Dostępny fragment
Przybyłem na miejsce w czwartek przed południem. Koszary były już puste. Bramy pilnował policjant. Wokół budynków leżały kupy śmieci, papierów i słomy. W gmachu dowództwa tylko jeden pokój przypominał o dawnym wojskowym porządku. "Oficer mob." szybko wyprawił mnie w dalszą drogę, doradzając skorzystać z odjeżdżających właśnie taborowych wozów. Pułk formował się poza miastem.
Podróż dobrze dała mi się we znaki: dzień był skwarny, szosa wyboista, woźnica rozmowny jak pień. Na domiar złego zaraz za miastem konie przeszły w kłus. Roztrzęsły się i rozbrzęczały wozy... Kurz otulił kolumnę wiozącą ekwipunek dla kwaterujących po wioskach oddziałów. Próbowałem zagadywać żołnierza, lecz woźnica zbywał pytania wojskowym "tak jest" albo cywilnym spod serca westchnieniem. Gadając mało, to stępem, to kłusem, jechaliśmy ku lasom widocznym w oddali. Wysadzana drzewami szosa łagodną falą biegła przez wzniesienia. Potem kolumna skręciła na trakt i ucichł turkot. Wkrótce ukazały się chaty rozrzucone szeroko w cieniu starodrzewu. Po kwadransie byliśmy już we wsi. Lanca z zielono-czarnym proporczykiem znaczyła kwaterę dowództwa. Zsiadłem z wozu, tabor potoczył się dalej.
Dowódcę baterii zastałem w obszernej izbie, pełnej tytoniowego dymu, zapachu piwa i ostrej woni, jaką wydziela przepocone sukno. Gdy wszedłem, kapitan podpisywał papiery. Przy tym samym stole ogniomistrz-szef ślęczał nad kancelaryjną księgą. Zachodzące słońce kładło jaskrawe smugi na twarzach i sprzętach.
- A - powiedział kapitan odkładając pióro - nareszcie jesteś. Siadaj. Nie ma krzesła? To stój. Szef musi pisać, miejsca nie ustąpi. O, tam na skrzyni siadaj, tylko nie popuszczaj, bo w niej tajne akta. Albo zaczekaj... Mnie szlag lada chwila trafi , będzie zydel wolny. My tu już od rana. Alarm był czwarta trzydzieści.
- Wyjechałem z Warszawy pierwszym pociągiem, ale zanim tutaj dowlokłem się wozem... - zacząłem dotknięty wymówką.
Kapitan nie słuchał. Dłonią trzasnął w papiery i krzyknął:
- Widziałeś kiedy coś takiego w życiu? Papier na papierze! Papierowe góry! Czy ja urzędnik, a szef gryzipiórko? Diabeł opętał cywilów... Tobie pewno też wojna w głowie? A ja wojować nie mam chęci! No, ale gadaj mi szybko, co w Warszawie? Mówią, będzie?
Kapitan wstał, podszedł blisko i zniżonym głosem powtórzył pytanie. Usłyszawszy odpowiedź zmarkotniał i do spodni sięgnął po papierośnicę. Otworzył - pusta, więc na mnie spojrzał wymownie. Szef także przybliżył się z ręką. Podałem papierosy, kapitan zapaliwszy przeszedł się po izbie.
- Mówią, mówią... - mruczał - a ja wam mówię, że tak bę dzie, jak już było w marcu. Staniemy nad granicą, może wystrzelimy raz albo dwa razy i spokojnie wrócimy do siebie. Pamiętasz Wielkanoc w Suwałkach? Jakeśmy salwę dali dywizjonem, Niemiaszkom statki pospadały z półek. Ty gazety czytasz? Bo ja mało, czasu zawsze brak. Służba to nie zabawa w biuro... Ale przypominam sobie, co pisali jeszcze nie tak dawno... Hitler nie Prusak i prawie katolik, więc papież go lubi. Goering za polskim przepada bigosem i nieraz z naszymi popił za pan brat. Jedno mnie martwi: Hitler nie oficer. Niby kombatant, lecz właściwie cywil. A cywile, nie gniewaj się, każdy wie, że durnie.
- Panu kapitanowi lekko się mówi, że tej, za przeproszeniem, wojny w ogóle nie będzie - wtrącił szef. - A ja powiem tyle, że jak jej nie będzie, to my do końca życia nie wyciupciamy się z biedy. Za wszystko przyjdzie płacić.
- Co takiego? - kapitan wykręcił się na pięcie. - Płacić? A za co? Oj, szefie, szefie, piwko fermentuje w głowie!
- Za portki, panie kapitanie, za derki, panie kapitanie, za pasy i inne klamoty, panie kapitanie, jakie wydajemy ludziom. Już butów doliczyć się nie mogę, choć piszę, zapisuję i liczby u mnie w rubrykach stoją porządnie, jak konie w bateryjnej stajni.
Kapitan spojrzał chmurnie.
- Z butami, szefie, radzę ostrożnie... - Ogniomistrz chrząknął i nos wetknął w księgę.
- Płacić! No, tego tylko brakowało! - Kapitan zaklął i stanął przy oknie. Zaciągnął się dymem, milczał. Potem spytał o piwo, ale nie było już ani butelki.
Poza chatą ruch trwał nieustanny. Skrzypiały wozy obładowane skarbowym dobytkiem, człapały konie, nawoływali się ludzie, stukotały kołowrotki przy studniach. Nagle w pobliskim obejściu odezwały się podniesione głosy. Kanonierzy soczystym okładali się słowem.
- Szefie, a tam co takiego?
- Jezdni, panie kapitanie, łają się przy studni. Każdy swoją parę chce napoić pierwszy. Wody mało, wybrali nam kwatery jak dla piechoty.
- Susza, spiek, kto mógł się spodziewać - kapitan nadstawił ucha. Od szosy jechał motocykl w stronę wioski. - Słyszycie motor? Pewnie ktoś z dywizji?
Ledwo szef zapiął kołnierz, przeleciał mimo chaty granatowy motocykl z policją. Kapitan machnął ręką, mruknął:
- Kij im w plecy - i zwrócił się do nas. Rozkazał: - Szefie, do roboty.
Ogniomistrz zaraz wydobył odpowiedni papier i punkt po punkcie przeczytał, co mi się od wojska należy na wojnę.
- Szabla, ale panu podchorążemu przypadło siodło "meksykańskie", więc szabli przytroczyć się nie da, bo od lat nie ma czapraków do tych siodeł.
- A cóż, on kozak albo ułan? Obejdzie się bez szabli! - dowcipkował kapitan.
Szef czytał dalej:
- W rubryce "Wyposażenie dowódcy plutonu" instrukcja wymienia pistolet vis i skórzany sznur. Ale pistoletów tak samo jak czapraków - nie ma.
- Ha, trudno. Nie ma, to nie ma! - roześmiał się kapitan. - Nawet lepiej, mógłbyś zgubić i płaciłbyś. Szef za buty, a ty za pistolet.
- Instrukcja pisze dalej, że zamiast pistoletu należy wydać z magazynu bagnet. Bagnety są.
- Szefie, dam w mordę!
Szef zerwał się, stuknął ostrogami i zameldował posłusznie, że nic nie winien, bo czyta to, co w papierach stoi. Zajrzałem do instrukcji: w rubryce był vis, w odsyłaczu bagnet.
- Kawaleria zabrała polskie siodła. "Krakusom" oddano visy. Bateria otrzymała tylko dwa pistolety i jedenaście naboi - tłumaczył wyprężony szef.
- Szlag, krwawy szlag może człowieka trafić i na pewno trafi ! Bagnet! Bagnet! - przedrzeźniał kapitan. Nagle spoważniał. - Ty mi z bagnetem nie pokazuj się na oczy. Ja was, cywilów, dobrze znam. Wam żarty w głowie! A ja wojska ośmieszać nie pozwolę. Do pośmiewiska nie dopuszczę! Zapomnij o bagnecie, bo zgnoję, zabiję, opinię zapaskudzę... Uważaj, mnie teraz dużo wolno. No, idź już. Do szkoły na drugi koniec wsi. Przypilnuj wydawania masek. Cóż naszym chamom zagraniczny smród? Im gaz nie straszny. Jest jednak rozkaz, żeby maska przylegała do pyska, więc niech dopasowują dobrze. Idź!
- Tak jest, panie kapitanie - stuknąłem ostrogami, zasalutowałem. Szef na odchodnym zawołał:
- Mapników i torb oficerskich też nie ma! Dostanie pan podchorąży lornetkę i maskę p-gaz!
Poszedłem, gdzie kazano. Przed murowanym budynkiem tłoczyli się ludzie w cywilnych ubraniach. Któryś krzyknął: - Przejście! - Rozstąpili się, ucichli, wszedłem do środka.
Pod czarną tablicą rezerwiści przymierzali maski. Kapral krzyknął: - Baczność! - i chciał meldować, lecz dałem znak, żeby robił swoje. Słońce zsunęło się już za las, zmierzch był o krok, ludzie wciąż przybywali. Zanosiło się na robotę do nocy.
Wkrótce wpadł mi w oko krępy mężczyzna w zaszmelco wanym ubraniu. Zanim wziął maskę, starannie wycierał dłonie kawałkiem gazety. Pochwyciwszy moje spojrzenie, odezwał się półgłosem:
- Smar, jak to u kowala...
- Prosto od roboty? - zapytałem.
- Ci, co do domu wstąpili, nie przyjdą przed nocą. Baby lamentują mocno. Nie chcą puszczać. Może myślą, że wojnę potrafią odgonić? Co tam babskie krzyki... - mówił rezerwista "z tutejsza" zaciągając śpiewnie.
Kapralowi mało krew nie trysła z twarzy.
- Jakże tak! Rozkraczył się niby krowa, papier gniecie a gniecie i do szarży gada! Stańcie jak człowiek! Nic wojska jeszcze nie czują, bieda z takim narodem.
Uciszywszy kaprala, spytałem kowala, z jakich jest stron.
- Z Trapsz, melduję posłusznie.
- Byłem kiedyś w Trapszach i nawet kuźnię przypominam sobie. Dęby koło niej rosną, co? Właśnie... Ładne te wasze Trapsze - uśmiechnąłem się do wspomnień. - Co tam teraz słychać?
- O wojnie mówią... - kowal zaciął się, jakby mu nagle zabrakło słów. Potem dodał: - Ja, panie podchorąży, do zwiadu baterii mam przydział.
- A, to razem wojnę odbywać będziemy - wtrącił któryś z przysłuchujących się.
Nagle umilkły szepty. Ludzie poruszyli się w oczekiwaniu komendy. W drzwiach stał kapitan. Wysłuchał meldunku, popatrzył po twarzach i skinął, żebym szedł za nim na dwór. Tam wybuchnął.
- Ty mi tu nie politykuj! I głowy nie kołuj! Przyszli, bo przyjść musieli. Będzie wojna, będą wojowali. A czy chcą czy nie chcą, nikt pytać nie myśli. Od tego policja, żandarmi i polowe sądy. Wojna, wojna... A skąd ty wiesz, że będzie? Mobilizacji jeszcze nie ogłoszono. Dopiero imienne wezwania poszły w ruch. Kto przyszłości ciekaw, wolna droga, do wróżki niech idzie. A tu mędrkować nie pozwolę. Rozkaz - święta rzecz! Pamiętaj, rozkazów słuchać, bo wojnę, tfu, jej mać, prowadzą dowódcy, nie szeregowi. Co ty tam o wojnie wiesz! Ja wojnę znam. A ty? Więc milcz!
Wtem cichuteńko zabrzęczał samolot. Kapitan schwycił mnie za ramię.
- Słyszysz? A to co za jeden? Minęła chwila, zanim w ciemniejącym niebie znalazłem wolno sunące światełka. Z południowego zachodu leciał w stronę garnizonu łącznikowy samolocik. Nad miastem błysnął refl ektor, pokołysał się i zgasł. Kapitan rozluźnił palce, opuścił rękę.
- Nasz... Pewnie znów przywiózł tajne rozkazy. Może odwołanie pogotowia? Może jutro wrócimy do koszar? Chciałbym następną noc przespać we własnym łóżku... Chodź, zostało trochę wódy, napijesz się. Ach, te maski, prawda... Idź...
Poszedł klnąc księżyc, że syn sobaczy nie oświetla drogi.
Koło północy opustoszała szkoła. Rezerwiści pobrali maski i teraz, przy świetle lamp stajennych, fasowali mundury, bieliznę, koce, buty, karabiny...
- Skończone, panie podchorąży - powiedział kapral zamykając szkołę na wojskową kłódkę. - Już nam gaz nie straszny. Każdy ma nową maskę w porządnej torbie z impregnowanego płótna. Wczoraj jeszcze tajemnica święta, a dziś byle cywil może się w tajemnicę wojskową ustroić, bo wojna. Jedno słowo i cały porządek staje dęba. Armat u nas po staremu cztery, ale ludzi! ale koni! Przeszło trzy razy więcej. Kowal do zwiadu ma przydział, kucharz z cywila będzie owies woził, stolarz ugotuje nam gulasz... Mocne słowo ta wojna. Człowiek po szkole, ale jak pomyśli, to poty biją gorzej niż przed panem generałem. Głowa boli, zrozumieć nie sposób... O, znowu konie prowadzą z komisji. Trzeba panu podchorążemu coś wybrać pod siodło, bo do rana dostoją tylko liche szkapy. Na wojnę każdy chce dobrego konia. Może by tak siwka? Mam ja siwka oficerskiej miary... Po co mnie, kapralowi, oficerski koń? A panu podchorążemu byłby on w sam raz. Maść ładna, w orkiestrze szwoleżerów mógłby chodzić...
- Ani siwka, ani takiego, co rży, jak się od reszty koni odjeżdża. I żeby nie kładł się w brodzie! Rok temu miałem na manewrach "Popa", mało życia nie przekląłem, co bród, to kąpiel!
- O, toż ten "Pop" teraz u mnie... - wyrwało się kapralowi. - Znaczy innego konia panu podchorążemu wyszukam. Konia jak się patrzy! - obiecywał bardziej powściągliwym tonem.
Poszliśmy do szopy, gdzie mundurowano ludzi.