Wprowadzenie
Każdy esej w niniejszym wyborze ma swoją historię. Zazwyczaj był publikowany w różnych czasopismach, by następnie, w wersjach nieznacznie zmienionych, trafić do książek. Niektóre publikowałem także, w całości lub fragmentach, w antologiach, księgach okolicznościowych i tym podobnych.
Tutaj również nie odmówiłem sobie zmian. Niewielkich. Układ rozdziałów stał się dla mnie niełatwym problemem. Zasadniczo powinienem zachować chronologię ich powstania lub publikacji, ale to nie wydało mi się wystarczające. Ułożyłem je więc według geografii, tak aby tworzyły złudzenie wędrówki w przestrzeni Śląska.
Z pozoru Śląsk jest dobrze znany, a jednak ciągle skrywa wiele tajemnic. Ten fakt odzywa się już to w powieściach Andrzeja Sapkowskiego, Olgi Tokarczuk, Szczepana Twardocha i długiej listy pisarzy (oraz poetów) czerpiących inspirację z tego regionu. Sam do nich należę i czasem żartuję, że poza Śląskiem już nic mnie nie ciekawi. Cenię sobie fakt, że dla wielu czytelników moje utwory były przewodnikami po jego terenach.
Ale poza geografią liczy się też historia i może nawet bardziej. Tu często odzywa się błąd utożsamiania historii Śląska z historią Polski. Od pierwszej ćwierci wieku XIV, gdy Kazimierz Wielki zrzekł się praw do Śląska, a tamtejsi książęta złożyli hołd królowi Czech, aż do roku 1922, a dokładniej 1945, Śląsk miał swoją własną historię. To również jest kopalnią tematów i można powiedzieć, że na przestrzeni swych dziejów Śląsk był niejako podziemnym korytarzem łączącym Wschód z resztą Europy. Uwzględniłem więc miejsce tych opowiastek w historii, by również były podróżą w czasie.
Pochodzenie poszczególnych tekstów jest następujące:
Sobótka alias Ślęża, O olbrzymach, Hermes na rozstaju, Theatrum Mundi, czyli Mała Hyszowa pochodzą ze zbioru Hermes w Górach Śląskich, Wydawnictwa Dolnośląskiego, Wrocław, I wyd. 1994, II wyd. 1995. Ponieważ z upływem czasu niektóre informacje utraciły aktualność, starałem się to uwzględnić w przypisach.
Mappa mundi, Śląsko-Silesia-Schlesien, Opis podróży mistycznej to rozdziały Opisu podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957, Wydawnictwo Znak, Kraków 1996.
Do ciemności pierwotnie znajdowało się w zbiorze Pitagoras na trawie, Przedświt, Warszawa 1997, aby w zmienionej postaci, obok Ząbkowice Śląskie recte Frankenstein, Zapis wycieczki pieszej z naszego stulecia do wieku siedemnastego i z powrotem, Karetą do piekła, piechotą do nieba, wystąpić w książce Inny Hermes, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 2001.
Natomiast Polak mały był publikowany w dodatku "Plus-minus" dziennika "Rzeczpospolita", 2004; a następnie w przekładzie niemieckim, w Wer hat Angst vor Multikulturalität, Harrassowitz Wiesbaden 2022.
Ślęzaczek w Polsko publikowany był w kwartalniku "Borussia", 2005, również w tłumaczeniu niemieckim.
Opisanie świata na przykładzie Szalejowa Górnego ukazywało się w kolejnych numerach kwartalnika "Regiony" 2000-2001. Natomiast w całości w księdze jubileuszowej Etnograficzne didaskalia. Muzeum Etnograficzne we Wrocławiu i kultura dolnośląska, 2019.
Henryk Waniek
2023
Polak mały
Kto ty jesteś? - pamiętam z dzieciństwa.
Polak mały.
I tak dalej, powtarzało się słowa Władysława Bełzy1 w rytmie podniosłym i marszowym. Wojskowym przecież. Jaki znak twój? Gdzie ty mieszkasz? Aż do - Coś jej winien? Ta uroczysta melorecytacja ustawiła duchowy horyzont lat przedszkolnych na wysokości proporcjonalnej do mojego ówczesnego wzrostu Polaka małego. Małego, a więc patrzącego nie z lotu orła, lecz z padołu krótkich spodenek i butów, z których kupowaniem rodzice nie mogli nadążyć.
Wprawdzie urodziłem się jeszcze w czasach okupacji, ale niewątpliwie "w polskiej ziemi", bo Oświęcim (wówczas Auschwitz) był miasteczkiem na tak zwanym Śląsku Austriackim, którego ludność (circa siedemdziesiąt procent do września 1939 roku) stanowili Żydzi. Wcześniej był Oświęcim stolicą jednego z księstw śląskich, bodaj od wieku XVI lennem biskupa krakowskiego, a po 1945 roku powiatem wyszarpywanym co rusz przez województwa katowickie i krakowskie. Ale miejsce, gdzie się urodziłem, nie ma wielkiego znaczenia, skoro niebawem jako trzyletni Polak mały znalazłem się w Katowicach, rodzinnym mieście ojca. Wolałbym powiedzieć - i byłoby to poniekąd prawdą - że to raczej tutaj się urodziłem, a na pewno wychowałem, lecz przez co najmniej trzydzieści następnych lat ukrywałem ten fakt w cieniu zawstydzenia.
Przypomniał mi Peter Lachmann swoim esejem - a właściwie uświadomił, bo wcześniej jej nie znałem - tę ideę Emila Ciorana, że jest dramatem urodzić się w byle jakiej przestrzeni kulturowej. Miał Cioran pewnie na myśli ojczystą Rumunię, tak jak ja teraz mam śląsko-polską ziemię Polaka małego, i nie potrafiłbym lepiej jej nazwać - przestrzeń kulturowej bylejakości. Przez trzydzieści lat wstydziłem się więc tego, że dzieciństwo, młodość i kawałek dojrzałości spędziłem w centrum miasta, w którym skupiły się największe plagi powojnia. Miasta, w które jak w odgromnik uderzały pioruny historii. Pioruny to zbyt jowialne, więc może raczej powinienem powiedzieć "gówna", co brzmi bardziej plutonicznie. Katowice były latryną Europy (Środkowej?, Wschodniej?) przez dwie trzecie minionego stulecia. Części tego byłem naocznym świadkiem.
Lata spędzone w samym środku miasta kształtowały umysł, który upodabniał się do cegieł, brudnych tynków, granitowych trotuarów, marniejących drzew ulicznych i wszechobecnych odpadów fabrycznych, czyli nabierał właściwości będących jeszcze niezidentyfikowaną chorobą. Po latach, dzięki odrobinie szczęścia, trafiłem na terapeutę. Był nim pies, który pewnego dnia wziął mnie na smycz i wyprowadził z miasta. Na łąki. Do lasu. Ku naturze. Otrzymałem go - wraz z obrożą i już utrwalonym imieniem Kusy, niestety bez kagańca - w nieoczekiwanym darze od znajomych. Właśnie urodziło im się dziecko, a Kusy miał na tym punkcie jakiś uraz.
Spotkałem w życiu najwyżej trzech lub czterech nauczycieli godnych tego tytułu. On był jednym z nich. Kusy leczył mnie z miejskiego betonu. Ale zanim szczęśliwy los nas spotkał ze sobą, miasto było moim wyłącznym kosmosem. Powiedziałem wcześniej "w centrum miasta", ale Katowice składały się wyłącznie z centrum. Kilkadziesiąt kroków od rynku zaczynała się wieś, a dalej sąsiednie miasta lub miasteczka, przechodzące w dzielnice następnych miast i tak dalej. Mam tu na myśli większy obszar, określany jako aglomeracja górnośląska. Na jej dalszych planach jawiła się śląskość w swych lokalnych odcieniach: ziemia opolska, Śląsk Dolny, śląskie peryferia aż po ziemię kłodzką lub Łużyce.
Szkicuję tylko z grubsza geograficzne ramy świata - jedynego, o którym dziś mam prawo mówić. W końcu byłem tam osobiście. Widziałem. Dotykałem. Słyszałem. Rozpoznawałem jego realia jako Polak, niestety mały. Gdybym był trochę większy, może nie dałbym się nabrać na tę powabną dekorację lat czterdziestych i pięćdziesiątych, kiedy wszyscy kochali Stalina, równocześnie nań plując. Gdy każda para rąk, zgodnie z masową pieśnią tamtych lat, budowała "ukochany kraj, umiłowany kraj...", absolutnie fałszywy i połowicznie nienawidzony. Niestety - zgodnie z wolą Bełzy - byłem mały. Możliwie jak najdłużej mały. Poliaki, mawiają Rosjanie. I jest w tym podobno odcień pobłażania. Poliacziszki, mawiał Stalin, z jeszcze głębszym odcieniem. Maleńcy Polacy. Polaczątka. Taki byłem ja i wszyscy naokół. Także dorośli.
Przywołuję Katowice (niebawem przemianowane na Stalinogród), żeby przybliżyć pstrą egzotykę rejonu Polski, której terytorium rozlało się poza granice rozsądku, gdzieś aż po Nysę Łużycką. Było zresztą tych śląskich egzotyk wiele, nie tylko pomnożonych przez trzy: Górny, Opolski i Dolny Śląsk. Każdy z nich dzielił się jeszcze w nieskończoność różnic etniczno-polityczno-historycznych. Nie starczyłoby wołowej skóry na spisanie narodowości, jakie się tam zbiegły. A więc Polacy w całej gamie kolorytów, to oczywiste. Niemcy, rzecz jasna. Rosjanie, a jakże. Sporo Żydów. Serbowie z Jugosławii. Grecy. Hiszpanie. Ukraińcy. Nieco krwi czeskiej, morawskiej i łużyckiej. Do tego ludność rodzima, której obywatelstwo - raz takie, raz inne - nie miało łatwego życia. Nie było to (zwłaszcza dla oczu sześcio- lub siedmiolatka) zbyt wyraźne, choć wyczuwalne jak najbardziej.
Już wiedział mały, że rzeczywistość jest bardziej złożona, niż tego chcą gazety, nauczyciele i władza. Ale dopiero później się przekona, że na Śląsk tajemnice spływają z wielu stron świata i historii. Także do Katowic, o których historyczności nie da się mówić poważnie, bo miasto święciło stulecie dopiero w latach sześćdziesiątych wieku XX. Zresztą, jakie tam znów miasto? Jeszcze za mojej pamięci w samym jego środku znajdowały się dwa folwarki, na dawnych mapach niemieckich określanych jako Rittersgut. Dobra rycerskie. Katowice były więc wtedy tyleż miastem, ile wiochą. Ale historia nie jest wybredna i z powodów sobie tylko znanych z zapamiętaniem grzebała paluchem w śląskiej geografii. Gryzmoliła na tej ziemi jakieś hieroglify: klątwy, zaklęcia, kłamliwe życzenia.
Uświadomiłem sobie później tę historię - zarówno kłamliwą, jak i prawdziwą - oraz szczególność punktu, z którego widziałem to wszystko, jeszcze mały, lecz już wyrosłem z ubranek dziecięcych. Mały, ale tak wyraźnie nie zobaczyłbym tego nigdy i nigdzie. Bo to nie Kraków czy Gniezno uczczono rewolucyjnym pseudonimem kremlowskiego Wielkiego Batiuszki. Coś takiego mogło się zdarzyć tylko w Katowicach przerobionych na Stalinogród. Mniejsza też o historię, jaką nam - Polakom małym - ładowano w niewinne główki wprost z podręczników szkolnych, tę pisaną przez fachowców pod dyktando wiatrów politycznych, sprzedajną na lewo i prawo. Natomiast historia, o której tu myślę, pisała się sama, żywym, ludzkim językiem i pamięcią. Tkwiła w materialnych śladach miejskich. Wcieliła się w kamienice, w podwórka, ulice, zakamarki i nie mieściła się w książkach. W ogóle jej do nich nie wpuszczano, podobnie jak do instytutów, katedr i naukowych towarzystw. Można by to tłumaczyć parszywością czasu, gdy przeciw prawdzie ustanowiono paragrafy w kodeksach karnych. No, dobrze. Ale dlaczego jeszcze i dzisiaj prawda historii przegrywa z cieplutkim kłamstewkiem, które nosimy pod skórą, jak coś drogocennego? Jak serce.
Łatwo przefarbować wymowę statystyk, wymyślić całkiem nowe, przekręcić sens słowa, przesunąć akcenty w lewo lub w prawo, między fakty zapuścić baśń. Ale jak sfałszować cmentarze, pamięć, krajobraz poprzedników? Nie da się zagadać wymowy znaków utrwalonych pod zewnętrzną warstwą rzeczywistości, szwendającej się ulicami, zamiast - ani mru-mru - wcielać się w planowane i zadekretowane założenia. Twórcy historii przemilczeń i głośnego fałszu robili, co mogli, lecz miliony przeoczonych drobiazgów psuły im robotę. Historia kłamstwa w żywe oczy mówiła pokonanym, że są zwycięzcami. Mówiła, mówiła, mówiła. A poza opłotkami aglomeracji górnośląskiej, w której wszystko było lipą, ja, Polak mały, czytałem coś zupełnie innego, w przestrzeni ciągnącej się w kierunku zachodnim. Nie tylko dlatego, że zachód był ciekawszy niż wschód, zaczynający się od Mysłowic, od słynnego niegdyś Dreikaisersecke - trójkąta trzech cesarzy, których zaborcze względem Polski apetyty spotkały się właśnie na Śląsku. Na wschodzie była Kongresówka, należąca już do innej historii, a na zachód i południe od Katowic rozpoczynał się Śląsk i jego źródła. Również źródła dosłowne, skoro w ziemi śląskiej mają początek aż dwie rzeki, dla naszej historii tak zasadnicze. W Beskidzie Śląskim biją źródła Wisły. Bardziej na zachód rozpoczyna bieg Odra, w rzymskiej geografii zwana Svebos flumen, zapewne od plemion germańskich, korzystających wtedy z jej dobroczynnych wód. Dla ścisłości, źródła Odry, choć biją na Śląsku, to jednak w Czechach. Błędem jest mniemanie, że Śląsk to obszar niepodzielnie polski. W wielkim godle narodowym Czech, na jednym z czterech heraldycznych pól, widzimy piastowskiego orła śląskiego. Ma to godło na lewym rękawie każdy czeski policjant. Dlaczego nie polski?
Zostańmy jednak przy rzekach. Dla historii każdego kraju rola rzek jest zasadnicza. Zaś te dwie, rysujące przestrzenny i gospodarczy sens Polski, są rzekami z urodzenia śląskimi. Jaka jest prawda o naszym stosunku do rzek, da się wyczytać z ich materii. Na przykład z analizy chemicznej wody w jej biegu górnym, średnim i dolnym. Ze stanu regulacji brzegów. Liczby i jakości mostów. Z ich zasobów. Dzisiejszy ogólny stan Wisły odsłania niezgodność patriotycznej poezji i pieśni z tym, co już za Kazimierzem Dolnym, a na pewno Płockiem, dla byle okonia lub leszcza jest nie do przyjęcia. Byłoby o czym rozmyślać na którymś z mostów warszawskich, gdyby to nie był czas stracony. Z Odrą, przez sześćset długich lat wyłączoną z władztwa polskiego, gdy nie tylko dbano o jej walory eksploatacyjne, lecz także kanałami podłączono do ogólnoeuropejskiej wspólnoty wód, było inaczej. Było, minęło.
Ale zarówno Wisła, jak i Odra omijają Katowice, leżące nad rozlewistą niegdyś Rawą, zasługującą dziś w najlepszym razie na tytuł rynsztoku. Heraklit, ów filozof rzek, nie wszedłby do niej nawet po raz pierwszy. Położenie Katowic pomiędzy dwoma dostojnymi polskimi wodobiegami czyni to miasto miejscem poniekąd rozjemczym dla dwóch cywilizacyjnych poziomów i dwóch historycznych przeznaczeń. Katowice to rodzaj śląskiej, śródlądowej Scylli i Charybdy. Z końcem lat pięćdziesiątych krok po kroku zacząłem samodzielnie rozpoznawać strony najbliższego świata.
Dziś już rozumiem pochodzenie niepokojących percepcji, które można określić jako rzeczywistość dwojaką. Jakieś pęknięcia, szczeliny, rozpadliny, jak po trzęsieniu ziemi. Bytom i Gliwice, dwa większe miasta leżące najbliżej Katowic, do roku 1945 znajdowały się na terytorium Niemiec, przeto w świadomości ludzi tu zamieszkałych nie wytliła się jeszcze pamięć ich "zagraniczności". W czasach Polaka małego wyprawy do tych miast - w sumie półgodzinna przejażdżka tramwajem w poprzek nieistniejącej już granicy - odsłaniały ich pewną, ściśle powojenną specyfikę. Na szorstki dialekt śląskich autochtonów nakładał się język przesiedleńców kresowych. Mieszały się także jakości obyczajowe, mentalności i jeszcze świeże rany powojenne.
Oba te miasta - dawniej ważne ośrodki gospodarcze i kulturalne niemieckiego Górnego Śląska - zostały pokiereszowane przez brutalny rabunek i dewastację. Nie było tam żadnych walk ani poważniejszych operacji wojskowych. Łupiono je i bez zahamowań szabrowano od chwili wkroczenia żołnierzy radzieckich, zresztą nie bez udziału żołnierza i cywila polskiego, gdyż to przecież "hitlerowskie Niemcy". Ludność tutejsza, której polskość do niedawna musiała się ukrywać, teraz traktowana była jako element niemiecki, wraz z całą zbrodniczością towarzyszących temu procedur. Niemców zarażonych faszyzmem już tam - z małymi wyjątkami - nie było. Nazistowski aparat partyjny, cywilni fanatycy i urzędnicy wszelkiej maści, uciekli na długo przed początkiem radzieckiej ofensywy zimowo-wiosennej 1945 roku. Ślązacy ufnie oczekiwali uwolnienia od hitlerowskiej zarazy. Głównie polskojęzyczni, ale również spragnieni pokoju niemieccy, zresztą niemal wyłącznie starcy, kobiety i dzieci, jako że młodzież w wieku poborowym, w tym również polską, pochłonął Wehrmacht. Doczekali się jednak czegoś całkiem innego.
Bytom znałem lepiej, gdyż w wieku przedszkolnym spędzałem tu krótsze lub dłuższe okresy u zamieszkałych tam babci i wuja. Gliwice poznałem później, za sprawą szkolnego przyjaciela, którego rodzice przybyli spod Lwowa. Jeśli chodzi o przekrój klasowy, powiadało się, że w Bytomiu dominował kresowy plebs, w Gliwicach zaś elita przez "e" większe lub mniejsze. Na mnie to nie robiło wrażenia, bo byłem poniekąd "stąd", nie licząc małopolskiego pochodzenia matki i jej wielkopolskiego ojca. Nie to, że była małą Polką, jak ja Polakiem małym, ale że urodziła się w Szczakowej, gdzie mowa była bardziej "austriacka". Babcia pamiętała jeszcze tamtejsze talary reńskie, korony i krajcary. A jeśli coś kupowała, to tylko "pół funta". Zaś ja, choć "tutejszy", nie byłem zbyt biegły w śląskim dialekcie, gdyż w domu przestrzegano poprawnej polszczyzny.
W 1946 roku, lub z początkiem następnego, przebywałem u wuja Czesława. Był w Bytomiu dozorcą w starostwie. Kombatant od Andersa wrócił do kraju i dobrze zrobił. Kiedyś poszedłem z nim przez podziemny labirynt do kotłowni. Piwnice aż po sklepienie były zarzucone książkami na wysokość przerastającą mnie więcej niż dwakroć. Nie była to tuzinkowa makulatura, lecz woluminy w skórzanych okładkach, ze złoconymi literami na grzbietach, pyszniące się rozmaitością papierów i krojem czcionek. Nie mogłem obojętnie przejść obok nich, bo szperanie w książkach pociągało mnie wtedy bardziej niż piaskownica. Była to biblioteka wyrzucona przez powojenną ślepą sprawiedliwość na spalenie z niemieckiego muzeum po drugiej stronie ulicy. Pieczątki zdradzały pochodzenie. Wziąłem dwa tomy. Miałem je długo, aż utonęły w ogólnej entropii skarbów dzieciństwa. Dobrze te dwa woluminy - a szczególnie jeden - pamiętam. Wielki album historyjek słowno-obrazkowych Wilhelma Buscha, pioniera komiksu.
Ale najbardziej liczyły się książki znajdujące się poza zasięgiem moich rąk, na samej górze, owiane cieniem, z którego mrugały złoceniami. Nawet po dwudziestu latach wracały do mnie w snach. Nie byłem już czteroletnim Polakiem małym. Już znałem mroki świata i wiedziałem, co znaczy piwnica. We śnie wypełniałem kieszenie, plecaki i worki tymi książkami. Po kilku porażkach nauczyłem się kontrabandy umożliwiającej przemycanie ich przez granicę jawy, tak by sobie oszczędzić smutku lądowania w szczerym polu pościeli. We śnie zapamiętywałem ich stronice. Szczególnie ryciny i ilustracje. A w świetle dnia rekonstruowałem je na papierze. Nie wszystko dawało się odtworzyć. Na przykład Księga Ognia. Otwarta, wybuchała płomieniem. Albo inne, między stronami których pojawiały się symboliczne przedmioty - złote jajo, żelazna rękawica, żywa jaszczurka. Dopiero po następnych dwudziestu latach coś podobnego zobaczyłem w filmach Petera Greenawaya. Takie dziecinne doświadczenia stawiały mnie przed manifestacjami tajemnicy. Niektóre znajdowały się wewnątrz mieszkań. W klatkach schodowych kamienic. Na strychach i w piwnicach. Po inne wyruszyłem jako Polak mały ku ulicom. Miastu. Przedmieściom. Okolicy. Reszcie śląskiego wszechświata.
Po październikowym przełomie węgiersko-polskim w roku 1956 (miałem zaledwie piętnaście lat) przez rzeczywistość przebiegły konwulsje. Ożywiła się wiara duszyczek wierzących w zwycięstwo prawdy nad kłamstwem. Ubyło piany w nawarzonym piwie, ale kufel nadal zawierał mętny płyn i niebawem przelewki rozpoczęły się od nowa. Epoka Gomułki. Nie taki już mały, tkwiłem w dwuznacznym śląskim świecie, który nie przestał być Katangą Paktu Warszawskiego. Zlikwidowano, co prawda, obozy pracy, karne kompanie wojskowe i Służbę Polsce. Zmodyfikowano eksploatację lokalnych zasobów ludzkich i naturalnych. Ale pryncypia polityczne wzmocniły się nawet. Szczególnie tam. Tak zwani komuniści (mniejsza, czy byli nimi rzeczywiście) trzymali katowickie porządki w silnej garści.
Była to poniekąd kuźnia PRL-u. Poligon proletariatu. Istniały tu lokalne i gdzie indziej nieznane zasady reglamentacji kultury. Wbrew oficjalnej przyjaźni z bratnią NRD na Śląsku używanie języka niemieckiego w miejscach publicznych podlegało karze. Nawet prywatne rozmowy mogły przysporzyć kłopotów. Na terenie województw katowickiego i opolskiego nie było szkół z językiem obcym niemieckim, z wyjątkiem szkół dla dzieci z politycznie "dobrych domów". Jeszcze w latach siedemdziesiątych w popularnych kaempikach prasa niemieckojęzyczna (wraz ze szwajcarskim "Neue Zürcher Zeitung") była niedostępna. Znam przypadki przymusowej zmiany nazwisk niemieckich. Poczciwy Grunner, drugi mąż mojej odległej ciotki, górnik w wieku przedemerytalnym, po latach niewolniczej pracy jako jeniec (był kombatantem Wehrmachtu) otrzymał emeryturę pod warunkiem zmiany nazwiska. Umarł jako Pietrowski, jak mu to wymyślił partyjny polski Kulturträger. Ciekawy jestem, czy - gdyby dziś żył - przyszłoby mu do głowy dochodzić odszkodowań za szkody osobiste? Jeszcze inny, nazwiskiem Müller, stał się Milewskim, a kolega z ławy szkolnej Sperling - Wróblem.
Po roku 1956 części autochtonów niemieckich zezwolono na opuszczenie Polski Ludowej w ramach "łączenia rodzin". Inni, którzy nie mieli dokąd lub po prostu nie chcieli wyjeżdżać, niebawem gorzko żałowali. Nastąpiła też krótkotrwała liberalizacja emigracyjna wobec Żydów, co spowodowało ich odpływ z miast śląskich. Z kolei przybyło spóźnionych "repatriantów" z ówczesnego ZSRR. Trwało to zbyt krótko, bym z Polaka małego mógł się w czasie przelotnej odwilży przemienić w nieco większego. Tyle że już postrzegałem kontury politycznej fantastyki, w ramach której wykreowana śląska rzeczywistość nabrała jaskrawej podwójności. Jedna oficjalna, druga prawdziwa. Dotąd mogło się wydawać, że to tylko moje smarkate - może nawet mylne - przeczucie. Teraz nie było wątpliwości.
Do już istniejących doszły nowe znaki zapytania. Nowe poszlaki oraz punkty widzenia niegdysiejszego Polaka małego, dla którego spodenki były już za krótkie, jakkolwiek nosił je pod długimi. W roku 1958 przepracowałem dwa miesiące w kopalniach wałbrzyskich, a potem jeszcze trochę w okolicach Bogatyni. Niewiedzącym, co to znaczy, wyjaśniam, że chodzi o Śląsk Dolny. Odległość dwustu-trzystu kilometrów od Katowic czyniła ten świat poniekąd antypodami. Wałbrzych nieco przypominał przemysłowy krajobraz Katowic. Bogatynia ani trochę. Pracowałem fizycznie, lecz nie przeoczyłem metafizycznych planów pejzażu. Nie była to moja pierwsza autopsja tego innego Śląska, który w latach 1945-1946 pozbawiono dziewięćdziesięciu ośmiu procent rdzennej ludności. Szacunki procentowe potraktujmy z przymrużeniem oka i powiedzmy, że co najmniej tyle. Wszystko to lege artis, zgodnie z prawem międzynarodowym, ustanowionym przez zwycięzców haniebnej Trzeciej Rzeszy, ale jeśli idzie o jej pogromców, nie dałbym szeląga za czystość ich serc i intencji. Najsilniejszą ich racją był odwet na jeszcze większym zbóju Hitlerze, który pociągnął siedemdziesięciomilionowy naród i kraj do zguby. Znacząca część tego kraju - Dolny Śląsk (Górny w mniejszym stopniu) - stała się mityczną, upadłą cywilizacją. Światem, z którego - jak w baśni - wyparowali mieszkańcy. Tylko nieruchomości trwały, niczym symbole upadku.
Jeszcze bardziej baśniowe wydawało mi się to dwanaście lat wcześniej, gdy jako malec spędzałem wakacje w okolicach Środy Śląskiej, w majątku ziemskim przerobionym na PGR. Rysował się przede mną zupełnie inny krajobraz. Rok był chyba 1946. Pikanterii tym wakacjom dodaje fakt, że załogę PGR-u stanowił zakonspirowany oddział AK, z dwoma krewnymi mojej matki, później (1952) skazanymi na karę śmierci, a jeszcze później (1957) ułaskawionymi czy nawet rehabilitowanymi. O tym dowiedziałem się po latach, a na razie byłem pięcioletnim Polakiem małym (może wtedy właśnie po raz pierwszy poczęstowano mnie Bełzą?) pląsającym na powojennym, pozbawionym kresu, placu zabaw. Tylko akowcy i wokół pusta wieś. Niewielu ludzi, którzy byli tu jak gdyby jedynie przejazdem. A co z resztą, z właścicielami lokomobil i traktorów, stodół i obór, ogrodów i lasów? Przepadli. Rozpłynęli się w końcówce okrutnej historii.
To było doświadczenie zapierające dech. Jakie to niezwykłe, gdy ma się pięć lat i wchodzi na strych opuszczonego domu, pełnego tajemniczych rzeczy pozostałych po kimś. Pełnego widm i możliwych niespodzianek. Tylko pobliska samotna góra w pogodne dni - a było to lato długie i słoneczne - okazała się opatrznościową wskazówką na jakieś "później".
W roku 1959 pamiętałem jeszcze dobrze tamte wakacje, więc nic mnie nie zaskoczyło poza skalą obrazu, poza wysokością punktu widzenia, jako że byłem Polak już nie taki mały. Świat, w którym ponownie się znalazłem, był w pełni zaludniony. W pełni to za dużo powiedziane, ale było to województwo nazywające się wówczas wrocławskim, funkcjonujące normalnie, choć na nienormalnych zasadach. Ludzie byli w duchu wygnańcami. Żyli na walizkach, nie znając dnia ani godziny. Jak na cudzym, własnym na niby, jak cała Polska. Propaganda polityczna przygrywała skocznie temu przedsięwzięciu. Głośniki uliczne, od rana po zmierzch, dozowały budujący akompaniament: "na ojczystej, ukochanej ziemi, pracą, walką tętni młoda krew...". Wielu Polaków, jeszcze nie tak dawno małych, nie śmiało nawet wątpić, że oto prapiastowskie, po wiekach krzywd sprawiedliwie odzyskane, nasze ukochane "miasta i wioski" jakby sypią się z megafonów. Kombatantom Ludowego Wojska Polskiego bliżej było spod Berlina na Dolny Śląsk niż na wschód, gdzie chyba już lepiej było nie wracać. Zostali w pół drogi do domu, po swej wojaczkowej przygodzie, na dożywotnich wakacjach, w świecie, który był przecież ziemią obiecaną. Niemal tak samo go nazwano - Ziemie Odzyskane. Był ten świat dla nich jakimś lunaparkiem po Oce i Lenino. Żyli jak w niebie, nie na ziemi. Dolny Śląsk - enklawa ocalonych przed Azją. Mieszanina pionierów i tych, co z pionierów żyją.
Różnice ciśnień między Śląskiem a "starym krajem" już się wyrównały, choć dawna dekoracja - miast, zakładów przemysłowych, sieci drogowej i kolejowej, i tak dalej - ciągle coś przypominała, czemuś zaprzeczała, stawiała pytania. To był istotnie słaby punkt śląskiego krajobrazu. Bo przecież nie dało się dowieść, że prapiastowska jest koksownia w Wałbrzychu lub stocznia rzeczna we Wrocławiu. Ani napisy na dworcach nie były prapiastowskie. Spod marnej farby głoszącej, że stacja nazywa się Wałbrzych, wyłaziło nienawistne Waldenburg. Krajobraz był uparty - architektura, podziały gruntowe i wizja świata, obce potrzebom Polaka małego i dużego. Chyba że dla zabawy. Aż do zepsucia zabawki włącznie. Pejzaż był taki, że mnie w 1958 lub 1959 roku ciarki przechodziły. Niemniej już wtedy, a tym bardziej później, widziałem, że tej dekoracji ubywa. Że będzie jej coraz mniej. Takie były czasy, choć przecież nie najgorsze. Ludzie pamiętający jeszcze okupację tylko oczy wznosili w podzięce ku niebu.
Z roku na rok, z dekady na dekadę moja ciekawość tego świata nabierała głębi. Szczególnie po poniekąd wymuszonej przeprowadzce do Warszawy, gdy byłem już grubo po trzydziestce, objawił mi się Śląsk jak niespodziewanie odkryta Atlantyda. Bez choćby jednej stopy postawionej w sercu Mazowsza, skąd widać jakoby cały kraj, tu nazywany prowincją, nigdy bym nie zrozumiał tej szczególności Śląska w Polsce. Przeto wolę go oglądać naocznie i moje świadectwo jest takie a takie. Szukam. Patrzę. Słucham. Powtarzam. Ciągle coś się odsłania, widzę to coraz wyraźniej, niegdysiejszy Polak mały, choć i obecnie nietęgi, skoro na - Coś jej winien? - chętniej niż - życie, odpowiedziałbym - prawdę.