i cała jego świta zostali podstępnie zamordowani. Paradoksalnie dzięki
temu umocniona została pozycja księcia Arpada, zastępcy władcy (o tytule
gyula), który sprawował faktyczną władzę wojskową. Mord na Kurszánie w niezamierzony sposób utorował Arpadowi drogę do jednowładztwa; z jego
rodu powstała pogańsko-sakralna dynastia, która rządziła Węgrami do 1301
roku. W czasie walk ze Świętopełkiem Węgrzy przekonali się, jak słabym
krajem była Panonia, i dwa lata później, w 894 roku, przedsięwzięli
własną wyprawę wojenną do Kotliny Panońskiej, wyrządzając olbrzymie
szkody.
Prawęgrzy przeszli zatem przez Karpaty najpierw jako sojusznicy
Morawian, a następnie Wschodnich Franków. Wielkie równiny, ostatnia
odnoga euroazjatyckiej strefy stepowej, wydały im się, jak już wcześniej
Hunom czy Awarom, "ziemią obiecaną". Znaczenie Węgrów dla późniejszych
losów Niemców i Austriaków na tym obszarze ujawniło się już w roku 881,
kiedy najpierw w okolicy Wiednia doszło do starcia z oddziałami
frankijskimi, a następnie w pobliżu Pöchlarn do bitwy z kabarskimi
sojusznikami Madziarów. Nota na ten temat z Roczników salzburskich
zawiera nie tylko po raz pierwszy (po kilkusetletniej przerwie) nazwę
Wiednia, lecz także najwcześniejszą wzmiankę o Węgrach zapisaną przez
bawarskiego obserwatora. Badacz prehistorii Austrii Herwig Wolfram
słusznie podkreśla symboliczną wagę wspólnego pojawienia się Wiednia i Węgrów na scenie historii, ponieważ związek ten przetrwał wszystkie
nawałnice wspólnych dziejów4.
Jednak już tragiczny incydent w pobliżu Stockerau w Dolnej Austrii
pokazał, że początek trwającej tysiąc lat huśtawki między wrogością a partnerstwem z pewnością nie był przyjazny. Wskutek nieufnego stosunku
miejscowych do wszystkich obcych niedługo po roku 1000 doszło tam do
morderstwa. Irlandzki pielgrzym Koloman, syn pomniejszego celtyckiego
księcia, został wzięty za węgierskiego szpiega i zabity. Kiedy -?za
późno -?okazało się, że Koloman był niewinny, zwłoki przewieziono do
Melku, gdzie wkrótce rozwinął się jego swoisty kult.
Decydujący impuls do zajęcia kraju, do ostatecznego przekroczenia
Karpat, nie był efektem poszukiwania zielonych pastwisk dla stad,
przyrostu liczby ludności czy zwykłej chęci zdobycia bogatych łupów,
lecz był -?zupełnie inaczej niż opisują to bohaterskie pieśni -?przede
wszystkim konsekwencją fatalnej klęski w starciu z Pieczyngami,
koczowniczym ludem mówiącym językiem tureckim. Nieszczęście zaczęło się
od pomocy, jakiej Madziarowie udzielili Bizantyjczykom w walkach
przeciwko Bułgarom. Tym bowiem udało się w końcu nie tylko zawrzeć pokój
z Bizancjum, lecz także zwyciężyć wojska węgierskie dowodzone przez syna
Arpada oraz nakłonić Pieczyngów do uderzenia na Węgrów od wschodu.
Ponieważ większość wojowników węgierskich walczyła na południu i na
Morawach, Pieczyngowie bez trudu najechali i złupili w większości
pozbawione obrony siedziby Węgrów. Pobite oddziały i ciężko
doświadczony, ograbiony lud ratowali się przejściem przez Karpaty do
znanej im Panonii. Była to zatem klasyczna "ucieczka do przodu".
Większość historyków jest zgodna co do tego, że jesienią 895 roku marsz
węgierskich plemion ku Kotlinie Panońskiej wymusiły poważne tarapaty.
Węgrzy przybyli od północnego wschodu przez Przełęcz Tucholską, od
wschodu i południowego wschodu przez Wyżynę Siedmiogrodzką i przemieszczali się dalej wzdłuż Dunaju.
Prehistoria i przebieg tego ruchu na zachód były bardzo różnie
przedstawiane w historiografii, a zwłaszcza w relacjach kronikarzy i w literackich opisach bezpośrednio doświadczonych ludów oraz powstałych
później państw narodowych. Jak już bowiem wspomniano, zajmowany przez
Węgrów kraj w owym czasie wcale nie był bezludny czy opuszczony, nawet
jeśli nie było tam żadnej zwartej politycznie formy organizacyjnej. Była
to raczej polityczna próżnia, a zamieszkująca ten obszar bezbronna
ludność, posługująca się mieszanką rozmaitych narzeczy słowiańskich,
zrobiła na nadciągających Węgrach wrażenie mniej lub bardziej zdanej na
ich łaskę.
Oczywiście liczebność napływających Madziarów można jedynie szacować.
Czescy, rumuńscy i rosyjscy historycy przyjmują, że było ich od 200 do
500 tysięcy, jakkolwiek są i tacy badacze, którzy nawet dolną granicę
uważają za "ponad miarę przesadzoną". Współcześni historycy węgierscy,
wypowiadając się w sposób wyważony, łączną liczbę Węgrów, którzy brali
kraj w posiadanie, szacują na mniej więcej pół miliona, a tubylców na
około 100 tysięcy. Badacze wydają się przekonani, że posługująca się
językiem słowiańskim ludność była o wiele mniej liczna niż Węgrzy. W przeciwnym razie język zdobywców nie zyskałby bowiem tak łatwo przewagi,
a wymieszanie się ludności nie przebiegałoby tak bezproblemowo. W każdym
razie Węgrzy, wraz ze swoimi kabarskimi i innymi sojusznikami, byli
liczebnie wystarczająco silni, by w okresie od pięciu do dziesięciu lat
przejąć kontrolę nad wszystkimi nadającymi się do zamieszkania częściami
nowej ojczyzny. Nieużytki i tereny bagniste z naturalnymi przeszkodami
pozostawiono w stanie nienaruszonym, jako jedyny w swoim rodzaju system
zabezpieczenia granic, zwany gyepű5.
Plemiona węgierskie -?jako pierwszy lud stepowy -?zdołały następnie
przekształcić się w silny naród, ze zdolnościami asymilacyjnymi, własną
tożsamością i historyczną samoświadomością. Szczegóły zajmowania kraju
nie są znane, podobnie jak los tamtejszych mieszkańców. Jenő Szűcs w studium Nation und Geschichte (Naród i historia) wyraził opinię, że
lokalna warstwa przywódcza zapewne została zniszczona, natomiast reszta
w okresie od dwóch do trzech stuleci zasymilowana i wchłonięta przez
odpowiednie warstwy społeczne -?niewolnicy weszli do grupy niewolników,
wojownicy dołączyli do wojowników itd. Decydowała wspólnota trybu życia
i interesów.
Historycy, niezależnie od narodowości lub nastawienia ideologicznego, w gruncie rzeczy zgadzają się, że zdobycie Kotliny Panońskiej przez Węgrów
było decydującym czynnikiem kształtowania się średniowiecznej Europy.
Jednak po dziś dzień to, co Węgrzy z dumą i radością przywołują jako
bohaterski epos ich zwycięskich przodków, dla Niemców, Słowian i Rumunów
jest "tragedią", "nieszczęściem" i "ciosem losu". Niemiecki historyk
Georg Stadtmüller nazywa najazd Madziarów "katastrofą"... "Madziarowie
ostatecznie unicestwili hegemonię cesarstwa niemieckiego w regionie
Dunaju, zniszczyli niemiecki dorobek kolonizacyjny w zachodnich Węgrzech
i na ponad półtora stulecia uniemożliwili kontynuację wspaniałej
bawarskiej kolonizacji w kierunku południowo-wschodnim"6. Niektórzy węgierscy historycy, jak na przykład
Szabolcs de Vajay w swoim kontrowersyjnym dziele Der Eintritt des
ungarischen Stämmebundes in die europäische Geschichte (Wkroczenie
związku plemion węgierskich do historii europejskiej), głoszą jednak
dwojaką rolę wczesnych Węgrów: z jednej strony służyli oni w regionie
Karpat jako bastion przeciwko wczesnemu "parciu Rzeszy niemieckiej na
wschód", z drugiej zaś -?poprzez zawarcie dziewięcioletniego zawieszenia
broni w roku 926 w dużym stopniu przyczynili się do wewnętrznej jedności
Niemców, którzy zdołali się porozumieć dopiero wtedy, gdy trzeba się
było bronić przed wspólnym zagrożeniem.
Jeszcze bardziej znaczące dla europejskiej historii okazało się, będące
również rezultatem zajęcia ojczyzny przez Węgrów, rozszczepienie
słowiańskiego świata. Poprzez osiedlenie się w Kotlinie Panońskiej
Węgrzy na trwałe wbili klin między Słowian północnych i południowych.
Pod koniec XIX wieku wybitny czeski
historyk František Palacký doszedł do gorzkiego wniosku: "Najazd i osiedlenie się narodu węgierskiego należą do najważniejszych faktów
historii powszechnej; w ciągu stuleci żadne inne uderzenie nie miało tak
fatalnych konsekwencji dla słowiańskiego świata"7.
W oczach Palackiego Węgrzy sprowadzili na Czechów niemal tyle samo
nieszczęść co Niemcy. W każdym razie dla czeskich, słowackich i polskich
historyków odwieczne rozdzielenie Słowian pozostaje najbardziej
brzemiennym w skutki efektem zajęcia ojczyzny i ukształtowania się
państwa węgierskiego.
Głęboko zakorzenione resentymenty między Węgrami z jednej strony a Słowianami -?Czechami, a zwłaszcza Słowakami -?z drugiej mają zatem
źródło w bardzo dawnej historii i po obu stronach, poprzez odpowiednie
podania lub zafałszowania, były też wtłaczane w świadomość kolejnych
pokoleń. Tak zatem Czesi i Słowacy chętnie utrzymują, że nawet
założyciel państwa Arpad i pierwszy król święty Stefan byli z pochodzenia Słowianami. Powołując się na rozpowszechniane jeszcze w czasach wielkiego księcia Gejzy pogłoski o "podwójnych Węgrzech",
Węgrzech "białych" i "czarnych", na Słowacji przedstawiano mieszkańców
tak zwanej "białej" części kraju (zachodnie i środkowe Węgry) jako
Słowian, natomiast w tak zwanej "czarnej" części Węgier miały mieszkać
podążające śladem wędrówki Madziarów tureckie plemiona Kabarów i Pieczyngów, jak też plemię Seklerów (węg. Székelyek), którego
pochodzenie zresztą do dzisiaj nie zostało
wyjaśnione8.
Z kolei Węgrzy w niektórych sagach i późniejszych eposach czy dziełach
sztuki malarskiej propagowali wizję, jakoby mieszkańcy Kotliny
Panońskiej przyjmowali zdobywców pod przywództwem księcia Arpada wręcz z jednomyślnym zachwytem. Twierdzenie to upowszechnia zwłaszcza
monumentalny obraz słynnego malarza Mihálya Munkácsyego Zajęcie
Węgier, który w budapeszteńskim parlamencie zdobi salon przyjęć,
przeznaczony w dużej mierze dla dygnitarzy zagranicznych. Dzieło
przedstawia Arpada w momencie triumfalnego przybycia do nowej ojczyzny -
majestatycznie siedzi on na swoim siwku w otoczeniu konnej świty.
Mieszkańcy, w większości pieszo, z wielką radością witają nowego władcę,
wręczając mu dary.
Biały koń w węgierskich sagach jest szczególnie ważnym elementem. Książę
Arpad zwyciężył Świętopełka w bitwie, jednak zanim do tego doszło,
wezwał księcia Moraw do podporządkowania się -?wysłał mu w darze białego
konia i jako odpowiedzi zażądał daru z ziemi, trawy i wody. U dawnych
Scytów był to symbol dobrowolnego podporządkowania się. Według legendy,
gdy Arpad otrzymał, czego sobie zażyczył, z całą pewnością i w dobrej
wierze objął kraj w posiadanie. W rzeczywistości tego rodzaju rytuały
były przyjętym elementem zawierania porozumień lub umów między
koczowniczymi plemionami.
O wzajemnych oskarżeniach Bawarczyków i Morawian, że zawarli pokój z Węgrami według pogańskiego zwyczaju, składając przysięgę nad totemami
wilka i psa, dowiadujemy się z listu, jaki biskup Theotmar z Salzburga w 900 roku napisał do papieża. Theotmar poległ 4 lipca 907 roku podczas
przygotowanej z wielkim rozmachem wyprawy wojennej Bawarczyków, chcących
odzyskać Panonię. Natarcie zakończyło się koło Preszburga (niem.
Pressburg, węg. Pozsony, dziś Bratysława) druzgocącą klęską i śmiercią
margrabiego Luitpolda, jak też większości bawarskiej szlachty. Saga o białym koniu znalazła swój ciąg dalszy w wymyślonej relacji o śmierci
Świętopełka, który później, po przegranej bitwie, uciekał przed
zwycięskimi Madziarami i miał się utopić w Dunaju. W rzeczywistości
zniszczenie krótkotrwałego państwa morawskiego nastąpiło dopiero po
śmierci Świętopełka, który zgodnie z obyczajem koczowników zawarł z Węgrami jedynie ugodę dotyczącą wspólnego wystąpienia przeciwko
Bawarczykom (894), w żadnym razie jednak nie zawarł z nimi umowy o przekazaniu im swojego kraju.
Biały koń jako symbol zwycięskiego żywiołu madziarskiego pod rządami
księcia Arpada -?obok innych motywów, jak na przykład rzekomego "paktu
krwi" w Pusztaszer i chrztu świętego Stefana -?był wielkim tematem
malarstwa monumentalnego w XIX wieku,
przede wszystkim w powiązaniu z jubileuszem tysiąclecia zajęcia ojczyzny
w roku 1896. Gdy po załamaniu komunistycznej Republiki Rad w listopadzie
1919 roku admirał i późniejszy regent Miklós Horthy wkroczył do
Budapesztu ("grzesznego miasta"), jadąc na siwku na czele oddziałów
kontrrewolucyjnych, ten staranie przemyślany gest został dobrze
zrozumiany -?był to widoczny sygnał ostrego zwrotu na prawo, w kierunku
skrajnego nacjonalizmu. Zresztą po ponad dwóch dziesięcioleciach sędziwy
mąż stanu jeszcze raz dosiadł białego konia, by na czele węgierskich
oddziałów wkroczyć do chwilowo odzyskanych -?dzięki wsparciu państw osi,
w wyniku orzeczenia sądu arbitrażowego w Wiedniu -?Koszyc (węg. Kassa,
niem. Kaschau, słow. i czes. Košice) i Klużu (węg. Kolozsvár, niem.
Klausenburg, rum. Cluj). Mieszkający tam Madziarzy odebrali ten czyn
jako symboliczny i powitali go frenetycznym wybuchem entuzjazmu.
Tak więc linia prosta prowadzi od przekazu do pełnych sprzeczności i ostatecznie okazujących się bumerangiem politycznym bohaterskich czynów
naszych czasów. I w pewnych sytuacjach mit białego konia miał do
wypełnienia jasno zarysowaną narodową funkcję.
Do dzisiaj narodowe mity zderzają się ze sobą w stosunkach
rumuńsko-węgierskich, a zwłaszcza w wysuwanych przez obydwa narody
historycznych prawach do Siedmiogrodu. Spór, czy to Rumuni, czy Węgrzy
po węgierskim zajęciu ojczyzny byli pierwszymi osadnikami, a wtedy także
decydującą siłą polityczną w Siedmiogrodzie, jako zwarta, a przynajmniej
przeważająca liczebnie grupa, poróżnił całe pokolenia historyków, nie
tylko w Budapeszcie i Bukareszcie. I tak na przykład brytyjski historyk
R. W. Seton-Watson przed pierwszą wojną światową całym swym
krasomówstwem poparł historyczne i polityczne interesy Rumunów (oraz
wszystkich Słowian) w walce przeciwko węgiersko-austriackiej hegemonii,
podczas gdy jego kolega C.A. Macartney zajmował bardziej wyważone
stanowisko w odniesieniu do drażliwej kwestii mniejszości na Wielkich
Węgrzech9.
Tego rodzaju historyczne oraz polityczne kontrowersje wielu pokoleń
rumuńskich i węgierskich naukowców czy też pisarzy przetrwały wszystkie
systemy i rządy. Także w epoce zjednoczonej Europy nie ma żadnych
widoków na złagodzenie wymowy podręczników szkolnych czy na zasadniczy
konsens wśród historyków.
Właśnie dlatego do dzisiaj niebagatelne jest oddziaływanie podań o zagadkowym pochodzeniu siedmiogrodzkich Seklerów, przekazywanych w pieśniach i podaniach ludowych, jak też w wierszach i literaturze dla
młodzieży. Należą one do kręgu baśni o Attyli i Arpadzie, ptaku turulu i o białym koniu, o rzekomo prastarej tożsamości Hunów i Madziarów.
Ich sednem jest mityczna postać Csaby, najmłodszego syna króla Hunów
Attyli. Gdy Csaba zobaczył,że jego ludowi grozi zguba, wyjął ze swojego
kołczanu czarodziejską strzałę i wystrzelił ją, by w ten sposób wezwać
na pomoc swoją matkę, czarodziejkę. Tam, gdzie wbił się grot strzały,
znalazł cudowne ziele, którego sok leczył rany. Za jego pomocą wskrzesił
swoich poległych wojów, ustawił ich w szyku bojowym i poprowadził na
wroga. Gepidów w obliczu tej armii umarłych ogarnęła porażająca zgroza,
tak że pozwolili niedobitkom ludu Csaby odejść w pokoju. Następnie Csaba
poprowadził resztki narodu Hunów -?wraz ze swą armią zmarłych, wtedy już
konną -?do granic Siedmiogrodu i polecił im się osiedlić w dzisiejszej
Seklerszczyźnie. Potem jednak zaprowadził martwych wojów do ich dawnej
ojczyzny, do kraju Attyli. Pozostawionym w Seklerszczyźnie klanom
obiecał, że zawsze gdy będzie im groziło wielkie niebezpieczeństwo, on i jego wojownicy wstaną z grobu i przybędą im na ratunek. Tak powstała
madziarsko-seklerska baśń ludowa Czekanie na Csabę. Mały naród
seklerski wielokrotnie znajdował się w wielkim niebezpieczeństwie i za
każdym razem znajdował ratunek -?według legendy wcale nie dzięki swej
ofiarnej dzielności, lecz dzięki prawdziwym cudom bożym. Aby rozproszyć
wrogów, Csaba i jego huńscy wojowie z łoskotem kopyt przegalopowali
przez sam środek nieba. To ślady kopyt ich rumaków utworzyły na niebie
połyskliwy szlak, który powszechnie nazywa się Drogą Mleczną, ale przez
Węgrów do dziś jest nazywany "Szlakiem Wojsk".
We wspomnianym dziele zbiorowym, któremu patronował następca tronu
Rudolf, niezwykle swego czasu popularny i nadzwyczaj płodny pisarz Mór
Jókai doszedł do wniosku, że przekazywane potomnym saga i historia są
tak bardzo ze sobą splecione, że albo można uznać całość za wiarygodną,
jak czyni to opinia publiczna, albo trzeba wszystko odrzucić. I miał
rację. Tylko że głosząc tezę o tożsamości Hunów i Madziarów, ten pełen
temperamentu i aż do późnego wieku kapryśny powieściopisarz posunął się
jednak za daleko.
Nawet jeśli Jókai chciałby, żeby to była prawda, to Seklerzy nie byli
spokrewnieni z Hunami, a ich pochodzenie i geneza do dziś pozostają
kwestia otwartą. Ostatnio przyjmuje się, że Seklerzy pierwotnie przybyli
do Kotliny Panońskiej wraz z Kabarami, albo jeszcze przed Madziarami
jako plemię bułgaro-tureckie, i już podczas walk przed zajęciem ojczyzny
stanęli po stronie Węgrów. Niezależnie od tego, jak mogło być, pewne
jest, że Seklerzy jeszcze na początku czasów nowożytnych używali
wariantu pisma tureckiego. Mówili wprawdzie po węgiersku, ale przez
stulecia zachowali jednak swoją odmienną strukturę społeczną i uprzywilejowaną pozycję. Już na początku XIII wieku węgierscy królowie zatrudnili ich
do zabezpieczania granic Siedmiogrodu, a obszar ich osadnictwa do dnia
dzisiejszego nazywa się Seklerszczyzną10.
To, co Jókai przed ponad stuleciem pisał o świadomości ścisłego
huńsko-węgierskiego pokrewieństwa, o wierze w prehistoryczną tożsamość,
jest rzeczywiście jedynym w swoim rodzaju zjawiskiem
psychologiczno-literackim na skalę światową. To wspomniane już
straszliwe wyprawy łupieżcze po zajęciu kraju ugruntowały złą sławę
Madziarów. Gdy w 1939 roku ukazał się zbiór esejów pod tytułem Mi a Magyar? (Węgrze, kim jesteś?), wybitni przedstawiciele węgierskiego
życia intelektualnego zajmowali się właśnie, jak po wielokroć przedtem i potem, kwestią narodowej tożsamości. I w tym kontekście historyk Sándor
Eckhardt przedstawił swoje studium -?niezwykle przydatne także dla
przyszłych pokoleń, napisane na podstawie solidnej kwerendy źródłowej -
Das Ungarnbild in Europa (Wizerunek Węgrów w Europie)11. Ze zdumieniem stwierdził, że obraz
dawnych Węgrów, przez zachodnich kronikarzy nakreślony jako negatywny, a czasami wręcz okropny i wzbudzający przerażenie, w tym także bajanie o "węgierskim kanibalizmie", przez wczesnych kronikarzy Anonima i Kézaia
został przedstawiony jako zbiór niezwykle pozytywnych cech. Na początku
X stulecia Regino, opat Prüm, jako
pierwszy pisał, że zgodnie z "pogłoskami" Węgrzy mieli jeść mięso
ludzkie i pić ludzką krew oraz wyrywać wrogowi serce z piersi, by w ten
sposób wzmóc własną odwagę. Te bajki były w rzeczywistości pozostałością
starożytnego stereotypu, sięgającego aż do Herodota.
Twierdzono, że Madziarowie to potomkowie legendarnych azjatyckich
Scytów, że wyglądają okropnie, są na poły ludźmi, na poły małpami,
spłodzonymi przez diabła pomiotami wiedźmy. Wszystkie źródła, kroniki i roczniki były odpisami, ale sporządzanymi nie na podstawie wypowiedzi
naocznych świadków, lecz według charakterystyk wcześniejszych
kronikarzy. Opis stworzony przez Regina był powtarzany niezliczoną ilość
razy i nawet rozszerzany. Wkrótce utożsamiono "nowych barbarzyńców" z Hunami, których w Europie pamiętano aż za dobrze. Przecież Attyla stał
się w oczach Zachodu uosobieniem barbarzyństwa, wręcz Antychrystem. W czasach renesansu Attyla pojawił się we włoskich legendach już jako król
węgierski -?syn zamkniętej w wieży córki królewskiej, spłodzony przez
charta, ma psie uszy i wszędzie węszy spisek12.
Wszystko to już wtedy i w ciągu następnych stuleci bynajmniej nie
poprawiało wizerunku Węgrów na świecie. Mimo to utożsamienie ich ze
Scytami i z Hunami przeniknęło z Zachodu do węgierskiej historiografii.
Już pierwsi kronikarze zaczęli wywodzić dynastię Arpadów od widma
Attyli. Owe importowane opowieści o Hunach głęboko i na stałe odcisnęły
piętno na węgierskiej świadomości. Utożsamienie Hunów i Węgrów
upowszechniło się w wierzeniach ludowych. Stopniowo żywioł węgierski z dumą zaakceptował to dziedzictwo -?bynajmniej nie tylko w średniowieczu,
ale jeszcze w XIX i po części w XX wieku -?by móc utożsamić własny rodowód ze
wspaniałym eposem o zagarniającym cały świat biczu bożym. Historyczne
fantazje pierwszych kronikarzy dostarczyły prawnego uzasadnienia zajęcia
ojczyzny -?niezwykle ważnego czynnika w świadomości historycznej
wszystkich Węgrów. Można by przywoływać jeszcze wiele szczegółów o łupieżczych wyprawach Węgrów po zajęciu przez nich kraju, czy też o ich
zbiorowym postrzeganiu i zapamiętaniu przez kronikarzy i historyków. W kontekście naszych rozważań istotne jest jednak tylko, że rzekome
huńsko-węgierskie pokrewieństwo wraz z "mongolsko-koczowniczą twarzą
Madziarów" aż po nasze dni kształtuje dialektykę między zachodnim
spojrzeniem z zewnątrz a portretem własnym Węgrów.
Zob. Bálint Hóman, Gyula Szekfű, Magyar Történet (t. 1-5),
Budapest 1936, t. 1, s. 1-131; György Györffy, István király és
műve, Budapest 1977, s. 15-54; György Székely, Antal Bartha,
Magyarország története (t. 1-10), Budapest 1987, t. 1, s. 265-575;
Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen 1988, s. 1-29; C.A. Macartney, Geschichte Ungarns, Stuttgart 1971, s. 1-11; Pál
Engel, Magyarok Európában. A kezdettől 1440-ig, Budapest 1990. [wróć]
Egon Friedell, Kulturgeschichte der Neuzeit, München 1996, s. 13. [wróć]
Zob. György Dalos, Mythen der Nationen, Berlin 1998, s. 531. [wróć]
Herwig Wolfram, Die Geburt Mitteleuropas. Geschichte Österreichs
vor seiner Entstehung 378-907, Berlin 1987, s. 311-375 i n. [wróć]
Zob. György Györffy, A magyarok elődeiről
és a honfoglalásról. Kortársak és krónikások híradásai,
Budapest 1986; Thomas von Bogyay, Grundzüge der ungarischen
Geschichte, Darmstadt 1990, s. 3-13; zob. także dyskusję w:
"História", zeszyt specjalny o zajęciu ojczyzny, 1966, nr 2. [wróć]
Georg Stadtmüller, Geschichtliche Ostkunde, Wien -?München -Zürich
1963, t. 2, s. 31. [wróć]
Cyt. za: A honfoglalás a külföldi történetírásban, "Magyar
tudomány" 1995, nr 12, s. 1407. [wróć]
B. Hóman, G. Szekfű, op. cit., t. 1, s. 123 i n.; T. Bogyay, op.
cit., s. 33-36; Erdély rövid története, red. Béla Köpeczi,
Budapest 1990, s. 107-240 i n. [wróć]
Zob. m.in. R. W. Seton-Watson, A History of the Roumanians, London
1934 (reprint 1963), s. 1-16. [wróć]
Die Székler, w: Magyarok a Kárpát-medencében, red. Ferenc Glatz,
Budapest 1988, s. 47; Karl Szabó, Ungarn, t. 1, Die
österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild (t. 1-24),
Wien 1888; Erdély rövid története, red. Bela Köpeczi, Budapest
1989, s. 241-267. Zob. odnośnie do Jókaia, Ungarn. Band I, Die
österreichisch-ungarische Monarchie in Wort und Bild, Wien 1888, s.
318-326. [wróć]
Sándor Eckhardt, Das Ungarnbild in Europa, w: Ungarische
Jahrbücher, Berlin 1942. Niemieckie tłumaczenie eseju z tomu
zbiorowego Mi a Magyar (Budapest 1938) jest zmanipulowane, to
znaczy "oczyszczone" z krytycznych uwag niepasujących do okresu
nazistowskiego. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Od najazdów Madziarów do chrześcijańskiego królestwa Arpadów
Od najazdów Madziarów
do chrześcijańskiego królestwa
Arpadów
Co najmniej sporna jest teza Vajayego, że w grabieżczych wyprawach
bynajmniej nie chodziło o pozbawione skrupułów pustoszenie, bo były to
"dobrze przemyślane strategiczne przedsięwzięcia, o wielkiej doniosłości
i znaczeniu dla Europy". Pewne jest natomiast, że tak pomyślne wyprawy
łupieżcze kryły w sobie także zalążek przyszłych klęsk. Przeciwnicy,
zwłaszcza Bawarczycy, wkrótce zauważyli, że w drodze powrotnej znużone
zastępy jeźdźców, obładowane zdobyczą i ciągnące za sobą jeńców, można
było zaatakować z pewnymi widokami na sukces. Jednocześnie u coraz
bardziej sytych Węgrów wyraźnie pogarszały się dyscyplina i ruchliwość,
tak typowe dla dawnej taktyki koczowniczych jeźdźców.
W każdym razie za srebro i złoto dowódcy węgierskich zagonów byli gotowi
oszczędzić pewne regiony lub ruszyć na inne z ekspedycjami karnymi.
Pierwszym krajem, który Madziarom regularnie płacił trybut, były Włochy.
W 899 roku oddział pięciu tysięcy węgierskich jeźdźców otoczony nad
Brentą pokonał trzy razy liczniejszą armię króla Berengara I. Po kolejnych węgierskich najazdach król
zdecydował się wykupić siebie i swój lud. Węgierski historyk György
Györffy zdołał ustalić, że musiało chodzić o około 30 kilogramów złota.
Jedynie Niemcy, wystawiając zdyscyplinowaną, ciężkozbrojną, walczącą w zwartym szyku konnicę i potrafiąc wykorzystać słabości przeciwnika, byli
w stanie w 917 i 933 roku zadać Węgrom klęskę. Następnie 10 sierpnia 955
roku udało im się osiągnąć decydujące zwycięstwo nad rzeką Lech koło
Augsburga. Horka Bulcsú, trzeci najwyższy rangą dostojnik związku
plemiennego, oraz książę Lél (Lehel) skończyli na szubienicy w Ratyzbonie.
Triumf Ottona I, który później przyniósł
mu przydomek "Wielki", niemieccy historycy opiewali jako "przełom w dziejach powszechnych", jako uratowanie kultury chrześcijańskiej przed
azjatyckimi barbarzyńcami. Według legendy z całej armii węgierskiej
miało pozostać przy życiu tylko siedmiu ludzi, którzy potem, zhańbieni
na całe życie, jako "żałobni Węgrzy" (gyászmagyarok) musieli wędrować
po ziemi ojczystej, żebrząc o środki na utrzymanie. Jest także słynna
saga o Lélu. Skazany na śmierć po przegranej bitwie Lél po raz ostatni
zadął w swój ulubiony róg, po czym zabił nim zwycięskiego króla,
wołając: "A jednak będziesz mi służył w zaświatach!". Rzekomy róg Léla z kości słoniowej jeszcze dziewięćset lat później pokazywano w małym
miasteczku Jászberény.
Według węgierskich kronikarzy Bulcsú był niezwykle władczym i wojowniczym przywódcą, który siebie i swój lud przedstawił cesarzowi
jako "zemstę i bicz boży". Natomiast rozbieżne bywają oceny rzeczywistej
doniosłości zwycięstwa na nadbrzeżnej równinie Lechu. Współcześni
węgierscy historycy uważają, że tamta klęska wcale nie była dotkliwsza
niż obie wcześniejsze porażki. W każdym razie przekaz, jakoby 26 tysięcy
Niemców miało pokonać 100 tysięcy albo wręcz 128 tysięcy Węgrów, był
niewątpliwie jedynie wymysłem. Liczebność wojska węgierskiego pod
Augsburgiem ocenia się dzisiaj na nie więcej niż 20 tysięcy. Decydujące
było jednak stracenie Bulcsú, przywódcy o silnej osobowości, a także
psychologiczne następstwa klęsk. Przede wszystkim zachodnie
chrześcijaństwo miało okazję, by pozyskać dusze pogańskich Węgrów.
Nie wiemy, jak lud węgierski poradził sobie z następstwami klęski. W każdym razie decydująca o dalszych losach bitwa na Lechowym Polu
otworzyła drogę do epokowego wydarzenia. Węgrzy nie zniknęli ze
światowej sceny tak jak inni pobici jeźdźcy. Co więcej, przejęli
zachodnią kulturę i między Rzymem a Bizancjum wybrali Kościół katolicki.
Pod panowaniem wielkiego księcia Gejzy (węg. Géza), prawnuka Arpada,
konni łupieżcy z pokolenia na pokolenia stawali się osiadłymi rolnikami
i pasterzami, nie tracąc przy tym swojego języka czy też tożsamości
politycznej, co bez wyjątku spotkało ich wszystkich poprzedników.
"Madziarowie jako pierwszy lud stepowy zostali ujęci w karby przez
zastane warunki gospodarcze i osadnicze oraz przez stosunki społeczne i kulturalne towarzyszące przełomowi w chrześcijańskich ośrodkach władzy",
stwierdza niemiecki historyk Klaus Zernack. Niemniej u samych Węgrów
klucz do przełomu tkwił w politycznej woli Gejzy i jego syna świętego
Stefana, by do końca pójść drogą od związku plemiennego do stworzenia
chrześcijańskiego państwa dynastii Arpadów. To, że -?jak donosi Thietmar
z Merseburga -?Gejza uważał się za wystarczająco bogatego i silnego, by
składać ofiary wielu bogom, nie zmienia niczego w dokonanej zamianie
ról. Podczas jego, trwającego ponad ćwierćwiecze (972-997), panowania
uratował swój lud przed upadkiem. Nastąpiło ostateczne zerwanie z koczowniczym trybem życia. To, co stało się na Węgrzech w ciągu kilku
dziesięcioleci po bitwie nad rzeką Lech, było nie mniejszym historycznym
cudem. Ze związku plemiennego konnych koczowników szybko wyłoniło się
chrześcijańskie królestwo, jakkolwiek nie obeszło się bez wstrząsów.
Terytorialna jedność chrześcijańskiego królestwa została na Węgrzech
wymuszona dopiero po serii krwawych konfliktów. Po śmierci wielkiego
księcia Gejzy roszczenia do objęcia władzy zgłosiło dwóch członków
dynastii Arpadów. Koppány, książę Somogy, który rządził na terytorium na
południe od Balatonu, powoływał się na wynikającą z prawa krwi zasadę
senioralną, która przyznawała następstwo najstarszemu członkowi rodu.
Kontrkandydatem tego pogańskiego wodza plemiennego był jeszcze bardzo
młody syn Gejzy Vajk, który już wtedy nosił chrześcijańskie imię Stefan
(István). Data jego urodzin nie jest dokładnie znana, źródła podają 967,
969 a nawet 975 rok. Nie wiemy także dokładnie, kiedy został ochrzczony.
Pewne jest jednak, że Stefan swoje roszczenia oparł na nierozerwalnym
związku chrześcijaństwa z państwowością oraz odwoływał się do zasady
primogenitury, do prawa wielkiego księcia, ewentualnie króla, by
samodzielnie określać swoich dziedziców zgodnie z zasadą pierworództwa.
Chociaż wielki książę Gejza po swoim chrzcie w roku 973 w gruncie rzeczy
pozostał poganinem, to jednak zatroszczył się o to, by jego syn Stefan
otrzymał chrześcijańskie wychowanie. Na krótko przed śmiercią ciężko
chory wielki książę postarał się jeszcze w imieniu syna o rękę córki
bawarskiego księcia. Z powodzeniem -?ślub Stefana z Gizelą, siostrą
młodego bawarskiego księcia i późniejszego cesarza Henryka II, odbył się w 996 roku. Gdy Gejza zmarł rok
później, Stefan był już -?przede wszystkim pod wpływem biskupa Wojciecha
(niem. Adalbert) z Pragi -?wielce pobożnym władcą i w przeciwieństwie do
swego ojca chrześcijaninem z przekonania, a nie ze względów taktycznych.
Wraz z bawarską córką książęcą Gizelą na Węgry przybyli liczni niemieccy
misjonarze i kapłani, a także szlachetnie urodzeni rycerze i urzędnicy.
Już Gejza, sprawując władzę, opierał się po części na gwardii
przybocznej składającej się z bawarskich rycerzy. Teraz to nasiliło się
jeszcze bardziej.
Jenő Szűcs zwrócił uwagę, że słowu i krzyżowi drogę utorował miecz.
Wiele zależało jednak od tego, kto tym mieczem wymachiwał i jaką
reprezentował koncepcję. Do decydującej rozprawy o przyszłość kraju
doszło w 998 roku w pobliżu malowniczego miasta Veszprém w zachodnich
Węgrzech. To przede wszystkim niemieccy rycerze byli tymi, którzy -?obok
"rodzimych sił" Stefana z jego własnego plemienia -?doprowadzili do
rozstrzygnięcia i ostatecznie pokonali wodza plemiennego Koppánya.
Legendy i kroniki przedstawiają niezwykle symboliczną scenę. Przed bitwą
młody Stefan zwołał ponoć niemieckich rycerzy i własną drużynę. Ukląkł
wśród nich, by błagać patrona Panonii, świętego Marcina, o zwycięstwo.
Następnie zgodnie z niemieckim zwyczajem polecił przypasać sobie do boku
pobłogosławiony przez Kościół miecz, który miał (i chciał) podnieść w służbie dalszej chrystianizacji1.
W roli głównodowodzących wojskiem stało u boku Stefana dwóch rycerzy ze
Szwabii oraz słynny Wezellin (węg. Vecellin) z Wasserburga. Wróg był
określony jednoznacznie: był nim pogańsko-barbarzyński plemienny wódz
tradycjonalizmu. Książę Koppány, krewniak Stefana, który zamierzał
poślubić wdowę po Gejzie Saroltę, aby zgodnie z obyczajem koczowników
legitymizować swoje roszczenia do następstwa tronu, przegrał bitwę z opancerzonymi rycerzami Stefana i stracił życie.
Stefanowi w istocie chodziło o to, by złamać potęgę wodzów plemiennych
oraz wzbogaconych na wyprawach łupieżczych pogańskich członków ich
drużyn, a także by odbudować autorytet następcy Arpada oraz władzę nad
wszystkimi plemionami. Nawet jeśli w narodowej tradycji starcie koło
Veszprém zostało uwiecznione jako "bitwa między Teutonami a Węgrami", to
wywalczone bez litości i miłosierdzia zwycięstwo nad Koppányem i jego
zwolennikami stało się punktem wyjścia do przetworzenia luźnego, na poły
koczowniczego związku osób w mocno scalone chrześcijańskie państwo
Węgrów.
Pokonanie przeciwnika było także wstępem do późniejszych wypraw Stefana
przeciwko wielkim, działającym niemal w pełni niezależnie, książętom w Siedmiogrodzie (jak choćby jego wuj Gyula), a na południu przeciwko
księciu Ajtonyowi, który miał zawrzeć sojusz z "Grekami". Militarne
niszczenie krnąbrnych wodzów poszczególnych klanów postępowało
równolegle z walką przeciwko tak zwanym czarnym Węgrom, których w latach
od 1004 do 1006 nawrócono "przemocą i miłością", jak to określił Brunon
z Kwerfurtu. "Czarnymi Węgrami" nazywano połączonych sojuszem z plemionami węgierskimi Seklerów oraz ludy tureckie, jak Kabarowie czy
Pieczyngowie, których członkowie żyli w Siedmiogrodzie i na południowych
Węgrzech jako żołnierze posiłkowi.
Obraz roli Stefana w węgierskiej historii jest pełen sprzeczności. Czy
był dobrotliwy i "najpobożniejszy", jak go charakteryzowali jego
niemieccy kronikarze dworscy, czy raczej bezlitosny i okrutny? Czy nie
tylko zabił swojego krewniaka Koppánya, lecz na dodatek jeszcze
poćwiartował jego ciało? Tę drugą wersję, a więc jego nieprzejednanie i twardość, zdaje się potwierdzać niesamowity przekaz, zgodnie z którym
Stefan trzy części ciała księcia kazał przybić do bram pobliskiej
siedziby biskupa w Veszprém oraz miast Jawarynu (węg. Győr, niem. Raab)
i Stołecznego Białogrodu (węg. Székesfehérvár, niem. Stuhlweissenburg),
podczas gdy czwartą miał wysłać do Białogrodu Julijskiego
(Gyulafehérvár, niem. Weissenburg, w Siedmiogrodzie) jako ostrzeżenie
dla swego krnąbrnego wuja Gyuli2. Czas i przebieg poszczególnych starć są równie sporne jak wiele innych kwestii
z wczesnej historii węgierskiego państwa. Pewne jest tylko to, że Stefan
także jako król -?i to nawet w podeszłym wieku -?szybko i bezwzględnie
postępował wobec rzeczywistych lub domniemanych przeciwników.
Stefan, który w 1083 roku został ogłoszony świętym (jako pierwszy z ośmiu świętych z dynastii Arpadów), jest zarówno przez zagranicznych,
jak i przez węgierskich historyków uznawany za jedną z najpopularniejszych i najszczęśliwszych postaci, być może nawet
najbardziej znaczących, a w każdym razie za "odnoszącego największe
sukcesy i najbardziej sumiennego rzemieślnika węgierskiej państwowości"
(Gyula Szekfű). Ze względu na gorliwość, z jaką nawracał swój lud na
chrześcijaństwo, porównywano go nawet z Karolem Wielkim. Stefan I był niewątpliwie osobą głęboko religijną, a jednocześnie na tyle zdeterminowaną, by z nieugiętą siłą woli uwolnić
siebie i swój lud od barbarzyńskiej przeszłości i pogańskich tradycji.
Jego koronacja na węgierskiego króla, przeprowadzona najprawdopodobniej
pierwszego dnia roku 1001 (niektóre źródła mówią o dniu Bożego
Narodzenia roku 1000), stała się punktem zwrotnym w dziejach Węgier,
nawet jeśli prehistoria i międzynarodowe konteksty tego wydarzenia
pozostają sporne. Jedynym powszechnie akceptowanym przez węgierską
historiografię ówczesnym źródłem jest relacja niemieckiego biskupa
Thietmara z Merseburga, według której Stefan, szwagier księcia Bawarii
Henryka, "dzięki łasce i staraniom" cesarza Ottona III otrzymał koronę i błogosławieństwo od
papieża Sylwestra II. Jeszcze kilka
dziesięcioleci temu dochodziło do emocjonujących "państwowo-prawnych"
debat między niemieckimi i węgierskimi naukowcami, czy korona Stefana
została mu przekazana przez papieża czy cesarza. W końcu jednak
osiągnięto porozumienie: Stefan otrzymał koronę od papieża, za aprobatą
Ottona III.
W przeciwieństwie do Czech, Moraw i Polski królestwo węgierskie nie
znalazło się zatem w stosunku lennym wobec cesarstwa
rzymsko-niemieckiego, lecz faktycznie pozostało niezależne. I także przy
pełnej niezależności Stefan przestawił swój kraj i swoją władzę na
zasady monarchii chrześcijańskiej. Z politycznego punktu widzenia było
to działanie suwerenne, czego znaczenia niepodobna przecenić.
Brytyjski naukowiec C.A. Macartney, specjalizujący się w historii
Węgier, skomentował to następująco: "Nawrócenie się na chrześcijaństwo
sprawiło, że lud węgierski z hordy znajdującej się poza obowiązującym
wówczas prawem, przeciwko której chrześcijański książę nie tylko mógł,
lecz wręcz miał obowiązek wystąpić, stał się członkiem chrześcijańskiej
rodziny narodów, a jego król władcą powołanym na urząd zrządzeniem łaski
bożej, którego praw inni książęta nie mogli naruszać, nie narażając się
na popełnienie grzechu"3. Historyk zwrócił również uwagę, że król
węgierski nie był wprawdzie równy rangą cesarzowi, ale też nie był mu
poddany. Apostolskie symbole (kopia świętej włóczni i krzyż) pokazywały,
że Kościół węgierski podlegał tylko autorytetowi Rzymu, co według
Macartneya "ogromnie wzmocniło rzeczywistą niezależność kraju".
W ten sposób jeszcze niedawno na poły koczowniczy, pogański lud,
zachowując swą odrębność polityczną i etniczną, stał się częścią
chrześcijańskiej Europy. Nie tylko bezlitosne rozprawienie się ze
zwolennikami pogaństwa, lecz także radykalne przekształcenie państwa
pozwalają wyciągnąć wniosek, że w przypadku Stefana właściwie nie
chodziło o przejęcie odziedziczonego po ojcu organizmu państwowego, lecz
o jego zanegowanie (Gyula Kristó)4.
Stefan nigdy nie chciał być wasalem, lecz suwerennym władcą, a korona
Stefana od czasu koronacji zawsze była symbolem węgierskiej
samodzielności i wolności. Później jeszcze wrócimy do historii owej
korony i do jej politycznego znaczenia -?prawnego i państwowego. Jednak
już teraz można stwierdzić, że Stefan nigdy nie nosił czczonej od wieków
korony, która dziś jest wystawiona na widok publiczny w budapeszteńskim
Muzeum Narodowym, ponieważ jej spód, tak zwana grecka część, został
wykonany dopiero w 1074 roku, a zatem prawie cztery dziesięciolecia po
jego śmierci, "łacińska", górna część zaś prawdopodobnie dopiero w XIII stuleciu. Węgierscy historycy uparcie
milczą o tym, że cesarz Henryk III po
rozruchach na Węgrzech i po swoim zwycięstwie nad powstańcami (w 1044
roku w pobliżu miasta Jawaryn) zdobył koronę i odesłał ją do Rzymu.
Korona świętego Stefana w jej dzisiejszej formie jest mitem. Tylko
dlaczego w takim razie wciąż jeszcze jest tak nazywana? Na to pytanie z ujmującą szczerością odpowiadają autorzy sztandarowego dzieła Tausend
Jahre Stephanskrone (Tysiąc lat korony Stefana), profesorowie Kálmán
Benda i Erik Fügedi: "Ta niezniszczalna wiara utrzymywała się przez
stulecia. Historykom nie pozostało nic innego, jak to przyznać -?w tym
przypadku nie jest istotne, czy korona jako przedmiot materialny
rzeczywiście była koroną Stefana, ale powszechna niewzruszona wiara, że
nią była"5.
W przeciwieństwie do kwestii pochodzenia korony nie ma żadnych
wątpliwości co do faktu i następstw reform przeprowadzonych przez
Stefana. Dotyczyły one nie tylko administracji, lecz także tworzenia
organizacji kościelnej w całym kraju. W chwili koronacji Stefan stał się
królem z łaski bożej i władcą nieograniczonym. Tym samym mógł według
własnego uznania korzystać praktycznie ze wszystkich przysługujących
średniowiecznemu królestwu prerogatyw władzy najwyższej. Zaliczała się
do nich choćby polityka zagraniczna i prawo powoływania na urząd
publiczny, jako przedstawiciela woli królewskiej, każdego człowieka,
nawet najniższego pochodzenia, jeśli mu tylko odpowiadał. Zgodnie z własną wolą król mógł też wyznaczać i odwoływać dostojników, a także
wydawać prawa. Poza tym jego autokrację charakteryzowały niezmierzony
obszar królewskich gruntów oraz bezwarunkowe zwierzchnictwo nad
organizacją kościelną.
W polityce zagranicznej, dzięki twardej, ale umiarkowanej postawie wobec
sąsiadów, królowi udało się zbudować chrześcijański ład
prawno-państwowy. Po pomyślnym odparciu Bułgarów na południu i Polaków
na północy Stefan do 1018 roku zdołał odzyskać węgierską kontrolę nad
całą Kotliną Panońską. Podczas jego ponadczterdziestoletniego panowania
doszło do jednego poważnego konfliktu zbrojnego, gdy cesarz Konrad II w 1030 roku znaczącymi siłami najechał na
Węgry. Bez wielkich strat, zachowując przewagę taktyczną, Stefan odparł
atak, a w ramach odwetu zajął Wiedeń.
W polityce wewnętrznej, po zwycięstwach nad wodzami plemiennymi,
autorytet korony był niepodważalny. Silna centralizacja wczesnego
królestwa węgierskiego utrudniała wytworzenie się stosunków
lenno-prawnych. Stefan systematycznie wywłaszczał klany, które musiały
oddać większą część swoich włości -?podporządkowującym się mu wodzom
pozostawiał jedynie trzecią część ich dóbr. De facto oznaczało to, że
zdołał rozciągnąć prawo własności na cały obszar zamieszkany przez
Węgrów. Władza przechodziła ze związków plemiennych na jednostki
polityczno-wojskowe i policyjno-administracyjne. Król ustanowił około 40
komitatów (jednostek administracyjnych przypominających hrabstwa), na
których czele stawali mianowani przez niego "żupanowie" (burgrabiowie, z węg. ispán, z którego wywodzi się słowiański župan).
Królewski komitat, a zatem jednostka organizacji terytorialnej z zamkiem
królewskim jako ośrodkiem administracji lokalnej, w większości
przypadków był identyczny z wcześniejszym obszarem osadniczym klanu.
Rozbiciu tradycyjnych związków społecznych towarzyszyło zakładanie
królewskich domen zamkowych, na czele których zawsze stała osoba z najbliższego otoczenia króla. Chociaż królowi za wzór służyły instytucje
niemieckie i choć otrzymywał sugestie z cesarstwa niemieckiego, w praktyce wszystko było dopasowywane do specyficznych warunków
węgierskich. Według Thomasa von Bogyayego "nową zasadą porządkującą
chrześcijańskie społeczeństwo państwa węgierskiego stała się nie tyle
feudalna hierarchia, ile bezpośrednia, osobista relacja z królem"6. Nie oznaczało to jednak bezwzględnego rozbicia
starej struktury społecznej. Wspólnota "wolnych", to znaczy potomkowie
pozbawionych władzy książąt plemiennych i wodzów klanów w linii męskiej,
o ile nie uczestniczyli w żadnych próbach przewrotu czy nie stracili
swoich osobistych praw ze względu na popełnienie przestępstwa, zachowała
swoje przywileje, tak samo jak rycerze przybyli z zachodu i z sąsiednich
krajów słowiańskich. Owa wspólnota "wolnych" jako uprzywilejowana
warstwa była wśród całej ludności jedyną aktywną politycznie grupą.
Tylko jej członkowie mogli uczestniczyć w politycznych naradach i sprawować urzędy publiczne. Jedynie oni podlegali bezpośrednio
jurysdykcji królewskiej. Ponadto, poza daninami na rzecz Kościoła, nie
płacili żadnych podatków. Ich obowiązkiem i przywilejem było świadczenie
służby wojskowej.
Chrystianizacja nie tylko odnowiła podstawy autorytetu dynastii
panującej. Nawrócenie się na chrześcijaństwo rzymskie, a tym samym
przyjęcie języka i pisma łacińskiego, prowadziło poprzez zniszczenie
starych pogańskich zwyczajów do włączenia Węgier w sieć językowych,
kulturowych i politycznych współzależności. Koncepcje Stefana ujawniają
się w zachowanym nadzwyczaj ważnym źródle bezpośrednim -?chodzi o Testament świętego Stefana: przestrogi i statuty skierowany do jego
syna. Pismo to w imieniu i według instrukcji Stefana sporządził na jego
dworze około 1015 roku anonimowy duchowny (według niektórych źródeł
pochodzący z południowych Niemiec).
Zgodnie z tym pismem głównym zadaniem chrześcijańskiego władcy jest
ochrona Kościoła i przezwyciężenie pogaństwa. "Jeśli jednak zachowasz
tarczę wiary, zdobędziesz puchlerz życia wiecznego. Kiedy tak uzbroisz
swoją duszę będziesz mógł prawowicie walczyć zarówno z wrogami
niewidzialnymi, jak i widzialnymi"7.
Słusznie podkreślał Jenő Szűcs, że terytorialna jedność królestwa
węgierskiego została pod znakiem idei wywalczona mieczem -?pojęcie
"wróg" nie miało żadnego etniczno-narodowego charakteru, lecz zostało
utożsamione z poganinem. W cytowanym piśmie Stefan mówi o wierze jako
najważniejszym fundamencie władzy królewskiej; Kościół jest wymieniony
na drugim miejscu, a kler na trzecim. Świadome podporządkowanie
chrześcijańskiemu uniwersalizmowi było częścią jego sposobu pojmowania
państwa. Stefan zawsze opierał się raczej na duchowieństwie niż na
świeckich. Jednak kler początkowo musiał przybywać z zewnątrz. Aby móc
wymienić pogańskich kapłanów na chrześcijański kler, król sprowadzał i wspierał obcych wikariuszy i mnichów, przynajmniej do czasu, aż
wystarczająca liczba młodych Węgrów przyswoiła sobie niezbędną wiedzę
teologiczną i administracyjną. Świadome oparcie się na instytucjach
germańskich znalazło wyraz w łacińskiej terminologii w prawodawstwie i administracji, a także w dziedzinie bicia monet. I tak wzory pierwszych
węgierskich monet i pracownicy mennicy zostali sprowadzeni z Ratyzbony.
Z pewnością nie było przypadkiem, że akurat w najważniejszym rozdziale
Testamentu nieznany autor usprawiedliwiał zwiększający się wpływ
obcego duchowieństwa i obcej szlachty. Cytowana już wcześniej, popularna
maksyma głosi: "Kraj, który ma tylko jeden język i tylko jedne obyczaje,
jest słaby i niedołężny". Stefan podkreślał, że "goście, jako że
przybywają z rozmaitych okolic i krajów, przynoszą ze sobą rozmaite
języki, rozmaite wiadomości i siłę zbrojną, a wszystko to wzbogaca kraj,
podnosi autorytet dworu i podnosi zaporę przeciwko arogancji
cudzoziemców". I dalej napomina: "Dlatego zwracam ci uwagę, mój synu,
ażebyś otoczył ich życzliwą opieką i poszanowaniem, żeby chętniej u ciebie zostawali, niżby mieli mieszkać gdzie indziej. Jeśli bowiem dążyć
będziesz do tego, by zburzyć, co zbudowałem, lub rozproszyć, co zebrałem
w jedno, to bez wątpienia kraj twój poniesie ogromną szkodę"8.
Przy budowie całkowicie nowej organizacji kościelnej szczerze wierzącego
króla wspierali nie tylko uczniowie świętego Wojciecha z Pragi, lecz
także wielu wysokiej rangi duchownych i misjonarzy z Niemiec, Włoch,
Francji i sąsiednich krajów słowiańskich. Zresztą kształcenie
miejscowych kapłanów postępowało tak sprawnie, że już od 1040 roku do
episkopatu zaczęli awansować Węgrzy z urodzenia. Żyjący na Węgrzech
południowi Słowianie (Chorwaci i Słoweńcy) wywierali duży wpływ na język
Kościoła -?za ich pośrednictwem zapożyczono wiele wyrazów pochodzenia
słowiańskiego. W orszaku króla i w jego armii były zresztą
reprezentowane także Anglia, Kijów i Bizancjum. Tytuł komendanta jego
gwardii przybocznej brzmiał dux Ruizorum,a nazwa "Rus" (węg. orosz)
pozwala domyślać się, że skład drużyny był różnorodny etnicznie.
Gdy Stefan zmarł 15 sierpnia 1038 roku, na Węgrzech istniały dwa
arcybiskupstwa -?Jawaryn (węg. Györ) i Kalocsa -?oraz osiem biskupstw.
Zgodnie z rozporządzeniem króla każde dziesięć wsi miało zbudować jeden
kościół i zapewnić utrzymanie jednemu kapłanowi. Diecezja Veszprém mogła
zostać założona jeszcze przed koronacją wielkiego księcia Gejzy. Wśród
ufundowanych klasztorów zapewne najbardziej wyróżniającym się był
klasztor benedyktynów Pannonhalma (niem. Martinsberg), któremu zostały
przyznane znaczne przywileje, na przykład wolny wybór opata i bezpośrednie podporządkowanie arcybiskupowi z Ostrzyhomia (węg.
Esztergom, niem. Gran). Stefan przekazał temu klasztorowi jedną
dziesiątą ziem pokonanego i straconego kuzyna Koppánya. Diecezje i założone w czasie jego panowania klasztory należały do najbogatszych
posiadaczy ziemskich Węgier. Król Stefan, który w 1083 roku został
ogłoszony świętym -?wraz ze swoim przedwcześnie zmarłym synem Emerykiem
i biskupem Gerardem z Csanád, męczennikiem powstania pogan z 1046 roku -
zbudował "państwowo-kościelny" system na wzór karolińskiego, królestwo
mocno scentralizowane i autokratyczne, które zarówno w sprawach
wewnętrznych, jak i zagranicznych zdołało zachować swoją suwerenność
nawet wobec cesarza.
Święty Stefan -?jako założyciel państwa, i wielki książę Arpad -?jako
zdobywca, zawsze ucieleśniali pewną polaryzację, dualizm węgierskiej
świadomości historycznej. Poćwiartowany książę Koppány na zawsze
pozostał pierwowzorem buntowniczych Węgrów, ptak turul zaś stał się
pogańskim przeciwieństwem Świętej Korony Stefana. Hasło "Stefan kontra
Arpad" w różnych okresach węgierskiej historii wyrażało także konflikt
między katolickim uniwersalizmem chrześcijańskiego królestwa, włączonego
w krąg kultury zachodniej, a pogańskim księstwem opierającym się na
własnych siłach, legitymizowanym przez zdobycie kraju i naznaczonym
przez wschodni rodowód. Z jednej strony chrześcijański uniwersalizm,
powiązany z testamentowym opowiedzeniem się króla Stefana za
wielonarodowym i wielokulturowym charakterem wczesnego królestwa
węgierskiego; z drugiej natomiast mit homogenicznego narodu, nieliczący
się z mniejszościami narodowymi, z kultem Arpadów jako symbolem tego
wszystkiego, co narodowe, i rzekomej ciągłości od króla Hunów
Attyli9.
Jenő Szűcs, König Stephan in der Sicht der modernen ungarischen
Geschichtsforschung, w: Südost-Forschungen' München 1972, t.XXXI, s. 17-35. [wróć]
Gyula jest węgierskim odpowiednikiem imienia Juliusz, a zarazem
tytułem księcia-wodza w ramach węgierskiej hierarchii plemiennej
(przyp. red.). [wróć]
C.A. Macartney, Geschichte Ungarns, Stuttgart 1971, s. 15. [wróć]
"Népszabadság", 19.08.1997. [wróć]
Kálmán Benda, Erik Fügedi, Tausend Jahre Stephanskrone, Budapest
1988. [wróć]
Thomas von Bogyay, Grundzüge der ungarischen Geschichte,
Darmstadt 1990, s. 22. [wróć]
Testament świętego Stefana: przestrogi i statuty, tłum. Elżbieta
Cygielska, Teresa Worowska, Warszawa 2004. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Katalin Sinkó, Árpád versus Sain István. Competing Heroes and
Competing Interests in the Fgurative Representation of Hungarian
History, "Ethnologia Europaea" 1989, nr 29, s. 67-83. [wróć]
Zmagania o ciągłość i wolność
Zmagania o ciągłość i wolność
Ledwie król Stefan wydał ostatnie tchnienie, a już młode królestwo
musiało zmierzyć się z ciężkim kryzysem, którego pierwsze objawy
pojawiły się na horyzoncie jeszcze za życia władcy: nie została bowiem
uregulowana kwestia sukcesji tronu. Jedyny syn Stefana zmarł w 1031 roku
po nieszczęśliwym wypadku na polowaniu. W konsekwencji doszło do
zawziętej walki z kuzynem Stefana Vazulem (Vászoly), który powołując się
na legitymizację pogańską, zgłosił roszczenia do tronu. Stefan kazał go
oślepić i wlać mu ołów do uszu, a jego trzech synów wygnać do Polski,
ewentualnie do Kijowa1.
Na swojego następcę król wyznaczył wenecjanina Piotra Orseolo, syna
swojej siostry i wygnanego doży. Jednak Piotr szybko został wypędzony w wyniku pałacowego przewrotu i zastąpiony przez ambitnego szwagra
Stefana. Po interwencji cesarza Henryka III Piotr wrócił na tron, lecz już jako wasal
niemieckiego władcy. Szeroko zakrojony ruch powstańczy ostatecznie
przegnał obcego, który wobec węgierskich wielmożów nazbyt faworyzował
swoją zagraniczną świtę -?"paplających Włochów i rozwrzeszczanych
Niemców".
Już najstarsze kroniki, spisane na dworze potomków oślepionego Vazula,
za okrutne rozprawienie się z nim odpowiedzialnością obarczały Gizelę,
niemiecką żonę Stefana, Piotrowi zaś zarzucały, że pozwala na przejście
całego kraju w ręce Niemców. Inne źródła utrzymywały, że król Piotr źle
potraktował mieszkającą w Veszprém Gizelę.
W każdym razie wdowa po Stefanie opuściła Węgry w 1045 roku, kiedy
przebywał tam cesarz Henryk III, i wraz
z nim udała się do Pasawy. Została później ksienią w klasztorze żeńskim
w Niederburgu. Długo wierzono, że pochowano ją w założonej przez nią
katedrze w Veszprém. Dopiero w przededniu pierwszej wojny światowej
monachijski archeolog odkrył grób w kościele żeńskiego klasztoru
Niederburg w Pasawie. Od tej pory klasztor ten jest ulubionym miejscem
pielgrzymek węgierskich wiernych2.
Przy okazji zawarcia małżeństwa Gizela otrzymała za przywianek okolice
Preszburga, miasta Sopron (niem. Ödenburg) i Steinamanger (węg.
Szombathely). Badacze niemiecko-węgierskich stosunków zakładają z dużym
przekonaniem, że to tam osiedliło się wielu przybyłych z Niemiec
rycerzy, duchownych i rzemieślników. Przodkowie wielu wytwornych rodów
szlacheckich wprowadzili na węgierski dwór obyczaje niemieckiej
arystokracji. Wtedy, jak i później, niemieccy rycerze dowodzili
królewskim wojskiem przeciwko takim napastnikom ze wschodu jak
Pieczyngowie i pod auspicjami niemieckich królów oraz austriackich
margrabiów kilkakrotnie angażowali się w węgierskie zamieszki. Dla
wzrostu niemieckich wpływów decydujące było jednak to, że aprobowali je
władcy. Także i później węgierscy królowie popierali zasiedlanie przez
Niemców niezamieszkanych regionów kraju, zyskując kolejną podporę dla
ich władzy.
O reakcji na masową niemiecką imigrację od XI do XIII
wieku pisze Béla Pukánszky w swoim dziele A magyarországi német
irodalom története (Historia niemieckiego piśmiennictwa na Węgrzech),
według niego naprzeciw przyjaznej Niemcom części narodu węgierskiego
stała bez wątpienia ta druga część Węgrów, z pewnością większa, która
wobec nowego ducha odczuwała jedynie niechętną podejrzliwość i początkowo zapewne podejmowała także próby sprzeciwu. W tym
opublikowanym w 1926 roku fundamentalnym dziele autor zamieścił, jakże
trafne akurat w odniesieniu do drugiej wojny światowej, spostrzeżenie:
"To rozdwojenie cechuje stosunek narodu węgierskiego do wpływów
niemieckich na całej przestrzeni dziejów". W czasie krwawych i często
niejasnych walk między pretendentami do tronu, czy też w ramach waśni
rodzinnych, zagrożeni, przepędzeni lub zwycięscy władcy niejednokrotnie
szukali pomocy u potężnych niemieckich sąsiadów. Najstarszy syn
oślepionego Vazula Andrzej po powrocie z Kijowa został ogłoszony królem.
Tym samym gałąź wyjętego spod prawa księcia po raz pierwszy, ale w żadnym razie nie ostatni uratowała ciągłość dynastii Arpadów i zapewne
także przyszłość Węgier. Zdetronizowany Piotr, również oślepiony, a do
tego pozbawiony męskości, wkrótce zmarł.
Jednak rozpoczęty przez Andrzeja I
proces konsolidacji był wciąż przerywany i zagrożony z powodu konfliktów
o sukcesję tronu. Gyula Pauler, jeden z najlepszych znawców epoki
Arpadów, w 1899 roku przedstawił następujący bilans tego okresu
zamieszek: "W ciągu 39 lat kraj sześciokrotnie zmieniał swojego władcę.
Trzej królowie -?jeśli doliczymy także Andrzeja I -?zmarli śmiercią gwałtowną. Tylko śmierć
uchroniła Belę I przed tym, że nie
został wypędzony niczym Salomon, który trzykrotnie musiał porzucać swój
tron. Spory w rodzinie królewskiej doprowadziły do tego, że do kraju
dziewięć razy wchodziły obce wojska -?Niemców, Czechów, Polaków -?Węgry
na trzy lata stały się niemieckim lennem, a pięciu królów błagało i korzyło się przed tronem niemieckiego króla. A w samym kraju doszło do
wyraźnego pogorszenia powszechnego bezpieczeństwa"3. Do tego doszły jeszcze dwa w ciągu trzydziestu
lat powstania pogan, jak też podział królestwa.
Dopiero za Władysława (László) I, który
rządził od 1077 do 1095 roku, na Węgrzech zaczął się kolejny okres
rozkwitu. Król został bohaterem walk obronnych przeciwko Pieczyngom,
Uzom (Oguzom) i Kumanom (Połowcom). Te nacierające przez przełęcze
niemal niezamieszkanych Karpat ludy mogły zostać zatrzymane i odparte
dopiero wewnątrz kraju. Władysław, jako obrońca swojego narodu i wiary,
ojciec biednych i bezbronnych, po śmierci został uznany za świętego.
W XI i XII stuleciu sytuacja międzynarodowa układała
się pomyślnie dla dalszego rozwoju Węgier. Poprzez małżeństwa
dynastyczne królestwo nawiązało bliskie związki z mniejszymi krajami.
Król Władysław I po śmierci chorwackiego
króla Zwonimira, który poślubił jego siostrę Ilonę, zyskał szansę
objęcia w posiadanie centralnej części Chorwacji, Slawonii, i przekształcenia jej w komitat na wzór węgierski. Założono diecezję
Zagrzeb (Agram), planowano też dalsze parcie na południe. Jednak dopiero
jego równie wybitnemu następcy Kolomanowi (Kálmán), który ze względu na
swe wysokie wykształcenie zyskał przydomek "Könyves" (Uczony), udało się
zdobyć także Dalmację. Koronacja Kolomana na króla Chorwacji rozpoczęła
-?poprzetykaną przerwami i konfliktami -?trwającą 800 lat unię Węgier i Chorwacji. Jak to zazwyczaj bywa w środkowej Europie, historycy obu
krajów do dzisiaj spierają się o rzeczywisty charakter i rozwój
obustronnych stosunków, jak też o prawa i obowiązki stron.
Do działań zabezpieczających nowe nabytki należało także zręczne
posunięcie dyplomatyczne Kolomana -?ślub córki króla Władysława Piroski
z bizantyjskim następcą tronu Janem Komnenem. Przyjąwszy imię Ireny
(Eiréne), została ona cesarzową Bizancjum, a po śmierci, ze względu na
ofiarność i działalność dobroczynną, uznano ją za świętą Kościoła
bizantyjskiego.
W wyniku ekspansji na tereny bezpośredniej strefy interesów Bizancjum i Wenecji Węgry stały się rywalem obu tych potęg. Cesarz Manuel Komnen,
syn Piroski, próbował wykorzystać swoje w połowie węgierskie pochodzenie
jako pretekst do zagarnięcia Węgier i w przeciągu dwudziestu dwóch lat
najeżdżał ten kraj nie mniej niż dziesięć razy. Prowadzone ze zmiennym
szczęściem walki nie mogły jednak poważnie zagrozić niezależności
Węgier.
Stworzona jeszcze przez króla Stefana Rada Królewska, składająca się z palatyna (przedstawiciela króla), bana (namiestnika) Chorwacji, wojewody
(księcia) Siedmiogrodu, biskupów i naczelników komitatów, jednym słowem
-?dostojników, w czasach Władysława i Kolomana zaczęła w sytuacjach
kryzysowych podejmować działania polityczne zapobiegające wojnom
domowym. Niemniej w XII wieku absolutny
autorytet króla pozostał jeszcze nienaruszony.
Biskup Fryzyngi Otto, szwagier Konrada III, podróżował w 1147 roku przez Węgry i nie
bez zazdrości relacjonował, że każdy magnat, który dopuścił się
wykroczenia przeciwko majestatowi królewskiemu, lub choćby tylko był o nie podejrzewany, na rozkaz króla mógł być przez najniższego służącego
na dworze zakuty w łańcuchy w obecności własnych podwładnych i doprowadzony na tortury i przesłuchanie. Jednak biskup także wspominał,
że Węgrzy w każdej sprawie mieli w zwyczaju długo się naradzać przed
podjęciem decyzji. Możnowładcy królestwa, baronowie i wodzowie plemion,
jak też potomkowie przybyłych rycerzy udawali się na dwór królewski, z własnymi fotelami, by obradować tam pod przewodnictwem króla. Ale akurat
w związku z niemieckim wizerunkiem Węgrów żałośnie często cytowana jest
jego drwiąca uwaga: że w zasadzie nie wie, czy powinien skarżyć się na
los, czy raczej podziwiać dobroć Boga, że tak wspaniały kraj został
oddany tak okropnemu i barbarzyńskiemu ludowi4.
Węgierscy historycy słusznie wskazują, że krwawe łupieżcze wyprawy i strach przed "azjatycką hordą" o wiele głębiej wbiły się w pamięć
narodów Zachodu niż pozytywne osiągnięcia. Zapomina się choćby o tym, że
dzięki pomocy niemieckich rycerzy i mnichów święty Stefan i jego
niemiecka żona budowali chrześcijańskie królestwo, a także o tym, że już
następcy Stefana zapraszali na Węgry niemieckich osadników jako
kolonistów i że ten odległy, jedyny w swoim rodzaju kraj w coraz
większym stopniu stawał się wałem obronnym chrześcijaństwa przed zalewem
napierających Pieczyngów, Kumanów (Połowców), Mongołów i Turków.
Koloman jak na swoje czasy był mądrym i oświeconym władcą. To on wydał
słynne prawo przeciwko procesom czarownic, ponieważ czarownice nie
istnieją (quia non sunt). Zwalczał także -?wciąż jeszcze głęboko
zakorzeniony wśród ludu wpływ pogańskich kapłanów ofiarnych lub szamanów
(táltos). W ustnych przekazach i sagach określenie "táltos" stało się
także imieniem cudotwórczego rumaka, chociaż nadal używano go jeszcze w odniesieniu do ludzi. Pomimo prawodawczych osiągnięć i złagodzenia
wprowadzonych przez króla Władysława Świętego drakońskich kar za
kradzież (kara śmierci za kradzież jednego kurczaka!), Koloman był też
oczywiście człowiekiem swojej epoki. Jak inni z dynastii Arpadów był
uwikłany w fatalny braterski zatarg i aby zapewnić następstwo tronu
synowi, polecił okrutnie oślepić swojego brata oraz jego małego syna
Belę. Jednak jego syn zmarł bezpotomnie i w ten sposób -?dokładnie tak
jak sto lat wcześniej -?gwarantem ciągłości władztwa Arpadów znów stała
się gałąź wyjętych spod prawa pretendentów do tronu.
Pomimo zamętu i będących już niemal regułą, często krwawych walk o następstwo tronu wewnątrz dynastii Arpadów najważniejsze dziedzictwo
świętego Stefana: polityczno-terytorialna jedność kraju i chrześcijaństwo, przetrwało. Ocenia się, że od zajęcia ojczyzny obszar
państwa węgierskiego (bez Chorwacji) niemal się podwoił, a całkowita
liczba ludności około 1200 roku wzrosła do -?jak na owe czasy znaczącej
ilości -?około dwóch milionów.
Na drodze do zajęcia pozycji liczącego się mocarstwa w południowej
Europie trudną do przecenienia rolę odegrało świadome otwarcie kraju na
Zachód. Jeśli chodzi o osiedlenia Niemców, to bynajmniej nie przybywali
jedynie arystokraci, rycerze i mnisi. Już król Gejza II około 1150 roku polecił osiedlić w rejonie
miasta Sybin (rum. Sibiu, węg. Nagyszeben, niem. Hermannstadt) chłopów z okolic Akwizgranu i znad Mozeli. Później na ogół nazywano ich Sasami.
Królewski glejt z 1224 roku potwierdzał ich
przywileje5.
Planowa kolonizacja niemiecka postępowała na Węgrzech w dwóch czasowo
oddzielonych fazach: w toku polityki osiedleńczej Arpadów w północnych
częściach kraju i w Siedmiogrodzie, a potem też z inicjatywy Habsburgów
po zakończeniu wojen z Turkami, przede wszystkim na południu Węgier. Już
na początku XIII stulecia Spisz (słow.
Spiš, węg. Szepes, niem. Zips -?prawdopodobnie nazwa została
przeniesiona do nowej ojczyzny z Niemiec) na Górnych Węgrzech uważano za
zwartą jednostkę polityczną. Około połowy XIII wieku w górach na Górnych Węgrzech
zostały założone liczne miasta, których mieszkańcy byli niemal wyłącznie
Niemcami. W zapisach kronikarzy z 1217 roku można znaleźć doniesienia o szwabskich mieszkańcach w okolicach Budy (niem. Ofen) i Pesztu.
Królewskie wolne miasta były jednymi z bardziej znaczących skutków
polityki osadniczej władców z dynastii Arpadów. "Węgrzy stworzyli
państwo, a Niemcy -?miasta na Węgrzech. O ile ci pierwsi byli głównym
czynnikiem przy zdobywaniu kraju, o tyle ci drudzy -?w rozwoju
społeczeństwa i rzemiosła"6. Autorem tego
twierdzenia jest historyk języka Pál Hunfalvy (z XIX wieku). Jego pogląd nie jest powszechnie
akceptowany, zwłaszcza że na rozwój miast istotny wpływ miały także inne
czynniki gospodarcze oraz społeczne, a w rozbudowie i kulturowym
rozkwicie pierwszych ośrodków miejskich mieli swój udział także liczni
Włosi, jednak w "stuleciu miast" rola Niemców była bez wątpienia
decydująca.
Także w Siedmiogrodzie, gdzie "Sasi" aż do naszych czasów korzystali ze
szczególnych praw politycznych, Niemcy mogli utrzymać swoją szczególną
pozycję narodową i kościelną. Na Górnych Węgrzech i w Siedmiogrodzie
zostali osiedleni -?podobnie jak inne grupy etniczne obcego pochodzenia
-?przede wszystkim w celu zabezpieczenia granicy karpackiej. W wypadku
konfliktów z węgierską arystokracją niemieccy rycerze i osadnicy niemal
zawsze jednomyślnie stawali po stronie aktualnie panującego władcy.
Wynikające z tego ewidentne faworyzowanie Niemców doprowadziło zresztą
już w 1439 roku do krwawych starć w Budzie. Zatem przez całą historię
węgierskiego państwa wielonarodowego niczym czerwona nić ciągną się
wzajemne resentymenty między niemieckimi i węgierskimi mieszczanami; w czasach reform i rewolucji w pierwszej połowie XIX wieku znajdowały one ujście także w miejskich pogromach Żydów.
Tolerancyjny -?można by wręcz rzec "liberalny" -?stosunek wczesnego
państwa węgierskiego do niewęgierskich grup narodowościowych nie tylko
przyspieszył wtapianie się Słowian w lud węgierski, lecz także otworzył
kraj dla uciekinierów z południowo-rosyjskich stepów, którzy następnie
pełnili służbę wojskową lub byli osiedlani jako strażnicy granic. Już w XI i XII
stuleciu dynastia Arpadów zaoferowała schronienie nawet swoim
wcześniejszym wrogom, osławionym Pieczyngom, na których napierali
Jazygowie, również tureckiego pochodzenia. Konni łucznicy zawsze byli
serdecznie witani jako oddziały posiłkowe dla królewskich sił zbrojnych.
Imigracja Kumanów (Połowców), której sprzeczne następstwa jeszcze
będziemy analizować, stanowiła zakończenie masowego napływu ludów
wojowniczych ze wschodu. W ciągu stuleci ich związki rozpadły się,
wojownicy zostali wchłonięci przez niezwykłą siłę asymilacyjną Węgrów.
Od tamtej pory ludy tureckie osiedlały się przede wszystkim między
Dunajem a Cisą, na wielkiej węgierskiej nizinie.
W związku z teoriami rasistowskimi okresu narodowego socjalizmu i pojawiającymi się co jakiś czas kontrowersjami na temat "czystości"
żywiołu węgierskiego, a także przepaści między tak zwanymi "głębokimi" i "płytkimi" Węgrami7, ważne jest zacytowanie
niemiecko-węgierskiego historyka Denisa Silagiego, który zdecydowanie
podkreślał, że "z punktu widzenia genetyki rasowej nie da się narodowego
charakteru Madziarów wyprowadzić z masy dziedzicznej ich eurazjatyckich
przodków. Dziedzictwo genetyczne może odgrywać znaczącą rolę; nie mniej
doniosły jest jednak fakt, że zawsze było mnóstwo typowych Madziarów,
których przodkowie mieli pochodzenie słowiańskie, germańskie, romańskie
lub żydowskie i w żadnym razie nie byli jeźdźcami ze świata wschodnich
stepów"8. Procesy rozwojowe przed zajęciem
ojczyzny i po nim, fale potężnych imigracji i osadnictwa, zwłaszcza po
wielkich narodowych katastrofach w XIII
wieku, a następnie w XVII i XVIII stuleciu -?wszystko to rozgrywało się na
otwartych równinach wewnątrz Kotliny Panońskiej, która stała się
"tyglem" ludów.
Z upływem czasu nieustannie spotykamy się z przejawami tego, że Węgrów
jednoczyły nie więzy krwi, lecz przede wszystkim język, wiara w kulturowe utożsamienie narodu z językiem. W przededniu drugiej wojny
światowej wielki poeta Mihály Babits twierdził: "Węgierskość jest
fenomenem historycznym, a to jak się rozwijała, nie jest zjawiskiem
fizycznym, lecz duchowym... Węgrzy są bowiem narodem wymieszanym i nadal
się mieszającym"9.
Jednym z najwybitniejszych i jednocześnie do głębi kosmopolitycznych
królów dynastii Arpadów był Bela III
(1172-1196)10, który został wychowany na dworze w Bizancjum. Za jego panowania Węgry przeżyły, zarówno w polityce
wewnętrznej, jak i zagranicznej, a także w życiu religijnym i kulturalnym, okres niebywałego rozkwitu. Najpierw ożenił się z Anną z Châtillon, przyrodnią siostrą bizantyjskiej cesarzowej. Za drugim razem
poślubił Małgorzatę, córkę francuskiego króla Ludwika VII, co przyczyniło się do wzmocnienia związku
Węgier z Zachodem. Z tym wydarzeniem związany jest interesujący
dokument. W jednym z paryskich archiwów znaleziono zestawienie rocznych
wpływów podatkowych, które Bela III
wysłał swojemu przyszłemu teściowi w celu sporządzenia umowy
małżeńskiej. Okazało się, że jego przychody były równie wysokie jak
ówczesnych królów angielskiego i francuskiego, a większymi dysponowali
wtedy tylko obaj cesarze.
Znamienne dla blasku panowania Beli było to, że mógł -?w przeciwieństwie
do swoich poprzedników, którzy najczęściej poślubiali córki polskich lub
ruskich książąt -?wejść w związek dynastyczny z francuskim rodem
panującym. Dojrzałej samoświadomości absolutnego władcy dowodzi także
wzniesiony przez francuskich mistrzów pełen przepychu pałac w Ostrzyhomiu, dokąd Bela z powrotem przeniósł swoją główną rezydencję,
pod znakiem ścisłego związku między królestwem a Kościołem. Jednocześnie
król wciąż utrzymywał bliskie kontakty z Bizancjum. Na monetach bitych
za jego panowania po raz pierwszy przedstawiono podwójny krzyż
bizantyński, który później miał się stać częścią składową węgierskiego
godła państwowego.
Pomimo ortodoksyjnych wpływów ze Wschodu, Węgry były coraz bardziej
zakotwiczane w kręgu kulturowym łacińskiego Zachodu. Król polecił
zakładać klasztory cysterskie i zasiedlać je francuskimi mnichami.
Znaczna część elity intelektualnej została wykształcona w Paryżu. I tak
na przykład w 1192 roku Bela III wysłał
do Paryża na studia muzyczne węgierskiego studenta Elvina, a dwa lata
później do Oksfordu Nicolausa Hungarusa (Miklósa Magyara).
W polityce zagranicznej królowi udało się ponownie podporządkować
węgierskiemu zwierzchnictwu Dalmację i Chorwację, czego konsekwencją
była jednak ostra dwustuletnia rywalizacja z Wenecją. Bela, podobnie jak
jego następca Andrzej (András) II, wdał
się ponadto w spory z książętami ruskimi. Interwencja doprowadziła do
uzyskania przez Węgry czasowej kontroli nad księstwem halickim,
późniejszą Galicją. Ważniejsze niż te konflikty były jednak kroki, jakie
król przedsięwziął dla wprowadzenia urzędowej kancelarii, pisemnych
dokumentów i reformy systemu finansowego.
Upadek Węgier zaczął się za panowania młodszego syna Beli, króla
Andrzeja II. Był on rozkochanym w przepychu królem-rycerzem zachodniego pokroju, zainteresowanym tylko
głupstwami, ekstrawagancjami i sławą. Niemal coroczne wojny, między
innymi o kontrolę nad Rusią Halicką, były równie kosztowne jak jego
dwór, na którym decydujący głos miały kolejno królowe niemiecka,
francuska oraz włoska i gdzie dochodziło nawet do zabójstw.
Jego pierwsza żona, królowa Gertruda z bawarskiego rodu
Andechs-Meranien, ze względu na bezgraniczne faworyzowanie swoich braci
i ludzi z ich licznych świt obudziła u węgierskiej arystokracji wrogość
wobec cudzoziemców. 28 września 1213 roku, gdy król uczestniczył w kolejnej wyprawie na wschód, królowa padła ofiarą krwawego spisku. W centrum wydarzeń znajdował się Bánk, palatyn króla.
Sześćset lat później József Katona napisał dramat narodowy Bánk bán, w którym spiskowiec występuje jako obrońca swojego narodu, oskarżający
"obcą" królową i jej ród o uciskanie biednego ludu, i w trakcie
dramatycznej konfrontacji przebija ją sztyletem.
Dziesięć lat po Katonie ten sam temat ponownie poruszył Franz
Grillparzer, nadając mu jednak zupełnie inną wymowę. W jego dziele Ein
Treuer Diener seines Herrn (Wierny sługa swojego pana) królowa także
zostaje zamordowana przez powstańców, jednak "Bancbanus", jako wierny,
stary człowiek, pozostaje bezapelacyjnym sługą władcy. "Bánk bán jest
pewnym siebie, dumnym oligarchą, zaś Bancbanus -?niezawodnym, dostojnym
urzędnikiem dworskim", tak węgierski krytyk literacki charakteryzuje
odmienne prezentacje tragicznej postaci Bánka z węgierskiego i z austriackiego punktu widzenia11.
Wielką sławę natomiast przyniosła Węgrom córka króla Andrzeja i królowej
Gertrudy margrabina Elżbieta z Turyngii, która jeszcze dziś jest czczona
jako niemiecka święta. Świat węgierskiego rycerstwa i nad wyraz
pobożnego króla został opisany także przez średniowiecznego niemieckiego
poetę, który donosił, jak to Klingsor, czarodziej z Węgier,
przepowiedział na dworze w Eisenach małżeństwo i życie Elżbiety. To
obiecujący temat dla sag i legend. Wspomina o tym Sándor Eckhardt w swoim szeroko zakrojonym eseju o wizerunku Węgier w Europie: "Być może
niezwykle sympatyczne przedstawienie Attyli/Etzela i jego Hunów w Pieśni o Nibelungach odzwierciedla fakt, że niemieccy minnesingerzy
byli powiązani z węgierskim dworem. Wprawdzie Hunowie Krymhildy są
odważni, jednak Germanów zwyciężają tylko dzięki liczebnej przewadze"12. Pewien austriacki badacz spekuluje natomiast,
że królowa Gizela, żona świętego Stefana, w późniejszych przekazach
opisywana jako zła i okrutna, mogła być pierwowzorem negatywnych cech
charakteru Krymhildy z Pieśni o Nibelungach. W każdym razie nawet dziś
wciąż jeszcze można się zgodzić ze stwierdzeniem Pukánszkyego, że
niepodobna kwestię, na ile stosunki niemiecko-węgierskie wywarły wpływ
na dalszy rozwój sagi o Nibelungach, uważać za zamkniętą.
Pochwalne słowa bizantyjskiego kronikarza dowodzą z kolei, że już w czasach Beli III, zapewne także z powodu
okresowych sojuszy i związków dynastycznych, Węgrzy przestali być dla
Bizancjum "barbarzyńscy i podstępni". Kronikarz ten pisze o narodzie
węgierskim, że "ma dobre konie i dobrą broń, nosi żelazo i pancerze...
jest niezliczony niczym piasek na brzegu morza i niedościgniony pod
względem odwagi, niezwyciężony w swym męstwie, nieustępliwy w walce,
niezależny, wolny, kochający wolność i z uniesioną głową sam jest sobie
panem"13.
Wprawdzie w węgierskiej historiografii chętnie uwypukla się tego rodzaju
pochwalne adnotacje, jako "cenne przyczynki", niemniej jednak na
Zachodzie, zarówno w kręgach uczonych, jak i w opinii publicznej, nadal
dominowała podszyta strachem antypatia. Nikomu nie przeszkadzało, że
była to kalka antycznego wizerunku barbarzyńców. W każdym razie książę
Albrecht I Habsburg, późniejszy król
niemiecki, po nieudanym wypadzie do sąsiedniego kraju pisał w 1291 roku,
że Węgrów można porównać do Hydry -?kiedy odrąbie się im jedną głowę, to
odrośnie trzydzieści. Byli jakoby źli, przebiegli i prześlizgiwali się
między palcami niczym gładkie węże; po przegranej bitwie uderzali
ponownie z podwójną mocą, wynurzali się z bagien niczym żaby... i tak
dalej14.
W epoce Arpadów nie tylko Babenbergowie i Habsburgowie mieli okazję
skrzyżować broń z Węgrami. Jednym z niewielu sukcesów Andrzeja II było skuteczne przeciwstawienie się
niemieckiemu zakonowi krzyżackiemu, który przy wsparciu papieża chciał
oderwać od Węgier, jako niezależne państwo zakonne, udostępnioną mu w 1211 roku w celach kolonizacyjnych ziemię Borsa w Siedmiogrodzie i graniczący z nią region kumański (w dzisiejszej Rumunii). W 1225 roku
królowi udało się siłą zbrojną wypędzić zakon15.
Zdecydowanie najważniejsze przestawienie historycznej zwrotnicy,
decydujące o przyszłości kraju, wymusiła w 1222 roku część arystokracji,
a zwłaszcza zamożni wolni, słudzy królewscy, tak zwani serwienci
(servientes regis), oraz inni pełniący służbę zbrojną w królewskich
zamkach. Rebelia była wymierzona w nieumiarkowane rozdawanie dóbr i źródeł przychodu małemu kręgowi -?po części zagranicznych -?faworytów,
była także ruchem protestu przeciwko niegospodarności i nadużyciom
magnatów. Andrzeja II zmuszono do
wydania tak zwanej Złotej Bulli. W dokumencie, którego nazwa odnosi się
do zwisającej zeń złotej pieczęci, król gwarantował królewskim zbrojnym
swobody wobec magnatów, między innymi zwolnienie od uczestnictwa w działaniach wojennych poza granicami kraju, i po raz pierwszy przyznawał
magnatom i szlachcie prawo do zbrojnego rokoszu (ius resistendi),
jeśli władca rządziłby wbrew wcześniejszym ustaleniom. Ten szczególny
przywilej narodu węgierskiego funkcjonował do 1687 roku. Król obiecał
także, że zrezygnuje z uciekania się do psucia monety, anuluje swoje
reformy finansowe, na przykład oddanie w dzierżawę żydowskim i muzułmańskim zarządcom praw do poboru opłat celnych, bicia monety i wydobycia soli, i że bez zgody rady nie będzie przyznawał urzędów i dóbr
obcokrajowcom. Do historii przeszło motto niefrasobliwego i nierozważnego Andrzeja II: "Miarą
królewskiej darowizny jest nieumiarkowanie".
Ponieważ Złota Bulla została wydana zaledwie siedem lat po angielskiej
Magna Charta, to z upływem stuleci stała się jednym z filarów dumy
narodowej -?także obiegowym frazesem w porzekadle "my i Anglicy" -?jako
zwiastun wolności i praw obywatelskich.
Główna różnica między tymi dwoma dokumentami polegała wszakże na tym, że
w Anglii baronowie jako pierwsi nieodwracalnie położyli kres
królewskiemu absolutyzmowi, podczas gdy na Węgrzech ludzie wolni
przeciwstawili się magnatom. W Anglii chodziło o zagwarantowane na
piśmie ustępstwa kosztem korony na rzecz możnowładców, natomiast na
Węgrzech o ustępstwa kosztem magnatów na rzecz ludzi wolnych. Złota
Bulla przyznawała takie same prawa polityczne wszystkim wolnym
mieszkańcom kraju, wszystkim wolnym należącym do "narodu", co należy
rozumieć jako ogół wolnej szlachty. Wprawdzie przewaga możnowładztwa nie
została złamana, jednak w 1222 roku po raz pierwszy pojawił się zalążek
owej szerokiej, jednorodnej pod względem prawnym szlacheckiej warstwy
średniej, która aż do XIX wieku miała
pozostać zasadniczym elementem tak zwanego narodu politycznego.
Osłabienie silnej pozycji króla było konsekwencją wykształcenia się
niezależnej od władzy królewskiej warstwy wielkich właścicieli
ziemskich. W tym kontekście trzeba też postrzegać polityczne znaczenie
Gesta Hungarorum, dokumentu sporządzonego przez ówczesnego, znanego
wyłącznie jako Anonim, notariusza króla Beli III. Zamieszczone w tym dziele wymyślne
mityczne przekazy o odzyskaniu dziedzictwa króla Hunów Attyli służyły
późniejszym pokoleniom za alibi. Kronika ta, poprzez odwołanie do czasów
zajęcia ojczyzny, miała uzasadniać przywileje wielkich właścicieli
ziemskich i arystokracji jako potomków wodzów klanów oraz po wieczne
czasy zabezpieczyć ich prawa do urzędów i miejsc w radzie królewskiej.
Projektowanie wzajemnych, wynikających z umowy, przysiąg na wcześniejsze
wydarzenia -?wtedy już niemożliwe do dokładnego odtworzenia -?było zatem
tylko wypróbowanym środkiem prowadzącym do celu.
W przeciwieństwie do Andrzeja II, który
w swoim nieumiarkowaniu i zamiłowaniu do przepychu rozdawał pazernym
arystokratom całe komitaty i dobra zamkowe, jego syn i następca Bela
IV (panował w latach 1235-1270) próbował
odbudować potęgę królestwa. Ten poważny i pobożny człowiek natychmiast
po objęciu tronu zaczął odbierać liczne podarowane majątki, nawet
Kościołowi. Jednak przedsięwzięte przez niego środki, a zapewne także
surowy, niemal ponury sposób bycia spowodowały jego wyobcowanie oraz
niechęć, a nawet rozdrażnienie górnych i średnich warstw posiadaczy
ziemskich, tak ważnych dla obronności kraju. Niedostępność króla
doprowadziła na przykład do tego, że przyjmowano już tylko podania
składane w formie pisemnej. Nieszczęście polegało na tym, że
wewnątrzpolityczne napięcia narosły akurat wtedy, gdy chrześcijańskiemu
królestwu w Kotlinie Panońskiej zagroziło najstraszliwsze
niebezpieczeństwo w jego krótkich, ale chlubnych dziejach -?nadciągająca
inwazja mongolskich jeźdźców, sięgających po władzę nad światem.
Książęta Andrzej (András, późniejszy król Węgier w latach
1046-1060), Bela (Béla, na tronie węgierskim w latach 1060-1063) i Lewenta (Levente) przebywali najpierw w Czechach. Okoliczności ich
pobytu w Polsce pozostają przedmiotem sporu historyków. Przybyli tu
prawdopodobnie za panowania Kazimierza Odnowiciela, na przełomie lat
30. i 40. XI wieku. Według
ówczesnych kronik węgierskich i polskich Bela, odznaczywszy się w wojnie z Pomorzanami, pojął za żonę nieznaną z imienia córkę Mieszka
II (mogła to być Adelajda lub
Rycheza). Mieli siedmioro dzieci, w tym dwóch późniejszych władców
Węgier, Gejzę I i Władysława I Świętego. Bela w roku 1048 powrócił na
Węgry, gdzie przy wsparciu Bolesława Śmiałego objął w 1060 roku tron
(przyp. red.). [wróć]
Zob. Bayern und Ungarn. Tausend Jahre enge Beziehungen, red.
Ekkehard Völkl, Regensburg 1988, s. 9-21. [wróć]
Gyula Pauler, A magyar nemzet története az Árpád-házi királyok
alatt, Budapest 1899, t. 1, s. 137 i n. [wróć]
Julius von Farkas, Das Ungarbild in Deutschland,
"Ungarn-Jahrbuch", Berlin 1942, s. 402-404. [wróć]
Ungarns Geschichte und Kultur in Dokumenten, red. Julius von
Farkas, Wiesbaden 1955, s. 15-17. [wróć]
Paul Hunfalvy, lingwista, jego myśli cytuje i poszerza: Béla
Pukánszky, Geschichte des deutschen Schrifttums in Ungarn, Münster
1933, t. 1, s. 27. [wróć]
Określenia te pochodzą z antysemickiego, a po części
antyniemieckiego i "antyasymilacyjnego" dzieła pisarza i eseisty
László Németha pod tytułem A minőség forradalma (Rewolucja
jakości); jeśli chodzi o "płytkich" Madziarów, zob. w szczególności
t. 2, reprint Budapest 1992, s. 849-852' 934-935. [wróć]
Denis Silagi, Ungarn, Hannover 1972' s. 12. [wróć]
Mihály Babits, A magyar jellemről, w: Mi a magyar?, Budapest
1938, s. 37. [wróć]
W nawiasach podawane są lata panowania poszczególnych władców
(przyp. red.). [wróć]
Zob. György M. Vajda, Wien und die Literaturen in der
Donaumonarchie, Wien -?Köln -?Weimar 1994, s. 15-17; Ernst Joseph
Görlich' Grillparzer und Katona, "Ungarn-Jahrbuch", t. 3: 1973, s.
123-134. [wróć]
Sándor Eckhardt, Das Ungarnbild in Europa, w: Ungarische
Jahrbücher, Berlin 1942. [wróć]
Cyt. za: Die Geschichte Ungarns, red. Péter Hanák, Essen 1988' s.
29. [wróć]
S. Eckhardt, op. cit. [wróć]
Krótki pobyt Krzyżaków na ziemi Borsa (węg. Barcaság, niem.
Burzenland, rum. Ţara Bârsei) poprzedzał bezpośrednio ich
sprowadzenie przez Konrada Mazowieckiego do Polski. To właśnie tu
członkom zakonu rycerskiego, nauczonym niepowodzeniami w Siedmiogrodzie, udało się zrealizować swoją misję, którą Henryk
Samsonowicz określił jako "stworzenie władztwa terytorialnego,
zależnego tylko od władz kościelnych" (przyp. red.). [wróć]