Prolog
Lipiec 1936
Hubert Ostrowski spojrzał na krajobraz z zainteresowaniem, ale nie jakimś przesadnym, góry go nie interesowały bardziej niż morze, a morze nie było czymś, co miało szansę rywalizować z cielesnymi uciechami, używkami, pieniędzmi i władzą. Bo pieniądze to władza, a władza to pieniądze, i są one nierozerwalnie związane z przyjemnościami, kupowaniem i piciem alkoholi niedostępnych dla pospólstwa, które zadowala się piciem eteru i wąchaniem kleju, nie mając pojęcia o prawdziwych narkotykach! Choć oficjalnie są zakazane, bo sejm i rząd jednym chórem twierdzi, że "zabrania się wytwarzania, przetwarzania, przewozu i wywozu, przechowywania, handlu oraz wszelkiego w ogóle obiegu opium surowego, opium leczniczego, opium do palenia, i jego odpadków, haszyszu, kokainy, heroiny, wszelkich ich soli i przetworów".
Ostrego ogarnął pusty śmiech, bo owe przykazania są równie skuteczne, co pojękiwania z ambon na temat niebezpieczeństwa grzechu. Ostry był ponad to, choć niski, to wysoki, bo gdy stanął na swoim portfelu, wyrastał ponad innych, a jeśli koturny, które go wynosiły ponad pospolitość i dawały moc, ścierały się, to potrafił je szybko podbić, bo nie miał żadnych oporów, by stosować swoje sztuczki i wykorzystywać wiedzę, która, zdarzało się, miała wartość liczoną nie tylko w banknotach dowolnej waluty i każdym kruszcu czy drogim kamieniu, ale i także w dewizach najpoważniejszych: w całkowitym oddaniu, w życiu i śmierci. Mógł więc kupować kokainę w Italii i sprzedać ją w Adrii, by panować nad kobietami i mężczyznami, nad chłopcami i dziewczętami. Kolekcjonował ludzi, a raczej wspomnienia o dominacji nad nimi, jak się zbiera pocztowe marki i widokówki. Między jedną a drugą przygodą wracał pamięcią do igraszek z ziemianką, u niej w salonie, która robiła dla niego rzeczy, o jakich niejednej dziwce się nie śniło, czy do tego miłego dueciku z artystkami, zorganizowanym w ich garderobie. Chłopcy i dziewczęta, panny i wdowy, każda i każdy mógł mu coś miłego zaoferować, nawet jeśli byli obrzydliwi, to dawali mu satysfakcję z tego, że mógł ich poniżyć, to też dawało rozkosz. Wszędzie! I w apartamencie luksusowego hotelu, i w podrzędnym pensjonacie na godziny, w prezesowskim gabinecie i dziecięcym pokoju, na łące i wysypisku śmieci, nawet na zakrystii i w szalecie! Zwłaszcza taki obskurny miał w sobie coś z afrodyzjaku, który nadawał posmaku szaleństwa pożądaniu i wzmagał upodlenie osoby niezależnie od płci i stanu.
Zmierzali do właśnie takiego ustronnego miejsca na szczycie Kasprowego Wierchu, ale tego niedostępnego dla publiczności, powyżej stacji kolei linowej, w budowanym wciąż obserwatorium. Na początku poczęstowano go piołunówką, rodzimym absyntem. Czuł się coraz lepiej, swobodniej, szczególnie po zażyciu pierwszej porcyjki "białej tabaki". Towarzyszące temu drętwienie nosa od dawna nie wywoływało w nim dyskomfortu, było czymś naturalnym, nieodzownym, jak wydanie pieniędzy na wódkę czy dziwki. Jednych to uwierało, ale on się z tym nie liczył. Ważne było, że za parę minut dojdą ze stacji kolejki do placu budowy obserwatorium, która stała dziś pusta, jak na niedzielę w katolickim kraju przystało.
Układał sobie w głowie scenariusz, kolejny już, okrutniejszy i zarazem zabawny, bo polecił zabrać psią obrożę, taką żelazną z kolcami, która zdobi podhalańskie owczarki chroniące stada owiec przed atakiem wilków. Na samą myśl o tym utensylium czuł podniecenie, może więc niepotrzebny będzie dodatek w postaci dzwonka, który noszą owce?
Przeciągnął się i przystanął, by zapalić egipskiego, wsadził ręce w kieszenie i odwrócił się do swojej ofiary. I pomyśleć, że nie tylko miała mu się oddać, ale jeszcze za to zapłacić. Czyż to nie jest coś, o czym powinien marzyć każdy człowiek, gdyby tylko miał odwagę spełniać swe fantazje? Spojrzał w oczy ofiary i nie zobaczył tam strachu. Nie znalazł w nich też pożądliwości, bo ileż to razy zdarzało się, że poddaństwo i poniżenie stawało się wdzięcznym partnerstwem, że jego śmiałe, wyuzdane myśli wychodziły naprzeciw skrytym marzeniom, że otwierały umysły, poszerzały horyzonty! W tych oczach zobaczył siłę, pewność siebie i coś, co kilka razy kończyło się oporem, ale i na to był gotowy! W kieszeni miał paragraf, sprężynę, na końcu której była ołowiana kulka. Miał i brzytwę, którą po osiągnięciu przewagi mógł jeszcze wymierzyć dodatkową karę, upodlić do końca. Czasem takie szamotaniny były jeszcze lepsze od realizacji najbardziej starannie zaplanowanego scenariusza. Walka, wściekłość, kipiąca złość i na koniec kara, taka miła nieplanowana niespodzianka, po której można było zażądać bonifikaty!
Ale nie tym razem, pojął to za późno. Kamień trafił go w skroń. Za słabo, by pozbawić przytomności, ale na tyle silnie, by oszołomić.
Niedoszła ofiara przeszukiwała jego marynarkę i plecak. Patrzył na to jak przez mgłę, próbował wstać, ale zrobił to tylko na swoją zgubę. Poleciał w tył, a w ślad za nim jego rzeczy. Na próżno czekał na spotkanie z kamienistym gruntem, zamiast tego poczuł niewiarygodny, coraz większy pęd, jakby głowa wychyliła się z okna ponadnaturalnie pędzącego ekspresu.
Trwoga była tak przygniatająca, że nie potrafił krzyknąć, bo uświadomił sobie, że leci w przepaść.
*
Miesiąc później.
Umówili się jak zwykle przy wejściu na szlak. Przyjeżdżała na cały sierpień, zawsze z mężem, który wcale jej nie pilnował. Młoda i ładna, o zmysłowych ustach, nudziła się u boku starego, lecz bogatego męża. Takie lubił najbardziej - pachniały dekadencją i wyuzdaniem. Rozpoznawał je bez pudła i jeszcze żadna mu nie odmówiła.
Widywał tę kobietę od dwóch lat, lecz dopiero wczoraj przyszła do sklepu sama. Wcale nie interesowały jej swetry, narty czy kapelusze z muszelkami.
- Wiem, że podobam się panu - stwierdziła ot tak, po prostu.
Zamurowało go, nie wiedział, co odpowiedzieć. A potem słowa były w ogóle zbędne... Wanda, tak mu się przedstawiła, ale czy to była prawda? Mąż mówił na nią "Buba", a ona na niego: "Pieseczku".
Byłaby z tej całej "Buby" całkiem przyjemna wakacyjna kochanka, gdyby nie pewien wypadek, który do dziś psuł mu krew, chociaż minął rok od tamtego feralnego dnia.
Umówili się przy wejściu na szlak. Drogę na Zawrat pokonali bez przeszkód. Wanda marudziła trochę, że bolą ją nogi i głowa. Miała prawo, nie każdy radził sobie z wysokością i trudami przejścia nad przepaścią. Gdy tylko doszli do Koziej Przełęczy, poczuł, że coś się zmieniło. Widział to w jej oczach, chociaż się uśmiechała i pozwalała tulić.
- Jutro wyjeżdżam - oświadczyła.
- Jutro? - powtórzył jak echo. - Przecież dopiero przyjechałaś...
- Ale wyjeżdżam. Poznałam kogoś w hotelu, jest z Gdyni i chce mnie koniecznie zabrać na łódkę! Taka ładna pogoda...
- A co na to... Co na to twój...
- Mąż?! - Zaśmiała się. - A cóż on ma do tego? Dopóki chadzam z nim na bankiety i do restauracji, mam prawo robić, co mi się podoba. Reszta go nie interesuje. A ja w sierpniu nie mam zbyt wiele do roboty.
- A... a ja? Pomyślałaś choć trochę, co ze mną?
- Nie pleć farmazonów, mój miły - przerwała mu ostro. - Nie jestem dla ciebie ani pierwsza, ani jedyna, ani tym bardziej ostatnia. Masz co roku tłumy do wyboru, tym razem padło na mnie. Masz szczęście, że mi się podobałeś. Ale teraz poznałam innego i jadę z nim. A ty zostań tu, górski drapieżco, i zasadzaj się na nowe "jedyne i ubóstwiane". Nie okłamujmy się, mój drogi... Jak ci na imię, bo wciąż zapominam: Wilhelm? Czy może Fryderyk?
Mówiła to tak lekko, z tak perfidnym uśmieszkiem... Przejrzała jego grę i ośmieliła się pierwsza go rzucić! Zawsze to on poznawał inną, tracił zainteresowanie, nie oddawał pocałunków, aż w końcu przelotny, przejrzysty niby koronka romans rwał się pod ciężarem nudy i obojętności.
Zawładnęło nim poczucie urażonej dumy. Tłumił je w sobie resztkami sił, a Wanda wciąż mówiła, każdym słowem wlewając w jego serce jad rozgoryczenia.
- Zamilcz! - krzyknął nagle, zupełnie nieprzytomny z gniewu.
Cofnęła się, jej duma zachwiała się niebezpiecznie.
- Gardzę tobą - syknęła i nagle jej mina z gniewnej zmieniła się w zdumioną.
Trwało to ułamek sekundy, nim pojął, co się dzieje. Stali na samym brzegu pokrytego kamykami urwiska, słońce igrało na pobliskich szczytach.
Runęła w dół, nim zdążył zareagować. Jego ręce objęły powietrze, a Wanda z niemym krzykiem na cudnych usteczkach poleciała w przepaść.
I choć jej nie zabił, czuł się winien jej śmierci.
Jej słowa "gardzę tobą" zostały z nim na zawsze.