Farma Nolla
Mój dziadek ze strony matki, Joseph A. Noll, urodził się ponad sto lat temu w Norymberdze. I to wszystko. Cóż, wszystko dla każdego, kto chciałby otrzymać więcej informacji o jego pochodzeniu. Mój drugi dziadek, Alberto de León, przyszedł na świat w Ameryce Łacińskiej, chyba jednak nigdy nie wspomniał, w którym kraju. W rzeczywistości nie pamiętam, bym słyszała, jak któryś z nich mówi o kraju swoich narodzin. Tak jakby obaj zeszli ze statków, jeden jako Niemiec, a drugi jako obywatel tego zapomnianego już kraju, i obaj postawili stopę na ziemi jako Amerykanie.
Chociaż dla żadnego z nich angielski nie był mową ojczystą, nigdy nie słyszałam, by wypowiedzieli choć jedno słowo w innym języku, i tylko dziadek ze strony ojca mówił z akcentem. Mój niemiecki dziadek był w Niemczech rolnikiem i rolnikiem stał się w Clifton w stanie New Jersey. Miał czternaście hektarów ziemi i ilekroć w dzieciństwie jeździłam do niego w odwiedziny, czułam się jak w raju, nie - w Raju.
Na początku było tam pięćdziesiąt krów, dwa robocze konie zimnokrwiste, Książę i Giermek, wierzchowiec mojego kuzyna, wiele gęsi (kąśliwych jak żmije), sporo kurcząt, kilka świń, dwie kaczki, które jak mi powiedziano, zatrzymały się tam podczas migracji, rozejrzały się po okolicy i postanowiły zostać.
A także ośmiu irlandzkich parobków do opieki nad krowami i do ich dojenia. Po latach dowiedziałam się, że ci pracownicy byli tymczasowi. Mieszkali na farmie, która znajdowała się niespełna godzinę jazdy od Nowego Jorku, i ciężko pracowali przez cały dzień, siedem dni w tygodniu. Płacono im raz na miesiąc, ostatniego dnia miesiąca, i w tamten wieczór znikali. Dwa dni później, bez względu na dzień tygodnia, dziadek jechał ciężarówką do Bowery znanego z barów, noclegowni i burdeli. Dojeżdżał ponoć do konkretnego skrzyżowania, gdzie znajdował swoich mocno sponiewieranych pracowników. Niektórzy byli jeszcze pijani, niektórzy ze śladami udziału w bójce, inni bez buta, kurtki bądź zęba, a wszyscy bez centa. Większość była wstawiona.
Jak twierdził mój wujek, który odbywał z nim te comiesięczne podróże, witali jednak dziadka z wdzięcznością połączoną z ulgą i wracali na farmę oraz do pracy. Na miesiąc.
Mój brat i ja często bywaliśmy na farmie, znaliśmy wszystkich najemnych robotników rolnych; niektórzy bez wątpienia nas rozpieszczali. Żony i dzieci wielu z nich nadal mieszkały w Irlandii; niektórzy mieli młodsze rodzeństwo. Później się dowiedziałam, że dziadek zatrudniał ich pod warunkiem, że oddadzą mu dwadzieścia pięć procent swoich zarobków, które wysyłał rodzinom.
Gdy miałam siedem lat, przeprowadziliśmy się do małego domu na terenie farmy i mieszkaliśmy na niej prawie rok. Przypuszczam, że tam poznałam woń nawozu, która nadal jest dla mnie raczej aromatyczna niż cuchnąca. Widziałam również jego magiczny wpływ: co jesień robotnicy rozrzucali go na polach i co lato okazywało się, z jakim skutkiem.
Dzięki rocznemu pobytowi na farmie widziałam cały cykl pracy na roli. Sianie kukurydzy i pszenicy wiosną, opielanie tej drugiej latem, koszenie pszenicy i zbiór kukurydzy jesienią.
Jesień niosła również ze sobą rzeź indyków na Święto Dziękczynienia, a miesiąc później rzeź bożonarodzeniową. Dziadek sprzedawał indyki razem z kurami, mlekiem, masłem, śmietaną i niedługo po moich dziesiątych urodzinach lody, nie bał się bowiem rozszerzać działalności i otworzyć stoiska z lodami. Cóż lepszego można zrobić z mlekiem od pięćdziesięciu krów?
Jesień przynosiła także potworne świniobicie. Kury zapewniały siedmiolatce przynajmniej trochę komizmu, biegając z odciętymi głowami. Teraz brzmi to groteskowo, ale brat i ja uważaliśmy, że to cudowne, chyba dlatego, że tak bardzo odbiegało od normy.
Ale ze świniami było inaczej. Co roku prosiak miał nadawane imię i zaprzyjaźnialiśmy się z nim, karmiąc go resztkami z kuchni, drapiąc za uchem, śmiejąc się z tego, jak latem taplał się w błocie. To, co zobaczyliśmy, było więc szokujące i po pierwszym świniobiciu już nigdy więcej tego nie oglądaliśmy. Nadal pamiętam krew. I że co najmniej przez tydzień uważałam dziadka za potwora.
Biedak cierpiał z tego powodu przez kolejny tydzień, gdy dowiedzieliśmy się, że cielaki zostały wysłane do rzeźni, a nie, jak zakładaliśmy bez cienia wątpliwości, na inne farmy, żeby tam dorastać. Należy zauważyć, że los indyków, kur, świń i cieląt bynajmniej nie wpływał na nasze upodobania kulinarne. W rodzinie był tylko jeden wegetarianin, żona mojego wujka, Jean, która nie dość, że nie jadała mięsa, to jeszcze była politycznie na lewo od całej reszty rodziny, a najprawdopodobniej także od wszystkich mieszkańców stanu New Jersey. Dziadek nazywał ją "agitatorką", ale wydawało się, że to z nią najczęściej rozmawiał i jej opinie najwyżej cenił.
Pamiętam pojawienie się Sala, kowala, który przyjeżdżał co dwa, trzy miesiące, by podkuwać konie. Jeździł poobijanym pikapem, na którego platformie bagażowej jakoś zbudował kuźnię. Gdy tylko się zjawiał, rozpalał ogień przy użyciu drewna, a potem stopniowo dorzucał węgiel. Gdy płomienie robiły się mniejsze i gorętsze, parobkowie sprowadzali wszystkie konie, które potrzebowały nowych podków, albo te dziadka, z farmy, albo te trzymane tam przez podmiejskich właścicieli.
Bratu i mnie zawsze kazano stać w odpowiedniej odległości od koni, na wypadek gdyby jeden z nich, wierzgając, próbował pozbyć się nowych podków. To zdarzało się rzadko - związek Sala z końmi wydawał się niemal magiczny, przypominał międzygatunkowy balet. Kowal kierował ich nogami i kopytami, jakby były częścią jego ciała, wsuwał je między swoje kolana osłonięte skórzanym fartuchem i uderzał, podważał, skrobał, ciął, drążył i wypełniał ubytki, aż końskie kopyto było czyste i całkowicie płaskie, a wszelkie narośle obcięte ze wszystkich stron.
Pamiętam, jak Sal wyciągał podkowę z ogniska obcęgami, uderzeniem młota nadawał jej idealnie płaski kształt, a potem wrzucał do beczki z wodą, by tam ostygła. W ostatnich latach jednak, przyglądając się pracy podkuwaczy, nie widziałam płomieni i brakowało mi przerażającego syku pary, gdy zanurzali w wodzie kawałek rozgrzanego żelaza.
Kilka lat temu archeolodzy odkryli na północy Wielkiej Brytanii dwie pary "końskich sandałów", metalowych pantofli, których nie przybijano do kopyt hufnalami, tylko mocowano w inny sposób. Patrząc na zdjęcie, podejrzewałam, że mogłyby równie dobrze być dwoma wyszukanymi świecznikami, skoro jednak archeolodzy chcą, by to były kapcie dla koni, to im uwierzę. Sal i podkuwane przez niego konie pozostawili we mnie tak silne wspomnienie, że lubię sobie wyobrażać, że takie samo wzajemne zrozumienie łączyło te zwierzęta i tych ludzi, którzy dawno temu przywiązywali im ich wyszukane pantofle.
W końcu dziadek musiał zrezygnować z prowadzenia farmy i sprzedał ją - niech będzie przeklęty ten dzień - deweloperowi, który zburzył kamienny dom oraz stajnie i wybudował na ich miejscu nowoczesne, niezbyt ciekawe domy. Na środku pola przed domem, zanim jeszcze dziadek go postawił, od stuleci rósł ogromny buk. Dla mojego brata i mnie, oraz dla moich dwudziestu dziewięciu kuzynek i kuzynów to drzewo było kryjówką, miejscem do wspinania się, rozmyślań i spotkań. Przetrwało budowę domu i stało nietknięte co najmniej do lat siedemdziesiątych, kiedy ostatni raz przejeżdżałam obok w drodze do Nowego Jorku. Od tamtej pory nie wracałam tam, ponieważ nie chcę zobaczyć, że już go nie ma.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki