Wędrowny sztukmistrz - Cyprian Kamil Norwid

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WĘDROWNY SZTUKMISTRZ

Wędrowny sztukmistrz szedł sobie po świecie

I witał kwiatki, co przy drogach rosną, I witał pracą zatrudnione kmiecie, Dzieci, co idą w las cieszyć się wiosną, Strażniki w bramach miejskie - ludzie różne Tu, tam, siedzące w oknach i podróżne.

A skoro wyszedł za rodzinną bramę, Młody i całym sobą wyprzedzony, Napotkał naprzód dwie niewiasty same, Uplatające dwie z chabru korony, Jakoby wieńce z błękitnych płomieni Gwiazd, co wytrysły nad sferę zieleni, Ale nie weszły w złotą lub czerwoną, I lazurowe są, jak niebios łono.

Więc, te dziewice widząc, tak skłonione Nad lazurową robotą oczyma Lazurowemi, wraz odgadł, że one Jeszcze pogoda na swych skrzydłach trzyma, I począł mówić z niemi o pogodzie I o tem wszystkiem, co jest lazurowe: O niebie czystem, czczem, o czystej wodzie, O płaszczu, którym Matki Boskiej głowę Ocienia sztukmistrz, o niebieskiem oku Bezłzawem jeszcze, o niebie, lecz niebie, Na którem niema żadnego obłoku, O myśli, myśli nie znającej siebie...

Kiedy rozmowa tak się rozpływała, Jak z niebieskiego szkła dzban gdzieś w jeziorze Czystem, o bardzo ciepłej roku porze, Skoro upada modry cień na ciała, Jedna z dwóch kobiet zmilkła, mniej rozmówna, Więc druga słowem jej zajęła pole, A część obojga była już nierówna I rozwinięcie się we wspólnem kole. I rozmowniejsza się rozpromieniła Blaskiem pełnego słowa, jak kometa, Tak, że on czysty lazur w tło zmieniła, Choć najmilejsza była to kobieta, Choć obie były siostry nierozdzielne.

I weszła żółtość, acz żółtość promieni, Co przecie czyste są i nieśmiertelne, Wszelako żółtość bezwiednej zazdrości. I przebłysł nowy kolor zieloności, Który z lazuru i złota powstawa, A jest pocieszny, jak wiośniana trawa.

I tak się tęcza tkała - a te panie I ów wędrowny sztukmistrz nie wiedzieli, Że się nad niemi stawa malowanie, Gdy rozmawiali oto i siedzieli.

Tylko milcząca wciąż wiła koronę, W lazur ów oczy mając obrócone, A rozmowniejsza pracę przerywała, Mówiąc (co wszystko jest tak naturalne) -

Aż, skoro myśl jej już wybłysła cała I rozjaśniło się tło idealne, Chciała coś zasię wziąć, i z miejsca wstała, I mak czerwony, rosnący na boku. Uszczknęła - potem, siostrę widząc lubą, Jak cichy błękit za blaskiem obłoku, Wciąż zatrudnioną lazurową próbą I wciąż milczącą, zwróciła się do niéj, Czerwony mak jej wplatając u skroni I pocałunek na czoło schylone Kładąc, jak drugie kwiecie rozwinione.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.