Do Janthe'y.
Nie w onych strefach, które-m przewędrował,
Choć piękność długo znano
tam jedynie, Nie w snach, gdzie często przede mną się snował
Urok obrazów, który - ze snem ginie,
W prawdy-m cię ujrzał czy rojeń godzinie:
Płonnym téż trudem moja chęć się zowie,
Skreślić blask zmienny, co z twych kształtów płynie -
Kto ciebie widział, cóż się z słów mych dowie,
A tym, co nie widzieli, czyż twój czar wysłowię?
***
Obyś została, czém jesteś, do końca,
Spełniając wiosny swojéj przyrzeczenia:
Piękna na ciele, w sercu swem gorąca,
Obraz Miłości, choć bez uskrzydlenia,
Czystsza, niż wszelkie nadziei marzenia!
A ta, co kwiat twéj młodości swą własną
Hoduje ręką, będzie, bezwątpienia,
Widziała w tobie lat swych tęczę jasną,
Przy któréj blaskach świętych wszystkie troski gasną!
***
O młoda Peri Zachodu! Jak błogo,
Że dwakroć liczę tyle lat, co twoje:
Oczy, miłością nie wzruszone, mogą
Spokojnie patrzéć w twych powabów zdroje:
Przekwitu twego ujrzéć się nie boję,
A że się wszystkie młode serca krwawią,
Téj doli serce już nie zazna moje,
Jaką śród godzin najgorętszych sprawią
Twe oczy tym, co dla nich z podziwem się stawią.
***
Ten wzrok twój dziki, jak go ma gazela,
To śmiało lśniący, to cudnie trwożliwy,
Albo zwycięża, albo onieśmiela:
Pieśń tę niech jego blask przeniknie żywy!
O jakże byłby duch mój nieszczęśliwy,
Gdyby-ć chciał więcej być niż przyjacielem:
Niechaj cię tylko nie ogarną dziwy,
Że tobie składam pieśń z takiém weselem,
Lecz w wieńcu tym bądź lilji niezrównanej zielem.
***
Tak w strofy moje twe się imię wprzędzie.
Blaskiem ócz Janthy "Harold" ten był zlany,
Zanim zajrzeli doń łagodni sędzię:
Blask ten ostatni ma być zapomniany!...
Po długich latach ten hołd ci oddany,
Oby przyciągnął twe urocze dłonie
Do mojéj lutni, w cześć twą rozśpiewanéj -
Takiéj pamięci żądzą pierś ma plonie:
Choć jest to nad nadzieje, przyjaźnią się bronię!...
I.
Muzo, co z nieba, jak Grecy mniemali,
Wzięłaś swą postać lub téż z tchnień pieśniarzy:
Brzęk lir dzisiejszyzh gdy cię wstydem pali,
Spłaszać cię z gór twych moja się nie waży,
Choć i ja-m w Delfach u pustych ołtarzy
I u twych źródlisk wzdychał, pełnych chwały,
Gdzie wszystko zmilkło, tylko strumyk gwarzy...
Jednak
dziewięciu onych hymn mój mały Nie zbudzi, by na skromną pieśń tę wzgląd swój zlały.
II.
Żył ongi pewien młodzian w Albionie,
Któremu rozkosz z cnót nie biła szczera;
Dzień po dniu w samych bezeceństwach tonie
I Nocy uszy drzemiące rozdziera;
Bezwstydna iście była zeń kozera,
Do biesiad tylko i żartów bezbożnych...
Niczemu w świecie serca nie otwiera,
Prócz dla urwiszów i dziewek nałożnych,
Hulaszczych wyuzdańców, tak nizkich, jak możnych.
III.
Czajld Harold zwał się: ale skąd miał imię
I jakich przodków, tego nie wyjawię;
Dosyć, że niegdyś w czczym nie żyli dymie,
A raczéj może w głośnéj nawet sławie.
Lecz to, co ongi było świętém prawie,
W kał snać wieczysty jeden nicpoń strąca;
Herbowe godła w trumiennéj kurzawie,
Kwiecista proza, pieśń miodem płynąca
Nie zbielą czarnéj zbrodni, by była świecąca.
IV.
Czajld się wczasował w południa godzinie,
Jak wiele innych much się w słońcu grzeje,
I ani myślał, że nim dzień mu spłynie,
Przeszywającym mrozem wiatr zawieje...
Nim jednę trzecią przeszły dnia koleje,
Zło téż go tknęło kły najstraszliwszemi:
Pełnia przesytu wokół niego zieje!
I wnet mu obmierzł pobyt w własnéj ziemi,
Gdzie ciaśniej mu, niż między ściany pustelnemi.
V.
Śród labiryntu grzechów on wędrował,
Nie znał pokuty, nabroiwszy siła:
Do wielu wzdychał, acz jednę miłował,
Ale ta jedna nie dla niego była.
Szczęśliwa ona! Jakżeżby zbrudziła
Cześć swą w całunkach, szczodrych lada komu!
Onby się od niéj rwał, gdzie rozkosz zgniła,
Grosz-by jej strwonił na opłatę sromu
I ciszy i spokoju nie zapragnął w domu.
VI.
Lecz dziś Czajld Harold w sercu ból miał wielki;
Chciał bachanalij rzucić towarzysze;
Pono łez nawet chciały ciec kropelki,
Lecz zmarzły w oczach, służąc jego pysze.
Samotny, duszę w smutnych snach kołysze;
I postanowił kraj rodzinny rzucić,
Iść, gdzie zamorski klimat żarem dysze;
Chciał, syt rozkoszy, ku bolom się zwrócić,
Iść w piekło, byle tylko jednostajność skłócić.
VII.
Czajld żegnał gniazdo dziada i pradziada.
Wielkie to było, poważne zamczysko;
Stare, a jednak w gruz się nie rozpada,
Filarów zewsząd wspiera je kolisko.
Klasztor! lecz dzisiaj jakże upadł nizko!
Tu, gdzie zabobon ongi sidłał ludzi,
Pafijskie dziewki wszczynają igrzysko;
Mnichby pomyślał, że ich czas się budzi,
Jeżeli tych świętoszków dawna baśń nie łudzi.
VIII.
Lecz w najweselszéj nieraz krotochwili
Cień jakiś mignął na Harolda czole,
Wspomnienie krzywdy, którą go zranili,
Lub oszukanéj namiętności bole.
Nie badał tego nikt w przyjaciół kole,
Bo w nim nie było téj duszy prostaczéj,
Co, gdy się zwierzy, dźwiga lżej swą dolę;
U druhów rady zasięgnąć nie raczy
Ni szukać ukojenia w największéj rozpaczy.
IX.
Nikt go nie kochał, choć w komnaty swoje
Ściągał birbantów z blizka i daleka;
Znał te pochlebców ucztujących roje,
Trutni, co żyją, bo biesiada czeka!
I z serc kochanek miłość nań nie ścieka:
Przepych i władza to cel kobiet słodki.
Mając te strzały, Eros nie narzeka;
Jak ćmy, tak dziewki schwycisz na błyskotki
I Mamon tam zwycięży, gdzie Seraf za wiotki.
X.
Miał Harold matkę - nie zapomniał o niéj,
Chociaż unikał z matką pożegnania;
I siostrę kochał, lecz i od niéj stroni,
Gdy go wędrówka z domu precz wygania,
I przyjacioły pożegnać się wzbrania;
Nie myślcie jednak, że miał serce z stali:
Wszakże wy wiecie, wy, coście kochania
Godne przedmioty kiedybądź żegnali,
Jak ranę niezaschniętą ta rozłąka pali.
XI.
Dom, kraj, dobytki, dziedzictwo ojczyste, Wesołe damy, z których rozkosz spływa, Ich oczy, włosy, ich dłonie śnieżyste, (Że jasność mnicha gaśnie świątobliwa) - To, czém się żądza nasycała żywa, Czasze, gdzie wino pian nie kończy toczyć, Wszystko, co tylko do rozpusty wzywa, Rzucał bez żalu, aby morza zoczyć I przeciąć brzeg Paynimski i równik przekroczyć.
XII.
Żagle się wzdęły i wiatry powiały, Jakgdyby rade, że rzucał swe łany; Prędko z przed źrenic białe znikły skały I już przepadły śród falistej piany. A on - być może - skruchą był porwany, Gdy już nadbrzeżne z oczu stracił piargi, Lecz śpiącéj w sercu nie obudzał rany I ni westchnienia nie puścił przez wargi, Niemęskie na wiatr inni gdy rzucali skargi.
XIII.
Lecz kiedy w morzu zgasły słońca łuny, Pochwyci harfę, którą się nie puszy - Bo nieuczenie uderza w jéj struny, Jeżeli obce nie słuchają uszy - I dzisiaj po nich palcami poruszy I pożegnanie pośle w przestrzeń zmroku. Skrzydlaty okręt mknie śród morskiéj głuszy I mgławe brzegi zginęły już oku, A on "dobranoc" słał im w takich słów potoku:
1.
O kraju mój, ach! żegnam cię! Giniesz już w głębiach wód, Wały się rwą, wiatr nocny dmie I mew zawodzi ród. Ostatni blask słoneczny drga Śród fal - my śpieszym tam! Dobranoc ci, ojczyzno ma, O słońce, żegnaj nam!
2.
Niedługo znów, podniósłszy skroń, Dasz ranu ogień zórz, Znów ujrzę strop i morza toń, Kraju nie ujrzę już! Opuszczon mój poczciwy dwór, Kominek godzien łez, Splot dzikich ziół owija mur, U wrót mój wyje pies.
3.
Chodź, paziu mój, chodź, boleść stłum! Na co ten płacz i żal? Przeraża cię tych wichrów szum, Czy walka grzmiących fal? Spędź kroplę łzy, bo cóż się bać, Wszak silny okręt masz, A tak, jak on, nie leci snać Najszybszy sokół nasz!
4.
"Niech wicher dmie! niech fale drżą, Spokojny-m, jako żyw! Lecz niechaj cię nad troską mą, Czajldzie, nie bierze dziw. Drogiego ja rodzica dach, Mateńki-m rzucił próg: Z przyjaciół to jedyni, ach! Prócz nich ty - tu! tam - Bóg!
5.
"Gdy ojciec rzekł: o bądź mi zdrów, Bez łzawych żegnał skarg, Lecz matce méj, nim wrócę znów, Żale nie zejdą z warg". - Dość, chłopcze mój, o dość już, dość! Przystoi ci ta łza! I w oczach mych ten drżałby gość, Lecz gdzież niewinność ma?!
6.
O chodź że chodź, ty giermku mój, Czemu pobladłeś tak? Przeraża cię francuski zbój, Czy straszy morza szlak? "Mam dosyć sił, chcięj wierzyć, chciéj, O życie nie dbam nic; Myślałem tu o żonie méj I zbladł rumieniec lic.
7.
"Żona i syn mieszkają, wiesz, Gdzie twoich jezior brzeg, Gdy ojca on zawoła też, Cóżbyś w jéj miejscu rzekł?" - Dość, giermku, dość! twych smutków grot Niezaprzeczalna rzecz, Ja za to mam snać lżejszy lot, Z śmiechem uciekam precz!
8.
Któż wierzyłby w udany ból Kochanek albo żon? Wnet zetrze im serc nowy król Ich łzy, rozłąki plon. Nie uciech żal, co przeszły już! Czém niebezpieczeństw gry? Największa z trosk: cóż rzucam, cóż, Godne choć jednéj łzy?
9.
Na świecie dziś sam jestem, sam, Śród tych bezmiernych fal: Cóż żalić się po innych mam, Gdy po mnie zginął żal? Może mój pies nie przestał wyć, Lecz, z obcych jedząc mis, Gdy wrócę znów, by w domu żyć, I on mnie będzie gryzł!
10.
Okręcie mój! mknę z tobą gdzieś Śród tych szumiąch pian! Nie troszczę się: gdzie chcesz, tam nieś, Prócz - na ojczysty łan. O witaj mi, ty ciemnio wód! A gdy mi znikniesz znów, Powitam wnet czar pustyń, grót - Ty kraju mój, bądź zdrów!...
XIV.
I okręt pędzi i ląd już zaginął, Sen wód biskajskich spłasza wiatr surowy. Cztery dni przeszły, lecz gdy piąty spłynął, Pierś się raduje: brzeg odkryto nowy! I góry Cyntry podnoszą swe głowy I Tag ku morzu bystre fale toczy, Niosąc swój złoty haracz legendowy: Na pokład sternik luzytański skoczy I skręci, gdzie brzeg żyzny, a lud nie roboczy.
XV.
Boską to, Chryste, widziéć jest zapłatą, Co nieba dały téj przepysznéj ziemi, Jak wszędzie owoc krasną plonie szatą, Jak rajski widok pod wzgórzami temi! Lecz człek to niszczy dłońmi bezbożnemi; O! gdy Wszechmocny bicz swój na tych wzniesie, Co jego prawa depcą stopy złemi, Potrójna zemsta wymiecie to biesie, Szarańcze, wraże plemię, co Gallami zwie się.
XVI.
Naprzód Lizbona roztacza swe wdzięki! W téj saméj dumnéj fali się przebija, W którą żwir złoty suł się z wieszczów ręki! Tysiąc okrętów tu się dzisiaj mija, Albion bowiem Luzytanom sprzyja I z swą potężną pomocą im śpieszy: I lud ten, pyszna, głupia, dzika żmija, Liże i kąsa dłoń, co mu z pieleszy Wypędza tyrańskiego władcę gallskiéj rzeszy.
XVII.
Ale, gdy wejdziesz w gród, co zdala błyszczy, Jak gród niebiański, twój się zachwyt skazi, Gdy mu się przyjrzysz, żal twą radość zniszczy; Oko przybysza każda rzecz tu razi: Pałac i chata jak skąpane w mazi; W brudzie mieszkańcy przychodzą na ziemię, W brudnéj koszuli, w brudnéj sukni łazi Możnych i biednych nieczesane plemię, Nieczyste, jakby nosząc plag egipskich brzemię.
XVIII.
Służalcy! w takim urodzeni kraju! Komuż, Przyrodo, zbiór twych cudów służy! Tam Cyntra w rajskim rozsiadła się gaju - Śród labiryntu parowów i wzgórzy. Pędzel i pióro tego nie powtórzy Ani w połowie, co ludzką źrenicę Śród tych widoków oślepia i durzy, Nie wypowiedzą i bardów gęślice, Choć światu otwierają edeńskie bramice.
XIX.
W wieńcu klasztornych ruin stroma skała, Spad urwisk, drzewem korkowém obszyty; Pościel mchów górskich od żarów zczerniała, Jar, gdzie bez słońca płacze krzew w błękity, Lazur głębiny, fałdami nie krytéj, Złotem pomarańcz lśniący liść zielony, Potok, co w przepaść mknie, rzucając szczyty, Winograd w górze, dołem wierzb korony - To czarów wielkich obraz urozmaicony.
XX.
W górę tą krętą ścieżką ponieś kroki, Wstecz nieraz patrząc, jaką szedłeś drogą: Z wyniosłéj skały śliczne znów widoki! A przy "Bolesnéj Matce" sfolguj nogom: Mnich ci relikwię pokaże ubogą, Powie niejednę z legend téj pustyni; Zły człek tu nieraz poniósł karę srogą, Honorjusz ongi w téj ciemnéj jaskini, Na niebo chcąc zasłużyć, z ziemi piekło czyni.
XXI.
Stąd téż, wskoczywszy na wierzchołki strome, Ujrzysz moc krzyży, z gruba obrobionych; Nie pobożności znaki to widome, Lecz słabe świadki mordów tu spełnionych; Bo ile razy śród jęków tłumionych Krew ofiar ciekła na zabójców noże, Ktoś krzyż postawił z kołów nierzeźbionych; W tysiącach odtąd sterczą męki-boże W téj ziemi krwi, gdzie prawo bronić cię nie może.
XXII.
Na stokach wzgórzy i tam dołem leżą Zamki, królewskie przed laty schroniska, Dziś tam swe wonie dzikie zioła szerzą I przepych resztki swych promieni ciska; Pałac następcy za basztami błyska, I ty, Wateku, Anglji najbogatszy Synu, rajskiegoś pragnął tu gnieździska, A że im większy zbytek, tém jest rzadszy Nasz spokój, na to duch twój - tak było - nie patrzy.
XXIII.
Tutaj mieszkałeś, snując uciech plany, Tu, gdzie ta góra wznosi cudne skronie; Dziś, na zagładę snać klątwą skazany, Tak jak ty, gmach ten w samotności tonie; Trudno się przedrzéć w chwastów milijonie W puste komnaty, rozwarte portale - Nowa stąd pewność jest w myślącém łonie, Jak ziemska rozkosz nie jest trwała wcale, Jak wnet ją zabijają groźne czasu fale!
XXIV.
Patrz! w tym pałacu radzili wodzowie, Gmach ten jak wstrętny brytyjskiemu oku! Siedział tam, w czapce błazeńskiéj na głowie, Niedobry czarcik, szydzący co kroku, W płaszcz z pergaminów ubrany: z pod boku Wisi mu pieczęć, w ręku czarne zwoje, Znane w rycerskim, sławy pełnym tłoku; Zdobią je herby i podpisów roje - Mrąc z śmiechu, czarcik na nie kładzie palce swoje.
XXV.
Konwencją było to czarcie złowieszcze, Co u Marjalwy słało wodzów w żaki, Mózg im wyjęło - jeśli mieli jeszcze, A radość ludu w żal zmieniło taki! Głupstwo z głów zdarło zwycięstwa szyszaki, Chytrość odbiła tu oręża klęski, A wodzom znikły wawrzynowe szlaki; Nie padłym biada, lecz zgrai zwycięskiéj, Gdy tryumf w Luzytanji okrył wstyd niemęski!
XXVI.
I od godziny tych wojennych narad, Gdy wspomniéć Cyntrę, Anglja blednieje, A tych, co dzierżą rządzenia aparat, Wstyd, gdy go mają, nieraz ogniem zleje. A jakżéż akt ten nazwą przyszłe dzieje?! Nasi i obcy czyliż nie poszydzą, Jak się z tych mężnych własna sława śmieje, Jak ponad sobą zwyciężonych widzą - Wskazując to, dni przyszłe tego-ż nie zohydzą?
XXVII.
Tak dumał Harold, kiedy po zwyczaju Wśród tych gór cudnych błąkał się samotny; Lecz wnet z tych czarów rwał się do wyraju, Niespokojniejszy od jaskółki lotnéj, Chociaż wnikania w wnętrze częstokrotny Miewał tu popęd, choć rozwaga rzekła Nieraz swe słowo, ażeby ochotny Wzgardził młodością, co mu w głupstwach ściekła; Ta prawda nieraz oko smutkiem mu powlekła.
XXVIII.
Na koń! na koń! na zawsze już porzuca Obraz spokoju, choć tak duszę nęci! Do lotu z snów się leniwych ocuca, Lecz mu nie dziewka, nie puhar w pamięci. Precz stąd ucieknie, ale dokąd skręci Tor swéj pielgrzymki, gdzie znajdzie wytchnienie? Zanim nasyci wędrowania chęci, Niejedna przemknie scena się po scenie - Nim serce się ukoi, przyjdzie doświadczenie.
XXIX.
Lecz i do Mafry zajrzéć trza po drodze, Gdzie byt z królowych najbiedniejsza wiodła; Dwór tu i kościół dzierżyły swe wodze A msze i uczty zmieniały swe godła; Mnichy z panięty - szajka, mniemam, podła, Tum babilońska ścierka tutaj wzniosła, A przepych jego tak ciebie osiodła, Że krwi zapomnisz, co tu w rzekę rosła, Zmieniony w pokornego kłamnych zbytków posła.
XXX.
Przez żyzne łany, romantyczne wzgórza (O! gdyby wolny dzierżył lud te błonie!) Gdzie oko, patrząc, w radości się nurza, W niejedno rajskie zaszedł Czajld ustronie. Leniuch szaleństwem nazwie te pogonie, Zdziwion, iż można miękkie rzucać leże Dla dróg skalistych! - Jakie tutaj wonie! W górskiém powietrzu jakie życie świeże! Rozkoszy stąd opasła Wygoda nie zbierze.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.