We władaniu północy - Lara Adrian

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Życie... czy śmierć?
Słowa przypłynęły do niej z ciemności. Poszczególne sylaby. Szorstki, bezdźwięczny głos, który przenikał przez ciężki półsen, w jakim trwał jej umysł, i zmuszał ją, by się obudziła, by słuchała. By dokonała wyboru.
Życie?
Czy śmierć?
Jęknęła, czując pod policzkiem zimne deski podłogi. Usiłowała odciąć się od tego głosu i straszliwej decyzji, jakiej się domagał. Nie po raz pierwszy słyszała te słowa, to pytanie. Nie po raz pierwszy w ciągu tych niekończących się godzin uniosła ciężką powiekę i w lodowatym bezruchu swojego wiejskiego domu zobaczyła straszliwą twarz potwora.
Wampir.
- Wybierz - cicho wysyczał. Przykucnął nad nią. Leżała skulona na podłodze, obok wygasłego kominka, i drżała. Kły wampira połyskiwały w bladym świetle księżyca, ostre jak brzytwa, zabójcze. Ich czubki nadal barwiła świeża krew - jej krew, z rany na szyi. Zadał ją zaledwie chwilę wcześniej.
Próbowała wstać, ale nie mogła napiąć osłabłych mięśni. Próbowała coś powiedzieć, ale zdołała tylko jęknąć. W gardle miała suchość, opuchnięty język stawiał opór.
Na zewnątrz srożyła się alaska zima, mroźna i bezlitosna. Napełniała wyciem jej uszy. Nikt nie usłyszy jej krzyków, nawet jeśli zdoła krzyknąć.
Ten potwór mógł ją zabić w jednej chwili. Nie wiedziała, dlaczego jeszcze tego nie zrobił. Nie wiedziała, dlaczego żąda od niej odpowiedzi na pytanie, które zadawała sobie niemal codziennie przez ostatnie cztery lata.
Od czasu wypadku, który odebrał jej męża i córeczkę.
Jakże często żałowała, że nie zginęła wraz z nimi na oblodzonej autostradzie. Wszystko byłoby o tyle łatwiejsze, mniej bolesne, gdyby tak się stało.
Widziała milczący osąd w nieludzkich, szeroko otwartych oczach, które zdawały się płonąć w ciemności. Źrenice były wąskie jak u kota. Misterne dermaglify pokrywały bezwłosą głowę i potężne nagie ciało. Wzory zdawały się pulsować jaskrawymi kolorami. Cisza się przedłużała. Obserwował ją cierpliwie, jakby była owadem uwięzionym w szklanym słoju.
Kiedy znowu się odezwał, jego wargi się nie poruszyły. Słowa przeniknęły przez jej czaszkę jak dym i zapadły głęboko w umysł.
Decyzja należy do ciebie, kobieto. Powiedz mi, co wolisz, życie czy śmierć?
Odwróciła głowę i zamknęła oczy. Nie chciała na niego patrzeć. Nie chciała brać udziału w tej dziwacznej, okrutnej grze. Był jak drapieżnik bawiący się zdobyczą, zafascynowany tym, jak ofiara się wije, czekając na jego decyzję, czy ją oszczędzić, czy nie.
Jak to się skończy, zależy od ciebie. Ty decydujesz.
- Idź do diabła - wybełkotała, głos miała niski i schrypnięty.
Mocne niczym stal palce chwyciły jej podbródek. Obrócił jej twarz tak, by znów na niego patrzyła. Przechylił głowę na bok, a bursztynowe, kocie oczy były pozbawione wszelkiego wyrazu. Odetchnął chrapliwie, a potem przemówił, tym razem poruszając poplamionymi krwią wargami.
- Wybierz. Nie zostało wiele czasu.
W jego głosie nie było zniecierpliwienia, jedynie pusta obojętność. Apatia, która wskazywała, że naprawdę nie obchodzi go, jaką mu da odpowiedź.
Nagle zawrzała w niej wściekłość. Chciała mu powiedzieć, żeby się odczepił, żeby ją zabił i wreszcie to zakończył. Do cholery, nie będzie żebrać o życie. Obudził się w niej bunt, który popchnął wściekłość ku wysuszonemu gardłu i dalej, na czubek języka.
Ale słowa nie napłynęły.
Nie była w stanie prosić go o śmierć. Nawet jeśli śmierć była jedyną ucieczką przed koszmarem, w którym tkwiła. Jedyną ucieczką od bólu po stracie dwojga ludzi, których kochała najbardziej na świecie, i od pozbawionej celu egzystencji, którą wiodła po ich odejściu.
Puścił jej podbródek i patrzył z doprowadzającym do szaleństwa spokojem, jak jej głowa opada na podłogę. Czas wlókł się w nieskończoność. Próbowała wydobyć z siebie głos, wypowiedzieć słowo, które albo ją uwolni, albo skaże na potępienie. Wreszcie zakołysał się na piętach i przekrzywił głowę, zastanawiając się w milczeniu.
A potem, ku jej przerażeniu, wyprostował lewą rękę i wbił przypominający szpon paznokieć głęboko we własne ciało, tuż nad nadgarstkiem. Z rany popłynęła krew i spadała ciężkimi, szkarłatnymi kroplami na drewniane deski podłogi. Wepchnął palec w ranę i zaczął nim grzebać w środku, między mięśniami a ścięgnami.
- O Jezu, co ty robisz? - Ogarnęło ją obrzydzenie. Instynkt ostrzegał ją, że zaraz stanie się coś okropnego, może nawet okropniejszego niż pozostawanie na łasce tej koszmarnej istoty, która zniewoliła ją kilka godzin temu i pożywiała się jej krwią. - O Boże, proszę, nie. Co ty do diabła robisz?
Nie odpowiedział. Nawet na nią nie spojrzał. Wyciągnął z rany coś maleńkiego i trzymał to w splamionych krwią palcach. Zamrugał powoli, na moment zamknął oczy, a potem skierował na nią ich hipnotyczny bursztynowy blask.
- Życie albo śmierć - syknął, mrużąc bezlitosne oczy. Pochylił się ku niej. Krew nadal kapała z rany, którą sam sobie zadał. - Musisz zdecydować w tej chwili.
Nie, pomyślała z desperacją. Nie.
Gwałtownie wezbrała w niej furia. Nie mogła jej powstrzymać, nie mogła stłumić wybuchu wściekłości, która przedarła się przez jej obolałe gardło i wyrwała się z ust niczym skowyt zmory.
- Nie! - Uniosła pięści i uderzyła w twarde, nagie ramiona potwora. Atakowała go z całą siłą, jaka jej jeszcze została, lubując się bólem, który odczuwała przy każdym zadawanym mu ciosie. - Niech cię szlag! Zabieraj się ode mnie! Nie dotykaj mnie!
Waliła go pięściami, raz za razem. Mimo to przysunął się jeszcze bliżej.
- Zostaw mnie, do cholery! Wynoś się stąd!
Biła go po głowie i ramionach, nawet kiedy zaczęła ogarniać ją ciemność, tak gęsta, że opóźniała jej ruchy, mąciła myśli.
Jej mięśnie odmówiły współpracy. Jednak nadal wymierzała ciosy, powoli, jakby poruszała się w czarnym oceanie smoły.
- Nie - zajęczała i zamknęła oczy. Tonęła coraz głębiej w pozbawionej dźwięków, nieważkiej, nieskończonej próżni. - Nie... puść mnie. Do cholery... puść mnie...
Potem, kiedy miała wrażenie, że ciemność, która ją spowiła, nigdy nie ustąpi, poczuła na czole coś chłodnego i wilgotnego. Usłyszała niewyraźne głosy gdzieś nad sobą.
- Nie - wymruczała. - Nie. Puść mnie...
Zebrała resztkę sił i wymierzyła kolejny cios stworzeniu, które ją więziło. Uderzenie spadło na twarde mięśnie. Wówczas chwyciła obiema rękami swego prześladowcę i starała się go podrapać. Nagle z zaskoczeniem wyczuła pod palcami miękki materiał. Ciepła wełna zrobionego na drutach swetra zamiast nagiej lepkiej skóry stworzenia, które wtargnęło do jej domu.
Jej otumaniony umysł nie był w stanie pojąć, co się dzieje.
- Kto... Nie, nie dotykaj mnie...
- Jenna, słyszysz mnie? - Głęboki baryton, tak blisko jej twarzy, wydał się znajomy. I dziwnie kojący.
Przywoływał ją, dawał punkt oparcia w tej wszechogarniającej czarnej pustce. Zajęczała, nadal zagubiona, czując jednak cień nadziei, że być może ocaleje.
Głos, który tak bardzo chciała teraz słyszeć, znów się odezwał.
- Kade, Alex, chodźcie tutaj. Chyba się wreszcie budzi.
Odetchnęła z trudem.
- Puść mnie - wymamrotała niepewna, czy może ufać swoim zmysłom. Czy może ufać czemukolwiek. - O Boże... Proszę, nie... nie dotykaj mnie. Nie...
- Jenna? - Gdzieś niedaleko usłyszała kobiecy głos. Czuły, pełny troski. Głos przyjaciółki. - Jenna, kochanie, to ja, Alex. Już wszystko dobrze, rozumiesz? Jesteś bezpieczna, przysięgam.
Słowa docierały do niej powoli, niosąc pociechę. Uspokojenie pomimo zimnego przerażenia, które nadal płynęło w jej żyłach.
Z wysiłkiem uniosła powieki i zamrugała, by pozbyć się mgły, owijającej niczym całun wszystkie jej zmysły. Pochylały się nad nią trzy kształty, dwa ogromne, niewątpliwie męskie, a trzeci wysoki i smukły, kobiecy. Jej najlepsza przyjaciółka z Alaski, Alexandra Maguire.
- Co... gdzie ja...
- Ciii - powiedziała Alex. - Nic nie mów. Wszystko w porządku. Jesteś w bezpiecznym miejscu. Teraz wszystko będzie dobrze.
Jenna znów zamrugała, spróbowała skupić wzrok. Powoli pochylające się nad nią kształty zaczęły przypominać ludzi. Spróbowała usiąść i nagle uświadomiła sobie, że w dłoniach nadal ściska wełniany sweter, który ma na sobie wyższy z dwóch mężczyzn. Ogromny, groźnie wyglądający Afroamerykanin o krótko ostrzyżonych włosach i ramionach futbolisty. To jego głęboki głos pomógł jej się ocknąć z koszmaru.
To jego biła, Bóg raczy wiedzieć od jak dawna, biorąc za monstrum, które ją zaatakowało.
- Hej - powiedział, a jego szerokie usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu. Ciemnobrązowe, przenikliwe oczy przyglądały się jej uważnie. Ciepły uśmiech stał się jeszcze szerszy, kiedy puściła jego sweter i opadła na poduszkę. - Cieszę się, że postanowiłaś wrócić do świata żywych.
Jenna zmarszczyła brwi, zdumiona jego lekkim tonem. Wciąż nie mogła zapomnieć o koszmarnym wyborze, jaki wymusił na niej napastnik. Odetchnęła chrapliwie i spróbowała się rozejrzeć po nieznanym wnętrzu. Czuła się trochę jak mała Dorotka, kiedy obudziła się w Kansas po wyprawie do Krainy Oz.
Tyle że w jej przypadku Oz było torturą, przerażającą podróżą do nasiąkniętego krwią piekła.
Przynajmniej ten horror już się skończył.
Spojrzała na Alex.
- Gdzie jesteśmy?
Przyjaciółka podeszła bliżej i otarła jej czoło chłodną, wilgotną chusteczką.
- Jesteś bezpieczna, Jenno. Nic cię tu nie skrzywdzi.
- Tu, to znaczy gdzie? - spytała, czując, jak ogarnia ją dziwna panika. Choć łóżko, w którym leżała, było miękkie, pełne poduszek i koców, dostrzegła nieskazitelnie białe ściany, medyczne monitory i aparaturę z cyfrowymi danymi. - Co to jest? Szpital?
- Niezupełnie - odparła Alex. - Jesteśmy w Bostonie, w prywatnej posiadłości. Teraz to dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce. Dla nas wszystkich.
Boston? Prywatna posiadłość? Nie poczuła się lepiej po tych wymijających wyjaśnieniach.
- Gdzie jest Zach? Muszę się z nim zobaczyć. Chcę z nim porozmawiać.
Alex zbladła nieco na wzmiankę o bracie Jenny. Zamilkła na długą chwilę. Za długą. Obejrzała się przez ramię na drugiego mężczyznę, który stał za nią. Jennie wydał się znajomy. Gdzieś już widziała te sterczące czarne włosy, przenikliwe srebrzyste oczy i wydatne kości policzkowe. Alex wyszeptała cicho jego imię.
- Kade...
- Wezwę Gideona - powiedział i przytulił ją lekko. Ten mężczyzna - Kade - był niewątpliwie przyjacielem Alex. I to bardzo bliskim. Należeli do siebie. Mimo szoku Jenna bez trudu wyczuła głęboką miłość, jaka łączyła tych dwoje. Kade cofnął się i rzucił okiem na drugiego mężczyznę. - Brock, przypilnuj wszystkiego, póki nie wrócę.
Czarnoskóry mężczyzna pokiwał z powagą głową. Kiedy Jenna na niego spojrzała, wytrzymał jej wzrok z takim samym łagodnym spokojem, z jakim ją powitał w tym dziwnym miejscu.
Przełknęła gulę przerażenia podchodzącą jej do gardła.
- Alex, powiedz mi, co się dzieje - poprosiła. - Wiem, że zostałam zaatakowana... i ugryziona. O Jezu, przez tego stwora... Dostał się do mojego domu i zaatakował mnie.
Twarz Alex była poważna. Przyjaciółka położyła delikatnie dłoń na ręce Jenny.
- Wiem, kochanie. Wiem, co przeszłaś. To musiało być okropne. Ale teraz jesteś tutaj. I przeżyłaś, dzięki Bogu.
Jenna zamknęła oczy i zaszlochała głucho.
- Alex... on... on się mną nakarmił!
Brock niepostrzeżenie przysunął się bliżej łóżka. Stanął tuż obok niej i pogładził palcami bok jej szyi. Jego duże ręce były ciepłe i nieopisanie czułe. Spokój, który emanował z jego delikatnej pieszczoty, był przedziwnym uczuciem.
Chciała odtrącić te palce, ale jakaś jej cząstka - spragniona opieki, bezbronna Jenna, której nienawidziła i której odmawiała wpływu na swoje decyzje - nie zamierzała zrezygnować z tej pociechy. Od dotyku palców, przesuwających się w górę i w dół jej szyi, przyspieszony puls zwolnił.
- Lepiej? - spytał cicho, cofając rękę.
Westchnęła i pokiwała lekko głową.
- Naprawdę muszę zobaczyć się z bratem. Czy Zach wie, gdzie jestem?
Alex zacisnęła usta. W pokoju zaległa bolesna cisza.
- Jenna, kochanie, nie martw się w tej chwili niczym, dobrze? Tyle przeszłaś. Najpierw skupmy się na tobie, na tym, żebyś przyszła do siebie. Zach chciałby właśnie tego.
- Gdzie on jest, Alex? - Choć Jenna już od lat nie pracowała w policji stanowej Alaski, wiedziała doskonale, kiedy ktoś unika odpowiedzi, żeby oszczędzić komuś bólu. Tak jak Alex w tej chwili. - Co się stało mojemu bratu? Chcę go zobaczyć. Coś mu się stało, poznaję to po tobie. Muszę stąd wyjść, natychmiast.
Duża szeroka dłoń Brocka znów poszukała kontaktu, jednak tym razem Jenna ją odtrąciła. Uczyniła tylko lekki ruch nadgarstkiem, ale ręka Brocka znalazła się tak daleko, jakby Jenna użyła całej swej siły. A nawet większej.
- Co jest, do diabła? - Brock zmrużył oczy, a w jego pochmurnym spojrzeniu zamigotały niebezpieczne błyski i zniknęły, nim zdążyła w pełni zarejestrować, co się stało.
W tej samej chwili Kade wrócił do pokoju w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden, wysoki i smukły, choć atletycznie zbudowany, miał potargane jasne włosy i niebieskie okulary przeciwsłoneczne bez oprawek. Zsunięte nisko na nos, nadawały mu wygląd szalonego, genialnego naukowca. Drugi, ciemnowłosy i poważny, wszedł do małego pomieszczenia niczym średniowieczny król. Sama jego obecność narzucała posłuszeństwo.
Jenna z trudem przełknęła ślinę. Była dawniej policjantką, więc przywykła do konfrontacji z mężczyznami o wiele od niej większymi i silniejszymi. Nigdy nie było łatwo ją onieśmielić, ale teraz, w obecności tych czterech górujących nad nią mężczyzn, emanujących złowrogą aurą, stwierdziła, że z trudnością wytrzymuje ich wnikliwe, niemal podejrzliwe spojrzenia.
Ich obecność uświadomiła jej również, bez cienia wątpliwości, że miejsce, w którym przebywa, to na pewno nie szpital. I z całą pewnością nie był to wiejski klub.
- Obudziła się dopiero kilka minut temu? - spytał blondyn. Miał lekki angielski akcent. Brock i Alex przytaknęli, a wtedy podszedł do łóżka. - Cześć, Jenna. Nazywam się Gideon, a to jest Lucan - powiedział, wskazując swego potężnego towarzysza, który stanął obok Brocka, po drugiej stronie pokoju. Gideon zmarszczył brwi. - Jak się czujesz?
Też zmarszczyła brwi.
- Jakby mnie przejechał autobus. I w dodatku zawlókł z Alaski aż do Bostonu.
- To była jedyna możliwość - wtrącił się Lucan władczym tonem. To on tu rządził, nie było co do tego wątpliwości. - Za dużo wiesz, a poza tym potrzebowałaś specjalistycznej opieki. Musimy cię obserwować.
Nie spodobało jej się to, co usłyszała.
- Tym, czego potrzebuję, jest powrót do domu - parsknęła. - Cokolwiek zrobił mi ten potwór, przeżyłam. Nie będzie mi potrzebna żadna opieka i nikt nie musi mnie obserwować, ponieważ nic mi nie jest.
- Nie - stwierdził Lucan poważnie. - Bardzo się mylisz.
Choć powiedział to spokojnie, poczuła lodowate przerażenie. Spojrzała na Alex i Brocka - dwie osoby, które zaledwie kilka minut temu zapewniały ją, że nic złego się z nią nie dzieje, że jest bezpieczna. Dzięki tym dwojgu po przebudzeniu z koszmaru, którego smak nadal czuła na języku, odzyskała poczucie bezpieczeństwa. Ale teraz oboje milczeli.
Odwróciła wzrok, przestraszona tym, co może oznaczać ich milczenie.
- Muszę stąd wyjść. Chcę wrócić do domu.
Kiedy spróbowała spuścić nogi z łóżka, powstrzymał ją nie Lucan czy Brock ani żaden z pozostałych mężczyzn, ale Alex, jej najlepsza przyjaciółka. Zastąpiła Jenny drogę, a poważny wyraz jej twarzy poskutkował bardziej niż siła zgromadzonych w pokoju mężczyzn.
- Jen, posłuchaj mnie. Posłuchaj nas wszystkich. Musisz zrozumieć, że są pewne sprawy... dotyczące tego, co wydarzyło się na Alasce. Musimy się o nich dowiedzieć, a tylko ty znasz odpowiedź.
Jenna pokręciła głową.
- Nie wiem, o co ci chodzi. Wiem tylko tyle, że zostałam zaatakowana i przetrzymywana wbrew mojej woli. Ugryzł mnie i pił moją krew. - To było gorsze niż najgorszy koszmar. Ten potwór może nadal przebywać w Harmony. Nie mogę tu siedzieć, skoro może w każdej chwili dopaść mojego brata albo kogoś innego.
- Nie, nie - powiedziała Alex. - Stwór, który cię zaatakował, Prastary, nie żyje. Nie zagraża już nikomu w Harmony. Kade i jego towarzysze dopilnowali tego.
Jenna poczuła ulgę na wieść, że napastnik nie żyje, ale jej serce nadal przepełniał zimny strach.
- A co z Zachem? Gdzie jest mój brat?
Alex rzuciła okiem na Kade'a i Brocka, którzy podeszli bliżej, i leciutko pokręciła głową. Jej brązowe oczy były pełne smutku.
- Och, Jenna... tak mi przykro.
Znaczenie słów przyjaciółki powoli docierało do świadomości Jenny. Czy to możliwe, że brat - ostatni z jej rodziny - nie żyje?
- Nie. - Przełknęła z trudem ściskający gardło straszliwy żal. Alex objęła ją ramieniem.
Fala rozpaczy wyniosła z otchłani pamięci wspomnienia. Głos Alex, nawołujący ją gdzieś z zewnątrz domu, w którego ciemnościach pochylał się nad nią ów stwór. Gniewne krzyki Zacha, pełne zabójczej groźby - ale skierowanej przeciwko komu? Nie była wtedy pewna. Nawet teraz nie miała najmniejszego pojęcia, komu groził.
Odgłos wystrzału przed domem, po którym potwór poderwał się i wypadł na pokryty śniegiem lesisty dziedziniec, wyrywając z futryny drewniane drzwi i roztrzaskując je. Pamiętała przeraźliwe wycie brata. Przerażenie w jego głosie, a potem okropną ciszę.
A potem... już nic.
Nic, tylko głęboki, nienaturalny sen i nieskończoną ciemność.
Wysunęła się z objęć Alex, próbując opanować rozpacz. Nie może się załamać, nie na oczach tych poważnych mężczyzn, którzy patrzyli na nią z mieszaniną litości i ostrożnego zainteresowania.
- To ja już pójdę - oświadczyła, starając się odnaleźć stanowczy ton policjantki, który tak dobrze niegdyś jej służył. Wstała, czując jedynie lekkie drżenie nóg. Kiedy zatoczyła się, Brock wyciągnął rękę, jakby chciał ją podtrzymać, ale odzyskała równowagę bez tej nieproszonej pomocy. Nikt nie musi się z nią pieścić, bo to ją tylko osłabia.
- Alex, wskaż mi, gdzie jest wyjście.
Lucan chrząknął znacząco.
- Obawiam się, że to nie wchodzi w grę - odezwał się Gideon grzecznie, ale stanowczo. - Skoro się już obudziłaś i oprzytomniałaś, dowiedz się, że potrzebujemy twojej pomocy.
- Mojej pomocy? - Zmarszczyła brwi. - W czym?
- Musimy zrozumieć, co zaszło między tobą a Prastarym. A zwłaszcza dowiedzieć się, czy coś ci powiedział, czy powierzył ci jakieś informacje.
Nachmurzyła się jeszcze bardziej.
- Przykro mi. Raz przez to już przeszłam i nie mam ochoty do tego wracać. Dzięki, ale nie skorzystam. Chcę o tym jak najszybciej zapomnieć.
- Musisz coś zobaczyć, Jenno - odezwał się tym razem Brock. Jego głos był niski, pełen troski. - Proszę, wysłuchaj nas.
Zawahała się, a Gideon natychmiast wykorzystał jej niepewność.
- Obserwujemy cię, odkąd przybyłaś do kwatery - powiedział, podchodząc do panelu kontrolnego zamontowanego na ścianie. Wpisał coś na klawiaturze i z sufitu wyjechał płaski monitor. Pojawił się na nim obraz: Jenna, w tym pokoju, pogrążona we śnie. Nic wstrząsającego. Tylko ona, spoczywająca bez ruchu na łóżku. - Zaczęło się robić interesująco około czterdziestej trzeciej godziny.
Wpisał polecenie na klawiaturze i obraz przewinął się do wskazanego miejsca. Jenna znów zobaczyła siebie, ale tym razem rzucała się dziko na łóżku i wypowiadała przez sen jakieś słowa i zdania w nieznanym języku.
- Nie rozumiem. Co się dzieje?
- Mamy nadzieję, że ty nam powiesz - odparł Lucan. - Czy rozpoznajesz język, w którym mówiłaś?
- Język? Dla mnie to jakaś paplanina.
- Jesteś pewna? - Nie wydawał się przekonany. - Gideon, pokaż następną taśmę.
Obraz na ekranie znów się zmienił. To, co widziała teraz Jenna, było jeszcze bardziej niepokojące. Kopała i wiła się, słychać było jej głos, ale to, co mówiła, nie miało żadnego sensu.
Niełatwo było ją przestraszyć, ale to nagranie jak z psychiatryka przepełniło czarę.
- Wyłącz taśmę - zażądała. - Proszę. Nie chcę tego teraz oglądać.
- Mamy wiele godzin takich nagrań - powiedział Lucan, kiedy Gideon wyłączył wideo. - Przez cały czas obserwowaliśmy cię, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Przez cały czas - powtórzyła Jenna. - To znaczy jak długo?
- Pięć dni - odparł Gideon. - Początkowo sądziliśmy, że to śpiączka spowodowana traumą, ale twoje parametry życiowe były przez cały czas normalne. Twoja krew też jest normalna. Z medycznego punktu widzenia po prostu... - przez chwilę szukał właściwego słowa - ...spałaś.
- Pięć dni - powiedziała, chcąc mieć pewność, że dobrze zrozumiała. - Nikt nie śpi pięć dni bez przerwy. Musiało się ze mną dziać coś innego. Jezu, po tym wszystkim, co się stało, powinien mnie zbadać lekarz w prawdziwym szpitalu!
Lucan z powagą pokręcił głową.
- Gideon jest lepszy od wszystkich specjalistów na górze. Z czymś takim nie poradzą sobie lekarze waszego gatunku.
- Naszego gatunku? Co to ma niby znaczyć?
- Jenna! - Alex ujęła jej rękę. - Wiem, że jesteś przestraszona i zdezorientowana. Sama niedawno to przeżyłam, choć oczywiście nie spotkał mnie taki koszmar jak ciebie. Ale musisz być teraz silna. Musisz nam zaufać, zaufać mnie i uwierzyć, że jesteś w dobrych rękach. Pomożemy ci. Rozgryziemy, co się dzieje, daję ci moje słowo.
- Rozgryziecie? Do cholery, powiedz mi prawdę! Muszę wiedzieć, o co tu chodzi!
- Pokaż jej zdjęcia - mruknął Lucan do Gideona, który wpisał coś na klawiaturze i na ekranie znów pojawił się obraz.
- To prześwietlenie zostało zrobione kilka minut po twoim przybyciu do kwatery - wyjaśnił, kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcie rentgenowskie czaszki i górnej części kręgosłupa. Na szczycie kręgosłupa jaśniał niewielki punkt, wielkości ziarenka ryżu.
Jej głos, kiedy go odzyskała, drżał lekko.
- Co to jest?
- Nie jesteśmy pewni - odparł Gideon łagodnie. Wyświetlił kolejne zdjęcie. - To zdjęcie zrobiliśmy dobę później. Widać cienkie wici, które zaczynają się wysuwać z obiektu.
Jenna poczuła, jak Alex ściska jej rękę. Na ekranie pojawiło się następne zdjęcie. Tym razem wici wychodzące ze świecącego jasno obiektu oplatały jej kręgosłup.
- O Boże - szepnęła, sięgając do karku wolną ręką. Przycisnęła ją z całej siły, usiłując wymacać to coś, co się w niej znajdowało. - On mi to zrobił?
"Życie... czy śmierć?
To twój wybór, Jenno Tucker-Darrow".
Słowa stworzenia wróciły teraz do niej, wraz ze wspomnieniem rany, jaką sobie zadał, i tego niemal niewidocznego czegoś, co z niej wyciągnął.
"Życie czy śmierć?
Wybieraj".
- Coś we mnie włożył - wyszeptała.
Lekkie zawroty głowy, jakie czuła dotąd, nasiliły się gwałtownie. Kolana się pod nią ugięły, ale nim spadła na podłogę, Brock i Alex zdążyli ją podtrzymać. Nie mogła oderwać oczu od koszmarnego zdjęcia rentgenowskiego na ekranie.
- O mój Boże - wyjęczała. - Co ten potwór mi zrobił?
Lucan spojrzał na nią z powagą.
- Tego właśnie zamierzamy się dowiedzieć.
Koniec wersji demonstracyjnej