Wędrowiec Czasu. Tom 3. Własny Dom - Mariusz Ślusarz

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (20,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Pieśń o tych, którzy wracają

Skald podniósł głos dopiero wtedy, gdy ogień przygasł. Nie dlatego, że zabrakło drewna, lecz dlatego, że nadszedł czas, w którym nie wolno już krzyczeć. Bo po bitwie świat nie potrzebuje krzyku. Potrzebuje pamięci.

Świat, który widziałem, gdy odchodzili, był ciężki od dymu i oddechów ludzi, którzy przeżyli. Ziemia była jeszcze ciepła, nasiąknięta krwią tak świeżą, że parowała o świcie. Wrony nie zleciały się od razu. Nawet one czekały, jakby wiedziały, że to nie koniec, tylko przerwa.

Tam, gdzie stała wioska, zostały ślady. Tam, gdzie stali ludzie, zostały imiona.

A ci, którzy odeszli, nie odwrócili się ani razu. Widziałem ich plecy, gdy ruszali w drogę powrotną. Widziałem, jak niektórzy zostawiali za sobą więcej, niż chcieli. Nie wszyscy wracali w to samo miejsce. Nie wszyscy wracali w to samo życie.

Ale wszyscy wracali inni. Na czele szedł Knut. Nie niósł już ciężaru, który miał na początku drogi. Niósł inny - cichszy, trudniejszy, bo zrobiony z odpowiedzialności, nie z gniewu. Jego krok był wolniejszy, ale pewniejszy. Widziałem, jak patrzył na drogę, nie jak na ucieczkę, lecz jak na coś, co zna. Jakby każdy kamień pamiętał jego imię. Obok niego szła Sigrun. Nie jako wojowniczka. Nie jako prorokini. Jako ta, która została.

Jej twarz nie zdradzała bólu, ale dłonie - tak. Były popękane, brudne, nosiły ślady pracy i walki. W jej spojrzeniu nie było już pytań. Była decyzja. I wiedza, że dom nie zawsze czeka tam, gdzie się go zostawiło.

Boromir szedł ciężko, opierając się na włóczni jak na wspomnieniu dawnych bitew. Każdy krok był policzony. Każdy oddech - świadomy. Wojownik, który przeżył zbyt wiele, by jeszcze cokolwiek udowadniać, i zbyt mało, by odejść.

Wielebor nie patrzył przed siebie. Patrzył na ludzi. Na linie, które się przerzedziły. Na miejsca, gdzie kogoś już nie było. Jego milczenie było głośniejsze niż rozkazy. Wiedział, że to on będzie musiał pamiętać twarze tych, których nie zapamięta już nikt inny.

Mojmira niosła w sobie ciszę matek, które widziały za dużo. Szła blisko Eryka, choć wiedziała, że nie może już zasłaniać go przed światem. Mały Eryk nie pytał. Patrzył. Zapamiętywał. Dzieci po bitwach nie płaczą tak jak przed nimi. One uczą się szybciej.

Suneva szła z tyłu, zbierając to, co inni gubili: słowa, spojrzenia, strach. Jej obecność była jak nić - cienka, ale niezbędna. Halvor trzymał się blisko niej, jakby rozumiał, że siła nie zawsze jest w ramionach.

Lelja niosła ogień. Nie w dłoniach, lecz w spojrzeniu. W niej gniew jeszcze nie wygasł, jeszcze nie przyjął kształtu. Była jak ostrze, które nie wie, czy zostanie użyte, czy schowane. Ilva szła obok, cicha, uważna, jakby liczyła kroki nie po ziemi, lecz po myślach.

Fenrir - czarny pies - nie opuszczał ich ani na krok. Jego futro było posklejane krwią, nie zawsze cudzą. Zatrzymywał się pierwszy. Warczał, gdy trzeba było. Milczał, gdy milczenie było mądrzejsze. Zwierzęta wiedzą szybciej, kiedy świat się zmienia.

Młody Gisli próbował iść dumnie, ale ramiona miał zbyt napięte. Wojna zostawia w młodych ciałach więcej, niż są gotowi unieść. Jeszcze nie wiedział, kim będzie. Wiedział tylko, kim już nie jest.

Był też Einar - który wracał, choć nie musiał. Jego spojrzenie błądziło częściej niż innych, jakby szukał czegoś, co zgubił wcześniej niż reszta. Niósł w sobie historie, których nie opowiada się przy ogniu.

I Wujek Diabeł.

Tak go nazywali, choć nie był ani diabłem, ani wujkiem dla wszystkich. Jego śmiech pojawiał się w najmniej odpowiednich chwilach. Jego słowa raniły i leczyły jednocześnie. Szli z nim ci, którzy rozumieli, że czasem tylko gorzki żart pozwala przeżyć kolejną noc.

Za nimi zostawał świat po bitwie. Domy bez dachów. Studnie pełne popiołu. Pola, które nie wiedziały jeszcze, czy wydadzą plon, czy tylko wspomnienie. Zostawały imiona wyryte w pamięci ziemi. Zostawała cisza, która nie była pokojem.

Ci, którzy odchodzili inną drogą, nie oglądali się. Niosli w sobie gniew, który musiał znaleźć winnych. Bogów. Knuta. Los. Każdego, kto nie był nimi samymi. Ich kroki były szybsze. Ich plecy - sztywniejsze. Świat jeszcze ich nie dogonił.

Droga powrotna nie była łatwiejsza niż ta, którą przyszli. Była cięższa, bo prowadziła do miejsca, które trzeba było nazwać na nowo.

Skald widział ich wszystkich. Widział, jak wchodzą do opuszczonej wioski, gdzie kiedyś przyszła volva i nadała imię Liv - Sigrun. Widział, jak dotykają murów, które nie pamiętały ich twarzy. Jak zajmują domy, które nie pytały, kim są. Jak zaczynają od nowa - nie z nadzieją, lecz z uporem. Widział, jak wracają do starych bogów. Nie z modlitwy. Z potrzeby.

Bo gdy wszystko inne zawodzi, człowiek wraca do tego, co pamięta jego krew. A ta opowieść nie jest o zwycięstwie. Jest o drodze. O rozłamie. O powrocie.

I o tym, że dom nie zawsze czeka tam, gdzie się go zostawiło - ale czasem pozwala się odnaleźć tym, którzy nie uciekli od siebie. Skald odłożył lutnię. Ogień zgasł do końca. A droga dopiero się zaczynała.