Zaczęło się
Była mroźna styczniowa noc. Wysoko na niebie migotała Kapella, najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Woźnicy. Jej złote światło padało na biały, skrzący się śnieg, a błyszcząca poświata sprawiała tajemnicze, niemal magiczne wrażenie. Nieśmiały, cieniutki księżyc - podobny do odwróconej litery C - był tuż po nowiu. Dopiero zaczynała się jego kolejna wędrówka wokół Ziemi. Nawet on nie wiedział, co wydarzy się tej nocy. Spoglądał spokojnie, z uśmiechem, w dół na uśpiony Gdańsk.
Nagle w oknie kamienicy przy ulicy Straganiarskiej rozbłysło światło.
- Abrahamie! - zawołał kobiecy głos. - Zaczęło się!
Światła zajaśniały kolejno we wszystkich oknach, a w domostwie państwa Heweliuszów nastąpiło wyraźne poruszenie.
- Co robić? Co robić?!
Abraham, w białej koszuli i przekrzywionej nieco długiej szlafmycy z pomponem, chodził nerwowo od okna do okna. To otwierał je, to zamykał. Wypatrywał czegoś, potem zamyślony odchodził. Następnie podbiegał, jakby zdecydowany na coś, i wychylał się mocno, a potem zamierał, patrząc w niebo. Może chciał uciec? A może gdzieś tam, w niebiańskiej oddali, szukał pomocy?...
- Abrahamie, Abrahamie! - rozległ się znowu kobiecy głos. Tym razem mocniejszy i pełen bólu. - Wołaj prędko Barbarę! Zaczęło się! A ja już długo nie wytrzymam!
- O miłościwy Boże Wszechmogący, ratuj mnie, biednego! - Abraham podskoczył na dźwięk głosu żony i - tak jak stał, w koszuli - wybiegł na ulicę.
Barbara - córka i pomocnica miejskiego medyka - otworzyła mu drzwi, mrużąc zaspane oczy.
- Zaczęło się... - wydyszał Abraham, z trudem łapiąc oddech. Aby dotrzeć do mieszkania dziewczyny, musiał pokonać dwadzieścia dziewięć krętych schodków.
- No i co takiego? - odpowiedziała panna spokojnie i zarzuciła fałdzisty płaszcz na ramiona, a na delikatne trzewiki założyła grube chodaki, w których łatwiej było przebrnąć przez śnieg. - Wszystko jest zapisane tam, w górze - pokazała ręką na rozgwieżdżone niebo. - Co ma być, to będzie - dodała, patrząc z lekceważeniem na przerażonego mężczyznę, który ledwie stał na nogach.
Po powrocie do domu Abraham zaszył się w kuchni. Nagle poczuł, że musi NATYCHMIAST wypróbować, czy piwo według jego najnowszej receptury dojrzało. Właściciel browaru i piwowar musi przecież zawsze być czujny i pilnować interesu w dzień i w nocy. Barbara już była na miejscu, pomagała żonie, nic tam było po nim. Nalał więc sobie do szklaneczki odrobinę złocistego płynu i wypił jednym haustem. Od razu zrobiło mu się lepiej. Nalał więc jeszcze troszkę...
- Panie Abrahamie! - obudziło go nagle wołanie dziewczyny.
- Co? Zaczęło się? - wybiegł nieprzytomny z kuchni.
- Wręcz przeciwnie, już po wszystkim. Ma pan syna! - powiedziała Barbara, a potem rzuciła się podnosić go zemdlonego z podłogi.
Był rok 1611.
Drabina na księżyc
Od owej gwiaździstej nocy minęło siedem lat. Syn państwa Heweliuszów miał na imię Jan i sprawiał im mnóstwo radości, ale też wiele kłopotów. Nie chciał się bawić ze swoimi siostrami, nie interesował go browar taty, nie lubił pomagać w domu mamie, najchętniej spał albo wylegiwał się całymi dniami w łóżku i oglądał książki. Rodzice początkowo byli dumni z książkowych zainteresowań syna.
- Może jakiś filozof z niego wyrośnie... - Kordula Heweliuszowa czułym okiem spoglądała na dziecko.
- Albo medyk... - Abraham miał bardziej praktyczne usposobienie. - Będzie nas leczył na starość, zobaczysz! - uśmiechnął się do żony.
Pewnego jednak dnia wyjaśniła się tajemnica zainteresowań Janka. Ojciec, którego od kilku dni męczyły wapory*, wstał w nocy, aby wypić trochę wody. W drodze do kuchni zajrzał do pokoju dzieci. Wszystkie spały cicho, zanurzone w puchowych kołderkach i tajemniczych snach. Tylko łóżko Jasia było puste...
Gdzie ten huncwot się podziewa? - przestraszył się Abraham.
Zaczął szukać syna po całym domu, wołać, robić hałas, trzaskać drzwiami i kląć pod nosem. Janka ani śladu. Zbudzili się za to pozostali domownicy i zdenerwowani wybiegli ze swoich sypialni.
- Co się stało!? - Kordula przeraziła się gwałtownym zachowaniem męża.
- Janka nie ma - wyszeptał Abraham. - Jak kamień w wodę. Rozpłynął się. Wszędzie go szukałem. W całym domu! Chyba go kto porwał. Nasz jedyny syn!
- Ale, tatku, Jasia nie ma W DOMU, bo on jest PRZED DOMEM! - zawołała Konstancja.
- Cóż to znaczy?! - wykrzyknął ojciec i wybiegł przed kamienicę. Za nim, z niemałym trudem, podążała Kordula, przydeptując długą koszulę nocną, i trzy bose córki.
A Janek rzeczywiście, siedział sobie zadowolony na szczycie balustrady przy schodkach i spoglądał w niebo.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął Abraham. - Szukam cię wszędzie, wszystkich pobudziłem, sam chory, ledwie żywy, a ty co?
- Ja? - zdziwił się chłopak, że nagle cała rodzina w środku nocy pojawiła się wokół niego. - Ja... oglądam sobie niebo.
- Janku, ojciec mało nie umarł z przerażenia o ciebie! Jak możesz być tak nieposłuszny? - załamała ręce matka.
- Przepraszam, nie wiedziałem, że tatko się obudzą i przestraszą... Księżyc świecił za oknem tak jasno, że nie mogłem spać... Chciałem zobaczyć go z bliska. Myślałem, że jak wyjdę przed dom, to bliżej niego będę, ale tu tak samo do niego daleko jak z okna mojego pokoju. Zastanawiałem się właśnie, skąd by tu wziąć taką długaśną drabinę, żeby do księżyca dosięgnąć... i wtedy przyszliście.
- Dość już tych głupstw! - przerwał Abraham, bo zupełnie nie wiedział, co ma myśleć o zainteresowaniach syna. - W naszej rodzinie sami zacni kupcy i piwowarzy z pokolenia na pokolenie. Nikt się magią i księżycami nie będzie zajmował! Czas spać!
- To dlatego on taki w ciągu dnia śpiący... - mruczał do żony Abraham już w łóżku. - Dlatego tak wciąż w tych książkach z nosem siedzi... Do księżyca po drabinie chce mu się wejść! Dosyć tego! Urwis nam i magik jakiś rośnie. Do szkoły go trzeba posłać. Niezwłocznie! - wycelował palcem w żonę, spodziewając się odpowiedzi.
Ale Kordula nic nie odpowiedziała. Spała. Śniło jej się, że Janek siedzi na księżycu i łapie ręką gwiazdy...
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Wapory - niestrawność, ale też złe samopoczucie.