Transakcja i ślub
Cukiernia Wedla zadebiutowała jesienią, zapewne kilka tygodni przed pierwszym ogłoszeniem w prasie, jak bowiem 9 listopada informował "Kurjer Warszawski": "[...] wieloletnia praktyka p. Karola Wedel w pierwszych stolicach europejskich, jako to w Berlinie, Paryżu, Londynie i innych, poświęcona zawodowi cukierniczemu, oraz gruntowne poznanie gustu mieszkańców Warszawy, gdzie od roku 1845 ciągle zostaje, zachęciły go do otworzenia przed niejakim czasem pod własną firmą przy ulicy Miodowej, w domu dawniej Kochanowskich, naprzeciwko gmachu Rządu Gubernjalnego, nowej cukierni. Wyborne położenie miejsca, wytworne i eleganckie urządzenie zakładu, dobroć, świeżość i umiarkowana cena wszelkich, a między nimi wielu nowych i jeszcze nieznanych tu przedmiotów, rokują założycielowi świetne powodzenie i utrzymanie zakładu na stopie odpowiedniej".
Przed tekstem poprzedzającym informację o pojawieniu się komety z dwoma ogonami zabrakło tylko informacji "artykuł sponsorowany". "Kurjer Warszawski" drukował wiele takich tekstów, między innymi historyjkę, jak to pewien przyjezdny po spotkaniu kilku "gustownie ubranych" warszawiaków "uczuł natychmiast potrzebę zmienienia swej odzieży", na szczęście stał właśnie przed pewnym magazynem... (tu adres).
W kolejnym ogłoszeniu Wedla podano ceny: flakonik drezdeńskiego syropu słodowego kosztował jeden złoty piętnaście groszy, funt (niespełna pół kilograma) karmelków piersiowych - trzy złote. Nie taniej niż u Grohnerta. Wedel nie wabił zatem niską ceną. Co ważne, ceny podawał w złotych, nie w rublach.
Ta tradycyjna polska waluta była po upadku powstania listopadowego jednym z ostatnich materialnych śladów istnienia niezależnego państwa. Od 1841 roku Rosjanie ujednolicali system monetarny w całym imperium, więc miejsce złotego zajęły ruble, ale przez pewien czas akceptowano podwójny obieg walut. Choć konieczne okazywały się niewygodne przeliczenia, mieszkańcy Królestwa przyzwyczaili się do tego. Nauczyli się, że rubel dzieli się na dziesięć kopiejek, a jeden złoty polski - odpowiadający piętnastu kopiejkom - na trzydzieści groszy.
Są wartości niewymierne: posiadanie własnej waluty, której już nie bito, ale której można było używać, stanowiło jakiś przejaw niezależności. Wedel dostosował się zapewne do zwyczajów swoich klientów (w pełnej ofercie podawał jednak ceny w rublach i kopiejkach).
Dnia 23 listopada 1851 roku "[...] przez dzień cały mgła pokrywała Warszawę. W miejsce więc przechadzek bawiono się w domach, a wieczór przepędzono w teatrach". Przy okazji wstępowano do cukierni, w której można było kupić także lekarstwa, choćby karmelki piersiowe u Wedla. Jego wcześniejszy pracodawca polecał wtedy "cukierki od kaszlu i na piersi", ślazowe, "pektoralne" lub nawet bulion z pasztecikiem, podawany w filiżankach.
Wedel szczególnie rekomendował "drezdeński słodowy syrop, nader skuteczny na kaszel i katar", który "[...] przez dobroczynne skutki swoje, wpływające na zdrowie, zyskał u Szanownej Publiczności taką wziętość, iż go po kilka razy na dzień w zakładzie moim przyrządzam; Syrop ten uspokajając i łagodząc piersi, okazuje się w skutkach swych jako szczególny i wyborny środek łagodzący i pomocny na kaszel i chrypkę; może być także użyty bardzo skutecznie i dla dzieci, nawet niemowląt; sprzedaje się we flaszeczkach po 22? i po 45 kopiejek srebrnych i znajduje się zawsze w dostatecznym zapasie".
Poza ogłoszeniami "aptecznymi" kilkakrotnie zamieszczał też rozbudowane ogłoszenie-cennik. Miał zaszczyt "[...] donieść Szanownej Publiczności tak tutejszej, jak i na prowincji, że zakład jej CUKRÓW, KONFITUR i SOKÓW jest zupełnie assortowany i tak urządzony, iż w każdym czasie gotów jest do przyjęcia, spiesznego i najpunktualniejszego wykonania wszelkiego rodzaju obstalunków po cenach, ile być może, umiarkowanych".
Cennik zaczynał się od "cukrów dużych Paryzkich", figur glazurowych (rubel srebrny i dwadzieścia kopiejek za funt), przez cukry likworowe, pomadę "Petersburgską", "pastylki rozlicznego gatunku i smaku", karmelki, "frukta brylantowe", pasty wiedeńskie, świeże kasztany, "osmażane owoce", cukry, migdały, orzechy tureckie, "koriander", mak, maliny, po cykatę. (To nie trująca cykuta, ale słodki przysmak: chodziło zapewne o skórkę specjalnego gatunku melona smażoną w cukrze lub miodzie, doprawioną imbirem). Oferował też ciasta "do herbaty" (zwyczaj jej picia przejęto od Rosjan); miał ich aż trzydzieści do wyboru, i torty, zarówno "puste", jak i "napełnione", "catalini" i "chińskie". Osobno wymieniono różne gatunki ciast drożdżowych, wyróżniwszy "Brunswickie" i "sucharki Petersburgskie". Cukiernia Wedla oferowała też francuskie likwory i "essencję Pączową" ("butelka półkwartowa kopiejek 50; z mocnym smakiem Ananasowym takaż buteleczka kopiejek 75").
Zdumiewa obfitość rodzajów i odmian oferowanych produktów oraz... brak choćby wzmianki o czekoladzie. Wedel prezentował się wtedy jako producent "cukrów, konfitur i soków". Osobno reklamował syrop słodowy i karmelki piersiowe. Kierował zatem ogłoszenia do dwóch grup odbiorców: amatorów słodyczy i osób chcących poprawić stan swojego zdrowia.
Gdybyśmy chcieli dziś trafić do pierwszej wedlowskiej cukierni, powinniśmy wysiąść na przystanku autobusowym przy ulicy Kapitulnej. Stąd kilka kroków dzieli nas od Miodowej, dzisiaj numer 14. Wciąż mieszczą się tu lokal "Honoratka" i Związek Rzemiosła Polskiego. Naprzeciwko, w pałacu Paca, ma siedzibę Ministerstwo Zdrowia. Po zarekwirowaniu pałacu właścicielowi za udział w powstaniu listopadowym Rosjanie umieścili tam siedzibę rządu gubernialnego - stąd stała obecność tej nazwy w wedlowskich reklamach.
Ta cukiernia, w "domu dawniej Kochanowskiego, dziś JW. Prezesa Hryniewicza", sąsiadowała ze składem materiałów piśmiennych, rysunkowych i malarskich Henryka Hirszla. Znamy adres oraz pierwszy inwentarz cukierni i możemy zobaczyć jej wykwintne wnętrza z roku 1851: "Oto repozytorium mahoniowe z półkami, przy nim bufet, 10 stołów, w tym dwa większe, owalne, ustawione przed kanapą - to dla liczniejszej rodziny odwiedzającej cukiernię po spacerku niedzielnym". Przy stolikach wyściełane krzesła z mahoniu. Na ścianach dwa lustra w pozłacanych palisandrowych ramach i wiedeński zegar, na jednym końcu sali brązowa lampa o dwóch płomieniach, na drugim podobna. W oknach firanki tiulowe "z frędzlą". Filiżanki do czekolady i ponczu, łyżeczki platerowane, sześćdziesiąt szklanych wazoników do cukrów...
Wspomniany inwentarz oszacował wartość wyposażenia cukierni na tysiąc siedemdziesiąt jeden rubli i sześćdziesiąt osiem kopiejek. A przecież Carl Wedel zaczynał z kapitałem zaledwie trzysturublowym. Skąd wziął fundusze na otwarcie cukierni, i to w prestiżowej okolicy? Czy tylko z oszczędności, odkładanych podczas pracy u Grohnerta, uzupełnionych dochodem z letniej dzierżawy ogródka piwnego?
Karolina Augusta z Wisnowskich Wedel - żona Karola Ernesta Henryka Wedla
Fot. z archiwum Elżbiety Jasińskiej / FOTONOVA
Początki tej cukierni wiążą się z dziwną transakcją: inwentarz cukierni sporządzono bowiem 5 listopada 1851 roku w związku z jej sprzedażą przez... Carla Wedla (który wkrótce potem w gazetach będzie ogłaszał jej otwarcie).
Wszystko się zgadza. Wedel przed debiutem cukierni sprzedał ją formalnie innemu cukiernikowi, Robertowi Wisnowskiemu. Dzień później nowy właściciel wydzierżawił tę cukiernię staremu właścicielowi. Dlaczego?
Kluczowa jest tu postać kupca: Wisnowski od blisko dwóch lat był szwagrem Wedla. Jak podejrzewa Jan Rogala, transakcji tej dokonano, by zabezpieczyć fundusze wniesione w posagu przez żonę Wedla.
Całość wygląda na realizację długofalowego planu, do którego mogły należeć i otwarcie ogródka piwnego, i małżeństwo. Jedynymi świadkami na ślubie, zawartym 6 lutego 1850 roku, byli bracia panny młodej - Robert (lat dwadzieścia siedem) i Gustaw (lat dwadzieścia pięć). Świadczyli jednocześnie o tożsamości i stanie cywilnym pana młodego, Carl Wedel oznajmił bowiem proboszczowi parafii ewangelicko-augsburskiej, że metryki z powodu odległości nie jest w stanie dostarczyć. Małżeństwo oparto zatem na dwóch "aktach znania". Carl poślubił dwudziestojednoletnią Karolinę Augustę Wisnowską, ewangeliczkę, córkę Rozalii z Hessów i Gustawa, fabrykanta produkującego w Zgierzu sukno. Gustaw - według oświadczenia Karoliny - nie mógł być obecny na uroczystości z powodu ciężkiej choroby. Małżonkowie oświadczyli, że nie zawarli intercyzy.
Pięciu było braci Wisnowskich i trzy siostry Wisnowskie. Robert, cukiernik z Długiej, zapewne jest tożsamy z "Czesławem", którego Herbaczyński nazywał "najbardziej rzutnym i sprytnym" spośród cukierników polskiego pochodzenia. To on w 1845 roku na ulicy Długiej, zapewne w Hotelu Niemieckim, zapoczątkował produkcję "biszkoptów angielskich". Odwiedził nawet Londyn, by zdobyć "sekret ich dobroci" i przywieźć "[...] sztancę do ich ręcznego wycinania. Ciasto wymagało rozwałkowania na stolnicach do odpowiedniej grubości, potem zręcznego wycięcia i umiejętnego pieczenia. Biszkopty te były bardzo smaczne, szybko się w Warszawie przyjęły i cieszyły dużym powodzeniem". Robert wykazywał się wielką inwencją - wymyślił na przykład karmelki geograficzne "na podarki dla uczących się dzieci [...], ażeby przyjemność połączyć z umysłowym pożytkiem". Wisnowscy mieli też lokal w Dolinie Szwajcarskiej (to jeszcze jedno z wielu miejsc, które zostaną zniszczone w powstaniu warszawskim: ogród wypoczynkowo-rozrywkowy, obecnie między ulicą Piękną i aleją Róż, później wykrojoną z tego ogrodu).
Lokalni potentaci w branży zawarli zatem na nieznanych nam warunkach koalicję z przybyszem z Berlina.