Wczoraj byłaś zła na zielono - Eliza Kącka

Kup ebooka

45.00 zł
37.35 zł (35,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mal­czew­skie­go to etap, gdy po raz pierw­szy do­strze­głam za­bie­gi ma­gicz­ne Ru­dej. Ni­by nic, ale ta­jem­ni­cza mi­na sy­gna­li­zo­wa­ła, że oto za­czy­na się knu­cie. Zna­cie ta­kie szel­mow­skie spoj­rze­nie do środ­ka, kon­spi­ra­cję z wła­sną my­ślą? My­ślą tak peł­ną ży­cia, że szu­ka so­bie to­wa­rzy­sza. I le­pi go so­bie z tę­sk­no­ty i po­wie­trza. I to on za­słu­gu­je na szta­mę z dziec­kiem, na in­tym­ną kon­spi­rę, nie wy. Ten fa­scy­nu­ją­cy ktoś ma was gdzieś, wy­gry­wa­jąc z wa­mi bez więk­sze­go wy­sił­ku po­je­dy­nek na wta­jem­ni­cze­nia. Ten ktoś, kto pod­kra­da uwa­gę dziec­ka, upro­wa­dza je­go uczu­cia, a wam ni­g­dy nie od­sło­ni fan­to­ma­tycz­nej twa­rzy. Na tym po­le­ga prze­cher­ność so­ju­szu. Mat­ka rap­tem lą­du­je za pło­tem re­la­cji i mo­że so­bie wę­szyć, mo­że krą­żyć z rę­ka­mi w kie­sze­niach, pró­bu­jąc z mi­ny swo­je­go dziec­ka wy­de­du­ko­wać pro­fil kon­ku­ren­ta, po­ry­wa­cza. Mo­że so­bie.

Ro­bi­łam to swo­im ro­dzi­com, gdy by­łam ma­ła, ty­le że oni ko­rzy­sta­li z oka­zji. Zo­sta­wia­li mnie z mo­im świa­tem i nie pró­bo­wa­li się wpro­sić. Zni­ka­łam grzecz­nie za drzwia­mi, prze­wi­dy­wal­na abo­nent­ka wła­sne­go po­ko­ju. Wy­star­czył mi w zu­peł­no­ści, bo nie­wiel­kie­go po­trze­bo­wa­łam pa­sa star­to­we­go, by od­le­cieć. Star­to­wa­łam ci­cho, nie bu­dząc po­dej­rzeń. Star­to­wa­łam, ro­biąc lek­cje, ucząc się wier­szy na pa­mięć, du­ka­jąc do kart­ków­ki. Sam na sam, a w po­sze­rzo­nym skła­dzie. Wy­star­czy, że jed­ną no­gą sta­łam moc­no na zie­mi, pod lam­pą o zja­dli­wie zie­lo­nym klo­szu, z no­tat­ka­mi w rę­ku, a kon­tro­la ro­dzi­ciel­ska nie od­bie­ra­ła żad­nych nie­po­ko­ją­cych sy­gna­łów. "Krą­żysz so­bie? No to so­bie jesz­cze po­krąż". Ope­ro­wa­łam na­raz w obu rej­sach, nie wy­pa­da­jąc z ka­bi­ny pi­lo­ta. Świet­ne ma­sko­wa­nie, ze­ro przy­kro­ści po stro­nie opie­ku­nów.

Ona w swo­ich so­ju­szach z nie­wi­docz­nym by­ła za­wsze ra­dy­kal­niej­sza. Ni stąd ni zo­wąd wy­łą­cza­ła mo­ją asy­stę, otwie­ra­jąc kon­spi­ra­cyj­nym uśmie­chem in­ną prze­strzeń, a ja dry­fo­wa­łam w sza­lu­pie po­za po­kła­dem i mia­łam na­dzie­ję, że po se­an­sie po­zwo­li mi jed­nak wró­cić. A jed­nak by­ło coś, co prze­ży­ły­śmy obie tak sa­mo. Każ­da w swo­im cza­sie.

Stra­ci­łam ją z oczu póź­nym wie­czo­rem, gdy wy­śli­znę­łam się z ła­zien­ki, gru­bo po pół­no­cy. Roz­ko­pa­ne łó­żecz­ko, mo­ja po­lów­ka wol­na, ni­ko­go. Gdzie ona jest? U bab­ci po­świa­ta, ne­gli­żu­ją­ca sa­mot­ność łóż­ka i pod­ło­gi. I tu jej nie ma. Po­szłam do kuch­ni, nic. Ła­zien­ka pu­sta, zresz­tą do­pie­ro co tam urzę­do­wa­łam. W koń­cu od­bez­pie­czy­łam za­su­wę i wyj­rza­łam na klat­kę scho­do­wą. Bez­lu­dzie. Po­sta­łam tam chwi­lę, by prze­łknąć nie­po­kój, bo prze­cież i tak nie da­ła­by ra­dy zam­kom, mu­si być w miesz­ka­niu. Ba­łam się cof­nąć. Mia­łam po­ku­sę, by za­pu­kać w są­sied­nie drzwi.

- Czy mo­że pa­ni za mnie pójść do mo­je­go miesz­ka­nia i zo­ba­czyć, czy jest tam ru­de dziec­ko?

- Ale że jak? To pa­ni dziec­ko?

- Mo­je, ale bo­ję się zo­ba­czyć.

Do­brze, dość. Gdy­bym by­ła mo­ją mat­ką, by­ła­bym już po oglę­dzi­nach ca­ło­ści i naj­pew­niej sie­dzia­ła­bym z cór­ką na ko­la­nach, bo mo­ja mat­ka w sy­tu­acje awa­ryj­ne wcho­dzi za­da­nio­wo i pły­nie wprost do ce­lu. A ja sto­ję, gar­dząc so­bą, na kra­wę­dzi i wa­ham się, czy chcę wie­dzieć. Gdy­bym to ja się zgu­bi­ła, chy­ba bym nie chcia­ła. Po­szła­bym spać bez tej wie­dzy. Ale bez wie­dzy o dziec­ku nie moż­na prze­cież za­snąć. Bu­dzić bab­cię, od­sła­nia­jąc kar­tę wła­snej nie­mo­cy? Nie­mo­cy mat­ki przed nad­mat­ką? Nie. Za­pa­li­łam świa­tło na klat­ce, by otrzeź­wieć. To by­ła do­bra de­cy­zja, chłód świe­tlów­ki dzia­ła jak lo­do­wa­ty prysz­nic. Z miesz­ka­nia po pra­wej wy­szedł tym­cza­sem są­siad z psem, na mój wi­dok spa­ni­ko­wał i za­czął wcią­gać zwie­rzę z po­wro­tem do miesz­ka­nia. Pies za­pie­rał się, zdez­o­rien­to­wa­ny - by­ło mi go żal, ale i tak wo­la­ła­bym się z nim za­mie­nić. "Tyl­ko mi się nie po­szczaj tu, za­raz so­bie pój­dzie" - do­bie­gło zza drzwi. "Tyl­ko mi się nie po­szczaj" - po­wie­dzia­łam so­bie nie­czu­le i wło­ży­łam łeb w ob­ro­żę. Los trzy­ma smycz, ru­sza­my. Co­fa­łam się za próg po ro­ze­dr­ga­nym par­kie­cie, a tuż za mną pę­ka­ła pod­ło­ga. Tak, mia­łam pew­ność, że idę łeb w łeb z roz­pa­dli­ną, któ­ra za­raz po­łknie mnie, mat­kę i dziec­ko. Dziec­ko, któ­re mi zni­kło. A mo­że jest mu le­piej, bez­piecz­nie, na da­chach Mo­ko­to­wa, do­kąd po­rwał je nie­wi­docz­ny przy­ja­ciel? Mo­że jest wol­na, na­resz­cie? A mo­że stoi te­raz trium­fal­nie na obrzy­dłej ko­men­dzie po­li­cji przy Mal­czew­skie­go, tej wła­śnie, któ­ra ku mnie i mat­ce wy­cią­ga w świe­tle la­tar­ni be­to­no­wą pięść, by po­ka­zać nam środ­ko­wy pa­lec fa­sa­dy? Za­wsze tak no­cą wy­glą­da, jak­by chcia­ła się bić. A w dzień ze­ro pro­wo­ka­cji, ot, prze­cięt­nie brzyd­ki bu­dy­nek z prze­mo­cą w środ­ku. Z ża­lem po­my­śla­łam, że le­piej nie są­sia­do­wać z po­li­cją, przy­naj­mniej ma się ja­sność, że nie zdą­żą. Ale czy u nich nie obo­wią­zu­je sta­ły czas do­jaz­du, nie­za­leż­nie od lo­ka­li­za­cji?

Bred­nie, bred­nie, mózg na czwo­ra­kach, trzę­sie­nie zie­mi w gło­wie. Bal­kon? Nie­moż­li­we, ma zbyt sła­be dło­nie, by otwo­rzyć. Sta­nę­łam w drzwiach po­ko­ju i rap­tem zo­ba­czy­łam ją. Sie­dzia­ła w oknie, nie­mal zu­peł­nie prze­sło­nię­ta sto­rą, i ze spo­ko­jem pa­trzy­ła w nie­bo. Za­hip­no­ty­zo­wa­na, jak­by za­trzy­mał ją księ­życ. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, za du­żo drin­ków z ad­re­na­li­ny. Uklę­kłam i cze­ka­łam, aż szum, sta­ry kom­pan, od­pu­ści. W cią­ży le­ża­łam z ze­psu­tym ra­diem w gło­wie, do­pie­ro na fi­ni­szu da­li mi lek, któ­ry wy­re­gu­lo­wał po­krę­tło, ale ni­g­dy do za­kre­su ci­szy. Wzię­łam ta­bo­ret i przy­cup­nę­łam pod pa­ra­pe­tem. Nie zwra­ca­ła na mnie uwa­gi dłuż­szą chwi­lę. W koń­cu za­gad­nę­łam gło­sem ko­goś in­ne­go, mo­że są­siad­ki spod piąt­ki:

- Nie­bo jest dzi­siaj bar­dzo pięk­ne.

Spoj­rza­ła na mnie przy­tom­nie:

- Nie­bo jest śmiesz­ne.

- Bo...?

- Nie­bo jest śmiesz­ne - po­wtó­rzy­ła, jak­by to by­ło ja­sne.

- Aha?

- Uda­je zwie­rzę.

Za­mu­ro­wa­ło mnie - Cho­dzi ci o gwiaz­do­zbio­ry?

Nie od­po­wie­dzia­ła. Nie roz­ma­wia­łam z nią ni­g­dy o nie­bie. Bab­cia, je­śli roz­ma­wia­ła, to nie o tym fi­zycz­nym:

- Brat two­jej ma­my jest w nie­bie - kie­dyś po­wie­dzia­ła Ru­dej. - Żył tyl­ko kil­ka dni.

No tak, cóż in­ne­go z ta­kim zro­bić.

- Nie­bo - po­wtó­rzy­ła Ru­da i spoj­rza­ła w dół.

O gwiaz­dach ni­g­dy nie mo­no­lo­go­wa­łam. Zna­ła je z kre­skó­wek i ob­raz­ków w książ­kach, ale nic nie wska­zy­wa­ło na to, by żół­te bry­ły, zwłasz­cza te z do­kle­jo­nym uśmie­chem, mia­ły dla niej co­kol­wiek wspól­ne­go z chma­rą świetl­nych punk­tów nad na­szy­mi gło­wa­mi. A mo­że pod­mie­ni­li plan­sze w przed­szko­lu? Mo­że za­miast co­dzien­ne­go ze­sta­wu min po­wie­si­li na ta­bli­cy kor­ko­wej gwiezd­ny zoo­log?

Na kart­ce gwiaz­do­zbiór wy­glą­da jak tra­sa czar­nej mrów­ki. Wy­obra­żam so­bie przed­szko­lan­kę, któ­ra zdej­mu­je "sym­bo­le emo­cji" i roz­wie­sza przed grup­ką zdez­o­rien­to­wa­nych dzie­ci, gdzie prę­ży się bar­dzo for­mal­nie Ru­da, in­ny ze­staw zna­ków dro­go­wych, tym ra­zem z Dro­gi Mlecz­nej. Ka­sjo­pe­ja w miej­sce "zło­ści", Wiel­ki Wóz pod­mie­nił "ra­dość", Orion w ro­gu, w któ­rym wi­siał "smu­tek". Gru­pa jest go­to­wa na przy­swo­je­nie no­wej na­wi­ga­cji. Bę­dzie jesz­cze nie­co bar­dziej abs­trak­cyj­na niż okrąg z dwie­ma krop­ka­mi i fa­lu­ją­cą kre­ską, któ­ry po­dob­no - we­dle wy­mię­tej kart­ki z przed­szkol­ne­go wor­ka - ozna­cza "po­czu­cie wi­ny" lub "smu­tek". Pa­ni Jo­an­na po­wie­dzia­ła Ru­dej, że "ma­ma tak wy­glą­da­ła w czwar­tek", więc te­raz dziec­ko wie, że mat­ce, któ­ra by­ła czwart­kiem, usta fa­lo­wa­ły na smut­no. Pa­ni Jo­an­na zresz­tą za­wsze cie­szy się, gdy dzie­ci po­tra­fią po­wią­zać ko­śla­we wy­kre­sy ze "zja­wi­ska­mi". Tak, to triumf, nie­wąt­pli­wie, try­umf na­sze­go świa­ta. Dla­te­go mo­gę so­bie wy­obra­zić, jak pię­cio­oso­bo­wa grup­ka oto­czo­nych przez te­ra­peu­tów dzie­ci przy­swa­ja ma­pę nie­ba w ka­wał­kach, a ob­sta­wa klasz­cze z ulgą, że oto pod­opiecz­ni zro­bi­li ko­lej­ny krok ku rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej ży­je­my. Ta­bli­ce kon­tra ta­bli­ce. Jed­no i dru­gie to prze­cież tyl­ko kre­ski, któ­re ko­lek­cjo­nu­je­my, by po­łą­czyć ga­lak­tycz­nie od­le­głe spo­so­by my­śle­nia. Czy ła­twiej prze­rzu­cić most z geo­me­trycz­nych sub­sty­tu­tów ciał nie­bie­skich, czy z kro­pek i kre­sek za­stę­pu­ją­cych gry­ma­sy ru­chli­wej twa­rzy? Nie wiem. Oba­wiam się, że na jed­no wy­cho­dzi, ale nie chcia­ła­bym wi­dzieć min pań z przed­szko­la, gdy­bym to po­my­śla­ła na głos. Oto­czy­ły­by mnie buź­ki z dwie­ma wście­kle ostry­mi, spa­dzi­sty­mi kre­ska­mi na gó­rze i z dol­ną kre­ską wy­gię­tą w łuk. Szpad­ki zło­ści. Dłu­gie ob­co­wa­nie z plan­sza­mi i wy­kre­sa­mi spra­wi­ło, że za­czę­łam ba­wić się w my­śli na­kła­da­niem tych bu­ziek na ży­we twa­rze. Nie jest to na­wet ta­ka zła za­ba­wa, nie gor­sza od ma­sek grec­kich. Gdy po­dzie­li­łam się z pa­nią Jo­an­ną tą ry­zy­kow­ną uwa­gą, po­wie­dzia­ła mi: "Świet­nie, bra­wo, Gre­cy też mu­sie­li so­bie ja­koś ra­dzić z ro­zu­mie­niem emo­cji dru­gie­go czło­wie­ka, pa­ni Eli­zo, to bar­dzo cie­ka­we". Tak, dla­te­go wła­śnie wy­cią­ga­li z kan­gu­rzej kie­sze­ni w chla­mi­dzie wła­ści­wą ma­skę i mo­gli świa­tu oka­zać, co na­le­ży. Wy­ra­zi­ście.

Ze­sta­wy min, jak to so­bie na­zy­wam, to­wa­rzy­szy­ły nam od po­cząt­ku pra­cy te­ra­peu­tycz­nej. Kil­ka ele­men­tar­nych (smu­tek, ra­dość, złość), kil­ka­na­ście bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych wy­kre­sów ludz­kich twa­rzy ma­ją­cych po­móc w na­wi­ga­cji. Krop­ki i kre­ski na ma­pie ludz­kie­go lot­ni­ska. Świa­teł­ka ostrze­gaw­cze, świa­teł­ka przy­zwo­le­nia. Czy już moż­na? Czło­wiek-port wy­słał sy­gnał: ką­ci­ki ust po­szły do gó­ry. Jest uśmiech, moż­na, bę­dzie mięk­kie lą­do­wa­nie. Otwie­ra się pas, da się po­sa­dzić ma­szy­nę.

Lek­ce­wa­ży­łam po­trze­bę ta­blic na­wi­ga­cyj­nych, my­śląc so­bie bez­czel­nie, że to tyl­ko for­mal­ność, ta­ka umo­wa spo­łecz­na, że mu­si­my dzie­ciom po­de­tknąć pod nos te wy­kre­sy, a i tak bę­dą się uczyć ina­czej. Nas i świa­ta. Zro­zu­mie­ją lub nie, ale prze­cież te geo­me­trycz­ne mord­ki na bia­łym tle to na­sze uspra­wie­dli­wie­nie, nasz glejt na to, że coś zro­bi­li­śmy dla sko­mu­ni­ko­wa­nia na­szych dzie­ci z re­al­no­ścią. A prze­cież, jak wia­do­mo, trze­ba trzy­mać się moc­no pod­ło­ża rze­czy pod sto­pą. Tak my­śla­łam - do pew­ne­go mo­men­tu, któ­ry mi to my­śle­nie za­brał. Pa­mię­tam jak dziś dzień, gdy pię­cio­let­nia dziew­czyn­ka z przed­szko­la Ru­dej - nie­trzy­ma­ją­ca kon­tak­tu wzro­ko­we­go i bez­mow­na - mi­nę­ła mnie pew­ne­go dnia, po­chli­pu­ją­cą, w ko­ry­ta­rzu. By­łam prze­ko­na­na, że mnie nie wi­dzi, nie spoj­rza­ła na­wet. Że mam jesz­cze kwa­drans na smu­tek. A jed­nak. Gdy pro­wa­dzą­ca gru­pę po­szła na za­ple­cze, ma­ła zdję­ła plan­szę z "pła­czem" z kor­ko­wej ta­bli­cy i po­de­szła do mnie. Z plan­szy ster­cza­ły pi­nez­ki, jak­by zwierz z pa­pie­ru pró­bo­wał stra­te­gii obro­ny. Ta­bli­ca-jeż.

Sta­nę­ła w od­le­gło­ści dwóch me­trów i unio­sła plan­szę-zdo­bycz. Trzy­ma­ła ją obu­rącz jak zwier­cia­dło, w któ­rym mój stan miał się przej­rzeć. By­ła śmier­tel­nie po­waż­na, te­atral­nie sta­tycz­na i stę­ża­ła od nie­zna­nej mi de­spe­ra­cji. Pa­trzy­łam w ten licz­man ze łzą spa­da­ją­cą z oka-krop­ki - i pła­ka­łam co­raz bar­dziej. Ugię­ły się po­de mną no­gi, uklę­kłam. Wy­wle­kła ze mnie Eli­zę, któ­rej chce się wyć. Nic nie ro­zu­mia­łam, ale tym nie­ro­zu­mie­niem, któ­re pre­cy­zyj­nie na­mie­rza i szar­pie we­wnętrz­ną stru­nę bó­lu. I nie po­trze­bu­je ko­ope­ra­ty­wy świa­do­mo­ści. Chy­ba wszy­scy je zna­my, nie za­wsze oczysz­cza.

Przed­szko­lan­ki cią­gle nie by­ło, a ja przed kar­tą z łez­ką przez do­bre pa­rę mi­nut zwi­ja­łam się w spa­stycz­nym pła­czu. Dziew­czyn­ka dziel­nie trzy­ma­ła plan­szę i wpa­try­wa­ła się w ścia­nę. Nie spoj­rza­ła na mnie ani ra­zu, nie drgnę­ła, a jed­nak tą pod­sta­wio­ną ta­bli­cą po­wie­dzia­ła mi wię­cej niż kto­kol­wiek na spo­tka­niach te­ra­peu­tycz­nych. Pod­rzu­ci­ła mi ta­jem­ni­cę, po­ka­zu­jąc: tym oto je­steś. Ow­szem, by­łam wy­łącz­nie i do­kład­nie tym: plan­szą pła­czu. Klę­cza­łam i ry­cza­łam, jak ma­ła dziew­czyn­ka, nad nie­szczę­ściem dziew­czy­nek, jej i mo­im. Tym­cza­sem gest sztyw­no, pa­te­tycz­nie wy­prę­żo­nych rą­czek po­więk­szał ją, pom­po­wał do roz­mia­ru ma­łe­go Moj­że­sza, trzy­ma­ją­ce­go ka­mien­ne ta­bli­ce. Mia­łam wra­że­nie, że plan­szą z łez­ką i pod­ków­ką mo­gła­by mi roz­trza­skać łeb.

Pro­wa­dzą­ca za­ję­cia wy­szła z po­ko­ju te­ra­peu­tów i za­sta­ła ta­ki wła­śnie ob­raz. Dwu­oso­bo­wą gru­pę na dy­wa­nie. Stra­ty psy­chicz­ne po stro­nie per­so­ne­lu wzię­łam na sie­bie.

To by­ło moc­niej­sze niż uścisk. Zo­sta­ło ze mną - sil­ne jak świa­dec­two i sło­ne jak wie­dza, że już nie mo­że­my wy­trzy­mać.

Nie spo­tka­łam jej już ni­g­dy. Ru­da opusz­cza­ła przed­szko­le, a ona - nie wiem, nie do­wie­dzia­łam się, głu­pia. By­ły rów­no­lat­ka­mi. Roz­ma­wia­łam z te­ra­peut­ką o trud­no­ściach mo­je­go dziec­ka, ale przy oka­zji spró­bo­wa­łam do­wie­dzieć się cze­goś o oso­bie, któ­ra sta­nę­ła przede mną jak przy­bysz­ka z in­nej pla­ne­ty. Po­dob­no by­ła in­te­li­gent­na, do­wie­dzia­łam się. Po­dob­no po­tra­fi­ła roz­wią­zy­wać bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne te­sty, do­wie­dzia­łam się. Wska­zy­wa­ła na wła­ści­we roz­wią­za­nie pal­cem czy łok­ciem, nie wie­my, waż­ne, że ni­g­dy nie spoj­rza­ła wprost na ta­bli­cę ob­li­czeń, na te­ry­to­rium za­dań. Jak to ro­bi­ła? Mniej by mnie to in­try­go­wa­ło, gdy­by mia­ła w tym bez­piecz­ny schron, ale nie wie­rzę w to, nie po ak­cji z ta­bli­cą.

- Na­sza te­ra­peut­ka mó­wi­ła, że mia­ła pa­ni zde­rze­nie z tą, no, ni­ską sza­tyn­ką, co nie mó­wi. Ta to jest gro­za - za­gad­nął je­den z oj­ców.

- Gro­za? Dla­cze­go?

- No ona ma, po­wiem pa­ni, coś wy­cię­te. Cze­goś nie ma w oso­bo­wo­ści. Ja bym się nie zdzi­wił, jak­by ko­goś sprząt­nę­ła kie­dyś. Trud­na spra­wa.

- Trud­na, ale nie dla­te­go.

- No prze­cież mi po­wie­dzie­li, że ona nad pa­nią sta­ła z ja­kąś kart­ką! Ja wiem, na­sze dzie­ci ma­ją pro­ble­my, ale to nie zna­czy, że ma­ją się znę­cać...

Ach, więc to wpa­dło w ta­ką szu­fla­dę. Nie­zdol­na do em­pa­tii dziew­czyn­ka tre­su­je nie­swo­ją mat­kę, a ta nie wie, jak się za­cho­wać. Al­bo nie chce się za­cho­wać - i wy­cho­dzi z te­go po­kie­re­szo­wa­na.

Tu nie o to cho­dzi­ło. Ca­ły ten te­atr nie był o bra­ku uczu­cia, lecz o in­nym bra­ku. Im­puls zwę­dze­nia plan­szy na tym wła­śnie bra­ku wi­si. Ukra­dła znak, któ­re­go mo­gła użyć, by zna­leźć dro­gę do czy­je­goś świa­ta. By wyjść z klat­ki swo­je­go cia­ła i po­ka­zać go ko­muś, kto od­czy­ta. Plan­sze z mi­na­mi nie by­ły dla niej uciąż­li­wym za­da­niem do­mo­wym, lecz ko­dem. Pła­ka­łam, gdy przy­nio­sła mi łzę gra­ficz­ną. A ja zo­ba­czy­łam w tym pocz­tów­kę z we­wnętrz­ne­go świa­ta dziec­ka, któ­re mo­że i le­piej ode mnie wie, czym jest płacz. Wów­czas do­ce­ni­łam "sym­bo­le emo­cji". I po­zwo­li­łam jej tra­fić.