ROZDZIAŁ 1
NOWY POCZĄTEK STAREGO
Ostatnimi czasy życie mnie nie rozpieszczało. Bynajmniej nie spadłem na cztery łapy i kiepsko dawałem sobie radę w Polsce. Dręczyła mnie moja beznadziejna sytuacja, zarówno materialna, jak i osobista. Po powrocie z placówki w Trypolisie byłem sam jak palec, a po rozwodzie z Wiolką goły jak święty turecki. Zaoszczędziłem jedynie na zakup w kredycie małego mieszkania na obrzeżach Warszawy na Białołęce, a raty zżerały każdy mój grosz, jaki dostawałem za dorywcze tłumaczenia. Nie miałem stałej pracy i nadal figurowałem na rezerwowej liście kadr Ministerstwa Spraw Zagranicznych jako zewnętrzny specjalista. Czekać na kolejny wyjazd mogłem jak na Godota. Gdyby nie znajomi, to z Polski bym się już nie ruszył. Na szczęście było jeszcze kilku arabistów, którym się powiodło, a ja, chowając honor do kieszeni, pukałem do ich drzwi.
Marek był moim kolegą jeszcze ze studiów orientalistycznych, które ukończyliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych. Zawsze był pracowity i wszystkie egzaminy zdawał w zerowych terminach, typowy kujon. Chociaż nie był zbyt miły ani towarzyski i nie tryskał humorem, zbliżyły nas obozy językowe i wspólne zakuwanie, a przede wszystkim pasja i zainteresowanie Orientem. W tamtych latach dyplom arabisty był przepustką w szeroki świat, ale nie każdy miał tatusia z koneksjami, które umożliwiły Markowi błyskotliwą karierę. Już od dwóch lat zajmował stanowisko polskiego ambasadora w Królestwie Arabii Saudyjskiej. O dziwo, nie zapomniał o swoim dawnym kumplu i nawet całkiem sympatycznie odniósł się do mojej prośby. Dzięki jego wsparciu moja kandydatura na stanowisko konsula, a zarazem jego zastępcy, została klepnięta przez kadry. Nagle przestałem być nikomu nieznanym kandydatem, a stałem się pożądanym i dobrym narybkiem. Wiedząc, jak powolna i bezduszna jest biurokratyczna machina resortu spraw zagranicznych, ambasador wykonał kilka telefonów, dzięki czemu przygotowania do mojego wyjazdu nabrały tempa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że już niedługo odmieni się mój los i dostanę paszport dyplomatyczny i bilet lotniczy do Rijadu. Bałem się trochę, jak będzie się układać nasza wzajemna współpraca, bo swego czasu poróżniła nas paskudna sercowa sprawa, ale na dawne dzieje postanowiłem machnąć ręką. Było, minęło.
Tak się dobrze złożyło, że mój nowy szef akurat przyleciał do Warszawy, wezwany przez ministerstwo, by towarzyszyć państwowej wizycie króla Arabii Saudyjskiej Abdullaha bin Abdul Aziza Al Sauda. Przy okazji mogliśmy się spotkać i osobiście obgadać szczegóły mojej nominacji, a także odświeżyć znajomość.
- Słuchaj, Tomku... - zadzwonił do mnie tuż po wylądowaniu, czym miło mnie zaskoczył. - Niestety, nie mogę ci poświęcić zbyt wiele czasu - wylał mi na głowę kubeł zimnej wody.
- Nie ma sprawy - odpowiedziałem beztrosko. - Ja też jestem zagoniony. - Usiłowałem wyjść z tego z twarzą.
- To super. Zjedzmy razem lunch na placu Zamkowym. Ty stawiasz.
Marek nic a nic się nie zmienił, bo chociaż pochodził z bogatej rodziny, a teraz jako ambasador też nie należał do biednych, pozostał centusiem.
Był czerwcowy pogodny dzień. Podenerwowany spotkaniem wstałem skoro świt i dla zabicia czasu gapiłem się w telewizor, na którym relacjonowano ostatnie wydarzenia. W warszawskich Alejach Ujazdowskich trwał kolejny dzień protestu zdesperowanych pielęgniarek. Chcąc dodać sobie animuszu, kobiety nieznośnie hałasowały, grzechocząc plastikowymi butelkami wypełnionymi kamieniami i drobnymi monetami. Zgiełk wzmacniało jeszcze wycie syren strażackich, co prawie zagłuszało relację reportera. Wypatrywałem wśród pań w białych strojach mamy, która zawsze mnie wspierała, a po ograbieniu przez Wiolkę starała się pomóc mi finansowo na tyle, na ile pozwalała jej skromna pensja. Postanowiłem, że tym razem dla odmiany to ja ją nakarmię i zaniosę na manifestację domowe potrawy. Jej pomidorowa z ryżem zawsze rozgrzewała nie tylko mój żołądek, ale i serce. Dlatego zdecydowałem się przyrządzić dla niej to właśnie danie. Bezczynne wyczekiwanie nie leżało w mej naturze. Wszystkie produkty miałem w domu, więc zabrałem się za pichcenie. Gorącą zupę przelałem potem do termosu, a ciepłe jeszcze ciasteczka czekoladowe włożyłem do plastikowego pojemnika. Starczy jeszcze dla koleżanek mamy.
Z trudem dotarłem na miejsce, bo ruch drogowy oraz komunikacja miejska były zablokowane. Miasteczko składające się z białych namiotów było gęsto obstawione siłami prewencyjnymi. Wybierałem numer mamy raz za razem, ale w kakofonii otaczających dźwięków nie usłyszała dzwonka. Denerwowałem się, bo dopiero teraz doszedłem do wniosku, że to był chyba głupi pomysł. Stałem akurat od tej strony, gdzie poprowadzono kordon. Łaziłem wzdłuż metalowych barierek i wlepiałem oczy w podekscytowane twarze wykrzykujących hasła pielęgniarek. Jest! - ucieszyłem się, bo to był istny cud.
- Mamuś! - krzyknąłem na pełne gardło. - Maria Skalczyk!
- Czego drze ryja? - Od razu jak spod ziemi wyrósł funkcjonariusz w kamizelce kuloodpornej.
- Przyniosłem mamie wałówkę - odparłem zwyczajnie, a trep gapił się na mnie jak cielę na malowane wrota. - No, żeby zjadła domowy posiłek.
- Ale czemu tu?
- Jak to czemu? Bo jest tam moja mama. Pielęgniarka.
- Z tej strony nie ma przejścia.
- Ale ja muszę! - darłem się zrozpaczony. - Nie mam czasu!
- Spierdalaj mi stąd! - Nie wiem czemu tak się na mnie nagle wściekł. - Wynocha!
- Mama! - podjąłem ostatnią desperacką próbę, co przyniosło niespodziewany efekt, bo odwróciła się w moim kierunku. - Mam coś pysznego dla ciebie! - wycharczałem, kiedy wielki mundurowy chwycił mnie pełną garścią za chabety.
- Syneczku! Nie trzeba było.
Staliśmy na wyciągnięcie ręki, choć po dwóch stronach barykady. Widziałem w jej oczach taką radość i bezgraniczną miłość, że rosło mi serce. Gdy tylko udało mi się wcisnąć jej dwie reklamówki pełne jedzenia, policjant postanowił pokazać, kto tu rządzi. Szarpnął z całej siły za kołnierz mojej marynarki od wyjściowego garnituru i odrzucił od barierki. Zrobił to tak nagle, że poplątały mi się nogi i upadłem na asfalt, tłukąc kości. Byłem cały pobrudzony pyłem ulicznym, a na kolanie przez sporą dziurę widać było otarcie, z którego wypływała krew. Nie rzuciłem się do funkcjonariusza, bo byłem już prawie spóźniony. Otrzepałem nogawki, poprawiłem marynarkę, szybko pomachałem mamie i pobiegłem.
Kiedy wszedłem do szpanerskiej restauracji, zaraz zobaczyłem zadowolonego Marka, średniego wzrostu grubaska ze zroszoną potem zaróżowioną twarzą, rozwalonego przy jednym z nielicznych zajętych stolików i sączącego z dużej oszronionej szklanki whisky, i przypomniałem sobie, jaki z niego zawsze był bufon. A zaraz po tym przez głowę przebiegła mi myśl, czy dobrze robię, godząc się na jego wyrobnika.
- Premier jest zadowolony z podpisanych z Saudyjczykami umów - od razu się pochwalił i nawet nie zwrócił uwagi na mój niezbyt schludny strój.
- Cieszę się - zdyszany i obolały powiedziałem dość bezbarwnie, starając się ukryć dziurę w spodniach.
- Więcej entuzjazmu! - Klepnął mnie w ramię, pijąc Chivas Regal jak wodę, a potem machnął na kelnera, żeby przyniósł następną kolejkę. - Musisz wiedzieć, że Saudia to wspaniały kraj z ogromnymi perspektywami.
Marek ewidentnie był zakochany w Królestwie. Pytlował jak najęty o jego skokowym rozwoju, bo dzięki ropie i kreatywnym władcom w ciągu pięćdziesięciu lat Arabia Saudyjska przeskoczyła wieki powolnej ewolucji, piał peany na temat Abdullaha, o którym miałem nie najlepsze zdanie, a kiedy zasychało mu w gardle, zwilżał je kolejną szklanką whisky. Stek z angusa pochłonął błyskawicznie i przeszedł do deseru, nie przerywając sobie wykładu. Bałem się, żeby tylko nie zaczął gadać o swoim małżeństwie, bo tego już bym nie zniósł.
- Powiem ci coś a propos króla - zagaił na koniec tajemniczo.
- Co takiego? - Miałem dość i aż szumiało mi w głowie.
- Ty wiesz, jaki on jest dowcipny? - zadał retoryczne pytanie. - Gdy dyrektor naszego protokołu dyplomatycznego przepraszał Abdullaha za utrudnienia w Alejach Ujazdowskich, ten wypalił jak z armaty. - Marek zaśmiał się idiotycznie.
- Poradził, żeby zainwestować w służbę zdrowia?
- Dobry żart, ale jego jeszcze lepszy. Powiedział, że nie spodziewał się, że nasz prezydent ma większy harem niż on.
Marek zaśmiewał się do rozpuku, aż jego podwójny podbródek trząsł się jak galareta. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak rozbawionego, zwłaszcza że było to całkiem nie na miejscu. Dla mnie protest pielęgniarek był sprawą osobistą, a gadka o arabskich nałożnicach nie pasowała do napiętej sytuacji i groźby strajku generalnego. Nie wyobrażałem sobie jakoś mojej mamy jako mieszkanki seraju.
- Jutro wracam do Rijadu - wykrztusił, gdy trochę się opanował. - Rozmawiałem z dyrektorem kadr - najdalej w przyszłym tygodniu powinieneś dotrzeć na placówkę.
- Wszystko mam dopięte na ostatni guzik. Mogę lecieć choćby dziś.
- Zatem do zobaczenia w Królestwie, panie konsulu.
Dopił kolejnego whiskacza, nonszalancko klepnął mnie w ramię i opuścił lokal, zostawiając z rachunkiem na horrendalną kwotę. Połknąłem tę żabę, bo w zasadzie nie miałem innego wyjścia. Wizja powrotu na pustynne piaski, a szczególnie wyjazdu do kolebki islamu, dodawała mi skrzydeł i znów poczułem dreszczyk emocji, zastanawiając się, jakąż to niewiadomą tym razem szykuje mi los. Liczyłem na to, że po raz drugi nie przeżyję takiej tragedii jak w Libii i nikogo nie stracę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PROLOG
ROZDZIAŁ 1. NOWY POCZĄTEK STAREGO
ROZDZIAŁ 2. SAMIR I ZOSIA
ROZDZIAŁ 3. RIJAD WITA
ROZDZIAŁ 4. Z DESZCZU POD RYNNĘ
ROZDZIAŁ 5. PRZYWITANIA I POŻEGNANIA
ROZDZIAŁ 6. ZEW KRWI
ROZDZIAŁ 7. ŻYCIE W KORPUSIE
ROZDZIAŁ 8. ZJAZD RODZINNY
ROZDZIAŁ 9. MIASTO Z PIERNIKA
ROZDZIAŁ 10. RADOŚĆ OJCA
ROZDZIAŁ 11. JAK W KALEJDOSKOPIE
ROZDZIAŁ 12. POLOWANIE
ROZDZIAŁ 13. JEMEŃSKA WENDETA
ROZDZIAŁ 14. GŁOS SIOSTRY
ROZDZIAŁ 15. SYN RABINA
ROZDZIAŁ 16. SANA W CIEMNOŚCI
ROZDZIAŁ 17. WE WŁADZY SZEJKA
ROZDZIAŁ 18. ZIMNY PRYSZNIC
ROZDZIAŁ 19. UCIECZKA
ROZDZIAŁ 20. PLAN AWARYJNY
ROZDZIAŁ 21. EXODUS
ROZDZIAŁ 22. OCALENIE
ROZDZIAŁ 23. BLOKADA LOTNISKA
EPILOG
OD AUTORA
SŁOWNICZEK