Wczorajsza mgła - Leonardo Padura

Kup ebooka

44.00 zł
35.10 zł (35,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

...Będę w twoim ży­ciu tym, co naj­lep­sze

we wczo­raj­szej mgle,

kiedy już o mnie za­po­mnisz,

tak jak naj­lep­szy jest wiersz,

któ­rego już nie pa­mię­tamy.

Vir­gi­lio y Ho­mero Expó­sito,Vete de mi[1]

.

Ob­jawy po­ja­wiły się na­gle, ni­czym żar­łoczna fala, która chwyta dziecko na za­cisz­nym brzegu i wciąga je w od­męty mo­rza: po­dwójne salto mor­tale w żo­łądku, mro­wiące odrę­twie­nie nóg, lo­do­waty pot na dło­niach, ale nade wszystko pie­kący ból pod le­wym sut­kiem, nie­zmien­nie to­wa­rzy­szący jego prze­czu­ciom.

Gdy tylko uchy­liły się drzwi bi­blio­teki, po­czuł za­pach sta­rego pa­pieru i aurę świę­to­ści, któ­rymi ema­no­wał ten fan­ta­sma­go­ryczny przy­by­tek, i Ma­rio Conde, który w od­le­głych la­tach był śled­czym w po­li­cji i na­uczył się roz­po­zna­wać ma­te­rialne prze­jawy swo­ich zba­wien­nych prze­czuć, mu­siał za­dać so­bie py­ta­nie, czy kie­dy­kol­wiek do­znał tak znie­wa­la­ją­cego na­tłoku wra­żeń jak wła­śnie w tym mo­men­cie.

Z po­czątku, go­towy od­wo­łać się do zdro­wego roz­sądku, usi­ło­wał prze­ko­nać sa­mego sie­bie, że na­tknął się na tę po­nurą i pod­nisz­czoną ru­derę w El Ve­dado za sprawą czy­stego i po­spo­li­tego przy­padku czy wręcz szczę­śli­wego trafu, który już nie­raz za­wdzię­czał swo­jemu ze­zo­wa­temu spoj­rze­niu. Ale kilka dni póź­niej, kiedy sta­rzy i nowi mar­twi prze­wra­cali się w gro­bach, Conde do­szedł do wnio­sku, że ni­gdy nie ist­niał ża­den mar­gi­nes przy­padku, że wszystko w dra­ma­tyczny spo­sób wy­cze­ki­wało go jak te­atralna prze­strzeń przy­go­to­wana na przed­sta­wie­nie, które za­cznie się, gdy tylko on nie­ocze­ki­wa­nie wtar­gnie na scenę.

Od­kąd po­nad trzy­na­ście lat temu po­rzu­cił za­wód in­spek­tora śled­czego, od­da­jąc się cia­łem i du­szą - je­śli po­zwa­lało mu na to jego za­wsze znę­kane ciało i co­raz bar­dziej pod­upa­da­jąca du­sza - ka­pry­śnej pro­fe­sji kupna i sprze­daży sta­rych ksią­żek, Conde na­był nie­mal psiego in­stynktu, który na­pro­wa­dzał go na ślad łu­pów za­pew­nia­ją­cych mu, cza­sem ze zdu­mie­wa­jącą hoj­no­ścią, pro­dukty żyw­no­ściowe i al­ko­ho­lowe. Na jego szczę­ście lub nie­szczę­ście - sam nie po­tra­fił tego okre­ślić - re­zy­gna­cja z pracy w po­li­cji i wy­mu­szone wej­ście w świat biz­nesu zbie­gły się z ogło­szo­nym ofi­cjal­nie Kry­zy­sem, który gwał­tow­nie ogar­nia­jąc Wy­spę, po­zo­sta­wił w cie­niu wszyst­kie wcze­śniej­sze, od­wieczne, wy­peł­nia­jące ko­lejne de­kady ży­cia Con­dego i jego ro­da­ków okresy po­wra­ca­ją­cych nie­do­stat­ków; te­raz, z ra­cji skali po­rów­naw­czej i braku pa­mięci, ja­wiły się one niby dni świet­no­ści czy ina­czej, nie­na­zwane, po­spo­lite kry­zysy, nie­za­słu­gu­jące na per­so­ni­fi­ku­jącą ma­ju­skułę.

Ni­czym na mocy zło­wiesz­czego za­klę­cia, z prze­ra­ża­jącą szyb­ko­ścią nie­do­sta­tek wszyst­kiego, co tylko jest do po­my­śle­nia, stał się chro­niczny, sprze­nie­wie­rza­jąc się wsze­la­kim ludz­kim po­trze­bom. Każdy to­war czy też świad­czona usługa na nowo okre­śliły swoją war­tość i prze­obra­ziły się drogą przy­padku w coś od­mien­nego od tego, czym były: od za­pa­łek po aspi­rynę, od pary bu­tów po awo­kado, od seksu po ma­rze­nia i na­dzieje, a tym­cza­sem ko­ścielne kon­fe­sjo­nały i sie­dziby san­te­ros, spi­ry­ty­stów, wró­żą­cych z kart, ja­sno­wi­dzów i ba­ba­lawo ob­le­gali nowi i liczni wy­znawcy na­gra­dzani odro­biną du­cho­wego po­cie­sze­nia.

Nie­do­statki stały się tak po­wszechne, że do­tknęły na­wet czci­godną sferę ksią­żek. Z roku na rok ry­nek wy­daw­ni­czy szy­bo­wał w dół i pa­ję­czyny oplo­tły półki wy­mar­łych już księ­garń, w któ­rych sami sprze­dawcy roz­kra­dli ostat­nie dzia­ła­jące ża­rówki, w isto­cie kom­plet­nie bez­u­ży­teczne w okre­sie na­gmin­nych wy­łą­czeń prądu. To wów­czas wła­śnie setki pry­wat­nych bi­blio­tek prze­stały być źró­dłem wie­dzy, bi­blio­fil­skiej dumy, ostoją wspo­mnień z przy­pusz­czal­nie lep­szych cza­sów i prze­mie­niły aurę po­zna­nia w kwa­śną i po­spo­litą woń zbaw­czych bank­no­tów. Bez­cenne bi­blio­teki two­rzone wy­sił­kiem ca­łych po­ko­leń i bi­blio­teki two­rzone ad hoc, za­wie­ra­jące przy­pad­kowe zbiory; bi­blio­teki wy­spe­cja­li­zo­wane w po­waż­nej lub też naj­oso­bliw­szej te­ma­tyce i bi­blio­teki zło­żone z ksią­żek po­da­ro­wa­nych z oka­zji uro­dzin albo rocz­nicy ślubu - zo­stały prze­zna­czone przez swo­ich wła­ści­cieli na naj­okrut­niej­szą ofiarę i zło­żone na po­gań­skim oł­ta­rzu bez­względ­nej ko­niecz­no­ści zdo­by­cia pie­nię­dzy, którą od­czu­wali nie­mal wszy­scy miesz­kańcy kraju za­gro­żo­nego po­wszech­nym gło­dem.

Ów de­spe­racki akt wy­sta­wia­nia na sprze­daż ksią­żek, po­zor­nie albo istot­nie war­to­ścio­wych, lub też po­zby­wa­nia się kar­to­nów, bie­żą­cych me­trów, ca­łych re­ga­łów, a na­wet wszyst­kich zbio­rów kom­ple­to­wa­nych w ciągu jed­nego ży­cia lub wielu, bu­dził dwo­iste ma­rze­nia wśród sprze­da­ją­cych i ku­pu­ją­cych: pierwsi byli prze­ko­nani, że ofe­rują białe kruki, ocze­ku­jąc zbaw­czych sum, które mo­głyby wy­le­czyć ich z po­czu­cia winy wy­wo­ła­nej po­zby­wa­niem się wier­nych to­wa­rzy­szy po­dróży, jaką jest ży­cie, dru­dzy zaś, nie­sieni mer­kan­tyl­nym im­pul­sem, po­noć nie­ist­nie­ją­cym już na Wy­spie, szu­kali oka­zji do zro­bie­nia do­brego in­te­resu, pod­stęp­nie ob­ni­ża­jąc war­tość lub ja­kość to­waru bę­dą­cego przed­mio­tem trans­ak­cji.

Kiedy Ma­rio Conde de­biu­to­wał w swo­jej pro­fe­sji, wo­lał nie wy­słu­chi­wać hi­sto­rii tych bi­blio­tek, które wpa­dły mu w ręce. Jego wie­lo­let­nie do­świad­cze­nia in­spek­tora śled­czego, zmu­sza­jące do czy­ta­nia dzień w dzień plu­ga­wych ra­por­tów, nie po­zba­wiły go wraż­li­wo­ści na ludz­kie nie­szczę­ścia i kiedy udało mu się zre­zy­gno­wać z pracy po­li­cjanta, z bó­lem uświa­do­mił so­bie, że wciąż prze­śla­duje go ciemna strona ży­cia, każda bo­wiem wy­sta­wiona na sprze­daż bi­blio­teka była opo­wie­ścią o mi­ło­ści z tra­gicz­nym za­koń­cze­niem, jej dra­ma­tyzm zaś nie wy­ni­kał z ilo­ści czy też ja­ko­ści zło­żo­nych w ofie­rze ksią­żek, lecz z ko­lei lo­sów, które je przy­wio­dły do ja­kie­goś domu, i z prze­ra­ża­ją­cych po­wo­dów, dla któ­rych mu­siały one tra­fić do ryn­ko­wej rzeźni. Nie­ba­wem jed­nak Conde prze­ko­nał się, że słu­cha­nie sta­nowi klu­czową część tego biz­nesu, po­nie­waż więk­szość sprze­da­ją­cych miała przy­mus, na za­sa­dzie eks­pia­cji, wy­tłu­ma­cze­nia swo­jej de­cy­zji: albo ubie­ra­jąc ją w pa­te­tyczne słowa, albo bez­li­to­śnie de­ma­sku­jąc, jakby tym wy­zna­niem mieli oca­lić swój zgłod­niały ho­nor.

Póź­niej, gdy już za­bliź­niły się rany, Conde od­na­lazł ro­man­tyczne strony swo­jej roli słu­cha­cza - lu­bił okre­ślać się tym sło­wem - i po­czął roz­wa­żać li­te­racki po­ten­cjał tych opo­wie­ści, trak­tu­jąc je jako two­rzywo wciąż od­kła­da­nych pro­jek­tów twór­czych, a jed­no­cze­śnie do tego stop­nia za­ostrzył swoją wraż­li­wość es­te­tyczną, że mógł oce­nić, kiedy nar­ra­tor jest szczery, a kiedy po­zo­staje łga­rzem ucie­ka­ją­cym się do zmy­śle­nia, żeby po­pra­wić swoje sa­mo­po­czu­cie albo tylko uatrak­cyj­nić ofe­ro­wany pro­dukt.

W miarę za­głę­bia­nia się w se­krety tego biz­nesu Ma­rio Conde do­szedł do wnio­sku, że bar­dziej cie­szy go za­kup niż póź­niej­sza sprze­daż zdo­by­tych wo­lu­mi­nów. Wy­prze­daż ksią­żek, prze­pro­wa­dzona w bra­mie, na par­ko­wej ławce, w ja­kimś za­ułku, po­zba­wiała go bo­wiem resz­tek god­no­ści, ale przede wszyst­kim na­pa­wała smut­kiem, kiedy mu­siał po­zbyć się to­waru, który czę­sto wo­lałby za­cho­wać dla sie­bie. To­też zde­cy­do­wał się, kosz­tem swo­ich do­cho­dów, na zmianę za­kresu dzia­ła­nia i wy­brał rolę tro­pi­ciela, który po­mnaża zy­ski in­nych ulicz­nych sprze­daw­ców. Od­tąd w po­szu­ki­wa­niu ko­palni ksią­żek, po­dob­nie jak jego ko­le­dzy z branży, sto­so­wał trzy do­peł­nia­jące się, ale też w pew­nym sen­sie sprzeczne stra­te­gie: naj­bar­dziej tra­dy­cyjna po­le­gała na wi­zy­cie u ko­goś, kto się z nim skon­tak­to­wał, kie­ru­jąc się jego ugrun­to­waną już opi­nią uczci­wego han­dla­rza; nie­mal śre­dnio­wieczna i za­wsze upo­ka­rza­jąca me­toda spro­wa­dzała się do krą­że­nia po uli­cach z za­wo­ła­niem: "Stare książki ku­puję", "No, da­lejże, je­śli chcesz sprze­dać stare książki, cze­kam tu"; naj­bar­dziej zaś agre­sywną stra­te­gią było pu­ka­nie do drzwi sto­sow­nie wy­glą­da­ją­cych do­mów i je­śli ktoś mu otwo­rzył - za­da­nie py­ta­nia, czy ów ktoś jest za­in­te­re­so­wany sprze­dażą uży­wa­nych ksią­żek. Ta druga stra­te­gia han­dlowa oka­zy­wała się sku­tecz­niej­sza w zu­bo­ża­łych dziel­ni­cach pe­ry­fe­ryj­nych i wpraw­dzie nie da­wała zbyt ob­fi­tych plo­nów - choć cza­sem przy­no­siła za­dzi­wia­jące re­zul­taty - jed­nak dla se­tek ty­sięcy tam­tej­szych miesz­kań­ców kupno i sprze­daż tego, co moż­liwe albo nie­moż­liwe, od lat było źró­dłem utrzy­ma­nia. Z ko­lei sys­tem wy­boru do­mów "na węch" spraw­dzał się w dziel­ni­cach on­giś ary­sto­kra­tycz­nych - El Ve­dado, Mi­ra­mar, Kohly i w pew­nych re­jo­nach San­tos Su­árez oraz w oko­li­cach Ca­sino De­por­tivo i El Cerro - któ­rych miesz­kańcy, mimo po­wszech­nego, na­ro­do­wego ubó­stwa, usi­ło­wali za­cho­wać co­raz bar­dziej już prze­sta­rzały styl ży­cia.

Naj­dziw­niej­sze było to, że ten po­nury dom w El Ve­dado, o kla­sy­cy­stycz­nych aspi­ra­cjach i zde­cy­do­wa­nie znu­żo­nych mu­rach, nie zo­stał wy­brany "na węch", a tym bar­dziej z po­wodu ulicz­nych za­chę­ca­ją­cych okrzy­ków. Ma­rio Conde, w owym cza­sie do­tknięty pa­smem udręki, do­tkli­wej i uciąż­li­wej - w czym przy­po­mi­nał sta­rego ry­baka San­tiago, bo­ha­tera pew­nej nie­gdyś bar­dzo po­dzi­wia­nej książki - był już prze­ko­nany, że jego węch po­pada w stan atro­fii, kiedy przez trzy go­dziny krą­żył w to desz­czowe wrze­śniowe po­po­łu­dnie, da­rem­nie pu­ka­jąc do drzwi i otrzy­mu­jąc wciąż te same od­mowne od­po­wie­dzi, co w znacz­nym stop­niu wy­ni­kało z faktu, że szedł po śla­dach swo­jego ko­legi po fa­chu, któ­remu za­pewne le­piej się po­wio­dło. Spo­cony, roz­cza­ro­wany i za­nie­po­ko­jony zbli­ża­jącą się bu­rzą za­po­wia­daną po­spiesz­nym kłę­bo­wi­skiem czar­nych chmur nad po­bli­skim wy­brze­żem, Conde go­tów był za­koń­czyć po­szu­ki­wa­nia, kal­ku­lu­jąc stratę czasu i zy­sków; bez spe­cjal­nego po­wodu ru­szył ulicą rów­no­le­głą do alei, gdzie po­wi­nien zła­pać sa­mo­chód na go­dziny - czy spodo­bała mu się ulica wy­sa­dzana drze­wami, czy chciał pójść na skróty, a może szedł, nie wie­dząc o tym, na spo­tka­nie swo­jego prze­zna­cze­nia? - i gdy tylko skrę­cił za róg, zo­ba­czył zmur­szały dom za­mknięty na trzy spu­sty, owiany gę­stą aurą opusz­cze­nia. W pierw­szym od­ru­chu po­my­ślał, że z po­wodu sa­mego wy­glądu to do­misz­cze za­pewne już zo­stało spe­ne­tro­wane przez ko­le­gów z branży, z re­guły bo­wiem tego typu domy oka­zy­wały się zy­skowne: chwa­lebna prze­szłość su­ge­ro­wała obec­ność bi­blio­teki z to­mami opra­wio­nymi w skórę, ża­ło­sna te­raź­niej­szość su­ge­ro­wała głód i roz­pacz, co zde­cy­do­wa­nie od­po­wia­dało na­bywcy ksią­żek. Dla­tego też, nie zwa­ża­jąc na mi­zerny uro­bek z ostat­nich ty­go­dni i duże praw­do­po­do­bień­stwo wcze­śniej­szej obec­no­ści kon­ku­ren­cji, Conde, kie­ro­wany nie­mal ir­ra­cjo­nal­nym im­pul­sem, otwo­rzył furtkę, prze­szedł przez ogród za­mie­niony w działkę wa­rzywną z ba­na­now­cami, za­go­nem ra­chi­tycz­nej ku­ku­ry­dzy i wy­bu­ja­łych pę­dów ba­ta­tów, wszedł po pię­ciu schod­kach pro­wa­dzą­cych do drzwi i nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­żej, za­stu­kał ko­łatką z za­śnie­dzia­łego brązu w drzwi z czar­nego nie­znisz­czal­nego ma­ho­niu, ostatni raz po­ma­lo­wa­nych za­pewne przed od­kry­ciem pe­ni­cy­liny.

- Dzień do­bry - po­wie­dział i przy­wo­łał na usta uprzejmy, pod­ręcz­ni­kowy uśmiech.

Ko­bieta, któ­rej wiek Conde oce­nił w prze­dziale mię­dzy sześć­dzie­siątką a sie­dem­dzie­siątką, nie ra­czyła go po­wi­tać, przy­glą­dała mu się je­dy­nie kry­tycz­nie, są­dząc za­pewne, że gość w po­staci do­mo­krążcy za­po­wiada coś wręcz prze­ciw­nego niż do­bry dzień. Ubrana była w szary szla­frok upstrzony pre­hi­sto­rycz­nymi tłu­stymi pla­mami, jej bez­barwne włosy ob­sy­py­wał łu­pież, nie­mal prze­zro­czy­stą skórę prze­ci­nały blade żyłki, a oczy wy­ra­żały bez­brzeżny smu­tek.

- Pro­szę wy­ba­czyć, że prze­szka­dzam... Zaj­muję się kup­nem i sprze­dażą uży­wa­nych ksią­żek - cią­gnął, wy­strze­ga­jąc się słowa "sta­rych" - i będę wdzięczny za in­for­ma­cję, czy coś pani wia­domo o...

Oto złoty śro­dek: to nie ty je­steś aż tak udu­piona, że mu­sisz sprze­dać swoją bi­blio­tekę czy też bi­blio­tekę ojca, ską­d­inąd dok­tora ze sław­nym ga­bi­ne­tem i ty­tu­łem pro­fe­sor­skim, czy też dziadka, być może na­wet se­na­tora re­pu­bliki, a może we­te­rana wo­jen o nie­pod­le­głość. Ale może wiesz kto, prawda?

Ko­bieta spra­wiała wra­że­nie osoby cał­ko­wi­cie uod­por­nio­nej na emo­cje i nie oka­zała żad­nego zdzi­wie­nia z po­wodu mi­sji przy­by­sza. Bez cie­nia lęku wpa­try­wała się w niego przez wlo­kące się nie­skoń­cze­nie se­kundy, a do­świad­cze­nie Ma­ria Con­dego pod­po­wia­dało mu, że w za­rdze­wia­łym z po­wodu nie­do­boru tłusz­czów i pro­tein umy­śle prze­zro­czy­stej ko­biety ro­dzi się ja­kaś de­cy­zja.

- Cóż - za­częła - prawdę mó­wiąc, nie, nie wiem, czy... Mój brat i ja za­sta­na­wia­li­śmy się... To Dio­ni­sio umó­wił się tu z pa­nem?

Conde do­strzegł świa­tełko na­dziei w tu­nelu i szu­kał go­rącz­kowo od­po­wie­dzi, ale jej nie zna­lazł. Czyżby do­brze tra­fił?

- Dio­ni­sio? Nie, nie...

- Mój brat - wy­ja­śniła zu­żyta ko­bieta. - Mamy tu bi­blio­tekę. Bar­dzo cenną, wie pan? Pro­szę wejść i się roz­go­ścić. Mo­men­cik... - Conde wy­czuł w jej gło­sie de­ter­mi­na­cję zdolną po­ko­nać wszel­kie ży­ciowe plagi.

Ko­bieta o zgnę­bio­nych oczach znik­nęła we­wnątrz domu, prze­cho­dząc przez coś na kształt por­tyku wspar­tego na dwóch to­skań­skich ko­lum­nach ze lśnią­cego czar­nego mar­muru prze­cię­tego zie­lon­ka­wymi żył­kami, a Conde ubo­le­wał nad swoją nie­wie­dzą do­ty­czącą nie­gdy­siej­szej ary­sto­kra­cji kre­ol­skiej, nie­wie­dzą, która nie po­zwo­liła mu zo­rien­to­wać się czy tylko do­my­ślić, kim byli pierwsi wła­ści­ciele tego mar­mu­ro­wego przy­bytku i czy ak­tu­alni wła­ści­ciele są ich spad­ko­bier­cami czy tylko be­ne­fi­cjen­tami po­re­wo­lu­cyj­nej da­ro­wi­zny. Sa­lon o ścia­nach gdzie­nie­gdzie za­ry­so­wa­nych, łusz­czą­cych się i po­kry­tych pla­mami wil­goci nie wy­glą­dał by­naj­mniej le­piej od sa­mego domu, a jed­nak za­cho­wał ślady daw­nej ma­je­sta­tycz­nej ele­gan­cji, po­zwa­la­ją­cej wy­obra­zić so­bie bo­gac­two uśpione na tych ścia­nach, te­raz po­pa­da­ją­cych w ru­inę. Wy­soki su­fit zwień­czony nie­bez­piecz­nie spróch­nia­łymi gzym­sami i spło­wiałe lam­pe­rie mu­siały być dzie­łem mi­strzów rę­ko­dziel­ni­ków, po­dob­nie jak dwa ogromne okna, w któ­rych, o dziwo, za­cho­wały się nie­tknięte ro­man­tyczne wi­traże z mo­ty­wami ry­cer­skimi, nie­wąt­pli­wie wy­ko­nane w Eu­ro­pie, ale prze­zna­czone, by za­ła­go­dzić i ubar­wić blask tro­pi­kal­nego lata. Me­ble, bar­dziej eklek­tyczne niż łą­czące w so­bie znane style, bar­dziej zu­żyte niż znisz­czone, ale wciąż so­lidne, wy­dzie­lały za­pach zdra­dza­jący ich wie­ko­wość, ale mar­mu­rowa po­sadzka z bia­łych i czar­nych płyt, przy­po­mi­na­jąca mon­stru­alną sza­chow­nicę, lśniła ra­do­sną czy­sto­ścią. Z boku sa­lonu dwoje strze­li­stych drzwi, zdob­nych w pro­sto­kątne krysz­ta­łowe lu­stra opra­wione w ramy z ciem­nego drewna, spo­mię­dzy za­cie­ków i spa­ty­nia­łych ro­zet od­zwier­cie­dlały nie­po­ko­jący ob­raz spu­sto­sze­nia i do­piero w tym mo­men­cie Conde zro­zu­miał wra­że­nie pew­nego de­fektu, ja­kie od­niósł, wcho­dząc do sa­lonu: ani na ścia­nach, ani na sto­łach, pół­kach i gzym­sach nie było żad­nej ozdoby, de­ko­ra­cji lub ob­razu zdol­nych prze­ła­mać tę prze­ra­ża­jącą pustkę. Do­my­ślił się, że wy­kwintna por­ce­lana, srebrne sztućce, krysz­ta­łowe ży­ran­dole i za­pewne też płótna z mar­twą na­turą na­da­jące nie­gdyś temu miej­scu splen­dor i har­mo­nię, nim jesz­cze przy­szedł czas na książki, zo­stały stąd usu­nięte i prze­zna­czone na po­trzeby żyw­no­ściowe, a te­raz, je­śli szczę­ście mu do­pi­sze, ten sam los spo­tka bi­blio­tekę, jak usły­szał, bar­dzo cenną.

Za­po­wie­dziana przez ko­bietę chwila prze­dłu­żyła się do do­brych kilku mi­nut; Conde za­pa­lił pa­pie­rosa, wy­trzą­sa­jąc po­piół przez okno, za któ­rym zo­ba­czył pierw­sze kro­ple wie­czor­nego desz­czu. Ko­bieta wró­ciła w to­wa­rzy­stwie star­szego o kilka lat męż­czy­zny, bez wąt­pie­nia na gra­nicy po­de­szłego wieku; był rów­nie wy­chu­dzony jak ona, o twa­rzy do­ma­ga­ją­cej się ogo­le­nia, a także, jak w wy­padku jego do­mnie­ma­nej sio­stry, trzech ka­lo­rycz­nych po­sił­ków dzien­nie.

- Mój brat - przed­sta­wiła go ko­bieta.

- Dio­ni­sio Fer­rero - po­wie­dział męż­czy­zna, a jego głos za­brzmiał mło­dziej, niż świad­czył o tym wy­gląd, po czym wy­cią­gnął dłoń o zro­go­wa­cia­łej skó­rze i brud­nych pa­znok­ciach.

- Ma­rio Conde. Ja...

- Sio­stra już mi po­wie­działa - uciął męż­czy­zna oschłym, jakby na­wy­kłym do roz­ka­zy­wa­nia to­nem, po czym wy­po­wie­dział bar­dziej po­le­ce­nie niż prośbę. - Pro­szę za mną.

Dio­ni­sio Fer­rero ru­szył w stronę lu­strza­nych drzwi, a Conde, po­dą­ża­jąc za nim, prze­ko­nał się, pa­trząc na swoje od­bi­cie w odra­pa­nym lu­strze, że nie­wiele różni się od szkie­le­to­wa­tych syl­we­tek ro­dzeń­stwa Fer­rero. Wy­cień­czona twarz zna­mio­nu­jąca liczne nie­mal bez­senne noce, wy­peł­nione dużą ilo­ścią rumu, i wy­chu­dzone ciało, które spra­wiało wra­że­nie, że uro­sło na nim ubra­nie. Dio­ni­sio z za­dzi­wia­jącą ener­gią otwo­rzył drzwi i Conde stra­cił z oczu swoje ża­ło­sne od­bi­cie; jed­no­cze­śnie prze­szył go dreszcz, zo­ba­czył bo­wiem przed sobą im­po­nu­jący rząd drew­nia­nych pó­łek za szkłem, na któ­rych pię­trzyły się aż pod wy­soki su­fit setki ksią­żek o po­ciem­nia­łych okład­kach, a na ich grzbie­tach zło­ciły się li­tery ty­tu­łów, które wy­szły zwy­cię­sko z walki z pod­stępną wil­go­cią i znu­żo­nym cza­sem.

Conde, z tru­dem ła­piąc od­dech, stał jak spa­ra­li­żo­wany w ob­li­czu tego cudu i do­piero po chwili ośmie­lił się zro­bić trzy ostrożne kroki. Prze­kra­cza­jąc próg, zo­rien­to­wał się ku swo­jemu zdu­mie­niu, że re­gały wy­peł­nione to­mami cią­gnęły się aż do końca po­miesz­cze­nia, zaj­mu­jąc całą jego prze­strzeń, mie­rzącą ja­kieś pięć na sie­dem me­trów. W tym wła­śnie mo­men­cie do­znał zro­zu­mia­łej w tych oko­licz­no­ściach sła­bo­ści i olśnie­nia i opa­dły go na­głe prze­czu­cia, wra­że­nia od­mienne od prze­ży­wa­nego do tej chwili bi­blio­fil­skiego i han­dlo­wego za­sko­cze­nia, które utwier­dziły go w prze­ko­na­niu, że w tym po­koju kryje się coś nad­zwy­czaj­nego i wręcz do­ma­ga­ją­cego się jego obec­no­ści.

- Jak się panu po­doba?

Przy­tło­czony na­po­rem prze­czuć i do­my­słów, Conde nie usły­szał py­ta­nia Dio­ni­sia.

- Pro­szę po­wie­dzieć, jak się panu po­doba - na­le­gał męż­czy­zna, który od­wró­cił się i sta­nął w za­sięgu wzroku Con­dego.

- Coś wspa­nia­łego - zdo­łał wresz­cie wy­krztu­sić, po­ru­sze­nie nie po­zwa­lało mu bo­wiem na wię­cej wo­bec wi­doku tej nad­zwy­czaj­nej żyły złota, któ­rej za­wsze się szuka, ale od­naj­duje je­dy­nie raz w ży­ciu. Albo wcale. Jego do­świad­cze­nie wo­łało, że tu z całą pew­no­ścią kryją się nie­wy­obra­żalne skarby i na­wet je­śli tylko pięć pro­cent zgro­ma­dzo­nych tu wo­lu­mi­nów przed­sta­wiało szcze­gólną war­tość, miał przed sobą dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści moż­li­wych klej­no­tów, które zdo­ła­łyby okieł­znać - lub cho­ciaż za­spo­koić na dłuż­szy czas - głód ro­dzeń­stwa Fer­rero i jego wła­sny.

Kiedy od­zy­skał wła­dzę w no­gach, pod­szedł do naj­bliż­szego rzu­ca­ją­cego mu wy­zwa­nie re­gału i nie pro­sząc o zgodę, otwo­rzył szklane drzwiczki. Przej­rzał kilka grzbie­tów pierw­szych z brzegu ksią­żek na wy­so­ko­ści swo­ich oczu i do­strzegł opra­wione w czer­wo­nawą skórę Kro­niki wojny na Ku­bie Miró Ar­gen­tera, pierw­sze wy­da­nie z roku 1911; ocie­ra­jąc spo­coną dłoń, wy­jął tom, gdzie zna­lazł de­dy­ka­cję pi­sa­rza-żoł­nie­rza: "Mo­jemu ser­decz­nemu przy­ja­cie­lowi, umi­ło­wa­nemu ge­ne­ra­łowi Se­ra­fi­nowi Mon­tes de Oca". Obok Kro­nik stały dwa opa­słe i tak po­szu­ki­wane tomy In­deksu al­fa­be­tycz­nego i li­sty po­le­głych żoł­nie­rzy ku­bań­skiej ar­mii wy­zwo­leń­czej ge­ne­rała ma­jora Car­losa Ro­loffa w rzad­kiej i je­dy­nej edy­cji ha­wań­skiej z roku 1901, a po­tem Conde co­raz bar­dziej drżącą dło­nią wy­cią­gnął sto­jące obok tomy Uwag do­ty­czą­cych dzie­jów li­te­ra­tury i szkol­nic­twa pu­blicz­nego na wy­spie Kuba, dzieło kla­syka An­to­nia Ba­chil­ler y Mo­ra­les, wy­dane w Ha­wa­nie w la­tach 1859-1861. Po­gła­dził po­woli pal­cem okładkę po­wie­ści Plan­ta­cja kawy Do­minga Mal­pica de la Barca, opu­bli­ko­waną przez ha­wań­ską dru­kar­nię Los Ni­?os Hu­ér­fa­nos w 1890 roku, i ma­sywne, opra­wione w de­li­katną skórę grzbiety pię­ciu to­mów Hi­sto­rii nie­wol­nic­twa José An­to­nia Saco, wy­da­nych przez dru­kar­nię Alfa w roku 1936, a po­tem, jak na­wie­dzony, wy­ło­wił na­stępną książkę, na któ­rej grzbie­cie wid­niały tylko ini­cjały C.V., a kiedy ją otwo­rzył, ugięły się pod nim nogi, bo­wiem tak, to było pierw­sze wy­da­nie Dziew­czyny ze złotą strzałą, po­wie­ści Ci­rila Vil­la­verde, w owej pierw­szej i mi­tycz­nej edy­cji ha­wań­skiej opu­bli­ko­wa­nej przez słyn­nego dru­ka­rza Ra­mona Oliva w 1842 roku...

Conde miał wra­że­nie, że ten przy­by­tek jest za­gu­bio­nym w cza­sie sank­tu­arium, i po raz pierw­szy po­my­ślał, czy nie po­peł­nia aktu pro­fa­na­cji. De­li­kat­nie odło­żył na półkę każdą książkę, chło­nąc odu­rza­jącą woń do­by­wa­jącą się z otwar­tego re­gału. Pa­ro­krot­nie na­peł­nił płuca tym za­pa­chem i do­piero, gdy po­czuł prze­syt, za­mknął szklane drzwiczki. Usi­łu­jąc ukryć emo­cje, od­wró­cił się w stronę ro­dzeń­stwa Fer­rero i od­czy­tał na ich twa­rzach błysk na­dziei na od­mianę ży­cia wy­peł­nio­nego klę­skami.

- Dla­czego chce­cie pań­stwo sprze­dać te książki? - za­py­tał wbrew swoim za­sa­dom w ocze­ki­wa­niu na hi­sto­rię tej nad­zwy­czaj­nej bi­blio­teki: nikt świa­do­mie i po­spiesz­nie nie po­zbywa się ta­kiego skarbu (jak do­tąd zdą­żył wy­pa­trzeć za­le­d­wie kilka obie­cu­ją­cych klej­no­tów), chyba że poza gło­dem jest jesz­cze ja­kiś po­wód, który Conde pil­nie chciał po­znać.

- To długa hi­sto­ria i... - Dio­ni­sio Fer­rero za­wa­hał się pierw­szy raz, od­kąd zo­ba­czył Con­dego, ale wkrótce od­zy­skał swój wład­czy, nie­mal żoł­nier­ski ton. - Jesz­cze nie wiemy, czy się zde­cy­du­jemy. To za­leży od pań­skiej oferty. Na rynku an­ty­ków, jak pan wie, działa wielu ban­dy­tów... Dwóch było tu któ­re­goś dnia. Chcieli ku­pić od nas okna z wi­tra­żami i bez­czel­nie za­pro­po­no­wali za każde trzy­sta do­la­rów... Wzięli nas za idio­tów, a może są­dzili, że umie­ramy z głodu...

- Tak, ma pan ra­cję, jest wielu oszu­stów. Ale chciał­bym się do­wie­dzieć, dla­czego zde­cy­do­wali się pań­stwo sprze­dać książki wła­śnie te­raz...

Dio­ni­sio spoj­rzał na sio­strę, jakby nie zro­zu­miał py­ta­nia: czy ten fa­cet jest aż tak głupi, żeby o to py­tać? Conde od razu po­jął, w czym rzecz, uśmiech­nął się i sfor­mu­ło­wał ina­czej py­ta­nie, pró­bu­jąc po raz trzeci dać upust swo­jej cie­ka­wo­ści.

- Dla­czego do­tąd nie zde­cy­do­wali się pań­stwo na sprze­daż?

Prze­zro­czy­sta ko­bieta, wi­dać świa­doma jego ro­sną­cego ape­tytu, po­spie­szyła z od­po­wie­dzią.

- Z po­wodu mamy. Na­szej mamy - wy­ja­śniła. - Już wiele lat temu zo­bo­wią­zała się za­cho­wać ten księ­go­zbiór...

Conde do­my­ślił się, że stąpa po bar­dzo grzą­skim grun­cie, ale nie po­zo­sta­wało mu nic in­nego, jak brnąć da­lej.

- A pań­stwa mama...?

- Nie, nie umarła. Jest już bar­dzo sta­reńka. W tym roku koń­czy dzie­więć­dzie­siąt je­den lat. Bie­daczka jest...

Conde nie śmiał na­le­gać: pierw­sza część wy­zna­nia zo­stała wy­po­wie­dziana i cze­kał na drugą, która wi­siała w po­wie­trzu.

- Sta­ruszce tro­chę mie­sza się w gło­wie i... od dawna jest bar­dzo ner­wowa. A szcze­rze mó­wiąc, po­trze­bu­jemy tro­chę pie­nię­dzy - wy­rzu­cił z sie­bie Dio­ni­sio, wska­zu­jąc pal­cem książki. - Wie pan, jak to jest, z eme­ry­tury nie da się...

Conde przy­tak­nął; wo­dząc wzro­kiem w ślad za pal­cem męż­czy­zny, przy­glą­dał się re­ga­łom wy­peł­nio­nym książ­kami, utwier­dza­jąc się w prze­ko­na­niu, że prze­czu­cie i tym ra­zem go nie za­wio­dło, a on sam stoi wo­bec cze­goś ab­so­lut­nie nad­zwy­czaj­nego, co po­wo­duje kłu­cie pod le­wym sut­kiem i spo­tnie­nie dłoni, i za­sta­na­wia się, skąd u niego ta po­pę­dli­wość. Skoro już wie­dział, że ota­czają go bar­dzo cenne książki, to co tak upar­cie nie da­wało mu spo­koju? Czy po­wo­dem było do­mnie­mane ist­nie­nie ja­kiejś na­zbyt nie­ocze­ki­wa­nej książki? Czy gdzieś tam jest nie­praw­do­po­dobny wo­lu­min, o któ­rym ma­rzy każdy bi­blio­fil? To moż­liwe, to pewne, mó­wił so­bie, i je­żeli taka jest przy­czyna jego stanu du­cha, je­dy­nym roz­wią­za­niem bę­dzie przej­rze­nie od góry do dołu wszyst­kich pó­łek.

- Pro­szę wy­ba­czyć moją cie­ka­wość, ale... Od jak dawna ta bi­blio­teka stoi nie­na­ru­szona? - za­py­tał.

- Od ja­kichś czter­dzie­stu, czter­dzie­stu trzech lat - od­po­wie­działa ko­bieta, a Conde po­ki­wał głową nie­do­wie­rza­jąco.

- Przez tyle lat nie tra­fiła tu ani nie wy­szła stąd żadna książka?

- Ani jedna - wtrą­cił się Dio­ni­sio, prze­ko­nany za­pewne, że to stwier­dze­nie po­twier­dza war­tość zbio­rów. - Mama tylko pro­siła, że­by­śmy od­ku­rzali bi­blio­tekę raz w mie­siącu i to wy­łącz­nie mio­tełką z piór, o tak, od góry...

- Będę z pań­stwem szczery. - Conde wo­lał ich prze­strzec, świa­domy, że sprze­nie­wie­rza się naj­święt­szym za­sa­dom swo­jej pro­fe­sji. - Prze­czu­cie mi mówi, a ra­czej je­stem pe­wien, że są tu wo­lu­miny o du­żej war­to­ści, nie­które tak cenne, że nie mogą albo nie po­winny być sprze­dane... Za­raz wy­ja­śnię: cho­dzi mi o książki, zwłasz­cza ku­bań­skie, które nie po­winny opu­ścić Wy­spy, a tu nie­mal nikt nie za­płaci pań­stwu tyle, ile na­prawdę są warte. Tym bar­dziej Bi­blio­teka Na­ro­dowa. To, co po­wiem, kłóci się z moim in­te­re­sem, ale uwa­żam, że by­łoby prze­stęp­stwem sprze­da­nie ich ja­kie­muś cu­dzo­ziem­cowi, który wy­wie­zie je z kraju... a mó­wię o prze­stęp­stwie, bo by­łoby to nie tylko nie­wy­ba­czalne, ale wręcz zbrod­ni­cze, acz­kol­wiek te­raz to już nie­istotne. Je­żeli doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia, to do­ty­czyć ono bę­dzie ksią­żek da­ją­cych się sprze­dać, a je­śli pań­stwo po­tem zde­cy­dują się na sprze­daż naj­bar­dziej war­to­ścio­wych wo­lu­mi­nów, to już bez mo­jego udziału...

Dio­ni­sio wle­pił wzrok w Con­dego.

- Pro­szę przy­po­mnieć swoje na­zwi­sko...

- Ma­rio Conde.

- Ma­rio Conde - wolno sy­la­bi­zo­wał na­zwi­sko, jakby z jego brzmie­nia czer­pał ja­kąś god­ność, która w tym mo­men­cie była mu nie­zbędna. - Moja sio­stra i ja wy­pru­wa­li­śmy so­bie flaki dla tego kraju. Ja ry­zy­ko­wa­łem ży­cie i tu, i na­wet w An­goli. Cho­ciaż zdy­chał­bym z głodu, ni­czego po­dob­nego, o czym pan mówi, ni­gdy bym nie zro­bił, ani za ty­siąc, ani za dzie­sięć ty­sięcy pe­sos - tu od­wró­cił się w stronę sio­stry, szu­ka­jąc w niej ostat­niego schro­nie­nia dla swej dumy. - Prawda, Ama­lio?

- Oczy­wi­ście, Dio­ni­sio - za­pew­niła.

- Wi­dzę, że się ro­zu­miemy - przy­znał Conde, wzru­szony na­iw­no­ścią epic­kiego Dio­ni­sia, który kal­ku­lo­wał w pe­sos, gdy on ro­bił to samo, ale w do­la­rach. - Zróbmy tak. Wy­biorę dwa­dzie­ścia albo trzy­dzie­ści ksią­żek, które do­brze się sprze­da­dzą, cho­ciaż nie są szcze­gól­nie cenne. Odłożę je i ju­tro wrócę z pie­niędzmi. Po­tem przej­rzę do­kład­nie bi­blio­tekę, żeby po­wie­dzieć pań­stwu, ja­kie książki mnie in­te­re­sują, ja­kie nie za­in­te­re­sują żad­nego kupca i także ja­kie nie są na sprze­daż, a ści­ślej, w żad­nym wy­padku nie po­winny być spie­nię­żone. Zgoda? Naj­pierw jed­nak chciał­bym usły­szeć całą hi­sto­rię, je­śli nie ma­cie pań­stwo nic prze­ciwko temu... Prze­pra­szam, że na­le­gam, ale skoro w tej bi­blio­tece są tomy, które przed chwilą obej­rza­łem, i po­zo­staje ona nie­tknięta od czter­dzie­stu trzech lat...

Dio­ni­sio Fer­rero zer­k­nął na sio­strę, a ko­bieta o bez­barw­nej skó­rze wy­trzy­mała jego spoj­rze­nie, wciąż gry­ząc palce. Po­tem od­wró­ciła głowę w kie­runku Con­dego.

- Jaką hi­sto­rię? Bi­blio­teki czy po­wo­dów, dla któ­rych chcemy ją te­raz sprze­dać?

- A to nie jest hi­sto­ria ma­jąca ten sam po­czą­tek i ko­niec?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki