Wczoraj i Dziś OPOWIADANIA - Adam Koćma

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wyrocznia

W czasach bardzo dawno temu minionych żył na świecie mężczyzna imieniem Tomasz. Człowiek ten wierzył w czary i wyrocznie, podczas gdy inni ludzie dawno już porzucili pogańskie zabobony i przeszli na wiarę w jednego Boga. Chodził więc na wielką górę, znajdującą się obok jego domu, gdzie ludzie żyjący tysiąc lat przed nim wznieśli kamienny posąg oraz świątynię, przekonani, że będzie to miejsce tak wyjątkowe, że z pewnością zamieszka w nim duch wyroczni. Centralny punkt sanktuarium, w którym dokonywano przepowiedni został zbudowany na wyschniętej studni, przykrytej metalową kratą: być może w nadziei, że woda się jeszcze kiedyś pojawi, a być może z innych przyczyn. Tomasz wierzył, że głos prastarej wyroczni zapewni mu powodzenie w życiu i interesach. Nie chciał przyjąć chrztu i nowej wiary, bowiem uważał, iż jest to dla niego nieopłacalne i nie przyniesie mu wystarczającego bogactwa. Nadal więc praktykował zapominane przez innych obrzędy. Zabierał często na górę kaczki i gęsi, które składał w ofierze. Palił ognisko, a popiół rozrzucał w różnych kierunkach lub czekał aż wiatr go rozrzuci, i na tej podstawie odczytywał znaki, dane mu w jego przekonaniu przez duchy. Najczęściej zadawał pytanie: czy będzie mu nadal powodzić się w interesach? Krzyczał przy tym możliwie najgłośniej:

- O wyrocznio! Daj mi znak! - i rzucał popiół z ogniska pod swoje nogi. Zawsze mówił także:

- O duchu, jeżeli to prawda, że nadal będziesz mi sprzyjać i zapewnisz pomyślność w handlu, przesuń ten popiół w prawo!

Tak sobie kiedyś wymyślił, nie zdając sobie sprawy, że wiatr na górze wieje zazwyczaj w kierunku wschodnim i dzięki temu wszystko, co tylko może, przenosi właśnie w prawo. Tak więc wiatr przenosił popiół w prawo, a Tomasz w podzięce przynosił wyroczni kolejne dary: zwierzęta, owoce, czasem nawet pieniądze.

Pewnego dnia krzyki Tomasza, dochodzące ze szczytu góry, dotarły od uszu bawiącego w okolicy Jeremiasza, człowieka przebiegłego, który żadną pracą się nie trudnił, a żył jedynie z tego, co innym ukradł lub podstępem wyłudził. Wszedł Jeremiasz na górę, ukrył się w pobliżu wyroczni i począł przysłuchiwać się zawodzeniom Tomasza. Słuchał tak dobrą chwilę, a w jego chytrej głowie rysował się plan oszustwa, dzięki któremu nareszcie będzie mógł zostać bogatym człowiekiem.

Tomasz miał jedno dziecko: córkę Lilię, którą kochał ponad wszystko w świecie. Marzył, jak każdy ojciec, że kiedyś będzie miała ona kochającego i bogatego męża. W przededniu jej osiemnastych urodzin, postanowił wybrać się do wyroczni, by zasięgnąć porady. Nie wiedział, że jego przygotowania obserwuje przebiegły Jeremiasz, który przed nim wybiegł na górę, ściągnął metalową kratę i ukrył się w studni. Tomasz bardzo starannie przygotował się do wizyty w świątyni. Pytanie, które miał zadać, było dla niego związane z sprawą niezwykłej wagi, dlatego zabrał na górę osła, objuczonego podarkami dla wyroczni: najprzedniejszym jedzeniem, winem, a także szkatułkę z złotymi monetami i srebrną biżuterią. Kiedy wszedł na górę, odpoczął chwilę, zdjął z osła pakunki i zgodnie z tradycją, która sam kiedyś ustalił, zapalił ognisko. Potem, aby łatwiej nawiązać kontakt z wyrocznią, zaczął mruczeć dziwaczną melodię, która w jego przekonaniu miała przywołać jej ducha.

- O wielka wyrocznio! Studnio mądrości nieskończonej! - zawodził rytmicznie poruszając się na boki i przygotowując jednocześnie do punktu kulminacyjnego, czyli rozrzucania popiołu...

- Ukaż mi drogę! Powiedz, co czynić i czy znajdę dobrego męża dla mej ukochanej córki?!

- Tomaszu! - w odpowiedzi usłyszał swoje imię. Zdziwiony wielce, myślał, że ma omamy słuchowe, ale głos powtórzył ponownie, jeszcze mocniej niż poprzednio:

- Tomaszu! Tomaszu! - Czy mnie słyszysz? - przestraszony, ale szczęśliwy zarazem Tomasz padł na twarz, myśląc iż słyszy głos wyroczni:

- Posłuchaj mnie uważnie - mój wierny wyznawco. Przez lata słuchałeś mych przepowiedni, w zamian przynosząc mi strawę i dobra materialne. Twoje zasługi nie zostaną zapomniane! Oto dostaniesz w prezencie męża dla twej córki, tak wspaniałego, jak tylko można sobie wymarzyć! W dniu dzisiejszym pozostaw tu osła i wszelkie dary, jakie z sobą przyniosłeś. Jutro na tym ośle przybędzie do twej wioski mąż niezwykły i wielkiej mądrości. Ugość go dobrze, bowiem jest to człowiek zesłany w podzięce za twe dary. A teraz idź już! Słysząc te słowa, zadowolony Tomasz wstał, ukłonił się jeszcze raz patrząc w kierunku wyroczni, po czym pobiegł do domu ogłosić dobra nowinę.

Tymczasem Jeremiasz wyskoczył ze studni i zadowolony z siebie rozpoczął ucztę. Ponieważ od dłuższego czasu chodził głodny, z chciwości i na zapas zjadł o wiele za dużo, przepijając przy tym winem, również bez żadnego umiaru. Wreszcie, najedzony jak prosię i pijany jak ostatni opój, usnął obok zdziwionego jego zachowaniem osła, który cały czas stał z boku i z zaciekawieniem przyglądał mu się leniwie skubiąc trawę.

Kiedy Jeremiasz zbudził się, słońce było już wysoko na niebie. Nadmiar wypitego w dniu poprzednim wina, spowodował u niego bardzo bolesny ból głowy. Musiał jednak wypełnić obietnicę daną Tomaszowi. Zaśmiał się w duchu, umył w kałuży i ręką przeczesał dawno niemyte włosy, następnie zaś wyruszył na spotkanie przeznaczenia, które sam sobie wymyślił.

Podjeżdżając do wioski zauważył, że Tomasz wraz z córką już na niego czekają. Niecierpliwy gospodarz wybiegł mu na powitanie, lecz widząc przybysza, stracił trochę rezonu, gdyż Jeremiasz, delikatnie mówiąc, nie przypadł mu do gustu. Pomimo tego, zaprosił gościa do domu i przedstawił córce. Zaniedbany Jeremiasz wyglądał nieciekawie: tłuste włosy i brud za paznokciami, wyraźnie wskazywały, iż nie lubi on zbyt częstych kontaktów z wodą i mydłem. Ale naiwny Tomasz nadal tłumaczył sobie, że to przecież człowiek wyjątkowy, bo tak powiedziała mu nieomylna wyrocznia. Nie zważał więc także na to, iż Jeremiasz od razu po przybyciu strasznie zaczął się w domu panoszyć: zażądał największego pokoju, całej fury jedzenia i mieszka ze złotem, na, jak to określił: "drobne wydatki". Po zjedzeniu kolacji poprosił zaś Lilię o rękę, a kiedy ta uciekła od niego i zamknęła się w swoim pokoju, przyszedł do Tomasza, prosząc, by wstawił się za nim i wymusił na córce przyjęcie jego oświadczyn, gdyż przecież jest wyjątkowo mądrym i wartościowym kawalerem. Jednak Tomasz miał coraz więcej wątpliwości, czy aby ten mężczyzna jest "wybrańcem losu" zesłanym mu przez wyrocznie. Przyszło mu do głowy, że mogła przecież zajść pomyłka. Dużo osób podróżuje na ośle i nuż jutro okaże się, że przybędzie inny, prawdziwy "wybraniec". Dlatego też nie wstawił się za Jeremiaszem, kazał mu się położyć i przespać, twierdząc tajemniczo, iż być może kolejny dzień przyniesie rozwiązanie tej sprawy.

Wieczorem zaczął pakować kolejne dobra, tym razem na konia, szykując się na kolejną wizytę u bram wyroczni. Przebiegły Jeremiasz przeczuwał wszakże, co się świeci. Zamknął swój pokój na klucz, wyskoczył przez okno i kiedy Tomasz przybył na górę, siedział już ukryty wewnątrz studni. Jak zawsze Tomasz odprawił swoje obrzędy, rozpalił ognisko, rozrzucił popiół, lecz kiedy chciał zadać pytanie, usłyszał głos:

- Witaj Tomaszu! Co cię trapi, z czym do mnie przychodzisz? Tomasz upadł na twarz i nieśmiało wydukał:

- O wielka wyrocznio, eee... mam pewne wątpliwości: do mego domu przybył człowiek na ośle o imieniu Jeremiasz, jednak nie jestem pewien, czy to osoba, która miała przybyć za Twoim wstawiennictwem... On jest taki... - nie zdążył dokończyć, kiedy usłyszał gniewny głos wyroczni:

- Tomaszu! - poczuł, że ciarki przechodzą mu po plecach. - Wątpić jest rzeczą ludzką, jednakże uwierz mi, rzeczony Jeremiasz jest człowiekiem przeze mnie wskazanym. Nie bądź dla niego surowy, nie sądź go po wyglądzie, ani nawet po zachowaniu czy uczynkach, bo w gruncie rzeczy to człowiek bardzo dobry! On przeznaczony jest Twojej córce na męża. A teraz idź! Zostaw mi konia, na którym razem z podarkami przybyłeś, bowiem jutro na tym wierzchowcu, Jeremiasz w twym domu pojawi się ponownie, w samo południe, na znak, iż faktycznie jest moim wysłannikiem!

Tomasz wstał, skłonił się nisko i odszedł zadowolony. Wyrocznia rozwiała jego wątpliwości. Myślał o tym, jak bardzo się mylił osądzając tego poczciwego człowieka po zachowaniu i po wyglądzie. Toż to mężczyzna przez samą wyrocznie doń zesłany i na pewno w odpowiednim czasie ujawni wielkie talenty! Jeśli zaś jutro, przybędzie ponownie, na koniu u wrót wyroczni pozostawionym, będzie to niezbity dowód na to, iż z wyroczni wyboru on pochodzi.

Całą noc Jeremiasz ucztował na górze, usiłując przejeść dary dostarczone przez Tomasza. Pił bez umiaru, gdyż Tomasz zostawił mu cztery butelki przedniego wina, a nie jak za pierwszym razem - tylko dwie. Przy połowie czwartej butelki i trzeciej pieczeni z bażanta - Jeremiasz nie dał rady i usnął. Obudził się w południe. Słonce grzało wyjątkowo mocno, a głowa bolała go jak nigdy do tej pory. Napił się wody z kałuży, w której potem umył zaropiałe oczy i mocno wstawiony wczołgał się na konia, który posłusznie zaniósł go do domu jego pana.

Zobaczywszy swojego wybrańca Tomasz był wielce zdziwiony i nie omieszkał go zapytać, co się stało. - Walczyłem z szatanem - odparł tajemniczo, aczkolwiek bełkotliwie Jaremiasz.

- Nie dziw się mojemu stanowi i nie osądzaj mnie źle przez pozory po raz wtóry, albowiem walka ze złem wymaga poświęceń - dodał po chwili. Następnie ledwo mogąc ustać na nogach, zataczając się jakby tropił węża, udał się do swojego pokoju, po czym zaryglował drzwi i poszedł spać.

- Zaiste święty człowiek - pomyślał Tomasz. - Tak to przed niczym się nie cofnie, żeby świat naprawić. On dobrym mężem dla mojej córki będzie!

Jeremiasz odsypiał swoje pijaństwo przez dwa dni. W tym czasie głupiutki Tomasz usiłował przekonać córkę do zamążpójścia, a kiedy ta pomimo licznych próśb, błagań, nalegań i obietnic nie chciała się zgodzić, zagroził, że jeżeli nie wyjdzie za Jeremiasza to zostanie z domu wypędzona i wydziedziczona. Ta "argumentacja" przekonała biedną dziewczynę, która w strachu przed śmiercią głodową na pustyni zgodziła się wyjść za człowieka, którego nie kochała i do którego czuła odrazę. Przespawszy dwa dni, Jeremiasz po przebudzeniu zrobił to, co czynił niezwykle rzadko: kazał sobie nagotować gorącej wody do balii, po czym starannie się wykąpał, ogolił i uczesał. Tak odmieniony poszedł ponownie prosić Lilię o rękę. Widząc go w formie tak odmienionej i mając na uwadze groźby ojca, dziewczyna przystała na jego propozycje. Po tygodniu odbył się ślub, a kiedy goście weselni odjechali, Jeremiasz zażądał od Tomasza połowy domu, bo jak stwierdził, nie może przecież mieszkać z jego córką w jednym pokoju. Na tę propozycję Tomasz przystał i przepisał mu połowę swego domostwa. Wkrótce miało się jednak okazać, iż Jeremiasz nie miał wcale zamiaru zajmować się młodą małżonką. Potrzebna mu ona była tylko po to, żeby wyciągnąć od ojca kolejne części majątku. Po nieruchomościach przyszedł czas na złote monety, kosztowne ozdoby i perskie dywany. Wszystko potrzebne było Jeremiaszowi rzekomo po to, aby zapewnić odpowiedni standard życia młodej małżonce. Tomasz nie szczędził więc grosza ani dóbr wszelakich, ufał, że dzięki temu jego córka prowadzić będzie szczęśliwe życie z mężem zesłanym przez niebiosa.

Jeremiasz często wyjeżdżał do miasta, biorąc ze sobą mieszek ze złotem. Jednak zawsze wracał z pustymi rękami, a kiedy żona pytała, co zrobił z pieniędzmi, mówił, że albo napadli go pustynni zbóje, albo, że po prostu pieniądze zgubił. Wydawało się to jej dziwne, ale nie śmiała na ten temat dyskutować z mężem. W rzeczywistości Jeremiasz jeździł na jarmark, gdzie organizowano walki kogutów albo wyścigi wielbłądów. Obstawiał pieniądze w grach hazardowych, ponieważ chciał zarobić jeszcze więcej, ale bardzo rzadko udawało mu się wytypować zwycięzcę i wygrać. A nawet jeżeli los się doń uśmiechnął, to wiedziony nieograniczona chciwością, obstawiał ponownie i za kolejnym razem przegrywał. Po roku tych wyjazdów okazało się, że kufer z pieniędzmi i kosztownościami jest pusty. Jeremiasz wpadł na chytry pomysł. Napisał list do Tomasza, który zostawił u niego w pokoju na stole w czasie gdy Tomasz wyjechał. W liście zapisał tylko jedno zdanie: "Przybądź do mnie natychmiast", które podpisał słowem: "Wyrocznia". Po powrocie z miasta, zobaczywszy list, Tomasz udał się do wyroczni, jednak tym razem wziął ze sobą jedynie pieniądze, gdyż plony w ostatnim czasie były słabe i w domu nie było zbyt wiele jedzenia. Kiedy chciał rozpalić ognisko usłyszał głos:

- Tomaszu! Tomaszu! - to ukryty w studni Jeremiasz znów udawał ducha wyroczni.

- Czemu do mnie nie przychodziłeś przez tak długi czas? Zawiodłam się na tobie, ale nie martw się, pomimo twej wyjątkowej niewdzięczności, okażę ci łaskę! Mam dla ciebie pomyślną wieść. Nie martw się niczym, bo oto zostaniesz bardzo bogatym człowiekiem, musisz tylko przekazać cały swój majątek, wszystkie pieniądze i dobra, które posiadasz - Jeremiaszowi. On wkrótce ujawni ukryte talenty, dzięki którym dobro twoje pomnoży dziesięciokrotnie! Zrób to niezwłocznie!

Uradowany Tomasz wrócił do domu i zrobił jak mu wyrocznia nakazała. Nazajutrz rankiem przekazał Jeremiaszowi drugi i jednocześnie ostatni kufer z pieniędzmi, zawezwał sędziego i spisał akt darowania Jeremiaszowi całego domu wraz z inwentarzem. Formalności trwały aż do wieczora. Kiedy zaszło słońce zmęczony Tomasz położył się na swoim łożu, a Lilia usnęła obok Jeremiasza, w ich małżeńskim pokoju.

Tomasz obudził się nagle nad ranem z powodu dotkliwego chłodu i bólu pleców. Przetarł oczy i zdawało mu się, ze widzi gwiazdy. Przetarł oczy raz jeszcze i faktycznie okazało się, że widzi gwiazdy, a leży na cienkim kocu, na zimnej ziemi. Zaczął się rozglądać i zobaczył, iż kawałek dalej, skulona, obok niego siedzi jego córka Lilia. Z oczu kobiety spływały łzy:

- Jeremiasz nas wyrzucił - powiedziała. - Kiedy spałeś przyszedł z sługami i powiedział do mnie, że teraz to jest tylko jego dom, a my nie mamy w nim już co szukać.

- Coo!!! - Tomasz nie mógł ukryć zdumienia i złości. Porwał córkę za rękę i popędził z nią w kierunku domu, który widać było na horyzoncie. Kiedy dotarli na miejsce, służba nie dała im porozmawiać z Jeremiaszem. Poszczuci psami ledwo uszli z życiem. Zziębnięci, poobijani i pogryzieni, nie wiedzieli, co z sobą począć. Tomasz postanowił udać się do wyroczni z prośbą o wyjaśnienia. Kiedy weszli na górę, akurat wstawało słońce.

Tomasz zapalił ognisko, rozrzucił popiół i zawołał:

- O wyrocznio! Gdzie obiecane moje bogactwo! Gdzie szczęście mojej córki! Czemu nie dotrzymałaś obietnicy! - Jednak w odpowiedzi nic nie usłyszał. Stał więc tak i krzyczał przez godzinę, aż całkiem zachrypł i zmęczony, osunął się na kamienną posadzkę. Córka ze smutkiem przyglądała się ojcu.

W tym momencie poczuli czyjąś obecność, a po chwili usłyszeli męski, ale delikatny, jakby ojcowski głos:

- Nie ma wyroczni i nigdy nie było.

Przed nimi stał postawny mężczyzna o pięknych błękitnych jak niebo oczach, długiej brodzie i siwych prostych włosach. Emanował niesamowitym spokojem, a jednocześnie siłą i jakąś niewytłumaczalną mocą.

- Kim jesteś? - zapytał Tomasz, patrząc w kierunku przybysza.

- Mam na imię Piotr - odpowiedział mężczyzna. - Nie bójcie się, chodźcie razem ze mną, pomogę wam! Spojrzeli na siebie i poszli za nim posłusznie, a on zaprowadził ich do swojego domu. Okazało się, że jest bogatym człowiekiem, który żyje z pasterstwa. Piotr dał im pokój, w którym zamieszkali, a potem na swój koszt wybudował dla nich w pobliżu swojego domu, drugi, niewiele mniejszy budynek i przekazał im na własność.

Piotr miał syna Gracjana i tak się zdarzyło, że Lilia i Gracjan zakochali się w sobie, wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie. W ten oto sposób marzenia Tomasza o dobrym i szczęśliwym życiu dla córki w końcu się spełniły, bez udziału wyroczni i czarów, ale dzięki szczerej życzliwości dobrego człowieka...

O księciu dobrym, złym i sprawiedliwym

Niewiele więcej jak siedemset lat temu wstecz, była sobie kraina zwana Królestwem Trzech Jezior. Obok każdego z jezior stało miasto ogrodzone murem obronnym ponad którym górował zamek. Wokół jezior ciągnęły się niezliczone połacie zielonych borów, pełne dzikiej zwierzyny. Krainą tą rządzili trzej bracia. Książę Adgar, Ksegar i Rygar - pomimo więzów krwi, znacznie się od siebie różnili, zarówno charakterem, jak i wyglądem.

Najstarszy z braci - Ksegar - był najniższego wzrostu, chociaż w zamku zamieszkiwał największym, zbudowanym nad najbardziej okazałym jeziorem i najobszerniejszą krainą rządził. Ksegar miał gęste, czarne włosy i krzaczaste brwi. Zawsze chodził rozczochrany, a krótkie nóżki, długie ramiona i wielkie dłonie, upodabniały go z wyglądu do małego złośliwego trolla. I tak też był w istocie: złośliwy i nieznośny. Ale nie są to przecież wady najgorsze z możliwych. Niestety, trzeba przyznać, że cech pozytywnych to on raczej nie miał, bądź też były one niezauważalne dla większości ludzi. Ksygar był po prostu strasznie złym człowiekiem i nie liczył się z poddanymi. Zdarzało się wielokrotnie, iż z błahych powodów wtrącał ludzi do lochów, skazywał na zesłanie, bądź zabierał im dorobek całego życia.

Najmłodszy z braci - Rygar - był w zasadzie Ksygara zupełnym przeciwieństwem. Z trojga braci był najwyższy, najprzystojniejszy, ale w zamku mieszkał - o ironio losu - najmniejszym, nad najmniejszym z jezior położonym, a kraina, którą rządził, najmniejszą powierzchnię miała. Rygar miał jasne włosy, zawsze pięknie zaczesane do tyłu. Gdziekolwiek się nie pojawił wzbudzał podziw, zwłaszcza zaś wśród kobiet powodzenie miał ogromne. Równie piękny jak wygląd był też charakter Rygara. Książę ten miał bowiem wyjątkowo dobre serce i często przewinienia, nawet znaczne, swoim poddanym darował. Zawsze starał się wysłuchać racji poddanych i często przychylał się do błagalnych próśb o łaskę, nawet wbrew opiniom swoich doradców. Starał się unikać wtrącania ludzi do lochów i kar cielesnych, rzadko też zabierał przestępcom cały majątek. Jedynie największych łotrów, sprawców zabójstw, skazywał na wieloletnie więzienie. Taki był właśnie Rygar, esencja dobroci. Nie potrafił jak inni władcy skazywać na męki i cierpienia, nawet kiedy żądny zemsty lud domagał się straszliwej kary, gdyż było to sprzeczne z jego naturą.

Trzeci z braci - Adgar - był średniego wieku i wzrostu. Starszy od Rygara, jednak młodszy niż Ksygar, miał we władaniu również krainę średniej wielkości. Adgar starał się w swoim postępowaniu być przede wszystkim sprawiedliwy. Jeśli ktoś zawinił, nie zawahał się mu kary surowej wymierzyć, jednak bez zbytniego okrucieństwa czy tortury. Chociaż, trzeba to szczerze powiedzieć: największych bandziorów bez mrugnięcia oka w łapy kata wydawał i męczyć ich nakazywał, proporcjonalnie do zbrodni popełnionych.

Pewnego słonecznego lata na dworach trzech braci, prawie jednocześnie wybuchł wielki skandal. Wyszło na jaw, że Ministrowie Finansów oszukiwali władców. Choć Ksygar, Rygar i Adgar mieli różnych Ministrów, okazało się, że urzędnicy ci serca mieli równie nikczemne. Ministrowie uzgodnili między sobą wcześniej plan okradania książąt i na bieżąco informowali się o efektach swojego złodziejskiego procederu, a nawet zawody robili, kto w danym miesiącu więcej złupił. Każdy z Ministrów skradł z skarbca swojego księcia znaczną sumę pieniędzy i niewątpliwie kara się im za te czyny surowa należała, bowiem okradając księcia, okradł także jego poddanych.