Wczasowiczka. Śmierć w Tatrach - Ewa Salwin, Grzegorz Kalinowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Li­piec 1936

Hu­bert Ostrow­ski spoj­rzał na kra­jo­braz z za­in­te­re­so­wa­niem, ale nie ja­kimś prze­sad­nym, góry go nie in­te­re­so­wały bar­dziej niż mo­rze, a mo­rze nie było czymś, co miało szansę ry­wa­li­zo­wać z cie­le­snymi ucie­chami, używ­kami, pie­niędzmi i wła­dzą. Bo pie­nią­dze to wła­dza, a wła­dza to pie­nią­dze, i są one nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z przy­jem­no­ściami, ku­po­wa­niem i pi­ciem al­ko­holi nie­do­stęp­nych dla po­spól­stwa, które za­do­wala się pi­ciem eteru i wą­cha­niem kleju, nie ma­jąc po­ję­cia o praw­dzi­wych nar­ko­ty­kach! Choć ofi­cjal­nie są za­ka­zane, bo sejm i rząd jed­nym chó­rem twier­dzi, że "za­bra­nia się wy­twa­rza­nia, prze­twa­rza­nia, prze­wozu i wy­wozu, prze­cho­wy­wa­nia, han­dlu oraz wszel­kiego w ogóle obiegu opium su­ro­wego, opium lecz­ni­czego, opium do pa­le­nia, i jego od­pad­ków, ha­szy­szu, ko­ka­iny, he­ro­iny, wszel­kich ich soli i prze­two­rów".

Ostrego ogar­nął pu­sty śmiech, bo owe przy­ka­za­nia są rów­nie sku­teczne, co po­ję­ki­wa­nia z am­bon na te­mat nie­bez­pie­czeń­stwa grze­chu. Ostry był po­nad to, choć ni­ski, to wy­soki, bo gdy sta­nął na swoim port­felu, wy­ra­stał po­nad in­nych, a je­śli ko­turny, które go wy­no­siły po­nad po­spo­li­tość i da­wały moc, ście­rały się, to po­tra­fił je szybko pod­bić, bo nie miał żad­nych opo­rów, by sto­so­wać swoje sztuczki i wy­ko­rzy­sty­wać wie­dzę, która, zda­rzało się, miała war­tość li­czoną nie tylko w bank­no­tach do­wol­nej wa­luty i każ­dym kruszcu czy dro­gim ka­mie­niu, ale i także w de­wi­zach naj­po­waż­niej­szych: w cał­ko­wi­tym od­da­niu, w ży­ciu i śmierci. Mógł więc ku­po­wać ko­ka­inę w Ita­lii i sprze­dać ją w Ad­rii, by pa­no­wać nad ko­bie­tami i męż­czy­znami, nad chłop­cami i dziew­czę­tami. Ko­lek­cjo­no­wał lu­dzi, a ra­czej wspo­mnie­nia o do­mi­na­cji nad nimi, jak się zbiera pocz­towe marki i wi­do­kówki. Mię­dzy jedną a drugą przy­godą wra­cał pa­mię­cią do igra­szek z zie­mianką, u niej w sa­lo­nie, która ro­biła dla niego rze­czy, o ja­kich nie­jed­nej dziwce się nie śniło, czy do tego mi­łego du­eciku z ar­tyst­kami, zor­ga­ni­zo­wa­nym w ich gar­de­ro­bie. Chłopcy i dziew­częta, panny i wdowy, każda i każdy mógł mu coś mi­łego za­ofe­ro­wać, na­wet je­śli byli obrzy­dliwi, to da­wali mu sa­tys­fak­cję z tego, że mógł ich po­ni­żyć, to też da­wało roz­kosz. Wszę­dzie! I w apar­ta­men­cie luk­su­so­wego ho­telu, i w pod­rzęd­nym pen­sjo­na­cie na go­dziny, w pre­ze­sow­skim ga­bi­ne­cie i dzie­cię­cym po­koju, na łące i wy­sy­pi­sku śmieci, na­wet na za­kry­stii i w sza­le­cie! Zwłasz­cza taki ob­skurny miał w so­bie coś z afro­dy­zjaku, który nada­wał po­smaku sza­leń­stwa po­żą­da­niu i wzma­gał upodle­nie osoby nie­za­leż­nie od płci i stanu.

Zmie­rzali do wła­śnie ta­kiego ustron­nego miej­sca na szczy­cie Ka­spro­wego Wier­chu, ale tego nie­do­stęp­nego dla pu­blicz­no­ści, po­wy­żej sta­cji ko­lei li­no­wej, w bu­do­wa­nym wciąż ob­ser­wa­to­rium. Na po­czątku po­czę­sto­wano go pio­łu­nówką, ro­dzi­mym ab­syn­tem. Czuł się co­raz le­piej, swo­bod­niej, szcze­gól­nie po za­ży­ciu pierw­szej por­cyjki "bia­łej ta­baki". To­wa­rzy­szące temu drę­twie­nie nosa od dawna nie wy­wo­ły­wało w nim dys­kom­fortu, było czymś na­tu­ral­nym, nie­odzow­nym, jak wy­da­nie pie­nię­dzy na wódkę czy dziwki. Jed­nych to uwie­rało, ale on się z tym nie li­czył. Ważne było, że za parę mi­nut dojdą ze sta­cji ko­lejki do placu bu­dowy ob­ser­wa­to­rium, która stała dziś pu­sta, jak na nie­dzielę w ka­to­lic­kim kraju przy­stało.

Ukła­dał so­bie w gło­wie sce­na­riusz, ko­lejny już, okrut­niej­szy i za­ra­zem za­bawny, bo po­le­cił za­brać psią ob­rożę, taką że­la­zną z kol­cami, która zdobi pod­ha­lań­skie owczarki chro­niące stada owiec przed ata­kiem wil­ków. Na samą myśl o tym uten­sy­lium czuł pod­nie­ce­nie, może więc nie­po­trzebny bę­dzie do­da­tek w po­staci dzwonka, który no­szą owce?

Prze­cią­gnął się i przy­sta­nął, by za­pa­lić egip­skiego, wsa­dził ręce w kie­sze­nie i od­wró­cił się do swo­jej ofiary. I po­my­śleć, że nie tylko miała mu się od­dać, ale jesz­cze za to za­pła­cić. Czyż to nie jest coś, o czym po­wi­nien ma­rzyć każdy czło­wiek, gdyby tylko miał od­wagę speł­niać swe fan­ta­zje? Spoj­rzał w oczy ofiary i nie zo­ba­czył tam stra­chu. Nie zna­lazł w nich też po­żą­dli­wo­ści, bo ileż to razy zda­rzało się, że pod­dań­stwo i po­ni­że­nie sta­wało się wdzięcz­nym part­ner­stwem, że jego śmiałe, wy­uz­dane my­śli wy­cho­dziły na­prze­ciw skry­tym ma­rze­niom, że otwie­rały umy­sły, po­sze­rzały ho­ry­zonty! W tych oczach zo­ba­czył siłę, pew­ność sie­bie i coś, co kilka razy koń­czyło się opo­rem, ale i na to był go­towy! W kie­szeni miał pa­ra­graf, sprę­żynę, na końcu któ­rej była oło­wiana kulka. Miał i brzy­twę, którą po osią­gnię­ciu prze­wagi mógł jesz­cze wy­mie­rzyć do­dat­kową karę, upodlić do końca. Cza­sem ta­kie sza­mo­ta­niny były jesz­cze lep­sze od re­ali­za­cji naj­bar­dziej sta­ran­nie za­pla­no­wa­nego sce­na­riu­sza. Walka, wście­kłość, ki­piąca złość i na ko­niec kara, taka miła nie­pla­no­wana nie­spo­dzianka, po któ­rej można było za­żą­dać bo­ni­fi­katy!

Ale nie tym ra­zem, po­jął to za późno. Ka­mień tra­fił go w skroń. Za słabo, by po­zba­wić przy­tom­no­ści, ale na tyle sil­nie, by oszo­ło­mić.

Nie­do­szła ofiara prze­szu­ki­wała jego ma­ry­narkę i ple­cak. Pa­trzył na to jak przez mgłę, pró­bo­wał wstać, ale zro­bił to tylko na swoją zgubę. Po­le­ciał w tył, a w ślad za nim jego rze­czy. Na próżno cze­kał na spo­tka­nie z ka­mie­ni­stym grun­tem, za­miast tego po­czuł nie­wia­ry­godny, co­raz więk­szy pęd, jakby głowa wy­chy­liła się z okna po­nadna­tu­ral­nie pę­dzą­cego eks­presu.

Trwoga była tak przy­gnia­ta­jąca, że nie po­tra­fił krzyk­nąć, bo uświa­do­mił so­bie, że leci w prze­paść.

*

Mie­siąc póź­niej.

Umó­wili się jak zwy­kle przy wej­ściu na szlak. Przy­jeż­dżała na cały sier­pień, za­wsze z mę­żem, który wcale jej nie pil­no­wał. Młoda i ładna, o zmy­sło­wych ustach, nu­dziła się u boku sta­rego, lecz bo­ga­tego męża. Ta­kie lu­bił naj­bar­dziej - pach­niały de­ka­den­cją i wy­uz­da­niem. Roz­po­zna­wał je bez pu­dła i jesz­cze żadna mu nie od­mó­wiła.

Wi­dy­wał tę ko­bietę od dwóch lat, lecz do­piero wczo­raj przy­szła do sklepu sama. Wcale nie in­te­re­so­wały jej swe­try, narty czy ka­pe­lu­sze z mu­szel­kami.

- Wiem, że po­do­bam się panu - stwier­dziła ot tak, po pro­stu.

Za­mu­ro­wało go, nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć. A po­tem słowa były w ogóle zbędne... Wanda, tak mu się przed­sta­wiła, ale czy to była prawda? Mąż mó­wił na nią "Buba", a ona na niego: "Pie­seczku".

By­łaby z tej ca­łej "Buby" cał­kiem przy­jemna wa­ka­cyjna ko­chanka, gdyby nie pe­wien wy­pa­dek, który do dziś psuł mu krew, cho­ciaż mi­nął rok od tam­tego fe­ral­nego dnia.

Umó­wili się przy wej­ściu na szlak. Drogę na Za­wrat po­ko­nali bez prze­szkód. Wanda ma­ru­dziła tro­chę, że bolą ją nogi i głowa. Miała prawo, nie każdy ra­dził so­bie z wy­so­ko­ścią i tru­dami przej­ścia nad prze­pa­ścią. Gdy tylko do­szli do Ko­ziej Prze­łę­czy, po­czuł, że coś się zmie­niło. Wi­dział to w jej oczach, cho­ciaż się uśmie­chała i po­zwa­lała tu­lić.

- Ju­tro wy­jeż­dżam - oświad­czyła.

- Ju­tro? - po­wtó­rzył jak echo. - Prze­cież do­piero przy­je­cha­łaś...

- Ale wy­jeż­dżam. Po­zna­łam ko­goś w ho­telu, jest z Gdyni i chce mnie ko­niecz­nie za­brać na łódkę! Taka ładna po­goda...

- A co na to... Co na to twój...

- Mąż?! - Za­śmiała się. - A cóż on ma do tego? Do­póki cha­dzam z nim na ban­kiety i do re­stau­ra­cji, mam prawo ro­bić, co mi się po­doba. Reszta go nie in­te­re­suje. A ja w sierp­niu nie mam zbyt wiele do ro­boty.

- A... a ja? Po­my­śla­łaś choć tro­chę, co ze mną?

- Nie pleć far­ma­zo­nów, mój miły - prze­rwała mu ostro. - Nie je­stem dla cie­bie ani pierw­sza, ani je­dyna, ani tym bar­dziej ostat­nia. Masz co roku tłumy do wy­boru, tym ra­zem pa­dło na mnie. Masz szczę­ście, że mi się po­do­ba­łeś. Ale te­raz po­zna­łam in­nego i jadę z nim. A ty zo­stań tu, gór­ski dra­pieżco, i za­sa­dzaj się na nowe "je­dyne i ubó­stwiane". Nie okła­mujmy się, mój drogi... Jak ci na imię, bo wciąż za­po­mi­nam: Wil­helm? Czy może Fry­de­ryk?

Mó­wiła to tak lekko, z tak per­fid­nym uśmiesz­kiem... Przej­rzała jego grę i ośmie­liła się pierw­sza go rzu­cić! Za­wsze to on po­zna­wał inną, tra­cił za­in­te­re­so­wa­nie, nie od­da­wał po­ca­łun­ków, aż w końcu prze­lotny, przej­rzy­sty niby ko­ronka ro­mans rwał się pod cię­ża­rem nudy i obo­jęt­no­ści.

Za­wład­nęło nim po­czu­cie ura­żo­nej dumy. Tłu­mił je w so­bie reszt­kami sił, a Wanda wciąż mó­wiła, każ­dym sło­wem wle­wa­jąc w jego serce jad roz­go­ry­cze­nia.

- Za­milcz! - krzyk­nął na­gle, zu­peł­nie nie­przy­tomny z gniewu.

Cof­nęła się, jej duma za­chwiała się nie­bez­piecz­nie.

- Gar­dzę tobą - syk­nęła i na­gle jej mina z gniew­nej zmie­niła się w zdu­mioną.

Trwało to uła­mek se­kundy, nim po­jął, co się dzieje. Stali na sa­mym brzegu po­kry­tego ka­my­kami urwi­ska, słońce igrało na po­bli­skich szczy­tach.

Ru­nęła w dół, nim zdą­żył za­re­ago­wać. Jego ręce ob­jęły po­wie­trze, a Wanda z nie­mym krzy­kiem na cud­nych ustecz­kach po­le­ciała w prze­paść.

I choć jej nie za­bił, czuł się wi­nien jej śmierci.

Jej słowa "gar­dzę tobą" zo­stały z nim na za­wsze.

Roz­dział I

Lu­xtor­peda

1.

14 sierp­nia 1937, so­bota

Zda­rzyło się jak w gór­skim be­de­ke­rze i opo­wie­ściach sta­rych prze­wod­ni­ków, któ­rzy ostrze­gają przed na­głym za­ła­ma­niem po­gody: bu­rza w gó­rach, nie­spo­dzie­wany atak wia­tru, chłodu, wody i grzmo­tów, zmie­nia­jący dzień w noc. Nie mo­gła o so­bie po­wie­dzieć, że jest do­świad­czoną ta­ter­niczką, ale nie była też no­wi­cjuszką, tylko mocną i wy­gim­na­sty­ko­waną spor­t­smenką, nie­lek­ce­wa­żącą gór i jed­no­cze­śnie nie­tru­chle­jącą przed jej ma­je­sta­tem.

Naj­le­piej by­łoby przy­cup­nąć, prze­trwać na­pór wia­tru i wody, zmok­nąć i zzięb­nąć, ale to nie wcho­dziło w grę przy praw­dzi­wej na­wał­nicy. Znaj­do­wała się nie­mal na grani, któ­rej przej­ście dla bez­pie­czeń­stwa tu­ry­stów ase­ku­ro­wane było że­la­znymi łań­cu­chami. Przy do­brej po­go­dzie mo­gły ura­to­wać ży­cie, ale pod­czas bu­rzy dzia­łały jak pio­ru­no­chrony i mo­gły spro­wa­dzić na­głą śmierć. Mu­siała prze­mie­ścić się w bez­pieczne miej­sce, tyle że z wą­skiej pó­łeczki ła­two było o upa­dek. Ow­szem, miała jesz­cze cze­kan, z drew­nia­nym sty­li­skiem i że­la­zną gło­wicą. Źle, ale nie naj­go­rzej, kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów że­laza to nie me­try gru­bego łań­cu­cha osa­dzo­nego w skale na ko­twach.

Nie miała wy­boru, bo wa­runki były co­raz trud­niej­sze, każdy z hu­ra­ga­no­wych po­wie­wów mógł zrzu­cić ją z grani, do tego z nieba lały się po­toki wody pły­nące po ka­mie­niach two­rzą­cych praw­dziwą śli­zgawkę. Woda za­le­wała oczy, wia­trówka, mimo że do­piero co za­im­pre­gno­wana, nie da­wała rady z od­pro­wa­dza­niem wody, ubra­nie na­sią­kało jak gąbka, stru­myki spły­wały przez grube skar­pety wprost do bu­tów. Ko­lejny po­ryw wia­tru, cze­kan wbity mię­dzy gła­zami był ostat­nią pod­porą...

Coś wstrzą­snęło sty­li­skiem cze­kana. Zo­ba­czyła stopę w cięż­kim, gór­skim bu­cie, która ko­pała w gło­wicę; jesz­cze mo­ment i wy­rwie się spo­mię­dzy gła­zów, a ona ru­nie w prze­paść. Ko­lejne kop­nię­cie nie tra­fiło jed­nak w że­la­zną gło­wicę, lecz w palce, które opla­tała na sty­li­sku. Krzyk­nęła z bólu, nie pu­ściła cze­kana, wy­szarp­nęła go w górę, by za­cho­wać go jako broń, ale tym sa­mym stra­ciła punkt pod­par­cia, po­le­ciała w bok, w ot­chłań.

Po­czuła ból skroni, jej oczy po­ra­ził blask, ale nie było to ude­rze­nie w skałę ani błysk pio­runa. Śpią­cej Zu­zan­nie głowa po­le­ciała na bok i ude­rzyła o szybę po­ciągu, a ostre świa­tło po­cho­dziło z bi­ją­cego pro­sto w oczy słońca. I to nie woda za­le­wała jej oczy, tylko pot, który spły­wał po czole. Z sen­nego kosz­maru wró­ciła do wa­gonu, który mknął po cia­snych za­krę­tach do Za­ko­pa­nego.

To była naj­bar­dziej nie­wy­godna z luk­su­so­wych po­dróży. Bo Lu­xtor­peda, naj­mod­niej­szy z pol­skich po­cią­gów, ow­szem, była szybki; i za­słu­gi­wał na to, by na­zy­wać go tor­pedą, ale z luk­su­sem nie­wiele miał wspól­nego, zwłasz­cza te­raz, w se­zo­nie, za­pa­ko­wany po brzegi. Za­jęte były nie tylko każde z pięć­dzie­się­ciu dwóch sta­łych sie­dzeń, ale i cztery skła­dane, przez co za­ta­ra­so­wano przej­ście mię­dzy rzę­dami. Zu­zanna Or­łow­ska z domu Wroń­ska nie była wy­soka, więc miej­sca wą­skie i cia­sne jak w trze­ciej kla­sie spe­cjal­nie jej nie do­ku­czały, ale opi­nia, za którą przed laty go­spo­sia ro­dzi­ców o mało nie wy­le­ciała z pracy, była jak naj­bar­dziej za­słu­żona. Po­czci­wej Lu­dwisi wy­mknęło się: "Ta na­sza Zu­zia to straszny nic­poń i wier­ci­dupa!". Zwłasz­cza ma­mie się te słowa nie spodo­bały, oj­ciec wy­ka­zał się więk­szą wy­ro­zu­mia­ło­ścią i tłu­ma­czył, że może i go­spo­sia się za­ga­lo­po­wała, choć fak­tycz­nie le­piej by­łoby mó­wić o niej "żywe sre­bro". W końcu która z do­brze wy­cho­wa­nych pa­nie­nek wpada na po­mysł, by strze­lać z procy, jeź­dzić jak sza­lona na ro­we­rze i wspi­nać się po sza­fie, i któ­rej ulu­bio­nym bo­ha­te­rem jest John Clay­ton II, wi­ceh­ra­bia Grey­stoke, bar­dziej znany jak Tar­zan, władca małp?!

Roz­no­siła ją ener­gia, ale je­dyne, co mo­gła zro­bić, to prze­cią­gnąć się w sie­dze­niu, któ­rego wy­goda koń­czyła się na czer­wo­nej skó­rze, bo cała reszta, zwłasz­cza nie­mal pio­nowe usta­wie­nie opar­cia, upo­dab­niała je ra­czej do miej­sca w au­to­bu­sie. Zresztą cała Lu­xtor­peda to nic in­nego jak au­to­bus ja­dący po szy­nach, na­wet koła miała ni­czym auto obute w gu­mowe opony, co do­da­wało wy­gody, i jazda była po­zba­wiona cha­rak­te­ry­stycz­nego stu­kotu. Szkoda, że każdy po­ciąg nie był tak za­pro­jek­to­wany, tylko sześć Lu­xtor­ped prze­mie­rza­ją­cych II Rzecz­po­spo­litą to sta­now­czo zbyt mało! Nie było nic szyb­szego, przy­naj­mniej na tra­sie z Kra­kowa do Za­ko­pa­nego, i nie było przy tym nic dusz­niej­szego. Kształt szy­no­busu był piękny, wręcz awan­gar­dowy, nie przy­mie­rza­jąc jak z filmu Me­tro­po­lis Fritza Langa, ale jego im­po­nu­jące, szklane okna się nie otwie­rały, a wen­ty­la­cja dzia­łała tylko w trak­cie jazdy!

Pod­czas krót­kiego po­stoju w Cha­bówce, gdzie ma­szy­ni­sta prze­sia­dał się z jed­nego końca wa­gonu na drugi, szklane po­ła­cie wa­gonu na­grze­wały się w słońcu i wnę­trze za­mie­niło się w pie­kar­nik. Na­wet kiedy ma­szyna ru­szała, za­mon­to­wane na da­chu wy­wietrz­niki, nie mo­gły w do­sta­teczny spo­sób ob­ni­żyć tem­pe­ra­tury. W nor­mal­nym po­ciągu można by­łoby za­cią­gnąć fi­ranki, ale do ae­ro­dy­na­micz­nej kon­struk­cji wa­gonu tak ba­nalne roz­wią­za­nie naj­wy­raź­niej nie pa­so­wało.

Zu­zanna po­ciła się ob­fi­cie, ale cóż po­wie­dzieć o jej sta­ro­za­kon­nym są­sie­dzie, który miał wbity na głowę ciężki ka­pe­lusz, do tego był po­tęż­nej po­stury i nie zdjął płasz­cza, zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cego do let­niej po­gody. Męż­czy­zna aż po­czer­wie­niał na twa­rzy, choć nie tak jak na po­czątku po­dróży, kiedy wy­kłó­cał się o zniżkę na prze­jazd. Nie wy­glą­dał na bie­daka, któ­rego ty­go­dniówka zo­stała prze­pusz­czona na prze­jazd Lu­xtor­pedą, ra­czej na ko­goś, kto spę­dzi w Za­ko­pa­nem czas w któ­rymś z lep­szych sa­na­to­riów. Mimo wszystko po­sta­no­wił po­wal­czyć o ulgę dla nar­cia­rzy, choć se­zon był letni, a on sam nie wy­gla?dał na spor­t­smena, a jego le­gi­ty­ma­cją był dzier­żony w dło­niach kom­plet dzie­cię­cych nart! Zu­zanna sły­szała o ta­kich cwa­nia­kach, któ­rzy wy­ko­rzy­sty­wali nar­ciar­skie zniżki wpro­wa­dzone przez fa­na­tyka tego sportu, wi­ce­mi­ni­stra ko­mu­ni­ka­cji Bob­kow­skiego, ale pierw­szy raz wi­działa taką ak­cję na wła­sne oczy.

- Sza­nowny pa­nie, lecz w gó­rach nie ma śniegu! - po­wie­dział kon­duk­tor, tyle że ama­tor nar­ciar­skiej zniżki miał jed­nak swoje ar­gu­menty.

- A skąd pan wiesz, jak pan sto­isz tu, na dworcu w Kra­ko­wie?! - pe­ro­ro­wał obu­rzony. - Czy pan je­steś ja­sno­widz, pro­rok ja­kiś, że­byś pan wi­dział stąd, czy tam, wy­soko w gó­rach jest śnieg, czy go nie ma?

- Ale sza­nowny pan nie wy­gląda na nar­cia­rza! - nie ustę­po­wał kon­duk­tor.

- A gdy­byś pan się ro­ze­brał z ten uni­form, to czy byś pan wy­glą­dał na kon­duk­tora PKP? Czy pan je­steś po­li­cja pań­stwowa albo urząd śled­czy, żeby spraw­dzić mój ba­gaż, czy ja w nim cza­sem nie mam nar­ciar­ska kipa i swe­ter? A zresztą może ja so­bie ży­czę ku­pić wszystko już w Za­ko­pa­nem?

- Ale narty sza­no­wa­nego pana...

- Że małe? - Żyd za­śmiał się, po­trzą­sa­jąc dzie­cin­nymi nar­t­kami. - To spró­buj pan po­je­chać na tych wiel­kich, na­wet pan nie wiesz, ja­kie to nie­wy­godne, jak to się może na­tych­mia­stowo za­plą­tać! Pan mnie ży­czysz po­ła­ma­nia nóg?!

Kon­duk­tor pró­bo­wał jesz­cze pod­jąć ostat­nią próbę, ale wo­bec po­wo­dzi słów, w któ­rych po­ja­wiały się na­zwi­ska mar­szałka Pił­sud­skiego, Bob­kow­skiego, pre­zesa związku nar­ciar­skiego i zię­cia pre­zy­denta Mo­ścic­kiego oraz nie­zna­nego Zu­zie in­ży­niera Rie­gel­haupta, któ­rego ty­tu­ło­wał wiel­kim bu­dow­ni­czym za­ko­piań­skiej sy­na­gogi, funk­cjo­na­riusz ko­lei ska­pi­tu­lo­wał.

Póź­niej­sza po­dróż nie do­star­czała żad­nych emo­cji, pa­sa­że­ro­wie czy­tali, drze­mali albo je­dli przy­go­to­wane za­wczasu ka­napki, bo w Lu­xtor­pe­dzie nie było bu­fetu, taka to była pierw­sza klasa, z wa­łówką za­miast po­czę­stunku. I tak by nie ja­dła, bo z tru­dem prze­ły­kała coś do po­łu­dnia, na­rze­kała so­bie ot tak, dla za­sady; poza tym czego jak czego, ale kawy, ma­łej, smo­li­stej, w stylu wło­skim, na­pi­łaby się z przy­jem­no­ścią.

Po dwóch go­dzi­nach i trzech kwa­dran­sach jazdy po­ciąg za­czął zwal­niać, mimo że skoń­czyły się ostre wi­raże. Pu­blicz­ność oży­wiła się, bo przez po­ła­cie szyb wdzie­rały się nie tylko pro­mie­nie let­niego słońca, ale i wi­dok gór. Nie po raz pierw­szy Zu­zanna przy­jeż­dżała do Za­ko­pa­nego, znała tę pa­no­ramę, ale wi­dok ma­je­sta­tycz­nych szczy­tów nie­zmien­nie wy­wo­ły­wał w niej eks­cy­ta­cję. I wspo­mnie­nia. Kto wie, może wła­śnie tu­taj prze­ga­piła oka­zję swo­jego ży­cia? Nic to, stało się, co się stało, trzeba żyć da­lej i sta­rać się po­ukła­dać wszystko na nowo; i tak wiele już się udało, za­tem nie wolno zwal­niać tempa, tylko trzeba iść śmiało przed sie­bie. Tak na do­bry po­czą­tek w góry!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki