Wczoraj, dzisiaj, jutro - Rachel Lynn Solomon

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: Today Tonight Tomorrow

TODAY TONIGHT TOMORROW ? 2020 by Rachel Lynn Solomon

All rights reserved

 

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2025

Copyright ? for the Polish translation by Marta Wielgosz, 2025

 

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Anna Fiałkowska, Gabriela Wójtowicz

 

Redakcja: Agnieszka Zygmunt-Bisek

Korekta: Małgorzata Tarnowska, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl 

Projekt oryginalnej okładki: Laura Eckes

Ilustracja na okładce: ? 2020 Laura Breiling

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-68479-40-9

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

marketing@weneedya.pl

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

5:54

 

 

 

 

McKoszmar

 

Dzień dobry!

 

Tak tylko przyjaźnie przypominam, że za mniej niż trzy (3) godziny będziesz cierpieć z powodu upokarzającej porażki z rąk przyszłego najlepszego absolwenta, który wygłosi mowę pożegnalną.

 

Weź chusteczki. Wiem, że jesteś beksą.

 

Wiadomość wyrywa mnie ze snu minutę przed moim budzikiem nastawionym na piątą pięćdziesiąt pięć - trzy krótkie wibracje, które dają mi znać, że moja najmniej ulubiona osoba już się obudziła. Neil McNair - zapisany w moim telefonie jako "McKoszmar" - jest irytująco punktualny. To jedna z jego niewielu zalet.

Dręczymy się przez wiadomości od drugiej klasy, po serii porannych gróźb, przez które spóźniliśmy się na godzinę wychowawczą. W którymś momencie zeszłego roku postanowiłam, że to ja będę tą dojrzałą. Przysięgłam sobie, że mój pokój będzie strefą wolną od McNaira. Wyciszałam telefon przed pójściem spać, ale pod poduszką moje palce drgały z powodu reakcji bojowych. Nie mogłam spać, bo myślałam, że może do mnie napisać. Po to, żeby mnie dręczyć. I na to czeka.

Neil McNair stał się moim budzikiem - jeśli budziki miały piegi i wiedziały o wszystkich twoich niepewnościach.

Odrzucam kołdrę, gotowa na bitwę.

 

och, nie zdawałam sobie sprawy, że płacz wciąż jest postrzegany jako oznaka słabości

 

ale żeby być precyzyjną, chciałabym zaznaczyć, że tylko raz widziałeś, jak płakałam, i nie jestem pewna, czy to koniecznie czyni mnie "beksą"

 

Płakałaś nad książką!

 

Byłaś niepocieszona.

 

to się nazywa emocje

 

naprawdę polecam, może byś kiedyś poczuł jedną (1) z nich

 

W jego umyśle jedyną rzeczą, którą powinno się odczuwać, gdy czyta się książkę, jest poczucie wyższości. Jest typem osoby, która wierzy, że Prawdziwa Literatura już została napisana przez nieżyjących białych mężczyzn. Gdyby mógł, wskrzesiłby Hemingwaya na ostatniego drinka, zapaliłby cygaro z Fitzgeraldem, przeanalizował naturę ludzkiego istnienia ze Steinbeckiem.

Nasza rywalizacja zaczęła się w pierwszej klasie, gdy (niewielkie) jury ogłosiło, że jego esej wygrał w szkolnym konkursie na wypracowanie o książce, która miała na nas największy wpływ. Ja zajęłam drugie miejsce. McNair w całej swej oryginalności wybrał "Wielkiego Gatsby'ego". Ja wybrałam "Portret w bieli", moją ulubioną powieść Nory Roberts. Szydził z tego wyboru, nawet po tym gdy wygrał. Insynuował, że nie powinnam była zająć drugiego miejsca za wybór romansidła. To była najwyraźniej naprawdę uzasadniona postawa osoby, która prawdopodobnie nigdy żadnego nie przeczytała.

Od tamtej pory nim gardzę, ale nie mogę zaprzeczyć, że jest godnym antagonistą. Ten konkurs na esej sprawił, że poczułam się zdeterminowana, żeby pokonać go przy następnej nadarzającej się okazji, nieważne, co to mogłoby być - i tak zrobiłam. Zwyciężyłam w wyborach na gospodarza klasy w pierwszej klasie. On się zrewanżował i niewielką przewagą pokonał mnie w debacie na historii. Dlatego zebrałam więcej puszek niż on dla klubu ekologicznego, co tylko bardziej scementowało nas jako przeciwników. Porównywaliśmy wyniki sprawdzianów i średnią ocen, a także rywalizowaliśmy we wszystkim - od projektów szkolnych po zawody w podciąganiu się na drążku na WF-ie. Wygląda na to, że nie potrafimy przestać prześcigać się nawzajem... aż do teraz.

Po zakończeniu roku, które odbędzie się w ten weekend, nigdy więcej nie będę musiała go widzieć. Już nie będzie więcej porannych wiadomości, koniec z bezsennymi nocami.

Już prawie jestem wolna.

Odkładam telefon z powrotem na stolik nocny obok mojego pamiętnika. Jest otwarty na zdaniu, które nabazgrałam w środku nocy. Włączam lampkę, żeby lepiej się mu przyjrzeć i zobaczyć, czy mój nonsens napisany o drugiej nad ranem ma sens w świetle dnia - ale pokój pozostaje spowity ciemnościami.

Marszczę brwi. Bawię się pstryczkiem jeszcze kilka razy, po czym wstaję z łóżka i próbuję włączyć lampę przy suficie. Nic. Całą noc padało - czerwcowa burza miotała gałązki i igły sosnowe o nasz dom, a wiatr musiał zerwać linię energetyczną.

Znowu chwytam telefon. Dwanaście procent baterii.

(I brak odpowiedzi od McNaira).

- Mamo? - wołam, wybiegając z pokoju, a potem kieruję się w dół schodami. Niepokój, który odczuwam, sprawia, że mój głos brzmi oktawę wyżej niż zazwyczaj. - Tato?

Moja mama wystawia głowę ze swojego gabinetu. Okulary w pomarańczowych oprawkach są przekrzywione na jej nosie, a długie ciemne loki - które po niej odziedziczyłam - bardziej nieokiełzane niż zazwyczaj. Nigdy nie potrafiłyśmy ich ujarzmić. Moi dwaj najwięksi wrogowie w życiu: Neil McNair i własne włosy.

- Rowan? - mówi mama. - Czemu już wstałaś?

- Jest... rano?

Poprawia okulary i zerka w dół na swój zegarek.

- Chyba się tutaj trochę zasiedzieliśmy.

W gabinecie bez okien jest ciemno, mrok rozświetla tylko kilka świeczek na środku ogromnego biurka. Ich światło pada na stosy stron usianych poprawkami.

- Pracujecie przy świeczkach? - pytam.

- Musieliśmy. Na całej ulicy wysiadł prąd, a gonią nas terminy.

Moi rodzice, Jared Roth i Ilana García Roth, duet ilustratora i autorki tekstów,, napisali wspólnie ponad trzydzieści książek, od książek obrazkowych o nieprawdopodobnej przyjaźni zwierząt po serię powieści dla dzieci o nastoletniej paleontolożce Riley Rodriguez. Moja mama urodziła się w Meksyku - jej mama była Rosjanką żydowskiego pochodzenia, a tata Meksykaninem. Gdy miała trzynaście lat, jej mama ponownie wyszła za mąż za Teksańczyka i przeprowadzili się na północ. Dopóki nie poszła na studia i nie spotkała mojego taty, który jest Żydem, spędzała lato w Meksyku z rodziną swojego ojca. Gdy z moim tatą zaczęli pisać (słowa: mama, ilustracje: tata), chcieli zgłębiać to, jak dziecko może odnaleźć się w obu kulturach.

Mój tata pojawia się za nią, ziewając. Książka, nad którą pracują, jest spin-offem o młodszej siostrze Riley, początkującej cukierniczce. Pastelowe ciastka, placki i francuskie makaroniki wyskakują ze stron.

- Hej, Ro-Ro - mówi, a to jego standardowe przezwisko dla mnie. Gdy byłam dzieckiem, śpiewał mi: "Ro-ro, Rowan, prowadź swój rowerek". Byłam zdruzgotana, gdy dowiedziałam się, że to nie były prawdziwe słowa tej piosenki. - Szczęśliwego ostatniego dnia szkoły.

- Nie mogę uwierzyć, że już nadszedł. - Wpatruję się w dywan, nagle targana nerwami. Już wyczyściłam swoją szafkę i podeszłam do końcowych egzaminów bez załamania nerwowego. Mam dzisiaj za dużo do zrobienia - jako współprzewodnicząca samorządu szkolnego prowadzę pożegnanie roku ostatniej klasy - więc nie mogę się teraz denerwować.

- Och! - wykrzykuje moja mama, jakby dopiero się obudziła. - Musimy zrobić zdjęcie z jednorożcem!

Wydaję z siebie jęk. Miałam nadzieję, że zapomnieli.

- Czy możemy przełożyć to na później? Nie chcę się spóźnić.

- Dziesięć sekund. I czy dzisiaj nie podpisujecie kronik szkolnych oraz nie gracie w gry? - Moja mama chwyta mnie za ramiona i delikatnie potrząsa w jedną i w drugą. - Już prawie skończyłaś. Nie stresuj się za bardzo.

Zawsze powtarza, że za bardzo się spinam w ramionach. Zanim dobiję trzydziestki, moje barki prawdopodobnie będą sięgać uszu.

Mama przetrząsa szafę w przedpokoju i wraca z plecaczkiem w kształcie jednorożca, który miałam ze sobą pierwszego dnia w przedszkolu. Na tym pierwszym zdjęciu pierwszego dnia byłam całkowicie rozpromieniona i optymistyczna. Gdy zrobili fotkę ostatniego dnia przedszkola, wyglądałam, jakbym chciała podpalić ten plecak. Tak bardzo ich to rozbawiło, że od tamtej pory robili zdjęcia pierwszego i ostatniego dnia szkoły. Było to inspiracją dla ich bestsellerowej ilustrowanej książki "Jednorożec idzie do szkoły". Czasami dziwnie jest pomyśleć, jak wiele dzieci dorastało, znając mnie, a tak naprawdę mnie nie poznało.

Pomimo mojej niechęci ten plecaczek zawsze wywołuje u mnie uśmiech na twarzy. Biedny róg jednorożca ledwo się trzyma, a zwierzątku brakuje jednego kopytka. Rozciągam szelki najdalej jak się da i pozuję w udręczony sposób przed moimi rodzicami.

- Idealnie - mówi mama ze śmiechem. - Naprawdę wyglądasz, jakbyś była w agonii.

Ta chwila z rodzicami sprawia, że zaczynam się zastanawiać, czy ten dzień będzie dniem "ostatnich". Ostatni dzień szkoły, ostatnia poranna wiadomość od McNaira, ostatnie zdjęcie z tym starutkim plecakiem.

Nie jestem pewna, czy jestem już gotowa, żeby się z tym wszystkim pożegnać.

Tata stuka w zegarek.

- Powinniśmy wracać do pracy. - Rzuca mi latarkę. - Żebyś nie musiała brać prysznica po ciemku.

Ostatni prysznic w liceum.

Może to jest definicja nostalgii: roztkliwianie się nad rzeczami, które nie powinny mieć tak wielkiego znaczenia.

 

Po prysznicu walczę z włosami, związując je w wilgotny koczek. Nie ufam, że wyschną same i same ułożą się korzystnie. Za pierwszym razem udaje mi się namalować nieskazitelną kreskę kociego oka płynnym eyelinerem, ale muszę pogodzić się z nie najlepszą kreską na lewej powiece. To tyle, jeśli chodzi o umiejętność robienia symetrycznego makijażu.

"Ostatnie kocie oko w liceum", myślę, a potem muszę się powstrzymać, bo jeśli rozkleję się z powodu eyelinera, to z pewnością nie uda mi się przetrwać tego dnia.

McNair oraz jego interpunkcja i wielkie litery znowu pojawiają się jak najgorsza na świecie wersja gry "uderz kreta".

Czy nie mieszkasz w tej dzielnicy bez prądu?

Nie chciałbym zaznaczyć Ci spóźnienia... albo żebyś straciła nagrodę za idealną frekwencję.

Czy kiedykolwiek istniał (współ)przewodniczący samorządu szkolnego, który nie wygrał żadnej nagrody?

Strój, który wybrałam kilka dni temu, czeka na mnie w szafie: moja ulubiona niebieska sukienka bez rękawów z zaokrąglonym kołnierzykiem. To ta, którą znalazłam w dziale vintage w Red Light. Gdy ją przymierzyłam i włożyłam ręce w kieszenie, wiedziałam, że musi być moja. Moja przyjaciółka Kirby kiedyś opisała mój styl jako połączenie hipsterskiej bibliotekarki i gospodyni domowej z lat pięćdziesiątych. Według magazynów dla kobiet mam sylwetkę gruszki - jestem całkiem spora na górze, ale w biodrach jeszcze większa. Z ubraniami vintage nie muszę się tak zmagać, jak z tymi współczesnymi. Dopełniam strój podkolanówkami, balerinkami i kremowym kardiganem.

Właśnie wkładam proste, złote okrągłe kolczyki do jednej z dziurek w uszach, gdy mój wzrok przyciąga koperta. Oczywiście - położyłam ją tu na początku tego tygodnia i od tego czasu gapię się na nią codziennie, czując w moim żołądku połączenie przerażenia i podekscytowania. Przez większość czasu przerażenie wygrywało.

Napisane moim pismem, gdy miałam czternaście lat - jest ono trochę większe i bardziej zaokrąglone niż teraz - są słowa OTWÓRZ OSTATNIEGO DNIA LICEUM. To pewnego rodzaju kapsuła czasu, w tym sensie, że zapieczętowałam ją cztery lata temu i od tego czasu pomyślałam o niej tylko przelotnie. Jestem tylko w połowie pewna tego, co znajduje się w środku.

Nie mam czasu, żeby teraz to czytać, więc wrzucam ją do mojego granatowego plecaka JanSport, razem z kroniką szkolną i pamiętnikiem.

 

jak to jest, że po czterech latach jeszcze nie skończyły ci się sposoby, żeby się ze mnie nabijać?

 

Cóż mogę powiedzieć, jesteś niewyczerpanym źródłem inspiracji.

 

a ty jesteś niewyczerpanym źródłem migren

 

- Wychodzę, kocham was, powodzenia! - wołam do rodziców, po czym zamykam drzwi. Zdaję sobie sprawę z ukłuciem w sercu, że nie będę mogła tego zrobić w przyszłym roku.

 

NIE ZAPOMNIJ o lekach przeciwbólowych i o chusteczkach.

 

Mój samochód jest zaparkowany za rogiem, bo większość garaży w Seattle ledwie może pomieścić dekoracje na Halloween. Gdy jestem w środku, podłączam telefon do ładowarki, wyciągam wsuwkę do włosów z uchwytu na kubek i wbijam ją w moją burzę włosów. Wyobrażam sobie, że zamiast tego wbijam ją w miejsce między brwiami McKoszmara.

Jestem tak blisko bycia najlepszą uczennicą. Jeszcze trzy godziny, jak pomocnie przypomniała mi jego pierwsza wiadomość. W trakcie zakończenia roku dyrektorka liceum West­view wywoła jedno z naszych nazwisk, a w mojej fantazji idealnego ostatniego dnia będzie to moje nazwisko. Od kilku lat marzyłam tylko o tym: o rywalizacji, która zakończy wszelkie rywalizacje. Będzie to wisienka na torcie mojego licealnego doświadczenia.

Na początku McNair będzie tak zdruzgotany, że nie będzie mógł na mnie spojrzeć. Jego ramiona się przygarbią i będzie wpatrywał się w swój krawat, bo zawsze ubiera się elegancko w dni, gdy jest apel. Będzie czuł się taki zawstydzony, ten przegryw w garniturze. Pod jego piegami blada cera tak się zaczerwieni, że będzie pasować do jego płomiennych rudych włosów. Ma więcej piegów niż miejsca na twarzy. Będzie przechodził przez pięć etapów żałoby, zanim pogodzi się z faktem, że po tych wszystkich latach w końcu jestem od niego lepsza. I z tym, że wygrałam.

Potem spojrzy na mnie z wyrazem olbrzymiego szacunku. Pochyli głowę w uznaniu.

- Zasłużyłaś na to - powie. - Gratulacje, Rowan.

I będzie mówił poważnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

6:37

 

 

 

 

McKoszmar

 

Tik-tak.

 

Szare niebo zagrzmiało groźbą deszczu, a cedry zadrżały pod wpływem wiatru. Kawa była moim priorytetem, a Two Birds One Scone jest po drodze do szkoły. Pracuję tam, odkąd skończyłam szesnaście lat, gdy moi rodzice wyrazili się jasno, że z pewnością nie stać nas, żeby opłacić czesne na uczelni poza stanem. Spędziłam całe życie w Seattle i zawsze chciałam wyjechać stąd na studia, jeśli będę miała taką możliwość. Stypendia pokryją większość kosztów mojego pierwszego semestru na małej uczelni sztuk wyzwolonych w Bostonie, która nazywa się Emerson. Moje pieniądze z Two Birds pokryją wszystko inne.

Kawiarnia jest udekorowana tak, że przypomina ptaszarnię - plastikowe kruki i jastrzębie obserwują cię z każdej strony. Znana jest nie ze scones, ale z cynamonek, które rozmiarem bliskie są małemu dziecku, pokryte grubą warstwą lukru z kremowego serka i podawane na ciepło.

Mercedes macha do mnie zza lady. Świeżo upieczona absolwentka Uniwersytetu Seattle, pracująca rano, żeby nocami móc grać w swoim coverowym zespole, żeńskiej wersji Van Halen - Anne Halen.

- Hej, hej - mówi swoim zbyt radosnym jak na siódmą rano głosem, już sięgając po biodegradowalny kubek. - Orzechowe latte z dodatkową bitą śmietaną?

- Jesteś wspaniała. Dziękuję. - Two Birds jest małą kawiarnią. Pracuje tam osiem osób, po dwie na jednej zmianie. Najbardziej lubię Mercedes głównie dlatego, że puszcza lepszą muzykę niż inni.

Mój telefon brzęczy, gdy czekam, a Mercedes nuci do Greatest Hits Heart. Jestem pewna, że to McNair - jednak jest to coś o wiele bardziej ekscytującego.

Spotkanie i podpisywanie książek przez Delilah Park było zapisane w moim kalendarzu od miesięcy, ale wśród zamieszania z moim ostatnim dniem szkoły w jakiś sposób zapomniałam, że dzisiaj spotkam swoją ulubioną autorkę. W tym tygodniu nawet włożyłam do torby kilka egzemplarzy jej książek w miękkich okładkach. Delilah Park pisze romanse, których postaciami są feministyczne bohaterki i nieśmiali, słodcy bohaterowie. Pochłonęłam "Te ostrożne serca", "Przelej to na mnie" i "Słodkie jak Cukrowe Jezioro" - za tę powieść w wieku dwudziestu lat wygrała najważniejszą w kraju nagrodę za romans.

Delilah Park jest osobą, dzięki której myślę, że moje bazgroły w dzienniku mogą pewnego dnia być czymś dobrym. Jednak pójście na spotkanie, gdzie podpisywanymi książkami są romanse, oznacza przyznanie się, że jestem osobą, która kocha takie powieści. Przestałam się do tego przyznawać po tym pamiętnym konkursie na esej w pierwszej klasie liceum.

A może także przyznawać się do tego, że jestem kimś, kto pisze romanse.

Oto mój dylemat: moja pasja jest w najlepszym wypadku czyimś guilty pleasure. Większość świata na każdym kroku umniejsza romansy, a to one, w przeciwieństwie do innych mediów, stawiają w centrum kobiety. Takie powieści są żartem, a zarazem przemysłem, który przynosi milionowe zyski. Nawet moi rodzice nie potrafią ich szanować. Moja mama więcej niż raz nazwała je "szmirami", a mój tata w zeszłym roku próbował zanieść pudełko powieści na zbiórkę charytatywną, tylko dlatego że przestały mi się mieścić na półkach. Pomyślał, że nie będzie mi ich brakować. Na szczęście złapałam go, gdy wychodził.

Ostatnio muszę ukrywać większość tego, co czytam. Zaczęłam pisać swoją powieść w tajemnicy. Zakładałam, że w pewnym momencie powiem rodzicom. Do końca zostało mi jednak kilka rozdziałów, a oni wciąż nie wiedzą.

- Najlepsze orzechowe latte w całym Seattle - mówi Mercedes, wręczając mi kawę. Światło odbija się od sześciu kolczyków na jej twarzy, żaden z nich by mi nie pasował. - Pracujesz dzisiaj?

Kręcę głową.

- Ostatni dzień szkoły.

Unosi dłoń i przykłada ją do serca w udawanej nostalgii.

- Ach, szkoła. Wspominam ją czule. Albo przynajmniej pamiętam, jak wyglądały trybuny, gdy siedziałam za nimi, przemycając z przyjaciółmi skręty.

Mercedes nie policzy mi za kawę, ale i tak wrzucam dolara do słoika na napiwki. Zanim wychodzę, mijam kuchnię, rzucając szybkie "cześć" i "do widzenia" Colleen, właścicielce i głównej piekarce.

Sygnalizacja świetlna nie działa na całej ulicy Czterdziestej Piątej, co sprawia, że każde skrzyżowanie jest skrzyżowaniem z czterema wjazdami. Szkoła zaczyna się o siódmej pięć. Będę tam na styk, a to fakt, który ucieszy McNaira, wnioskując po tym, jak często jego wiadomości sprawiają, że mój telefon się rozświetla. Gdy czekam na światłach, wysyłam wiadomości głosowe do Kirby i Mary, żeby dać im znać, że utknęłam w korku. Śpiewam do mojej listy piosenek na deszczowy dzień: to są The Smiths, zawsze The Smiths. Moja ciotka ma obsesję na punkcie Nowej Fali i non stop słucha tego zespołu, gdy spędzamy Chanukę i Paschę w jej domu w Portland. Nic nie pasuje bardziej do deszczowej pogody niż teksty Morrisseya.

Zastanawiam się, jak będzie mi się ich słuchać w Bostonie, gdy ich rytm będzie brzmiał w moich uszach, jak będę spacerować po kampusie przyprószonym śniegiem w grubym wełnianym płaszczu, a moje włosy będą schowane pod dzianinową czapkę.

Czerwony SUV przede mną porusza się powoli do przodu. Ja też poruszam się powoli do przodu. W moim umyśle rozgrywa się dzisiejszy wieczór. Wchodzę pewnym krokiem do księgarni, z uniesioną głową, nie mam w planach żadnego garbienia się, za co zawsze beszta mnie mama. Gdy zbliżę się do stolika, przy którym Delilah rozdaje autografy, wymienimy się komplementami na temat naszych sukienek, a ja opowiem o tym, jak jej książki zmieniły moje życie. Zanim nasza rozmowa dobiegnie końca, pisarka przekona się, że drzemie we mnie tak wielki talent, że zapyta, czy może zostać moją mentorką.

Nie zdaję sobie sprawy, że samochód przede mną nagle zahamował, dopóki nie wjeżdżam w niego, a gorąca kawa rozlewa się po przodzie mojej sukienki.

- Och, cholera. - Biorę kilka głębokich oddechów po otrząśnięciu się z szoku, że szarpnęło mnie do tyłu. Staram się zrozumieć, co się właśnie stało, gdy mój mózg utknął na ekskluzywnym przyjęciu tylko dla autorów, na które zaprosiła mnie Delilah. Ostry dźwięk tarcia metalu o metal rozbrzmiewa w moich uszach, a samochody za mną trąbią. "Jestem dobrym kierowcą!", chcę im powiedzieć. Nigdy nie miałam wypadku i nigdy nie przekroczyłam dozwolonej prędkości. Może nie umiem parkować równolegle, ale i tak obecna sytuacja zaprzecza temu, że jestem przecież dobrym kierowcą.

- Cholera, cholera, cholera.

Trąbienie nie ustaje. Kierowca SUV-a wystawia rękę przez okno i daje mi znać, żebym zjechała za nim w boczną uliczkę, więc tak robię.

Moje płuca są ściśnięte, gdy wydostaję się z zapiętych pasów, kawa skapuje mi po klatce piersiowej i zbiera się na kolanach. Kierowca zmierza w kierunku tyłu swojego samochodu, a mój żołądek jeszcze bardziej zaciska się z przerażenia.

Wjechałam w tył samochodu chłopaka, który rzucił mnie tydzień przed balem.

- Tak mi przykro - mówię, gdy wychodzę niepewnie z samochodu, a potem dodaję, bo nie rozpoznaję pojazdu: - Hm. Czy kupiłeś nowy samochód?

Spencer Sugiyama rzuca mi gniewne spojrzenie.

- W zeszłym tygodniu.

Przyglądam się, jak Spencer obserwuje szkody. Półdługie czarne włosy chłopaka zasłaniają połowę jego twarzy, gdy klęczy przy swoim ledwo draśniętym samochodzie. Za to mój ma zmasakrowany przedni zderzak i wygiętą tablicę rejestracyjną. To używana honda accord, szara i zupełnie zwyczajna, a w środku dziwnie pachnie. Nigdy nie mogłam się pozbyć tego zapachu. Jednak to mój samochód, zapłaciłam za niego w całości z moich wypłat z Two Birds One Scone zeszłego lata.

- Co, do cholery, Rowan? - Spencer, drugi klarnecista, który wcześniej tego roku był moim partnerem przy projekcie z historii. Kiedyś patrzył na mnie, jakbym znała wszystkie odpowiedzi. Jakby mnie podziwiał. Teraz jego ciemne oczy wydają się wypełnione mieszanką frustracji i może ulgi, że już nie jesteśmy razem. Czuję dziwny przypływ przyjemności z tego, że nigdy nie był pierwszym klarnecistą. (I och, tak, próbował nim być).

- Myślisz, że zrobiłam to specjalnie? - Nie trzeba dodawać, że zerwanie nie było serdeczne. - Zatrzymałeś się naprawdę gwałtownie!

- To skrzyżowanie! Dlaczego jechałaś tak szybko?

Oczywiście nie wspominam o Delilah. Możliwe, że wypadek był w większości z mojej winy.

Spencer nie był moim pierwszym partnerem, ale z nim byłam najdłużej. Miałam kilku chłopaków na jeden tydzień w pierwszej i drugiej klasie. To były takie związki, które kończą się przez wiadomość, bo za bardzo wstydzicie się nawiązać kontakt wzrokowy w szkole. Pod koniec trzeciego roku chodziłam z Lukiem Barrowsem, który grał w tenisa, potrafił rozśmieszyć każdego i trochę za bardzo lubił imprezować. Myślałam, że go kocham, ale chyba tak naprawdę kochałam to, jak się przy nim czułam: fajna, dzika i piękna. Byłam dziewczyną, która lubiła pisać pięcioakapitowe eseje, a także zabawiać się na tylnym siedzeniu samochodu. Zanim jesienią zaczęła się szkoła, zerwaliśmy. Chciał się skupić na tenisie, a ja cieszyłam się, że mam więcej czasu na skupienie się na moich podaniach na uczelnie. Wciąż mówimy sobie cześć, gdy widzimy się na korytarzu.

Za to Spencer - on był skomplikowany. Chciałam, żeby był moim idealnym licealnym chłopakiem. Facetem, którego będę kiedyś wspominać z moimi przyjaciółmi nad drinkami o skandalicznych nazwach. Marzyłam o takim chłopaku przez całe gimnazjum, zakładając, że gdy będę w liceum, on będzie siedział za mną na angielskim, stukał mnie w ramię i nieśmiało pytał, czy może pożyczyć długopis.

Jednak kończył mi się czas, żeby znaleźć tego chłopaka, i myślałam, że jeśli Spencer i ja spędzimy wystarczająco dużo chwil razem, to w końcu dojdziemy do tego etapu. Jednak on był zamknięty w sobie, co sprawiało, że ja byłam namolna. Jeśli lubiłam siebie, gdy byłam z Lukiem, to nienawidziłam tego, kim byłam ze Spencerem. Nienawidziłam, że czułam się tak niepewna siebie. Oczywistym rozwiązaniem było zerwanie z nim, ale nie robiłam tego, mając nadzieję, że coś się zmieni.

Spencer wyciąga swoją kartę z ubezpieczeniem z portfela.

- Powinniśmy wymienić się danymi, prawda?

Jak przez mgłę pamiętam to z kursu na prawko.

- Racja. Tak.

Nie zawsze było mi z nim źle. Za pierwszym razem, gdy uprawialiśmy seks, przytulał mnie po wszystkim tak długo, że przekonał mnie, że jestem czymś cennym, wyjątkowym.

- Może wciąż możemy być przyjaciółmi - powiedział, gdy ze mną zerwał. Tchórzliwe zerwanie. Chciał się mnie pozbyć, ale nie chciał, żebym była na niego wściekła. Zrobił to w szkole zaraz przed spotkaniem samorządu szkolnego. Powiedział, że nie chce iść na studia, mając dziewczynę.

- Spencer i ja właśnie zerwaliśmy - powiedziałam McNairowi, zanim otworzyliśmy posiedzenie. - Więc jeśli mógłbyś nie być dla mnie podły przez następne czterdzieści minut, to byłabym wdzięczna.

Nie jestem pewna, czego się spodziewałam - że pogratuluje Spencerowi? Powie mi, że na to zasługuję? Jednak jego wyraz twarzy złagodniał, nigdy nie widziałam tej miny i nie potrafiłam jej nazwać.

- Okej - powiedział. - Ja... przykro mi.

Słowa przeprosin wypowiedziane jego głosem brzmiały tak obco, ale zaczęliśmy spotkanie, zanim mogłam się nad tym dłużej zastanowić.

- Naprawdę miałem nadzieję, że możemy być przyjaciółmi - powiedział Spencer po tym, jak zrobiliśmy zdjęcia naszych kart ubezpieczeniowych.

- Jesteśmy na Facebooku.

Przewraca oczami.

- Nie to miałem na myśli.

- A co to w ogóle znaczy, hm? - Opieram się o swój samo­chód, zastanawiając się, czy teraz w końcu dostanę swoje zakończenie. - Będziemy wysyłać do siebie swoje plany zajęć na uczelni? Pójdziemy razem do kina, gdy wrócimy do domu na przerwę?

Cisza.

- Prawdopodobnie nie - przyznaje.

A więc zakończeniu mówimy "nie".

- Powinniśmy jechać do szkoły - mówi Spencer, gdy trochę za długo milczę. - Już jesteśmy spóźnieni, ale pewnie nie będą się tym przejmować ostatniego dnia.

Spóźnieni. Nawet nie chcę myśleć o McWiadomościach czekających na mnie na telefonie.

Delikatnie macham moim ubezpieczeniem, po czym wkładam je z powrotem do portfela.

- Czyli twoi ludzie zadzwonią do moich. Czy coś.

Pospiesznie odjeżdża, zanim uruchamiam silnik. Moi rodzice nie muszą o tym jeszcze wiedzieć, nie, kiedy mają terminy. Nadal drżąca - nie jestem pewna, czy od uderzenia, czy rozmowy - próbuję rozluźnić ramiona. Naprawdę są za bardzo spięte.

Gdybym była bohaterką romansu, miałabym stłuczkę z uroczym facetem, który jest właścicielem baru, ale pracuje też na pół etatu na budowie. To ten typ, który dobrze posługuje się dłońmi. Większość bohaterów romansów dobrze posługuje się dłońmi.

Przekonywałam się, że jeśli przy Spencerze poczekam wystarczająco długo, to zmieni się w takiego właśnie faceta, i to, co było między nami, przemieni się w miłość. Chociaż kocham romanse, nigdy nie wierzyłam w ideę bratnich dusz, bo to zawsze wydawało się trochę jak aktywizm na rzecz praw mężczyzn: to nie była prawdziwa rzecz. Miłość nie jest natychmiastowa czy automatyczna. Wymaga wysiłku, czasu i cierpliwości.

Prawda jest taka, że prawdopodobnie nigdy nie będę miała takiego szczęścia w miłości jak kobiety mieszkające w fikcyjnych miasteczkach nad morzem. Jednak czasami nachodziło mnie to dziwne uczucie, ból wywołany nie czymś, za czym tęsknię, ale czymś, czego nigdy nie znałam.

 

Gdy zbliżam się do liceum Westview, znów zaczyna padać, bo to Seattle. Wychowawcza już się zaczęła i przyznam, że moja próżność jest silniejsza niż potrzeba bycia na czas. Już jestem spóźniona. Kilka minut więcej nic nie zmieni.

Gdy docieram do łazienki i widzę wyraźnie swoje odbicie w lustrze, prawie zapiera mi dech. Plama całkowicie pokrywa połowę mojego biustu. Przecieram sukienkę wodą z mydłem. Pocieram ją z całych sił, ale po pięciu minutach plama wciąż jest bardzo brązowa i wszystko, co osiągnęłam, to obmacanie się w łazience na parterze.

To już nie jest idealny strój na ostatni dzień, ale nie mam niczego innego. Wysuszam wilgoć papierowym ręcznikiem, żeby nie wyglądało to aż tak bardzo, jakbym miała laktację, i poprawiam sweter, żeby schować plamę tak dobrze jak to możliwe. Bawię się grzywką, przeczesuję ją palcami w prawo, a potem w lewo. Nigdy nie mogę się zdecydować, czy ją zapuścić, czy zostawić krótką. W tym momencie sięga mi do brwi. Jest wystarczająco długa, żebym mogła się nią bawić. Może przytnę ją, gdy pójdę na uczelnię, spróbuję czegoś w stylu Bettie Page.

Prawie skończyłam bawić się włosami, gdy coś, co znajduje się za mną w odbiciu, przykuwa mój wzrok: czerwony plakat z drukowanymi literami.